sobota, 29 maja 2021 o 14:04:55 UTC-4
narc...@gmail.com napisał(a):
>
> Ps. Gułag stworzony przez katolickich księży pedofilów i skurwiałych angoli.
Fragment książki "27 śmierci Tobe'go Obeda"
Rozdział 3
"Dzieci Świętej Anny"
Życie w katolickiej szkole z internatem imienia Świętej
Anny (St. Anne’s Residential School) w Fort Albany,
na północy prowincji Ontario, było jak film.
A konkretnie jak Pasja Mela Gibsona. Tak przynajmniej
uważa Louis Knapaysweet.
Przecież to o mnie, pomyślał w pierwszej chwili
Louis, poprawiając się w fotelu przed telewizorem. Ale
zaraz doszedł do wniosku, że różnic jednak jest sporo.
Najważniejsza to ta, że kiedy skóra na plecach pękała
od uderzeń bicza i grzbiet zalewał się krwią, Jezus miał
trzydzieści trzy lata.
A Louis tylko dziesięć.
Spotykamy się w bibliotece Toronto Reference Library
na projekcji dokumentu In Jesus’ Name (W imię Jezusa).
Louis jest jednym z siedmiorga byłych wychowanków
szkoły Świętej Anny, którzy w filmie dzielą się
wspomnieniami z placówki. Kanadyjska reżyserka
o szwedzkim nazwisku, Susan Enberg, mówi
zgromadzonym w bibliotecznej auli:
– Mam do was jedną tylko prośbę. Po powrocie
do domu powiedzcie wszystkim, których spotkacie,
co działo się dzieciom w Świętej Annie.
Obok niej siedzi Louis. Jego włosy są siwe, długie
do krzyża, związane w kitkę.Na głowie – czapka z daszkiem, na czapce – orzeł
i napis „Native Pride”, rdzenna duma.
Po filmie kucam przy nim, żeby porozmawiać. Widzę
pasywną, mocno pomarszczoną twarz.
Oczy Louisa nie mają już rzęs. Są niewielkie,
przymglone. Załzawione, jak to u starych ludzi
przyjmujących regularnie krople. Mówić trzeba głośno,
bo Louis niedosłyszy. A słuchać go – uważnie,
bo Louisowi brakuje większości zębów. Ale nie pamięci.
Louis Knapaysweet to dziecko z Attawapiskat, osady
w rezerwacie w północnej części prowincji Ontario,
na brzegu Zatoki Jamesa, długiej na czterysta
kilometrów, szerokiej na dwieście. Prawo i zwyczaj
mówiły, że dzieci z tego regionu muszą realizować
obowiązek szkolny w Świętej Annie, szkole
z internatem położonej na obrzeżach miejscowości Fort
Albany.
Fort Albany to tak naprawdę trzy wyspy – Sinclair,
Main i Anderson Island – położone w delcie rzeki.
Okolica z lotu ptaka wygląda jak liść kapusty – grubsze
i cieńsze żyłki rzek i strumieni przecinają mokre ziemie
i wlewają się do Zatoki Jamesa jak naczynia do żyły
wrotnej. Miejscowość tę można nazwać miejscem
przylotów, jest to bowiem niedostępne drogą lądową
fly-in community. Latem można tam dotrzeć tylko
samolotem. Lot do Timmins, najbliższego dużego
miasta, kosztuje tysiąc dwieście dolarów. To dwa razy
więcej niż najtańszy bilet w klasie ekonomicznej
z nowoczesnego lotniska w Toronto na Okęcie. Tanich
linii nie ma.Zimą jest jeszcze highway, autostrada, podobna
do tej, którą Toby Obed może czasem wydostać się
ze swojej Wioski Nadziei. W sezonie zimowym
autostrada łączy rezerwat Attawapiskat ze światem,
a konkretnie z Moosonee, jednym z ostatnich
przystanków na północy, do których dociera kolej.
Pojawia się na przełomie grudnia i stycznia, kiedy rzeki
chwyci lód – w najszerszym miejscu ma nawet trzysta
metrów. Obsadza się ją choinkami, żeby kierowca nie
zboczył z trasy. Czasem pobocze ciągnie się
aż za horyzont, naokoło tylko biel. Autostradę
codziennie badają strażnicy w kaskach i butach
roboczych. Wiercą otwory, sprawdzając grubość lodu.
Zaciskają kciuki, by pokrywa była grubsza niż metr
i dziewięć centymetrów. Inaczej autostradę trzeba
będzie zatopić. To znaczy: dowiercić się do wody i zalać
nią przejazd jak lodowisko. Nowy lód zepnie jezdnię
i dołoży do niej kolejną warstwę. I już – highway zrobi
się sama, bo zimą temperatury w dzień spadają
do minus trzydziestu stopni.
Kiedy autostrada jest gotowa, mieszkańcy Fort
Albany albo Attawapiskat wiedzą, że wkrótce będą jeść.
Do sklepów spożywczych dotrą ciężarówki
z zaopatrzeniem, po lodzie będą mogli także ruszyć
w odwiedziny bliscy. Dlatego w miarę możliwości
śluby urządza się tu zimą – żeby mogli pojawić się jacyś
goście.
Autostrada daje jeszcze jedno – pracę. Przy jej
codziennym utrzymaniu zajęcie ma pięćdziesiąt osób.
Na północ docierają nią nie tylko żywność i papier
toaletowy, nie tylko karetki i policja, lecz także alkoholi narkotyki. Picie i bicie to tło prawie wszystkich
połączeń alarmowych wychodzących z tej okolicy.
Ale trochę się to zmienia. Wcześniej na świat
przychodziło tu sporo dzieci z płodowym zespołem
alkoholowym, więc mieszkańcy powołali straż
obywatelską i zaczęli przeszukiwać auta wjeżdżające
do rezerwatu. Nie zawsze dają radę. Skrzynkę wódki
łatwo znaleźć – paczkę tabletek już nie.
Lodowa autostrada to stosunkowo nowa trasa,
zaczęto ją zatapiać i mrozić dopiero w 1976 roku.
Wcześniej misjonarze ze Świętej Anny ciągnęli ładunki
saniami po ścieżce wykarczowanej w leśnej gęstwinie.
Dlatego odcięta od świata Święta Anna musiała być
samowystarczalna.
Szkołę założono w 1903 roku. Po trzech latach zaczęła
formalnie podlegać państwu. Ale na co dzień wszystkim
w Świętej Annie zajmowali się francuskojęzyczni oblaci,
Oblati Mariae Immaculatae, misjonarze Maryi
Niepokalanej. Pomagały im szarytki, siostry
miłosierdzia (Grey Nuns, Sisters of Charity) z Ottawy.
Drzwi Świętej Anny ostatni raz zatrzasnęły się w 1976
roku i od tej pory budynek niszczał. Aż do 2002 roku,
kiedy w opustoszałych ruinach wybuchł pożar. Skąd
wziął się ogień, nie ustalono. Szkoły postanowiono nie
odbudowywać.
Zostały plany misji, którą wielokrotnie
rozbudowywano i modernizowano. Na jednym
z projektów z 1939 roku widać, że dwie łazienki dla
setek dzieci umieszczono w przestrzeni węższej niż
schody między piętrami. W jednej dla chłopcówi drugiej dla dziewczynek było miejsce tylko na dwa
sedesy i cztery umywalki.
W dokumentach dla towarzystwa ubezpieczeniowego
zaznaczono, że obok szkoły znajdowały się też budynki
gospodarcze i mieszkalne. Pomieszczenia dla
pielęgniarek, dla sióstr, a także rezydencja księży
z prywatną kaplicą. Nieopodal – mała elektrownia,
garaż, warsztat, piekarnia i obory. Zakonnice pracujące
w szkole mieszkały w najdalej położonym budynku,
jeszcze dalej niż bydło.
* * *
Dla uczniów ze Świętej Anny najbardziej upragnionym
miejscem był szpital, niewielki ceglany budynek.
Karmiono je tam mięsem i rosołem, dawano też
zabawki, które – co prawda – należało oddać
po zakończeniu leczenia, ale to nic nie szkodziło. Nie
było tam bicia, tylko spokój i jedzenie.
Nic dziwnego, że niektóre dzieci próbowały się tam
dostać, a to podduszając się, a to wieszając. Inne celowo
narażały się na urazy, odmrożenia, oparzenia i złamania.
Ale złamana noga to był żaden paszport – do szpitala
trafiały tylko dzieci w naprawdę ciężkim stanie.
Po niektórych z nich zachowały się dokumenty.
Dzięki nim wiadomo, że na potrzeby szkół z internatem
przygotowano specjalne formularze na okoliczność
dziecięcych śmierci. Archiwa dotyczące zgonów
w Świętej Annie pokazują, że wypełniając je, używano
tylko tyle atramentu, tylko tyle sylab, ile było
konieczne. Dokumentacja jest lakoniczna i dziurawa –
a kiedy nie ma danych, nie ma też zbyt wielu pytań.* * *
Formalnie do szkoły trafiały pięciolatki, ale
przyjmowano także dzieci dwuletnie. Koniec szkoły
i cierpienia nadchodził dopiero po piętnastych
urodzinach.
Stających na progu szkoły uderzała sterylność
i pedantyczność tego miejsca. Placówka – poza
schodami z szarego kamienia – była bielusieńka. Białe
ściany i podłogi, obrusy i zegary.
Ocaleńcy zgodnie wspominają też silny zapach
wybielacza, jaki na co dzień wypełniał gmach szkoły.
Niektórzy pamiętają, że pachniało też pieczenią (dla
kleru) i gotowaną fasolą (dla dzieci).
* * *
Budynki składające się na misję księży oblatów leżały
na obrzeżach miejscowości ukrytej przed ludzkim
wzrokiem. Naokoło tylko las i las. I jeszcze rzeka,
Albany, która była jednocześnie łowiskiem i granicą
oddzielającą szkołę od reszty świata.
Kontakt z placówką był bardzo trudny. Nie było
telefonu, tylko radio w kancelarii jednego z księży. Nic
dziwnego, że goście – tacy jak kontrolerzy
z ministerstwa, Królewska Kanadyjska Policja Konna
albo przełożeni księży – z rzadka tam zaglądali.
Choć czasem zdarzała się formalna wizytacja. To były
dobre dni. Po pierwsze, dzieciom dawano lepsze
jedzenie, na przykład jajka. A po drugie, na czas
wizytacji oszczędzano bicia. Choć oszczędzanie toniedobre słowo – kara była tylko odraczana do chwili,
kiedy gość opuści szkołę na dobre. Zdarzało się,
że z powodu załamania pogody delegacja zawracała,
więc z biciem czekano do momentu, kiedy było pewne,
że żadni świadkowie już się nie zjawią.
Louis Knapaysweet pamięta, że w szkole mieli
do dyspozycji jedną tablicę, z której uczyli się czytać
i pisać. Nie dostawali zeszytów – chyba że mieli się
zjawić goście. Dzieciom kazano wtedy kopiować
na kartkach fragment Biblii. Odwzorowywały kształt
liter, przerysowując zawijasy z tablicy. Co tak sumiennie
kaligrafują – nie rozumiały.
Wizytacje wypadały dobrze. Że uczniowie nie
potrafią czytać i pisać, nie wyłapano.
Ale to była rzadka odmiana, bo najczęściej nikt
z zewnątrz tam nie docierał. Szkoła nie była ogrodzona,
bo dzieci i tak nie miały dokąd uciekać.
Niektóre jednak próbowały. Jak John i dwóch
małych Michelów.
Podobno uciekali nocą. Podobno dotarli aż do rzeki.
Podobno ich szukano.
* * *
W 1941 i 1942 roku dostojnicy Kościoła katolickiego
i świeccy urzędnicy z Ottawy wymieniali się
korespondencją w sprawie zaginięcia i śmierci numeru
97, numeru 119 i numeru 125.
To John Kioki z Attawapiskat (lat czternaście), Michel
Sutherland ze wsi Weenisk (o rok młodszy) i Michel
Matinas też z Attawapiskat (jedenastolatek).Ich ciał nigdy nie odnaleziono, choć podobno
szukano. Tak zarzekali się księża ze Świętej Anny, ale
policja i urzędnicy nie byli o tym przekonani.
Zaczęło się od wizytacji. Raz do roku do szkoły
przyjeżdżał urzędnik, agent do spraw Indian (Indian
Agent), doktor T.J. Orford. Tym razem towarzyszył mu
policjant, George Dexter. Agent rutynowo przeglądał
listę zgonów, do których doszło w szkole. Gruźlica, ospa,
grypa, a także nieszczęśliwe wypadki nie budziły
większych podejrzeń. Ale w tej sprawie coś się nie
zgadzało.
O wyjaśnienia poproszono dyrektora szkoły, ojca
Paula Langloisa. Jeśliby odtworzyć rozmowę
na podstawie zachowanych dokumentów, wyglądała
ona tak:
– Dlaczego dzieci uciekły? Czy coś tu się stało?
– Nie. Wszystko w jak najlepszym porządku.
– Czy wobec uczniów stosowano dyscyplinę?
– Nie, bynajmniej.
– A szukaliście w ogóle tych dzieci?
– Byliśmy przeświadczeni, że to tylko wagary
i chłopcy wrócą najpóźniej na kolację. Niestety, nie
sprzyjała nam pogoda. Przeprawa przez rzekę była
niemożliwa, bo lód był za cienki.
– Nieprawda. Wiemy, że jeszcze tydzień później
można było przekroczyć rzekę.
– Nie chcieliśmy ryzykować.
– Dlaczego nikogo nie powiadomiliście?– Nie widzieliśmy takiej potrzeby.
Kilka dni później Orford i Dexter ruszyli na północ,
do Attawapiskat. Bo trzeba było jeszcze powiedzieć
rodzicom.
– Jak to dzieci zaginęły dwa miesiące temu? – Ojciec
Johna Kiokiego rozłożył ręce. – Dlaczego nikt nas nie
zawiadomił? Mogliśmy wyjść im naprzeciw, mogliśmy
ich szukać. A teraz co?
Mężczyźni byli pewni, że dzieci uciekały, żeby się
ratować. Nie chcieli siedzieć bezczynnie, byli traperami,
umieli czytać ślady. Zdecydowali się iść po dzieci,
choćby martwe.
Już pierwszej nocy rodzicielskiej akcji poszukiwawczej
jeden z ojców, doświadczony myśliwy, przypadkowo
strzelił sam do siebie – tak przynajmniej uznała potem
policja.
* * *
Sprawa zaginionych chłopców nie dawała spokoju
policjantowi Dexterowi. Gdyby nie on, o chłopcach
prawdopodobnie do dziś nikt by się nie dowiedział. To
Dexter sporządził notatkę o zaginięciu dzieci,
o tłumaczeniach księdza i reakcji rodzin. Od siebie
dodał: „Nie ma wątpliwości, że dzieci zmarły z głodu
lub utonęły. Wodzowie plemion z Albany, Attawapiskat
i Moose Factory proszą wszystkich swoich ludzi
o poszukiwanie zwłok. Sprawa jest niezmiernie przykra,
a ból rodziców po stracie dzieci zrozumiały. Jednak
na tym etapie nie można już nic zrobić. Sprawę należy
uznać za zamkniętą”.Notatka trafiła na biurko Philipa Phelana, szefa Działu
Nauczania z Oddziału do spraw Indian w Ministerstwie
Kopalń i Surowców Naturalnych, któremu formalnie
podlegały szkoły z internatem.
„Drogi ojcze Bellau, jestem bardzo zaniepokojony
raportem, który dostarczyła mi właśnie Królewska
Kanadyjska Policja Konna. Wynika z niego, że trzech
uczniów uciekło ze szkoły w Fort Albany minionego
kwietnia; prawdopodobnie utonęli” – stuka na maszynie
w swojej kancelarii w stołecznej Ottawie Phelan, pisząc
do biskupa. Doskonale wie, że warunki – tak jak dzieci –
są trudne i niewdzięczne.
Nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że tym razem
księża posunęli się za daleko. Kry dawno już puściły, ale
chłopców nadal nie odnaleziono. Nie ma ciał, nie ma też
oficjalnego zgłoszenia ze strony księży, którzy pod
nadzorem kanadyjskich władz prowadzili szkołę Świętej
Anny.
Mówi się, że kościelne młyny mielą powoli. Nie
inaczej krążą kościelne dokumenty.
Dopiero kiedy z inicjatywy Dextera szkołą zaczyna
interesować się urząd, głos w sprawie zaginięcia dzieci
zabiera dyrektor Świętej Anny, ksiądz Paul Langlois.
„Raport na temat śmierci trzech chłopców z naszej
Szkoły Jeziora Świętej Anny w Albany, Zatoka Jamesa”
z 14 czerwca 1941 roku napisano na maszynie; drobne
zmiany, jak niektóre literówki, poprawiono ręcznie – ale
korekta nie była dokładna, jakby ktoś spieszył się
z wyprodukowaniem dokumentu.
Zanim ksiądz Langlois złożył pod raportem długi,
ozdobny podpis, wypowiedział się na temat każdegoz chłopców.
„John Kioki: Został przyjęty, gdy obiecał być cichy,
posłuszny i okazywać szacunek. Przebywał w szkole
od trzech lat i nie dawał wiele satysfakcji członkom
personelu. Ciężko było sprawować nad nim kontrolę.
Michel Sutherland: Był to jego drugi rok w szkole.
Mamy wiele uwag pod jego adresem.
Michel Matinas: Był to jego pierwszy rok w szkole,
nie mamy powodów, by na niego narzekać”.
Fakty zdaniem księdza przedstawiały się następująco:
W nocy z 18 na 19 kwietnia 1941 roku chłopcy uciekli
z dormitorium.
Personel zorientował się dopiero rano, ale wtedy
jeszcze dorośli myśleli, że dzieci bawią się gdzieś
w zaroślach otaczających szkołę. Księża i zakonnice
czekali więc w nadziei, że chłopcy wrócą wieczorem. Tak
się już przecież zdarzało: uczniowie próbowali wydostać
się ze szkoły i biegli do lasu, ale po drodze dopadały ich
głód, zimno i wątpliwości.
W tym czasie w pobliżu trwało polowanie.
W niedzielę, prawie dwie doby po zaginięciu dzieci,
myśliwi zgłosili, że widzieli chłopców w lesie
otaczającym szkołę. Księża wysłali w ślad za nimi
pracującego w misji mężczyznę rdzennego pochodzenia.
Długo tropił ślady chłopców, ale zawrócił.
Dokumenty są niespójne – raz mowa o tym,
że zapadała ciemność i wysiłki były daremne. Raz,
że mężczyzna miał wypadek i musiał odstąpić
od poszukiwań. Udało się ustalić tyle, że ślady
chłopców wiodły w kierunku rzeki i bazy handlarzyfutrami z Kompanii Zatoki Hudsona. Ale wiemy to
z mowy zależnej, bo zeznań człowieka, którego wysłano
na poszukiwania i który jako ostatni widział ślady
dzieci, do dokumentacji nie włączono.
Z tonu raportu można się domyślać, że zapał księży
prędko osłabł: skoro tropy prowadziły w stronę obozu
handlarzy, to należało się spodziewać, że wszystko
będzie w porządku. Gdyby dzieci tam dotarły, zostałyby
ogrzane, nakarmione i odesłane z powrotem do szkoły.
Poza tym księża dopiero co wrócili psim zaprzęgiem
z wyprawy. Zwierzęta były zmęczone, a oni nie chcieli
iść po dzieci na piechotę. Akcję poszukiwawczą
zawieszono.
Można było za to jakoś pomagać na miejscu.
Na przykład rozpytać innych uczniów.
Przeglądając archiwa, odnoszę wrażenie, że ważny jest
tu kalendarz liturgiczny. Ucieczka miała miejsce parę
dni po Wielkiej Nocy, najważniejszym
i najradośniejszym święcie, jakie obchodziło się
w Świętej Annie (i w całym Kościele katolickim).
Jakie uroczystości, jaką celebrę przygotowano wtedy
dzieciom? Co takiego się wydarzyło, że postanowiły
uciekać w nocy w las? Co było czynnikiem
wyzwalającym?
Tego wszystkiego w księżowskim raporcie nie ma.
Ksiądz Langlois stwierdził tylko, że na podstawie
zeznań uczniów ustalono, że to najstarszy,
czternastoletni John Kioki był przywódcą grupy i to on
poprowadził młodszych chłopców na śmierć. Podobno
mówił kolegom, że chce uciec do domu. Podobnonamawiał swojego młodszego brata i wielu innych
chłopców, by poszli za nim, ale odmówili.
Ksiądz własnoręcznie wpisał do raportu słowa
młodszego brata Johna: „Nigdzie nie pójdę. Jesteśmy tu
dobrze traktowani. W szkole mi się podoba”.
A jednak dwóch innych chłopców poszło za Johnem
nocą w śnieg. Jak się wydostali – nie wiadomo.
W co byli ubrani – też nie. Wiadomo za to, że mieli
ze sobą mało jedzenia.
W szkole żywność była reglamentowana. Zazwyczaj
dzieci kupowały dodatkowe porcje drobnymi
przysługami, takimi jak seks. W miarę możliwości –
kradły.
Ksiądz Langlois przekonywał, że chłopcy nie brali
zapasów, bo chcieli sami wyżywić się w pokrytym
śniegiem lesie. Wedle słów młodszego brata, który
odmówił ucieczki i chwalił pobyt w szkole, John Kioki
przygotował sobie mały łuk i kilka strzał, by po drodze
polować na ptaki.
„Nie zauważyliśmy, by chłopcy przed opuszczeniem
szkoły cokolwiek ukradli – nie wzięli ze sobą ani
siekiery, ani zapasów jedzenia”, odnotował w raporcie
ksiądz Langlois.
To dobry znak, pięknie świadczący o ich moralności.
To bardzo zły znak, świadczący o tym, że dzieci
wkrótce zginą.
Minęła piąta doba od zaginięcia, gdy księża uznali,
że psy już wystarczająco odpoczęły, i dopiero wtedy
wznowiono poszukiwania.Patrol składający się z „księdza, Indianina i psów”
ruszył w stronę ujścia rzeki, ale nic nie wskórał.
Mężczyźni szybko wrócili pod dach Świętej Anny,
bo dość gwałtownie się ociepliło i zamarznięta dotąd
rzeka zaczęła pękać. „Po tym wiadomo było, że nie
możemy zrobić już nic więcej, by odnaleźć dzieci”,
wyjaśnił dyrektor szkoły.
Po jakimś czasie do kancelarii księdza Langloisa
zapukali myśliwi: na południowym brzegu rzeki, jakieś
trzydzieści kilometrów od szkoły, znaleziono maleńki
wigwam i kilka strzał.
Ale namiot był pusty, dookoła żadnych śladów.
„Dzieci wpadły do rzeki, a nurt zniósł je do zatoki.
Rodzice zostali powiadomieni”, podsumował krótko
ksiądz Paul Langlois i na tym jego rola w dochodzeniu
się skończyła.
Wkrótce ktoś mu podpowiedział, że trzeba jeszcze
formalnie powiadomić władze.
Tylko że w Świętej Annie nie spodziewano się
odwiedzin, kontroli czy wizytacji. Księża naradzili się
i ustalili, że być może upływ czasu przyniesie więcej
odpowiedzi w sprawie dzieci. Najlepiej będzie zaczekać.
Ale wbrew zamiarom księży dzięki notatce policjanta
Dextera o sytuacji dowiedziała się w końcu Królewska
Kanadyjska Policja Konna, która niezwłocznie
poinformowała o wszystkim Ministerstwo do spraw
Kopalń i Zasobów Naturalnych, czyli Philipa Phelana.
Historia zapamięta go przede wszystkim za finansową
dyscyplinę i za nakłanianie szkół do stawiania
drewnianych pali obok okien dormitoriów. W szkołachwyjścia ewakuacyjne z reguły blokowano, a schody
przeciwpożarowe demontowano, żeby utrudnić
uczniom ucieczkę. Ale w czasie pożaru dzieci nie miały
jak się wydostać i ginęły w ogniu. Phelan uważał,
że w pobliżu okien należy umieścić drewniane pale.
W razie zagrożenia maluchy mogły wskoczyć na nie
prosto z parapetu, a następnie zsunąć się parę pięter
w dół, na ziemię, jak strażacy.
Phelan był jednocześnie orędownikiem daleko
posuniętych oszczędności – nie podobało mu się,
że ministerstwo musi płacić rachunki, które wystawia
policja za poszukiwania zbiegłych z internatów dzieci.
Nakazał, by najpierw do działania brał się personel
kościelny, który mógł działać najszybciej
i najefektywniej, znał bowiem dzieci i okoliczny teren.
Dopiero w dalszej kolejności należało angażować
funkcjonariuszy. Pomoc dla zbiegłych rdzennych dzieci
była nie tylko zbyt kosztowna dla władz, ale, jak
zauważał Phelan, najczęściej po prostu spóźniona.
„Chociaż zdaję sobie sprawę, że nastręczałoby to
trudności, to jednocześnie uważa się, że zarówno
dyrektor szkoły, jak i personel powinni byli dołożyć
większych starań, by odnaleźć chłopców”, podkreślił
Philip Phelan w liście do biskupa Henriego Belleau,
który sprawował bezpośrednią kontrolę nad szkołą
Świętej Anny.
Odpowiedź z kurii przyszła prędko. Biskup Belleau
wystosował długi i uprzejmy list, w którym wyjaśnił,
że dzieci same sprowadziły na siebie śmierć. Naszej
winy w tym nie ma, zaznaczył duchowny. Na adwokata
wziął matkę jednego z zaginionych chłopców.Obiecał pokazać wkrótce list od Agnes Kioki, matki
chłopca, który zabrał ze sobą za mało chleba i chciał
zabijać ptaki z dziecięcego łuku. Rzeczywiście
po pewnym czasie taki list dosłał. Dokument miał być
angielskim tłumaczeniem jej słów. Nie wiadomo, czy
jest autentyczny. Nie opatrzono go ani datą, ani
miejscem sporządzenia.
W liście, który kobieta miała wysłać do ojca innego
zaginionego chłopca, czytam:
„Starajmy się podobać Bogu w cierpieniu, które
na nas zsyła, choć jest ono najcięższe ze wszystkich. On
je dla nas wybrał, podziękujmy Mu za nie
z wdzięczności za miłość, którą nas otacza.
Nasze dzieci spotkało to, co zaplanował dla nich
Bóg. Niech nie będzie to podstawą do pochopnych
sądów. (…) Nie ma we mnie gniewu. Jednej rzeczy
tylko znieść nie mogę, że protestancki szef [dopisek:
ministerstwa] chciał oskarżyć ojca [Langloisa]
zarządzającego szkołą”.
Na koniec Agnes Kioki zapewniła, że nie zamierza
obwiniać księży: „Nie włączę się do rebelii przeciwko
Bogu, który mnie miłuje”.
O tym, że ojcowie chłopców od początku oskarżali
opiekunów o niedbalstwo, biskup nie wspomniał.
Ale Philip Phelan nie dał się przekonać. Żądał
wyjaśnień, bo do Świętej Anny miał coraz więcej
zastrzeżeń.
Po pierwsze, obowiązkowy raport kwartalny szkoła
wysłała z wielomiesięcznym opóźnieniem.Po drugie, na liście uczniów brakowało wielu nazwisk
i jednocześnie dokumentów potwierdzających
zwolnienie dzieci ze szkoły. Urzędnicy pytali, co się
stało od czerwca do września z numerami: 103, 111, 113,
114, 115, 116, 120, 121, 126, 127, 128, 132, 133, 134, 078, 0106,
0130, 0139, 0152, 0122, 0149, 0157, 0160, 0161, 0165,
0166, 0167, 0168, 0170, 0176, 0180.
Szkoła miała bałagan w papierach – nie można było
doliczyć się ponad trzydzieściorga dzieci.
Oczywiście pozostawały jeszcze numery 97 (John
Kioki), 119 (Michel Sutherland) i 125 (Michel Matinas).
Urzędnicy dopytywali także o nie, bo formalnie szkoła
nigdy nie poinformowała ministerstwa o zaginięciu.
Urzędnicy pytali też o dzieci, które w szkole pojawiły
się we wrześniu, ale nie było ich w czerwcu,
a konkretnie o numery 066, 070, 074, 0127, 0129, 0136,
0138. W aktach brakowało podstawy, by przyjąć je
do szkoły (nie było pozwolenia na odebranie ich
rodzicom).
Jakim cudem te dzieci w ogóle przebywały u księży?
Brakowało też dokumentacji potwierdzającej warunki
przyjęcia oraz stan zdrowia numerów 137, 138, 139, 140,
141, 142, 0181, 0182, 0183, 0184, 0185, 0186, 0187, 0188,
0189, 0190, 0191 oraz 0192. Urzędnicy próbowali się
dowiedzieć, jak te dzieci trafiły do księży oblatów
i w jakim były stanie.
Ale korespondencja z kancelarii księdza
zarządzającego szkołą szła bardzo długo, a czasem
na biurko Phelana nie docierała wcale.W końcu wszczęto śledztwo w sprawie zaginięcia
i śmierci chłopców. Raport rządowy sporządzony
w Ministerstwie Kopalń i Zasobów Naturalnych,
w Oddziale do spraw Indian, podsumował je tak:
„Z satysfakcją przyjmujemy informację, że władze
szkoły nie mogły przewidzieć tego nieszczęsnego
wydarzenia oraz zrobiły wszystko, co możliwe
w danych okolicznościach, by odnaleźć wagarowiczów.
Ojcowie dwóch chłopców obecni na posiedzeniu
komisji opuścili je przekonani, że nikomu nie można
przypisać winy za śmierć ich dzieci”.
Kilka lat później przed śnieżnobiałym budynkiem
Świętej Anny staje Louis Knapaysweet. Ma pięć lat
i nigdy w życiu nie dostał klapsa.
* * *
Louis spędził w szkole dziewięć lat, od 1951 do 1960
roku. To było tak dawno, wiele szczegółów już uleciało
z pamięci. Ale niektóre wryły się w głowę tak mocno,
że Louis do dzisiaj widzi się w dormitorium,
w chłopięcej sypialni na piętrze drewnianego budynku
w głuchych lasach północnego Ontario.
Zbliża się pora kolacji. Potem modlitwa i spanie. Ale
dzieci nadal nie mogą się wyciszyć. Czekają na jedzenie,
rozrabiają. Niektóre szaleją, inne po prostu się bawią.
Jak można mówić o skupieniu się w ciszy przed
wieczerzą, kiedy w jednym pokoju zgromadzonych jest
kilkudziesięciu chłopców?
Dlatego co wieczór do sypialni przychodzi ksiądz
z ozdobnym krucyfiksem na piersiach albo siostraw szarym habicie, by zaprowadzić porządek.
Są skuteczni. Dzięki ich sprawdzonym metodom
kolacja przebiega potem w bezwzględnej ciszy.
Kto posłuży dziś za przykład? Tego dzieci nigdy
do końca nie wiedzą.
Louis wspomina, że któregoś wieczoru jedna z sióstr
wybrała sobie chłopaczka, który miał sześć, może
siedem lat. Zachowywał się za głośno, więc zakonnica
zdjęła mu ubranie – koszulę, portki i majtki – i kazała
mu się położyć na metalowym łóżku brzuchem do dołu.
Pozostałym dzieciom poleciła, by ustawiły się
dookoła i wyciągały dla siebie wnioski.
– Oto nauka dla nas wszystkich – powiedziała.
Dzieciom kazała podejść jeszcze bliżej i zacieśnić krąg.
– Będziecie stać. Będziecie patrzeć.
Chłopiec nie próbował uciekać, położył się buzią
do materaca.
Zakonnica wyciągnęła pas z czarnej skóry i wzięła
zamach. Raz, drugi, trzeci.
Uderzała gorliwie, z wielką cierpliwością. Chłopiec
na łóżku płakał, ale ona nie przestawała.
Inne dzieci stały, niektóre próbowały opuszczać
brody, żeby dłużej tego nie oglądać. Wtedy podchodziła
cicho inna szarytka i ciągnęła czarnowłosą główkę
w górę i do tyłu:
– Patrz i ucz się, szczeniaku.
Z tego wieczoru Louis pamięta, że strasznie mu
burczało w brzuchu. Chłopcy byli już głodni i chcieli,żeby bicie jak najszybciej się skończyło.
Dlaczego stali w milczeniu?
– Nie było sensu przeszkadzać siostrze. I mnie
kazałaby się wtedy położyć do bicia. A to by oznaczało,
że cała grupa będzie tylko dłużej głodna.
Dzieci stały cierpliwie i czekały zmiłowania nie tylko
nad plecami chłopca, ale i nad własnymi żołądkami.
Ale zakonnica biła nadal.
Chłopiec na łóżku posikał się.
Szarytki to nie opamiętało, nie ustawała w biciu
i wkrótce dormitorium wypełnił inny zapach.
Pod wpływem ciosów chłopiec na łóżku załatwił się.
– Widzicie, do czego mnie doprowadziliście? –
Dopiero wtedy zakonnica się uspokoiła. Dzieci
poproszono, by wyciągnęły z tej lekcji odpowiednią
naukę i w skupieniu przystąpiły do wieczerzy.
Siostry na posiłek wyszły jako pierwsze. Ktoś
delikatnie zamknął za nimi drzwi.
Dopiero wtedy chłopcy mogli zacząć działać. Kilku
powlokło pobitego do mycia, ale byli za mali. Nie
dawali sobie rady. Myć i tamponować trzeba go było
na leżąco. Spieszyli się, bo w każdej chwili na progu
mógł znów pojawić się szary habit.
Pracowali prędko, mieli to już przećwiczone.
Louis był jeszcze za mały, żeby pomagać
w dźwiganiu, więc przydzielono mu wartę. Dzieci
kazały mu zostać, a same zeszły do kantyny
na wieczorny posiłek. Tego wieczoru Louis siedział przyłóżku chłopca, który raz odzyskiwał przytomność, a raz
ją tracił. Żadnemu z nich koledzy nie przynieśli wtedy
kolacji.
Louis dzisiaj nie wie, czy bardziej bali się wynosić
jedzenie, czy raczej nie mieli już takich odruchów.
Potem, w nocy, nie myślał już o tym, że jest głodny –
tylko o tym, że musi się jakoś ratować.
Mówi mi, że po tym biciu uciekł do domu.
Ze Świętej Anny do jego miejscowości jest ponad
osiemdziesiąt kilometrów w linii prostej. A po drodze są
jeszcze przecież rzeki. Louis nie mówi, jak je pokonał.
Może więc to była inna okazja, inna ucieczka?
Może na którejś przepustce do domu postanowił
po prostu nie wracać? O ocalenie przed powrotem
do szkoły, o nieosiągalną łaskę bycia w rodzinnym
domu błagało przecież wiele dzieci.
To się z czasem zatarło. Louis pamięta tyle, że był
znów z mamą i czuł się bezpiecznie.
Ale trwało to krótko.
Po kilku dniach na progu domu pojawili się dwaj
księża ze Świętej Anny:
– Szukamy waszego dziecka, jego miejsce jest
w szkole.
Rodzice Louisa skłamali:
– Nasz syn jest gdzieś w lesie, na polowaniu
z dorosłymi. Jak za kilka dni wróci, to go odeślemy.
Przekonywali księży, że to załatwią, że wszystko
będzie w porządku.– Przecież wiemy, że kłamiecie – odparli tamci. – Tym
fałszywym świadectwem obrażacie Pana Boga.
Zaprawdę jako grzesznicy nie wejdziecie do Królestwa
Niebieskiego. Oddajcie nam dziecko.
– Moi rodzice rozumieli, że za odmowę spotka ich
kara. Nie chodziło tylko o grzech nie do zmazania
i ryzyko, że nie spotkamy się po śmierci. W życiu
doczesnym sprzeciw oznaczał, że zostanie zabrany
zasiłek, z którego żyło wtedy wiele rdzennych rodzin.
Rodzice byli dobrymi chrześcijanami, bardzo bali się
piekła. Kazali mi wyjść spod łóżka i przekazali księżom.
Louis ruszył z powrotem do Świętej Anny. Księża
rozmawiali po francusku, nie rozumiał o czym. Kiedy
dotarli na miejsce, zapadł już wieczór. Chłopiec był
przekonany, że pozwolą mu się położyć i pokutę
dostanie dopiero nazajutrz.
Nie miał racji.
– Obudzili inne dzieci i jak zwykle kazali im patrzeć.
Tej nocy była kolej na mnie. Księża rozebrali mnie
do naga. Przez nasze dormitorium biegła w pionie rura
od ogrzewania. Przywiązali mi ręce nad głową do tej
rury jak do pręgierza.
Pamiętam jednego z nich, nazywał się Jules
Leguerrier.
* * *
Leguerrier był wtedy młodym księdzem i miał w sobie
ewangelizacyjny ogień. Tłumaczył Biblię na język kri
i z zapałem zakładał coraz to nowsze misje wśród
rdzennej ludności. Szybko awansował. W 1967 rokuHenri Belleau (ten, który nie chciał nadaremno wzywać
pomocy do trzech zaginionych chłopców) nałożył mu
na palec pierścień biskupi. Był to znak zaślubin
z Dioecesis Musonitana, diecezją Moosonee. Leguerrier
zmarł w 1995 roku. Potem okazało się, że policyjne
notatki na temat czynów biskupa wobec dzieci zajmują
ponad trzy tysiące stron.
Biskup nie żyje, ale wciąż patrzy na wiernych
z witraża w katedrze pod wezwaniem Chrystusa Króla
w Moosonee, dawnej diecezji, a dziś półtoratysięcznym
miasteczku nazywanym kanadyjską bramą do Arktyki.
Ozdobny witraż przedstawia Leguerriera i papieża Jana
Pawła II na tle wiernych z Pierwszych Narodów.
Louis Knapaysweet zdejmuje czapkę z daszkiem
i gładzi dłonią związane w kitkę siwe włosy:
– Tej nocy Leguerrier udzielił mi lekcji, którą
zapamiętałem na całe życie. Przyniósł do dziecięcej
sypialni kota o dziewięciu ogonach. Był to pejcz
upleciony z dziewięciu osobnych rzemieni, więc przy
jednym uderzeniu na ciało spadało dziewięć ciosów
równocześnie.
Narzędzie księży miało wiele funkcji. Każdy
z ogonów był dodatkowo zakończony kulką, ciasnym
skórzanym węzełkiem. Dzięki temu rozpędzone
rzemienie cięły skórę, a jednocześnie spadające na plecy
kulki dodatkowo miażdżyły tkanki. To nie był nowy
wynalazek, korzystano z niego już na statkach
napędzanych siłą niewolniczą.
Ale księża i zakonnice wychowujący dzieci w Świętej
Annie udoskonalili narzędzie. Wszystkie rzemienie
najeżono gwoździkami. Dzięki temu każdy ze świstówoznaczał dla dziecka nie tylko cięcie skóry i uraz tkanek,
ale też grad dziurawiących plecy ukłuć.
Louis Knapaysweet wstaje z krzesła i dopiero teraz
widać, jak wielki i potężny jest to mężczyzna. Stoi
na szeroko rozstawionych nogach, skręca tułów w lewo
i bierze zamach zza łopatki, jakby grał w golfa.
– O tak mnie bił, o tak! Przez grzbiet, na wskroś,
na wskroś!
Patrzę w milczeniu, jak Louisowi wydaje się, że znów
ma dziesięć lat i stoi przypięty do żeliwnej rury.
Potem zaczyna tłuc powietrze niewidzialnym kotem
o dziewięciu ogonach. A później jego głos zaczyna się
trząść, tak samo jak i plecy.
– Bił mnie i mówił, że wymierza mi karę za grzechy
w imię Jezusa Chrystusa, Pana naszego, amen! – płacze
blisko dwumetrowy, bezzębny chłopiec z siwą kitką.
Kiedy dziesięcioletni Louis nie miał już siły stać,
zawisł na nadgarstkach. Dopiero wtedy kot zamilkł,
a chłopca odcięto. Nauka, jakiej udzielił dzieciom
przyszły biskup, była jasna: sprzeciw wobec Kościoła
zawsze będzie oznaczać nieuchronną karę.
Ale poza biciem Louis ma też inne wspomnienia
ze szkoły.
Katolickie wychowanie to dla niego nie tylko kot
o dziewięciu ogonach, ale też oklaski, owacje i śmiech.
* * *
To był koncert z okazji zakończenia roku szkolnego.
Szczęśliwe dni, bo wkrótce rozpoczynały się wakacje.Kto tylko mógł, starał się o powrót do domu, choćby
na tych kilka tygodni w roku.
Louis przebierał nogami z radości. Skończy się bicie,
zacznie się mama!
Na uroczystość podsumowującą rok szkolny w szkole
Świętej Anny zapraszano także gości z zewnątrz (choć
akurat rodzice nie byli mile widziani). Louis nie pamięta
dokładnie, ale zazwyczaj przyjeżdżali wyżsi rangą
duchowni, przedstawiciele policji konnej, czasem piloci
i zaprzyjaźnieni wojskowi. Większość dzieci ustawiono
w rzędach, jak to na apelu. Niektóre miały wyznaczone
miejsca.
Louis pamięta, że jeden z księży kazał mu usiąść
na sporym krześle, które stało osobno, dalej od innych
mebli.
Jedni uczniowie wspominali potem, że mebel był
zielony. Inni – że podobny do wózka inwalidzkiego, ale
nie miał kół. Zdaniem niektórych był drewniany, ale
większość twierdziła, że metalowy, giętki, jak zwykłe
krzesło ogrodowe, które dostawia się do kawiarnianych
stolików.
Jak dokładnie krzesło wyglądało, do końca nie
wiadomo, bo nie zachowało się żadne zdjęcie.
Zachowały się natomiast zbieżne wspomnienia dzieci,
które potwierdzają, że istniało. Niektóre były na nim
sadzane, a inne pod koniec lat sześćdziesiątych pod
okiem księży pomagały je rozmontowywać. Elementy
drewniane spalono, a metalowe okucia przetopiono.
Dziś żadnych śladów poza pamięcią dzieci nie ma.Ale wtedy Louis nie mógł tego wiedzieć. Ksiądz
wskazał mu miejsce i kazał usiąść.
– Mam dla ciebie niespodziankę.
* * *
Ludzi naokoło jest dużo, gromadzą się w kręgu,
otaczając go. Louis siada. Jest zadowolony, bo nie
będzie musiał stać przez cały apel, tak jak inni.
Ale czy na pewno wszystko jest tak, jak trzeba? Naraz
wydaje mu się, że niektóre dzieci zamykają oczy.
A inne – wręcz przeciwnie. Patrzą na niego, ale mają
w oczach coś takiego, coś takiego, na co do tej pory,
prawie sześćdziesiąt lat później, Louis nie może znaleźć
słowa.
To dzieci, które widziały już ten pokaz.
Ksiądz prosi go, żeby położył ręce na poręczach.
Przypina chude przedramiona Louisa skórzanymi
pasami ze sporą, klekoczącą sprzączką. Pochyla się, żeby
przypiąć do mebla także chłopięce kostki.
Niestety nie daje rady.
Louis jest za mały, a jego nogi za krótkie. Nie sięgają
do strzemion, majtają się nad podłogą.
No trudno. Może tak będzie nawet zabawniej.
Louis, zaciekawiony, siedzi więc sobie w centrum
uwagi, dynda nogami i czeka na niespodziankę. Jego
łydki są cienkie, z kilkoma zadrapaniami i siniakami, jak
to u kilkulatka, który latem bawi się na dworze
z kolegami. Machają swobodnie w przód w tył,
w przód, w tył.Nagle prostują się i podnoszą do kąta prostego
od podłogi.
Czyli to już.
Louis powie potem, że trwało to króciutko: tylko pięć
sekund, może dziesięć.
Na razie cienkie nogi Louisa Knapaysweeta fruwają
na wszystkie strony jak puste portki, które ktoś przypiął
klamerkami do sznura na pranie w wietrzne, sobotnie
przedpołudnie.
Za to ręce Louisa, przypięte do poręczy, leżą
unieruchomione. Zgromadzeni patrzą więc tylko na te
poobijane chłopięce nogi, które wyprężone,
w konwulsjach młócą powietrze w szkole Świętej Anny,
prowadzonej przez księży oblatów i siostry szarytki.
Wtedy, podczas uroczystości zakończenia roku
szkolnego, Louis Knapaysweet zastanawia się nad
dwiema rzeczami jednocześnie: dlaczego boli i dlaczego
zgromadzeni wokół niego ludzie klaszczą.
Nie wie, że siła, która zmienia jego ciało
w podrygującą pacynkę, to prąd.
Nie wie, że mebel, do którego został przypięty, to
krzesło elektryczne, rozrywka personelu katolickiej
szkoły Świętej Anny w Fort Albany, po którym zostanie
wiele wspomnień, lecz ani jedno zdjęcie.
Nie wie, że ma szczęście, bo wajcha, którą manipuluje
właśnie jeden z księży, uwalnia napięcie wystarczające,
by rozbawić gości, lecz zbyt małe, by zabić dziecko.
Louis wierzga więc przypięty do krzesła, a dorośli
zgromadzeni na uroczystości biją brawo. Po chwili
(Louis mówi: „To było króciutko, co najmniej dziesięćsekund, najwyżej pięć”) prąd ustaje. Ale nie można
wstać.
Bo ksiądz przesuwał wajchę jeszcze kilka razy. Louis
nie pamięta ile. Trzy, cztery? Na pewno nie za dużo,
bo przecież od tego nie zemdlał.
Był jednak zbyt oszołomiony i do dziś nie może sobie
przez to przypomnieć, czy tego dnia mszę świętą
odprawiono przed jego kaźnią, czy może raczej po.
* * *
– Louis Knapaysweet był ulubieńcem księdza Julesa
Leguerriera, który całymi latami go wykorzystywał –
dopowiada Susan Enberg, reżyserka filmu. – Przekonał
Knapaysweetów nie tylko, że ich syn jest krnąbrny
i kłamie, ale też, że ze strony katolickich księży żadna
krzywda chłopca nie spotka. No to jakie masz szanse,
jeśli jesteś dzieckiem? Do kogo możesz uciec? Kto ci
uwierzy i powie: jestem po twojej stronie? Zamiast tego
takie dzieci słyszały: jeszcze raz mi się sprzeciwisz,
a zabiję twego ojca. Jeszcze raz, a zgwałcę twoją matkę.
Kto uwierzy dziecku, które daje swoje słowo przeciw
słowu duchownego? – pyta Susan, ale aula w Toronto
Reference Library milczy.
* * *
Leguerrier kierował szkołą Świętej Anny przez dziesięć
lat; przez ponad pięćdziesiąt był księdzem, przez ponad
trzydzieści – biskupem. Władzę w diecezji Moosonee
przekazał w 1992 roku, kiedy na posterunku policjiw Cochrane zjawił się dawny wychowanek szkoły,
Edmund Metatawabin.
Edmund miał osiem lat, gdy trafił do Świętej Anny.
Jego rodzina była wtedy w trudnym położeniu.
Utrzymywali się z polowania, ale ceny futer w skupie
spadały z tygodnia na tydzień i stary Metatawabin
przynosił do domu coraz mniej pieniędzy. Handlarze
ze sklepu Kompanii Zatoki Hudsona nie chcieli już
dłużej dawać jedzenia na zeszyt. Matka Edmunda sama
zabiegała o przyjęcie najstarszego syna do Świętej Anny
– w następnych latach będzie starała się tam umieścić
kolejne z jedenaściorga swoich dzieci. Wierzyła,
że zapewnia im w ten sposób nie tylko lepsze warunki,
regularne posiłki i naukę angielskiego, ale także
zbawienie. Utwierdzali ją w tym przekonaniu księża,
na przykład ojciec Arthur Lavoie, handlarze z Kompanii
i siostry szarytki.
W dokumentach sądowych mowa jest o raporcie
policyjnym na temat ojca Lavoie – zapiski o jego
czynach wobec nieletnich mieszczą się
na dziewięćdziesięciu sześciu stronach. Dwadzieścia trzy
lata po śmierci, w 2015 roku, Lavoie zostanie uznany
za seryjnego przestępcę seksualnego. Gazety napiszą,
że jako lubrykantu używał wody święconej.
Ale tego mama Eda jeszcze przecież nie wie. Choć
sama zna szkoły z internatem. Nauczono ją tam, że jeśli
dziecko jest bite, to znaczy, że sobie na to zasłużyło.
Edmund (wtedy znany jako numer 15) próbował
ze Świętej Anny uciekać. Akurat trwała wizytacja
i personel szkoły był mniej surowy niż zazwyczaj.
Edmund i jego przyjaciel Tom zbiegli do lasu, aleprzestraszyli się konsekwencji. Szybko zawrócili. Ale nic
to nie pomogło. Opiekunowie dzieci bali się, że chłopcy
narażą na szwank reputację szkoły i zachęcą innych
do niesubordynacji. Dlatego gdy tylko goście wyjechali,
dzieci ukarano.
Edmund Metatawabin, ocaleniec ze Świętej Anny,
opowie o tym najwięcej w autobiografii Up Ghost River
(W górę Rzeki Duchów). Zapamięta to tak:
Po śniadaniu siostra Maria Niepokalana, soeur Marie
Immaculata (a naprawdę: Anna Wesley), która
na co dzień nadzorowała grupę chłopców, zaprowadziła
Eda i Toma do pustej salki. Czekali już tam ksiądz
Goulet oraz biskup Gagnon, ówczesny dyrektor szkoły.
– Chłopcy tacy jak wy narażają nas wszystkich
na spore ryzyko. Jak martwe szczury w studni.
A co robimy ze zdechłymi szczurami?
Następnie chłopców zaprowadzono do bawialni,
gdzie w rzędach stały już pozostałe dzieci.
– Niech to będzie lekcja dla was wszystkich. Ucieczka
ze Świętej Anny to grzech śmiertelny. Zostaniecie
ukarani przez Boga zarówno w życiu wiecznym, jak
i tutaj, na ziemi – powiedział biskup, a ksiądz Goulet
wziął do ręki drewnianą skrzynkę uwalniającą prąd.
Pierwszy został przypięty Tom. Napięcie zwiększano
stopniowo. Dziecko najpierw krzyczało, potem gryzło
własne wargi, na końcu się wyprężyło. Po chwili
wajcha przesunęła się do bezpiecznej pozycji, ciało
Toma opadło. Ale tylko po to, żeby ksiądz Goulet znów
mógł puścić prąd i patrzeć, jak dziecko na powrót
sztywnieje.Kiedy skończyli z Tomem, przypięli Eda. Miał wtedy
osiem lat. On też, tak jak Louis Knapaysweet, był niski
i nie dało się unieruchomić jego nóg.
– Proszę księdza, to już się nie powtórzy – szepnął.
– No pewnie, że nie – odparł Goulet i przesunął
wajchę.
Ed wspomina, że ból poszedł od rąk do nóg. Chłopiec
próbował oddychać, ale się nie dało. Mógł tylko
patrzeć, jak jego nogi fruwają przed nim w powietrzu.
Jak bardzo bolało?
Nie był to taki ból, który palił – raczej podobny
do tego, kiedy ciało wpada w przerębel, do lodowatej
otchłani rzeki Albany.
Reżyserce filmu In Jesus’ Name Edmund powie,
że słyszał, jak dorośli się z niego śmiali.
Było mu wstyd, szczególnie przed kolegami, którzy
stali w ciszy i wszystko widzieli.
Nie potrafił znieść ich spojrzeń. Zdążył jeszcze
zamknąć powieki. Zęby zacisnął już bezwiednie,
na chłopięcej szyi odznaczyły się ścięgna. Ksiądz Goulet
cierpliwie manipulował wajchą, Ed długo rozpadał się
na kawałki, aż na szczęście stracił przytomność.
Następnego dnia parzyło go całe ciało. Nie był
w stanie się ubrać. Był odrętwiały i wszystko leciało
mu z rąk. Nie mógł też tak od razu zwlec się
po schodach na jedzenie.
Kiedy dotarł do kantyny, dzieci patrzyły na niego
w ciszy. Stanął w kolejce, wziął miskę z owsianką. Dał
radę wmusić w siebie dwie łyżki. Ale po wczorajszymjego organizm nie był w stanie ich przyjąć i Ed
zwymiotował. Wpatrywał się w jaskrawe kawałki
marchwi, które zwrócił właśnie na szarawą owsiankę,
i starał się powstrzymać kolejne torsje swojego
nienawykłego do prądu, ledwie ośmioletniego
organizmu.
U jego boku pojawiła się wtedy siostra Wesley,
opiekunka chłopców. Wzięła miskę Eda i wylała jej
zawartość na podłogę.
– Zjedz to – powiedziała.
Chłopak zczołgał się na ziemię i zaczął zgarniać
dłońmi masę z powrotem do naczynia, a zaraz potem –
szukać łyżki.
– Nie tak. Masz jeść jak pies.
Ed nie rozumiał, więc siostra chwyciła jego głowę
i wepchnęła do miski. Zapach wymiocin
przemieszanych z jedzeniem sprawił, że chłopca znów
chwyciły torsje. Próbował wydłubywać łyżką
niezanieczyszczoną owsiankę z samego dna, ale nie
na wiele się to zdało. Nie dawało się nie nabrać
rzygowin, które – co prawda – śmierdziały jak ocet, ale
smakowały gorzko, jak żółć.
W czasie tego posiłku Edmund ponownie
zwymiotował i zemdlał. Koledzy odnieśli go
do sypialni.
Następnego dnia powlókł się na śniadanie. Jak
co dzień ustawił się w kolejce po owsiankę, ale
mężczyzna, który ją nalewał, pokręcił głową: siostra
Wesley dała nam inne rozkazy.Na Eda czekała od poprzedniego śniadania miska
zepsutej już brei. Usłyszał: dopóki nie dokończysz
swojej porcji, nie wstaniesz od stołu.
Zbierało mu się jednocześnie i na wymioty, i na płacz,
ale siostra Wesley stała z boku i przyglądała się
cierpliwie.
W zeznaniu, które trafi do sądowych akt, Edmund
opowie też o innym śniadaniu. Był wtedy chory
na grypę. Rozstrojony żołądek niczego nie przyjmował
i Ed zwrócił owsiankę wprost do miski. Siostra Wesley
odprawiła go od stołu, kazała iść się położyć
w chłopięcej sypialni. Ed gorączkował tam przez trzy
doby. Kiedy mu się polepszyło i wstał z łóżka, czekało
na niego tamto zarzygane śniadanie.
Anna Wesley stała nad nim tak długo, aż chłopiec
zjadł wszystko.
Wtedy, po krześle, Edmund szybko trafił
do przyszkolnego szpitala. Przyznał też pielęgniarce,
że siostra Wesley kazała mu jeść wczorajsze wymiociny.
– Jeszcze jeden – westchnęła kobieta i zatrzymała Eda
w szpitalu na trzy doby.
Ale dochodzenie do zdrowia trwało. Bardzo długo Ed
nie trzymał moczu. Ciekło z niego nie tylko w nocy, ale
też w ciągu dnia. W kaplicy, w szkolnej ławce, w czasie
pracy na farmie i w czasie zabawy. Próbował to
maskować, ale siostra Wesley i tak się w końcu
orientowała i wymierzała karę.
Czasem biła ręką spontanicznie, na miejscu, a czasem
prowadziła do bawialni. Dzieci ustawiały się tam
w kolejce, czekając na bicie pejczem.Siostra często biła albo kopała także bez zapowiedzi.
Podczas strzyżenia ciągnęła za włosy i dziabała
nożyczkami, kalecząc do krwi. Na co dzień wystarczyło,
że któryś z chłopców się uśmiechnął, zażartował,
odezwał do kolegi wtedy, gdy nie trzeba.
Prask, trzask, jeb – Anna Wesley reagowała
natychmiast i była gorliwa.
Ed Metatawabin stanie kiedyś na czele rdzennej
społeczności w Fort Albany. Będzie ocaleńcem, który
pójdzie do sądu w sprawie dzieci ze Świętej Anny.
Anna Wesley zostanie wtedy postawiona w stan
oskarżenia. Ale poza nią i jeszcze czterema osobami
reszta personelu właściwie uniknie odpowiedzialności.
Kary nie poniesie żaden z katolickich księży.
Louis Knapaysweet, który opuścił bielutkie ściany
katolickiej szkoły z internatem imienia Świętej Anny
równo pięćdziesiąt osiem lat temu, zastanawia się nad
tym każdego dnia. Nie może pojąć, że na dzieciach
dokonano zbrodni bez kary.
Nachyla się do mnie i mówi:
– Jeśli jesteś z Polski, to może mi to wytłumaczysz.
Jak katolicki papież może się na to godzić? Jak może nas
nie przeprosić? Wszyscy papieże po kolei umywali ręce.
A przecież każdy z nich miał chyba dostęp do Biblii?
Powiedz mi, co w tej Biblii jest takiego, że zabrania
Kościołowi powiedzieć: przepraszam?
Nawet Jezus, nasz Pan, tuż przed śmiercią żałował
za swoje grzechy. Dlaczego więc papież nie może
powiedzieć, że przeprasza za to, co nam uczyniono?