W dniu 2013-05-25 13:08, mkarwan pisze:
Tę recenzję jestem winien Tadeuszowi Zakrzewskiemu od dawna. Kiedy parę
lat temu napisał on książkę pt. „Byłem reporterem Generała”, wielu
uznało, że już samo wyeksponowanie osoby Wojciecha Jaruzelskiego w
tytule książki, a także otwarte stwierdzenia, że Autor był hołubiony
przez ówczesną władzę, to krok samobójczy i straceńczy. I tak książka
przeszła właściwie niezauważona, jeśli pominąć złośliwości na jej temat
w nielicznych tytułach prasowych.
Rasowy reporter
Niezależnie od pewnej „dworskości” tej książki, trzeba Zakrzewskiemu
przyznać, że wykazał się odwagą, podejmując temat politycznie i
społecznie newralgiczny. W swoich sądach o zdarzeniach tamtego okresu
jest bezkompromisowy i nie zamiata absurdów PRL pod dywan. Anegdoty o
ówczesnych dygnitarzach, jak np. o byłym premierze Pińkowskim, czy
mazowieckim sekretarzu Rokoszewskim, szokują i zdumiewają, że opisywane
przez Autora sytuacje w ogóle miały miejsce.
Zakrzewski jest reporterem rasowym, z talentem i wrodzonym instynktem.
Wiele razy to udowodnił swoimi reportażami i filmami. Robioną w trudnych
warunkach jego relację reporterską z pobytu Jaruzelskiego w Nowym Jorku
na sesji ONZ, której towarzyszyły nieprzychylne demonstracje miejscowej
Polonii, można uznać za majstersztyk w porównaniu z obecnymi
korespondencjami telewizyjnymi.
Zakrzewski w swej książce „Byłem reporterem...” nie oszczędza nikogo -
no, poza Jaruzelskim. Nie oszczędza jednak także siebie. A pisał ją w
czasie, kiedy jeszcze nie królowało w mediach szaleństwo lustracji i
teczek. Jakby antycypując bieg wydarzeń i wyznając zasadę, że swego
życia wstydzić się nie należy, dokonuje w niej swoistej samolustracji.
Opisuje biedne dzieciństwo na warszawskiej Pradze, pracę jako robotnika
w Polskich Zakładach Optycznych, zatrudnienie w Służbie Bezpieczeństwa w
Komendzie Stołecznej, studia dziennikarskie w Uniwersytecie Warszawskim,
a po ich skończeniu – pracę w telewizji. Dokumentowania swej drogi
dziennikarskiej nie zakończył na książce „Byłem reporterem...”,
aczkolwiek tę pozycję należałoby uznać za najbardziej upolitycznioną.
Dziennik Telewizyjny
W drugiej chronologicznie książce pt. „Grzechy i grzeszki «Dziennika
Telewizyjnego»” zagląda Zakrzewski do kuchni warsztatowej i „alkowy
towarzyskiej” osławionej pozycji programowej TVP. Audycji, na oglądanie
której przerywano obrady Biura Politycznego i najważniejsze narady. I
nie tylko dlatego, że Edward Gierek lubił się ogladać na ekranie, a
Polska wyglądała kolorowo jak z folderu. Przede wszystkim dlatego, że
Dziennik robiony był profesjonalnie, podobnie zresztą jak cała telewizja
za czasów Szczepańskiego. Był audycja ciekawą i do końca lat
siedemdziesiątych lubianą. Ale wtedy Dziennik już dogorywał, podobnie
jak dogorywała koncepcja „drugiej Polski”.
„Grzechy i grzeszki «Dziennika Telewizyjnego»” napisał Zakrzewski
ciekawie i niebanalnie. Przypowieści, anegdoty i skandale ubarwiają
wydatnie jej treść. Aż dziw bierze, że Autorowi nie wytoczono iluś tam
procesów... Ale widać nie mijał się w swoich relacjach z prawdą.
Najwartościowsze partie to te, w których Autor mówi o sprawach
warsztatowych, o pracy reportera, o powstawaniu Dziennika. Osobiście
rekomendowałbym książkę Zakrzewskiego wykładowcom studiów
dziennikarskich (a szczególnie na zajęciach z pracowni tewizyjnej), aby
zalecali ją studentom jako lekturę. Myślę, że lepszego „kompendium”
praktycznej wiedzy z zakresu powyższej tematyki, lepszego „podręcznika”
napisanego przez wieloletniego praktyka i nagradzanego wielokrotnie
reportera – trudno znaleźć.
Życie Zasady
Po odejściu z telewizji w latach 90., Zakrzewski związał się z
Sobiesławem Zasadą - znanym rajdowcem i biznesmenem. Będąc jeszcze w
telewizji, dzięki swoim znajomościom i zręczności, pomagał Zasadzie
stawiać pierwsze kroki w Warszawie i budować Przedstawicielstwo
Mercedesa w Polsce. Te burzliwe lata - jakże różne od doświadczeń
wyniesionych z pracy dziennikarskiej - opisał Zakrzewski w książce
„Mercedesem na listę «Wprost»”. Ukazała się ona pod koniec 2005 r.
Książka jest dokumentem, swoistym „pomnikiem” postawionym Zasadzie,
który chciał scalić i zmodernizować polski przemysł samochodów
transportowych. Jest zapisem jego dokonań w latach 90., szczególnie w
ich pierwszej połowie.
Zasada, a miałem możliwość go poznać, jawi się w książce
Zakrzewskiego, jako wybitny fachowiec i pracodawca mający serce do
ludzi. Cechował go szeroki gest, aczkolwiek na co dzień był bardzo
skrupulatny i oszczędny. Jego hojność objawiała się we wspomaganiu
działań charytatywnych na rzecz domów dziecka, sierot...Wielu pomógł i
zatrudniał niezależnie od opcji politycznej i koniunktury. Pracowali u
niego m.in.: Stanisław Kłos - b.wiceminister przemysłu, Henryk Sołga –
b. prokurator z Krakowa, Jerzy Ambroziewicz - dziennikarz, Józef Klasa –
b. ambasador, Grzegorz Wójtowicz – b. prezes NBP, Edward Nowak -
działacz Solidarności z Nowej Huty, doktor ekonomii Franciszek Gaik,
redaktor Karol Szyndzielorz i inni.
Wspólnie z żoną przez kilka sezonów karnawałowych wydawał Zasada bale
w reprezentacyjnych salach hotelu Bristol, na których bawiła się
śmietanka towarzysko-polityczna Stolicy. Warto dodać, że ponad
podziałami. Miał też Zasada słabość do wszelkiej prowieniencji twórców,
a szczególnie do dziennikarzy, którą umacniali w nim jego zaufani ludzie
– Jerzy Ambroziewicz i Tadeusz Zakrzewski. Z tej miłości do
dziennikarstwa i motoryzacji zrodziła się idea utworzenia pisma
motoryzacyjnego, co zaowocowało powołaniem wspólnie z Polskim Związkiem
Motorowym oraz Sobiesław Zasada Ltd. – Agencji Wydawniczo-Reklamowej
„Moto-Press” i miesięcznika „Auto-Moto” w 1993 r.
Dziki kapitalizm
Miesięcznik „Auto-Moto” wyśmienicie prosperował przez 6 lat, do
momentu, kiedy PZM nie zadecydował o wprowadzeniu na rynek prywatnego
pisma „GT”, którego właścicielem był syn prezesa Związku. W wyniku
sporów pomiędzy PZM i Zasadą (tenże odmówił finansowania prywaty), AWR
„Moto-Press” została zlikwidowana, a miesięcznik „Auto-Moto” sprzedany
koncernowi Bauera. Perypetie z tym związane opisuje Zakrzewski w
rozdziałach „Bankruci cwaniacy” i „Zmarnowana dotacja”, dochodząc do
wniosku, że gdzie w grę wchodzą pieniądze, tam niekoniecznie udaje się
zachować przyzwoitość i przyjazne stosunki.
Zakrzewski daje wiele przykładów, świadczących o tym, że ludzie w
biznesie potrafią być dwulicowi, nie dotrzymują słowa i umów, nie oddają
pożyczonych pieniędzy. Z kapitalizmu, który przyszedł po 1989 r., wzięli
tylko to, co jest w nim najpodlejsze. Skłonni są popełniać czyny
niehonorowe i niegodne, aby tylko osiągnąć sukces finansowy.
Zakrzewski jest bezlitosny w mówieniu prawdy w oczy. Także wtedy, gdy
dotyczy to jego kolegów. Wymienię tylko dwa przykłady: Mariana
Zacharskiego – super szpiega, dyrektora Pewexu, i Krzysztofa
Komornickiego, rajdowca i biznesmena. Jawią się oni w książce jako
„czarne charaktery” polskiego kapitalizmu.
Te trzy książki obejmują nie tylko karierę dziennikarsko-biznesową
Zakrzewskiego. Jest to swoisty tryptyk reporterski, obrazujący drogi i
bezdroża tamtych lat.
(R.Ł)
Tadeusz Zakrzewski był przez 25 lat aktywnym reporterem telewizyjnym.
Znajdował się w centrum wydarzeń. Realizował filmy o Lechu Wałęsie,
Wojciechu Jaruzelskim i Janie Pawle II. Zdobył dwa Złote Ekrany, kilka
nagród prezesa Radiokomitetu i Nagrodę Miasta Stołecznego Warszawy.
Swoje dziennikarskie przygody opisał m.in. w sensacyjnych książkach
„Byłem reporterem Generała” oraz „Grzechy i grzeszki «Dziennika
Telewizyjnego»”.
--
Istnieją trzy etapy ujawniania prawdy :
najpierw jest ona wyszydzana,
potem spotyka się z gwałtownym oporem,
a na końcu jest traktowana jak oczywistość.
http://telewizjarepublika.pl/
http://www.tv-trwam.pl/index.php?section=live