http://finanse.wp.pl/kat,104122,title,Ciemno-wszedzie-glucho-wszedzie,wid,15275144,wiadomosc.html?ticaid=1ffa2Warszawie grozi blackout, a niemal pół Polski to energetyczna pustynia - twierdzą niektórzy eksperci. Jednak wszyscy zgodnie przyznają, że polski system energetyczny nie załamał się tylko dlatego, że mamy kryzys i gospodarka zużywa mniej prądu.
Awarie powodujące odcięcia całych miast lub dzielnic (jak ostatnio warszawskiego Ursynowa) od energii elektrycznej odbijają się szerokim echem. Coraz częściej możemy też usłyszeć groźne słowo "blackout" wraz z twierdzeniami, że Polska stoi u progu katastrofy energetycznej.
- Przez blackout rozumie się rozpad systemu i brak energii na danym obszarze, do którego dochodzi na skutek awarii - tłumaczy prof. Władysław Mielczarski. Według niego nie ma systemu odpornego na blackout. - Tak jak wypadek drogowy, może się on zdarzyć nawet, gdy ktoś ma najlepszy samochód, jest bardzo dobrym i uważnym kierowcą.
Metafor z dziedziny motoryzacji trzyma się również Tomasz Chmal z Instytutu Sobieskiego. - Dysponujemy parkiem kilkudziesięcioletnich mercedesów, które jeszcze jeżdżą, ale kiedyś przestaną - komentuje kondycję polskich elektrowni. - Pytanie brzmi, nie: czy dojdzie do blackoutu, tylko - kiedy i na jakich warunkach. Nie można nie budować nowych mocy energetycznych bez konsekwencji - mówi.
Im gorzej w gospodarce, tym lepiej w energetyce
Obaj eksperci są zgodni, że obecnie sytuacja w polskiej energetyce nie jest tragiczna. Znacznie gorsza była kilka lat temu, gdy systematycznie rósł pobór energii elektrycznej. Latem 2008 r. system energetyczny podobno znalazł się już na skraju wydolności. Od tego czasu zmieniło się jedno - z powodu kryzysu finansowego zwolniła polska gospodarka.
- Paradoksalnie kryzys działa na naszą korzyść, bo ceny prądu spadają, a elektrownie pomimo wyeksploatowanego parku maszynowego zaspokajają zapotrzebowanie na energię - mówi Chmal. - Czyli jest spokojnie, ale to spokój pozorny. Elektrowni nie buduje się w piętnaście minut i jeśli znajdziemy się w sytuacji szybszego wzrostu gospodarczego, tej energii zacznie brakować.
- Zapotrzebowanie na energię elektryczną maleje, więc pomimo braku budowy nowych mocy wytwórczych rezerwy mocy pozostają na w miarę bezpiecznym poziomie - przyznaje prof. Mielczarski. - W dłuższym okresie, 7-8 lat, może być gorzej, ale na razie mamy kryzys i dopóki z niego nie wyjdziemy, trudno stawiać prognozy.
Kiedy może zabraknąć prądu
Urząd Regulacji Energetyki w sprawozdaniu za 2011 r. ocenił, że po 2015 r. nie można wykluczyć przerw w dostawach prądu. Jak czytamy, może do nich dojść z powodu nasilonych remontów elektrowni oraz ekstremalnych warunków pogodowych. Wskazana w raporcie data wynika z zamiarów producentów energii, którzy za kilka lat planują masowe remonty i wyłączenia starych bloków. Nie znaczy to, że do awarii na pewno dojdzie, tylko że polski system za kilka lat będzie bardziej narażony na blackout. Ale to nie jedyne zagrożenie.
- Zupełnie inną sytuacją - której nie należy mylić z awarią typu „black-out” - jest możliwość pojawienia się deficytu w bilansowaniu popytu i podaży, ze względu na niewystarczające zdolności wytwórcze krajowych elektrowni - wyjaśnia Beata Jarosz - rzecznik prasowy Polskich Sieci Elektroenergetycznych SA. - Opracowany bilans mocy Krajowego Systemu Energetycznego do 2020 r. wykazał, że od roku 2016 mogą zaistnieć trudności w pokryciu zapotrzebowania na moc przez krajowe jednostki wytwórcze - dodaje.
Prof. Władysław Mielczarski uspokaja, że ryzyko wciąż nie będzie zbyt duże. - Nie sądzę, by do 2020 r. wystąpiła jakaś groźniejsza sytuacja - mówi. O tym, co będzie później, zadecyduje poziom realizacji inwestycji energetycznych. Jak na razie na tym polu nie jest najlepiej.
- Wiele inwestycji zapowiedzianych przez koncerny energetyczne nie ruszyło w terminie. Będą opóźnione, co może spowodować, że w ciągu 10 lat możemy mieć problemy z ciągłością dostaw energii - powiedział w rozmowie z Bloomberg Businessweek Polska Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.Zobacz także
Co nam grozi
Czego w takim razie możemy się obawiać? Na pewno nie znanych z czasów poprzedniego systemu specjalnych stopni zasilania.
- Nikt dzisiaj nie stosuje takich metod - mówi prof. Mielczarski. - W PRL-u w latach siedemdziesiątych gwałtownie rozpoczęto uprzemysłowienie, ale budowa energetyki była opóźniona. Był taki okres, że przemysł już ruszył, a energetyki nie było. Dziś nie ma takiej potrzeby, zresztą jesteśmy połączeni z Czechami, Niemcami, budujemy połączenie na Litwę, mamy połączenie kablem ze Szwecją. Bardzo szybko można też uruchomić połączenie z Ukrainą. To są ilości energii, które bardzo łatwo zaimportujemy - przekonuje.