Google Groups no longer supports new Usenet posts or subscriptions. Historical content remains viewable.
Dismiss

Kto czyta nier błądzi

71 views
Skip to first unread message

narciasz

unread,
Aug 25, 2014, 3:53:16 PM8/25/14
to
Ze ściśniętym sercem całe lata powstrzymywałem się od publikacji tej Książki, dawno już gotowej: poczucie odpowiedzialności wobec żywych przeważało nad poczuciem obowiązku wobec umarłych. Ale teraz, kiedy bezpieczeństwo państwowe i tak już dostało ten tekst, nie mam innego wyjścia, jak niezwłocznie go wydrukować.
A. SOŁŻENICYN Wrzesień 1973

Aleksander Sołżenicyn
ARCHIPELAG GUŁag
Tom 1
Autoryzowany przekład z rosyjskiego: Jerzy Pomianowski
POŚWIĘCAM wszystkim, którym życia nie starczyło aby o tym opowiedzieć. I niechaj mi wybaczą że nie wszystko dostrzegłem, nie wszystko sobie przypomniałem, nie wszystkiego się domyśliłem.

OD AUTORA
W roku tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym trafiliśmy z przyjaciółmi na zastanawiającą notatkę w czasopiśmie Akademii Nauk Przyroda. Pisano tam drobną czcionką, że nad rzeką Kołymą, w trakcie prac wykopaliskowych została znaleziona podziemna tafla lodu - zamarły, prehistoryczny potok - a w niej zamarznięte (kilkadziesiąt tysięcy lat temu) okazy fauny kopalnej. Ryby te, czy może płazy, zachowały się tak dobrze, wydawały się tak świeże - informował uczony korespondent - że obecni przy tym, po rozbiciu lodu, zjedli je zaraz z OCHOTĄ.
Nielicznych swoich czytelników pismo zapewne wprawiło w niemałe zdziwienie wiadomością o tym, jak długo można rybie mięso trzymać w lodzie. Ale tylko niewielu z nich mogło wniknąć w iście epicki sens ryzykownej notatki. Myśmy zrozumieli od razu. Cała scena zarysowała się nam ostro, do najdrobniejszych szczegółów: jak owi obecni z pośpieszną zawziętością rąbali lód, jak mając za nic szlachetne cele ichtiologii i roztrącając się łokciami, wyrywali sobie wzajem kęsy tysiącletniego ścierwa, wlekli je do ogniska, aby tam odtajało, i aby można było się nim nasycić. Zrozumieliśmy to od razu, ponieważ sami należeliśmy do tych OBECNYCH, do tego jedynego w świecie, niezliczonego plemienia zeków, które samo jedno tylko było zdolne zjeść z OCHOTĄ płaza. Kołyma zaś była największą i najdalej słynącą wyspą, lutym biegunem tego zadziwiającego kraju GUŁag, który wolą geografii rozdarty był na kształt archipelagu, ale psychologia spajała go w kontynent - kraju prawie niewidzialnego, prawie nieuchwytnego dla zmysłów, tego właśnie, który zamieszkiwał lud zeków.

Archipelag ten rozrzutem swoich plam pobryzgał i upstrzył kraj, z którego się wynurzył, werżnął się w granice jego miast, zasmużył cieniem jego drogi, a jednak ten i ów w ogóle nie domyślał się jego istnienia, bardzo wielu coś ledwie słyszało, a wiedzieli wszystko tylko ci, co tam niegdyś byli. Ale milczeli tak, jakby na wyspach Archipelagu utracili mowę.
Nieoczekiwany zwrot w naszych dziejach sprawił, że ujawniła się jakaś drobna, znikomo mała część prawdy o Archipelagu. Ale te same ręce, które nakładały nam kajdany, teraz wystawiają dłonie pojednawczym gestem: "Nie trzeba!... Dajcie spokój - przeszłości!... Kto starą złość wspomni bodaj oko stracił!". Ale to porzekadło ma ciąg dalszy - "A kto ją zapomni - bodaj obu nie miał!". Mijają dziesięciolecia - i niepowrotnie zlizują blizny i szramy przeszłości. Niejedna wyspa przez ten czas rozpadła się, rozpłynęła, polarny ocean zapomnienia przetacza się nad nią. I kiedyś, w wiekach co nadejdą, Archipelag ten, jego aura i kości jego mieszkańców, wmarznięte w taflę lodu - wydadzą się potomkom resztkami jakiegoś nieprawdopodobnego płaza.

Nie ośmielę się pisać tu historii Archipelagu: nie udało mi się dotrzeć do dokumentów. Ale czy ktokolwiek zdoła je kiedykolwiek przeczytać?... Ci, co to nie mają chęci na WSPOMNIENIA, dość już mieli (i mieć jeszcze będą) czasu, aby zniszczyć je do szczętu. Te lat jedenaście, którem tam spędził, rozumiem niejako hańbę, nie jako przeklęty sen; nie, zdążyłem polubić prawie ten pokraczny świat; teraz zaś na dobitkę stałem się przez szczęśliwy przypadek powiernikiem wielu późniejszych opowiadań i przekazów pisemnych - może zatem potrafię dowlec do innych choć trochę tych kości i mięsa - zresztą żywego, bo i płaz jeszcze dziś jest żywy.

*

Napisanie tej książki przekraczało miarę sił jednego człowieka. Prócz tego, co wyniosłem z Archipelagu sam - w oczach i uszach, w pamięci, na własnej skórze - materiał do tej książki dali mi w postaci opowiadań, wspomnień i listów (tu następuje spis 227 nazwisk). Nie wyrażam im tu mojej prywatnej wdzięczności: to ma być wspólnie przez nas wzniesiony pomnik dla wszystkich zamęczonych i zabitych. W tym spisie chciałbym szczególnie wyróżnić tych, którzy wiele się napracowali, pomagając mi, aby ta rzecz oparta była na bibliograficznych danych, wziętych z książek, już dawno usuniętych ze współczesnych bibliotek i zniszczonych tak, że odnalezienie zachowanego jakoś egzemplarza wymagało wielkiej wytrwałości; jeszcze bardziej zaś tych, którzy pomogli ukryć ten rękopis w trudnych momentach, a później go przepisać. Ale jeszcze nie nadszedł czas, w którym ośmieliłbym się wymienić ich nazwiska.

Dawny więzień sołowiecki, Dymitr Piotrowicz Witkowski miał być redaktorem tej książki. Jednak pół życia, które TAM spędził (jego wspomnienia obozowe tak się też nazywają - Pół życia) odbiło się na nim w postaci przedwczesnego paraliżu. Już pozbawiony mowy - mógł on przeczytać tylko kilka zakończonych rozdziałów i przekonać się, że o wszystkim BĘDZIE POWIEDZIANE. A jeśli długo jeszcze nie przetrze się światło wolności w naszym kraju, to i przekazywanie tej książki z rąk do rąk będzie bardzo niebezpieczne - tak, że również przyszłym czytelnikom powinienem pokłonić się z wdzięcznością - w imieniu tamtych, co zginęli.

Kiedy zaczynałem pisać tę książkę w 1958 roku, nie znałem jeszcze niczyich wspomnień, ani utworów literackich o obozach. W ciągu lat pracy, zakończonej w 1967 roku, stopniowo poznałem Opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa i wspomnienia D. Witkowskiego, J. Ginzburg, O. Adamowej - Sliozberg, na które powołuję się w książce, jako na fakty literackie ogólnie znane (tak też koniec końców będzie!). Wbrew swoim zamiarom, wbrew własnej chęci - dostarczyli nieocenionych materiałów do tej książki, dali pojęcie o wielu ważnych faktach, a nawet cyfrach i wreszcie o atmosferze, którą oddychali: czekista M. Sudrab-Łacis i N. W. Krylenko - naczelny oskarżyciel publiczny w ciągu długich lat; jego następca - A. J. Wyszyński, ze swoimi wspólnikami-prawnikami, wśród których nie sposób nie wyróżnić J. L. Awerbacha.

Materiałów do tej książki dostarczyło także TRZYDZIESTU SZEŚCIU sowieckich pisarzy z MAKSYMEM GORKIM na czele - autorów haniebnej książki o Kanale Białomorskim, pierwszego w rosyjskiej literaturze dzieła, sławiącego pracę niewolniczą. W tej książce nie ma zmyślonych osób, ani zmyślonych wydarzeń. Ludzie i miejscowości noszą swoje własne imiona. Jeśli użyte są inicjały, to tylko z prywatnych powodów. Jeśli imion brak zupełnie, to tylko dlatego, że ludzka pamięć ich nie zachowała - wszystko zaś właśnie tak było.

CZĘŚĆ PIERWSZA PRZEMYSŁ WIĘZIENNY
"W okresie dyktatury, otoczeni ze wszech stron wrogami, przejawialiśmy niekiedy zbytnią miękkość, przesadną łagodność". Krylenko, przemówienie na procesie "Prompartii".

I. ARESZTOWANIE

Jak trafia człowiek na ten tajemniczy Archipelag? O każdej porze dnia lecą tam samoloty, płyną okręty, turkoczą pociągi - ale żaden napis na nich nie wskazuje, dokąd jadą. A kasjerzy na dworcach i pracownicy agencji Sowturist i Inturist będą zdumieni, jeżeli poprosicie ich o odpowiedni bilecik. Ani Archipelagu w ogólności, ani żadnej z jego niezliczonych wysepek ci ludzie nie znają, nie słyszeli o niczym.
Ci, którzy jadą na Archipelag, żeby nim rządzić - trafiają tam poprzez uczelnie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ci, którzy jadą, żeby Archipelagu pilnować - trafiają tam z poboru, przez komendy uzupełnień. Ci zaś, którzy jadą tam umierać, tak jak my, czytelniku, ci trafiają tam wyłącznie i koniecznie - poprzez aresztowanie!!
Czy warto mówić, że to chwila, co łamie całe twoje życie? Że to piorun, co z nóg wali? Że to wstrząs duchowy nie do pojęcia, z którym nie każdy może się oswoić i często nabawia się pomieszania zmysłów?
Wszechświat ma właśnie tyle punktów centralnych, ile w nim żywych istot. Każdy z nas - jest osią świata i świat rozpada się na kawałki, gdy człowiek słyszy syknięcie: "Jesteście aresztowani!".
Skoro! ciebie już aresztowano - to czy w ogóle coś się uchowało w tym trzęsieniu ziemi? Ale - nie potrafiąc zaćmionym nagle umysłem pojąć rozmiarów tego przewrotu, zarówno najprzemyślniejsi, jak najbardziej prostoduszni z was, nie umieją w tej chwili wycisnąć z całego zapasu swoich doświadczeń nic więcej, jak te oto słowa: - Ja?! Za co?! Pytanie to miliony i miliony razy już było zadawane i nigdy nie doczekało się odpowiedzi. Aresztowanie - to nagły i rażący przerzut, przewarstwienie, przeskok, z jednego życia do całkiem innego.

Po długiej, krętej ulicy naszego życia pędziliśmy szczęśliwie, albo brnęliśmy smutno wzdłuż jakichś płotów, płotów, płotów ze zgniłych desek, suchej gliny, wzdłuż murów z cegieł, betonu, żelaza. Nie zastanawialiśmy się - co kryje się za nimi? Ani okiem, ani domysłem nie staraliśmy się ich przeniknąć - a tam właśnie zaczynał się kraj GUŁag, ręką dotknąć, dwa metry stąd. A ponadto nie dostrzegaliśmy w tych płotach niezliczonej ilości szczelnie dopasowanych, dobrze zamaskowanych drzwiczek, furtek. Wszystkie, wszystkie te furtki czekały na nas! - i oto szybko otworzyła się jedna z nich, ta fatalna, i cztery białe, męskie dłonie, nie zgrubiałe od pracy, ale chwytliwe, łapią nas za nogę, za rękę, za kołnierz, za czapkę, za ucho - wciągają jak tłumok, a furtka za naszymi plecami, furtka do dawnego życia, zatrzaskuje się na zawsze.

To wszystko. Jesteś aresztowany! I niczego innego nie umiesz wymyślić w odpowiedzi prócz jagnięcego beknięcia: - Jaa?? Za co?? Oto czym jest aresztowanie: to blask oślepiający i cios, które sprawiają, że teraźniejszość nagle staje się przeszłością, zaś to, co niemożliwe, zaczyna być pełnoprawną codziennością. I to wszystko. I niczego więcej nie jesteś w stanie pojąć - ani w ciągu pierwszej - godziny, ani nawet w trakcie całej pierwszej doby. Jeszcze tylko błyśnie ci w twojej desperacji cyrkowy, papierowy księżyc: "To pomyłka! Zaraz się połapią!". Cała zaś reszta, która składa się teraz na tradycyjny i literacki poniekąd obraz aresztowania, zgromadzi się i ułoży już nie w twojej zmąconej pamięci, tylko w pamięci twojej rodziny i sąsiadów. To - ostry nocny dzwonek albo szorstkie pukanie do drzwi. To - dziarskie postukiwanie niewycieranych butów czujnych agentów operacyjnych. To - przestraszony świadek za ich plecami. (A po co ten świadek? - ofiary ani o tym pomyślą, agenci już nie pamiętają, ale przewidziane to jest w instrukcji, więc musi facet całą noc przesiedzieć, a rano dać podpis. Dla wyrwanego z pościeli świadka to też męka: noc po nocy chodzić i pomagać w areszcie swoich sąsiadów i znajomych).

Tradycyjne aresztowanie - to jeszcze zbieranie drżącymi rękoma rzeczy dla porywanego: zmiana bielizny, kawałek mydła, coś do jedzenia i nikt jeszcze nic nie wie: co potrzeba, co wolno, jaka odzież najlepsza, agenci zaś poganiają i przeszkadzają: "Niczego nie trzeba. Tam go nakarmią. Tam ciepło". (Wszystko łgarstwo. A poganiają - na postrach). Tradycyjne aresztowanie - to jeszcze później, już po zabraniu nieboraka, wielogodzinne gospodarowanie w mieszkaniu szorstkiej, obcej, przemożnej siły. To - wyłamywanie, patroszenie, ściąganie i zrywanie ze ścian, wyrzucanie na podłogę z szaf i szuflad, wytrząsanie, rozsypywanie, rwanie - i góry rzeczy nagracone na ziemi, i chrzęst pod podeszwami. I nic świętego podczas rewizji! Przy aresztowaniu maszynisty kolejowego Inoszyna, stała w pokoju trumienka z jego dopiero co zmarłym dzieckiem. Stróże prawa wyrzucili dziecko z trumny, tam też szukali.
Wyrzucają też chorych z pościeli, zdejmują bandaże. I nic w trakcie rewizji nie może być uznane za głupstwo! U historyka - amatora Czetwieruchina zabrano "tyle a tyle arkuszy carskich dekretów" - a mianowicie dekret o zakończeniu wojny z Napoleonem, o zawarciu Świętego Przymierza i tekst litanii przeciw cholerze z 1830 roku. U naszego najlepszego znawcy Tybetu Wostrikowa, skonfiskowano bezcenne, starożytne rękopisy tybetańskie (uczniowie zmarłego zdołali wydostać je z czeluści KGB dopiero po 30, latach!). Przy areszcie orientalisty Newskiego zabrano manuskrypty tanguckie (a po 25. latach za ich odcyfrowanie Newski otrzymał nagrodę leninowską pośmiertnie).
Z Kargera zaharapczono archiwum jenisejskich Ostiaków, zakazano stosowania ułożonego przezeń alfabetu i elementarza - i tak już musiał się cały ludek obejść bez piśmiennictwa.

W języku inteligentów wszystko to wymagałoby drogich jeszcze opisów, a nasz lud tak powiada o rewizji: tego szukają, co nie schowane. Skonfiskowane rzeczy wywożą, a czasem każą nieść aresztowanemu - i Nina Aleksandrowna Palczyńska musiała nieść na plecach wór z papierami i listami swego niestrudzonego męża - nieżyjącego już wielkiego inżyniera i Rosjanina - IM w paszczę, na zawsze, niepowrotnie. A dla tych, co zostają w domu - długa kolej porujnowanych, spustoszonych dni. I próby przekazywania paczek. Ale ze wszystkich okienek tylko poszczekiwania: "Nie ma w rejestracji", "nie ma tu takiego!". A jeszcze zanim podejdzie do okienka, trzeba - jak to było w Leningradzie, w złą godzinę, przez pięć dni i nocy tłoczyć się w kolejce. I dopiero może za pół roku czy za rok, sam aresztant się odezwie - albo też ci powiedzą: "Bez prawa korespondencji" - a to już prawie na pewno znaczy, że rozstrzelany.
Jednym słowem - "żyjemy w przeklętych warunkach, w których człowiek może zginąć bez wieści i najbliżsi mu ludzie, żona i matka... całe lata nie wiedzą, co się z nim stało". Prawda to? A może nie? Napisał to zaś Lenin w 1910 roku, w nekrologu Babuszkina. Tylko trzeba powiedzieć jasno: Babuszkin wiózł transport broni dla celów powstania, za to też został rozstrzelany. Wiedział, co ryzykuje. Nie da się tego powiedzieć o nas, nieszczęsnych królikach.

Tak wyobrażamy sobie zwykle aresztowanie. I rzeczywiście, nocne aresztowania opisanego tu typu przeprowadza się u nas najchętniej, bo mają one ważne zalety. Wszyscy obecni w mieszkaniu obezwładnieni są przez strach już od pierwszego dzwonka. Przyszły aresztant wyrwany jest z ciepłej pościeli, cały jest jeszcze w mocy półsennego bezwładu, rozsądek jego jest przyćmiony. Przy nocnym areszcie agenci mają przewagę liczebną: przyjeżdża ich kilku, są uzbrojeni, a mają przeciw sobie pojedynczego człowieka w niedopiętych portkach; podczas rewizji i przygotowań do drogi na pewno nie zbierze się pod bramą tłum ewentualnych stronników ofiary.
Niespieszna stopniowość tych wizyt, - naprzód w jednym mieszkaniu, potem w drugim, jutro w trzecim i czwartym - daje możliwość racjonalnego wykorzystania kadry operacyjnej i umieszczenia pod kluczem liczby obywateli wielokrotnie większej od całej tej kadry razem wziętej. Jeszcze tę zaletę mają nocne areszty, że ani sąsiednie domy, ani miejskie ulice nie widzą ilu w ciągu nocy wywieziono. Najbliższych sąsiadów postraszono, a dla dalszych rzecz nie miała miejsca. Jak gdyby nigdy nic. Tą samą asfaltową trasą, którą nocą śmigały karetki więzienne, suki, - za dnia kroczy młode pokolenie ze sztandarami i kwiatami, śpiewając pełne pogody pieśni. Ale ci, co łapią, ci których cała praca polega tylko na przeprowadzeniu aresztów, dla których objawy strachu u aresztowanych są czymś nudnym i dokuczliwym - mają o wiele szersze pojęcie o całej operacji. Mają całą swoją teorię, nie trzeba naiwnie sądzić, że jej nie ma.

Aresztowanie - to ważny rozdział w kursie wiedzy więziennej i ma za podstawę pewną solidną teorię społeczną. Istnieje klasyfikacja zatrzymań według rozmaitych cech: są nocne i dzienne, są domowe, służbowe i drogowe, są pierwiastkowe i powtórne, są indywidualne i grupowe. Aresztowania różnią się od siebie w zależności od stopnia pożądanego zaskoczenia, od stopnia oczekiwanego oporu (ale w dziesiątkach milionów wypadków żaden opór nie był oczekiwany, ani go też nie było). Aresztowania różnią się zależnie od ważności zaplanowanej rewizji; zależnie od konieczności (czy jej braku) spisywania skonfiskowanych przedmiotów, opieczętowania izby lub całego mieszkania; zależnie od potrzeby uwięzienia również żony w ślad za mężem i oddania dzieci do sierocińca, bądź zesłania całej reszty najbliższej rodziny, albo wreszcie - wtrącenia do obozu także dziadków. A jeszcze istnieje osobna REWIZJOLOGIA (udało mi się przeczytać broszurę dla adeptów Studium zaocznego z Ałma-Aty). Bardzo tam chwalą tych prawników, którzy przy rewizji nie lenili się i przetrząsnęli 2 tony nawozu, 6 metrów polan, dwa wozy siana, oczyścili ze śniegu całą działkę przyzagrodową, rozebrali kaflowy piec, rozgrzebali gnojówkę, skontrolowali miski klozetowe, spenetrowali psie budy, kurniki, domki dla szpaków, poprzekłuwali materace, zrywali plastry z ran, a nawet wyrywali metalowe zęby, żeby znaleźć w nich mikrodokumenty.
Studentom radzi się gorąco, aby zaczynali od rewizji osobistej i nią też sprawę kończyli (bo a nuż rewidowany coś capnął w trakcie) i żeby jeszcze raz odwiedzili to samo mieszkanie, ale o innej porze - i powtórzyli rewizję.

O, nie, nie, aresztowania są bardzo różnorodne w formie. Irma Mendel, Węgierka, dostała któregoś dnia w biurze Kominternu (1926) dwa bilety do Teatru Wielkiego, do pierwszych rzędów. Śledczy Klegel zalecał się do niej, więc go zaprosiła. Całe przedstawienie minęło im na czułych spojrzeniach, po czym Klegel zawiózł Irmę... prosto na Łubiankę. A jeśli chcecie wiedzieć dlaczego pewnego promiennego, czerwcowego dnia w 1927 roku na Kuźnieckim Moście krągłolicej, rudowłosej i pięknej Annie Skrypnikowej, która dopiero co kupiła sobie materiał na granatową suknię, jakiś młody frant grzecznie pomógł wsiąść do dorożki (a dorożkarz już się połapał i cały się chmurzy: Organy nie zapłacą mu za kurs) - to musicie zrozumieć, że nie chodzi o randkę, że to też jest aresztowanie: za chwilę skręcą na Łubiankę i wjadą w czarną czeluść bramy. Jeśli zaś (22 wiosny później) komandor- podporucznik Borys Burkowski, w białym frenczu marynarskim pachnący drogą wodą kolońską - będzie kupował w cukierni tort dla pewnej panienki - to nie sądźcie, że tort trafi do rąk tej panny, bo w istocie zaraz zostanie posiekany nożami przy rewizji i w tym stanie wniesiony przez komandora do jego pierwszej celi.

Nie, nigdy nie był u nas w pogardzie żaden sposób zatrzymania, ani w biały dzień, ani w podróży, ani wśród tłumu. Idzie to gładko i - tu właśnie trzeba się dziwić! - same ofiary w świętej zgodzie z agentami zachowują się jak najtaktowniej, tak żeby pozostali przy życiu nie zwrócili nawet uwagi na zagładę upatrzonego. Nie każdego można aresztować w domu, po sakramentalnym zapukaniu do drzwi (a jeśli już kto puka, to z "administracji", "listonosz"), nie każdego można aresztować w miejscu pracy. Jeśli przyszły aresztant jest człowiekiem przebiegłym, to lepiej wziąć go w oderwaniu od jego zwykłego otoczenia - rodziny, kolegów, stronników, z dala od możliwych schowków: nie powinien zdążyć niczego zniszczyć, ukryć przekazać.

Ludziom ze szczytów wojskowych czy partyjnych czasem dawano jakieś nowe stanowisko, podstawiano salonkę na dworzec, i aresztowano w drodze. Zwykły zaś, szary śmiertelnik, ogłuszony masowymi aresztami i już od tygodnia zgnębiony złowróżbnymi spojrzeniami zwierzchników - wzywany bywał naraz do miejscowej organizacji związkowej, gdzie mu z ciepłym uśmiechem wręczano skierowanie do sanatorium w Soczi. - Królik wpadał w rozczulenie - obawy okazały się bezpodstawne! Wyraża więc wdzięczność, w tryumfie wraca do domu, spakować walizkę. Do pociągu wszystkiego dwie godziny, łaje więc żonę za opieszałość. Jest nareszcie na dworcu! Ma jeszcze trochę czasu. W poczekalni albo przy kiosku z piwem, kłania mu się jakiś przemiły młody człowiek: "Nie poznajecie mnie, Piotrze Iwanyczu?" Piotr Iwanycz ma chwilę wahania: "Chyba nie... Chociaż...". Młodzian tryska braterską sympatią: "Ależ, jak to, jak to, ja wam przypomnę..." i z szacunkiem kłania się żonie Piotra Iwanycza: "Proszę wybaczyć, my z małżonkiem tylko na minutkę...". Żona nie ma nic przeciwko temu, nieznajomy zaś trzymając Piotra Iwanycza konfidencjalnie za łokieć, uprowadza go - na zawsze, albo na dziesięć lat. A dworzec wiruje dookoła i niczego nie widzi...

Obywatele podróżni! Nie zapominajcie, że na każdym większym dworcu jest posterunek; GPU i kilka więziennych cel. Natarczywość tych rzekomych znajomków jest tak zaczepna, że człowiek pozbawiony obozowej, wilczej wprawy jakoś nie potrafi się opędzić. Nie myśl, że będąc nawet pracownikiem amerykańskiej ambasady, z nazwiskiem, dajmy na to Aleksander Dołgan, nie zostaniesz aresztowany w biały dzień, na ulicy Gorkiego, obok centralnego telegrafu. Nieznajomy twój przyjaciel rzuci się w twoją stronę, przepychając się przez tłum, szeroko otwierając zaborcze ramiona: "Sasza! - krzyknie z niczym się nie kryjąc - stary byku! Ileż to lat, ile zim!... A chodźmyż na bok, żeby ludziom nie włazić w paradę". A na boku, przy samym chodniku, już zatrzymuje się auto... (minie kilka dni i TASS z gniewem stwierdzi we wszystkich gazetach, że koła zbliżone nic nie wiedzą o zniknięciu Aleksandra Dołgana). A co to za sztuka? Nasi mołojcy łapali w ten sposób ludzi w Brukseli (tak schywatno Żorę Blednowa), cóż dopiero w Moskwie! Trzeba jednak wyrazić ORGANOM zasłużone uznanie: podczas gdy dziś przemówienia i sztuki teatralne wydają się - podobnie jak konfekcja damska - dziełem jednej sztancy, rodzaje aresztowań cieszą swoją rozmaitością.

Odprowadzają cię na bok w fabrycznej portierni, gdzie dopiero co pokazałeś przepustkę - i już jesteś złapany, biorą cię ze szpitala wojskowego z temperaturą 39° (Ans Bernsztejn) i lekarz nie sprzeciwia się temu (a spróbowałby się sprzeciwić!); biorą cię wprost ze stołu operacyjnego, po operacji żołądka (N.M. Worobiew, inspektor okręgowego wydziału oświaty - 1936) i ledwie żywego, okrwawionego, pakują do celi (Wspomnienia Karpunicza); starasz się (Nadia Lewicka) o widzenie ze skazaną już matką, dają ci je! - a okazuje się, że to konfrontacja i aresztowanie!
Zapraszają cię w sklepie "Gastronom" do działu zamówień - i tam cię aresztują: zostajesz aresztowany przez wagabundę, który na wszystkie świętości zaklinał cię, żebyś mu pozwolił przenocować pod twoim dachem; zostajesz aresztowany przez montera, który przyszedł sprawdzić licznik; aresztuje cię rowerzysta, który potrącił cię na ulicy: konduktor w pociągu, kierowca taksówki, rachmistrz kasy oszczędności i bileter w kinie - każdy z nich cię aresztuje, i dopiero po niewczasie możesz sobie obejrzeć głęboko schowaną legitymację koloru bordo.

Czasem aresztowanie wydaje się jakąś grą - tyle zainwestowano w nie zbędnej pomysłowości i czystej energii, a przecież ofiara i tak by nie stawiała oporu. Czy agenci operacyjni chcą w ten sposób uzasadnić potrzebę swoich funkcji i swojej liczebności? Jak się zdaje, wystarczyłoby rozesłać wszystkim upatrzonym króliczkom po wezwaniu - a już one same o wyznaczonej godzinie, co do minuty, pokornie staną z tłumoczkiem pod czarną bramą urzędu bezpieczeństwa, aby zająć swoją część powierzchni mieszkalnej we wskazanej celi. (Zresztą - kołchoźników tak właśnie bierze się pod klucz; czy to warto jechać nocą i szukać jakiejś chaty po bezdrożach? Wzywa się jednego z drugim do rady gromadzkiej i tam go się już zabiera, jak swojego.
Czarnoroboczych wzywa się do fabrycznego kantoru). Rzecz jasna, każda maszyna ma swoją zdolność przepustową, nie przełknie więcej, niż potrafi. W trakcie pękających w szwach od nadmiaru lat, 1945- 46, kiedy ciągnęły jeden za drugim kolejowe eszelony het, z Europy, i trzeba było je wszystkie naraz wchłonąć i wyprawić do GUŁagu - nie było już miejsca na tę luksusową grę, sama teoria porządnie wyleniała, powyłaziły rytualne piórka i uwięzienie dziesiątków tysięcy wyglądało jak mizerny apel: stoją sobie ichmoście żel spisami, z jednego pociągu wywołują, pakują do drugiego - i to wszystko. W ciągu kilku dziesięcioleci aresztowania polityczne miały u nas tej osobliwą cechę, że podlegały im osoby, które nie popełniły żadnej winy - i właśnie dlatego nie myślące o żadnym oporze. Wytworzyło się powszechne poczucie osaczenia, szerzyło się przekonanie (w warunkach; systemu paszportów i meldunków - dosyć słuszne zresztą), że przed GPU-NKWD nie sposób uciec. I nawet kiedy epidemie aresztowań dochodziły do zenitu, kiedy ludzie idąc do pracy co dzień żegnali się z rodziną, bo nie byli nigdy pewni, czy wrócą wieczorem - nawet wtedy prawie nie próbowali uciekać (w rzadkich tylko wypadkach wybierali samobójstwo). O to właśnie chodziło.

Bezrogi baran wilkowi najmilszy. Powodem tego było też niezrozumienie mechanizmu epidemii. ORGANY nie miały zwykle ściślejszych kryteriów wyboru - kogo aresztować, kogo oszczędzić; chodziło tylko o wykonanie planu ilościowego. Wykonać go można było w zawczasu przewidzianym trybie, można też było korzystać z zupełnego przypadku. W 1937 roku do kancelarii NKWD w Nowoczerkasku przyszła jakaś kobieta z pytaniem, co zrobić z nienakarmionym niemowlęciem - dzieckiem jej aresztowanej sąsiadki. "Poczekajcie tu, obywatelko - powiedziano jej - zaraz wyjaśnimy". Po dwóch godzinach czekania zabrano ją z kancelarii do celi; trzeba było osiągnąć zaplanowaną cyfrę, nie starczało już agentów na rozjazdy po mieście, a ta się sama zgłasza! I odwrotnie - po Andrzeja Pawło, Łotysza mieszkającego pod Orszą, przyszło NKWD: Pawło nie otworzył, wyskoczył przez okno, udało mu się uciec i pojechał prosto na Syberię. I chociaż mieszkał tam pod własnym nazwiskiem, a z dokumentów wynikało jasno, że meldowany jest w Orszy, jednak NIGDY nie siedział, nigdy nie był wzywany przez Organy, nigdy nie padło nań podejrzenie. Istnieją przecież trzy zakresy ścigania: ogólnopaństwowy, republikański i okręgowy. Prawie połowa aresztowanych w trakcie epidemii nie doczekałaby się rozesłania listów gończych dalej niż do granic okręgu. Człowiek, włączony do planu z przyczyn przypadkowych, np. w wyniku sąsiedzkiego donosu, łatwo mógł być zastąpiony przez kogoś innego. Jak Andrzej Pawło, tak samo inni, którzy przypadkiem natrafili na obławę, albo na kocioł w czyimś mieszkaniu, a mieli dość odwagi by zaraz uciec, jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem - nigdy nie byli ścigani, ani pociągani do odpowiedzialności, kto zaś czekał sprawiedliwości, nie ruszając się z miejsca, ten dostawał wyrok. I prawie wszyscy - przytłaczająca większość - tak się właśnie zachowywali: małodusznie, bezradnie, jak skazańcy. Z drugiej strony, jest prawdą, że NKWD pod nieobecność poszukiwanego dawało jego bliskim zakaz wyjazdu - nic nie kosztowało, rzecz jasna, zaliczyć sobie obecnych w zamian tego, co uciekł.

Powszechny brak winy rodzi powszechną bezczynność. A może cię wcale nie wezmą? Może jakoś cię to ominie? A. J. Ładyżyński był wychowawcą klasy w szkole, w prowincjonalnym miasteczku Kołogriw. W 1937 roku podszedł do niego na rynku jakiś chłop i przekazał mu czyjeś słowa takiej treści: "Aleksandrze Iwanowiczu, wyjedź stąd, jesteś na liście!". Ale Ładyżyński został: przecież cała szkoła na mnie się trzyma i ich własne dzieci u mnie się uczą - przecież nie mogą mnie aresztować?... (Po kilku dniach już był za kratą). Nie każdemu jest dane, jak Wani Lewickiemu, rozumieć już w wieku lat 14, że "każdy uczciwy człowiek powinien pójść w końcu do więzienia. Teraz siedzi tatuś, a jak dorosnę, to mnie też wsadzą". (Wsadzili go, gdy miał 23 lata). Większość gnuśnieje, wpatrzona w iskierkę nadziei. Skoro jesteś niewinny - to za co mogą cię w ogóle wsadzić? To BYŁABY OMYŁKA! Już cię wloką za kołnierz, a ty wciąż sam się zaklinasz: "To omyłka! Na pewno się zorientują - i wypuszczą mnie!"

Innych wsadzają w masie, to też zdaje się nie mieć sensu, ale i tu u każdego oddzielnie jest miejsce na podejrzenia: "a może tamten właśnie trafił nie z przypadku...?" Bo ty! - to już bezwzględnie jesteś bez winy! Wciąż jeszcze uważasz Organy za instytucję podporządkowaną ludzkiej logice: jak się zorientują, to wypuszczą. Po co więc próbować ucieczki?.!. Na co więc opór?... Przecież pogorszysz tym tylko swoją sytuację, sam im nie pozwolisz pojąć ich własnej omyłki. Co tam opór! - nawet ze schodów zbiegasz na paluszkach, bo tak ci kazano, żeby sąsiedzi nie słyszeli. Jak to potem w obozie człowieka piekło: a co, gdyby każdy agent idąc nocą łapać ludzi, nie był pewien, czy wróci żywy i musiał zawsze żegnać się z rodziną? Gdyby podczas masowych obław, na przykład w Leningradzie, kiedy za kraty szło ćwierć miasta, ludzie nie siedzieli po swoich norach, mdlejąc z lęku przy każdym trzaśnięciu bramy, przy każdym kroku na schodach - gdyby zrozumieli, że teraz nie mają już nic więcej do stracenia i zabrali się żwawo do urządzania w sieniach swoich domów zasadzek - z siekierami, młotkami, pogrzebaczami, z czym popadło? Wiadomo przecież, że te nocne gacki nie przychodzą w dobrych zamiarach - więc nie omyli się człowiek dając w łeb zbójowi. Albo taka suka z samotnym szoferem, co już czeka na ulicy - odstawić by ją jak najdalej albo przebić gumy. I wreszcie - czemu tu się właściwie sprzeciwiać? Że zabrano ci pasek? Albo, że kazano stanąć w kącie? Albo - że musisz wyjść za próg swojego domu? Aresztowanie składa, się z drobnych wypadeczków, z rozlicznych drobnostek - żadna z nich nie jest jakby warta sporu (a nadto myśli aresztowanego krążą dookoła wielkiego problemu: "za co?") - a dopiero wszystkie te drobnostki razem składają się nieubłaganie na proces aresztowania.

Zresztą - bo to mało się dzieje w duszy świeżego aresztanta! - Już to jedno warte jest całej księgi. Mogą tam być uczucia, których nigdy byśmy się nie domyślili. Kiedy w 1921 roku aresztowano 19-letnią Eugenię Dojarenko i trzech młodych czekistów grzebało w jej pościeli i w komodzie z bielizną, dziewczyna zachowywała się spokojnie: nic tam nie ma, niczego więc nie znajdą. I nagle wzięli w ręce jej intymny pamiętnik, którego nawet matce nie mogłaby pokazać - otóż czytanie jej zwierzeń przez obcych, wrogo nastawionych chłopaków boleśniej ją zraniło niż cała Łubianka z jej kratami i lochami. I u wielu innych ludzi te prywatne uczucia i skłonności, którym aresztowanie zadaje cios, mogą okazać się silniejsze niż lęk przed więzieniem albo względy polityczne. Człowiek, nieprzygotowany wewnętrznie na gwałt, zawsze jest słabszy, od gwałciciela. Nieliczni tylko mają tyle rozumu i śmiałości, aby zorientować się z punktu.

Dyrektor Instytutu Geologicznego Akademii Nauk, Griegoriew, gdy przyszli po niego w 1948 roku, zabarykadował się i dwie godziny palił papiery. Czasami aresztowany czuje przede wszystkim ulgę i nawet... RADOŚĆ, ale to zdarzało się głównie w okresie epidemii aresztowań: kiedy naokół zabierają jednego po drugim, jednego po drugim, takich ja ty, a ciebie omijają, wciąż jakoś zwlekają, przecież to wyczerpuje, to dręczy człowieka - i nie tylko wątłego duchem - gorzej od wszelkiego więzienia.

Organy rychło nie doliczyłyby się kupy agentów i środków transportu - i wbrew najlepszym chęciom Stalina, przeklęta maszyna musiałaby się zatrzymać! ZASŁUŻYLIŚMY sobie po prostu na wszystko, co później nastąpiło.
Wasyli Własow, nieustraszony komunista, którego tu nieraz jeszcze wymienimy, odmówił ucieczki, jaką mu proponowali jego bezpartyjni pomocnicy, a zadręczał się tym, że wyaresztowano już całe kierownictwo Kadyjskiego powiatu (1937), on zaś wciąż jeszcze był wolny, wciąż wolny. Mógł wytrzymać tylko cios frontalny - cios nastąpił i Własow zaraz się uspokoił, a przez kilka pierwszych dni w więzieniu czuł się doskonale. Duchowny, ojciec Iraks Boczarow w 1934 roku wyjechał do Ałma-Aty, żeby tam nieść pociechę zesłanym wiernym. W tym czasie agenci trzykrotnie nachodzili jego mieszkanie w Moskwie z nakazem aresztowania. Kiedy wrócił, parafianki czekały już na dworcu z ostrzeżeniem. Osiem lat przerzucali go Wierni z jednej kryjówki do drugiej. To koczowanie tak zadręczyło popa, że kiedy go nareszcie w 1942 roku aresztowano, zaczął z radości głośno chwalić Pana.

W tym rozdziale wciąż mówimy o podstawowej masie, o królikach, nie wiadomo za co wsadzanych za kraty. Ale w tej książce będziemy musieli jeszcze poruszyć sprawy tych, którzy także w naszym ustroju mogli być uznani za politycznych. Wiera Rybakowa, studentka, socjaldemokratka, marzyła na wolności o więzieniu izolacyjnym w Suzdalu: jedynie tam mogła liczyć na spotkanie ze starszymi towarzyszami (nikogo już nie było na swobodzie) i lepsze ugruntowanie swojego światopoglądu. Eserka Katarzyna Olickaja w 1924 roku uważała się nawet za niegodną siedzenia w więzieniu: przeszli przez nie przecież najlepsi ludzie Rosji, ona zaś była jeszcze młoda i nic jeszcze dla Rosji nie zdążyła zrobić. Ale wolność też już jej nie wabiła. Tak też obie one poszły do więzienia - z dumą i radością. "A gdzie opór? Czemużeście się nie opierali?" - robią teraz wyrzuty ofiarom ci, których zostawiono w spokoju. A tak, sprzeciw powinien był zacząć się do razu, od samego aresztowania... Ale się nie zaczął.

I oto - już cię prowadzą. Jeśli to dzień, to nadchodzi teraz nieuchronnie ta krótka, niepowtarzalna chwila, kiedy - bez ostentacji, z twoją tchórzliwą zgodą, albo ostentacyjnie, z pistoletami w ręku - prowadzą cię przez tłum, między setkami takich samych niewinnych i osaczonych. Ust nikt ci nie zamknął. I teraz powinienbyś KRZYCZEĆ; krzyczeć, że jesteś aresztowany! Że poprzebierane łotry wyłapują ludzi! Że łapią ich na podstawie kłamliwych donosów! Że trwa głuche polowanie na miliony obywateli! I słysząc takie krzyki wiele razy dziennie i we wszystkich dzielnicach miasta może by twoi współobywatele nastawili uszu? Może aresztowanie przestałoby być taką łatwą robotą?

W 1927 roku, kiedy potulność jeszcze nie tak bardzo rozmiękczyła nasze mózgi, na placu Sierpuchowskim, w biały dzień, dwóch czekistów próbowało zaaresztować kobietę. Kobieta uczepiła się słupa latarni, zaczęła krzyczeć, nie chciała ustąpić. Zebrał się tłum. (Trzeba było takiej kobiety, ale też trzeba było takiego tłumu! Nie wszyscy przechodnie odwracali oczy, nie wszyscy woleli przemknąć się cichcem!) Dziarscy chłopcy od razu stracili rezon. Bo nie potrafią pracować przy ludziach. Wsiedli do auta i ulotnili się. (A kobieta powinna była od razu wsiąść w pociąg i wyjechać! Ale wolała przenocować w domu. Więc w nocy odwieziono ją na Łubiankę). Ale z twojego zaschniętego gardła nie wyrywa się żaden krzyk, a przechodzący obok tłum bierze i ciebie, i twoich oprawców za grupę przyjaciół na przechadzce.

Ja sam nieraz miałem okazję do krzyku. Jedenastego dnia po aresztowaniu trzej agenci SMIERSZ-a, zajęci trzema walizami trofeów bardziej niż mną (po długiej podróży już na mnie polegali), przywieźli mnie do Moskwy, na Dworzec Białoruski. Nazywało się toto speckonwój, ale w istocie automaty przeszkadzały im tylko w dźwiganiu bardzo ciężkich kufrów: był to łup nagrabiony w Niemczech przez nich samych i przez ich naczelników z kontrwywiadu SMIERSZ II Frontu Białoruskiego. Konwojowanie mojej osoby dało im pretekst do przekazania łupów rodzinom w głębi ojczystego kraju. Czwartą walizkę dźwigałem sam bez żadnej ochoty; były w niej moje dzienniki i utwory: dowody rzeczowe w mojej sprawie. Nikt z tej trójki nie znał miasta, moim zadaniem więc był wybór najkrótszej drogi do więzienia. Ja sam miałem zaprowadzić ich na Łubiankę, gdzie dotąd nigdy nie byli (myliłem ją zresztą z ministerstwem spraw zagranicznych). Po dobie spędzonej w kontrwywiadzie mojej armii; po trzech dobach w kontrwywiadzie frontu, gdzie współwięźniowie już mnie oświecili (do oszustw i pułapek śledztwa, gróźb, bicia, co do tego, że kogo zamkną, tego już nigdy nie wypuszczą; co do nieuchronnego przydziału dychy) cudem wyrwałem się na świat boży i oto już cztery dni rozjeżdżam jak wolny i otoczony wolnymi, chociaż grzbiet mój leżał już na zgniłej słomie obok kubła, chociaż oczy moje widziały już sponiewieranych i pozbawionych snu, uszy słyszały już słowa prawdy, usta kosztowały już więziennej bryi. Czemu więc milczę? Czemu nie powiem wszystkiego oszukanym ludziom w ostatniej mojej chwili, gdy jeszcze, mogę otwarcie z nimi gadać? Milczałem w polskim mieście Brodnicy - ale tam może nikt nie rozumie po rosyjsku? Nie krzyczałem ani razu na ulicach Białegostoku - ale może to wszystko Polaków nie obchodzi? Ani słowa nie wymówiłem na stacji Wołkowysk - ale ludzi tam było przymało., Jak gdyby nigdy nic maszerowałem z tymi rozbójnikami po peronach Mińska - ale dworzec tam był jeszcze rozbity. A teraz prowadzę za sobą agentów SMIERSZ-a do krytego białą kopułą, górnego, okrągłego westybulu stacji Białoruska- Średnicowa moskiewskiego metra; stacja zalana jest elektrycznym blaskiem i z dołu w górę płyną ku nam dwoma równoległymi ciągami ruchomych schodów dwa gęste rzędy mieszkańców Moskwy. Wydaje się, że wszyscy oni patrzą na mnie! Nieskończonym łańcuchem stamtąd, z głębin nieświadomości pną się, pną się aż pod lśniącą kopułę, tu, do mnie, po jedno chociaż słowo prawdy, czemuż to więc milczę??!... A każdy ma zawsze dobry tuzin gładkich powodów, żeby się nie poświęcać i uważać, że to słuszne. Ludzie mają jeszcze nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży i boją się swoim krzykiem pogorszyć sprawę (przecież z tamtego, innego świata nie dochodzą do nas wieści, nie wiemy więc, że od chwili aresztowania nasz los jest przesądzony w najgorszy z możliwych sposobów i że pogorszyć go prawie nie można). Inni jeszcze nie dojrzeli do tych pojęć, które układają się w krzyk wśród tłumu. Przecież tylko rewolucjonista ma swoje hasła zawsze na wargach, same rwą mu się z ust, a skąd ma je wziąć potulny, trzymający się na uboczu zjadacz chleba? On NIE WIE PO PROSTU, co ma krzyczeć. Jest wreszcie rodzaj ludzi, których pierś zbyt jest pełna, których oczy zbyt wiele widziały, aby można było dać upust temu jezioru w kilku bezładnych okrzykach. A ja - ja milczę z jeszcze jednego powodu: bo tych ludzi wjeżdżających po stopniach dwóch wyciągów wciąż mi jeszcze za mało - za mało! Tu mój lament usłyszą dwie setki, dwa razy po dwie setki ludzi - a co z dwiema setkami milionów?... Roi mi się mgliście, że kiedyś jeszcze coś krzyknę tym całym dwustu milionom... A tymczasem wyciąg nieubłaganie niesie mnie w dół, do piekieł, mnie, człowieka który nie otworzył ust. Milczę jeszcze, gdy idziemy przez Ochotny Riad. Ani krzyknę koło "Metropolu". Nie poderwę rąk na Golgocie placu Łubiańskiego...

Moje aresztowanie miało charakter chyba najlżejszy z możliwych. Nie wyrwało mnie ono spośród bliskich, nie oderwało od miłego sercu życia domowego. Był cherlawy, zachodni luty, kiedy areszt zagarnął mnie z wąskiej mierzei nad Bałtykiem, gdzie nasi oblegali Niemców, a może Niemcy naszych - i pozbawił tylko znajomego dywizjonu oraz obrazu trzech miesięcy wojny.

Dowódca brygady wezwał mnie na punkt dowodzenia, poprosił ni stąd ni zowąd o pistolet; oddałem mu go, nie podejrzewając żadnego podstępu. Nagle spośród oficerskiej świty, stojącej w napiętym bezruchu w kącie, wybiegło dwóch z kontrwywiadu, kilkoma susami przemierzyło izbę i czworgiem rąk naraz sięgnąwszy do gwiazdki na czapce, do epoletów, do pasa i do torby polowej - zakrzyczało: - Jesteście aresztowani!
Palący sztych przebił mnie od ciemienia do pięt i nie znalazłem mądrzejszej odpowiedzi, jak: - Ja?! Za co?!... Chociaż to pytanie pozostaje zawsze bez odpowiedzi, rzecz niesłychana - dostałem ją! Warto o tym wspomnieć, bo to zbyt już niepodobne do naszych obyczajów. Kiedy ci ze SMIERSZ-a przestali mnie obmacywać, gdy zabrali mi razem z torbą moje pisemne wynurzenia polityczne i - zafrasowani, że szyby drżą od niemieckiej kanonady - już mnie popychali z przynagleniem do drzwi, nagle rozległ się twardy głos zwrócony do mnie - tak! przez tę głuchą bruzdę wyrytą między tymi co zostali a mną, wyciosaną ciężarem słowa "aresztowany", przez tę dźwiękoszczelną żonę, dzielącą zadżumionych od reszty świata - przebiły się nieprawdopodobne słowa kombryga! - Sołżenicyn, Wróćcie tu. Zrobiłem w tył zwrot na miejscu, wyrwałem się z rąk agentów i już stałem przed kombrygiem. Znałem go mało, nigdy nie zniżał się do zwykłej rozmowy ze mną. Wyraz jego twarzy kojarzył mi się zawsze z rozkazem, zleceniem, gniewem, Ale teraz ta pełna skupienia twarz rozjaśniła się - czy wstydem za swój wymuszony udział w brudnej sprawie? czy porywem, aby wznieść się ponad wieczną rutynę żałosnego posłuchu? Przed dziesięciu dniami, z worka, gdzie został jego, dywizjon artyleryjski, dwanaście ciężkich dział, wyprowadziłem w stanie prawie nienaruszonym moją baterię zwiadu - i oto teraz on miałby mnie się wyrzec przez jakiś świstek papieru z pieczątką? - Czy macie... - zapytał z naciskiem - przyjaciela na Pierwszym Froncie Ukraińskim? - Nie wolno!... Nie macie prawa! - krzyknęli na pułkownika kapitan i major kontrwywiadu. Sztabowa świta w kącie skuliła się z przestrachu, jakby bojąc się podzielić ciężar niesłychanej nieostrożności kombryga (a panowie z politwydziału - szykując się już do zestawienia materiału na temat dowódcy). Ale ja już domyśliłem się, ile trzeba: zrozumiałem od razu, że aresztowany jestem za korespondencję z moim szkolnym kolegą i wiedziałem, skąd mi grozi niebezpieczeństwo. I gdyby Zachar Grigoriewicz Trawkin na tym poprzestał! Ale skąd! Coraz bardziej prostując się wewnętrznie, coraz czystszy we własnych oczach, wstał zza biurka (w tamtym, poprzednim życiu nigdy nie wstawał na mój widok!), wyciągnął do mnie rękę ponad zoną zarazy (póki byłem wolny, nigdy mi jej nie podawał!) i nie puszczając mojej dłoni, podczas gdy świta niemiała ze zgrozy, z nagłym ciepłem w surowej zwykle twarzy, powiedział - nieulękły, dzieląc słowa:- Życzę wam - szczęścia kapitanie! Nie byłem już kapitanem, lecz zdemaskowanym wrogiem ludu (każdy bowiem aresztowany jest u nas już w chwili ujęcia całkowicie zdemaskowany). A więc życzył szczęścia - wrogowi?...

Dygotały szyby. Niemieckie pociski szarpały ziemię dwieście metrów od nas, przypominając tym, że coś podobnego nie mogło się zdarzyć tam, w głębi kraju, pod pokrywą uregulowanego bytowania, że to możliwe tylko w zasięgu bliskiej i równającej wszystkich śmierci. Nie jest to księga moich prywatnych wspomnień. Dlatego nie będę opowiadał o bardzo zabawnych szczegółach mojego zupełnie nietypowego aresztowania.

Tej nocy agenci SMIERSZ-a wpadli w desperację po daremnych próbach znalezienia kierunku na mapie (nigdy zresztą tej sztuki nie znali) i grzecznie mi ją wręczyli prosząc o wskazanie szoferowi drogi do kontrwywiadu armii. Dowiozłem ich i siebie do tego więzienia i w nagrodę natychmiast zostałem wsadzony nie do celi, tylko karceru. Tej rupieciarni niemieckiego, chłopskiego obejścia, która pełniła obowiązki karceru, pominąć jednak nie można. Miała ona długość ludzkiego ciała, szerokość zaś taką, że trojgu już było ciasno, czwarty ledwo się mieścił. Ja byłem właśnie czwartym, wepchnięto mnie tam po północy, trzej śpiący na ziemi, skrzywili się na mój widok, wyrwani ze snu przez światło naftowej lampy, ale się posunęli pozwalając mi przylgnąć na boku i stopniowo, siłą ciężkości, wciskać się między nich. Tak więc, na starej słomie leżały teraz cztery pary długich butów podeszwami ku drzwiom i cztery wojskowe płaszcze: tamci spali, a mnie zżerała gorączka. Im zarozumialszym byłem kapitanem jeszcze parę godzin temu, tym ciaśniej mi było gnieść się na dnie tej komórki.

Raz czy drugi chłopcy budzili się, bo człowiek drętwiał, i obracaliśmy się równocześnie na drugi bok. Rankiem pobudzili się, ziewnęli, postękali, podciągnęli nogi, siedli po kątach i zaczęło się zawieranie znajomości. - A ty za co?.. ., Ale mglisty wietrzyk podejrzliwości już mnie musnął w trującym cieniu SMIERSZ-a, więc odparłem z całą prostotą: - Nie mam pojęcia. Albo to coś powiedzą, gady? Jednak moi współwięźniowie, czołgiści w ciasnych, miękkich hełmach nic nie ukrywali. Były to trzy rzetelne, niezawiłe żołnierskie serca, rodzaj ludzi, do których przywiązałem się podczas wojny, będąc od nich człowiekiem i bardziej skomplikowanym, i gorszym. Wszyscy trzej byli oficerami. Epolety im też zerwano z tą samą wściekłością, tu i tam sterczało jeszcze niciane mięso. Jasne plamy na zielonych bluzach - to były znaki po zdartych orderach, ciemne i czerwone plamy na twarzy i rękach - pamiątki po ranach i oparzeniach. Ich dywizjon nieszczęściem przybył na remont tu właśnie, do tej samej wsi, gdzie stacjonował kontrwywiad SMIERSZ 48 Armii. Ochłonąwszy po bitwie, która odbyła się onegdaj, popili sobie wczoraj i za opłotkami wsi wtargnęli do łaźni, gdzie, jak spostrzegli, poszły się kąpać dwie żwawe dziewuchy. Nie bardzo trzymali się na nogach, więc dziewuchy zdołały uciec, choć półgołe. Ale okazało się, że jedna z tych dziewuch jest nie byle czyja - tylko naczelnika kontrwywiadu armii. No tak! Już trzy tygodnie wojna toczyła się na terenie Niemiec i tośmy już dobrze wiedzieli: gdy dziewuchy były Niemkami, to można je było zgwałcić, potem rozstrzelać i uszłoby to niemal za wyczyn bojowy; gdyby to były Polki albo nasze, ruskie, z wywózek - to można by w każdym razie pouganiać się za nimi po warzywniku klepiąc po tyłkach - niewinny żart i tyle. Ale skoro poszło o "polową żonę" naczelnika kontrwywiadu - to trzem frontowym oficerom jakiś tyłowy sierżant zerwał ze złością epolety, z dystynkcjami, nadanymi rozkazem dowództwa frontu, zdarł ordery, przyznane im przez Prezydium Rady Najwyższej - i teraz tych wojaków, co walczyli całą wojnę i przedarli się przez niejedną, być może, linię nieprzyjacielskich okopów, oczekiwał sąd wojenny, którego skład nie dojechałby zapewne do tej wsi, gdyby nie ich czołg.

Zdmuchnęliśmy kaganek, bo i tak wypalił już wszystko, czym można było oddychać. W drzwiach wycięte było lipko wielkości widokówki i stamtąd tylko padało odbite światło z korytarza. Obawiając się jakby, że z nadejściem dnia karcer wyda nam się zbyt przestronny, podrzucono nam teraz piątego partnera. Miał na sobie nowiutki płaszcz czerwonoarmisty, równie nową czapkę i gdy tak stał naprzeciw lipka okazało się, że ma zadarty nos, świeżą cerę, i policzki całe w rumieńcach. - Skąd się wziąłeś, bracie? Ktoś ty taki? - Aż tamtej, strony - odparł dziarsko. - Szpieg. - Żartujesz? - zdrętwieliśmy aż. (Szpieg - i żeby sam o tym mówił! - nigdy w ten sposób o tym nie pisał Szejnin ani bracia Tur!)
- Żarty na wojnie? - westchnął rezolutny chłopak. A jak inaczej z niewoli do domu wrócić? Macie sposób? Zaczął nam opowiadać, jak zeszłej doby Niemcy przerzucili go przez front, żeby mógł tu szpiegować i wysadzać mosty, on zaś natychmiast poszedł do najbliższego batalionu, żeby się poddać a niewyspany, znużony komendant w żaden sposób mu nie chciał wierzyć, że jest szpiegiem i posyłał do pielęgniarki, żeby dała lekarstwa - ale zaraz nowe wrażenia przeszkodziły nam w słuchaniu. - Do wychodka! Ręce do tyłu! - wołał przez otwarte drzwi chorążypała, który całkiem łatwo sam jeden podźwignąłby lufę 122-milimetrowej armaty.

Dookoła całego obejścia, ustawiony już był łańcuch fizylierów, strzegących wskazanej nam ścieżki, prowadzącej za stodołę. Kipiałem z oburzenia, że jakiś bęcwał-chorąży śmie rozkazywać nam - oficerom: "ręce do tyłu", ale czołgiści spletli dłonie za plecami i ruszyłem w ślad za nimi. Za stodołą był mały, kwadratowy zagonik - pokryty jeszcze niestopniałym, zadeptanym śniegiem i cały zawalony ludzkim kałem tak gęsto i nieporządnie, że niełatwe to było zadanie - znaleźć miejsce dla stóp i przykucnąć: Jakoś sobie jednak poradziliśmy i kucnęliśmy całą piątką, Jeden bliżej, drugi dalej. Dwóch strzelców z ponurą miną wycelowało automaty w nas, przypadłych do ziemi, chorąży zaś już po jakiejś minucie zaczął poganiać: - No, szybciej, nie zwlekać! U nas prędko idzie robota! Niedaleko ode mnie kucał jeden z czołgistów, chłopak z Rostowa, wysoki, pochmurny, starszy lejtnant. Twarz miał czarniawą od żelaznego nalotu albo od dymu, ale duża czerwona szrama przez cały policzek dobrze była widoczna. - Gdzie to tak - u was? - zapytał cicho, nie spiesząc się bynajmniej do cuchnącego naftą karceru. - W kontrwywiadzie SMIERSZ! - z dumą i z większym niż trzeba naciskiem zawołał chorąży. (Ci z kontrwywiadu bardzo lubili tę niezdarną zbitkę wyrazów: "Śmierć szpiegom!" Uważali, że budzi grozę, działa na postrach). - A u nas - powoli! - z namysłem odparł starszy lejtnant. Hełm zadarł mu się na głowie i widać było, że czupryna jeszcze nie strzyżona. Jego frontowy, garbowany tyłek muskał teraz łagodnie chłodny wietrzyk. - Gdzie to - u was? - głośniej niż trzeba szczeknął chorąży. - A w Armii Czerwonej - bardzo spokojnie odparł starszy lejtnant siedzący w kucki i z tej pozycji mierząc wzrokiem niedoszłego kanoniera.

Takie były pierwsze "hausty mojego więziennego powietrza.



Taras Bulba

unread,
Aug 25, 2014, 11:43:05 PM8/25/14
to
Lepiej zapastuj cala Encyklopedie Brytanike. Tfu!

narciasz

unread,
Aug 26, 2014, 9:18:05 AM8/26/14
to
przygłup jak ty, powinien czytac, czytac i jeszcze raz czytac - tym bardziej noblistę - zamias swiecic ignorancja i glupota.

Na, więcej może cos ci przylgnie osle:

II. DZIEJE NASZEJ KANALIZACJI

Kiedy teraz wyrzeka się na nadużycia epoki kultu, to rozmowa sprowadza się w końcu zawsze do osławionych lat 37-38. Zaczyna to już być tak stałym odruchem pamięci, jakby nie wsadzano Judzi ani PRZEDTEM, ani PÓŹNIEJ, a tylko w 37 i 38. Nie boję się jednak omyłki, gdy powiadam, że potok 37-38 ani nie był jedynym, ani nawet głównym. Był chyba tylko jednym z trzech największych potoków, jakie zostały wtłoczone do mrocznych, cuchnących rur naszej więziennej kanalizacji. PRZED nim był potok lat 1929-30, szeroki i długi jak co najmniej Ob, który wpędził w tundry i tajgi z piętnaście milionów chłopów (a może i więcej). Ale chłopi - głosu nie mają, piórem nie władają, nie pisali więc ani skarg, ani memuarów. Panowie śledczy też nocy na nich nie tracili, ani nie ślęczeli nad protokołami - dość było decyzji rady gromadzkiej. Potok ten przepłynął, wsiąkł w obszar wiecznego lodu i nawet najgorętsze głowy prawie już go nie wspomną. Wygląda na to, że nie zostawił nawet ran na sumieniu Rosji. A tymczasem - wśród zbrodni Stalina (i naszych, naszych wspólnych) ta była najcięższa.

PÓŹNIEJ zaś był potok lat 1944-46, rozmiarami przenoszący Jenisej: spływały do rur ściekowych całe narody, a nadto miliony i miliony tych, co namęczyli się (także z naszej winy!) w niewoli, wywiezionych do Niemiec i wracających stamtąd (Stalin przeżgał rany, żeby zasklepiły się czym prędzej, żeby ciało narodu czym prędzej pokryło się strupem i żeby nie dać całemu temu ciału odetchnąć, odsapnąć, wydobrzeć). Ale ludzie z tego potoku też byli raczej prości i memuarów nie pisywali. Potok zaś 37 roku porwał i poniósł na Archipelag także ludzi na stanowiskach, ludzi z partyjną przeszłością, ludzi wykształconych, przy tym wielu z ich otoczenia zostało w miastach, a ilu wśród nich władało piórem! - i wszyscy oni teraz piszą, mówią, snują wspomnienia: trzydziesty siódmy! Wołga nieszczęścia narodowego! Spróbuj powiedzieć Tatarowi, Kałmukowi albo Czeczeńcowi - "trzydziesty siódmy" - tylko ramionami wzruszy.

A co znaczy dla Leningradu trzydziesty siódmy, kiedy wcześniej już był tam trzydziesty piąty? A dla tych, co dostali repetę wyroku, albo dla mieszkańców krajów nadbałtyckich - czy nie cięższe były lata 48-49? A jeśli fanatycy stylu i geografii wytkną mi, pominięto tu wiele jeszcze innych rosyjskich rzek, toć nie wyliczyłem jeszcze wcale wszystkich, cierpliwości! Te potoki na całą resztę się same złożą. Wiadomo, że każdy organ ulega atrofii, jeśli nie jest stale używany. Skoro zatem wiemy, że Organy (same siebie lubią zwać one tym wstydliwym imieniem), tak opiewane i tak bardzo górujące nad wszystkim, co żyje, nie mogą skarżyć się na atrofię najnędzniejszej nawet ze swoich macek, że przeciwnie - mogą pochlubić się ich rozrostem i muskularnością, to łatwo domyśleć się, że były w STAŁYM użyciu.

Rury wciąż pulsowały - ciśnienie bywało raz wyższe od projektowanego, raz niższe, ale więzienne kanały nigdy nie ziały pustką. Krew, pot i uryna, w których się pławiliśmy, tętniły w nich nieustannie. Historia tej kanalizacji - to są dzieje ciągłego dopływu i przepływu, tylko że raz prąd wzbierał, raz tworzył łachy, potem znów przychodziła powódź, dopływy bywały raz niniejsze, raz obfitsze, a jeszcze ze wszystkich stron sączyły się strugi, strużki, ścieki z rynien - i po prostu pojedyncze krople, gdy się trafiły. Wykaz zestawiony według następstwa czasowego, przytoczony na następnych stronicach, uwzględnia zarówno dopływy, składające się z milionów aresztowanych, jak strumyczki, na które złożyły się zwykłe, niepozorne dziesiątki ludzi - ale bynajmniej nie jest zupełny, jest wręcz ubogi, ograniczony przez moje możliwości badań historycznych. Tu potrzeba wielu jeszcze uzupełnień ze strony ludzi znających przedmiot, a pozostałych przy życiu.

Ten wykaz najtrudniej ZACZĄĆ. Po pierwsze - dlatego, że im głębiej w dziesięciolecia, tym mniej pozostało świadków - wieść gminna przygłuchła, zaćmiła się - a kronik albo nie ma, albo - za siedmiu zamkami. Po drugie - dlatego, że nie byłoby sprawiedliwie omawiać tu. jednakowym tonem zarówno lata wyjątkowo zawziętych starć (wojna domowa) - i pierwsze lata pokoju, kiedy można było już oczekiwać miłosierdzia. Ale jeszcze zanim doszło do wojny domowej, już byli tacy, co wiedzieli, że Rosja, przy istniejącym składzie ludności, nie nadaje się oczywiście do żadnego socjalizmu. Że jest w ogóle zanieczyszczona. Jeden z pierwszych ciosów dyktatura zadała kadetom, konstytucyjnym demokratom (za cara byli rozsadnikami rewolucyjnej zarazy, po zwycięstwie władzy proletariackiej - rozsadnikami zarazy reakcyjnej).

W końcu listopada 1917 roku, w dniach gdy miała się odbyć pierwsza, niedoszła do skutku, sesja Konstytuanty, partia kadetów oficjalnie została postawiona poza prawem i zaczęły się aresztowania. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęto zamykać członków "Związku Zwolenników Konstytuanty" i sieci "uniwersytetów żołnierskich". Znając sens i ducha rewolucji, łatwo się domyśleć, że w ciągu tych miesięcy piotrogrodzkie Kresty, moskiewskie Butyrki i liczne inne, podobne im więzienia prowincjonalne zapełniły się wielkimi bogaczami, znanymi działaczami, generałami i oficerami, a także pracownikami ministerstw i całego aparatu państwowego, nie chcącymi wykonywać rozkazów nowej władzy. Jedną z pierwszych operacji Czeki było aresztowanie komitetu strajkowego Wszechrosyjskiego Związku Urzędników. Oto jeden z pierwszych okólników NKWD, z grudnia 1917 roku: "W związku z sabotażem ze strony urzędników okazać trzeba w terenie maksimum inicjatywy, NIE WYŁĄCZAJĄC konfiskat, środków przymusu i aresztowań". I chociaż W. I. Lenin w końcu 1917 roku w celu "umocnienia rewolucyjnego porządku" żądał "bezlitosnego dławienia prób szerzenia anarchii przez pijaków; chuliganów, kontrrewolucjonistów itp." - a to znaczy, że głównym niebezpieczeństwem dla Rewolucji Październikowej byli według niego pijacy, zaś kontrrewolucjonistów umieszczał gdzieś w trzecim dopiero rzędzie - jednak stawiał on sprawę także znacznie szerzej.

W artykule "Jak organizować współzawodnictwo" (7 i 10 styczeń 1918 roku) W. I. Lenin proklamował jako wspólny cel "oczyszczenie rosyjskiej ziemi z wszelkich szkodliwych insektów". Za insekty uważał on nie tylko wszystkie obce klasowo elementy, lecz także "robotników, uchylających się od pracy", na przykład - zecerów; piotrogrodzkich drukarni partyjnych. (Oto, co znaczy upływ czasu: trudno nam teraz zrozumieć, że robotnicy - ledwie stali się dyktatorami, zaraz zaczęli uchylać się od pracy dla siebie samych). A dalej: "...w jakiej dzielnicy wielkich miast, w jakiej fabryce, w jakiej, wsi... nie ma... sabotażystów, zwących się inteligentami?" Co prawda, Lenin; w tym artykule przewidywał rozmaite formy uwalniania się od insektów: jednych się wsadzi, innych pośle do czyszczenia wychodków, jeszcze innym "po odsiadce w karcerze wyda się żółte paszporty; tu i ówdzie trzeba rozstrzelać trutnia. Do wyboru ma się - więzienie albo karne roboty przymusowe najcięższego rodzaju"- Wskazując i sugerując zasadnicze linie polityki karnej, Włodzimierz Iljicz proponował, aby o najlepsze metody tej czystki współzawodniczyły ze sobą "komuny i gminy".

Kto zaliczany był do tej pojemnej kategorii insektów, tego dziś; nie sposób zbadać do końca: zbyt niejednolity był skład ludności Rosji i należały do niej także izolowane, zgoła nikomu niepotrzebne, a teraz całkiem już zapomniane małe grupy. Insektami byli, oczywiście, ziemcy, działacze samorządu terytorialnego. Insektami byli spółdzielcy. Wszyscy właściciele domów. Niemała ilość insektów była wśród nauczycieli gimnazjalnych. Insekty oblazły gęsto komitety parafialne, insekty, śpiewały w chórach cerkiewnych. Insektami byli wszyscy duchowni, ja tym bardziej - zakonnicy i zakonnice. Także ci zwolennicy Tołstoja, którzy przystępując do pracy w sowieckiej instytucji albo, powiedzmy, na kolei, nie podpisywali obowiązkowego orzeczenia, że bronić będą sowieckiej władzy z bronią w ręku - również demaskowali się jako insekty (i jeszcze spotkamy się z wypadkami - oddawania się pod sąd), i była mowa o kolejach - otóż bardzo wiele insektów ujawniono wśród kolejarzy i trzeba było je wyskubywać, a tego czy owego nawet pacnąć. Telegrafiści zaś, nie wiedzieć czemu, z reguły okazywali sie zajadłymi insektami, bez żadnego zrozumienia dla sprawy Sowietów. Nic dobrego nie da się powiedzieć o związku kolejarzy - WIKŻEL i o innych związkach zawodowych, kipjących się od insektów, wrogo nastawionych do klasy robotniczej. Już tylko te grupy, któreśmy tu wyliczyli, dają w sumie ogromną liczbę - robota zapowiadała się na kilka lat.

A iluż to jeszcze plugawych inteligentów, rozwydrzonych studentów, rozmaitych dziwaków, poszukiwaczy prawdy i bożych opętańców, z których jeszcze Piotr Pierwszy daremnie chciał oczyścić Rosję i którzy zawsze są przeszkodą dla uładzonego, surowego reżymu? I nie - sposób byłoby przeprowadzę tej dezynfekcji, tym bardziej podczas wojny, gdyby stosowane były stare metody procedury sądowej i normy prawne. Przyjęto zupełnie nową metodę: represję pozasądową - i tej niewdzięcznej pracy podjęła się z całym poświęceniem WCZK - Strażnik Rewolucji, jedyny w historii ludzkości organ ścigania łączący w jednym ręku funkcje: inwigilacji, aresztu, śledztwa, prokuratury, sądu i wykonania decyzji.

W 1918 roku w celu przyśpieszenia zwycięstwa rewolucji również na froncie kultury, zabrano się do patroszenia i wytrząsania z relikwiarzy szczątków świętych i patronów oraz do rekwizycji sprzętu liturgicznego. W obronie pustoszonych cerkwi i klasztorów wybuchły ludowe powstania. Tu i ówdzie bito w dzwony i wierni zbiegali się, ten i ów z kijaszkiem. Jasne, że trzeba było jednego z drugim na miejscu rozmienić na drobne, a niejednego wziąć pod klucz. Rozmyślając teraz nad historią lat 1918-1920 trudno powiedzieć - czy wolno zaliczyć do potoku więziennego tych wszystkich, którzy zostali rozwaleni nie dojeżdżając do celi? I w jakiej rubryce odnotować tych, których kombiedy załatwiały za węgłem rady gromadzkiej albo w opłotkach? Czy zdążyli choćby postawić stopę na ziemi Archipelagu uczestnicy spisków, wykrywanych całymi bukietami w każdej guberni (dwa w Riazaniu, po jednym w Kostromie, w Wysznim Wołocku i Wieliżu, kilka na Kijowszczyźnie, i pod Moskwą, spisek saratowski, czernihowski, astrachański, seligierski, smoleński, bobrujski, tambowski, czembarski, wielkohicki, mścisławski, spisek kawalerzystów i inne) - czy nie zdążyli i dlatego nie mogą być przedmiotem niniejszego opisu?

Pominąwszy dzieje tłumienia znaczniejszych buntów (jarosławski, rybiriski, muromski, arzamaski), niektóre wypadki znamy tylko z nazwy - wiemy na przykład o egzekucjach w Kołpinie w czerwcu 1918 roku - ale o co poszło?... Kogo rozstrzelano?... I gdzie to odnotować? A jak rozstrzygnąć inną niemałą trudność: czy wliczyć do fali więziennej, czy też wpisać na konto wojny domowej dziesiątki tysięcy zakładników, tych o nic osobiście nie oskarżonych i nawet nie spisanych najnędzniejszym ołówkiem, nie wymienionych z nazwiska spokojnych obywateli, pojmanych i zabitych na postrach, albo gwoli zemsty na zbrojnym nieprzyjacielu czy na zbuntowanych masach?

Po wydarzeniach 30 sierpnia 1918 roku NKWD wysłał w cały teren zlecenie, aby "natychmiast aresztować wszystkich, prawych eserów, a spośród burżuazji i warstwy oficerskiej wziąć znaczną liczbę zakładników. (No, a gdyby tak na przykład po zamachu grupy Aleksandra Ulianowa wyaresztowano nie tylko tę grupę, lecz również wszystkich studentów w Rosji oraz znaczną liczbę "ziemców"?). Tak to też deklarowano zupełnie otwarcie (Łacis, gazeta "Krasnyj terror", l listopad 1980 rok): "Nie wojujemy z poszczególnymi osobnikami. Likwidujemy burżuazję jako klasę. W czasie śledztwa nie szukajcie materiałów i dowodów mających wykazać, że oskarżony czynem albo słowem walczył przeciw władzy Rad. Pierwsze pytanie, jakie powiniście mu zadać, to - do jakiej klasy się zalicza, jakiego jest pochodzenia, jakie ma wykształcenie, jaki zawód. Te kwestie powinny właśnie decydować o losie oskarżonego. Na tym polega sens i treść czerwonego terroru".

Decyzją Rady Obrony z 15 lutego 1919 roku - zapewne pod przewodnictwem Lenina? - zalecało się Czerezwyczajce i NKWD brać jako zakładników chłopów z tych miejscowości - gdzie zaśnieżone tory kolejowe oczyszczane są "niezupełnie zadawalająco" z tym, że "jeśli śnieg z torów nie zostanie usunięty - zakładnicy będą rozstrzelalani". Decyzją Sownarkomu z końca 1920 roku zezwolono brać również socjaldemokratów jako zakładników. Ale ograniczając się tylko do zwykłych aresztowań, musimy zauważyć, że już od wiosny 1918 roku zaczęła, płynąć nieprzerwana, wieloletnia fala zdrajców- socjalistów. Wszystkie te partie: socjal-rewolucjonistów, mienszewików, anarchistów, ludowych socjalistów, przez dziesiątki lat tylko udawały, że walczą o rewolucję, nosiły maskę - i nawet idąc za to na katorgę, uprawiały obłudną symulację. Dopiero gwałtowny rozwój wypadków rewolucyjnych od razu ukazał światu burżuazyjne oblicze tych socjalzdrajców, Trzeba więc było zacząć ich zamykać, to naturalne!

Wkrótce po kadetach, po rozpędzeniu Konstytuanty, po rozbrojeniu pułku Preobrażeńskiego i innych, zaczęto wyłapywać po trochu - z początku bez rozgłosu - również eserów i mienszewików. Począwszy od 14 czerwca 1918 roku, kiedy to usunięto ich ze wszystkich rad delegatów, te areszty stały się coraz częstsze i coraz bardziej masowe. Od 6 lipca dodano do kompletu także lewicowych eserów, którzy dłużej niż inni i z większą jeszcze przewrotnością udawali sojuszników jednej konsekwentnej partii proletariatu. Od tej chwili wystarczało, że w jakiejś fabryce albo miasteczku wybuchły rozruchy robotnicze, zaburzenia, strajki (wiele ich było latem 1918, w marcu zaś 1921 roku wstrząsnęły one Piotrogrodem, Moskwą, później - Kronsztadtem i zmusiły rząd do wprowadzenia NEP-u) by - podczas gdy nawoływano do spokoju, robiono ustępstwa, i zaspokajano słuszne żądania robotnicze - Czeka już zabierała się po cichu do nocnych aresztów mienszewików i eserów, jako właściwych winowajców takiej ruchawki.

Latem 1918 roku, w kwietniu i w październiku 1919 zamykano gromadnie anarchistów. W 1919 roku aresztowano tę część eserowskiego KC, która była w zasięgu ręki: siedziała ona w Butyrkach aż do procesu, który odbył się w 1922 roku. W tym samym roku 1919 wybitny czekista Łacis takimi słowy pisał o mienszewikach: "Tacy ludzie nam przeszkadzają, to za mało powiedziane. Dlatego usuwamy ich z naszej drogi, żeby nie pętali się nam pod nogami... Lokujemy ich w dobrze strzeżonym miejscu, w Butyrkach, gdzie każemy im siedzieć dopóty, dopóki nie skończy się walka pracy z kapitałem"

W tymże roku 1919 zostali uwięzieni także delegaci bezpartyjnego zjazdu robotniczego (przez co nie mógł on się odbyć). Już w 1919 roku zrozumiano, jak bardzo podejrzani są nasi rodacy, wracający zza granicy (a po co? z jakimi zleceniami?) - w ten sposób pakowani byli za kraty powracający z Francji oficerowie rosyjskiego korpusu ekspedycyjnego. W 1919 roku, przy nader zamaszystej likwidacji prawdziwych i rzekomych spisków ("Centrum Narodowe", Spisek Wojskowy) w Moskwie, Piotrogrodzie i innych miastach, rozstrzeliwano według listy (to znaczy, że stawiano ludzi pod ścianą od razu, bez śledztwa) i pakowano do więzień bez wyboru tzw. inteligencję kadetopodobną. A co to znaczy? Nie monarchistyczną i nie socjalistyczną, a więc - wszystkie kręgi naukowe, artystyczne, literackie, a także całe środowisko inżynierskie. Prócz pisarzy-radykałów, prócz teologów i teoretyków socjalizmu, cała pozostała masa inteligencji, około 80% istotnie była "kadetopodobna". Zaliczał się do niej - zdaniem Lenina - także taki Korolenko - "nędzny mieszczuch, nie umiejący uwolnić się z pęt przesądów burżuazyjnych", a "talenty tego rodzaju spokojnie mogą posiedzieć jakiś tydzień w areszcie". O niektórych grupach aresztowanych wiemy z protestów Gorkiego. 15 września 1919. Włodzimierz Iljicz odpowiada mu tak: "... zdajemy sobie sprawę.) że tu też zdarzały się omyłki", ale "też mi nieszczęście, pomyślałby kto! Też mi niesprawiedliwość!" - i radzi Gorkiemu "nie trwonić swego czasu na lamenty zgniłych inteligentów".

W styczniu 1919 roku wprowadzono obowiązkowe kontyngenty w produkcji rolnej i dla ich ściągania formuje się oddziały żywnościowe. Napotykają one wszędzie na opór - to bierny, to burzliwy. Tłumienie tego oporu także spowodowało (nie licząc rozstrzelanych na miejscu) znaczny przybór fali aresztowanych w ciągu dwóch lat. Świadomie pomijamy tu całą tę wielką część przerobu Czeki, Wydziałów Specjalnych i Rewwojentrybunałów, która związana była z przesuwaniem się linii frontu i zdobywaniem miast oraz okręgów. Wspomniana już dyrektywa NKWD z 30 lipca 1918 roku zalecała ogniskować się na zadaniu "bezwzględnego rozstrzeliwania wszystkich zamieszanych w białogwardyjską robotę". Ale czasem człowiek się gubi: jak przeprowadzić linię podziału? Latem 1920 roku, kiedy wojna domowa jeszcze nie całkiem i nie wszędzie wygasła, ale nad Donem już było po wszystkim, stamtąd, z Rostowa i z Nowoczerkaska dużymi partiami wysyłano oficerów do Archangielska i dalej, krypami na wyspy Sołowieckie (podobno kilka kryp zatopiono na morzu Białym, identyczne wypadki zdarzały się także na morzu Kaspijskim) - otóż - czy składać to na karb wojny domowej, czy zaliczać już do okresu pokojowej odbudowy? Jeżeli w tym samym roku w Nowoczerkasku zostaje rozstrzelana kobieta w ciąży, żona oficera, za to, że ukrywała męża - to do jakiej kategorii ją wliczyć?

W maju 1930 roku ogłoszono rezolucję KC "O działalności dywersyjnej na zapleczu". Z doświadczenia wiemy, że każda taka rezolucja jest bodźcem do nowego, generalnego dopływu aresztowanych, jest kierunkowskazem dla nowego potoku. Szczególną przeszkodą (ale i szczególną pomocą!) w dziele organizacji tych wszystkich potoków był aż do 1922 roku brak Kodeksu Karnego, jakiegokolwiek systemu prawa karnego. Sama tylko rewolucyjna" świadomość (zawsze zresztą nieomylna!) dostarczała wskazówek i łapaczom, i kanalizatorom - kogo mają brać i co z nim robić. W tym przeglądzie nie będą rozpatrywane fale kryminalistów i przestępców pospolitych; dlatego przypomnimy jedynie, że ogólne kłopoty i braki związane z przebudową urzędów, instytucji i wszystkich praw mogły tylko sprzyjać znacznemu zwiększeniu ilości kradzieży, napadów, gwałtów, łapówek i spekulacji. Chociaż nie tak groźne dla istnienia Republiki, te przestępstwa kryminalne też były częściowo ścigane i przez dopływ aresztowanych z tego tytułu wzbierał potok uwięzionych kontrrewolucjonistów. Istniała też spekulacja o zdecydowanie politycznym charakterze, jak stwierdza dekret Sownarkomu, firmowany przez Lenina z 22 lipca 1918 roku: "winni sprzedaży, skupu, albo przekazywania dla sprzedaży zarobkowej tych produktów żywnościowych, które są przedmiotem monopolu państwowego (chłop produkuje ziarno - na sprzedaż, na handel, a jak inaczej może zarobkować?)... podlegają uwięzieniu na okres nie mniejszy niż 10 lat w połączeniu z najcięższymi robotami przymusowymi i konfiskatą całego majątku".

Poczynając od tego lata wieś, z przekraczającym jej siły napięciem, rok po roku oddawała swoje zbiory za darmo. Wywołało to powstanie chłopskie, a zatem - ich tłumienie i nowe aresztowania. Wiemy (niewiele wiemy...) o procesie - "Syberyjskiego Związku Chłopskiego" w 1920 roku. W końcu tegoż roku ma miejsce zapobiegawcze zdławienie tambowskiej chłopskiej rebelii. (Bez żadnego procesu sądowego). Ale największą masę ludzi z tambowskich wsi zabrano w czerwcu 1921 toku. Cała ta gubernia pokryta była siecią obozów koncentracyjnych dla rodzin chłopów, którzy brali udział w powstaniu. Szmat pustego pola otoczony był drutem kolczastym, od słupa do słupa, i przez trzy tygodnie trzymano tam każdą rodzinę podejrzaną o to, że ma jakiegoś męskiego przedstawiciela wśród powstańców. Jeżeli w ciągli trzech tygodni chłop nie pojawiał się, by wykupić rodzinę za cenę swojej głowy - krewniaków deportowano.

Jeszcze wcześniej, w marcu 1921 roku na wyspy Archipelagu, po przejściu przez Trubecki Bastion Twierdzy Piotra wysłani zostali marynarze ze zbuntowanego Kronsztadtu, wyjąwszy tych, których już rozstrzelano. Rok 1921 rozpoczął się od rozkazu WCZK nr 10 (z 8 stycznia 1921 roku): "Wzmóc represje w stosunku do burżuazji!" Teraz, kiedy wojna domowa miała się ku końcowi, postanowiono represji nie osłabiać, lecz właśnie ją wzmóc! Jak to wyglądało na Krymie - możemy się domyśleć, z niektórych wierszy Maksymiliana Wołoszyna. Latem 1921 roku wyaresztowany został społeczny Komitet Pomocy Głodującym (Kuskowa, Prokopowicz, Kiszkin i in.), próbujący powstrzymać szerzenie się w Rosji niebywałego głodu. Chodziło o to, że te dobroczynne ręce były nie tymi rękoma, którym można było pozwolić na karmienie głodujących. Pozostawiony na wolności przewodniczący tego Komitetu, umierający Korolenko, nazwał pogrom Komitetu "najgorszym aktem politykierstwa, politykierstwem państwowym" (list do Gorkiego z 14 września 1921 roku). Korolenko przypomina nam też ważną cechę więzień 1921 roku: "są całe przesiąknięte tyfusem". Potwierdza to Skrypnikowa i inni ówcześni więźniowie. W tym samym 1921 roku już praktykowane były aresztowania studentów (na przykład - Akademia im. Timiriazjewa, grupa E. Dojarenko) za "krytykę panujących porządków" (nie publiczną, ale ograniczoną do prywatnych rozmów).

Wypadków takich było chyba jeszcze niewiele, bo wymienioną grupę przesłuchiwał sam Mienżyński z Jagodą. Ale też wcale nie mało. Czym jeżeli nie aresztowaniami mógł zakończyć się nieoczekiwany śmiały strajk studentów Moskiewskiej Wyższej Szkoły Technicznej (MWTU) wiosną 1921 roku? Od czasów tak surowej stołypińskiej reakcji w uczelni tej przestrzegano tradycji, aby rektor wybierany był spośród jej ciała akademickiego. Tak się stało z profesorem Kalinnikowem (spotkamy go jeszcze na ławie oskarżonych), ale władza rewolucyjna przysłała na jego miejsce jakiegoś przeciętnego inżynierka. Zdarzyła się to w trakcie sesji egzaminacyjnej. Studenci przerwali zdawanie egzaminów, zwołali na dziedzińcu burzliwe zebranie, nie zgodzili się na przywiezionego w teczce rektora, żądając zachowania samorządnego statutu uczelni. Później wszyscy zebrani ruszyli piechotą na ulicę Mochową, aby tam spotkać się ze studentami uniwersytetu. Oto zagadka: jak ma się zachować w takim wypadku władza? Żadna to zagadka dla komunistów. Za czasów cara nobliwa prasa, całe inteligenckie środowisko zawrzałoby oburzeniem: precz z rządem! precz z caratem! Ale teraz inne czasy - odnotowano nazwiska mówców, pozwolono zebranym rozejść się, przerwano sesję egzaminacyjną, ale za to w czasie letnich wakacji powybierano po jednemu w rozmaitych miejscowościach wszystkich, kogo należało. Reszta zaś manifestantów nigdy nie zobaczyła inżynierskiego dyplomu.

Również w tym samym 1921 roku wzmogły się i nabrały zdecydowanego kierunku aresztowania członków innych partii. Właściwie już wszystkie partie dawnej Rosji zakończyły swój żywot, wyjąwszy partię zwycięzców. (O, kto pod kim dołki kopie!...) Ale po to, by rozpad uczynić nieodwracalnym, trzeba było widocznie, aby rozpadowi ulegli członkowie tych partii, ich kształty cielesne. Ani jeden obywatel państwa rosyjskiego, który kiedykolwiek wstąpił do jakiejś innej partii poza bolszewicką, nie zdołał uniknąć swego losu, był z góry skazany (chyba, że zdążył - jak Majski i Wyszyński - uciec z tonącego okrętu do komunistów). Mógł uniknąć pierwszych aresztowań, mógł dożyć (zależnie od stopnia swojej potencjalnej szkodliwości) do 1922, do 1932, nawet do 1937 roku, ale spisy były wciąż aktualne, kolejka posuwała się naprzód, dochodziła w końcu do niego, zamykano go, albo po prostu - grzecznie zapraszano gdzie należy i zadawano tylko jedno pytanie: czy należał...od...do? (Pytano też o jego wrogą działalność, ale o wszystkim decydowało pierwsze pytanie. Jak to widzimy jasno teraz, po upływie całych dziesięcioleci. Dalszy jego los mógł układać się rozmaicie. Niektórzy trafiali od razu do jednego ze słynnych carskich więzień centralnych (szczęściem - wszystkie te więzienia nieźle się zachowały i niektórzy socjaliści trafiali do tych samych cel i pod nadzór tych samych strażników, z którymi zawarli już kiedyś znajomość). Innym znów proponowano wyjazd na zesłanie nie na długo, na dwa, na trzy latka. Albo jeszcze lepiej: tzw. minus (zakaz zamieszkania w tylu, a tylu miastach): możesz nawet wybrać sobie samemu miejsce pobytu, tylko tam już, bardzo przepraszamy, ani kroku dalej - i czekaj, człowieku, dalszych rozporządzeń GPU.

Operacja ta rozciągnęła się na długie lata, bo głównym warunkiem jej powodzenia było skrupulatne oczyszczenie Moskwy, Piotrogrodu, miast portowych, ośrodków przemysłowych, a następnie również miast powiatowych, z socjalistów wszelkiego obrządku. Był to kolosalny, cichy pasjans, zasady którego były zupełnie niezrozumiałe dla współczesnych: zarys tego przedsięwzięcia dziś dopiero możemy ocenić. Czyjś dalekowzroczny umysł wszystko zaplanował, czyjeś lubiące precyzję ręce brały bez chwili zwłoki kartę, która trzy lata przeleżała na jednej kupce, i miękkim ruchem przekładały ją do drugiej. Ten, kto posiedział już sobie w centralniaku - przerzucany był na zesłanie (i to jak najdalej), kto miał za sobą "minus" - również na zesłanie (ale już poza zasięgiem "minusa), z zesłania - na dalsze zesłanie, później znów do centralniaka (ale już innego): ileż cierpliwości mieli ludzie, co rozkładali ten pasjans! I bez hałasu, bez lamentów, stopniowo zapodziewali się ci z innych partii, tracili wszelkie kontakty z ludźmi i miejscowościami, gdzie znano - dawniej ich rewolucyjną działalność - i tak oto, niepostrzeżenie i niewzruszenie, przygotowywano pełne unicestwienie tych, którzy niegdyś perorowali na studenckich wiecach i dumnie dzwonili carskimi kajdanami.

W trakcie operacji Wielki Pasjans zlikwidowano fizycznie większość dawnych katorżników politycznych - bowiem właśnie eserzy i anarchiści, nie zaś socjaldemokraci, obrywali najcięższe wyroki od carskich sędziów, właśnie ich było najwięcej na dawnej katordze. Kolejność procesu likwidacji miała jednak w sobie coś sprawiedliwego: w latach 20. tym ludziom proponowano podpisywanie deklaracji, wyrzeczenie się swoich partii i swojej ideologii. Niektórzy odmawiali - i w naturalny sposób szli na pierwszy ogień, inni podpisywali - i zyskiwali przez to kilka lat życia. Ale ich kolej nieubłaganie nadchodziła i nieubłaganie spadały także ich głowy.

Wiosną 1922 roku Nadzwyczajna Komisja do walki z kontrrewolucją i spekulacją, dopiero co przemianowana na GPU zdecydowała się na ingerencję w życie cerkwi. Trzeba było przeprowadzić także "cerkiewną rewolucję" - zmienić skład hierarchii, mieć tam ludzi, którzy jednym uchem nasłuchiwaliby głosu niebios, drugim zaś - głosu Łubianki. Takie nadzieje można było łączyć z członkami tzw. ruchu Żywej Cerkwi, ale bez pomocy z zewnątrz nie mieli oni szans owładnięcia aparatem kościoła. W tym celu aresztowany został patriarcha Tichon i przeprowadzono dwa hałaśliwe procesy, zakończone egzekucjami: w Moskwie - sprawę kolporterów orędzia patriarszego, w Piotrogrodzie - sprawę metropolity Beniamina, który stał na przeszkodzie próbom przekazania władzy w ręce działaczy Żywej Cerkwi. W guberniach i powiatach, to tu, to tam, aresztowano metropolitów i archijerejów, a już za grubymi, rybami, jak to zwykle, szły ławice drobnicy: - protojereje, zakonnicy i diakoni, o których gazety nie pisały. Wsadzano tych, którzy przeciwstawiali się nowinkarskim zapędom ruchu Żywej Cerkwi.

Duchowni stanowili stałą część codziennego połowu, srebro ich siwizny migało w każdym transporcie sołowieckim. Wpadały - poczynając od wczesnych lat 20. grupy teozofów, mistyków, spirytystów (grupa profesora Pahlena zawiniła tym, że prowadziła protokoły rozmów z duchami), stowarzyszenia religijne, filozofowie z kółka Mikołaja Bierdiajewa. Mimochodem zostali też rozgromieni i wyaresztowani "wschodni katolicy" (zwolennicy Włodzimierza Sołowiowa), grupa A. J. Abrikosowej. Rozumie się samo przez się, że pakowano za kraty także tych, co byli katolikami par excellence - polskich księży. Jednak pełne wykorzenienie religii w kraju, które w latach 20. i 30. stanowiło jeden z ważniejszych celów działalności GPU-NKWD, mogło być osiągnięte tylko drogą masowych aresztowań samych wierzących prawosławnych. Intensywnie chwytano zatem, wsadzano i zsyłano zakonników i zakonnice, którzy tak bardzo zaczerniali obraz dawnego rosyjskiego życia. Wyłapywano i sądzono aktyw parafialny. Kręgi rozchodziły się coraz szerzej - i oto już garściami chwytano po prostu wiernych - starych ludzi, zwłaszcza kobiety, które z większym uporem trzymały się wiary i które teraz, W etapowych więzieniach i obozach" długie lata nosiły przezwisko mniszek. To prawda, mówiło się, że aresztują i sądzą ludzi nie za samą wiarę, tylko za głoszenie swoich przekonań i wychowywanie dzieci w tym duchu. Jak to pisała Tania Chodkiewicz: "Modlić się nikt ci nie zabrania, Lecz tak... by słyszał tylko Bóg". Za ten wiersz dostała dziesięć lat.

Człowiek, wierzący że "dane mu było poznać prawdę, zmuszony jest ukrywać ją... przed własnymi dziećmi! Wychowanie dzieci w duchu religijnym zaczęto w latach 20. kwalifikować według artykułu 58-10, to znaczy jako agitację kontrrewolucyjną! Co prawda, jeszcze w trakcie rozprawy podsądny mógł zaprzeć się wiary. Niezbyt często, ale zdarzało się czasem, że ojciec deklarował odstępstwo i zostawał na wolności, aby móc dzieci wychowywać: matka zaś szła na Solówki (przez wszystkie te dziesięciolecia kobiety przejawiały o wiele większą stałość i żarliwość).

Wszystkim skazanym za religię dawano dychę, najcięższy w tych czasach wyrok. (Czyszcząc z brudów większe miasta, by przygotować teren dla przyszłego, czystego społeczeństwa - w tych właśnie latach, zwłaszcza w 1927 roku, razem z "mniszkami" przysyłano na wyspy Sołowieckie również prostytutki. Miłośniczki lekkiego życia i ziemskich uciech dostawały z lekkiego paragrafu po trzy lata. Warunki istniejące w więzieniach i punktach etapowych oraz w samym obozie Sołowieckim nie przeszkadzały im w ciągnięciu zysków ze swego rzemiosła od nadzorców i konwojentów, toteż po trzech latach z wypchanymi walizkami wracały do punktu wyjścia. Skazanym zaś za wiarę odcięto wszelką możność powrotu do dzieci i ojczystych stron).

Już we wczesnych latach 20. pojawiły się potoki o jednolitym składzie narodowym - chwilowo nieduże nawet jak na peryferie, skąd płynęły, a cóż dopiero - mierząc rosyjskim łokciem: mussawatystów z Azerbejdżanu, dasznaków z Armenii, gruzińskich mienszewików i Turkmenów - "basmaczy", sprzeciwiających się ustanowieniu łowieckiej władzy w Azji Środkowej (pierwsze środkowoazjatyckie sowiety deputatów składały się w znacznej większości z Rosjan i widziano w nich instytucje rosyjskie).

W 1928 roku wyaresztowano pełny skład organizacji syjonistycznej "Hechaluc", jako że nie potrafiła wykazać się należnym pędem do internacjonalizmu. Wśród następnych pokoleń ustaliło się przekonanie, że lata 20. były okresem niczym nie skrępowanej, rozpasanej wręcz wolności. W tej książce natkniemy się jeszcze na ludzi, którzy inaczej lata 20. widzieli. Bezpartyjni studenci w tych czasach walczyli o "autonomię wyższych uczelni", o prawo do zebrań, o zmniejszenie w programie studiów nadmiernego balastu wychowania politycznego. Odpowiedzią były aresztowania. Mnożyły się w okresach przedświątecznych (np. przed l maja 1924 roku). W 1925 roku studenci lenigradzcy (było ich około setki) dostali po trzy lata więzienia w politizolatorze za czytanie emigranckiego pisma Socjalisticzeskij Wiestnik i studiowanie dzieł Plechanowa (za swoich młodych lat sam Plechanow za demonstrację antyrządową pod soborem Kazańskim wykpił się znacznie lżejszą karą).

W 1925 roku zaczęto już aresztować pierwszych (bardzo młodych) trockistów. (Dwóch naiwnych żołnierzy Czerwonej Armii, pomnych na rosyjską tradycję, zaczęło zbierać pieniądze na rzecz aresztowanych trockistów - i też trafiło do politizolatora). Rozumie się, że ciosy wcale nie omijały klasy byłych wyzyskiwaczy. Przez całe lata 20. trwało nękające polowanie na (byłych oficerów, którzy się jakoś uchowali, i białych, co nie zasłużyli sobie na rozstrzelanie podczas wojny domowej, i biało-czerwonych - którzy mieli za sobą służbę w obu armiach po kolei, i carsko-czerwonych, którzy jednak nie cały czas spędzili w Armii Czerwonej, albo mieli w przebiegu kariery służbowej jakieś luki, nie wyjaśnione czarno na białym. Było to nękanie, wyrok bowiem nie zapadał od razu, tylko ciągnęły się bez końca - to też był pasjans! - wciąż nowe kontrole, kłopoty z pracą, z meldunkiem: zamykano ich, potem puszczano na wolność, znów ich zamykano - ale stopniowo prawie wszyscy znaleźli się w obozach, skąd nigdy już nie mieli wrócić.

Jednakże wysłanie oficerów na Archipelag bynajmniej sprawy nie załatwiło, problem tu się dopiero zaczynał: były przecież jeszcze matki, żony i dzieci oficerów. Poddając rzecz społecznej analizie, jak zwykle nieomylnej, łatwo było sobie wyobrazić jakie nastroje panują w tych rodzinach po aresztowaniu ojca. Tym samym ci ludzie zmuszali wręcz władze, by ich także aresztować! Więc ten potok także popłynął.

W latach 20. ogłoszono amnestię dla kozaków, którzy uczestniczyli w wojnie domowej. Z wyspy Lemnos wrócili do Rosji, na Kubap, dostali ziemię. Później wszystkich wsadzono za kraty. Przycupnęli w ukryciu i stopniowo byli wyłapywani także wszyscy byli urzędnicy państwowi. Maskowali się chytrze, korzystając z tego, że nie wprowadzono jeszcze w Republice ani systemu paszportowego, ani jednolitych książeczek pracy - i wkręcali się do sowieckich instytucji. Ratowały sprawę w takich razach jakieś przejęzyczenia, przypadkowe spotkania, sąsiedzkie donosy... to znaczy - raporty bojowe. A czasem - zupełny przypadek. Niejaki Mowa przechowywał u siebie spis wszystkich byłych pracowników aparatu sprawiedliwości pewnej guberni. W 1925 roku znaleziono ten spis przypadkowo - i wszystkich wymienionych w nim rozstrzelano.

W ten sam sposób płynęły rzeki aresztowanych "za ukrywanie, pochodzenia społecznego", "za pochodzenie społeczne". Były to szerokie pojęcia. Zamykano potomków rodów szlacheckich - jako szlachetnie urodzonych. Zamykano ich rodziny. I wreszcie - nie bardzo wiedząc o co chodzi - zamykano też tych, którym przyznano niegdyś tzw: szlachectwo osobiste - tzn. po prostu każdego, kto otrzymał swego czasu dyplom uniwersytecki. A skoro już zamknięto, to nie ma drogi powrotnej, sprawa nie do odrobienia. Strażnik Rewolucji nie może się mylić. Nie, jednak istnieje droga powrotna! - są to wątłe, chuderlawe prądy przeciwbieżne - ale czasem wyrywają się one na powierzchnię. Tu przypomnimy pierwszy z nich. Wśród szlacheckich i oficerskich żon czy córek trafiały się nierzadko kobiety wyjątkowych zalet osobistych i dużej urody. Niektóre z nich potrafiły wrócić do dawnego życia przebojem, wąskim korytem wiodącym wstecz - pod prąd. Były to te, które dobrze zapamiętały, że żyje się tylko raz i że nie ma nic droższego nad własne życie. Zaofiarowały więc swoje usługi GPU-NKWD w charakterze informatorek czy współpracowniczek, jak tam która: te, które komuś wpadły w oko - zostawały przyjęte - i były to najwydajniejsze z informatorek! Okazywały GPU ogromną pomoc - i cieszyły się pełnym zaufaniem "byłych ludzi". Wymienia się wśród nich ostatnią księżnę Wiazjemską, wybitną porewolucyjną donosicielkę (donosicielem był także jej syn na Sołówkach) i Konkordię Nikołajewnę Josse, niewiastę wyjątkowych zapewne zalet; męża jej, oficera, rozstrzelano w jej obecności, ją samą zesłano na Sołówki, ale zdołała wybłagać sobie powrót i w pobliżu Wielkiej Łubianki prowadziła później salon, który odwiedzany był chętnie przez dygnitarzy tej Instytucji. Po raz wtóry wsadzono ją dopiero w 1937 roku - razem z jej klientami z paczki Jagody.

Śmieszne to, ale mocą niedorzecznej jakiejś tradycji został nam w spadku po dawnej Rosji Polityczny Czerwony Krzyż. Miał trzy oddziały: moskiewski (Pieszkowa, Winawer), charkowski (Sandomirska) i piotrogrodzki.
Moskiewski oddział był grzeczny - i aż do 1937 roku nie rozpędzono go. Piotrogrodzki zaś (stary ludowiec Szewcow, kulawy Hartman, Koczerowski) zachowywał się nieznośnie, bezczelnie wtrącał się do politycznych Spraw, szukał poparcia u starych więźniów Szlisselburga (jak Noworusski, współoskarżony w procesie Aleksandra Ulianowa) i pomagał nie tylko socjalistom, lecz również kaerom (kontrrewolucjonistom).

W 1926 roku oddział został rozwiązany, zaś jego działacze poszli na zesłanie. Mijają lata i zaciera się w pamięci to, czego się nie odświeża wspomnieniem. W dalekiej perspektywie lat wspominamy 1927 rok jako bezpieczny i syty rok jeszcze nie skróconego o głowę NEP-u. Tymczasem był to rok pełen napięcia, dygotał od gazetowych eksplozji i uważany był u nas - bo tak sugerowano - za przedświt rewolucji światowej. Zamordowaniu posła sowieckiego w Warszawie, którego opisy zalewały całe kolumny czerwcowych dzienników, Majakowski poświęcił cztery wiersze pełne piorunów. Ale, masz ci kłopot: Polska składa wyrazy żalu, samotnego zabójcę posła Wojkowa pakują tam do więzienia - jak tu więc i wobec kogo zastosować dyrektywę poety: "Spójnią, pracą i hartem w pomście Naszczutej sforze ukręcić karki!"
Na kim tu mścić się? Komu ukręcać karki? Otóż tu właśnie zaczęła się tzw. wojskowa branka. Jak zawsze, jak przy każdej ruchawce i w każdej chwili napięcia, idą pod klucz byli ludzie, idą anarchiści, eserzy, mienszewicy albo po prostu inteligencja. Bo faktycznie - kogo tu aresztować w ośrodkach miejskich? Przecież nie klasę robotniczą! Ale inteligencja "kadetopodobna" już była nieźle przetrzebiona po 1919 roku. Czy nie czas zatem zabrać się do inteligencji, która wmawia sobie, że jest postępowa? Wziąć pod lupę studentów. Tu też Majakowski zgłasza się w samą porę:
"Myśl o komsomole przez dni i tygodnie
Własnych szeregów nie spuszczaj z oka
Czy wszyscy komsomolcy tej nazwy są godni.
Czy może to tylko komsomolcy na pokaz?"

Wygodny światopogląd rodzi wygodny termin prawny: profilaktyka społeczna. Wchodzi on w życie, zostaje zaakceptowany - jest zrozumiały dla wszystkich. (Jeden z szefów budowy Kanału Białomorskiego, Łazarz Kogan, już wkrótce tak powie: "Wierzę, że osobiście jest pan zupełnie niewinny. Ale jako wykształcony człowiek powinien pan przecież rozumieć, że prowadzona była szeroka, zapobiegawcza akcja społeczna!").
I rzeczywiście, kiedyż wziąć pod klucz tych wszystkich niepewnych populczyków, całą tę chwiejną i przegniłą inteligencję - jeżeli nie w przededniu wojny o rewolucję światową? Kiedy wielka ta wojna się zacznie - będzie już za późno. I zaczyna się w Moskwie planowe przeczesywanie dzielnicy za dzielnicą. Wszędzie ktoś musi być aresztowany. Hasło brzmi: "Tak huknąć pięścią w stół żeby świat wzdrygnął się ze zgrozy!" Do Łubianki i Butyrek ciągną nawet we dnie suki, samochody osobowe, ciężarówki kryte plandeką, otwarte dorożki. Korek w bramie, zator na dziedzińcu, nie można nadążyć z wyładunkiem i rejestracją zatrzymanych. (To samo w innych miastach. W Rostowie nad Donem, w piwnicach Domu Numer Trzydzieści Trzy, podłoga tak już była zatłoczona, że aresztowana Bojko ledwie znalazła miejsce siedzące). Typowy przykład tej samej fali: kilkudziesięciu młodych ludzi urządza sobie jakieś wieczorki muzyczne - nie uzgodnione z GPU. Słuchają muzyki, później piją herbatę: pieniądze na tę herbatę, jakieś kopiejki, zbierają sami składkowym sposobem, też tego z nikim nie uzgadniając jasne że muzyka to tylko parawan, za którym kryją się kontrrewolucyjne nastroje, składki zaś zbierane są nie na żadną herbatę, tylko na pomoc dla zdychającej burżuazji międzynarodowej. Będą więc wszyscy aresztowani, obrywają od trzech do dziesięciu lat (Anna Skaypnikowa - pięć), zaś podżegacze, uporczywie nie przyznający się do winy (Iwan Nikołajewicz Wariencow i inni) zostają ROZSTRZELANI! Albo znowu - w tym samym roku - gdzieś w Paryżu zwołany zostaje emigrancki zjazd koleżeński byłych wychowanków "puszkinowskiego" Liceum w Carskim Siole. Pisze się o tym w gazetach. Jasne, że to intryga śmiertelnie rannego imperializmu. I oto zostają aresztowani WSZYSCY byli licealiści pozostali jeszcze w ZSSR, a dla kompletu - także wychowankowie innej, podobnie uprzywilejowanej uczelni o profilu prawniczym. Jedynie umiarkowana pojemność SŁON-a (Sołowieckij Łagier Osobowo Naznaczenija - Sołowiecki Obóz Specjalny) ogranicza chwilowo rozmiary wojkowskiej branki.

Ale już rozpoczął się rakowaty rozrost Archipelagu GUŁag i wkrótce przerzuty pokryją cały kraj. Nowy przysmak spodobał się i wzbudził nowe apetyty. Pora już zadać mocny cios inteligencji technicznej, zbyt dufnej, przekonanej że jest niezastąpiona, i nienawykłej do chwytania w lot rozkazów. Właściwie to nigdyśmy nie mieli zaufania do inżynierów - na tych fabrykanckich lokajów i pucybutów od pierwszych chwil Rewolucji dawaliśmy zdrowe, robotnicze baczenie i trzymaliśmy ich pod kontrolą. Jednak w okresie odbudowy pozwalaliśmy im pracować w naszych zakładach, całą siłę klasowego natarcia kierując przeciw reszcie inteligencji. Ale w miarę jak dojrzewało nasze kierownictwo gospodarcze, WSNCh i GOSPLAN, w miarę jak zwiększała się ilość planów, w miarę jak te plany ścierały się wzajemnie i spychały - jaśniejsza stawała się szkodnicza istota starej warstwy inżynierskiej, jej obłuda, przebiegłość i sprzedajność. Strażnik Rewolucji zerknął na nich czujniejszym okiem - i gdziekolwiek je obrócił, tam zaraz znajdował gniazdo szkodników. Uzdrawiająca ta działalność przeszła na pełne obroty poczynając od 1927 roku - i dzięki niej proletariat z całą wyrazistością ujrzał przyczyny naszych gospodarczych niepowodzeń i braków.

W resorcie transportu (koleje!) - szkodnictwo (dlatego tak trudno dostać się do pociągu, stąd właśnie nieregularność dostaw). W elektrowni moskiewskiej - szkodnictwo (kłopoty ze światłem). W przemyśle naftowym - szkodnictwo (nie uświadczysz nafty). W przemyśle włókienniczym - szkodnictwo (człowiek pracy nie ma co na grzbiet włożyć). W kopalnictwie węglowym - kolosalne szkodnictwo (dlatego człowiek marznie!). W metalurgii, w przemyśle zbrojeniowym, w zakładach budowy maszyn, w stoczniach, w przemyśle chemicznym, w kopalniach rudy, złota i platyny, w gospodarce wodnej - wszędzie ropiejące wrzody szkodnictwa! Ze wszystkich stron - watahy wrogów z suwakami logarytmicznymi! GPU urobiło sobie ręce po łokcie, wyłapując tych szkodników. W stolicach i na prowincji pracowicie zasiadały kolegia OGPU i sądy proletariackie, babrząc się w tym lepkim gnoju - i masy pracujące, słupiejąc ze zgrozy, co dzień z gazet dowiadywały się (albo i nie) o wciąż nowych podłych sprawkach. Dowiedziały się tak o Palczyńskim, von Mecku, Wieliczce - a iluż było bezimiennych. Każda gałąź produkcji, każda fabryka i spółdzielnia pracy miała obowiązek szukania u siebie dowodów szkodnictwa - a ledwo zaczynano ich szukać, zaraz się znajdowały (z pomocą GPU). Jeśli jakiś inżynier przedrewolucyjnego chowu nie został nawet zdemaskowany jako zdrajca, to z pewnością wolno go było zaliczyć do podejrzanych. I jacyż to perfidni złoczyńcy byli z tych starych inżynierów, jak szatańsko różnorodne sposoby stosowali, byle tylko szkodzić!

Mikołaj Karłowicz von Meck w Ludowym Komisariacie Transportu udawał fachowca oddanego bez reszty sprawie nowej gospodarki, potrafił długo i z zapałem mówić o ekonomicznych aspektach budowy socjalizmu - i lubił udzielać rad. Jedna z tych rad, najbardziej szkodliwa, była taka: wydłużyć składy pociągów towarowych, nie bać się pewnego przeciążenia. Z pomocą GPU von Meck został zdemaskowany (i rozstrzelany): celem jego było przedwczesne zużycie szyn, wagonów i parowozów po to, aby pozbawić republikę kolei żelaznych w momencie napadu interwentów. Kiedy zaś niedługo potem nowy narkom transportu, tow. Kaganowicz, zlecił, by uruchomić właśnie składy dłuższe, super-przeciążone, nawet w dwój - i trójnasób (za to odkrycie i on i inni naczelnicy dostali ordery Lenina) - to przewrotni inżynierowie wystąpili teraz w roli bałwochwalców norm - robili krzyk, że to przekracza dopuszczalne normy, że zgubnie działa na trwałość taboru; zostali więc sprawiedliwie rozstrzelani za brak wiary w możliwości socjalistycznego transportu.

Tych - bałwochwalców biliśmy przez szereg lat, pełno ich we wszystkich dziedzinach; wymachują swoimi wykalkulowanymi formułkami i nie chcą zrozumieć, jak bardzo entuzjazm personelu pomaga mostom i maszynom. (Są to lata wywracania na nice całej ludowej psychologii: obrócono w śmiech rozważną sentencję ludową - że co nagle, to po diable i podważono sens starego przysłowia mówiącego, że "kto pomału jedzie, ten - dalej zajedzie").

Jedyna rzecz, która niekiedy odwleka aresztowanie starego inżyniera, to brak kompetentnego następcy. Mikołaj Iwanowicz Ładyżenski, naczelny inżynier zakładów przemysłu wojskowego w Iżewsku, z początku aresztowany został za "teorię o nieprzekraczalności norm technicznych", za "ślepą wiarę w granice wytrzymałości" (w związku z czym uważał za niewystarczające sumy, przydzielone przez narkoma Ordżonikidze na rozbudowę zakładów.) Później, zamieniają mu karę na areszt domowy - i każą objąć dawne stanowisko (bo bez niego produkcja uległa dezorganizacji). Ładyżenski robi porządek. Ale kredyty były i są dalej niewystarczające - więc Ładyżenski znów idzie za kraty "za nieprawidłową gospodarkę kredytami": dlatego właśnie ich nie starczało, że naczelny inżynier źle nimi gospodarował! W przeciągu roku Ładyżenski umiera przy wyrębie lasu.

Tak oto w ciągu kilku lat złamano kręgosłup starej rosyjskiej kaście inżynierskiej, chlubie naszego kraju, ulubionym bohaterom utworów Garina, Michajłowskiego i Zamiatina. Rozumie się samo przez się, że ten potok, jak to zawsze, porywał także innych ludzi, bliskich, czy związanych ze skazanymi, więc również... nie ma człowiek chęci plamić spiżowego, jasnego wizerunku Strażnika, ale cóż, kiedy trzeba... więc również tych, którzy nie chcieli zostać donosicielami.
Ten najgłębiej ukryty, nigdzie nie występujący jawnie potok więźniów prosimy zawsze mieć na uwadze przy lekturze tej książki - zwłaszcza, gdy mowa o pierwszym dziesięcioleciu po rewolucji: ludzie byli wtedy jeszcze nie pozbawieni dumy, wielu jeszcze wcale nie uważało, że moralność - to pojęcie względne i że ma tylko wąskoklasowy sens: ludzie tacy mieli dość odwagi, by odrzucić propozycję podobnej współpracy - i wszyscy zostali za to bezlitośnie ukarani. Pewnego razu zaproponowano młodziutkiej Magdalenie Edżubowej śledzenie pewnej grupy inżynierów. Dziewczyna nie tylko odmówiła, lecz nadto opowiedziała o wszystkim swemu opiekunowi (jego właśnie kazano jej śledzić w pierwszym rzędzie): inżynier i tak został wkrótce aresztowany i podczas śledztwa wyśpiewał wszystko. Edżubową, która była w ciąży, zamknięto "za zdradę tajemnicy operacyjnej" i skazano na śmierć przez rozstrzelanie (skończyło się zresztą na 25-letnim cyklu kilku kolejnych wyroków).
W tym samym okresie (1927), chociaż w zupełnie innym środowisku, bo wśród wybitnych charkowskich działaczy partyjnych - tak samo odmówiła donoszenia i szpiegowania członków rządu Ukrainy niejaka Natalia Witaliewna Surowcew, za co została aresztowana przez GPU i dopiero po 25 latach, ledwie żywa, wychynęła gdzieś na Kołymie. Kto zaś nie wychynął - o tym w ogóle nie wiemy.

W latach 30. ten nurt niepokornych zupełnie zanika: skoro żądają informacji, to widać nie ma rady - bo i gdzie się człowiek podzieje? "Siła złego na jednego". "Nie ja - to kto inny". "Niechaj już lepiej ja, porządny człowiek, zostanę konfidentem, niż jakiś drań". Zresztą, już się na ochotnika tylu pcha, że aż tłoczno: bo to i korzyść, i bojowa zasługa. W 1928 roku toczy się w Moskwie słynny Proces Szachtyński - słynny ze względu na rozgłos, jaki mu nadano, na zapierające dech zeznania i samobiczowanie oskarżonych (chwilowo - jeszcze nie wszystkich). Mijają dwa lata i we wrześniu 1930 roku sądzeni są z hałasem organizatorzy głodu (to oni! oni! właśnie oni!) - 48. szkodników z branży spożywczej. W końcu 1930 roku z jeszcze większym zgiełkiem wytacza się proces Prompartii, wyreżyserowany już zupełnie nienagannie: tu już wszyscy podsądni, co do jednego, sami na siebie zwalają najobrzydliwsze idiotyzmy - i oto przed oczyma mas pracujących, jak pomnik nareszcie odsłonięty, staje cały olbrzymi, przemyślny splot wszystkich dotąd ukrytych aktów szkodnictwa, wspólnym, szatańskim węzłem złączony z Milukowem, Riabuszynskim, Deterdingiem i Poincare.

Wniknąwszy już trochę w istotę naszej praktyki sądowej, domyślamy się, że jawne procesy - to tylko widoczne na powierzchni krecie kopczyki, najważniejsza zaś część roboty odbywa się pod powierzchnią ziemi.
Na rozprawie pojawia się tylko niewielka część aresztowanych - ci tylko, którzy zgodzili się obciążyć, w sposób przeciwny naturze, i siebie i innych, spodziewając się złagodzenia wyroku. Większość zaś inżynierów - ci, którzy mieli dość odwagi i rozsądku, aby odrzucić bzdury, wmawiane im w śledztwie - sądzona jest w trybie tajnym. Ale kolegia GPU wlepiają im - chociaż się nie przyznali - te same dychy, jakie dostały się tamtym.

Potoki spływają rurami pod ziemię, w ten sposób kanalizowane jest życie kwitnące na powierzchni. Właśnie w tym okresie zrobiony został ważny krok, mający na celu wciągnięcie całego społeczeństwa w proces kanalizacji przez równomierne rozłożenie odpowiedzialności zadań na każdego obywatela: ci, którzy nie zapchali jeszcze swoimi ciałami ścieków kanalizacyjnych, kogo rury nie poniosły jeszcze na Archipelag - powinni byli maszerować na powierzchni ze sztandarami, piejąc hymny pochwalne na cześć sądów i radując się z każdego wyroku. (Był to dowód przezorności! - miną dziesięciolecia, historia przetrze oczy - ale pracownicy śledczy, sędziowie i prokuratorzy okażą się nie bardziej winni, niż my, drodzy współobywatele! Dlatego właśnie czcigodna siwizna zdążyła oprószyć nasze głowy, że w swoim czasie z należną rozwagą głosowaliśmy ZA).

Jeśli nie liczyć leninowsko-trockistowskiego eksperymentu przy procesie eserów w 1922 roku, to takie próby Stalin przeprowadził przy okazji procesu organizatorów głodu - i jakże próba miała się nie udać, skoro wszyscy głodowali na żyznej Rusi, skoro każdy nic, tylko oczy wypatrywał: gdzież to się nasz chlebuś zapodział? I oto już w fabrykach i biurach, nie czekając na orzeczenie trybunału, robotnicy i urzędnicy kipiąc gniewem głosują za karą śmierci dla sądzonych łajdaków. A już proces Prompartii - to tysiączne wiece, to manifestacje (z udziałem dziatwy szkolnej), to dudniący krok milionów i ryk za oknami gmachów sądowych: "śmierć! śmierć! śmierć!".
Na tej przełęczy naszych dziejów rozlegały się przecież samotne głosy protestu albo odmowy udziału - a bardzo wiele męstwa trzeba było, aby powiedzieć "nie!" wśród tego chóralnego ryku; nie ma porównania z dzisiejszą łatwością! (A dzisiaj też jakoś nie bardzo protestują). I - o ile nam wiadomo - wszystko to były głosy właśnie tych nędznych inteligentów bez kośćca. Na zebraniu leningradzkiego Instytutu Politechniczego profesor Dymitr Apollinariewicz Rożanski WSTRZYMAŁ SIĘ OD GŁOSU (bo, widzicie państwo, on w ogóle jest przeciwnikiem kary śmierci, ponieważ, widzicie państwo, jeśli użyć terminu naukowego, to jest to proces nieodwracalny) - i natychmiast został aresztowany!

Student Dima Olicki - powstrzymał się - i aresztowano go z punktu! I wszystkie te protesty ucichły już w zarodku. O ile wiemy, siwowąsa klasa robotnicza aprobowała tę eksterminację. O ile wiemy - cała awangarda, od płomiennych komsomolców do przywódców partii i legendarnych dowódców armii - jak jeden mąż wypowiadała się za tymi kaźniami. Słynni teoretycy i apostołowie rewolucji, siedem lat przed własną haniebną zagładą, sławili ten ryk tłumów, nie przeczuwając, że przeznaczenie już stoi na progu, że wkrótce ich własne imiona obrzucone będą błotem i brudem wśród takiego samego wycia.

Dla inżynierów zaś kończyła się właśnie godzina pogromu. W początkach 1931 roku Józef Wissarionowicż ogłosił wszem i wobec "Sześć warunków" budowy socjalizmu i Jego Samowładcza Wysokość wskazać raczyła jako warunek piąty: przejście od polityki unieszkodliwiania starej inteligencji technicznej - do polityki zachęty i opieki nad nią. I opieki nad nią! I gdzież się ulotnił cały nasz sprawiedliwy gniew? I w jakiż to kąt poszły nasze groźne oskarżenia? Akurat ciągnął się jeszcze proces o szkodnictwo w przemyśle porcelanowym (tam też naszkodzili!), wszyscy podsądni zdążyli unisono obezwać siebie samych od ostatnich, przyznali się do wszystkiego - i nagle, z tą samą jednomyślnością zakrzyknęli - my niewinni! I zostali uniewinnieni! (Dał się nawet zauważyć w tym roku malutki kontrpotok: już skazanych, albo wymaglowanych w śledztwie, inżynierów przywracano do życia. W ten sposób wrócił także D. A. Rożański. Czy nie wolno tu stwierdzić, że wygrał on pojedynek ze Stalinem? I że gdyby odwaga cywilna cechowała nasz lud, to nie byłoby powodów do pisania ani tego rozdziału, ani całej tej książki?). Stalin trzepnął jeszcze w marcu 1931 roku dawno powalonych na wznak mienszewików: publiczny proces "Wszechzwiązkowego Biura Mienszewików",
40
Groman-Suchanow-Jakubowicz. (Groman - był raczej kadetem, Jakubowicz - prawie bolszewikiem, a Gimmer-Suchanow to ten sam teoretyk rewolucji lutowej, w którego mieszkaniu, w Piotrogrodzie, na Karpowce 10 października 1917 roku zebrał się bolszewicki KC i podjął decyzję powstania zbrojnego). A potem - pewna ilość płotek, wziętych to tu, to tam, w tajemnicy i - nagle przyszła na niego chwila zadumy. Mieszkańcy wybrzeży Morza Białego powiadają o przypływie, że woda wpada w zadumę - chodzi o chwilę poprzedzającą początek odpływu. No, nie godzi się porównywać nieczystej duszy Stalina z wodami Białego Morza. A może zresztą nie było żadnej chwili zadumy. Bo i żadnego odpływu nie było. Ale jeszcze jeden cud zdarzył się przecież tego roku. W ślad za procesem Prompartii przygotowywany był w 1931 roku ogromny proces Chłopskiej Partii Pracy - rzekomo istniejącej (w rzeczywistości - nigdy jej nie było!), kolosalnej podziemnej organizacji, która miała się składać z wiejskich inteligentów, z działaczy spółdzielczości spożywczej i rolnej, z chłopskiej oświeconej elity, szykującej się pono do obalenia dyktatury proletariatu. Na procesie Prompartii tę partię chłopską (TKP - Trudowaja Kriestianskaja Partia) cytowano nieraz jako już zdemaskowaną i dobrze znaną organizację. Aparat śledczy GPU działał bez pudła: już TYSIĄCE oskarżonych przyznały się do członkostwa TKP i do swoich zbrodniczych zamiarów. Ilość tych członków planowano na DWIEŚCIE TYSIĘCY. Na czele partii stać mieli - badacz ekonomii rolnictwa Aleksander Wasyliewicz Czajanow; przyszły "premier" N. D. Kondratiew; L. N. Jurowski; Makarow, Aleksy Dojarenko, profesor Akademii Rolniczej im. Timiriazjewa (przyszły "minister rolnictwa"). I nagle, pewnej pięknej nocy Stalin ZMIENIŁ ZDANIE - nigdy nie dowiemy się - dlaczego. Może zdjęła go spóźniona skrucha? - ale nie, toć daleko do ostatniej godziny. Może wzięło górę poczucie humoru - że znów na jedno kopyto, że nudy? - ale nikt nie śmiał posądzić Stalina o nadmiar poczucia humoru! Chyba co innego przeważyło: wykalkulował sobie, że niedługo i tak cała wieś zacznie wymierać z głodu, co tam jakieś dwieście tysięcy, po co zatem się męczyć? I cała TKP została anulowana, wszystkim co się "przyznali" zaproponowano cofnięcie zeznań (można wyobrazić sobie ich radość!) - a zamiast całej tej machiny skazano w trybie pozasądowym, przeczeniem OGPU jedynie małą grupę Kondratiewa-Czajanowa. (Ale w 1941 roku zadręczonemu profesorowi Wawiłowowi będą znowu wmawiać, że TKP istniała, i że właśnie on, Wawiłow, był jej tajnym przywódcą). Tłoczno tu od przykładów, tłoczno od biegnących lat - i w żaden sposób człowiek nie potrafi opowiedzieć po kolei wszystkiego co się zdarzyło (a GPU doskonale dawało sobie radę! a GPU nikogo nie pominęło!). Nie zapominajmy wszelako: - że wierzących wciąż się zamyka, to rozumie się samo przez się. (Tu też są daty specjalne i godziny szczytu. Na przykład - "noc walki z religią" - na Boże Narodzenie 1929 roku, w Leningradzie, kiedy aresztowano mnóstwo praktykujących
41
inteligentów - i to nie tylko do rana, nie był to sen nocy wigilijnej. Albo - również w Leningradzie - w lutym 1932 roku - zamknięcie wielu cerkwi naraz z jednoczesnym aresztowaniem mnóstwa duchownych. A znacznie więcej miejsc i dat, których nikt nam nie wskazał); - że nie zapomina się o tępieniu sekt, nawet sympatyzujących z komunizmem. (Tym sposobem - wsadzono w 1929 roku wszystkich co do jednego członków komuny rolnej, leżącej między Soczi a Chostą. Wszystko tam było kolektywne - i produkcja, i podział dóbr, a wszystko tak rzetelne, że nasz kraj nie osiągnie tego poziomu nawet za sto lat - ale cóż, za bardzo ci ludzie byli wykształceni, obkuci w literaturze religijnej i nie bezbożnictwo wyznawali, lecz mieszaninę baptyzmu, filozofii tołstojowskiej i nauki jogów. Jasne więc, że taka KOMUNA była ogniskiem zbrodni i nie mogła przyczynić się do szczęścia ludu). W latach 20. spora grupa tołstojowców została zesłana na podgórze ałtajskie. Tam zorganizowali oni osiedla-komuny, pospołu z baptystami. Kiedy rozpoczęła się budowa kombinatu metalurgicznego w pobliskim Kuźniecku, zesłańcy zaopatrywali go w produkty rolne. Potem zaczęto ich aresztować. Na pierwszy ogień poszli nauczyciele (wykładali nie według programów państwowych), dzieci z krzykiem biegły za milicyjnymi autami. Później przyszła kolej na starszyznę gminy; - że jakoś poznikały (i nie tylko za sprawą pedagogii, lecz również ołowiu i prochu) te chmary bezdomnych wyrostków, które w dwudziestych latach grzały się przy ulicznych kotłach z asfaltem, a w 1930 roku nagle zniknęły z oczu; - że nie zezwala się na akty niekoncesjonowanego miłosierdzia (w fabryce za zbiórkę pieniędzy dla żony aresztowanego robotnika - idzie się do więzienia); - że Wielki Pasjans socjalistyczny rozkładany jest bez przerwy, to przecież jasne; - że w 1929 roku idą pod klucz nie wydaleni W swoim czasie za granicę historycy (Płatonow, Tarle, Lubawski, Gautier, Izmajłow) oraz znakomity literaturoznawca M. M. Bachtin i młody jeszcze wtedy Lichaczew; - że płyną rzeki narodowe, to z jednego krańca Związku, to z drugiego. Pakują Jakutów po powstaniu w 1928 roku. Wsadzają Buriat-Mongołów po powstaniu w 1929 roku. (Rozstrzelano podobno około 35.000. Nie mieliśmy możności sprawdzić tej cyfry). Wsadzają Kazachów po bohaterskim stłumieniu ich buntu przez konnicę Budionnego w latach 1930-31. W początkach 1930 roku idzie pod sąd Związek Wyzwolenia Ukrainy (prof. Jefremow, Czechowski, Nikowski i inni), a - znając nasze proporcje jawności i tajności - iluż tam było jeszcze za ich plecami? Iluż tam poszło w dyby bez rozgłosu? I przychodzi, powoli, ale przecież przychodzi kolej na członków partii rządzącej! Chwilowo (lata 1927-29) to "opozycja robotnicza" albo trockiści, którzy postawili na pechowego przywódcę. Z początku to tylko setki, wkrótce będą to tysiące. Ale tylko początek jest trudny! Podobnie jak trockiści spokojnie przyglądali się aresztowaniu członków innych partii, tak teraz cała reszta partii z aprobatą patrzyła na wsadzanie trockistów. Na każdego
42
przychodzi kolej. Dalej - popłynie wartko nigdy nie istniejąca "prawicowa" opozycja. Pożerając od ogona - dzwonko za dzwonkiem - żarłacz dobierze się w końcu do własnego łba. W 1928 roku nadchodzi nareszcie czas na porachunek z pomiotem burżuazji - z nepmanami. Najczęściej czyni się to metodą wciąż wzrastających i w końcu nieznośnych domiarów: gdy delikwent któregoś dnia odmawia, zostaje aresztowany za niewypłacalność, a jego majątek podlega konfiskacie. (Drobnym rzemieślnikom - fryzjerom, krawcom, albo tym, co reperują prymusy - odbiera się tylko patent). To że potoki aresztowanych nepmanów rosną, ma swoje ekonomiczne uzasadnienie. Państwu potrzebne są środki, potrzebne jest złoto - a złotonośnej Kołymy jeszcze nie odkryto. W ostatnich miesiącach 1929 roku zaczyna się sławetna gorączka złota, tylko że febra trzęsie nie tych, co szukają złota, lecz tych z których ma być ono wytrzęsione. Osobliwością tego nowego "złotego" strumienia jest to, że tych swoich króliczków GPU właściwie o nic nie oskarża i gotowe jest nawet zrezygnować z wysyłania ich do krainy GUŁag, chce im jedynie, prawem silniejszego, zabrać złoto. Dlatego więzienia są przepełnione, funkcjonariusze śledczy pracują ponad siły, natomiast do etapowych punktów i obozów kierowane są transporty nieproporcjonalnie mniejsze. Z kogo składa się ten "złoty" potok aresztowanych? Są to wszyscy, którzy niegdyś, przed 15. laty, mieli jakiś "interes", handlowali, zarabiali jako rzemieślnicy i mogliby zdaniem GPU, odłożyć trochę złota. Ale u tych właśnie złota najczęściej już nie ma: inwestowali w ruchomości czy w nieruchomości - a to rozpłynęło się już, zostało skonfiskowane podczas rewolucji, nic im nie zostało. Najwięcej oczekuje się po aresztowanych technikach dentystycznych, jubilerach, zegarmistrzach. Donosy pozwalają na wykrycie złota w rękach najmniej podejrzanych: stuprocentowy robotnik fabryczny zdobył jakoś i przechowuje sześćdziesiąt mikołajowskich złotych pięciorublówek; znany syberyjski partyzant Murawiew przyjechał do Odessy, mając za pazuchą woreczek ze złotem złupionym podczas wojny domowej: każdy tatarski furman w Petersburgu ma złoto w zapasie. Czy to na pewno prawda? - przekonać się można tylko w katowni. Nic a nic, ani proletariackie pochodzenie, ani rewolucyjne zasługi nie pomogą temu, na kogo ktoś doniósł, że ma złoto. Wszyscy oni zostaną aresztowani i stłoczą się w celach GPU masą ludzką, której dotąd nie można sobie było wyobrazić - ale tym lepiej, prędzej oddadzą! Dochodzi do zupełnej kontuzji: kobiety i mężczyźni siedzą w jednych celach i załatwiają się do jednego kibla - ale kto by tam zważał na takie drobnostki, oddajcie złoto, gady! Funkcjonariusze nie piszą protokołów z przesłuchań, bo to papierek nikomu niepotrzebny, nikogo to nie interesuje, czy da się potem wysmażyć wyrok, czy nie, ważne jest tylko jedno: oddaj złoto, gadzie! Państwu złoto potrzebne, a tobie na co się zdało? Śledczy tracą głos i siły na groźby i tortury, ale jest sposób generalny: karmić tylko słonym jadłem, a pić nie dawać. Kto odda złoto - ten
43
dostanie wody! Za kubek czystej wody - czerwońca!
Gubi ludzi kruszec ten...
Od poprzedzających go i następujących po nim aresztanckich potoków ten różni się tym, iż - no, nie połowa, ale przynajmniej jakaś część tych ludzi dzierży swój los we własnych, drżących rękach. Jeśli rzeczywiście nie masz żadnego złota - to jesteś w beznadziejnym położeniu, będą cię tu bić, przypiekać, katować i tłamsić aż do śmierci - albo póki sami naprawdę ci nie uwierzą. Ale jeśli masz złoto, to sam określasz granice katuszy, granice własnej wytrzymałości, swój przyszły los. Psychologicznie to rzecz wcale nie łatwiejsza - przeciwnie, bo możesz się pomylić i teraz już sam sobie będziesz winien, raz na zawsze. Oczywiście, kto już zna obyczaje panujące w tej instytucji, ten ustąpi i odda, to najłatwiej. Nie wolno jednak ustępować od razu: nie uwierzą, żeś wszystko już oddał, będą cię trzymać dalej. Ale oddawać zbyt późno też nie wolno: wytrzęsą z ciebie duszę albo ze złości wlepią duży, wyrok. Jeden z tych tatarskich furmanów wytrzymał wszystkie męki: nie mam złota! Wówczas wsadzili jego żonę, ją też dręczyli, ale Tatar dalej swoje: nie mam złota! Aresztowali więc mu córkę - tu już Tatar nie wytrzymał i oddał swoje sto tysięcy rubli. Rodzinę wypuścili - ale jemu wsolili wyrok jak się patrzy. Najordynarniejsze wątki kryminalne i opery o rozbójnikach wzięte zostały na serio i doczekały się realizacji w życiu wielkiego państwa. Wprowadzenie paszportyzacji na progu lat 30. też zapewniło obozom nowe kontyngenty ludzkie. Podobnie jak Piotr I uprościł konstrukcję społeczeństwa wymiatając do czysta wszystkie międzystanowe bruzdy i miedze, tak też działał nasz system paszportowy: wymiatał mianowicie całe to robactwo nieokreślonego gatunku, godził w tę przebiegłą, bezdomną i nie przypisaną do żadnej warstwy część ludności. Zresztą - z początku zdarzały się często ludziom nieporozumienia z tymi paszportami: i niezameldowanych i niewymeldowanych w porę wyprawiano na Archipelag, choćby na roczek... Tak oto pieniły się i toczyły strumienie ludzkie - ale wszystkie przerósł wielomilionowy potok rozkułaczonych, gdy trysnął w latach 1929-30. Był niewiarygodnie obfity i nie dałaby mu rady nawet najszerzej rozbudowana sieć więzień śledczych (zapchana ponadto przez "złotonośny" potok), ale minął ją, bo od razu kierowany był transportami na etapy, do kraju GUŁag. Ten potok (ten ocean!) tak nabrzmiał i wezbrał w jednej chwili, że wystąpił z brzegów i rozlał się daleko poza obręb wszystkiego, na co może pozwolić sobie system sądowo-więzienny ogromnego nawet państwa. Nie można znaleźć dlań porównania w całej historii Rosji. Była to wędrówka ludów, katastrofa etniczna. Ale kanały GPU i GUŁagu tak mądrze były pomyślane, że miasta nawet by nie zauważyły, co się dzieje - gdyby nie trzyletni głód, który spadł na nie, głód dziwny, bo ani suszy, ani wojny. Potok ten różnił się od wszystkich poprzednich również tym, że nikt się nie
44
fatygował, aby naprzód brać głowę rodziny, a potem dopiero zastanawiać, się, co zrobić z resztą. Bynajmniej, tu wypalano od razu gniazdo zarazy, brano tylko całe rodziny naraz i nawet baczono pilnie, aby żadne z dzieci - czternaste-, dziesięcio-, czy sześcioletnie nie odbiło się od stada: wszystko, co tylko dało się naskrobać, miało być posłane w to samo miejsce, na tę samą zgubę. (Był to PIERWSZY taki eksperyment, przynajmniej w historii nowożytnej. Powtórzy go później Hitler na Żydach, a Stalin przeprowadzi go ponownie na ludach winnych zdrady albo podejrzanych o nią). Potok ten tylko w znikomej części składał się z owych kułaków, których imieniem był nazwany na pokaz. Kułak - to przezwisko nadawane W Rosji bezwzględnym kutwom, wiejskim kupczykom, żyjącym nie z własnej pracy, lecz z wyzysku, bogacącym się na lichwie i pośrednictwie w handlu. Takie pijawki po wsiach jeszcze przed rewolucją liczone były na palcach, rewolucja zaś w ogóle usunęła im ziemię spod nóg. Następnie, już po roku siedemnastym, rozszerzając niepomiernie znaczenie tego słowa, zaczęto termin kułak stosować (w oficjalnych i agitacyjnych publikacjach, skąd przedostał się do mowy codziennej) w ogólności do tych, którzy korzystali z pracy najmitów, parobków, choćby z powodu czasowego braku rąk do pracy w rodzinie. Ale nie zapominajmy tu, że po rewolucji już nie można było za pracę najemną nie dać słusznej zapłaty - parobków bronił kombied i rada gromadzka, spróbowałby kto skrzywdzić parobka! A - należnie opłacany - wynajem rąk do pracy dozwolony jest w naszym kraju po dziś dzień. Ale zjadliwe przezwisko kułak używane było w coraz szerszym i szerszym znaczeniu i 1930 roku tak nazywano już W OGÓLE WSZYSTKICH DOBRYCH GOSPODARZY, krzepko przywiązanych do swojej ziemi, do swojej pracy, a choćby tylko do swoich poglądów na życie. Przezwisko kułak wykorzystane było po to, aby położyć koniec chłopskiej krzepie. Trzeba to przypomnieć, trzeba uprzytomnić sobie, że zaledwie dwanaście lat minęło od wydania wielkiego Dekretu o Ziemi - tego właśnie, bez którego chłopstwo nie poszłoby za bolszewikami, a rewolucja październikowa nie mogłaby zwyciężyć. Ziemia została rozdana w przewidzianych terminach, wszystkim PO RÓWNO. Zaledwie dziewięć lat temu chłopi wrócili z Armii Czerwonej i rzucili się do uprawy tej swojej zawojowanej ziemi. I nagle - tu kułacy, tam biedacy. Skąd się to wzięło? Czasem - powodem był fortunny albo niefortunny skład rodziny. Ale czy nie bardzo to zależało od lepszego stanu inwentarza, czasem od pracowitości i uporu? I oto teraz tych chłopów, którzy w 1928 roku nakarmili jeszcze całą Rosję swoim chlebem - rugują miejscowe niezguły i przyjezdni miastowi ludzie. Jakby ich bies opętał, jakby wyzbyli się wszelkich, ludzkich uczuć i ludzkich obyczajów, utrzymujących się przez tysiąclecia - zaczęli najlepszych rolników łapać hurmem, razem z rodzinami i bez żadnego mienia, gołych wyganiać na północne pustynie, w tundry, do tajgi. Deportacja tak masowa musiała obfitować w dodatkowe komplikacje. Trzeba było oczyścić wsie także z tych chłopów, którzy po prostu nie bardzo chcieli
45
wstępować do kołchozów i nieufnie odnosili się do życia w gromadzie, o którym nie mieli dotąd pojęcia, obawiając się (wiemy teraz, jak słusznie), iż sprowadzi się ono do rządów nierobów, do przymusu i przymierania głodem. Trzeba było też pozbyć się tych chłopów (często całkiem niezamożnych), którzy lubiani byli przez sąsiadów za swoje zawadiactwo, siłę fizyczną, stanowczość, za to, że słychać ich było na zebraniach, że sami lubili sprawiedliwość. Dawało im to niezależność i przez to niebezpieczni byli dla kołchozowej zwierzchności. A jeszcze w każdej wsi byli tacy, którzy OSOBIŚCIE stali na zawadzie miejscowym aktywistom. Teraz nadarzała się najlepsza okazja, żeby odbić sobie na nich zazdrość, zawiść, obrazę. Dla wszystkich tych przyszłych ofiar potrzebny był nowy termin - i zaraz się znalazł. Nie miał w sobie nic "socjalnego", ekonomicznego, ale brzmienie miał doskonałe: podkułacznik. To znaczy, że w moich oczach jesteś poplecznikiem wroga. To wystarczy! Najnędzniejszego oberwańca, wyrobnika, można bez kłopotu zaliczyć do podkułaczników. Tak oto dwa słowa wystarczyły, żeby ująć w cęgi wszystkich tych, którzy stanowili o samej treści wsi, jej energii, jej rozumie i pracowitości, jej sile oporu i sumieniu. Wywieziono ich - i kolektywizacja została przeprowadzona. Ale ze wsi już uspółdzielnionych popłynęły nowe potoki aresztowanych: - potok szkodników. Wszędzie zaczęto wykrywać agronomów-szkodników, którzy dotąd całe życie pracowali uczciwie, a teraz umyślnie jęli zachwaszczać rosyjskie pola (oczywiście - na zlecenie moskiewskiego instytutu, właśnie zdemaskowanego bez reszty. Toć właśnie tu odnajdujemy tych 200.000 nie wyaresztowanych w swoim czasie członków TKP!). Jedni z tych agronomów nie wykonują dogłębnie naukowych dyrektyw Trofima Łysenki (z tą falą zesłany został w 1931 roku do Kazachstanu "król kartofli" Lorch). Inni wykonują je zbyt ściśle - i tym sposobem wykazują ich głupotę (w 1934 roku pskowscy agronomowie wysiali siemię lniane na śnieg - dokładnie tak, jak kazał Łysenko. Siemię spęczniało, spleśniało i poszło na marne. Wielkie połacie pól przez rok stały pustką. Łysenko nie mógł oświadczyć, że śnieg jest kułakiem, albo że sam on jest durniem. Oznajmił zatem, że agronomowie są kułakami i że wypaczyli jego technologię. I agronomowie pojechali na Sybir). A nadto prawie we wszystkich stacjach maszyn rolniczych wykryto szkodnictwo przy remoncie ciągników (teraz wiemy, czym się tłumaczą niepowodzenia kołchozów w pierwszych latach istnienia!); - potok "za straty przy zbiorach" ("straty" wynikały z porównania zbiorów rzeczywistych z dowolną cyfrą, ustaloną wiosną przez "komisję wstępnej oceny zbiorów"); - "za niewykonanie zobowiązań wobec państwa w zakresie dostaw ziarna" (komitet rejonowy partii zobowiązał się, kołchoz nie poradził - no to jazda za kraty!); - potok "kłosokradów". Nocne, ręczne obcinanie kłoska po kiosku w polu! - Całkiem nowy rodzaj pracy i nowy rodzaj żniw! Był to potok niemały - były to całe
46
dziesiątki tysięcy włościan, często nawet nie dorośli chłopi i baby, tylko wyrostki i dziewczęta, chłopcy i dziewuszki, których starsi posyłali nocami na skubanie, bo nie mieli nadziei na zapłatę w ziarnie z kołchozu za swoje roboczodniówki. Za to gorzkie i nie bardzo opłacalne zajęcie (za czasów pańszczyzny chłopi jednak nie dochodzili do takiej nędzy!) sądy wymierzały kary, jak się należy: dziesięć lat - jako za nadzwyczaj niebezpieczne przywłaszczenie mienia socjalistycznego - na podstawie ustawy z 7 sierpnia 1932 roku (w żargonie więziennym - ustawa siedem-osiem). Ta ustawa z "siódmego-ósmego" umożliwiła jeszcze osobno spory dopływ aresztantów z placów budowy pierwszej i drugiej pięciolatki, z transportu, z handlu, z fabryk. Wielkie sprzeniewierzenia były z urzędu domeną NKWD. Potok ten trzeba mieć także w przyszłości na uwadze, jako sączący się stale i szczególnie obfity w latach wojny - przez całe 15 lat (aż do 1947 roku, kiedy to ustawa uległa rozszerzeniu i obostrzeniu). Ale wreszcie nadchodzi chwila wytchnienia! Wreszcie wyschną teraz te rzeki aresztantów! - towarzysz Mołotow powiedział przecież 17 maja 1933 roku: "widzimy nasz cel nie w masowych represjach". Fuu, już był najwyższy czas. Dość nocnych lęków Ale co to za psie ujadanie? Huzia! Huzia! Otóż to! Zaczęła się kirowska fala aresztowań w Leningradzie. Napięcie w tym mieście uznane zostaje za tak wielkie, że formuje się sztaby NKWD przy każdej radzie dzielnicowej i wprowadza się "przyśpieszoną" procedurę sądową (wcześniej też nie dawała ona powodów do skarg na zbytnią powolność) bez prawa apelacji (wcześniej też nie bardzo z niego korzystano). Istnieje przekonanie, że jedna czwarta ludności Leningradu została wyczyszczona w latach 1934-35. Pogląd ten niech spróbują obalić ci, którzy znają ścisłą cyfrę i mogą ją przedstawić. (Była to zresztą nie tylko leningradzka fala, rozeszła się wystarczająco szeroko po całym kraju W formie znanej już, choć bałamutnej: usunięto ze stanowisk wszystkich przyczajonych tam jeszcze popowskich synów, byłych ziemian i każdego, kto miał krewnych za granicą). W tak rwących potokach zawsze ginęły skromne, zwykłe strumyczki, które nie robiły zbytniego hałasu, ale sączyły się wciąż. Są to:
- Członkowie Schotzbundu, którzy przegrali bitwę klasową we Wiedniu i postanowili szukać ratunku w ojczyźnie międzynarodowego proletariatu; - esperantyści (te bandę szkodników Stalin i Hitler tępili jednocześnie, każdy u siebie); - niedobitki Wolnego Towarzystwa Filozoficznego, nielegalne kółka filozoficzne; - nauczyciele, nie mogący się pogodzić z przodującą zespołowo-laboratoryjną metodą nauczania (w 1933 roku Natalia Iwanowna Bugajenko aresztowana została przez rostowskie GPU, ale po trzech miesiącach dochodzeń stało się wiadome, dzięki nowemu rozporządzeniu, że metoda ta jest biedna. Została więc zwolniona); - współpracownicy Politycznego Czerwonego Krzyża, którzy - dzięki wysiłkom
47
Katarzyny Pieszkowej - wciąż jeszcze bronili swego prawa do istnienia; - górale z Kaukazu Północnego za powstanie (1935 roku), nacjonaliści napływają to z jednego końca kraju, to z drugiego. (Na budowie Kanału Wolga-Moskwa gazety mniejszościowe ukazywały się w czterech językach: była tatarska, azerbejdżańaka, uzbecka i kazachska. Musiały więc mieć czytelników!); - i znów - ludzie wierzący, teraz ci, co nie chcieli pracować w niedzielę (a wprowadzono oficjalnie tydzień pięciodniowy lub sześciodniowy), kołchoźnicy, dopuszczający się sabotażu, lub strajku w dni świąt kościelnych, jak to czynili za czasów gospodarki prywatnej; - i jak zawsze - ci, którzy nie zgodzili się zostać konfidentami NKWD. (Zaliczani tu bywali także duchowni, którzy nie chcieli zdradzić tajemnicy spowiedzi - ORGANY szybko zdały sobie sprawę, jak by Im się przydało znać treść spowiedzi, nareszcie byłaby jakaś korzyść z religii); - a członków sekt biorą coraz gęściej; - a socjalistyczny Wielki Pasjans wciąż trwa.
I wreszcie, dotąd ani razu jeszcze niewymieniony, ale cały czas płynący potok DZIESIĄTEGO PARAGRAFU, alias KRA (Kontr-Rewolucyjna Agitacja), alias ASA (Anty-Sowiecka Agitacja). Potok Dziesiątego Paragrafu jest chyba tu zjawiskiem najtrwalszym - nigdy nie wysychał, a podczas wielkich powodzi, jak w 37., 45., lub 49. roku wzbierał szczególnie obficie.
*
Oto paradoks: całej wieloletniej działalności wszechobecnych i wiecznie czujnych ORGANÓW dawał siłę JEDEN jedyny artykuł ze stu czterdziestu ośmiu składających się na dział szczegółowy Kodeksu Karnego z 1926 roku. Ale chwałę tego artykułu głosić by można z pomocą jeszcze większej ilości epitetów, niż ta, którą znalazł Niekrasow by uczcić Matkę- Rosję, albo Turgieniew, by sławić język rosyjski: wielki, potężny, hojny, rozgałęziony, wieloraki, wszechogarniający Pięćdziesiąty Ósmy, panujący nad całym bogactwem przejawów życia nie tyle dzięki formalnemu brzmieniu swoich paragrafów, ile za sprawą ich dialektycznej i nadzwyczaj szerokiej interpretacji. Któż z nas nie odczuł jego wszechogarniającego uścisku? Zaiste, nie ma pod słońcem takiego wykroczenia, zamiaru, czynu, ani rodzaju bezczynności, którego nie mogłaby dotknąć karząca ręka Pięćdziesiątego Ósmego artykułu. Niemożliwością było sformułować go w sposób aż tak szeroki, okazało się za to możliwe dać mu odpowiednio szeroką wykładnię. 58. artykuł nie stanowił w kodeksie samodzielnego rozdziału, dotyczącego przestępstw politycznych i nigdzie nie jest napisane, że to artykuł "polityczny". Nie, wraz z artykułami odnoszącymi się do przestępstw przeciw systemowi zarządzania i do bandytyzmu, składa się on na dział "przestępstw państwowej wagi". W ten sposób pierwszym słowem Kodeksu Karnego była
48
odmowa uznania kogokolwiek na naszym terytorium za przestępcę politycznego; są wyłącznie kryminalni. 58. artykuł składał się z 14 paragrafów. Z pierwszego paragrafu dowiadujemy się, że za czyn kontrrewolucyjny uznane jest każde działanie (a w dodatkowym świetle art. 6. KK - także każde zaniechanie) mające na celu... wystawienie na szwank władzy... Szeroka wykładnia pozwala stwierdzić, że gdy więzień w obozie odmawia pójścia do pracy, bo jest głodny i opadł z sił - to dopuszcza się przestępstwa wystawienia na szwank władzy. Pociąga to za sobą - rozstrzelanie. (W latach wojny rozstrzeliwano "za odmowę"). W 1934 roku, kiedy przywrócony był naszej mowie termin Ojczyzna, dodane zostały do tego paragrafu punkty dotyczące zdrady Ojczyzny - 1-a, l-b, l-c, l-d. W myśl tych punktów, działania wystawiające na szwank moc wojenną ZSRR karane są rozstrzelaniem (1-b), a tylko przy istnieniu okoliczności łagodzących, oraz tylko w stosunku do osób cywilnych (l.-a) kara ogranicza się do lat dziesięciu. Spójrzmy na to szerzej: gdy naszym żołnierzom za pójście do niewoli (narażenie na szwank potęgi wojennej!) dawano zaledwie dziesięć lat odsiadki, to było to przejawem humanizmu, dochodzącego wręcz do bezprawia. Zgodnie ze stalinowskim kodeksem, wszyscy oni po powrocie do kraju powinni właściwie zostać rozstrzelani. (Albo inny jeszcze przykład szerokiej wykładni. Dobrze pamiętam pewne spotkanie w Butyrkach latem 1946 roku. Pewien Polak urodził się był we Lwowie, gdy miasto to wchodziło jeszcze w skład monarchii austro- węgierskiej. Aż do drugiej wojny światowej mieszkał w swoim mieście, w Polsce, po czym wyjechał do Austrii, tam był wzięty do wojska, tam go też aresztowali nasi w 1945 roku. Dostał dychę z artykułu 541 ukraińskiego wariantu kodeksu, to znaczy - za zdradę swojej ojczyzny UKRAINY! - bo przecież miasto Lwów w tym czasie, to był już ukraiński Lwów! I biedak ani rusz nie potrafił dowieść w czasie śledztwa - że wyjechał do Wiednia nie po to, aby zdradzać Ukrainę! No i tak psim swędem został już zdrajcą). Ważnym poszerzeniem wykładni paragrafu o zdradzie było stosowanie go w "sensie artykułu 19. KK" - czyli "biorąc pod uwagę zamiar". To znaczy żadnej zdrady nie było - ale funkcjonariusz śledczy zakładał zamiar zdrady - i to wystarczało, aby dać człowiekowi najsurowszy wymiar, jak za zdradę faktyczną. Co prawda, artykuł 19. przewiduje karę nie za zamiar, lecz za przygotowanie, ale przy dialektycznym podejściu można także zamiar uznać za przygotowanie. Zaś "czynienie przygotowań jest tak samo karalne (tzn. wymiar kary jest ten sam) jak samo przestępstwo" (KK). I w ogóle - - nie czynimy rozróżnień między intencją a samym przestępstwem - na tym polega wyższość sowieckiej jurysdykcji nad burżuazyjną! Nieograniczoną pojemność nadawał wykładni każdego paragrafu specjalny artykuł 16. KK - "Per analogiam". Kiedy wykroczenie nie pasowało bezpośrednio do żadnego paragrafu, sędzia mógł je kwalifikować "per
49
analogiam". Paragraf drugi mówi o powstaniu zbrojnym, zagarnięciu władzy w stolicy i na prowincji, zwłaszcza w celu oderwania gwałtem jakiejkolwiek części terytorium Związku Republik. Kary - do śmierci przez rozstrzelanie włącznie (podobnie, jak w KAŻDYM z następnych paragrafów.) W poszerzonym ujęciu (nie można było tak sformułować artykułu, ale rewolucyjne poczucie prawa tak uczy): odnosi się to do wszelkich prób skorzystania z prawa każdej republiki do wystąpienia ze Związku Sowieckiego. Przecież mówiąc o oderwaniu "gwałtem" - nie precyzuje się, wobec kogo gwałt ma miejsce. Nawet gdyby cała ludność republiki życzyła sobie tej separacji, ale w Moskwie by jej sobie nie życzono, toteż będzie to "gwałt". Tak więc, wszyscy estońscy, łotewscy, ukraińscy i turkiestańscy nacjonaliści bez trudu otrzymywali z tego paragrafu swoją dychę czy dwadzieścia pięć. Trzeci paragraf: "Pomoc, okazywana w jakiejkolwiek bądź formie obcemu mocarstwu znajdującemu się w stanie wojny z ZSRR". Paragraf ten dawał możność postawienia przed sądem KAŻDEGO obywatela, który spędził jakiś czas na terenach okupowanych, niezależnie od tego, czy tylko przybił obcas niemieckiemu żołnierzowi, czy sprzedał mu pęczek rzodkiewek, lub każdej kobiety, który z Niemcem zatańczyła, albo spędziła z, nim noc. Nie każdy pociągany był pod sąd z tego paragrafu (zbyt wielu ludzi było pod okupacją), ale mógł być skazany każdy. Paragraf czwarty mówił o (wkraczamy tu w dziedzinę fantazji) pomocy okazywanej międzynarodowej burżuazji. Myślałby człowiek: do kogo to się w ogóle odnosi? Ale - interpretując szeroko i opierając się na sumieniu rewolucyjnym - znaleziono odpowiednią kategorię bez kłopotu: wszyscy emigranci, którzy opuścili kraj przed 1920 rokiem, to znaczy kilka lat przed sporządzeniem tego kodeksu, i zostali przydybani w Europie przez naszą armię ćwierć wieku później (1944-1945) dostawali artykuł 58-4: dziesięć lat, albo śmierć przez rozstrzelanie. Czym bowiem zajmowali się za granicą, jeśli nie okazywaniem pomocy międzynarodowej burżuazji? (Przykład kółka melomanów dowiódł już nam, że okazywać można było pomoc także wewnątrz ZSRR). Pomagali jej także wszyscy eserzy, wszyscy mienszewicy (na ich cześć ten paragraf wymyślono), a później też inżynierowie z Gospłanu i WSNCh. Paragraf piąty: skłanianie obcego mocarstwa do wydania wojny ZSRR. Stracona okazja: rozciągnąć ten paragraf na czynności Stalina i jego świty dyplomatycznej oraz wojskowej w latach 1940-41. Ślepota i głupota tych ludzi do tego właśnie wiodła. Któż, jeśli nie oni doprowadzili Rosję do haniebnych, niesłychanych klęsk, nieporównanie gorszych od porażek carskiej Rosji w 1904 czy w 1915 roku? Klęsk, jakich nie pamiętała Rosja od XIII wieku? Paragraf szósty - szpiegostwo: był interpretowany tak szeroko, że gdyby policzyć wszystkich, skazanych na
50
jego podstawie, to można by pomyśleć, że ani z rolnictwa, ani z pracy w przemyśle, ani z żadnej innej roboty nie utrzymywał się nasz naród za Stalina, tylko ze szpiegostwa i że żył na koszt obcych wywiadów. Szpiegostwo - było to coś bardzo wygodnego dzięki, swej prostocie, coś zrozumiałego i dla ciemnego kryminalisty, i dla uczonego prawnika, i dla dziennikarza i dla całej opinii. Szerokość wykładni polegała jeszcze na tym, - że wyroki dawano nie po prostu za szpiegostwo, lecz za PSz - Podejrzenie o Szpiegostwo. (Albo - NSz - Niedowiedzione Szpiegostwo, za co też leciała cała szpula!). a nawet za SWPSz:- stosunki, wywołujące (!) podejrzenie o szpiegostwo. Wystarczy na przykład, że znajoma znajomej twojej żony szyła sobie suknię u tej samej krawcowej (rzecz jasna, współpracującej z NKWD), co żona jakiegoś zagranicznego dyplohnaty. Te wszystkie 58-6, PSz i SWPSz - były to paragrafy przylepne, pociągały za sobą surowe traktowanie, bezustanną obserwację więźnia (wszak obcy wywiad może wyciągnąć macki, w ślad za swoim człowiekiem - aż do obozu) i nie dawały prawa do poruszania się bez konwoju. W ogóle wszystkie paragrafy literowe, to znaczy - wcale nie artykuły prawa, lecz właśnie te strach budzące kombinacje dużych liter (w tym rozdziale natkniemy się jeszcze na inne) nosiły na sobie stale nalot zagadkowości, nigdy nie było dokładnie wiadomo, czy to odgałęzienia artykułu 58., czy też coś samoistnego i bardzo niebezpiecznego. Więźniowie z paragrafem literowym w wielu obozach byli upośledzeni nawet w porównaniu z "grupą 58". Paragraf siódmy: działanie na szkodę przemysłu, transportu, handlu, obiegu pieniężnego i spółdzielczości. W latach 30. ten paragraf ostro poszedł w ruch i zdobył popularność wśród mas pod uproszczoną i zrozumiałą powszechnie nazwą szkodnictwa. Rzeczywiście, wszystkie dziedziny wymienione w Paragrafie Siódmym co dzień ponosiły jakieś widoczne i nie dające się ukryć szkody - ktoś tu więc chyba był winien?... Przez wieki nasz lud tworzył i budował, a zawsze rzetelnie, nawet, gdy harował na panów. O żadnym szkodnictwie nie było nawet słychu od czasów samego Ruryka. I oto, gdy po raz pierwszy cały dostatek znalazł się w rękach ludu - setki tysięcy najlepszych jego synów z niewiadomych powodów zabrało - się do szkodnictwa. (Szkodnictwo w rolnictwie nie było w tym paragrafie uwzględnione, ponieważ jednak bez niego nie sposób było wyjaśnić rozsądnie, czemu pola zarastają chwastami, zbiory maleją, a maszyny łamią się - więc dialektyczne wyczucie kazało wprowadzić także to pojęcie). Paragraf ósmy - terror (nie ów terror, który miał "uzasadnić i uprawnić" sowiecki kodeks karny. Terror rozumiany był bardzo, a bardzo szeroko: nie uważano za terror teraz rzucania bomb pod karety gubernatorów; za to na przykład nabicie pyska osobistemu wrogowi - jeśli okazywał się aktywistą partyjnym, komsomolskim,
51
albo milicyjnym - już oznaczało terror. Tym bardziej zabójstwo aktywisty, nigdy nie uznawane było za równe zabójstwu zwykłego obywatela (zresztą to samo rozróżnienie istnieje już w kodeksie Hammurabiego w XVIII wieku przed naszą erą). Jeśli jakiś mąż zabił kochanka żony, i okazywało się, że kochanek był bezpartyjny, to mąż miał szczęście, dostawał artykuł 136, był przestępcą pospolitym, elementem socjalnie bliskim i mógł paradować po obozie bez konwoju. Jeśli zaś kochanek był partyjny, to mąż stawał się wrogiem ludu na podstawie artykułu 158-8. Jeszcze ważniejsze rozszerzenie wykładni można było uzyskać przez zastosowanie paragrafu 8. w rozumieniu, wspomnianego już, artykułu 19., to znaczy - w sensie przypuszczalnego zamiaru. Nie tylko bezpośrednia groźba przy kiosku z piwem: "No, poczekaj tylko!" skierowana pod adresem aktywisty, ale również głośna uwaga zapalczywej przekupki z rynku "ach, żeby go pokręciło!" kwalifikowana była jako TZ-7 terrorystyczne zamiary i dawała podstawy do stosowania artykułu z całą surowością. Dziewiąty paragraf - zniszczenie albo uszkodzenie... drogą wysadzenia w powietrze, albo podpalenia (dla celów kontrrewolucyjnych, to już nieodzowne), zwane w skrócie dywersją. Poszerzenie wykładni polegało na tym, że cele kontrrewolucyjne delikwentowi były imputowane (śledczy już lepiej wiedział, co się dzieje w świadomości przestępcy!), a jakaś ludzka nieostrożność, omyłka, wszelkie niepowodzenie w pracy, fiasko produkcyjne - nie mogło być darowane, uważane było za dywersję. Ale, żaden paragraf artykułu 58. nie był interpretowany tak szeroko i z takim zaangażowaniem, taką rewolucyjną żarliwością, jak Dziesiąty. Oto jego brzmienie: "Propaganda albo agitacja, zachęcająca do obalenia, podkopania, albo osłabienia władzy sowieckiej... a również rozpowszechnianie, albo przygotowanie, bądź przechowywanie publikacji tejże treści..." Paragraf ten określał w OKRESIE POKOJU tylko dolną granicę kar (byle nie za mało!... byle nie nazbyt pobłażliwie!) górna zaś NIE PODLEGAŁA OGRANICZENIOM! Tak nieulękłym okiem patrzyło wielkie Mocarstwo na SŁOWO poddanego. Z rozszerzonych wykładni tego sławetnego paragrafu te zasłużyły na największą sławę: - za "agitację, zachęcającą do..." mogła być uznana przyjacielska (albo nawet małżeńska) rozmowa w cztery oczy, albo osobisty list; zachętą mogła być nawet prywatna rada. (Wnioskujemy - "mogła, mógł być" stąd, że TAK NIERAZ BYWAŁO). "Podkopaniem albo osłabieniem" władzy był wszelki pogląd niezgodny z poglądem dzisiejszej gazety albo nie sięgający wyżyn jej entuzjazmu. Bo wszak osłabia wszystko to, co nie umacnia! Przecież podkopuje wszystko to, co nie jest stuprocentowo uzgodnione!
I ten kto nie śpiewa dziś razem z nami, Ten jest przeciwko nam!
52
(Majakowski)
- za "przygotowanie kontrrewolucyjnych publikacji" uznawane było napisanie w jednym jedynym egzemplarzu listu, notatki, intymnego pamiętnika. W tak fortunny sposób poszerzony - jakiej to MYŚLI - kontemplowanej, wygłoszonej, czy zapisanej - nie miał w swoim zasięgu Dziesiąty Paragraf? Paragraf jedenasty był osobliwością: nie miał samodzielnej wagi, dostarczał jedynie dodatkowego balastu do każdego z uprzednio wymienionych punktów - jeżeli działanie przestępcze miało charakter grupowy, albo gdy złoczyńcy tworzyli organizację. W istocie wykładnia poszerzała się aż do tego stopnia, że żadna organizacja już nie była potrzebna, . Ten wyszukany sposób interpretacji poznałem na własnym przykładzie. Było nas dwóch pisujących do siebie listy, a więc zajmujących się tajną wymianą myśli. Dwóch - to związek organizacji, a więc to już organizacja! Paragraf dwunasty miał najczęstszą styczność z sumieniami obywateli: dotyczył przestępstwa nie doniesienia o każdym z wymienionych poprzednio czynów. Także za ciężki grzech niezłożenia donosu PUŁAP KARY NIE BYŁ OGRANICZONY! Paragraf ten był sam przez się taje szeroko pojęty, że dalszych poszerzeń wykładni nie wymagał. WIEDZIAŁ - A NIE POWIEDZIAŁ - toć to wszystko jedno, jakby sam popełnił zbrodnię! Paragraf trzynasty, jak wolno było sądzić, dawno już nieaktualny, dotyczył służby w carskiej ochranie. (Analogiczna służba - tylko nieco później, uważana jednak była za patriotyczny wyczyn). Punkt czternasty karał za "świadome - uchylenie się od wykonania określonych obowiązków, albo umyślnie niedbałe ich wykonanie": przewidywane były kary, oczywiście, aż do rozstrzelania włącznie. W skrócie nazywało się to "sabotażem" albo "ekonomiczną kontrrewolucją". Odróżnić to, co umyślne, od tego, co nieumyślne mógł tylko funkcjonariusz śledczy, opierając się na swoim rewolucyjnym poczuciu sprawiedliwości. Ten sam paragraf stosowany był do chłopów, nie wykonujących dostaw obowiązkowych. Na podstawie tegoż paragrafu sądzono kołchoźników, nie mających na swoim koncie koniecznej ilości roboczodniówek. I więźniów w obozie, nie wykonujących normy. A rykoszetem zaczęto po wojnie stosować ten paragraf do szemranych kryminalistów z ferajny, za ucieczkę z obozu. Dzięki szerokiej wykładni ucieczka taka nie była już dowodem tęsknoty za lubą wolnością, lecz próbą poderwania systemu obozowego. Taki to był ostatni płatek wachlarza 58. artykułu - wachlarza rozczapierzonego nad całym obszarem ludzkiego życia. Po tym przeglądzie wielkiego ARTYKUŁU nie potrafi już nas byle co zadziwić przy dalszych rozważaniach. Gdzie jest prawo - tam jest też przestępstwo.
*
53
Bułat 58. artykułu wypróbowany w 1927 roku zaraz po wykryciu, hartowany później we wszystkich potokach następnego dziesięciolecia - zastosowany został z pełnym rozmachem i świstem przy ataku Prawa na Lud w latach 1937-38. Trzeba zaznaczyć, że operacja 1937 roku nie miała w sobie nic żywiołowego, lecz była zaplanowana, że w pierwszej połowie tego roku w licznych więzieniach Związku przeprowadzono odpowiednie przeróbki - z cel wyniesiono prycze - porobiono nary na całą szerokość celi, jedno- i dwukondygnacyjne. Starzy aresztanci wspominają, że ponoć już pierwszy cios był zmasowany, zadano go pewnej nocy sierpniowej, na całym obszarze kraju jednocześnie (ale znając naszą nieudolność, nie bardzo mi się chce temu wierzyć). Jesienią zaś, kiedy wszyscy wierzyli święcie w powszechną wielką amnestię - w związku z dwudziestoleciem Października, figlarz Stalin dorzucił do kodeksu nowe, niesłychane dotąd terminy kar - 15 i 20 lat. Nie ma potrzeby powtarzania tu o roku 1937 tego, co już o nim pisano i co nieraz jeszcze będzie powtórzone: że był to cios druzgoczący kierownicze kadry partii, administracji, dowództwa armii - i najwyższe kręgi samego GPU-NKWD. W ani jednym chyba okręgu nie uchował się ani jeden pierwszy sekretarz obkomu albo przewodniczący rady okręgowej; Stalin dobierał sobie poręczniejszych ludzi. Olga Czawczawadze opowiada, jak to się odbywało w Tbilisi: w 38. roku aresztowano przewodniczącego rady miejskiej, jego zastępcę, wszystkich (jedenastu) naczelników wydziałów, ich pomocników, wszystkich głównych księgowych, wszystkich naczelnych ekonomistów. Wyznaczono nowych. Minęły dwa miesiące. I już znowu idą do więzienia: przewodniczący, zastępca - wszyscy (jedenastu) naczelnicy wydziałów, wszyscy główni księgowi, wszyscy naczelni ekonomiści. Na wolności zostali - zwykli księgowi, maszynistki, sprzątaczki, gońcy... Przy represjach wobec szeregowych członków partii przestrzegano - jak się wydaje - pewnej zasady niejawnej, nigdzie nie nazwanej po imieniu w protokołach i sentencjach wyroków: aresztować przede wszystkim członków partii ze stażem sprzed 1924 roku. Szczególnie stanowczo przestrzegano tego w Leningradzie, ponieważ to oni właśnie podpisali wszyscy "platformę" Nowej Opozycji. (A jak mogli jej nie podpisać? Jak mogli nie "ufać" swojemu leningradzkiemu komitetowi gubernialnemu?) Oto obrazek z tych lat. Odbywa się (w okręgu moskiewskim) partyjna konferencja rejonowa. Przewodniczący nowy sekretarz rej komu; dopiero niedawno objął stanowisko po aresztowanym poprzedniku. Na zakończenie konferencji poddaje się pod głosowanie pismo do towarzysza Stalina z zapewnieniem wierności. Oczywiście - wszyscy wstają (podobnie, jak w trakcie konferencji wszyscy zrywali się na równe nogi za każdym razem, gdy z mównicy padało jego nazwisko). W niewielkiej sali grzmią "burzliwe oklaski, przekształcające się w owacje". Trzy minuty, cztery minuty, pięć minut - oklaski wciąż jeszcze są burzliwe i wciąż przekształcają się
54
w owację. Ale dłonie już bolą. Ale już drętwieją uniesione ręce. Ale już starsi ludzie tracą oddech. Ale już robi się bardzo głupio nawet tym, co szczerze uwielbiają Stalina. Tylko że - kto pierwszy ośmieli się przestać? Mógłby to zrobić sekretarz rajkomu: stoi na trybunie, dopiero co odczytał tekst orędzia. Ale - to świeży człowiek, objął miejsce po aresztowanym, sam się boi! Przecież, tu, w sali, stoją i klaszczą enkawudyści, już oni dobrze patrzą, kto pierwszy przestanie!... I oklaski w tej małej, nieznanej sali, oklaski, których wódz nie słyszy, trwają 6 minut! 7 minut! 8 minut!... Ci ludzie są zgubieni! Straceni! Już nie mogą przestać, póki wszyscy nie zwalą się z pękniętym sercem! Jeszcze tam, w głębi sali, w ciżbie, można próbować małego szachrajstwa - bić oklaski rzadziej, nie tak silnie, nie z takim ferworem - ale w prezydium, na oczach wszystkich obecnych? Dyrektor miejscowej papierni, silny człowiek, z dużym poczuciem niezależności, stoi w prezydium - i rozumiejąc cały fałsz - całą beznadziejność sytuacji - klaszcze! Dziewiątą minutę! Dziesiątą! Spogląda markotnie na sekretarza rajkomu, ale ten nie śmie zaprzestać klaskania. Opętanie! Zbiorowe! Zerkając na siebie wzajem z resztką nadziei, ale udając zachwyt, kierownicy rejonu będą klaskać aż do upadu, póki nie znaczną ich stąd dygować na noszach! I nawet wtedy ci, co zostali - ani drgną! I oto dyrektor papierni w 11. minucie oklasków przybiera rzeczowy wyraz twarzy i siada na swoim krześle ze stołem prezydialnym. I - o dziwo! - gdzież podział się ogólny, nieopisany entuzjazm? Wszyscy naraz, z punktu, przerywają oklaski i też siadają. Uratowani! Wiewiórka domyśliła się nagle, jak wyskoczyć z koła!... Ale właśnie w ten sposób wykrywa się niezależnych. Tej samej nocy dyrektor fabryki zostaje aresztowany. Z łatwością znajdują się - zupełnie inne - powody, żeby dać mu dziesięć lat. Ale gdy już podpisał "206" (protokół zakończenia śledztwa), przesłuchujący upomniał go jednak: - I żebyś nigdy nie był pierwszy do przerywania oklasków! (A jak poradzimy sobie inaczej? A jak to przestać?...) To jest właśnie darwinowski dobór naturalny. To jest właśnie ogłupianie ludzi. Ale dziś tworzy się nowy mit. Każde drukowane opowiadanie, każde wspomnienie o 37. roku - sprowadza się nieuchronnie do opowieści o tragedii komunistycznych przywódców. Już nas przekonano, już bezwiednie wierzymy, że 37. i 38. więzienny rok - to był właśnie proces eliminacji wybitnych komunistów - i właściwie więcej nikogo. Ale grube ryby partyjne i wyżsi biurokraci nie mogli stanowić więcej niż 10 procent tych milionów, które wtedy poszły pod klucz. Nawet w leningradzkich kolejkach, wyczekujących z paczkami pod więzieniem, najwięcej było prostych kobiet, z wyglądu przypominających mleczarki. Pośrednie dane statystyczne sugerują, a zeznania świadków dowodzą, że w 1937 roku nie wymarłe jeszcze "spec-posiołki" rozkułaczonych chłopów przeniesione zostały na Archipelag: ludzi albo wysyłano do łagrów, albo ich osiedla opasywano kolczastym drutem żony. W ten sposób wielka rzeka 1929 roku stała się dopływem potoku 1937, zasilając go milionową swoją
55
masą. Ci, którzy uniesieni zostali w latach 37-38 przez ten; potok i - na poły tylko żywi - ocknęli się aż na Archipelagu, stanowili mieszaninę tak pstrą i dziwaczną, że długo można łamać sobie głowę, chcąc znaleźć tu drogę badań jakieś prawidłowości. (Tym mniej zrozumiałe były one dla współczesnych). W istocie zaś chodziło w tych latach o osiągnięcie cyfry, zleconego limitu, dostarczenie ustalonego z góry kontyngentu. Każde miasto, rejon, jednostka wojskowa - otrzymywała plan, wyrażony w cyfrach - I miały wykonać go w terminie. Cała reszta zależała od wprawy agentów operacyjnych. Były czekista Aleksander Kałganow wspomina, jak to do Taszkientu nadeszła depesza: "Przysłać dwustu!" Oni zaś dopiero co przeczesali miasto i zdawało się, że nie ma już kogo brać. No, podrzucono im tam z prowincji jakieś pół setki, to prawda. Jest pomysł! Można aresztowanych przez milicję pospolitaków przekwalifikować na 58! Załatwione! Ale do cyfry kontrolnej wciąż daleko! Milicja donosi: co robić? na jednym z placów miejskich Cyganie bezczelnie rozbili tabor. Jest pomysł! Otoczyć go w mig - i wszystkich mężczyzn od siedemnasto- do sześćdziesięciolatków zagarnąć jako pięćdziesięcioósmaków! Limit osiągnięty! Zdarzało się i tak: czekiści Osetii (jak podaje naczelnik milicji Zabołowski) otrzymali zlecenie rozstrzelania na terenie swojej republiki - 500 ludzi, poprosili sami o zwiększenie limitu i dostali pozwolenie na dodatkowych 250. Depesze te, powierzchownie zakamuflowane, przesyłane były przez zwykłą sieć łączności. W mieście Temriuk telegrafistka ze świętą naiwnością przetelefonowała do NKWD: mają wysłać jutro do Krasnodaru 240 skrzynek mydła. Następnego dnia dowiedziała się o licznych aresztowaniach i wysłaniu ujętych - i domyśliła się! Zwierzyła się przyjaciółce, jaką to depeszę przekazała. Natychmiast ją wsadzili. (Czy zupełnym tylko przypadkiem człowiek tu występował jako skrzynka mydła? A może? - bo jeśli pomyśleć o technologii mydlarstwa...). Oczywiście, pewne prawidłowości cząstkowe da się wyodrębnić. Podlegają aresztowaniu: - nasi za granicą, autentyczni szpiedzy. (Są to często żarliwi kominternowcy, albo czekiści; wiele atrakcyjnych kobiet. Dostają odwołanie, na granicy biorą ich pod straż - następnie konfrontacja z ich byłym szefem z Kominformu, może nim być na przykład Mirow-Korona. Szef potwierdza, że sam był agentem jakiegoś obcego wywiadu - a więc jego podwładni są winni automatycznie i tym więcej naszkodzili, im są uczciwsi!); - pracownicy KWŻD. (Wszyscy co do jednego byli sowieccy pracownicy KWŻD okazują się japońskimi szpiegami, nie wyłączając żon, dzieci, i babek. Ale trzeba przyznać, że, przymykano ich już od dobrych paru lat); - Koreańczycy z Dalekiego Wschodu (zesłani do Kazachstanu) - pierwszy wypadek karania za pochodzenie, za krew; - leningradzcy Estończycy (wszyscy aresztowani na zasadzie brzmienia nazwiska,
56
jako szpiedzy białej Estonii); - wszyscy łotewscy strzelcy i Łotysze-czekiści, tak, jest Łotysze, akuszerzy rewolucji, stanowiący całkiem niedawno kościec i chlubę Czeki! I nawet ci komuniści z burżuazyjnej Łotwy, których w 1921 roku wymieniono, aby oszczędzić im odsiadywania straszliwych, dwu - i trzyletnich wyroków łotewskich. (Zlikwidowano w Leningradzie Łotewski oddział instytutu im. Herzena, Łotewski dom kultury, klub estoński, łotewskie technikum, łotewską i estońską gazetę). Wśród tego zgiełku kończy się po cichu rozkładanie wielkiego Pasjansa, wyłapują jeszcze niedorżniętych. Już nie ma co bawić się w sekrety, już czas kończyć tę grę. Socjalistów pakują teraz do więzień całymi koloniami zesłańczymi (na przykład - Ufa, Saratów), sądzą ich ryczałtem i pędzą stadami do rzeźni Archipelagu. O inteligencji nigdy nie zapomniano przy poprzednich falach, nie zapomina się też i teraz. Dość jednego studenckiego donosu (ta kombinacja słowna od dawna już nie brzmi dziwacznie), ze lektor na uczelni cytuje przeważnie Lenina i Marksa, a Stalina nie cytuje - i lektor na następnym wykładzie już się nie pojawia. A co, jeśli w ogóle nie cytuje?... - i idą do paki wszyscy leningradzcy orientaliści średniego i młodszego pokolenia. Idzie pod klucz pełny skład Instytutu Badań Północy (prócz konfidentów). Nie gardzi się też zwykłymi nauczycielami szkolnymi. W Swierdłowsku inscenizuje się sprawę trzydziestu nauczycieli szkół średnich z kierownikiem okręgowego Wydziału Oświaty Perlem na czele; jeden z miażdżących punktów oskarżenia brzmi: urządzali w szkołach zabawy choinkowe po to aby, podpalać szkoły! Także na łby inżynierów (już sowieckiego chowu, już nie "burżuazyjnych") maczuga spada z regularnością wahadła. Inżynierowi górniczemu, Mikołajowi Merkuriewiczowi Mikowowi, przebijany z dwóch końców, tunel nie zbiegł się z powodu przesunięcia się pokładów. Art. 58 § 7, 20 lat! Sześciu geologów (grupa Kotowicza) "za umyślne ukrycie złóż cyny (! - to znaczy, za nieodkrycie ich!) w nadziei na przyjście Niemców" (donos) - 58 § 7, po 10 lat! W ślad za głównym potokiem zdążają specdopływy: żony, Cz R. (członkowie rodziny). Żonom działaczy partyjnych, a miejscami (Leningrad) - także wszystkim, którzy dostali "10 lat bez prawa korespondencji", których więc już nie ma, a również bliskim krewnym - dają z reguły po osiem lat. (Zawsze jednak mniej niż kułakom, przy tym dzieci zostają na stałym lądzie). Hałdy ofiar! Góry ofiar! Atak frontalny NKWD na miasta: S. P. Matwiejew ta sama fala - choć w kilku odrębnych procesach, zabrała męża i trzech braci (i troje z tej czwórki nigdy już nie wróci). - na odcinku dozorowanym przez pewnego technika-elektryka zerwał się przewód wysokiego napięcia. 58 § 7, 20 lat; - robotnik z Permu, Nowikow, oskarżony o próbę wysadzenia w powietrze mostu na Karnie; - Jużakowa (także z Permu) aresztowano z dziećmi; po żonę przyszli tejże nocy. Okazano jej listę jakichś osób i kazano podpisać, że wszyscy wymienieni spotykali
57
się w ich mieszkaniu na eserowsko-mienszewickich zebraniach konspiracyjnych (których oczywiście wcale nie było). Miała być za to wypuszczona, a zostawiła troje dzieci. Podpisała, tamtych wszystkich zgubiła, a sama, rzecz jasna, też już nie wyszła na wolność. - Nadieżdę Judenicz aresztowano za brzmienie nazwiska. Co prawda, po 9. miesiącach ustalono, że nie jest jednak krewną białogwardyjskiego generała i puszczono ją wolno (głupstwo, nieprawdaż; przez ten czas tylko matka jej Umarła ze zmartwienia); - w Starej Russie szedł w kinie film "Lenin w Październiku". Ktoś zwrócił uwagę na replikę: "Palczyński powinien to wiedzieć!" - a Palczyński bronił Pałacu Zimowego. Zaraz, toć u nas pracuje pielęgniarka - też Palczyńska! Brać ją! No i zabrali. I okazało się, że to istotnie żona Palczyńskiego, która po rozstrzelaniu męża znalazła się na głębokiej prowincji; - bracia Boruszenko (Paweł, Iwan i Stiepan) przyjechali w - 1930 roku z Polski, jeszcze jako DZIECI, do krewnych. Teraz młodzieńcy dostają za PSZ (podejrzenie o szpiegostwo) po 10 lat; - pewna tramwajarka z Krasnodaru późną nocą wracała pieszo z remizy i na przedmieściu nieszczęściem minęła buksującą w błocie ciężarówkę, koło której uwijali się jacyś ludzie. Zdążyła zobaczyć, że wóz jest pełen trupów, ręce i nogi sterczały spod brezentu. Zapisano jej nazwisko i następnego dnia już była aresztowana. Oficer śledczy spytał ją, co widziała? Uczciwie powiedziała prawdę (dobór darwinowski). Agitacja antysowiecka, 10 lat; - pewien hydraulik wyłączał w swoim pokoju głośnik za każdym razem, kiedy nadawane były nieskończenie długie listy hołdownicze do Stalina. Sąsiad doniósł (o, gdzie jest teraz ten sąsiad?). - Wyrok: element socjalnie niebezpieczny, 8 lat; - pewien zdun, półanalfabeta, lubił w wolnych chwilach uwieczniać swój podpis, co dodawało mu powagi we własnych oczach. Czystego papieru brakowało, uwieczniał się więc na gazetach. Gazetę z podobizną Ojca i Nauczyciela, ozdobioną kulfonami zduna, sąsiedzi znaleźli w worku we wspólnym klozecie. ASA, 10 lat. Stalin i jego świta lubili własne portrety, zapełniali nimi gazety, powielali je namiętnie, w milionach kopii. Muchy nie bardzo umiały uszanować te świętości, gazety też żal było nie użyć - i wielu nieszczęśliwców także złapało za to wyrok. Aresztowania przetaczały się przez ulice i domy, jak epidemie. Tak, jak ludzie bezwiednie roznoszą zarazę - przez podanie ręki, oddech, odzież - tak też przez podanie ręki, oddech, uliczne spotkanie, rozsiewali wokół zarazki nieuchronnego aresztowania. Jeśli bowiem pisane ci jest, że jutro będziesz musiał się przyznać, iż kleciłeś podziemną grupę celem zatrucia wodociągów miejskich, dziś zaś ja ci rękę na ulicy podałem - to znaczy, że i ja jestem zgubiony. Siedem lat wcześniej miasto przyglądało się rozgramianiu wsi i widziało
58
w tym rzecz naturalną. Teraz wieś mogłaby tak samo przyglądać się rozgramianiu miast - ale była zbyt ciemna, zresztą ją samą właśnie dobijano; - geometra(l) Saunin dostał 15 lat za... pomór bydła (!) w powiecie i marne zbiory (!) a powiatowa góra poszła za to już, pod murek; - przyjechał na pole sekretarz rajkomu, żeby przyśpieszyć trochę orkę i zapytał go stary chłop, czy aby sekretarz wie, że przez całe siedem lat kołchoźnicy za swoje dniówki nie dostali ani szczypty ziarna, tylko słomę, a tej też niewiele. Za to pytanie dziadek dostał ASA, 10 lat; - inny był los pewnego chłopa z sześciorgiem dzieci. Przez te właśnie sześć gąb nasz chłop się nie szczędził, pracował dla kołchozu, wciąż miał nadzieję, że coś sobie wykołacze. I rzeczywiście, dano mu w końcu - order. Wręczano go na zebraniu, - były przemówienia. W swojej odpowiedzi rozczulony chłop powiedział: "Ech, zamiast tego orderu to by mi się lepiej z pudzik mąki przydał! A może by jednak?..." Wilczym śmiechem zaniosło się całe zebranie i ze swoimi sześcioma gębami poszedł nowo odznaczony na zesłanie. Czy możemy to wszystko uogólnić i wyciągnąć wspólny wniosek - że wsadzano niewinnych? Ale zapomnieliśmy powiedzieć, że samo pojęcie winy skasowane zostało jeszcze w zaraniu proletariackiej rewolucji, a w początkach lat 30., uznane za atrybut prawicowego oportunizmu. Tak że nie możemy teraz spekulować na tych przestarzałych pojęciach - winy i niewinności. Powracająca fala 1939 roku - jest to wypadek w dziejach Organów niesłychany, plama na ich historii! Zresztą ten kontrpotok był niewielki, nie przekraczał jednego - czy dwóch procent liczby tych, których poprzednio wzięto - jeszcze nie skazanych, jeszcze nie zesłanych daleko, jeszcze nie umarłych. Niewielki, ale umiejętnie wykorzystany. Była to reszta z rubla - jedna kopiejka, tyle, ile trzeba, żeby zwalić wszystko na ohydnego Jeżowa, żeby wzmocnić pozycję nowego nominata Berii i żeby jeszcze jaśniej zabłysnął Wódz. Za cenę tej kopiejki udało się zręcznie wdeptać w ziemię resztę rubla. Przecież jeśli "połapali się i wypuścili" (gazety pisały nawet z szaleńczą odwagą o sporadycznych wypadkach niezawinionej potwarzy) - zatem wszyscy pozostali więźniowie to już na pewno szubrawcy! A ci, co wrócili - zachowywali milczenie. Podpisali przecież zobowiązanie. Oniemieli ze strachu. I jakaś tylko ich część zdążyła poznać jakąś cząstkę tajemnic Archipelagu. Podział zajęć był wciąż ten sam: suki - nocą, pochody - w dzień. Zresztą stratę tej kopiejki szybko sobie odbito - w tych samych latach, dzięki tym samym paragrafom nieogarnionego artykułu. No, kto w ogóle zauważył w 40. roku falę żon, wywiezionych za niewyrzeczenie się aresztowanych już mężów? No, kto pamięta w Tambowie, że w tym spokojnym roku aresztowano cały jazzband, grający w kinie "Modernę", bo, okazało się, że to sami wrogowie ludu? A kto zauważył 30.000 Czechów, którzy w 1939 roku uciekli z okupowanej Czechosłowacji, by szukać przystani w pobratymczym
59
kraju słowiańskim, w ZSSR? Nie można było zaręczyć, że ktoś z nich nie jest - szpiegiem. Wszystkich ich zesłano do obozów Północy (oto skąd wypłynął nagle w czasie wojny "czechosłowacki korpus"). Ale zaraz, czy to nie w 39. roku podaliśmy pomocną dłoń zachodnim Ukraińcom, zachodnim Białorusinom, a później, w 40. - mieszkańcom krajów nadbałtyckich i Mołdawianom? Okazało się wszakże, że nasi bracia są zupełnie nieprzeczyszczeni - i popłynęły stamtąd całe ludzkie potoki w trybie społecznej profilaktyki. Zesłano ich na północ i do Azji Środkowej - a były to setki i setki tysięcy łudzi. (Ciekawe co im wmawiano: zachodnim Ukraińcom - "współpracę z pańską Polską, mieszkańcom Bukowiny i Bessarabii - kolaborację z białą Rumunią. A Żydom, którzy uciekli do nas spod niemieckiej okupacji w Polsce? Współpracę z Gestapo, to jasne! Np. - M. Pinchasik.) Wzięto wszystkich zbyt zamożnych, wpływowych, przy okazji - wszystkich zbyt samodzielnych, zbyt łebskich, zbyt rzucających się - w oczy. W dawnych polskich okręgach - szczególnie wielu Polaków (wtedy właśnie zapełnił się nieszczęsny Katyń, wtedy to w obozach Dalekiej Północy zmagazynowano przyszłą armię Andersa). Wszędzie chwytano - oficerów. Tak oto ludność zgrzeblono - aby siedziała cicho, pozbawiona wszelkich możliwych przywódców ruchu oporu. Tak oto uczono ludzi rozumu, tak obumierały dawne kontakty i znajomości. Finlandia oddała nam przesmyk bez mieszkańców, za to z Karelii i z Leningradu w 40. roku wygarnięto i przesiedlono obywateli fińskiej krwi. Myśmy tego strumyka nie zauważyli: w naszych żyłach nie płynie fińska krew. W trakcie wojny fińskiej przeprowadzono też pierwszy eksperyment oddawania pod sąd naszych żołnierzy, którzy dostali się do niewoli - jako - zdrajców Ojczyzny. Był to pierwszy taki eksperyment w historii ludzkości! - no i masz, wcaleśmy tego nie zauważyli! Próba się udała - a właśnie wybuchła wielka wojna i zaczął się nasz gigantyczny odwrót. Z republik zachodnich, oddawanych wrogowi na pożarcie, trzeba było duchem, w ciągu liczonych dni wygarnąć jeszcze kogo się da. Na Litwie zostawiono w pośpiechu, na łasce losu całe jednostki wojskowe, pułki, dywizjony przeciwlotnicze i artyleryjskie - ale poradzono sobie z deportacją kilku tysięcy rodzin nieprawomyślnych Litwinów (cztery tysiące oddano potem na rozgrabienie kryminalistom w obozie Krasnojarskim). 28 czerwca zaczęły się spieszne aresztowania na Łotwie i w Estonii. Ale już ziemia paliła się pod nogami i trzeba było uciekać jeszcze spieszniej. Zapomniano o ewakuacji całych twierdz, na przykład Brzeskiej, ale nie zapomniano o rozstrzelaniu więźniów politycznych w celach i na podwórcach więzień we Lwowie, w Równem, w Tallinie i w licznych innych miastach zachodnich okręgów. W dorpackim więzieniu wystrzelano 192 ludzi, zwłoki wrzucono do studni. Czy można to sobie wyobrazić? - nie wiesz, człowieku, o niczym, a tu drzwi celi się otwierają i ktoś do ciebie strzela. Twojego krzyku przedśmiertelnego nie usłyszy nikt i nie powtórzy nikt, prócz
60
głazów więziennych. Powiadają zresztą, że kogoś tam nie zdążono dostrzelić. Może jeszcze trafi do naszych rąk jakaś książka o tej sprawie? W 1941 Niemcy tak szybko i raptownie otoczyli i odcięli miasto Taganrog, że na stacji w towarowych wagonach została masa więźniów, których miano ewakuować. Co tu robić? Nie można ich przecież puścić samopas. Nie można też oddać Niemcom. Przywieziono więc cysterny z ropą naftową, polano nią wagony i podpalono je. Wszyscy spłonęli żywcem. Na zapleczu pierwszy potok wojenny składał się z plotkarzy i siewców paniki, aresztowanych na podstawie specjalnej, niezależnej od kodeksu Ustawy, wydanej w pierwszych dniach wojny. Był to próbny upust krwi, miał na celu wzmocnienie ogólnej dyscypliny. Dawano wszystkim po 10 lat, ale nie brano tu za podstawę 58. artykułu (i ci nieliczni, którzy przetrzymali obozy lat wojny, doczekali się w 1945 amnestii). Następnie szła fala tych, co nie oddali radioodbiorników albo części radiowych. Za jedną wykrytą (na podstawie donosu) lampę radiową dawano 10 lat. Następnie przyszedł potok Niemców - z republiki nadwołżańskiej, kolonistów z Ukrainy i z Kaukazu Północnego - i wszystkich w ogóle Niemców, mieszkających w różnych okolicach Związku. Kryterium była niemiecka krew - i nawet bohaterowie wojny domowej i starzy członkowie partii, jeśli byli niemieckiego pochodzenia - szli na zesłanie. Deportacja Niemców była w swojej istocie tym samym, co akcja rozkułaczania, miała tylko charakter łagodniejszy, bo pozwalano zabierać ze sobą więcej rzeczy i nie posyłano ludzi do tak beznadziejnych, zatraconych okolic. Prawnej zaś podstawy ani jedna, ani druga z tych akcji żadnej nie miała. Kodeks Karny - swoją drogą, a deportacja setek tysięcy ludzi - swoją. Był to osobisty rozkaz monarchy. Prócz tego, był to pierwszy jego eksperyment narodowościowy na taką skalę, sprawa interesowała go w teoretycznym aspekcie. Pod koniec lata. 1941 - a jeszcze żwawiej jesienią, ruszyła rzeka kotlarzy. Byli to obrońcy kraju, żołnierze, ci sami, których parę miesięcy wcześniej żegnały nasze miasta kwiatami i muzyką, którzy zaraz potem znosić musieli najcięższe ciosy niemieckich wojsk pancernych, aby w ogólnym chaosie i całkiem nie z własnej winy znaleźć się - nie w niewoli, bynajmniej! - ale w izolowanych grupach bojowych, w kotłach - otoczonych przez Niemców, skąd potrafili przebić się do swoich. I zamiast obdarzyć ich po powrocie braterskim uściskiem (jakby to zrobiła każda inna armia w świecie), pozwolić wypocząć, odwiedzić bliskich, a potem dopiero wrócić do szeregów - więziono ich w klimacie podejrzeń, rozbrojoną, bezprawną gromadą - na punkty kontroli i segregacji, gdzie oficerowie Wydziałów Specjalnych zaczynali od podawania w wątpliwość każdego ich słowa, a nawet ich tożsamości. Metodą kontroli były badania krzyżowe, konfrontacje, skłanianie do wzajemnych oskarżeń. Po kontroli, części kotlarzy przywracano ich dawne imiona, rangę, zaufanie. Ci szli z powrotem do wojska. Druga część,
61
chwilowo - mniejsza, złożyła się na pierwszy potok zdrajców Ojczyzny Dostawali 58-1-b, ale z początku, gdy jeszcze brak było standardowych ustaleń, wlepiano im poniżej 10. W ten sposób oczyszczano armię czynną. Ale istniała jeszcze ogromna armia bezczynna - na Dalekim Wschodzie i w Mongolii. Nie pozwolić, aby ta armia zardzewiała - oto było szczytne zadanie Wydziałów Specjalnych. Bohaterów Chałchyn-Gołu i bitwy nad jeziorem Chasan zaczynały z bezczynności świerzbić języki, tym bardziej, że dano im teraz do ćwiczeń automaty Diegtiariewa i pułkowe miotacze min, dotąd trzymane w tajemnicy przed własnym wojskiem. Mając w ręku taką broń, nie potrafili zrozumieć przyczyn naszego odwrotu na Zachodzie. Przestrzenie Syberii i Uralu nie pozwalały im dostrzec, że - cofając się po sto dwadzieścia kilometrów dziennie - powtarzamy po prostu manewr Kutuzowa, co to zwabił przeciwnika w głąb kraju. Ułatwić zrozumienie mógł tylko potok z Armii. Wschodniej na Archipelag. I usta się zamknęły, a wiara stała się niezłomną. Rozumie się, że z wysokich sfer też się polał potok winowajców odwrotu (toć nie nasz Wielki Strateg tu zawinił!). Był to niewielki, liczący jakieś pół setki osób, potok generalski, wchłonięty przez moskiewskie więzienia latem 1941 roku. W październiku tegoż roku wysłano ich etapem dalej. Wśród tych generałów większość stanowili lotnicy - dowódca sił lotniczych Smuszkiewicz, generał. J. S. Ptuchin (powiadał: "gdybym z góry wiedział - to naprzód bym pozbył się bomb nad głową Ojca Rodzonego, a już potem mógłbym tu sobie wylądować!") i inni. Zwycięstwo pod Moskwą spowodowało nowy przypływ: byli to mieszkańcy Moskwy, na których ciążyła pewna wina. Po bliższym rozpatrzeniu okazało się, że to ci którzy nie uciekli i nie ewakuowali się, tylko odważnie zostali, w zagrożonej przez wroga i opuszczonej przez władze stolicy. Tym samym byli podejrzani - albo o podrywanie autorytetu władzy (58-10), bądź to, że czekali na Niemców (58-1-a, w sensie artykułu 19). Potok ten aż do samego roku 1945 dostarczał żeru śledczym Moskwy i Leningradu). Rozumie się też, że artykuł 58-10, ASA, ani na chwilę nie wychodzi! z użycia i przez całą wojnę dawał się we znaki frontowi i zapleczu. Wlepiano go ewakuowanym, jeśli paplali o okropnościach odwrotu (z gazet zaś jasno wynikało że odwrót odbywa się zgodnie z planem), wlepiono tyłowym oszczercom, twierdzącym że przydziały są za małe. Na froncie wlepiano go potwarcom, utrzymującym, że Niemcy są technicznie mocni. W 1942 roku wlepiano go wszędzie tym, którzy kłamliwie głosili, że W oblężonym Leningradzie ludzie marli z głodu. W tym samym roku, po niefortunnych operacjach na Krymie (desant pod Kierczem, 120 tysięcy jeńców), pod Charkowem (jeszcze więcej), w - trakcie wielkiego odwrotu naszego południowego zgrupowania na Kaukaz i w stronę Wołgi - spłynął jeszcze bardzo ważny potok oficerów i żołnierzy, którzy nie chcieli na straconych pozycjach stać na przekór śmierci i cofali się bez zezwolenia: byli to ci sami, którym wedle słów nieśmiertelnego stalinowskiego
62
rozkazu nr 227 ojczyzna nie może wybaczyć swojej hańby. Ten potok nie dotarł jednak do GUŁagu: w przyspieszonym tempie przepuszczony przez tryby dywizyjnych trybunałów, zapędzony był w całości do kompanii karnych i bez śladu wsiąkł w czerwony piach pierwszej linii frontu. Był to cement podwalin stalingradzkiego zwycięstwa, ale nie znalazł miejsca w ogólnej historii Rosji, trafił tylko do części szczegółowej dziejów kanalizacji. (Nawiasem, my także próbujemy opisać tu jedynie te potoki, które spływały do GUŁagu z zewnątrz. Nieustannie zaś przetaczane wewnętrzne zawartości, z jednego pojemnika GUŁagu do drugiego, tak zwane obozowe wyroki, rozdawane na prawo i lewo, zwłaszcza podczas wojny, nie są brane pod uwagę w tym rozdziale). Uczciwość każe wymienić tu także kontrpotoki okresu wojny: już wspomniani Czesi, Polacy, zwalniani z obozów na front kryminaliści. Od 1943 roku, od kiedy los wojny odwrócił się i nasi zaczęli brać górę, zaczął się, trwający aż do roku 1946, coraz obfitszy, wielomilionowy wpływ ludzi, pojmanych na terenach zachodnich i na terytorium Europy. Składał się on z dwóch podstawowych kategorii:: - z cywilów, którzy spędzili jakiś czas z Niemcami albo u Niemców (wlepiano im dychę z literką "a": 58-1-a) - z wojskowych, którzy byli jakiś czas w niewoli (wlepiana im dychę z literką "b": 58-1-b). Każdy, kto znalazł się pod okupacją, chciał jakoś żyć i dlatego musiał coś robić, stąd też mógł teoretycznie zarobić nie tylko na chleb, lecz na przyszły wyrok - jeśli nie wprost za zdradę kraju, to przynajmniej za pomaganie okupantowi. W praktyce wystarczyło jednak zaznaczyć - przez odpowiednią numerację paszportów - że ktoś mieszkał na terenach okupowanych. Aresztowanie wszystkich takich osób nie było racjonalne z punktu widzenia gospodarczego - bo groziło wyludnieniem zbyt dużych obszarów. Dla podciągnięcia wzwyż społecznej świadomości wystarczyło wsadzić tylko pewien procent - winnych, półwinnych, ćwierćwinnych, oraz tych, co suszyli z nimi onuce na tym samym płocie. A przecież jeden tylko procent jednego tylko miliona daje w rezultacie tuzin pełnokrwistych punktów obozowych. Nie należy sądzić, że rzetelny udział w podziemnej antyniemieckiej organizacji istotnie chronił człowieka przed porwaniem przez ten potok. Wypadek tego kijowskiego komsomolca, którego podziemna organizacja w celach wywiadowczych skierowała do służby w policji miejskiej - nie był czymś wyjątkowym. Chłopak uczciwie informował o wszystkim komsomolców, ale po przyjściu naszych dostał swoją dychę, bo nie mógł przecież w trakcie służby policyjnej nie przesiąknąć wrażym duchem i wcale nie wykonywać wrażych poruczeń. Jeszcze ostrzej i surowiej wyrokowano o tych, którzy mieli za sobą pobyt w Europie, choćby w charakterze raba z naszywką OST, bo przecież poznali jakiś strzęp tamecznego życia i mogli o nim snuć opowieści.
63
Opowieści zaś takie, już od dawna nam niemiłe (wyjąwszy relacje podróżnicze prawomyślnych literatów), były całkiem już nie na miejscu w latach powojennych, pełnych ruin i niedostatku. Opowiadać natomiast, że w Europie wszystko jest do niczego i że w ogóle żyć tam nie sposób - do tego nie każdy był zdolny. Z tej właśnie przyczyny, a wcale nie za zwykłe pójście do niewoli, szła pod sąd większość jeńców - zwłaszcza ci, którzy zobaczyli na Zachodzie coś jeszcze poza niemieckim obozem śmierci. Wynika to w sposób oczywisty z faktu, że tak samo bezwzględnie, jak jeńców, sądzono także internowanych. Oto przykład: w pierwszych dniach wojny, morze wyrzuciło na szwedzki brzeg grupę naszych marynarzy-rozbitków. Później, przez całą wojnę żyli oni sobie na swobodzie w Szwecji - w takim dostatku i komforcie, jak nigdy przedtem, ani potem. Związek Sowiecki cofał się, przechodził do natarcia, atakował, zdychał i głodował, a ci szubrawcy napaśli sobie przez ten czas neutralne, grube pyski. Po wojnie Szwecja nam ich zwróciła. Zdrada kraju nie ulegała w tym wypadku wątpliwości - ale jednak coś tu nie grało. Pozwolono zatem tym wszystkim facetom pojechać sobie w różne strony - i dopiero wtedy wrzepiono im co należy z artykułu o antysowieckiej agitacji - za nęcące opowiastki o wolności i sytości, panującej w kapitalistycznej Szwecji (grupa Kadenki). Ten ogólny nurt wyzwolonych spod okupacji zasiliły jeden za drugim wartkie i zborne potoki występnych narodów: w 1943 - Kałmucy, Czeczeńcy, Ignuszowie, Bałkajrowie, Karaczajewcy; . w 1944 - krymscy Tatarzy. Nie ruszyliby tak energicznie i żwawo na swoje wieczne zesłanie, gdyby Organy nie otrzymały pomocy oddziałów regularnej armii i znacznej ilości wojskowych ciężarówek. Jednostki wojskowe dziarsko otaczały auły i ci, którzy tu zagnieździli się niegdyś na stulecia - w ciągu 24 godzin, z szybkością desantu przerzucani byli na stacje kolejowe, pakowani do wagonów i z punktu ruszali na Syberię, do Kazachstanu, do Azji Środkowej, na rosyjską Północ. Już następnego dnia ziemia i nieruchomości przechodziły w ręce sukcesorów. Jak Niemców na początku wojny, tak teraz wszystkich tych ludzi zsyłano wyłącznie z uwagi na ich krew, bez żadnych indagacji; członkowie partii, bohaterowie pracy, bohaterowie jeszcze toczącej się wojny - wszyscy do jednego worka. Rozumie się, że w ostatnich latach wojny płynął strumień niemieckich przestępców wojennych, branych z ogólnej sieci obozów i za pośrednictwem sądu przenoszonych do systemu GUŁagu, W 1945 roku, choć wojna z Japonią trwała krócej niż trzy tygodnie - wielką ilość japońskich jeńców wojennych przysłano dla wykonania niecierpiących zwłoki robót budowlanych na Syberii i w Azji Środkowej; Przeprowadzono też tę samą operację: wzięto spośród nich do GUŁagu wojennych przestępców. Poczynając od ostatnich miesięcy 1944 roku, kiedy to nasza armia wkroczyła
64
na Bałkany, a już zwłaszcza w 1945, gdy dotarła do Europy Centralnej - kanałami GUŁagu popłynął jeszcze potok emigrantów-starców, którzy wyjechali podczas rewolucji, i młodzieży, wychowanej już za granicą. Wyłuskiwano przeważnie mężczyzn, kobiety i dzieci zostawiano na emigracji. (Zabierano, co prawda, nie wszystkich, lecz tych, którzy dali choćby słaby wyraz swoim poglądom politycznym w ciągu tych 25 lat, albo wcześniej, w trakcie rewolucji. Tym, którzy prowadzili zupełnie bierną wegetację - dano spokój). Główne potoki płynęły z Jugosławii, Czechosłowacji, mniejsze - z Austrii, z Niemiec; w innych krajach Europy Wschodniej nie było Rosjan wcale. Z Mandżurii w 1945 roku ruszył odpowiedni potok emigrantów. (Niektórych z nich nie od razu aresztowano: zapraszano ich całymi rodzinami, przyjeżdżali do kraju ojczystego jako wolni, a dopiero później ich rozdzielano, wywożono na zesłanie, albo wsadzano do więzienia). Przez cały rok 1945 i 1946 sunął na Archipelag potok - tym razem autentycznych - wrogów władzy sowieckiej (własowców, Kozaków generała Krasnowa, mahometan z oddziałów narodowych, formowanych po niemieckiej stronie) - czasem przekonanych, czasem zmuszonych do tego wbrew woli. Razem z nimi zagarnięto około miliona uchodźców z terenów podległych władzy sowieckiej - cywilów różnego wieku i obojga płci, którym udało się szczęśliwie ukryć na terytorium sojuszniczym po to, by w 1946-47 władze alianckie mogły zdradziecko wydać ich w sowieckie ręce. Pewna ilość Polaków, żołnierzy Armii Krajowej i stronników Mikołajczyka przewinęła się przez nasze więzienia po drodze do GU-Łagu. Tylu a tylu było - Rumunów i Węgrów. W ostatnim okresie wojny i po jej zakończeniu, przez wiele lat bez przerwy płynął wezbrany potok ukraińskich nacjonalistów ("banderowców"). Na tle tej ogromnej, powojennej wędrówki milionów mało kto zauważył takie drobne ruczajki, jak: - Dziewczyn od cudzoziemców (1946-47) - to znaczy tych dziewcząt, które pozwalały obcokrajowcom szukać swego towarzystwa. Dziewczęta piętnowano za to jako element społecznie niebezpieczny (art. 7; § 35); - Hiszpańskich dzieci, tych samych, które przywieziono do ZSSR podczas wojny domowej w Hiszpanii. Podrastały już po drugiej wojnie światowej. Choć wychowane w naszych internatach, bardzo źle jednak aklimatyzowały się w naszym życiu. Wiele z nich chciało wracać "do domu". Dawano im także 7-35, jako społecznie niebezpiecznym, szczególnie zaś upartym 58-6, szpiegostwo na rzecz... Ameryki. (Aby być sprawiedliwym nie wolno zapomnieć krótkiego, przypadającego na 1947 rok kontrpotoku... duchownych. Owszem, cud prawdziwy! - pierwszy raz w ciągu 30 lat zwalniano popów. Właściwie nie szukano ich po obozach, ale jeśli ktoś z wolnych pamiętał i potrafił wymienić nazwiska i dokładne adresy - to wymienionych odsyłano etapem na wolność, dla umocnienia przywracanej do życia cerkwi prawosławnej.
65
*
Należy przypomnieć, że rozdział ten wcale nie jest próbą wymieniania WSZYSTKICH potoków, które użyźniły GUŁag, a tylko takich, które miały odcień polityczny. Podobnie, jak w kursie anatomii po szczegółowym opisie układu krwionośnego można zacząć od początku i opisać szczegółowo układ limfatyczny, tak samo można zrobić przegląd - od początku, od 1918 do 1953 roku potoków pospolitaków i właściwych kryminalistów. Także ten opis zająłby niemało miejsca. Zostałyby w nim naświetlone liczne i słynne ustawy, teraz już częścią nawet zapomniane (chociaż nigdy nie anulowane oficjalnie), zapewniające nienasyconemu Archipelagowi obfity dopływ materiału ludzkiego. Taka ustawa o bumelanctwie. Albo ustawa o karach za produkowanie braku. Albo ustawa o pędzeniu alkoholu (jej rozkwit przypada na rok 1922 - ale przez całe 20. też zgarniali gęsto). Albo ustawa o karaniu kołchoźników za niewykonanie minimum roboczodniówek. Albo ustawa o stanie wojennym na kolejach (kwiecień 1943 roku, wcale nie początek wojny, tylko chwila zwrotu ku lepszemu). Ustawy te, zgodnie z prastarą tradycją piotrową, pojawiały się zawsze jako ostatnie i najważniejsze słowo prawodawstwa i bez żadnego względu na poprzednio wydane prawa, a nawet bez wspominania o nich. Uzgodnić te drobnostki mieli potem uczeni prawnicy, ale zajmowali się tym niezbyt pilnie i niezbyt owocnie. To pulsowanie ustaw doprowadziło do dziwnego widowiska w dziedzinie przestępczości pospolitej i kryminalnej. Rzucało się w oczy, że ani kradzieże, ani morderstwa, ani pędzenie bimbru, ani gwałty nie występowały na terenie kraju raz tu, raz tam; gdzie popadło, jako skutki ludzkiej słabości i rozpasanych namiętności - o, nie! Na całym obszarze państwa poszczególne rodzaje przestępstw pojawiały się ze zdumiewającą jednomyślnością i jednostajnością. To cały kraj roił się od samych gwałcicieli, to znów - od morderców, to znowu - od tajnych gorzelni, czujnie reagując na ostatnią ustawę rządową, Każdy rodzaj przestępstwa jakby sam podstawiał połeć Ustawie - żeby tylko czym prędzej zginąć! I właśnie ten gatunek przestępstwa (zaraz i wszędzie) wytryskał spod ziemi, który dopiero co został przez mądrego prawodawcę wzięty pod uwagę i napiętnowany ku przestrodze. Ustawa o militaryzacji kolei pchnęła przed trybunały tłumy bab i wyrostków, bo właśnie oni najczęściej pracowali podczas wojny przy torach, a nie mając za sobą koszarowej szkoły częściej, niż inni spóźniali się łamali regulamin. Ustawa o niewykonaniu minimum roboczodniówek bardzo uprościła procedurę zsyłania opieszałych kołchoźników, których nie zadawalały stawiane im kreski. Jeśli dawniej potrzebny był do tego sąd i stosowanie paragrafu o "kontrrewolucji gospodarczej", to teraz dość było decyzji kierownictwa kołchozu, zatwierdzonej przez powiatowy komitet wykonawczy; samym zresztą kołchoźnikom powinno było być lżej na myśl, że chociaż idą
66
na zesłanie, to niejako wrogowie ludu. (Obowiązkowa norma zmieniała się zależnie od regionu, najmniejsza była na Kaukazie - 75 roboczodniówek - ale i tak niemało kaukaskich górali popłynęło na 8 lat do kraju Krasnojarskiego). Ale w tym rozdziale nie zajmujemy się wszechstronnym i zapewne owocnym sondowaniem potoków pospolitych i kryminalnych. Nie możemy tylko, skorośmy już doszli do roku 1947, przemilczeć jednej z najbardziej monumentalnych ustaw stalinowskich. Już zdarzyło się nam wspomnieć, omawiając zdarzenia 1932 roku, słynne prawo "z siódmego ósmego", albo "siedem ósmych", na podstawie którego wsadzano ludzi hojną ręką - za źdźbło zboża, za ogórek - za dwa kartofle, za szczapkę, za szpulkę nici - zawsze na dziesięć lat. Ale wymogi chwili - tak, jak je rozumiał Stalin - wciąż się zmieniały a ta dycha - która wydawała się wystarczającą karą w obliczu surowej wojny, teraz po zwycięstwie na miarę wszechświatową i historyczną - wyglądała mizernie. I znowu - gardząc kodeksem, albo zapominając, że istnieją już liczne artykuły i ustawy o przywłaszczeniach i kradzieżach - 4 czerwca 1947 roku wydano Dekret zostawiający j e daleko w tyle. Beztroscy więźniowie natychmiast zaczęli go nazywać "cztery szóste". Wyższość nowego dekretu polegała po pierwsze na jego świeżości: już od pierwszego dnia po nabraniu przezeń mocy, miały wszędzie rozszaleć się te przestępstwa, zapewniając obfity napływ skazanych. Ale jeszcze ważniejszą zaletą były proponowane wyroki: jeżeli po kłoski szła - dla kurażu - nie jedna dziewczyna, tylko trzy ("zorganizowana szajka"), po ogórki albo po jabłka - kilku dwunastoletnich chłopaków - to dawano im do dwudziestu lat obozu włącznie; - za przywłaszczenie mienia w fabrykach górny pułap kary został podniesiony do dwudziestu pięciu lat (ten termin kary, ćwiartka, wprowadzony został kilka dni wcześniej, zamiast kary śmierci skasowanej ze względów humanitarnych). I wreszcie - naprawiona została stara niesprawiedliwość - że tylko niezłożenie donosu w politycznej sprawie jest przestępstwem antypaństwowym; od tej chwili także za pospolite niezameldowanie o przywłaszczeniu państwowego albo kołchozowego mienia wlepiano trzy lata obozu albo siedem lat zesłania. W ciągu kolejnych paru lat całe dywizje mieszkańców miast i wsi posłane zostały celem zagospodarowania wysp GUŁagu na miejsce wymarłych tymczasem tubylców. Co prawda, potoki te żłobiły sobie koryta poprzez milicję i zwykłe sądy, nie zamulając kanałów bezpieczeństwa państwowego, i tak już przeciążonych w powojennym okresie. Ta nowa linia Stalina - właśnie teraz, po zwycięstwie nad faszyzmem, PAKOWAĆ jak najenergiczniej, jak najwięcej i dawać jak najwyższe wyroki - natychmiast odbiła się także na politycznych. Lata 1948-49, cechujące się wzmożeniem prześladowań i szpiclowania, były widownią - niebywałej nawet na miarę stalinowskiej sprawiedliwości - tragikomedii repetentów.
67
Tak nazywano w GUŁagu tych nieszczęsnych niedobitków 1937 roku, którym udało się przetrzymać całe nieznośne, nieludzkie dziesięć lat i którzy teraz, w 1947 czy 1948 roku, zadręczeni i złamani, nieśmiało stawiali stopę na ziemi wolności - mając nadzieję, że dane im będzie w spokoju doczekać się bliskiego końca. Ale jakaś dzika fantazja (albo złowroga zawziętość, albo nienasycona mściwość) kazała Generalissimussowi-Zwycięzcy wydać rozkaz: wszystkie te kaleki powsadzać jeszcze raz, mniejsza o nowe winy! Politycznie czy gospodarczo nie opłacało mu się nawet zapychanie gardzieli maszyny jej własnymi odpadkami. Ale Stalin właśnie taki rozkaz wydał. Był to rzadki wypadek: postać historyczna igra z historyczną koniecznością. I oto - ledwie ci ludzie przylgnęli do nowych okolic albo do nowych rodzin - już przychodzą po nich. Zabierano ich z tym samym leniwym znużeniem, z którym oni sami szli tym razem. Już wszystko wiedzieli z góry, znali całą drogę krzyżową. Nie pytali "za co?" i nie obiecywali bliskim, że wrócą, wdziewali co brudniejsze łachy, sypali machorki do lagrowego kapciucha i szli podpisywać protokół. (A kwestia była tylko jedna: "To wyście siedzieli?" - "Ja". - "Macie tu jeszcze dychę"). I tu wpadło jedynowładcy na myśl, że to za mało - zamykać tylko ocalałych weteranów 37. roku! Przecież dzieci tych zaprzysięgłych wrogów też warto powsadzać! Przecież dorastają - jeszcze mogą pomyśleć o zemście. (A może powieczerzał sobie godnie i miał ciężki jakiś sen o tych dzieciach). Sprawdzili więc, porachowali: owszem, zamykano te dzieci, ale za mało! Dzieci dowódców - wszystkie poszły za kratę, dzieci trockistów - nie wszystkie! I popłynął potok dzieci-mścicieli. (Trafiła do tego potoku także 17- letnia Lena Kosariewa i 35-letnia Helena Rakowska). Po wielkim, europejskim trzęsieniu ziemi Stalinowi udało się koło 1948 roku znów otoczyć się mocnym murem, ściągnąć powałę jak najniżej i w tej zamkniętej przestrzeni zagęścić duszne powietrze 1937 roku. Przyciągnęli więc w 1948, 1949 i 1950: - rzekomi szpiedzy (przed 10 laty - niemiecko-japońscy, teraz anglo-amerykańscy); - wierzący (tym razem większość stanowili członkowie sekt); - niedorżnięci genetycy i selekcjonerzy - wawiłowcy i mendeliści; - po prostu - inteligenci, myślący ludzie (szczególnie - studenci) niewystarczająco odstraszeni od Zachodu. Można im było wlepiać: - WAT = wychwalanie amerykańskiej techniki; - WAD = Wychwalanie amerykańskiej demokracji; - KZ = korzenie się przed Zachodem. Potoki były podobne jak w 1937 roku, tylko wyroki były inne: teraz standardem stał się już nie patriarchalny czerwoniec, lecz nowa, stalinowska ćwiartka. Teraz dycha to był dziecinny wyrok. Wcale niemały potok aresztowanych spowodował nowy Dekret o Zdradzie tajemnicy państwowej (a za tajemnicę uchodziły: zbiory w powiecie; każda statystyka epidemiologiczna; co produkuje dany dział czy fabryczka; koordynaty lotniska cywilnego; marszruty komunikacji miejskiej; nazwisko
68
więźnia, siedzącego w obozie). Na mocy tego dekretu dostawało się 15 lat. Nie zapomniano też o potokach narodowych. Cały czas płynął potok banderowców, branych wprost z lasów i pól bitewnych. Jednocześnie dostawali dychy i piątki obozu albo zesłania wszyscy zachodnio-ukraińscy chłopi mający jakąkolwiek styczność z partyzantami: jeden, że wpuścił na nocleg drugi, że dał jeść, trzeci - że nie doniósł. Mniej więcej w 50. roku zaczął płynąć potok banderowskich ŻON - wlepiano im po dziesiątce za niezłożenie donosu, żeby prędzej wykończyć mężów. Gasł już w tym okresie opór na Litwie i w Estonii. Ale w 1949 roku ruszyły stamtąd wezbrane potoki - celem lepszej profilaktyki społecznej i zapewnienia kolektywizacji sukcesu. Całymi pociągami wieziono na syberyjskie zesłanie ludność wsi i miast - z trzech nadbałtyckich republik. (Rytm historyczny uległ w tych republikach skażeniu. W skróconym, kusym terminie musiały one teraz przejść cały szlak, przebyty już przez resztę kraju). W 48. roku przetoczył się jeszcze jeden potok narodowy - byli to Grecy znad morza Azowskiego, z Kubania, i okolic Suchumi. Niczym się nie splamili w obliczu Ojca podczas wojny, ale teraz mścił się on na nich za porażkę w Grecji, bo cóż by innego? Zdaje się, że ten potok także był wynikiem jego własnego obłędu. Większość Greków znalazła się na zesłaniu w Azji Środkowej, niezadowoleni - poszli do politizolatorów. Koło 1950 roku, w trybie tejże zemsty za przegraną wojnę - albo dla zrównania ich z tamtymi, już zesłanymi - spłynęli na Archipelag również sami powstańcy z armii Markosa, przekazani nam przez Bułgarię. W ostatnich latach życia Stalina zdecydowanie zaczął wzbierać także potok Żydów (już od 1950 roku płynęli ciurkiem jako kosmopolici). Po to właśnie zainscenizowana została sprawa lekarzy. Zdaje się, że Stalin przygotowywał wielką masakrę Żydów. Niczego u nas nie można dokładnie sprawdzić, tak jest nawet dzisiaj i tak będzie jeszcze długo. Ale według krążącej po Moskwie pogłoski, plan Stalina wyglądał jak następuje: w pierwszych dniach marca 1953 roku "lekarze- mordercy" mieli być powieszeni na Placu Czerwonym. Wzburzeni patrioci, rzecz prosta, mieli (pod kierunkiem instruktorów) z miejsca zacząć pogrom Żydów. I wtedy to rząd (widać stalinowski charakter pisma, prawda?), wielkodusznie ratując Żydów przed gniewem ludu, tej samej nocy miał wysiedlić ich z Moskwy na Daleki Wschód i na Syberię (gdzie baraki już były w budowie). To był jednak pierwszy w jego życiu plan, który spalił na panewce. Kazał mu Bóg, zdaje się, że nie bez udziału ludzkiej ręki, wydać ostatnie tchnienie i przenieść się na łono Abrahama.
To, co wyżej zostało powiedziane, powinno było, jak sądzę, dostarczyć dowodów - że proces rugowania milionów i zasiedlania krainy GUŁag prowadzony był z zimną krwią, konsekwentną przemyślnością i niesłabnącą wytrzymałością.

Że PUSTYCH więzień nigdy u nas nie było, były one natomiast albo pełne, albo przepełnione ponad miarę. Że - podczas gdyście wy z całą satysfakcją pasjonowali się nieszkodliwie tajemnicami jądra atomowego, badali wpływ Heideggera na Sartrea, i kolekcjonowali reprodukcje Picassa, czy podróżowali wygodnymi wagonami do uzdrowisk albo kończyli budowę podmoskiewskich dacz - suki bez przerwy śmigały ulicami, agenci zaś pukali i dzwonili do czyichś drzwi. Przypuszczam, że wyjaśnienia powyższe dowiodły, iż Organy nigdy nie jadły darmo chleba.
0 new messages