Google Groups no longer supports new Usenet posts or subscriptions. Historical content remains viewable.
Dismiss

Ofiary Kacmajora

538 views
Skip to first unread message

u2

unread,
May 26, 2014, 4:49:01 PM5/26/14
to
13.03.2002.
Zwłoki zostały odkryte przypadkowo przez robotników leśnych, daleko od
szosy. Gdy tylko w sekcie pojawiał się młody chłopak, przydzielał mu
starszą kobietę i mówił: - Masz z nią spać! A do kobiety: - Ten będzie
twoim mężem! Tak jak przedtem chętnie leczył, tak teraz chodził po wsi,
strzelał palcami i groził: - Ty masz chorobę - umrzesz na raka albo na
marskość wątroby.

***

Zwłoki zostały odkryte przypadkowo przez robotników leśnych, daleko od
szosy. Zmarły był mężczyzną w średnim wieku, o długich, ciemnych
włosach. Przed śmiercią nosił brodę, co dodatkowo utrudniało
identyfikację. Nie znaleziono przy nim żadnych dokumentów, natomiast w
zasięgu ręki znajdował się nóż z wysuwanym ostrzem, w rodzaju tych,
jakich używa się do cięcia wykładzin podłogowych. Nóż był bardzo ostry:
tętnica szyjna zmarłego została przecięta jednym długim, zdecydowanym
cięciem. Zgon musiał nastąpić w ciągu kilkudziesięciu sekund.

Przez ponad miesiąc wszystko wskazywało na to, że zmarłym, znalezionym w
lesie koło Lubartowa, mógł być Zbigniew Sajnóg, znany gdański poeta,
który kilka lat temu związał się z sektą „Niebo" Bogdana Kacmajora.
Dwukrotne badania daktyloskopijne wykluczyły jednak tę możliwość:
samobójcą okazał się Bogusław Popławski, 36-letni członek tej samej sekty.

Antychryści
Bogusław Popławski, członek „Nieba" od samego początku istnienia sekty,
był jednym z najwierniejszych wyznawców Kacmajora. Czy to możliwe, że
guru wyrzucił go z domu jak psa, gdy 18 maja Popławski wyszedł bez
środków do życia z aresztu?

Dom sekty w Majdanie Kozłowieckim nie zmienił się ani trochę w ciągu
dziesięciu lat. Za to zmieniło się otoczenie: duży dwupiętrowy budynek
tonie w zieleni drzew. Działka nie jest ogrodzona, co zawsze myliło
obcych. Gdy byłem tu po raz pierwszy, kilka lat temu, jedyne słowa,
jakie wówczas usłyszałem, brzmiały: - To jest prywatny teren - spier...!

Trzej młodzi mężczyźni wyglądali naprawdę groźnie. Z budynku wyskakiwali
już następni. A przecież na szosie, tuż koło domu, stał oznakowany
policyjny radiowóz. Dwaj policjanci, z którymi przyjechałem, wyglądali
na zdenerwowanych. W razie czego nie daliby rady kilkunastu
zdesperowanym, gotowym na wszystko mężczyznom. Wycofaliśmy się.

Dziś, jeśli policjanci się nie mylą, mieszka w tym domu już tylko sam
guru z żoną i dziećmi. Czy w ogóle zechce rozmawiać z dziennikarzem,
który śledzi jego losy od tylu lat?

Przez kilka minut pukam do drzwi, stukam w szyby, w końcu walę metalowym
garnkiem o parapet. Hałas słychać chyba na kilkaset metrów. Żadnej
reakcji. Ale tak było zawsze: gdy nadjeżdżali obcy, mieszkańcy tego domu
zamykali na klucz wszystkie drzwi, chowali się na piętrze i czekali, aż
nieproszeni goście zmęczą się kołataniem i odjadą. W ten sposób
postępowano z listonoszami, którzy przywozili wezwania do sądu, z
urzędniczkami kuratorium domagającymi się, aby dzieci chodziły do
szkoły, z pielęgniarkami, które chciały wykonać obowiązkowe szczepienia.
Kilka razy trzeba było te drzwi wyłamywać siłą. Policjanci wkraczali,
gdy na mieszkańcach zaczęły ciążyć wyroki za kradzież drewna z lasu, za
włamania do sklepów, za uchylanie się od służby wojskowej.

- To były trudne akcje - wspomina podkom. Antoni Marczuk z Lubartowa. -
Najpierw trzeba było obstawić tyralierą cały teren, bo podejrzani
uciekali do tego lasu jak zające. Brało w tym udział 20-30
funkcjonariuszy, posiłki trzeba było sprowadzać aż z Lublina.

Nareszcie: w jednym z okien pojawia się czyjaś twarz, słychać głosy
dzieci. Schodami z I piętra schodzi Bogdan Kacmajor, trzymając w ręku
niedopitą szklankę herbaty. Herbata jest ciemnobrunatna, bardzo mocna. W
zakładach karnych więźniowie oszałamiają się takim wywarem jak alkoholem.

Bogdan Kacmajor jest niewysokim, szczupłym mężczyzną. Ma 46 lat i na
tyle wygląda: ciemna, krótka broda, krótko ostrzyżone, siwiejące na
skroniach włosy. Gdy mówi, widać zniszczone, brązowe od papierosów zęby.

- Ale ja nie udzielam żadnych wywiadów - mówi od razu, gdy przedstawiam
się.
- Przyjechałem specjalnie po to, aby poinformować pana o tym, że
zidentyfikowano zwłoki Bogusława Popławskiego - mówię.
- Czy to już pewne? - pyta mimochodem, jakby ta wiadomość nie zrobiła na
nim żadnego wrażenia. A powinna.
- W gazecie podali, że był członkiem pańskiej sekty.
- Jakiej sekty? - protestuje - mieszkamy tu sobie spokojnie z żoną i
dziećmi. Czy pan tu widzi jakąś sektę? Nie rozmawiałem z Popławskim od
paru miesięcy. Nie wiem co ostatnio robił, w ogóle nie miałem z nim
żadnego kontaktu. - Bogdan Kacmajor prawdopodobnie kłamie w żywe oczy,
tak jak kłamał od chwili rozpoczęcia swojej działalności kilkanaście lat
temu. Ale przez cały ten czas bardzo trudno było mu to udowodnić.

W końcu lat 80. rozwiódł się z pierwszą żoną, sprzedał dom w Morągu i
kupił ziemię pod Lubartowem, tuż koło lasu. Ponad 20 hektarów. Dom
zbudowano w ciągu kilku miesięcy, a więc bardzo szybko jak na ówczesne
warunki. Miejscowi urzędnicy załatwiali mu przydziały na materiały
budowlane, a Kacmajor leczył ich za to „nakładaniem rąk". Gdy dom był
już gotowy i zaludnił się członkami sekty, przez dwa-trzy lata kontakty
z mieszkańcami wsi układały się poprawnie. Niektórzy członkowie sekty,
rolnicy po studiach, założyli inspekty, siali zboże, grykę, sadzili
ziemniaki. Ale po kilku latach znudziła im się ta działalność, pole
zarosło zielskiem. Mieszkańców wsi zaczęło denerwować to nieróbstwo, bo
zimą ktoś podkradał kury z kurników, ginęły ziemniaki z kopców i warzywa
przechowywane w piwniczkach. A Kacmajor, tak jak przedtem chętnie
leczył, tak teraz chodził po wsi, strzelał palcami i groził: - Ty masz
chorobę - umrzesz na raka albo na marskość wątroby.

Rzucał uroki, zastraszał ludzi, którzy bali się zgłaszać na niego skargi
policji. Miarka przebrała się, gdy członkowie sekty zaczęli naigrawać
się z religii. W dzień Matki Boskiej Zielnej szła przez wieś procesja na
poświęcenie pól, a członkowie sekty wykrzykiwali wtedy nieprzyzwoite
słowa i beczeli jak barany. Gdy umarł jeden z gospodarzy, wystawili przy
drodze podobną do niego kukłę z napisem: „On nie chciał się z nami
bawić". Wtedy taka złość wstąpiła w mieszkańców, że gotowi byli siłą
wygonić sektę ze wsi. Ale tych „antychrystów" ciągle przybywało, a
jednemu z gospodarzy grożono nawet podpaleniem domu, jeśli nie
przestanie pisać skarg do urzędów. Co najmniej przez pięć-sześć lat
trwał ten stan chwiejnej, nienawistnej równowagi.

Dużo strzał w kołczanie
W 1995 w sekcie nastąpił rozłam. Andrzej Ilski, jeden z
najwcześniejszych wyznawców „Nieba", przekonał się, że Bogdan Kacmajor
zużywa na własne potrzeby pieniądze wnoszone do wspólnoty przez jej
członków. Zabrał z sekty żonę Bożenę, dwu adoptowanych synów i jeszcze
kilka osób i przeniósł się z nimi do wsi Jakubowskie koło Bielska
Podlaskiego. Żyją tam do dzisiaj w wynajętej chałupie, nie kontaktując
się w ogóle z sąsiadami. Podobno przymierają głodem, chorują. Wszystko
wskazuje na to, że także i ten odłam sekty niebawem przestanie istnieć.

Ewa W., siostra Andrzeja Ilskiego, została 5 lat temu przy Kacmajorze.
Gdy parę lat wcześniej porzuciła męża, mieszkańca Opola, uciekła do
sekty wraz z dwojgiem dzieci. W Majdanie Kozłowieckim urodziła jeszcze
trzecie dziecko, którego ojcem był 14-letni chłopiec. Tak kazał
Kacmajor. Gdy tylko w sekcie pojawiał się młody chłopak, przydzielał mu
starszą kobietę i mówił: - Masz z nią spać! A do kobiety: - Ten będzie
twoim mężem!

Dzięki takiej polityce w sekcie urodziło się co najmniej kilkanaście
dzieci. Ile dokładnie - nie wie nikt. Nawet Urząd Stanu Cywilnego w
Lubartowie. Urodzenia dzieci zgłaszano przecież z wieloletnim nieraz
opóźnieniem, a i to tylko wtedy, gdy za niedopełnienie obowiązku
meldunkowego rodzicom groziła odsiadka w areszcie.

Gdy Henryk W. wystąpił do sądu o pozbawienie byłej żony władzy
rodzicielskiej, Ewa W. przez kilka lat ukrywała synów. To w
Jakubowskiem, to w Majdanie Kozłowieckim w specjalnie zbudowanym
schowku, to u znajomych w centralnej Polsce. Henryk W. wyjechał do
Niemiec, żeby, jak mówił, zarobić na adwokata. Po paru latach tej
szarpaniny nie wytrzymał jednak psychicznie i rzucił się z balkonu.
Zginął na miejscu.

Po schodach zbiega z góry wysoki, szczupły dziesięciolatek, podobny do
ojca jak dwie krople wody. Nazywa się „Do" i jeszcze nie rozumie, że
takie imię będzie go ośmieszało do końca życia. Za nim następne dzieci,
wszystkie urodzone już tutaj, w Majdanie Kozłowieckim i wszystkie
obdarzone podobnie cudacznymi imionami. Porody odbierał osobiście Bogdan
Kacmajor. Przez wszystkie te lata ani razu nie zgodził się na przyjazd
lekarza czy choćby położnej. Gdy kobiety bardzo krzyczały, mówił, że
przejmuje ich ból na siebie. Gdy dzieci chorowały, twierdził, że to ich
wina, że muszą cierpieć. Przez parę lat w „Niebie" rodzili się sami
niemal chłopcy, aż mieszkańcy wsi zaczęli podejrzewać, że nowo narodzone
dziewczynki sprzedawane są gdzieś za granicę. Ale to się nie
potwierdziło. Podobnie jak nie potwierdziły się pogłoski, że kilku
członków sekty zmarło w tym domu i zostało potajemnie pochowanych gdzieś
na terenie gospodarstwa. Aby to sprawdzić, policja sprowadziła kamerę
termowizyjną. Nic nie wykryto.

- Ile pan w końcu ma dzieci - pytam - bo urzędnicy w Lubartowie wiedzą
tylko o czworgu?
- Siedem - odpowiada Bogdan Kacmajor - ósme jest w drodze, a razem
będzie dziewięć. I jeszcze dużo strzał mam w kołczanie.

Jest na luzie, gestykuluje obiema rękami, przestępuje z nogi na nogę,
akcentując niektóre słowa. Zupełnie nie widać, aby ciążyły mu na
sumieniu ludzkie dramaty, jakie rozgrywały się w tym domu. Przecież
nawet rodzice Bogusława Popławskiego przyjechali tu kiedyś ze swojej
wsi, aby walczyć o syna jedynaka. Nic nie zdziałali.

Pierwsza żona Kacmajora, Małgorzata, przez sześć lat nie widziała ich
pierworodnego syna Daniela, który był ukrywany w sekcie. Wynajęła nawet
prywatnego detektywa, który po kilku tygodniach pracy rozłożył ręce: -
Tam nikt nie ma dokumentów, dzieci są uczone od najmłodszych lat, jak
zacierać tożsamość, a wszyscy dorośli zgodnie twierdzą, że nie wiedzą,
kto jest matką, kto ojcem.

Katarzyna spod Opola odeszła z sekty z czwórką dzieci, każde od innego
ojca. Nie ma zawodu, mieszka z rodzicami, w telewizyjnej audycji
skarżyła się, że sekta zabrała jej najlepsze lata życia.

Dziewczyna z Jeleniej Góry o rzadkim imieniu Lutona, bardzo ładna, z
niemal ukończonym doktoratem, znalazła się w sekcie z powodu męża.
Musiała go bardzo kochać, skoro wytrzymała kilka lat takiego życia. W
1998 roku napisała list pożegnalny, spakowała swój plecaczek i pojechała
autobusem do Lublina. Rzuciła się z XII piętra wieżowca koło KUL-u,
chyba najwyższego w mieście. Przez długi czas figurowała w kartotekach
jako NN. Jej mąż pod wpływem Kacmajora przez kilka tygodni nie zgłaszał
jej zaginięcia.

Janusz Ochnik, zabójca czterech żołnierzy z jednostki wojskowej w
Zegrzu, cudem uniknął śmierci. Sądowy psychiatra skierował go na
obserwację do szpitala w Abramowicach pod Lublinem. Tam poznał
Kacmajora, również przebywającego na obserwacji. Po paru tygodniach
Ochnik uciekł ze szpitala i ukrywał się w „Niebie" przez kilka miesięcy.
Kacmajor polecił wybudować dla niego specjalny schowek ze ślepą ścianą,
do którego Ochnik chował się za każdym razem, gdy przyjeżdżała policja.
Ale przechowywanie zbiega z zakładu psychiatrycznego, w dodatku
poszukiwanego listem gończym, to nie był dobry interes. Wprost
przeciwnie: trzeba go było karmić i ubierać, bo nie miał przecież
żadnych własnych pieniędzy. Zimą 1994 Bogdan Kacmajor pokazał mu drzwi.
Ochnik błąkał się przez dwie doby, zanim zdecydował się poprosić o pomoc
w sąsiedniej wsi. Gdy dostał coś ciepłego do picia, zemdlał z wyczerpania.

- Z czego pan teraz żyje? - pytam Kacmajora na pożegnanie.
- Z pracy rąk - uśmiecha się szeroko, jakby powiedział najlepszy dowcip.
Podobno jeździ gdzieś na Ukrainę, podobno leczy tam ludzi przez
„nakładanie rąk", podobno otrzymuje z zagranicy paczki z żywnością. -
Już niebawem, zapowiada, sprzedamy ten dom i przeniesiemy się gdzieś w
góry - mówi. - I wtedy jeśli pan chce do nas przyjechać prywatnie, nie
jako dziennikarz - zapraszam. Porozmawiamy o życiu. Może zajmiemy się
pańskim sercem? Albo wątrobą? A nie ma pan przypadkiem kłopotów z nogami?

Gdzie jest Sajnóg?
Jeśli chodzi o Zbigniewa Sajnóga, Bogdan Kacmajor oczywiście od dawna o
nim nie słyszał. Nawet nie wiedział, że wiosną tego roku siedział z
powodu drobnej kradzieży przez kilka tygodni w areszcie razem z
Popławskim. - Pewnie krąży gdzieś po Polsce, jak to miał w zwyczaju
przez tyle lat. Albo siedzi gdzieś za granicą. Przecież tu, w Majdanie,
on bywał tylko przejazdem - mówi z naciskiem Kacmajor.

Obaj wiemy, że to nieprawda. I obaj wiemy, że po rozwiązaniu sekty
Sajnóg pozostał właściwie bez środków do życia. Jeżeli jeszcze żyje,
może odezwie się po przeczytaniu tego artykułu. Może odezwą się jego
znajomi. Przecież nie można dłużej przemilczać faktu, że zaginął jeden z
najwybitniejszych poetów swojego pokolenia.

Maciej Piotrowski

Tekst ukazał się w: "Tygodnik Solidarność" nr 27/2000.

http://badzwolny.eu/index.php?option=com_content&task=view&id=180&Itemid=164
--
Generał Skalski o żydach w UB :
http://www.youtube.com/watch?v=ScSz0xY5W88
0 new messages