Vitold-Yosif Kovaliv
unread,Nov 23, 2009, 10:43:48 PM11/23/09Sign in to reply to author
Sign in to forward
You do not have permission to delete messages in this group
Either email addresses are anonymous for this group or you need the view member email addresses permission to view the original message
to Wołanie z Wołynia
WĘDRÓWKA SZLAKIEM WSPOMNIEŃ
By zrozumieć żal, tęsknotę i wierną pamięć, trzeba odwiedzić Kresy.
Dla grupy Lubuszan o kresowych korzeniach taka podróż sentymentalna
stała się możliwa dzięki wycieczce zorganizowanej staraniem prezesa
Jana Tarnowskiego przez Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów
Południowo-Wschodnich z Zielonej Góry. Ku rodzinnym stronom wieźliśmy
nie tylko stęsknione, gorące serca, ale i dary dla polskich szkół we
Lwowie i w Krzemieńcu.
Z pieśnią "Kiedy ranne wstają zorze" wyruszamy o świcie z Zielonej
Góry. Zaopatrzeni w lwowskie śpiewniki nie dostrzegamy setek
kilometrów dzielących nas od celu podróży. Ileż w autokarze wspomnień
o polskich Kresach, nadziei, że będzie można dotrzeć do znajomych
miejsc, spotkać rodzinę, przyjaciół z dzieciństwa i młodości,
odwiedzić kościół, w którym brali ślub rodzice czy przywieźć do kraju
choćby garść ziemi ze swojej Małej Ojczyzny. W tej przestrzeni
wędrówki z poszczególnych opowieści wyłania się swoista mapa Kresów i
ich tragiczne losy. Wygnańcy ze Lwowa, z Łucka, Dubna czy Tarnopola
dobrze pamiętają każdy bliski sercu kąt. Z kolei potomkowie
repatriantów z Wołynia i Podola przypominają cenne wskazówki, które
pomogą rozpoznać rodzinny dom. W bagażu wspomnień z Kresów, na
zdjęciach wyjętych ze starego albumu pozostały przecież ważne punkty
orientacyjne: kościół, strażnica KOP-u, zamkowa wieża, budynek niegdyś
polskiej szkoły. Fragment pięknych, a później jakże bolesnych dziejów
naszego narodu. Młodsi uczestnicy wycieczki słuchają z uwagą
niezwykłej lekcji ojczystej historii. Podróż nie dłuży się nikomu.
Nocleg w Radymnie na północ od Przemyśla. Nazajutrz trzygodzinny
postój na granicy. Po jej przekroczeniu dzwonki telefonów komórkowych
oznajmiają zmianę operatora. Jeszcze przestawienie zegarków o godzinę
do przodu. Droga wije się wśród pól i lasów. Nagle zza zakrętu wyłania
się potężna jasna budowla na wzgórzu. Zamek w Olesku - miejsce
narodzin króla Jana III Sobieskiego. Obiekt jest dostępny do
zwiedzania i kryje w swoim wnętrzu godną obejrzenia galerię rzeźb i
obrazów, między innymi portrety członków rodzin Kamienieckich,
Żółkiewskich, Daniłowiczów, Sobieskich, a także malowidła
batalistyczne przedstawiające wiktorię wiedeńską Sobieskiego oraz
zwycięskie bitwy jego pradziada hetmana Stanisława Żółkiewskiego.
Napisy pod obrazami bardzo lakoniczne, ale nikłość opisu wynagradzają
ładnie wydane w języku polskim foldery. Kilka kilometrów na północ
kolejna posiadłość Sobieskich - Podhorce. Zjeżdżamy na południe. Wąska
droga pnie się wśród coraz wyższych wzniesień.
Późnym popołudniem docieramy do Krzemieńca. W jasnych promieniach
słońca "rzędem białe ukazuje domy, jak perły, szmaragdami ogrodów
przesnute". Kraina Króla Ducha wita nas majestatycznie w koronie gór:
Kuliczówki, Wołowicy, Kalinówki, Krzyżowej, Skał Dziewiczych, Czerczej
i Bony. Położone w głębokim jarze miasto rozciągnęło się wzdłuż
głównej arterii na trasie Czerniowce - Kijów. Autokar zatrzymuje się
na parkingu nieopodal kościoła pod wezwaniem św. Stanisława. Wkrótce
pojawiają się w pobliżu chłopcy, którzy oferując za 1 hrywnę różnej
wielkości kawałki szaroszklistego krzemienia, mimowolnie przypominają,
skąd wywodzi się nazwa miasta. Dzisiaj ten materiał jest przede
wszystkim wykorzystywany do celów budowlanych, np. do brukowania ulic.
Wchodzimy do wnętrza kościoła - jedynej polskiej świątyni, która była
otwarta na Wołyniu po wojnie. Ciemne wnętrze kryje dla pielgrzyma z
Polski nie lada skarby. Gdy oślepione słońcem oczy przywykną do
półmroku, z lewej strony wejścia wyłania się piękna płaskorzeźba dłuta
Wacława Szymanowskiego. Nasza przewodniczka - pani Mirosława Butyńska
przypomina historię tego dzieła. Krzemieńczanie bardzo pragnęli w
godny sposób uczcić ważną, bo 100 rocznicę urodzin Juliusza
Słowackiego. Właśnie Wacław Szymanowski wygrał konkurs na projekt
pomnika Szopena, który do dzisiaj zdobi warszawskie Łazienki.
Zachwyceni jego pracą krzemieńczanie udali się zatem do artysty.
Przychylił się on do ich prośby, ale ponieważ poezja Słowackiego była
zakazana przez carską cenzurę, płaskorzeźba przyjechała do Krzemieńca
z Paryża, gdzie wykonano odlew z brązu, w kawałkach, natomiast na
skrzyniach napisano, że to fragmenty maszyn. Na miejscu zmontowano
części i oto oczom projektodawców ukazała się postać poety spowita w
luźno narzucony płaszcz. Mistrz w zadumie wsparł głowę na prawej ręce.
Za nim stoi Geniusz ubrany w zbroję i hełm ze spuszczoną przyłbicą.
Skrzydłami zdaje się osłaniać siedzącą postać. Płaskorzeźba została
umieszczona w owalnej niszy ujętej w obramowanie z ciemnego marmuru.
Ryzykując wiele, zaproszono na uroczystość przedstawiciela władz
rosyjskich. Oświadczono mu, że płaskorzeźba przedstawia lokalnego
poetę, a on dokonał odsłonięcia dzieła, które szczęśliwie przetrwało
do naszych czasów. Z kolei po prawej stronie wejścia widnieją dwa
podłużne, przepiękne obrazy ze starego licealnego kościoła -
archaniołowie Gabriel i Michał. Zatem na te delikatne anielskie
oblicza patrzyli w modlitwie uczniowie słynnej Szkoły Czackiego, przed
nimi modlił się Juliusz Słowacki. Oto owe "złote archanioły" z wielu
jego wierszy. Nieco dalej konfesjonał z kościoła jezuitów, w którym
obecnie znajduje się cerkiew prawosławna. Ciekawa jest też historia
odwiedzanej przez nas świątyni. W kontekście opowieści o walce naszych
rodaków o polski kościół w Krzemieńcu słowa poety: "Lecz zaklinam,
niech żywi nie tracą nadziei..." nabierają wyjątkowego znaczenia.
Zasłuchani nie mamy ochoty opuszczać tego tak ważnego dla Polaków
miejsca. Jest niedziela, więc żałujemy, że nie zdążyliśmy na mszę o
godzinie dziesiątej, na której można zawsze spotkać krzemieńczan o
polskich korzeniach. Zadumani opuszczamy tę skromną świątynię o
przecież wielkiej mocy, która kryje w sobie nie tylko pomnik wieszcza
i jego przesłanie, ale także niezłomną wolę kolejnych pokoleń Polaków,
by to przesłanie realizować. W drodze do hotelu z okien autokaru
ciekawie oglądamy miasto. Mijamy kolejne cerkwie. Hotel "Wika", w
którym nocujemy, godny polecenia każdemu, kto zamierza odwiedzić
Krzemieniec. Wygodne, ładnie urządzone i dobrze wyposażone pokoiki
(jest telewizor i lodówka) ze schludnymi łazienkami. Z kolei w hotelu
"Eden", gdzie jemy śniadania i obiadokolacje, serwują smaczne posiłki.
Wieczorem trudno zasnąć. Nareszcie po wizycie w 1992 roku w Centralnym
Państwowym Historycznym Archiwum Ukrainy w Kijowie, gdzie oglądałam
licealne dokumenty opatrzone podpisem Tadeusza Czackiego,
zrealizowałam marzenie o wizycie w słynnych Atenach Wołyńskich. W
myślach zapełniam wijące się po zboczach gór uliczki postaciami
uczniów, którzy o świcie zbiegają do królującego w centrum Krzemieńca
licealnego gmachu. Pospiesznie wchodzą po bocznych krętych schodach.
Godzina szósta rano. Pracowity profesor Willibald Besser, który
mieszka blisko szkoły, już rozpoczął lekcję zoologii dla kursistów. O
siódmej uczniowie wraz z profesorami spotykają się na mszy porannej w
licealnym kościele, a o ósmej już zaczynają się zajęcia. Na przerwach
chłopcy przechadzają się grupkami po rozległym dziedzińcu. Lekcje
trwają nawet do godziny dziewiętnastej, kiedy profesor Hipolit
Gerlache kończy wykład na temat wymowy francuskiej. Licealiści wracają
do małych pobielanych domków wśród zielonych sadów, których kilka
widzieliśmy z okien autokaru. Zostało ich niewiele w Krzemieńcu. W
urokliwej dzielnicy drewnianych domków hitlerowcy urządzili w czasie
wojny getto. Dzielnica spłonęła w trakcie jego likwidacji.
Nazajutrz wraz z ojcem Tadeuszem Marcinkowskim, łucczaninem z
pochodzenia, który przekazał mi miłość do swojej Małej Ojczyzny -
Wołynia, rezygnujemy z wyjazdu do Zbaraża, Wiśniowca i Tarnopola.
Zresztą tego dnia spora grupa uczestników naszej wycieczki wyrusza
samodzielnie szlakiem wspomnień. Jedni jadą jeszcze dalej na wschód -
w głąb Ukrainy, inni na południe, gdzie toczy wody rodzinny Zbrucz. My
dwoje pozostajemy w Krzemieńcu. Pierwsze kroki kierujemy do pani Ireny
Sandeckiej, ambasadora polskości w Krzemieńcu. Dzięki życzliwości jej
ucznia, który pięknie mówi po polsku i prowadzi nas wprost do pani
Ireny, bez trudu docieramy do małego domku, w którym niegdyś mieszkał
profesor Willibald Besser. Ogród tonie w zieleni. Do okien starego
dworku zaglądają wysokie malwy o okazałych ciemnobordowych kwiatach.
Ledwo otworzyliśmy furtkę, do nóg łaszą się psy i koty, które znalazły
tu miskę strawy. Pukamy do drzwi zielonego, oszklonego ganku. Otwiera
opiekunka i córka chrzestna pani Ireny - pani Emilia Wolanicka. Pytamy
żartem, czy panie przyjmą pielgrzymów z Polski, ale już jesteśmy
zapraszani do saloniku, w którym wita nas pani Irena Sandecka. Długo
rozmawiamy o życiu pani Ireny i jej rodziców, wspominamy pracowników
Liceum Krzemienieckiego, oglądamy albumy ze zdjęciami. Smakujemy tej
wyjątkowej kresowej serdeczności, która nie pozwala wypuścić gościa z
progów domu bez obiadu i słodkiego poczęstunku, bez dobrego słowa na
drogę. Tym razem pani Emilia prowadzi nas wprost pod bramę Muzeum
Juliusza Słowackiego. Zadbany biały dworek kryje ślicznie urządzone
wnętrza. Ekspozycja zachwyca zmysłem dekoracji. Ważne są eksponaty:
autografy i książki Słowackiego, jego rysunki, portrety malarskie
członków jego rodziny, ale ważne jest też wyjątkowo misterne upięcie
firan i zasłon, dobór barw w aranżacji poszczególnych pomieszczeń,
piękne kwiatowe kompozycje rozstawione ze smakiem wśród stylowych
mebli. Po obejrzeniu ekspozycji miła niespodzianka - wystawa prac
malarzy ukazujących Krzemieniec w różnych porach roku. Z przyjemnością
rozmawiamy z gospodarzem tej małej galerii, przy okazji poznając różne
sekrety związane z samym muzeum. Stąd już tak blisko do licealnych
gmachów. Przez furtkę w starym murze wchodzimy na teren dawnego ogrodu
botanicznego. Dzisiaj po wspięciu się na schodki stajemy przy okazałej
sali gimnastycznej. Aż trudno uwierzyć, że na początku XIX wieku stał
tu dom, w którym przyszedł na świat Juliusz Słowacki. Wówczas było to
służbowe pomieszczenie przydzielone rodzinie Teodora Januszewskiego,
zarządcy dóbr licealnych i ojca późniejszej pani Słowackiej. Po
różnych perypetiach budynek został w latach dwudziestych XX wieku
przeznaczony do rozbiórki, a pani Irena Sandecka wspomniała, że z Irką
- córką kuratora Marka Piekarskiego znalazły w parku cegły z tego tak
ważnego dla Polaków miejsca. Ze wzniesienia rozciąga się ładny widok
na Górę Bony. Mijamy plac z pomnikiem Tarasa Szewczenki, patrona
istniejącego tu obecnie Instytutu Pedagogicznego, i od tyłu zachodzimy
na licealny dziedziniec. Imponujące wrażenie! Spora przestrzeń z
ciekawym krużgankiem i arkadowymi bramami. Mamy szczęście. Znajdujemy
otwarte drzwi i już po chwili wchodzimy do jasnej, przestronnej
biblioteki. Pani bibliotekarka uprzejmie pozwala obejrzeć wnętrze.
Ocalały jeszcze wysokie pod sufit regały ze starej krzemienieckiej
biblioteki i piękna ozdobna balustrada. Nasza miła gospodyni jest
wyraźnie dumna z wystawy, którą może zaprezentować gościom z Polski.
Podziwiamy zatem ekspozycję przygotowaną z okazji 200-lecia urodzin
Juliusza Słowackiego. Prócz różnych wydań dzieł poety i poświęconych
mu opracowań zainteresowanie budzą przede wszystkim prace plastyczne
profesorów i studentów Instytutu, związane z biografią poety i jego
twórczością. Później zachodzimy jeszcze do kolejnej specjalnie dla nas
otwartej sali, gdzie zgromadzono różne publikacje oraz obrazy
przedstawiające Krzemieniec. Pani bibliotekarka pozwala nam też
zajrzeć do dawnego licealnego gmachu oraz kościoła, w którym obecnie
znajduje się cerkiew. Dziękujemy naszej sympatycznej przewodniczce za
życzliwość i bramą wychodzimy na frontową stronę gmachu. Trochę
szkoda, że piękne kręte schody - niewątpliwy atut tej budowli -
porosły trawą. Kruszeją też kunsztowne kamienne znicze zdobiące szczyt
schodów i wejście na dziedziniec od przodu licealnego gmachu. Zbliża
się wieczór, wracamy więc do hotelu, a w trakcie wędrówki zastanawiamy
się nad pewnym fenomenem, którego doświadczyliśmy w Krzemieńcu. Otóż
do kogokolwiek zwróciliśmy się z prośbą o pomoc w odnalezieniu drogi,
odpowiadał w języku polskim: czy był to starszy pan sprzedający kwiaty
przy dworcu, czy chłopiec koszący trawę przy kościele, czy młoda
dziewczyna nieopodal dawnych gmachów liceum. Wszyscy zaznaczali :
"Proszę mówić po polsku." Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w
prawdziwej enklawie polskości. Jakże chlubnie świadczy ten fakt o
działalności pani Ireny Sandeckiej i jej następców.
Kolejnego dnia z naszą panią przewodniczką wspinamy się na Górę Bony.
Rozciąga się z niej malowniczy widok na miasto i okolicę. W oddali
widać połyskujące złotem kopuły Ławry Poczajowskiej. Najodważniejsi z
nas decydują się przejść wzdłuż zewnętrznej strony zamkowych murów.
Droga obfituje w mocne przeżycia, ale i w niezapomniane pejzaże. Znów
wsiadamy do autokaru. W nadziei, że spotkamy księdza Witolda Kowalowa,
redaktora "Wołania z Wołynia", odwiedzamy kościół w Ostrogu. Później
kierujemy kroki do zamku. Przed nami dumnie wznosi się na skale
potężna kresowa twierdza, pamiętna historią nieszczęsnej Halszki z
Ostroga, której fortuna przyniosła tylko rozpacz i zgryzotę. Na prośbę
jednej z uczestniczek wycieczki jedziemy także do Równego i Dubna, po
czym wracamy do hotelu. Wieczorem po kolacji z małą grupką najbardziej
zagorzałych miłośników Krzemieńca zwiedzamy jeszcze raz miasto.
Zachodzimy na chwilę, by pożegnać się, do pani Ireny Sandeckiej. I już
po chwili mały domek wśród malw rozbrzmiewa polskimi piosenkami.
Śpiewamy też piosenkę, której nauczyła nas pani Mirka: "Niech żyje
nam, niech żyje nam, niech żyje długie lata". Oby spełniły się słowa
naszej pieśni. Oby tak zacny, skromny i szlachetny człowiek jak pani
Irena żył długo w szczęściu i zdrowiu. Z żalem opuszczamy gościnne
progi. Trzeba jeszcze przed zmrokiem dotrzeć na cmentarz Tunicki,
gdzie spoczywają dziadkowie poety oraz jego matka. Ulicą Starego
Detiuka wędrujemy w górę. W połowie drogi czeka na nas Olek Butyński,
syn pani Mirki, który ciekawie opowiada o krzemienieckich cmentarzach.
Wspomina o tym, jak z kolegą porządkował groby na cmentarzu
Bazyliańskim, gdzie pochowani są profesorowie Szkoły Czackiego, między
innymi słynny botanik Willibald Besser, prefekt Antoni Jarkowski,
matematyk Antoni Strzelecki, dyrektor Liceum Michał Ściborski. Z
opowieści wyłania się ważne przesłanie: dla nich, Polaków żyjących na
Ukrainie, pamięć o przeszłości to rzecz naturalna, nie wymagająca
przypominania ani żadnych specjalnych akcji. A dla młodych ludzi w
kraju? Na cmentarzu Tunickim na dłużej zatrzymujemy się przy grobie
Salomei Słowackiej-Becu. Nasz przewodnik przypomina krótko losy poety.
Recytujemy jego wiersze. Przed zachodem słońca tak ładnie śpiewają
ukryte w koronach drzew ptaki. Same wracają znajome słowa:
"Jeżeli kiedy w tej mojej krainie,
Gdzie po dolinach moja Ikwa płynie,
Gdzie góry moje błękitnieją zmrokiem
A miasto dzwoni nad szmernym potokiem,
Gdzie konwaliją woniące lewandy
Biegną na skały, pod chaty i sady,-
Jeśli tam będziesz duszo mego łona
Choćby z promieni do ciała wrócona:
To nie zapomnisz tej mojej tęsknoty,
Która tam stoi jak archanioł złoty,
A czasem miasto jak orzeł obleci
I znów na skałach spoczywa i świeci".
Kolejnego dnia opuszczamy Miasto Wielkiej Tęsknoty. Pani Sandecka
zapewnia, że wrócimy, gdyż połknęliśmy bakcyla Krzemieńca. W drodze do
Lwowa jeszcze słynna Ławra Poczajowska, którą poeta odwiedzał z matką,
by przed cudownym obrazem "Pani z Poczajowa" modlić się o łaskę.
Zabytkowy zespół klasztorny wita nas szeregiem straganów, na których
można kupić pamiątki. Przed wejściem panie z naszej wycieczki
zawiązują pośpiesznie na głowach chusteczki. Wchodzimy do środka.
Błyszcząca złotem cerkiewnych kopuł Ławra zapiera dech przepychem.
Urzeka melodią wygrywanych sygnaturek. Zachwyca chórami cerkiewnych
pieśni. Czujemy jakby czas na chwilę zatrzymał się w tym zakątku
między niebem a ziemią. Niestety tempo naszej podróży nie pozwala
poznać dokładniej miejsca tak bliskiego sercu poety. Wkrótce zmierzamy
w kierunku Lwowa.
Zwiedzanie rozpoczynamy od zaznajomienia się z ogólnym planem miasta.
Położony na wielu wzgórzach, skąpany w słońcu Lwów z perspektywy
Wysokiego Zamku zachwyca malowniczym pięknem, zadziwia rozległością i
ogromem. Nad dachami domów królują wieże i kopuły budowli sakralnych
różnych wyznań. Ten, kto wspiął się na zamkowe wzgórze, w pełni doceni
dowcip sceny z "Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej. W
domowym zaciszu, pod czujnym okiem despotycznej żony, Felicjan
posłusznie z zegarkiem w ręku drepcze na Wysoki Zamek. Ma do pokonania
doprawdy daleką drogę. Dla nas, mimo ponad trzydziestostopniowego
upału, to trud sowicie wynagrodzony urokiem pejzażu i ciekawą
opowieścią Jurija Smirnowa, współredaktora "Kuriera Galicyjskiego" i
autora przewodnika po Lwowie. Wąską ścieżką, wijącą się wokół zbocza
góry z ruinami zamku, schodzimy w dół. W drodze do hotelu zatrzymujemy
się przy Wzgórzach Wuleckich, by zapalić znicz przy betonowym nagrobku
z żelaznym krzyżem upamiętniającym tragiczną śmierć profesorów
Uniwersytetu Lwowskiego i Politechniki. Tablica z listą rozstrzelanych
przypomina znane nazwiska, wśród nich między innymi premier rządu
Rzeczypospolitej Polskiej Kazimierz Bartel, doskonały tłumacz języka
francuskiego, publicysta i poeta Tadeusz Boy-Żeleński, rektor
Uniwersytetu Jana Kazimierza - Roman Longchamps de Berier, rektor
Politechniki - Kasper Weigel. W bieżącym roku przypada 68 rocznica
wydarzeń, które 4 lipca 1941 roku rozegrały się w okupowanym przez
hitlerowców Lwowie. Nie po raz pierwszy w trakcie naszej wyprawy
przychodzi czas na refleksję nad dramatycznymi losami Polaków na
Kresach. Po tej chwili smutnej zadumy, podziwiając miasto z okien
autokaru, kierujemy się do hotelu "Knjażyj". Nasi przyjaciele poznani
w trakcie wycieczki - mieszkańcy Nowej Soli o lwowskich korzeniach
jeszcze tego wieczoru udadzą się na poszukiwanie drogich sercu miejsc.
Ileż będzie potem opowieści: o zdenerwowaniu, że nie ma już domu
rodziców, a tu po prostu w związku z wybudowaniem bloku zmienili
numery na ulicy, o łzach wzruszenia, kiedy się wreszcie odnalazło tę
obrosłą przez lata wygnania w legendę siedzibę rodu, w której
rozgrywała się akcja wszystkich rodzinnych historii, o rozczarowaniu,
bo nowy właściciel właśnie przystąpił do gruntownego remontu ze
zmianami wyglądu posesji i już nic nie będzie takie, jak w wiernej
pamięci bliskich.
Wędrówkę po ważnych dla Polaków miejscach kontynuujemy kolejnego dnia.
Zatem przede wszystkim cmentarz, który nie ma chyba równego sobie w
Europie - cmentarz Łyczakowski. Prawdziwa galeria rzeźby nagrobnej,
ale i miejsce spoczynku wielu naszych znakomitych rodaków: Marii
Konopnickiej, Władysława Bełzy, Gabrieli Zapolskiej, Artura Grottgera,
Seweryna Goszczyńskiego, Walerego Łozińskiego, Karola Szajnochy,
Stefana Banacha. Dumnie pręży się lew na pomniku znanego z "Reduty
Ordona" bohatera powstania listopadowego, nieco dalej pomnik
powstańców styczniowych. Grobowiec rodziny Staffów przypomina o
lwowskich korzeniach znanego poety, nieopodal grobowiec ormiańskiego
arcybiskupa Izaaka Isakowicza, z którym spokrewniony jest ksiądz
Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kaplica Baczewskich przywołuje wspomnienie
o zasługach znanego lwowskiego fabrykanta wódek, koniaków i likierów,
które gościły nie tylko na kresowych stołach. Po drugiej stronie
budzący niegdyś spore kontrowersje grobowiec Iwanowiczów z
charakterystycznymi płaczącymi psami. Nasza pani przewodnik Jadwiga
Smirnow każdą opowiadaną historię potrafi okrasić zajmującą anegdotą.
Wędrujemy alejkami niezwykłego parku tonącego w bujnej zieleni. Rzeźby
dłuta Parysa Filippi czy jego ucznia - Juliana Markowskiego zachwycają
artyzmem. Nie sposób przejść obojętnie obok nagrobka lwowskiej
artystki dramatycznej Reginy Markowskiej. Kamienna postać uśpiona na
wieki zdaje się czekać na przybyszów z Polski. Na cmentarzu Orląt
Lwowskich chwile wzruszenia. Lwowiacy z naszej wycieczki odnajdują tu
groby swoich krewnych. W kaplicy składamy datki na dalszą renowację
tego tak ważnego dla Polaków miejsca, a później modlimy się za tych,
którzy bez wahania mimo młodego wieku ruszyli do walki o polski Lwów.
Stąd przejeżdżamy do serca miasta. Miejscem, gdzie na pewno można
spotkać lwowiaków o polskich korzeniach, jest katedra Łacińska.
Pamiętna ślubami króla Jana Kazimierza kryje w swoim wnętrzu kopię
obrazu Matki Boskiej Łaskawej, przed którym w czasie potopu
szwedzkiego składał przysięgę polski władca. Zachwyca położona
nieopodal kaplica Boimów oraz urocze kamieniczki w rynku. W naszej
wędrówce odwiedzamy nie tylko świątynie obrządku rzymskokatolickiego,
ale także greckokatolicką archikatedrę Świętego Jura, prawosławne
cerkwie oraz katedrę Ormiańską. Oto miasto niezwykłe, miasto wręcz
stworzone dla artystów, leżące na styku wielu kultur i religii.
Chociaż niestety nie mogliśmy obejrzeć spuszczanej tylko przy okazji
premier kurtyny autorstwa Henryka Siemiradzkiego, podziwiamy przepych
Teatru Wielkiego. Jeszcze z okien autokaru gmachy Lwowskiego
Uniwersytetu, Politechniki Lwowskiej i Ossolineum Nie sposób poznać
miejscowości w tak krótkim czasie. Po wesołej zabawie przy dźwiękach
sympatycznej lwowskiej kapeli z poczuciem niedosytu opuszczamy Lwów
obiecując, że wrócimy na pewno.
Kto raz spojrzał z Bony na stare mury Liceum, kto odwiedził gościnne
progi pani Ireny Sandeckiej i widział jej niezwykłą troskę o sprawy
ojczyzny, kto zagubił się w szepcie historii na cmentarzu
Łyczakowskim, widział stojące rzędem niczym do apelu krzyże na
cmentarzu Orląt Lwowskich, kto rozmawiał z rodakami z Kresów, nie
będzie umiał zapomnieć. Przywiezie do kraju nie tylko wspomnienie
rozległych przestrzeni zamieszkanych przez serdecznych, życzliwych
ludzi, ale i poczucie, że nie można pozostać obojętnym.
Małgorzata Ziemska
["Wołanie z Wołynia" nr 5 (90) z września-października 2009 r., s.
31-37.]