Przyjęłabym każde dziecko świata RAPORT POLOŻNEJ Z OŚWIĘCIMIA

0 views
Skip to first unread message

kisielewska10

unread,
May 10, 2007, 5:07:47 AM5/10/07
to rodzinka10, ., drogi

Strona Główna ˇ Artykuły ˇ Download ˇ Forum ˇ Linki ˇ Kategorie
Newsów ˇ kisielewska-bartosinska katarrzyna wanda Czwartek, Maj 10,
2007
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Download
FAQ
Forum
Linki
Kategorie Newsów
Kontakt
Galeria
Szukaj
POROZMAWAMY O RODZINIE
czy kochac mozna przez całle zycie
dom starcow czy,mieszkanie razem

Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 1
Nieaktywowany Użytkownik: 0
Najnowszy Użytkownik: kisielewska10


Witamy
WSZYSTKO O RODZNIE ZAPRASZA WSZYSTKICH SERDECZNIE KATARZYNA
KISIELEWSKA


Jak się kochać? O seksie jasno i bezpośrednio!

KATEGORIE KSIĄŻEKLinkRozwój osobisty
Kształtowanie osobowości
Komunikacja
Motywacja
Poczucie własnej wartości
Uczenie się LinkO kobiecie
O mężczyźnie
Rodzina
Małżeństwo
Płciowość i seksualność
Wychowanie
Kryzysy rodzinne
Naturalne planowanie rodziny
Rozwój duchowy
Biblia
Nauczanie Kościoła
Sakramenty
Życie duchowe
Rozważania, refleksje, homilie
Ludzie Kościoła
Cuda i objawienia
Modlitwa i modlitewniki
Św. Josemaria Escriva i Opus Dei
Promocja wiedzy

Historia
Polityka i gospodarka
Biznes
Psychologia
Kultura
Biografie i wspomnienia
Podróże
Zdrowie
Kulinaria
Wyzwania współczesności

Uzależnienia
Manipulacje
Sekty
Zagrożenia duchowe
Zagadnienia bioetyczne
Przemoc, molestowanie, mobbing
Literatura piękna

Poezja
Proza
Dramat
Dobra rozrywka
Dla najmłodszych
Opowiadania
Powieści historyczne
Obyczajowe
Przygodowe
Thrillery/sensacyjne
Fantastyka
Science-Fiction
Indeks według autorów

Książki » Rodzina » Płciowość i seksualność


Moja żona nie jest zainteresowana seksem
Ingrid Trobisch, Jean Banyolak

Wydanie: Częstochowa 2006
ISBN: 83-7256-887-1
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: POMOC - Wydawnictwo Misjonarzy Krwi Chrystusa


[zobacz spis treści]


Prawdopodobnie tyle zapłacisz
w tradycyjnej księgarni: 7.50 zł
Nasza cena: 6.38 zł
Oszczędzasz: 1.12 zł (15%)

Wysyłamy w ciągu: 7-14 dni

Recenzje książki "Moja żona nie jest zainteresowana seksem" w Tolle et
lege:


Jak się kochać? O seksie jasno i bezpośrednio!
Paweł Pomianek
Dzisiejsze media niemal epatują seksem i wszystkim, co z nim związane.
Środowiska chrześcijańskie miast wychodzić temu naprzeciw, często
starają się udawać, że nie ma tematu. Problemy chrześcijan z seksem
zamiata się po prostu pod dywan. Bywa też, że wszystko, co związane z
seksem w jakimś purytańskim zacietrzewieniu traktuje się jako coś
brudnego, o czym nie powinno się mówić publicznie w środowiskach
związanych z Kościołem. Ta mała książeczka bardzo mocno uderza w te
destrukcyjne konwenanse.... [czytaj dalej]

Opis książki
Książka ukazuje w podstawowym zakresie, ale w sposób bardzo
bezpośredni, problematykę związaną ze współżyciem małżeńskim. Wskazuje
najczęstsze przyczyny nieporozumień i napięć w tym obszarze, a
jednocześnie sugeruje możliwości radzenia sobie z nimi.

Dodane przez kisielewska10 dnia maj 09 2007 17:50:21 ˇ 0 Komentarzy ˇ
0 Czytań


SAKRAMENTALNE MAŁŻEŃSWO DROGĄ (DO) ŚWIĘTOŚCI

Strona główna
SAKRAMENTALNE MAŁŻEŃSWO DROGĄ (DO) ŚWIĘTOŚCI
Droga do świętości dla męża jest zawsze i tylko żona, drogą do
świętości dla żony jest zawsze i tylko mąż. 1. Małżeństwo –
rzeczywistość sakramentalna.
Kiedy stajemy w obliczu zamysłu Bożego wobec małżeństwa, trzeba
powiedzieć, iż stajemy wobec tajemnicy. Tajemnicy miłości Boga do
człowieka oraz wobec tajemnicy miłości człowieka do człowieka (męża do
żony i żony do męża). Ta miłość małżeńska jest znakiem miłości Boga,
miłości wiernej Boga Stwórcy. Wkraczamy tu w tajemnicę znaku
sakramentalnego.
a) małżeństwo – znakiem świętym
Sakrament małżeństwa jest znakiem niewidzialnej, ale skutecznej łaski.
Jest on jednym z siedmiu sakramentów świętych, czyli jednym z siedmiu
znaków sprawczych łaski. Powoduje on nie tylko wzrost łaski
uświęcającej, lecz daje też łaski uczynkowe, niezbędne do wypełnienia
powołania małżeńskiego. Poprzez sakramentalne znaki człowiek dochodzi
do spotkania z Bogiem. Jest to spotkanie w dialogu miłości z
Chrystusem w Jego Mistycznym Ciele. Jeśli Chrystus mówi, że „cokolwiek
uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych mniecie
uczynili” to cóż dopiero powiedzieć o tym „najbliższym dla mnie
człowieku” jakim jest mój mąż, moja żona. Podkreślam tu zaimek mój,
gdyż dla męża najważniejsza jest żona, jak i dla żony najważniejszy
jest mąż. To dla niej (dla niego) mam uczynić nie tylko cokolwiek, ale
wszystko, co służy budowaniu wspólnoty małżeńskiej.
Sakrament Małżeństwa jako znak ustanowiony przez Chrystusa jest
rzeczywistością Bożą, na wskroś przepełnioną łaską, przepełnioną
obecnością Bożą. Nie można na nią patrzyć tylko pod kątem psychologii
czy socjologii. Jest ona uświęcającą tajemnicą, o której napisze św.
Paweł : „Tajemnica to wielka, a ja mówię w odniesieniu do Chrystusa i
Kościoła” (Ef 5, 32). Kościół naucza, że Sakrament Małżeństwa jest
niezawodnym znakiem spotkania z Chrystusem jako źródłem łaski. Tam
„miłość małżeńska włącza się w miłość Bożą i kierowana jest oraz
doznaje wzbogacenia przez odkupieńczą moc Chrystusa i zbawczą
działalność Kościoła…” (Sobór Watykański II, Gaudium et Spes, nr 48).
Encyklika „Casti connubi” Piusa XI (1930 r.) rozpoczynająca się od
słów „Jakże ważna jest godność świętego węzła małżeńskiego” podkreśla
z całą mocą, że małżeństwa nie stworzył człowiek, ale Bóg, a to
znaczy, że małżeństwo w swojej naturze, w celu, prawach jest
instytucją Bożą, a nie ludzką. Człowiek nie może praw małżeńskich
zmieniać, ani ulepszać według swoich koncepcji. Papież Paweł VI
sformułował tę tajemnicę w następujący sposób: „Dla ochrzczonych (…)
małżeństwo nabiera godności sakramentalnego znaku łaski, ponieważ
wyraża związek Chrystusa z Kościołem” (HV, 8). Jan Paweł II w
Adhortacji Apostolskiej „ Familiaris consortio” zaś powie :
„Małżeństwo ochrzczonych staje się …rzeczywistym znakiem Nowego i
Wiecznego Przymierza, zawartego we Krwi Chrystusa” (FC, 13). Ten znak
musi być czytelny dla wszystkich, stąd Jan Paweł II podkreśla
ewangelizacyjny aspekt związku małżeńskiego : „ożywiony już we własnym
wnętrzu duchem misyjnym, Kościół domowy jest powołany do tego, by był
jaśniejącym znakiem obecności Chrystusa i Jego miłości także dla ludzi
stojących „daleko”, znakiem dla rodzin, które jeszcze nie wierzą i dla
tych rodzin chrześcijańskich, które już nie żyją konsekwentnie wedle
otrzymanej wiary: jest wezwany, ażeby „przykładem i świadectwem swoim”
oświecał „tych, co szukają prawdy”(FC, 54)
Jako znak sprawczy łaski, małżeństwo uobecnia osobę Zbawiciela w życiu
małżonków, co powoduje uświęcenie życia małżeńskiego i rodzinnego.
Małżeństwo katolickie jest więc włączone w moc działania i
promieniowania samego Chrystusa. Poprzez ten sakrament małżonkowie
upodabniają się do Chrystusa. Można by nawet rzec, że są wezwani by
być „alter Chrystus” w swoim powołaniu, być „drugim Chrystusem” dla
współmałżonka. Tak często o tym zapominamy w codziennym zabieganiu.
Tak łatwo odzieramy małżeństwo ze świętości patrząc na nie tylko po
ludzku, jako związek czysto ludzki.
Niektórzy mogą zapytać czy samo wzajemne przyrzeczenie sobie miłości,
nawet najszczersze nie jest gwarantem tego, że małżonkowie będą
miłować się coraz piękniej, doskonalej i bardziej ofiarnie ? Otóż
nie ! Bo małżeństwo jest czymś więcej niż tylko zgodą, czym więcej niż
decyzją o byciu razem. Bóg zechciał uczynić małżeństwo rzeczywistością
uświęcającą i obrazem miłości Boga do człowieka. Oczywiście, że samo
przewiązanie rąk stułą, nałożenie sobie obrączek nie załatwi
wszystkiego. To nie jest gest magiczny. Trudności i próby przyjdą.
Dwoje ludzi, którzy pragną, by Bóg uświęcił ich związek, prosi więc
Pana o rzecz najważniejszą, którą tylko Bóg może im dać: o
błogosławieństwo. Ono później pomoże im dokonać wielu właściwych
wyborów i podjąć wiele dobrych decyzji.
Można powiedzieć, że sakrament małżeństwa to prezent od Boga, który
wypływa z samego serca Bożego i jest wyrazem Jego życzliwości i
pragnienia szczęścia dla każdego z nas. Sakrament małżeństwa jest
świętym darem, który niesie człowiekowi Zbawiciel. Wyczytałem w pewnej
książce takie piękne porównanie:
„Wyobraź sobie, ze nosisz w sercu jakieś ogromne pragnienie. Znajduje
się człowiek, który mówi, że może te pragnienie spełnić. Mówi Będę
obficie udzielał ci wytrwałości i nosił to co zbyt ciężkie dla ciebie.
Mam dla ciebie szczęście nie takie jakie daje świat. Ten dar dla
ciebie okupiłem swoją drogocenną krwią i własną śmiercią. Chcesz go
przyjąć i zaufać że chce dla ciebie prawdziwego dobra?”

Te słowa dotyczące sakramentu małżeństwa wypowiada do nas sam Bóg. On
wie dobrze czym jest budowanie relacji z drugim człowiekiem, jak wiele
wymaga samozaparcia, dobrych wyborów i pokonywania trudności. Dlatego
chce pomagać małżonkom. Ofiarowuje im dar. Powinni oni przyjąć ten dar
sakramentu jako dar Boży i szanować jego świętość. To dwa zasadnicze
zobowiązania małżonków wobec Boga. Święty sakrament małżeństwa
prowadzi do świętości tych, którzy traktują na poważnie małżeństwo
jako drogę.

2. Małżeństwo nadprzyrodzonym powołaniem.
Patrząc na sakramentalne małżeństwo w świetle nauki objawionej, trzeba
stwierdzić, ze małżeństwo sakramentalne jest specjalnym powołaniem.
Często gdy mówimy o powołaniu myślimy natychmiast o kapłaństwie lub
zakonie. A gdy ktoś nie nadaje się do kapłaństwa czy zakonu
dedukujemy: jeśli nie ma powołania do zakonu czy kapłaństwa – to na
pewno ma powołanie do małżeństwa. Otóż nie ! Tak, jak sprawdza się
powołanie do kapłaństwa, tak samo należy sprawdzać powołanie do
małżeństwa. Bo istnieje zawsze trzecia droga, którą poszła np. Pani
Anna Świderkowa – wspaniały polski biblista, która bardziej umiłowała
Pismo Święte niż kawalera, który starał się o jej rękę. Innym
przykładem jest Janusz Korczak, znany wychowawca dzieci.
Mamy więc obowiązek rozeznania autentyczności powołania do małżeństwa.
Chodzi tu o dojrzałość psychiczną, emocjonalną, o gotowość do podjęcia
zadań małżeńskich, macierzyńskich i ojcowskich, itd.
Małżeństwo jest Bożym powołaniem do życia w miłości i we wspólnocie
dwojga ludzi, mężczyzny i kobiety. To powołanie jest szczególnym
udziałem w realizacji Bożego Planu miłości Stwórcy.
Z tego wyrasta drugi obowiązek przygotowania się do podjęcia zadań
małżeńskich i rodzinnych. Myślę tu o przygotowaniu, które zaczyna się
już w rodzinie, w szkole (przygotowanie dalsze), przy kościele np.
przez katechezę parafialną (przygotowanie bliższe), czy w Poradni
Rodzinnej przed samym ślubem (przygotowanie bezpośrednie).
Powołani muszą umieć współpracować z Łaską Bożą, mają bowiem
realizować zbawcze zamiary Boga w świecie.
Stąd trzeci obowiązek nieustannego wsłuchiwania się w głos Boga
powołującego i posłuszeństwa słowu Bożemu. Mąż i żona żyją na co dzień
tą misją, która jest wyrażona w Piśmie Świętym : Oto idę, abym pełnił
Twoją Wolę mój Boże. Ale samo wsłuchiwanie się w głos Boży nie
wystarczy: trzeba żyć zgodnie z otrzymanym powołaniem. To jest czwarty
obowiązek.
Wtedy możemy powiedzieć, że małżonkowie są prawdziwie znakiem wiernej
miłości Boga. Przez sposób życia, przez sposób miłowania, objawiacie
światu coś o Bogu, o Jego czułości wobec świata.
Wasza wierność, drodzy małżonkowie, jest znakiem Jego wierności. Wasze
gesty przebaczenia, które wykonujecie wobec siebie, objawiają
przebaczenie, którym obdarza nas Bóg. Przez wasz sposób kochania, sami
sprawdzacie, czy miłujecie Boga.
Doświadczenie pokazuje, iż dzieci właśnie w rodzinie uczą się
znaczenia dialogu, dzielenia się, szacunku należnego drugiemu
człowiekowi. To w rodzinie uczą się przebaczać i przyjmować drugiego
człowieka z miłością. W rodzinie każdy z nas rozwijał się i doskonalił
i to jakimi jesteśmy zawdzięczamy tej wyjątkowej więzi miłości , jaka
łączyła naszego ojca z naszą matką.
W naszym powołaniu małżeńskim nigdy nie jesteśmy sami. Uświęcony
dzięki sakramentowi, obecnością i pomocą Chrystusa, związek małżeński
zawsze wnosi umocnienie, wzbogacenie i uświęcenie więzi miłości i
wspólnoty małżeńskiej. Przemieniając ludzkie przymierze dwojga osób w
tajemniczy związek na wzór jedności Chrystusa z Kościołem, z
wzajemnego oddania się sobie małżonków czyni środek do realizacji
stwórczego i zbawczego zamiaru Boga względem ludzi.

Ten kto nie liczy się z otrzymanym powołaniem okazuje wzgardę samemu
Bogu, ale i przekreśla swoja przyszłość. Dlatego tak ważne są tu słowa
św. Pawła : „Zachęcam was, ja, więzień w Panu, abyście postępowali w
sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani, z całą pokorą i
cichością, z cierpliwością znosząc siebie nawzajem w miłości. (Ef
4,1-2).

Powołanie małżeńskie można więc przyjąć lub odrzucić, dorosnąć do
niego lub wybrać inną drogę życia. Bóg nigdy do niczego nie przymusza.
Zostawia zawsze człowiekowi wolny wybór. Nie jest to jednak tak, ze
już na starcie, w dniu zawarcia związku małżeńskiego mąż i żona są już
doskonali i nie potrzebują się rozwijać w miłości. Wtedy bylibyśmy
Aniołami. A tak nie jest! Do końca życia mamy strać się coraz bardziej
kochać Boga, męża, żonę, dzieci. Każdego dnia po ślubie mamy starać
się być lepszymi. Łaska buduje na naturze.

3. Miłość jest drogą (do) świętości.

Małżeństwo sakramentalne, miłość małżeńska jest drogą do świętości.
Jeśli chodzi o Pana Boga, który jest źródłem tej miłości - jedna rzecz
jest pewna: jedynie Pan Bóg jest zdolny nas kochać zawsze miłością
bezinteresowną. Jest zawsze wierny, nawet jeśli my Go zdradzimy.
Zawsze ma dla nas czułą, przebaczającą miłość. Nie musi się doskonalić
w miłości, bo jest Święty. Zawarł z nami przymierze raz na zawsze i
nigdy nie zmieni swej decyzji. Jego miłość przewyższa wszystko co
możemy sobie wyobrazić.
My natomiast wciąż musimy pokonywać drogę, udoskonalając się we
wzajemnej miłości, mimo, że Bóg nas wspomaga. Ale zbawić nas bez nas
nie może.
Niedawno kanonizowany, w 2002 roku, przez Jana Pawła II, święty
hiszpański Josemaria Escriva powie: „Małżeństwo jest prawdziwym
nadprzyrodzonym powołaniem, działaniem Jezusa wchodzącego w dusze
nowożeńców, zaproszeniem do naśladowania Go, aby cale życie małżeńskie
przemienić w religijną pielgrzymkę po ziemi.”
Ta religijna pielgrzymka po ziemi wymaga konkretnych wysiłków miłości.
Można by te wysiłki streścić w dwóch słowach: wola i sztuka.

A ) WOLA
Co innego jest pragnąć być razem, życzyć sobie tego, marzyć o tym i
śnić, a co innego jest chcieć (móc chcieć) tego rzeczywiście.
Wspólnoty małżeńskiej nie dostajemy w darze na kobiercu ślubnym.
Miłość nie zastąpi wysiłków i zmagań. Tylko silna wola i determinacja
są w stanie zrodzić czyny, zbudować konkretną wspólnotę miłości.
Czasami to bardzo kosztuje, ale tym bardziej jest cenne. Kto wiele
zapłacił za zbudowanie wspólnoty, nie będzie chciał zaraz jej przez
nieodpowiedzialny czyn zniszczyć.
Stąd jest konieczne, by małżeństwo było zbudowane na jasnej, klarownej
decyzji: kochamy się i chcemy być razem, razem budować. Ta decyzja, to
przyrzeczenie, ślub czyniony drugiej osobie przed Panem Bogiem otwiera
nas na przyszłość, jest pewnego rodzaju kierunkiem, który obiera łódź
małżeńska.
Jak mówił Seneka filozof „ nie jest dobrym wiatrem, ten, który nie wie
w jakim kierunku wiać”. W każdym bądź razie jeśli wola ma znaczenie
decydujące, nie jest ona wszechmocna. Jesteśmy słabi, ale może właśnie
dlatego jesteśmy we dwoje. Potrzeba dwóch osób, by zbudować wspólnotę.
Mimo że to często i komplikuje nasze życie, gdyż trzeba wybierać we
dwoje, zawierać kompromisy, decydować o przyszłości we dwoje, to ma to
i dobre strony. Opór, brak zgody jednej ze stron wymusza szukania
innych dróg wyjścia, a żywiołowość, radość życia drugiej może często
umocnić w niepowodzeniach, wydobyć ze stagnacji codzienności. Całe
szczęście że nie jesteśmy wszechmocni i że jesteśmy we dwoje!
Nie wystarcza więc chcieć, by nasze małżeństwo trwało, trzeba jeszcze
wiedzieć jak to zrobić, jak zabezpieczyć jego trwanie. Trzema mieć
savoir-vivre’u małżeńskiego.
Czyli jak praktycznie umieć realizować powołanie do świętości w
codziennym życiu.

B ) SZTUKA
Małżeństwo w trakcie rozwodu powiedziało kiedyś w poradni rodzinnej:
„My się kochamy, ale nie jesteśmy zdolni żyć razem, tak się różnimy od
siebie”. Profesor z Louvain powiedział: „Nie chodzi o miłość, ale o
to, by być zdolnym żyć razem. A miłości w tym trochę pomoże”. Miłość
nie jest jakimś magicznym proszkiem. Jest ona wolą budowania, jest
placem budowy, która wymaga talentu i pomysłów. Wiemy dobrze, że
małżonkowie tworzą swoje małżeństwo każdego dnia, doświadczając
różnych trudności smutków, kłopotów, oraz zwycięstw i radości.
Potrzeba więc savoir-vivre’u. Relacje małżeńskie są bez wątpienia o
wiele bogatsze od wszystkich innych (koleżeńskich, dobrosąsiedzkich,
przyjacielskich i wielu innych), ale wymagają one o wiele więcej
umiejętności i kompetencji. Jest to prawdziwa sztuka budowania. Chcę
wymienić kilka praktycznych cech tej sztuki.
- sztuka mówienia „TAK”, ale także sztuka powiedzenia „NIE”.
Umiejętność znalezienia wyjścia przy równicy zdań, spokojnie i
szczerze, aby nie przerodziło się to w konflikt;
- sztuka otrzymywania, a zarazem dawania. Niektórzy robią tylko jedno
albo drugie: albo dają albo tylko biorą. Być bezinteresownym darem
miłości dla drugiego musi obowiązywać dwie strony;
- sztuka rozpoznawania potrzeb drugiego, jak równie sztuka mówienia o
swoich potrzebach, tak by nie przerodziła się ona w skargę i
narzekanie;
- sztuka szacunku wobec inności poglądów, pragnień, zainteresowań
współmałżonka, by nie narzucać swoich kryteriów myślenia, oceniania,
działania, swego sposobu bycia;
- sztuka dzielenia się swoimi radościami, osiągnięciami, odkryciami;
sztuka przeżywania wspólnie świąt, uroczystości, ważnych momentów
życia (data ślubu, urodziny, imieniny ), co wymaga intuicji i
wyobraźni;
- sztuka gościnności, otwarcia na inne rodziny: gościnny dom, gotowy
na przyjęcie gości stół, zdolność zaakceptowania tego, co jest
nieprzewidywalne (np. gości);
W domu rodzinnym Jana Pawła II w Wadowicach możemy przeczytać : „Każda
rodzina chrześcijańska winna być pogodną oazą, w której głębokie
szczere i uczucie, ogromny spokój, owoc prawdziwej miłości,
przeżywanej wiary – dominuje nad wszystkimi drobnymi, codziennymi
niepowodzeniami (…) nie lekceważcie (…) drobnych powinności i zajęć.
Najlepiej spożytkowany jest czas, który poświęca się żonie, mężowi,
dzieciom. Najlepszą ofiarą jest wyrzeczenie się wszystkiego, co
mogłoby zakłócić życie w rodzinie. Najważniejszym zadaniem, jakie
staje przed wami, jest uczynienie, by w waszym domowym ognisku z
każdym dniem coraz obficiej owocowała miłość”

Oczywiście nie ma recepty na świętość, ale są drogowskazy. Zachowanie
właściwej hierarchii wartości (choćby tej najprostszej : Bóg, rodzina,
praca) jest jednym z drogowskazów. Postawienie rzeczy drugorzędnych
jako najważniejszy cel zawsze będzie złem. Gdy praca jest ważniejsza
niż rodzina, zawsze kończy się to katastrofą.
Droga do świętości dla męża jest zawsze i tylko żona, drogą do
świętości dla żony jest zawsze i tylko mąż. Z tego związku rodzi się
ogromna miłość do dzieci, ale nigdy nie może ona przesłonić źródła,
jakim jest miłość małżeńska. Miłość do dziecka nigdy nie może odstawić
na bok miłości do męża.

ks. dr Andrzej Wachowicz

Dodane przez kisielewska10 dnia maj 09 2007 14:48:33 ˇ 0 Komentarzy ˇ
0 Czytań


warto czytać ksiażki być może odpowiedza na twoje pytania

» Rodzina » Płciowość i seksualność


Płciowość i seksualnośćPorozmawiajmy spokojnie o... tych sprawach
Ks. Piotr Pawlukiewicz
Pewnego razu zapytał mnie ktoś: "O jakie sprawy tu chodzi?" O te! Tak,
tak! Właśnie o te, o których myślisz. Którymi ludzie interesują się od
dzieciństwa do późnej starości. Gdy w żeńskiej szkole średniej
zaproponowałem dziewczętom, by anonimowo, na kartkach zadawały pytania
na dowolne tematy, to trzy czwarte poruszanych zagadnień dotyczyło
właśnie seksu... Wartość współżycia małżeńskiego. O pielęgnowaniu
sfery płciowości
Jacek Pulikowski
Książka mówiąca o sprawach ważnych, czasami trudnych a dotyczących
płciowości, współżycia małżeńskiego, płodności. Autor zwraca uwagę na
różnice jakie są między kobietami a mężczyznami w podejściu do
współżycia i jakie wynikają z tego trudności. Obala mity współczesnej
kultury dotyczące seksu, a buduje prawidłowy obraz jaki sfera płciowa
powinna mieć w życiu małżeńskim...
Nasza cena: 19.00 16.15 zł Dobra nowina o seksie i małżeństwie
Christoph
er WestAutor, specjalista z waszyngtońskiego Instytutu Jana Pawła II,
w formie często kontrowersyjnych pytań i szczerych odpowiedzi,
przedstawia argumenty przemawiające za słusznością nauki Kościoła w
sprawach ludzkiej płciowości i małżeństwa...
Nasza cena: 22.00 18.70 zł
Moja żona nie jest zainteresowana seksem
Ingrid Trobisch, Jean Banyolak
Książka ukazuje w podstawowym zakresie, ale w sposób bardzo
bezpośredni, problematykę związaną ze współżyciem małżeńskim. Wskazuje
najczęstsze przyczyny nieporozumień i napięć w tym obszarze, a
jednocześnie sugeruje możliwości radzenia sobie z nimi...
Nasza cena: 7.50 6.38 zł
Radość kochania. Współżycie seksualne chrześcijańskich małżonków
Olivier Belleil
Autor niniejszej książki stara się wykazać, że Kościół niesie dobrą
nowinę także małżonkom i że dotyczy ona także ich miłości, w tym ich
pożycia małżeńskiego. Czerpiąc ze swego długoletniego doświadczenia i
opierając się na Piśmie Świętym, Olivier Belleil wychwala miłość i
ukazuje osobom kochającym się konkretne drogi ku szczęściu w
małżeństwie...
Nasza cena: 21.90 18.62 zł Warto pomyśleć. O niektórych ważnych
sprawach
Jacek Pulikowski
Wiele młodych osób, wchodzących w dorosłe życie, nie znajduje
odpowiedzi na pytania o dojrzałą miłość, małżeństwo czy płodność.
Jacek Pulikowski nie pozostawia ich bez odpowiedzi podejmując temat
antykoncepcji, dopasowania seksualnego, erotomanii, aborcji, czystości
małżeńskiej, ojcostwa...
Nasza cena: 14.00 11.90 zł Znaczenie aktu małżeńskiego
Walter Trobisch
Autor napisał tę książkę, gdy uświadomił sobie ogrom nieporozumienia
na temat tego, czym naprawdę jest połączenie kobiety i mężczyzny w
akcie seksualnym...
Nasza cena: 7.00 5.95 zł
Dawacze, bracze i inne rodzaje kochaczy
Josh McDowell, Paul Lewis
Książka dla młodych, szukających odpowiedzi na pytanie "czym jest
miłość?" i jakie zależności istnieją między seksem a autentyczną
miłością...
Nasza cena: 15.00 12.75 zł

Książki » Rodzina » Płciowość i seksualność
Walter Trobisch
Książka ta została przetłumaczona na 70 języków i cieszy się ogromną
popularnością wśród młodzieży całego świata...
Nasza cena: 14.50 12.33 zł
-Od czego trzeba zacząć leczenie z onanizmu? Czy jest z tego wyjście?
Książeczka zawiera odpowiedzi na te i inne pytania nurtujące młodzież,
która walczy z tym problemem...
Nasza cena: 1.60 1.36 zł
Płciowość i czystość. Z problematyki życia seksualnego
o. Karol Meissner OSB
Autor omawia problemy związane z wychowaniem i miejscem płci w życiu
osoby ludzkiej. Porusza także niełatwą sprawę czystości seksualnej w
kontekście systemów moralnych, ale także jako problemu
psychologicznego oraz kwestię naturalnego planowania rodziny...
Nasza cena: 12.00 10.20 zł Pornografia. O co tu chodzi?
ks. Winfried Wermter
Książeczka niesie pomoc tym, którzy cierpią, walcząc o oczyszczenie
swojej splamionej osobowości. Dzwonek na tych, dla których pornografia
stała czymś "normalnym"...
Nasza cena: 1.60 1.36 zł Seksualność darem miłości
Mario CasconeAutor porusza różne tematy, od czystości małżeńskiej po
celibat, od antykoncepcji po sztuczne zapłodnienie, od świadomej
prokreacji po wychowanie seksualne...
Nasza cena: 12.00 10.20 zł
Twoje ciało stworzone do miłości
Daniel-Ange
Książka dla młodzieży, która wciąż cieszy się wielką popularnością.
Francuski zakonnik, przyjaciel i duszpasterz młodzieży, założyciel
szkoły ewangelizacji i modlitwy "Młodość-Światło" pokazuje drogę od
pierwszej miłości do małżeństwa...
Nasza cena: 25.00 21.25 zł
Twoje ciało stworzone do życia
Daniel-Ange
Twoje serce jest być może zniszczone złą miłością. Może zwiędło, ale
wciąż marzy o pierwszej miłości, tej dotychczas niezaznanej... Dlatego
potrzebujesz wielkiej pracy, aby dalej żyć. Pracy polegającej na
przywróceniu równowagi seksualności i miłości. To najlepszy sposób na
wszystkie rozdźwięki...
Nasza cena: 25.00 21.25 zł Wiara i płeć
o. Karol Meissner OSB
Niniejsza pozycja jest zbiorem artykułów ojca Karola Meissnera
poruszających zagadnienia ludzkiej seksualności w świetle wiary...
Nasza cena: 25.00 21.25 zł
Żyć z pragnieniem niespełnionym. Korespondencja z nastolatkami
Walter Trobisch
Jak poradzić sobie z cierpieniem w miłości? Czy warto czekać na swoją
wielką miłość, czy lepiej samemu szukać jej w coraz to nowych
związkach? Kiedy zaczynać współżycie seksualne? Niniejsza książka jest
bezpośrednim zapisem autentycznej korespondencji autora z młodzieżą...
Nasza cena: 6.40 5.44 zł Kryzys wieku średniego
Jacques Gauthier
Tytuł "Kryzys wieku średniego" wyraża wezwanie do rozwoju. Zakłada
odpowiedzialność za przezwyciężanie przeszkód przy pomocy
przewartościowania własnych zobowiązań i odpowiedzi na wielkie życiowe
pytania, odwagę proponowania rozwiązań alternatywnych dla rozważanych
trudności...
Nasza cena: 24.00 20.40 zł
Psychologia miłości i seksualności
Conrad W. Baars
Autor pisząc o miłości i seksualności, podkreśla potrzebę opanowania
naszych emocji intelektem i wolą. Tylko w ten sposób nasze serce
odnajdzie pokój i radość...
Nasza cena: 18.00 15.30 zł
Seks, miłość, obyczaje
Jacek Salij OP
Krótki poradnik omawiający zagadnienia takie jak: co kościół ma do
tego?, czy onanizm jest grzechem?, sens czystości przedmałżeńskiej,
dlaczego Kościół wyklucza antykoncepcję?, sex shopy...
Nasza cena: 10.00 8.50 zł Seksualność u dziecka
Michelle Rouyer
W jaki sposób kształtuje się tożsamość płciowa dziecka? Jak rozmawiać
z nim o sprawach związanych z seksualnością? Jak nauczyć dziecko
miłości i szacunku do drugiego człowieka, a jednocześnie zapewnić mu
Dodane przez kisielewska10 dnia maj 09 2007 12:22:57 ˇ Czytaj więcej ˇ
0 Komentarzy ˇ 5 Czytań


Dlaczego warto czytać?
Dlaczego warto czytać?
Paweł PomianekProjekty nadzorowane przez Królak Consulting:
Link' target='_blank'>Link

Stajemy się społeczeństwem, które czyta coraz mniej. Według niedawnych
badań przeprowadzonych przez Zakład Badań Czytelnictwa Biblioteki
Narodowej i TNS OBOP, 42% Polaków deklaruje brak zainteresowania
książką.

Wyniki te są zatrważające, ponieważ człowiek wychowany jedynie przez
"szklany ekran" funkcjonuje zupełnie inaczej, niż ktoś kto czyta
książki. Dlaczego? Ponieważ czytanie bardzo pozytywnie wpływa na
ludzki rozwój.

Poniżej zamieszczam porównanie książek i telewizji w pewnych
aspektach, które ukazuje wyraźnie wyższość czytelnictwa nad biernym
siedzeniem prze telewizorem:

1. Czytanie uczy myślenia
Podstawowy kanon komunikacji międzyludzkiej oparty jest na słowie,
gdyż to właśnie ono poprzez odwołanie się do świadomości jest podstawą
naszego myślenia. W konfrontacji książki, opartej na słowie, z
przekazem telewizyjnym, bazującym na obrazie, język okazuje się
bardziej uniwersalny. Dzięki niemu możemy wyrazić zarówno wydarzenia
zewnętrzne, jak również przeżycia wewnętrzne, zjawiska świata
materialnego i niematerialnego. Ludzie są istotami myślącymi, bo
operują słowem, a nie dlatego, że widzą. Zwierzęta również widzą, lecz
nie myślą. Uczucia i myśli docierające do naszej świadomości za pomocą
słów nie mają odpowiednika w prostych symbolach wizualnych.
Doświadczenie pokazuje, że osoby, które zerwały z cywilizacją słowa,
rzadko mają swoje zdanie, idą za tłumem, a samodzielne myślenie ich
męczy.

2. Czytanie pobudza wyobraźnię
Telewizja nie pozwala nam na samodzielne myślenie. Niczego nie musimy
sobie wyobrażać czy dochodzić do czegoś drogą naturalnej refleksji.
Wszystko mamy podane: zarówno scenerię, mimikę, jak i ton głosu.
Czytając mamy dużo więcej swobody. Sami obsadzamy role, obmyślamy tło
i kierujemy akcją. Każdy szczegół wygląda tak, jak zechcemy. Dobra
książka porusza i ożywia umysł.

3. Czytanie rozwija umiejętność wysławiania się
Czytanie jednocześnie wymaga zdolności językowych, jak i je rozwija,
ponieważ jest nierozłącznie związane z mówieniem i pisaniem. Tych,
którzy nie czytają nic albo niewiele, bardzo łatwo poznać. Zdradzają
się częstym używaniem zwrotów typu: "No wiesz, o co mi chodzi", "No...
tego. ..". Zacinają się, stękają, zastępują słowa gestami lub imitują
dźwięki. Ocenę ludzi i przedmiotów ograniczają do przymiotnika "fajny"
lub "super".

Warto do tego dodać także fakt, że przeprowadzone w Anglii badania
ujawniły, że istnieje ścisła zależność pomiędzy godzinami spędzonymi
przed ekranem a rozwojem słownictwa. Okazało się mianowicie, że prawie
wszystkie tzw. "telewizyjne dzieci" mówią w wieku 3 lat na poziomie
dzieci o rok młodszych.

4. Czytanie wyrabia cierpliwość
W Telewizji bardzo dużo informacji jest przekazywanych w niezwykle
krótkim czasie, co nie pozwala na zapamiętanie czy choćby przemyślenie
ich wszystkich. W ten sposób telewidz uczy się skupiania uwagi na
krótką chwilę, a jego myśl staje się bardziej impulsywna niż
refleksyjna (niektóre badania wskazują nawet na związek między
nadmiernym oglądaniem telewizji a pochopnym podejmowaniem decyzji i
niecierpliwością). Inaczej jest z czytaniem, w trakcie którego
przetwarzanie informacji zachodzi w świadomości, a więc przebiega
wolniej. Odwracając kartki, wchodzimy stopniowo w mechanizm narracji.
Krok po kroku staramy się zrozumieć książkę. Tempo zależy od nas. Do
pewnych rzeczy można w każdej chwili wrócić, najistotniejsze można
sobie zaznaczyć. Można powiedzieć, że czytanie jednocześnie wymaga
oraz uczy cierpliwości. Oglądanie telewizji jest natomiast tak
banalnym zajęciem, że nie stwierdzono jeszcze u nikogo niezdolności do
jej oglądania.

Gdyby się dobrze zastanowić, to pewnie znaleźlibyśmy jeszcze niejeden
powód, dla którego warto czytać książki. I dlatego bardzo nam zależy,
by jak najwięcej osób sporo czytało. Wszak pismo jest podstawą
cywilizacji...

Paweł Pomianek
Dodane przez kisielewska10 dnia maj 09 2007 12:13:33 ˇ Czytaj więcej ˇ
0 Komentarzy ˇ 0 Czytań


ciekawe strony
Link

Linkpustynia w miescieDodane przez kisielewska10 dnia maj 09 2007
10:05:34 ˇ 0 Komentarzy ˇ 0 Czytań


WAŻNE STRONY
Link


akt małżeńskiwpływ wiary na sferę seksualną Duch Święty przemienia
sferę seksualną


Duch Święty przemienia sferę seksualną
Człowiek stanowi nierozerwalną łączność swojego ducha i ciała. Duch i
ciało przenikają się wzajemnie do tego stopnia, że nie mogą istnieć
bez siebie. Cały geniusz chrześcijańskiego spojrzenia na naturę ludzką
daje się ująć w dialektycznym stwierdzeniu, że ciało jest tak silnie
zjednoczone z duchem, że można je nazwać ciałem uduchowionym, podobnie
jak duch jest głęboko zjednoczony z ciałem, że można go nazwać duchem
ucieleśnionym (Jan Paweł II, List do Rodzin 19). Duch to dynamizm,
który wchodzi w ciało, wciela się w nie. Przenika także i zmysłowość.
Podobnie także i ciało wnika w ducha i ściśle się z nim zespala. Ciało
nie jest nigdy tylko materialne, zmysłowe, ani duch nie jest nigdy
tylko niecielesny i ponadzmysłowy. Wzajemne oddziaływanie sprawia, że
człowiek, jak mówi święty Augustyn "może uczynić się cielesnym, aż do
swojego ducha, albo duchowym aż do swego ciała"1.

Ciało ludzkie objawia wymiar duchowy człowieka, Boską rzeczywistość
ukrytą w głębi tego ciała. "Wymiar duchowy człowieka, zwany po grecku
pneuma, określa w tradycji biblijnej i chrześcijańskiej dziedzinę
zupełnie inną niż psyche, dziedzinę, która nie może być poznana drogą
badań właściwych naukom pozytywnym, lecz jedynie drogą doświadczenia
duchowego"2. We współczesnym świecie nie chce się uznać, że istnieje
jeszcze głębszy wymiar duchowy. "Przy olbrzymich osiągnięciach
poznawczych, gdy chodzi o świat materii, a także świat psychologiczny
człowieka, w odniesieniu do swego wymiaru najgłębszego, wymiaru
metafizycznego, człowiek pozostaje dla siebie istotą nie znaną"3.

Wymiar duchowy przenika cielesność człowieka, jego męskość i
kobiecość, obejmuje jego nagość. Nie można go zlokalizować w jakimś
ściśle określonym miejscu. Jest on dynamizmem przenikającym wszystko,
co stanowi człowieka: principium jakości, które wyraża się poprzez
psychikę i ciało, czyniąc je duchowymi. Nie ma on w sobie nic
egoistycznego i zaborczego. Cechuje go charakter typowo ofiarniczy,
charakter bezinteresownego daru. Popełnione przez człowieka grzechy
mogą stłumić jego oddziaływanie. Nie może jednak nigdy zostać
unicestwiony. Zawsze istnieje w głębinach osobowości człowieka. Jest
"miejscem" najbardziej intymnym, w którym nieustannie przebywa Duch
Święty. Gdy człowiek spotyka się z Bogiem, wzrasta moc tego dynamizmu.
Coraz wyraźniej obejmuje ludzką psychikę i ciało. Gdy zostanie
uwolniony, rozbraja mechanizmy obronne, leczy psychiczne rany, które
ograniczają wolność człowieka, zamykają go. Otwarcie się na
oddziaływanie ducha jest wejściem w dynamizm daru. Z tego najbardziej
głębokiego źródła naszej istoty wypływa zdolność kochania. Oznacza to
pojawienie się nowego sposobu życia ciała. Stać się duchowym, to żyć
swoim ciałem jako darem.

Pod wpływem wiary dynamizuje się proces dojrzewania człowieka. "Wiara,
w chwili jej wyrażania, ustanawia styk z Bogiem, co pozwala w danym
momencie na zaowocowanie łaski nie tylko w intelekcie, ale również w
woli i w pozostałych władzach, z władzami cielesnymi włącznie"4.
Oznacza to wpływ wiary na funkcjonowanie całego organizmu, ze sferą
seksualną włącznie. Człowiek w nowy sposób patrzy na świat. Osądza już
wedle Bożej prawdy. Mądrość, którą otrzymuje w spotkaniu z Bogiem,
jest różna od wiedzy zdobytej pod wpływem nauki. Jest darem, dzięki
któremu rozum oświecony przez Ducha Świętego ma rozeznanie
nadprzyrodzone, tzn. takie, które przekracza jego własne możliwości.
"Bóg udziela mu tutaj swego światła, dzieli się z nim niejako swoją
wiedzą o rzeczywistości, o tym porządku, jaki powinien panować w
świecie stworzonym. Pozwala to rozumowi lepiej określić zasady
postępowania dla człowieka, lepiej go niejako ustawić w całym porządku
świata. To lepsze ustawienie łączy się z awansem całej natury, łaska
uświęcająca daje bowiem człowiekowi uczestnictwo w naturze Boga, a w
konsekwencji w życiu Bożym. (...) Ten sposób bytowania i działania
przenika naturę, niejako ukrywając się w niej, w jej potencjalności.
(...) W miarę jak łaska zostaje zasymilowana przez tę naturę oraz
przez całe działanie, które z natury wypływa, staje się niejako coraz
bardziej własnym sposobem bytowania i działania człowieka. I tu
właśnie leży fundament tego, co nazywa się moralnością
chrześcijańską"5.

W miarę postępowania procesu asymilacji łaski przez naturę małżonkowie
odkrywają tajemnicę świętości aktu małżeńskiego, obecność Boga w ich
zjednoczeniu cielesnym i w dziecku, które się poczęło w wyniku
współpracy z Nim. W małżeństwie osobiste przeżycie Boga nie zostaje
nigdy oderwane od przeżywania swojej płciowości, która "określa
mężczyznę i kobietę nie tylko w płaszczyźnie fizycznej, ale także
psychicznej i duchowej"6. Płciowość jest trwale wpisana w przeżycie
psychiczne i duchowe człowieka. Chrześcijanin, który rozwija się
duchowo, uczy się coraz bardziej świadomie i we właściwych proporcjach
przeżywać swoją płciowość, włączając ją coraz pełniej w swoje
doświadczenie spotkania z Bogiem. Ludzka płciowość wraz z rozwojem
życia duchowego nie odrywa się więc od Boga, ale jest w pełni
wprzęgnięta w zjednoczenie z Nim. Zyskuje pełną dojrzałość jako wyraz
miłości człowieka do Boga.

Dotknięcie tej tajemnicy, choćby bardzo krótkotrwałe, zmienia jednak
świadomość człowieka do tego stopnia, że jest gotowy popatrzeć w nowy
sposób na wymagania moralności katolickiej. Wymagania te są wyrazem
afirmacji, a nie potępienia lub negacji ludzkiego ciała i
seksualności. Prowadzą zaś do afirmacji jeszcze dojrzalszej, jeszcze
bardziej pogłębionej. Postawy i zachowania seksualne określane przez
naukę Kościoła jako moralne, są tymi postawami i zachowaniami, które
rzeczywiście i skutecznie przyczyniają się do prawdziwego rozwoju
osobowego małżonków, prowadzą do ich zbliżenia i zjednoczenia się z
Bogiem. Nieład moralny jest zaś przeszkodą, którą małżonkowie stawiają
Duchowi Świętemu i swojej miłości. Z powodu grzechu nie może On w
pełni przeniknąć splecionych w miłosnym uścisku ciał małżonków.
Powyższe stwierdzenia są ważne dla wyjaśnienia źródła wielu
krytycznych opinii, nie akceptujących propozycji życia, jaką
przedstawia chrześcijaństwo. Uświadamiają, że problem krytyki nie leży
po stronie rzekomo już nieaktualnego nauczania Kościoła, ale po
stronie krytyków, którzy nie są w stanie przekroczyć choćby progu
objawionej rzeczywistości. Z tego powodu nie są zdolni do właściwej
oceny sensu nauki Kościoła.

Święty Grzegorz z Nyssy pisze: "Czystość, wolność od wad i pożądań
oraz porzucenie wszelkiego zła należą do natury Bożej. Jeśli to
wszystko jest w tobie, z pewnością Bóg jest w tobie"7. Jan Kasjan
nazywa ten stan integritas - integracją. "Nie chodzi tutaj o stan, w
którym ludzkie namiętności zostałyby unicestwione, lecz przeciwnie - o
stan, w którym odzyskałyby swą początkową integralność. Ta
integralność to pierwotny stan duszy, kiedy nie była ona jeszcze
zraniona przez szarpiące ją we wszystkich kierunkach namiętności. Siły
i pragnienia duszy, które pierwotnie zostały wypaczone przez grzech
(...), odnajdują swoją jedność. Człowiek znowu może być cały dla
Boga"8. Dokonuje się zjednoczenie dynamizmów ducha i ciała. Bardzo
głęboka przemiana ludzkiej natury - dar zbawienia - może się dokonać
tylko dzięki Jezusowi Chrystusowi, który w tym celu przyszedł na
ziemię, na krzyżu oddał swoje życie, przez zmartwychwstanie zwyciężył
grzech i wysłał do serc wierzących Ducha Świętego.

Moc Ducha Świętego ustanawia w człowieku nową relację do Boga i do
drugiego człowieka. Chrześcijanie są świadkami faktu, że żaden
psychoterapeuta nie jest w stanie tak głęboko wejść we wnętrze
człowieka, jak może to zrobić Duch Jezusa Chrystusa, który swoją łaską
skutecznie penetruje miłość małżeńską. Słowo Boże, porównywane w
Ewangelii metaforycznie do ziarna lub nasienia (po grecku: sperma),
wnika w duszę słuchacza i wydaje owoc. Nie tylko wyzwala małżonków z
poczucia bezsensu życia, samotności i izolacji, ale potrafi natchnąć
ich nowym sensem i pasją życia. Pierwotna intuicja wiary nawołuje do
podjęcia współpracy z Duchem Świętym w celu wprowadzenia doświadczeń
związanych z aktywnością seksualną na wyższe, ponadbiologiczne poziomy
przeżywania; nawołuje do głębokiej integracji sfery cielesnej z
psychiką i duchowością człowieka; w poruszeniach ciała odkrywa
istnienie coraz bardziej złożonych przeżyć psychicznych i stanów
duchowych. W ten sposób zostaje przywrócona seksualności jej pełna
godność. Staje się znakiem prawdziwej miłości osób.

Analiza zjawisk, które zachodzą w sferze płciowej, "prowadzi do
podstawowego odkrycia: podobnie jak na globie ziemskim zasadniczym
źródłem różnorodnych postaci energii jest energia słoneczna, tak też
energia duchowa jest pierwotnym źródłem zasilania generatora
warunkującego dynamikę sfery seksualnej. Trzeba by zatem dokonać
rewolucji kopernikańskiej: to nie duch kręci się wokół sfery
seksualnej (...), lecz przeciwnie, to sfera seksualno-cielesna
PRZEMIENIA SIĘ, by wyrazić to, co osobowe i duchowe"9. Jeszcze inaczej
tę myśl wyraża S. Olejnik, który stwierdza, że "duch ludzki potrafi
dźwignąć ontycznie (w płaszczyźnie bytu) i aksjologicznie (w
płaszczyźnie wartości) na wyższy poziom bios, swą cielesność, a w niej
i przez nią materię, nadając im głębszy sens, większą autonomię i
wyższą wartość"10. Gdy biologia ulega przebóstwieniu, przeżycie
erotyczne zostaje włączone w dogłębne doświadczenie religijne.

Odkrycie mocy ducha silnie powiązanego z ciałem pociąga za sobą nowe
spojrzenie na ludzką cielesność. Ciało ludzkie małżonków staje się
znakiem sakramentalnym, który pozwala odkryć niewidzialną tajemnicę.
Ciało przestaje być traktowane jedynie jako zespół tkanek, narządów i
funkcji; przestaje być oceniane na równi z ciałem zwierząt, ale staje
się ciałem osoby, która poprzez to ciało objawia się i wyraża.
Współczesna psychologia wskazuje, jak wielką rolę w przeżyciach i
zachowaniach seksualnych odgrywają wyższe procesy psychiczne. Procesy
te wpływają na selektywność spostrzegania bodźców erotycznych, na
afektywność seksualną, a nawet na funkcjonowanie biologicznego systemu
związanego z seksualnością. W świetle tej wiedzy nie można traktować
zachowań seksualnych człowieka jako przejawów instynktu seksualnego,
prostego mechanizmu cielesnego. Nie można oderwać ciała od psychiki i
ducha. Trzeba jasno powiedzieć, że wszystkie gesty ciała uczestniczą
na swój sposób w jedynej w swoim rodzaju aktywności, jaką jesteśmy my
sami. "Seksualność człowieka cechuje daleko idąca specyfika, która
zasadniczo sprowadza się, między innymi, do tego, że seksualność nie
jest tylko uzależniona - jak to się jeszcze często twierdzi - od
popędu biologicznego. Nie jest ona także odruchową lub emocjonalną
reakcją. U prawidłowo rozwiniętego człowieka sfera psychospołeczna
odgrywa w przejawianiu się seksualności bardziej decydującą rolę
aniżeli biologiczna. Dzieje się tak głównie dlatego, że jak
dowiedziono, u człowieka mózg, a szczególnie ośrodki korowe mają
większy wpływ na zachowania seksualne aniżeli hormony"11. Informacja
wskazuje, że zachowania i przeżycia seksualne są zależne przede
wszystkim od światopoglądu, religii, kultury, zwyczajów, charakteru
danego człowieka. Dlatego nie można oddzielać seksualności "od innych
aspektów życia małżeńskiego, a więc emocjonalnego, intelektualnego i
kulturalnego, a przede wszystkim szeroko rozumianej osobowości"12.
Twierdzenia nie przeczą istnieniu instynktu płciowego, zakorzenionemu
w chemii naszego ciała. Można go określić jako korzeń wszystkich form
zachowania seksualnego. Proces uduchowienia płciowości i życia
seksualnego małżonków jest cały czas "zakotwiczony w fizjologicznych
funkcjach ustrojowych: następuje przemieszczenie aktywności z obszarów
odruchowości warunkowej na obszary czynności ośrodkowego układu
nerwowego, w którym kształtują się procesy poznawcze, oceny i
wyobrażenia: to właśnie nazwiemy uwewnętrznieniem"13. Człowiek więc ma
świadomość instynktownych poruszeń ciała. Nie zmienia to jednak faktu,
że może panować nad nimi i nadawać im głębszy sens w stopniu zależnym
od swojego rozwoju duchowego i psychoseksualnego. "W życiu doczesnym
panowanie ducha nad ciałem - i równocześnie podporządkowanie ciała
duchowi - może stać się, jako owoc wytrwałej pracy nad sobą, wyrazem
duchowo dojrzałej osobowości, nigdy jednakże owo przeniknięcie sił
ciała energiami ducha nie usuwa samej możliwości wzajemnego ich
przeciwstawienia"14. Reakcje seksualne są więc ściśle powiązane z
innymi aspektami osobowości człowieka. Osobowość determinuje
szczególny sposób zaspokojenia instynktu seksualnego, nie determinuje
zaś instynktu jako takiego.


--------------------------------------------------------------------------------

1 P. Evdokimov, La connaissance de Dieu selon la tradition orientale,
Paris 1988, s. 29.
2 H. Lubac, O naturze i łasce, Kraków 1986, s. 83.
3 Jan Paweł II, List do rodzin, nr 19.
4 W. Giertych, Spowiedź małżonków, "W drodze" 1(293)1998, s. 16.
5 K. Wojtyła, Elementarz etyczny, Wrocław 1982, s. 44-45.
6 Kongregacja do spraw wychowania, Wytyczne wychowawcze w odniesieniu
do ludzkiej miłości nr 5.
7 Liturgia Godzin, Poznań 1982, T. III, s. 339.
8 A. Louf, W rytmie łaski, s. 87.
9 W. Fijałkowski, Seks okiełznany? Twórcze przeżywanie płci, Wrocław
1991, s. 13-14.
10 S. Olejnik, Etyka lekarska, Katowice 1995, s. 23.
11 J. Rostowski, Zarys psychologii małżeństwa, Warszawa 1987, s. 273.
12 J. Rostowski, Zarys psychologii małżeństwa, s. 275.
13 W. Fijałkowski, Seks okiełznany, s. 20.
14 Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Chrystus odwołuje
się do zmartwychwstania, s. 29.


Dodane przez kisielewska10 dnia maj 08 2007 20:43:23 ˇ 0 Komentarzy ˇ
0 Czytań


6. Miłość płodna


Etapy, drogi Gianny do świętości


6. Miłość płodna
LinkLink

Gianna czuła głębokie powołanie do macierzyństwa i bardzo pragnęła
mieć dzieci. Na dziesięć dni przed ślubem tak pisała do swego
przyszłego męża:


"Z pomocą i błogosławieństwem Boga zrobimy wszystko, aby nasza rodzina
mogła stać się małym wieczernikiem, gdzie Jezus króluje nad wszystkimi
naszymi uczuciami, pragnieniami i czynami... To już tylko kilka dni i
odczuwam wielkie wzruszenie na myśl o przyjęciu Sakramentu Miłości.
Staniemy się współpracownikami Boga w stwarzaniu, będziemy mogli
ofiarować Jemu dzieci, które będą Go kochały i będą Mu służyły".


Akceptowała nieuniknione poświęcenie, jakie niesie ze sobą życie w
rodzinie, nie pozwalając aby kiedykolwiek coś przyćmiło jej nieustanny
uśmiech. Konsekwencja, świadomość swoich obowiązków, zrównoważenie: te
typowe dla siebie cechy Gianna wykorzystywała do maksimum w życiu
rodzinnym, zawodowym i parafialnym z całą harmonią i prostotą.


Naczelnym celem małżeństwa było dla niej stworzenie licznej i świętej
rodziny. Z podróży poślubnej pisała do jednej ze swoich sióstr:


"Niestety, nie czuję jeszcze objawów ciąży, modlę się, aby Pan Bóg
podarował mi szybko wiele grzecznych i świętych dzieci".


Wcześniej jeszcze, kiedy stała przed wyborem materiału na suknię
ślubną, powiedziała do tej samej siostry:


"Wiesz, chcę wybrać bardzo piękny materiał, gdyż chcę później
przerobić suknię na ornat na Mszę Prymicyjną któregoś z moich synów".


W czternaście miesięcy po ślubie 19 listopada 1956 r. urodził się
Pierluigi, pierwszy syn; następnie Maria Zyta, która urodziła się 11
listopada 1957 r. i Laura Maria, która przyszła na świat 15 lipca 1959
r.: w ciagu niecałych 4 lat małżeństwa urodziła trójkę dzieci, a
wszystkie ciąże miały trudny przebieg.


Opowiada jej siostra S. Virginia, zakonnica:


"Jak wiele kosztowały Giannę jej dzieci można było zrozumieć z tego,
co często mi powtarzała: "Wiesz, ludziom łatwo się mówi: mają
pieniądze i warunki, to dobrze,że mają dużo dzieci - ale nie
rozumieją, że za każdym razem ja ryzykuję życiem. W każdym razie
jestem zadowolona i nie chcę tracić czasu, ponieważ i Piotr i ja nie
jesteśmy już najmłodsi i nie chciałabym, aby nasze dzieci pozostały
bez rodziców jeszcze w dzieciństwie".


Przyjęła poświęcenie jako powołanie od Boga i przyjmowała je dzień po
dniu jako święte posłannictwo, jako zadanie do wypełnienia, jako
obowiązek, od którego nie można się uchylić: codziennie praktykowała
miłość do Boga i bliźniego, nie tylko dlatego, że ewangeliczna miłość
jest cnotą, która streszcza w sobie "całe Prawo", lecz także dlatego -
jak sama zauważała, że - miłość ćwiczy także wolę, zaś "wypróbowana"
wola jest bardziej gotowa na każdy rodzaj poświęcenia.


Można powiedzieć, że wymiar poświęcenia był stale obecny i towarzyszył
wszystkim jej doświadczeniom życiowym, od tych domowych po zawodowe,
od tych matczynych po małżeńskie. Gianna rozumiała kobietę jako matkę
i żyła macierzyństwem w sposób ofiarny: być matką i być "ofiarą" to
były dla Gianny rzeczywistości nierozłączne. A wszystko to przeżywała
z radością, mimo iż trzeba było płacić wysoką cenę. Poświęcenie, aż po
ofiarę z siebie, było z góry przewidziane, brane w rachubę.
Jednocześnie swoją pracę lekarza wśród dzieci i najuboższych
traktowała również jako posługę macierzyńską, a więc także nieodłączną
od poświęcenia.


Napisała:


"Każde powołanie jest powołaniem do macierzyństwa fizycznego,
duchowego i moralnego, a przygotowanie się do niego oznacza
przygotowanie się do bycia dawcą życia".


I jeszcze:


"Jeśli w walce o nasze powołanie musielibyśmy umrzeć, to byłby to
najpiękniejszy dzień naszego życia".


I tak gdy po trzech bolesnych ciążach, na początku czwartej okazało
się, że konieczna jest operacja chirurgiczna włókniaka macicy, Gianna
wierna swoim zasadom moralnym i religijnym bez wahania poleciła
chirurgowi, by przede wszystkim zadbał o uratowanie życia jej
dziecka.


Przeżyła następnych sześć miesięcy, zwierzając się tylko nielicznym,
że jako lekarz jest świadoma co ją czeka.


Jej mąż pisze:


"Z niezrównaną siłą ducha i z niezłomnym postanowieniem kontynuowała
swoje posłannictwo jako matki aż do ostatnich dni ciąży. Modliła się
lub rozważała. Z uśmiechem i pogodą, którą wywoływały u niej piękno,
żywość i zdrowie jej trzech "skarbów", łączyła się prawie delikatna
obawa. Lękała się i obawiała, że dziecko może urodzić się chore.
Nieustannie modliła się aby tak się nie stało. Wiele razy prosiła mnie
o wybaczenie trosk jakie mi sprawia. Mówiła, że jak nigdy dotąd
potrzebuje uczucia i zrozumienia. Gdy zbliżał się termin porodu
powiedziała otwarcie, głosem zdecydowanym, a równocześnie pogodnym, z
głębokim spojrzeniem, którego nigdy nie zapomnę: gdyby trzeba było
wybierać między mną a dzieckiem - żadnych wahań. Żądam, abyście
wybrali dziecko. Ratujcie dziecko!"


Od stycznia 1962 r. do kwietnia, do chwili porodu powróciła do swojej
pracy zawodowej i domowej. W Wielki Piątek po południu 20 kwietnia
1962 r. wróciła do kliniki, aby rodzić.


W Wielką Sobotę matka Gianna, a z nią cała jej rodzina - przeżyli
nieopisaną radość z boskiego daru: daru nowego człowieka. Urodziła się
Gianna Emanuela, jak tata Piotr chciał, aby nazwać córkę dla
upamiętnienia mamy i jej poświęcenia.


W kilka godzin po porodzie wystąpiły niesamowite cierpienia:
sprawdziły się niestety przewidywania co do komplikacji. Gianna
wzywała co chwilę swoją matkę, gdyż cierpienia przekraczały jej siły.
Również w Niedzielę Wielkanocną okrutnie cierpiała, podobnie w
następnych dniach. W nocy z piątku na sobotę zaczęła się agonia.
Przeniesiono ją do domu i stamtąd odeszła do nieba między świętych w
sobotę rano o godzinie ósmej, 28 kwietnia 1962 r.


"Świadoma ofiara": tak określił ją Papież Paweł VI podczas modlitwy
Anioł Pański w niedzielę 23 września 1973 roku, przypominając "matkę z
diecezji mediolańskiej, która, aby dać życie swojej córce poświęciła
się przez świadomą ofiarę własnego życia".


Źródło:
lek. med. Gianna Beretta Molla. . Gianna Beretta MollaWydawnictwo
"PAMABA". Nowy Sącz 1996.

--------------------------------------------------------------------------------
Dodane przez kisielewska10 dnia maj 06 2007 19:43:13 ˇ 0 Komentarzy ˇ
0 Czytań


Przyjęłabym każde dziecko świata RAPORT POLOŻNEJ Z OŚWIĘCIMIA


Przyjęłabym każde dziecko świata
z Bogną Wagner rozmawia Romana Brzezińska i Jan Grzegorczyk

Historia Pani rodziny jest niezwykła. Gdybyśmy Pani nie znali,
moglibyśmy ją uznać za wręcz niewiarygodną. Sprawy nadprzyrodzone
pomieszane z całkowitą i bolesną prozą życia. Wiemy, że nie chce Pani
za bardzo o tym mówić, ale ta opowieść może niejednemu człowiekowi
pomóc. Jak to się stało, że została Pani matką dziesięciorga nieswoich
dzieci?

Nigdy nie używam określenia: nieswoje dzieci. No cóż, jeśli chcecie
tego wysłuchać, to musicie od początku. Miałam swoich rodzonych dwoje.
Był rok 1986. Skończyłam 38 lat i dojrzałam do spotkania się z sobą
samą. Zobaczyłam bezsens swojego życia. Sądzę, że prawie wszyscy
ludzie myślący muszą sobie w pewnym wieku zadać ważne pytania.
Zrodziło się we mnie pragnienie: jeżeli jest Bóg, to chcę w niego
uwierzyć. Pan Bóg nie pozwolił mi czekać, tylko mnie rzucił trzy razy
na kolana. Potem już poszło jak po sznurku. Najpierw wpadła mi w ręce
taka książka — myślę, że nie przypadkiem, bo, jak powiada mój znajomy
ksiądz, przypadki są tylko w gramatyce — Ludzie, którzy żyli
Ewangelią. Tam przeczytałam o Edycie Stein. Zobaczyłam, że światły
człowiek mógł uwierzyć i z całą odpowiedzialnością przyjąć tę wiarę do
końca. Drugą postacią była Stanisława Leszczyńska, położna z
Oświęcimia. Komentarzy nie trzeba, bo raport położnej z Oświęcimia
mówi za siebie. Jak ona to wszystko robiła, że nigdy nie było przy
połogu zakażenia? Czyli On jest, żywy, On zainterweniował. Zobaczyłam,
że ci ludzie mieli odwagę żyć Ewangelią w XX wieku. Potem wpadł mi w
ręce życiorys Maksymiliana Kolbego. Tam przeczytałam, że jedyne, co
się zachowało z jego ciała, to zdjęcia rentgenowskie. Jedno płuco miał
bez miąższu płucnego. Jak to jest możliwe, że mnie zwykłe zapalenia
oskrzeli powalały, a ten człowiek z podziurawionymi płucami żył,
chodził, nosił ciężary? Ujrzałam poprzez tych ludzi moc Bożą w
człowieku otwartym na Niego. Czy jest możliwe życie Ewangelią tu i
teraz — w naszym konsumpcyjnym społeczeństwie? Chciałam to pytanie
postawić komuś uczciwemu, kto tak żyje. I spotkałam takiego księdza.
Podeszłam kiedyś do niego i mówię: „Ksiądz jest bardzo młody, ale
proszę mi powiedzieć, czy w obecnym czasie można żyć Ewangelią?”. „Czy
pani sobie zdaje sprawę, o co pyta?”. A ja: „Proszę mi odpowiedzieć:
tak czy nie”. Popatrzył mi w oczy i powiedział: „Tak”. Powiedziałam:
„Dziękuję, z Bogiem” i poszłam. Od tej chwili wiedziałam, że przyjmę
każde słowo Pana Jezusa.

I Pan Bóg kazał zaadoptować dzieci?

Była jeszcze przede mną długa, a raczej skomplikowana droga. W tym
czasie ciężko zachorował mój brat. Bardzo go kochałam. Postanowiłam,
że będę chodziła cały maj za niego na nabożeństwa. Mój udział we Mszy
św. z racji tej ofiary, jakoby przypadkiem, spowodował otrzymanie
łaski świątecznego, radosnego nastroju, który kojarzył mi się z
dzieciństwem. Nie mogłam doczekać się następnego dnia i Mszy. Mąż
lubił swego szwagra, rozumiał moją ofiarę. Przychodził pod kościół i
potem szliśmy na brydża. Graliśmy w niego namiętnie. Kiedy zaczęły się
nabożeństwa czerwcowe, zaczęłam chodzić również na nie. Mój mąż
zaprotestował. „Ja Andrzeja lubię, ale Panu Bogu te 31 dni maja
wystarczy. Bez przesady”.

Pewnego dnia córka powiedziała mi: „Mamusiu, chcesz nauczyć się
modlić?”. A mi się wydawało, że ja jestem na szczytach. Ale nic,
poszłam na spotkanie i zobaczyłam grupę osób wielbiących Boga — nie
znałam takiej modlitwy. Na którymś ze spotkań ksiądz powiedział, że
gdzie dwóch lub trzech spotka się w imię Jezusa, tam On jest. I ja
poczułam Jego Osobę. Zaczęłam płakać, szlochać. Poczułam się tak
czysta, jakby w moich łzach zmył się cały brud. Pamiętam, wstydziłam
się, że tak płacząc, nie będę się mogła na osiedlu pokazać, bo ludzie
powiedzą, że tak może płakać po wyjściu z kościoła tylko
jawnogrzesznica. Nigdy tak w życiu nie płakałam. Tak się dokonało moje
nawrócenie, nie z mojej woli, ale z łaski Jezusa. W krótkim czasie
wielu najbliższych i przyjaciół odżegnało się ode mnie, bo z taką
dewotką nie chcieli mieć nic wspólnego.

Czym ta dewocja się manifestowała? W chodzeniu na spotkania
modlitewne? Może zapragnęła Pani wszystkich nawracać?

Zdarzyło się coś takiego jak w Ewangelii. Jeżeli znajdziesz skarb, to
wykop go i dziel się tą radością.

I Pani się zaczęła dzielić tą radością.

Tak, mówiłam, że beznadziejnie żyjemy. I ludzie mnie zniecierpieli.
Poza moim mężem. On jedynie powtarzał, że chce mnie mieć taką jak
przedtem. Byliśmy dobrym małżeństwem, 17 lat po ślubie, byliśmy bardzo
zaprzyjaźnieni. A rozwód wisiał na włosku. W sierpniu doznałam
uzdrowienia z raka. Stało się to na rekolekcjach w Jutrosinie. Kiedy
się nawracałam, to jeszcze nie wiedziałam, że jestem chora. To nie
miało z tym nic wspólnego.

Skąd się Pani dowiedziała, że ma raka?

Poszłam na badania za namową męża. Kiedy usłyszałam diagnozę, siły
uszły ze mnie jak powietrze. Nagle zobaczyłam siebie w myślach jako
kupę gnoju. Ile pożyję, rok, pół roku? Wiedziałam, że to jest
konkretne, że to się stało i że od tego nie ucieknę. Po drodze do domu
nieświadomie skręciłam w kierunku kościoła. Myślałam, że nie dojdę.
Szłam tip–topami, łzy ciekły mi mimo woli. Podeszłam do balasek i
zobaczyłam obraz „Jezu ufam Tobie”. O miłosierdziu nie wiedziałam
wtedy nic. Pierwszy raz płakałam nad sobą. Moje życie się kończyło,
byłam młoda, miałam plany, tysiąc pomysłów na życie. Żal mi było
siebie samej, moich dzieci. Syn miał dziesięć lat, a córka szesnaście.
Spojrzałam na napis „Jezu, ufam Tobie” i nie mogłam go zrozumieć.
Nagle coś mi przemknęło przez głowę. Było to zdanie z Ewangelii: „Włos
ci nie spadnie z głowy bez mojej wiedzy”. Wtedy sobie uświadomiłam, co
ono znaczy. Jezus chciał, abym zaufała. A ja wcale nie ufałam, tylko
się bałam. I nagle otrzymałam łaskę. Weszłam do kościoła, szlochając,
a wyszłam, śpiewając i tańcząc.

To wszystko dokonało się w ciągu jednego dnia?

Nie tylko, że jednego dnia, ale w ciągu paru minut. Wracałam z badań
jak kupka nieszczęścia, a doszłam do domu radosna. Mój mąż wiedział o
moim raku wcześniej, ale to ukrywał i tylko delikatnie wysłał mnie do
przychodni, bo na niego napierano, mówiąc, że kobieta umrze i nie
będzie wiedziała dlaczego. Po powrocie z kościoła musiałam go
pocieszać. Kiedy się dowiedział, że ja wiem o swoim raku, omal nie
zemdlał.

I wtedy poczuła się Pani zdrowa?

Stało się, że ktoś mnie wpisał na rekolekcje. Zapierałam się, nie
chciałam jechać. Ale już wcześniej postanowiłam Jezusa słuchać.
Powiedziałam: jeżeli Jezu chcesz, żebym jechała na te rekolekcje, to
daj mi jakiś znak. I przyszedł do mnie list od księdza, który w życiu
do mnie nie napisał. List następującej treści. „Już dziś dziękuję Bogu
za wszystkie łaski, jakich pani udzieli w czasie tych rekolekcji”.
Przedtem byłam na wakacjach. Byłam tak słaba, że ledwo niosłam ręcznik
na plaży. Po rekolekcjach wróciłam całkiem zdrowa. Namaszczono mnie na
nich olejami. Modlono się nade mną. Kiedy mój mąż mnie zobaczył,
opanowała go euforia. Ale na krótko. Właśnie wtedy nastąpił okres
spięć między nami.

Jak się Pani przekonała, że nie ma już raka?

Wycinków mi wtedy nie pobrano. Dopiero po czterech latach, ale to
odrębna historia. No cóż, poczułam się zdrowa jak koń, miałam siły
dwudziestoletniej dziewczyny.

Dobrze, jest Pani zdrowa, przejdźmy teraz do adopcji dzieci.

Nie, tak tego nie mogę zakończyć. Musi być zakończenie, czyli
nawrócenie mojego męża. Mąż mnie wówczas prześladował i mówił: „Ty
święta, czy można cię dotknąć?”. Był szorstki, mało przyjemny, innego
słowa nie chcę użyć. Nasze drogi się rozchodziły.

Wiedziałam, że albo będę musiała nagiąć się do niego, albo nasze
małżeństwo się rozleci. On nie ulegnie, bo to był człowiek z
kręgosłupem, nie podejmował decyzji na pięć minut, by potem ją
zmienić. Powiedział mi, że chce mnie mieć taką jak dawniej.

Ale Pani została uzdrowiona. To nic dla niego nie znaczyło?

To nie szkodzi. Mąż był typowym... Ja zresztą byłam przedtem taka jak
on, więc mu nie miałam tego za złe.

Groził nam rozwód. Powiedziałam. „Panie, przecież to niemożliwe, żeby
z Twojego powodu miało się rozpaść nasze sakramentalne małżeństwo”.
Pan Jezus zadziałał natychmiast. Następnego dnia mąż mnie obudził jak
za dawnych czasów i mówi: „Kotku, kawka... I jak to jest z tym Duchem
Świętym?”. Powiedziałam mu dwa zdania, a on trzasnął drzwiami... ale
za dwie godziny wrócił z powrotem i znowu mi postawił pytania, i znowu
trzasnął drzwiami. Wcześniej nigdy tego nie robił. Tak długo trzaskał
drzwiami i pytał, aż przyjął do swego życia Jezusa. Miesiąc i chłop
został pokonany miłosierdziem Boga. Szliśmy teraz ręka w rękę. W
następnym roku przyjęliśmy dzieci. Nie mogłabym podjąć się tego
zadania sama.

Jak to się stało?

Po moim nawróceniu zaczęłam bardziej dostrzegać potrzeby innych ludzi.
Byliśmy na Mszy, podczas której siostra zakonna z domu dziecka
prosiła, żeby zabierać choć na parę dni dzieci z tego domu, żeby miały
rodziny zaprzyjaźnione i jakiś punkt odniesienia w swoim życiu.
Usłyszałam to, ale stwierdziłam, że to mnie nie dotyczy. Miałam dwójkę
swoich i nie przepadałam za dziećmi. Usprawiedliwiałam się w duchu, że
jedni mają takie powołanie, a drudzy inne. Nie cierpiałam na brak
zajęć. Miałam życie po brzegi wypełnione. Mąż zawsze mówił, że jeśli
chcę mieć trzecie dziecko, to mam iść do sąsiada. Staraliśmy się być
rozważnymi ludźmi.

Wiele osób po wspomnianej Mszy zareagowało impulsywnie. Zaczęło
zapraszać dzieci do domu na weekendy. Znajomi mieli nam za złe, że my
nie bierzemy, a ja pamiętam jeszcze swoje przemyślenia z tamtego
czasu: nie chcę być dobrą panią. Jeżeli bym zaprosiła jakieś dziecko
do siebie, to nie mogłabym mu powiedzieć: już się znudziłam i więcej
cię, dziecko, nie zapraszam. Wziąć dziecko to jest decyzja na całe
życie, a nie na pięć minut. Nie wolno sobie za pomocą dziecka robić
uciechy. Znajomi zapraszali taką Kasię, miała chyba osiem lat. W
czasie wizyty u nich pierwszy raz widziałam na własne oczy prawdziwą
sierotkę — nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Byłam taktowna,
miła — wszystko. Po tym spotkaniu osobą o wiele bardziej wzruszoną był
mój mąż. On stracił ojca w wieku ośmiu lat. Po przyjściu do domu mąż
powiedział, że nie mógł patrzeć na to jej osierocenie. Tej Kasi by
nieba przychylił. Wkrótce Kasia mi powiedziała, zapłakana, że jej
młodszą siostrę, Ilonkę, ktoś chce adoptować i ona mnie błagała:
„Ciociu, nie pozwól, bo ja mam na świecie tylko Ilonkę. Nie pozwól
Ilonki zabrać”. I to mnie naprawdę wzruszyło. Autentycznie zadrżałam.
Nie mówiłam przyjaciółce, że powinna wziąć te obie siostrzyczki.
Wiedziałam, że muszę się rozprawić sama z sobą, że Jezus czeka na moją
decyzję. Dotąd nie nosiłam się z zamiarem adopcji. Przyszłam do domu,
opowiedziałam wszystko mężowi. Wysłuchał, wzruszył się ogromnie, ale
nic z tego nie wynikało. Dni mijały. A ja znowu bardzo ciężko
zachorowałam, tym razem na nerki. Moja choroba się ciągnęła, było
bardzo źle, potworne bóle. I pewnego dnia wszystko minęło w jednej
chwili. Mąż był świadkiem tego wyzdrowienia. Kiedy to zobaczył,
pierwsze słowa, jakie powiedział, to że dziś pojedziemy po Kasię i
Ilonkę. Dotrzymał słowa. Okazało się jednak, że dzieci nie można
adoptować. Miały nieuporządkowane papiery, a opowieści Kasi o Ilonce
podobno były fantasmagorią tego dziecka. Temat Kasi się skończył.
Wtedy pierwszy raz w życiu przekroczyłam próg domu dziecka. Zobaczyłam
na sali kilkanaście małych dziewczynek w wieku 5–10 lat. Siedziały w
kucki, wlepiając oczy we mnie i mojego męża. Łakome oczy. Wbite w nas
jak szpileczki, wyczekujące, łaknące spojrzenia. Ten obraz mnie
przeniknął. Mąż poczuł się zwolniony z problemu.

A Pani?

W drodze do domu postawiłam mu pytanie, czy nie wzięlibyśmy innych
dzieci. Powiedział, że absolutnie nie, że dotyczyło to tylko Kasi.
Mnie też zrobiło się lżej. Był luty. Tak trwało do Wielkanocy. W
Wielki Czwartek wróciłam z zakupów. Prowadziłam wtedy swój warsztat.
Koło godziny 18. wzięłam się do mycia okien. Weszła moja córeczka i z
takim przechernym wzrokiem powiedziała: „Jesteście, mamusiu, ładnymi
hipokrytami”. Ja tak słucham. Miałam się za taką dobrą, taką
prawowierną. „Czemu?”. „Taki stół, tyle żarcia, a te biedne dzieci w
domu dziecka...”. Na to wyszedł z drugiego pokoju mąż i powiedział:
„No wiesz, gdybyś jakieś dziecko zaprosiła na święta, nie miałbym nic
przeciwko temu”. Pomyślałam sobie, że to chyba Pan Bóg mówi, bo takie
słowa w jego ustach? Nagle poczułam jakiegoś bluesa. Samochodu nie
mieliśmy, ale stać mnie było na taksówkę. Poszłam na postój,
nakupiwszy dużo bezów, bo do dzieci bez słodyczy nie można, a bez
kartek były tylko bezy. Stoję w kolejce i myślę: Maryjo, jakie to
miałyby być dzieci? Nie potrafię wybierać. Dla Anety nie będę
przywoziła rówieśniczki, bo to już nie dziecko. To dla Arka, który
miał 11 lat. A więc pomyślałam o chłopcu. Byłam bardzo praktyczna, nie
miałam czasu zabawiać się z dzieciakami. Arek jest silną
indywidualnością, więc musiałoby to być dwóch chłopców. Jednego to by
Arek zjadł i przyporządkował sobie. Wobec tego najlepiej byłoby dwóch
braciszków, bo to z jednego domu, jeden kierunek wychowania.
Powiedziałam Matce Bożej: „Zostawiam Ci wybór, ale weź pod uwagę moje
preferencje”. Wtedy też pomyślałam po raz pierwszy, że skoro tyle się
najeżdżę do tych dzieci, jeśli miałabym je ciągle przywozić, to lepiej
je zaadoptować. „Wybierz mi, Maryjo, zatem takie dzieci, które mnie
pokochają, a ja je pokocham”. Przychodzi siostra Teresa, składa rączki
i mówi pokorniutko: „Paniuńcio, ja mam taką wielką prośbę, ja mam
takich dwóch braciszków. Nikt ich nie chce na święta, weź, paniuńcia,
tych dwóch”. Widzicie, że przypadki są tylko w gramatyce! Kiedy
zobaczyłam tych dwóch... Takie przedszkolaczki, tylko łepyszki im było
widać znad stołów. Takie mordki sympatyczne, a sznupki wpatrzone we
mnie i błyszczące oczka. Byli w pasiastych piżamkach. Wdzięczyli się
do mnie. Zapytałam ich: „Chcecie mieć ciocię?”. Pokiwali, ale nic nie
odpowiedzieli. „A chcecie z ciocią pojechać na święta?”. Znowu
pokiwali główkami. Powiedziałam im, że jutro po nich na pewno
przyjadę. Musiałam przygotować dom. Całą noc pracowałam, żeby mieć
święta tylko dla nich. Święta łączyły się z feriami, więc dzieci były
u nas tydzień. Doświadczyliśmy radosnego przyglądania się sobie.
Dzieci były tak zabiedzone, tak zagłodzone i tak niewyrośnięte, że
dziesięcioletniemu kupowałam rzeczy na metr trzynaście. Brałam obu na
ręce i hop siup. Takie były maleńkie.

Że nie sposób już było je odstawić?

Tak. Po tym tygodniu uważałam, że jest niegodziwością oddać te dzieci,
one nas już potrzebowały. Ale mój mąż był człowiekiem rozważnym.
Mówił: głową jestem w chmurach, ale nogami stąpam po ziemi. Kazał mi
je odwieźć, w sposób bezwzględny. Wiedziałam, że w pewnych sytuacjach
nie wolno mi było wywierać na niego nacisków, ale w myślach
skomentowałam: „Ty, człowieku, masz kamień, nie serce”. Musiałam
odwieźć dzieci wbrew sobie. Wzbudziły się nagle we mnie potężne
uczucia macierzyńskie.

Po powrocie mąż mi oświadczył: „Dominika zaadoptujemy, Gabrysia nie”.
Gabryś był dzieckiem bardzo nerwowym. Przeszkadzał we wszystkim mojemu
bardzo poukładanemu mężowi. Wszystko mu rozbrajał i rozkręcał. Nie
chciałam pogodzić się z tą decyzją, mówiłam, że to jest krzywda dla
dzieci. Trwały między nami rozmowy, przyszedł maj i komunia Gabrysia.
Siostra zadzwoniła, żebyśmy koniecznie przyjechali. Wyglądało na to,
że Gabryś będzie jedynym dzieckiem przystępującym do komunii św. bez
rodziców. Siostra błagała nas, żebyśmy byli rodzicami zastępczymi na
komunii, że dziecko tego nie przeżyje. W domu dziecka nawet najgorsi
rodzice zjawiają się na komunię. Pojechaliśmy i tak się złożyło, że
przed katedrą proboszcz powiedział: „A wy, rodzice, połóżcie ręce na
swoje dzieci i błogosławcie im”. Nie potrafiliśmy już nic robić, nie
wypełniając tego treścią. Po obiedzie mąż powiedział: „Zgoda. Gabrysia
zaadoptujemy też. Dziś to się stało. Będę mu ojcem, ja już się nim
stałem, wypowiadając błogosławieństwo”.

No i tacy zachwyceni swoją dojrzałością do decyzji komunikujemy to
siostrze, która nas zaprosiła na kawkę, a ona mówi: „No to weźcie
jeszcze Mirka”. „Jakiego Mirka!?”. Po czym okazało się, że tam jest
jeszcze cały ogon, że jest jeszcze czworo rodzeństwa, czyli razem
sześcioro. Jak ona to powiedziała, to ja prawie upadłam pod stół.
Dzieci nie wspominały o jakimkolwiek rodzeństwie. One wygrywały swoje
życie. Mój mąż w ogóle nie zareagował. Nie wiedziałam, czy to przyjął,
czy to do niego dotarło. Nasze mieszkanie nie było już w stanie
pomieścić tylu dzieci. Kiedy potem zapytałam męża, co on myśli o
Mirku, bo nic nie odpowiedział siostrze, wzruszył ramionami i
powiedział: „Słuchaj, na głowę to ja jeszcze nie upadłem. Dwójkę tak,
ale dalej to już chyba nawet nie potrzeba rozmowy”.

A jednak postawiła Pani na swoim...

Pewnego dnia byłam na Mszy z całą rodziną. Był dzień powszedni. Nie
myślałam wtedy o dzieciach, które mieliśmy zaadoptować. Poszłam do
komunii. Przyjęłam Pana Jezusa, obróciłam się na pięcie i w tym
momencie przestrzeń kościoła się skończyła... przeniosłam się w inną
rzeczywistość, znalazłam się w domu dziecka przy stojącej tam figurze,
której wcześniej nie widziałam. Stałam, a cała szóstka dzieci obiegała
mnie. Wykrzykiwały coś radośnie, a Pan Jezus mówił do mnie: „Ani
dwóch, ani trzech nie weźmiecie. Sześciu weźmiecie. To są moje dzieci,
ja je poślę w świat, wy jesteście moimi narzędziami. Ja zatroszczę się
o wszystko...”.

W tym momencie wszystko się skończyło, na powrót byłam w kościele.
Stałam dokładnie w tym miejscu, z jakiego wyszłam do komunii. W tym
moim widzeniu doznałam uczucia takiej miłości, jakiej nie znałam.
Zawsze byłam osobą kochliwą, kochałam się w wielu chłopakach. Ale tego
typu miłości nie znałam. To była miłość Pana Jezusa. Nagle zdałam
sobie sprawę z tego, że będę musiała powiedzieć to mojemu mężowi. I
momentalnie z tego uniesienia wpadłam w dół nieszczęścia. I krzyknęłam
w sobie: „Jezu, czemu Ty tego jemu nie powiedziałeś. Przecież on nawet
na trzecie nie chce się zgodzić!”. To było niewykonalne. Powiedziałam
o tym córce. Z mężem nie miałam nawet co próbować. Po wyjściu z
kościoła był zgryźliwy, uszczypliwy, a przecież nic nie wiedział o
całym moim przeżyciu. Miał tak czarny humor, że to uniemożliwiało
powiedzenie mu czegokolwiek. Nie chciałam postąpić nieroztropnie.
Drugiego dnia zaczęło się ze mną dziać coś złego. Wiedziałam, że
jeżeli tego nie powiem, to się chyba rozpadnę. Postawię wszystko na
jedną szalę, ale muszę to powiedzieć. I powiedziałam. Mąż nic nie
odparł, tylko zaczął gwizdać. To był objaw jego najlepszego humoru. Za
chwilę przyszedł i powiedział: „To musi ktoś rozeznać i myślę, że nie
jedna osoba”. I rzeczywiście doszło do tego rozeznania. To była ważka
decyzja, wymagała zmiany miejsca zamieszkania. Prawdziwość mojego
widzenia rozważało sześć osób duchownych. Orzeczenie było pozytywne.

I co mąż na to?

Zaakceptował i był pełen pokoju. Przez dwa tygodnie. Po tym okresie
stwierdził, że niestety chodzi zbyt mocno po ziemi i o tym, by miał
stać się ojcem ośmiorga dzieci, nie ma mowy. Dwójka tak, nie więcej.
Przeżywałam rozdarcie. Ale wiedziałam, że nie mogę zrezygnować z
wypełnienia słów Jezusa dla czegokolwiek i dla kogokolwiek. Osoby
duchowne, Boże, mówiły, że obowiązuje mnie posłuszeństwo mężowi i
miały rację, ale ja nie mogłam zapomnieć o tym, co było i wyrzec się
posługi Panu Jezusowi. Zgodzę się z wolą męża, ale nie wymażę tego, co
się stało. Nie mogłam powiedzieć, że ten obrus jest czarny, skoro jest
biały. Po jakimś czasie mąż się zgodził, żebyśmy na duże wakacje
wzięli czwórkę dzieci. Po tych wakacjach stwierdził, że przyjmie tę
czwórkę. Ale nie sześcioro, bo to jest ponad jego siły, ma
pięćdziesiąt lat. Rozumiałam go.

W te wspomniane wakacje dostałam do wiwatu. Dzieci się odkryły, bo
przedtem sprzedawały się świątecznie. Po dwóch tygodniach zaczęły
pokazywać swoje prawdziwe oblicza. Musiałam wstawać za piętnaście
szósta, a nie mogłam się kłaść wcześniej niż między pierwszą a drugą.
Mąż chyba chciał, żebym siebie samą wypróbowała, czy fizycznie dam
radę. Wytrwałam do końca wakacji, ale byłam potwornie zmęczona.
Zostałam powalona, powiem uczciwie, przez odkrycie ich charakterków.
Nie byłam przyzwyczajona, że dzieci mogą być tak uparte w swoich
zachciankach, tak niedające się naprawić, niechcące wypełniać mojej
woli w żadnym zakresie. Skończyły się wakacje, odwiozłam je do domu
dziecka, bo tak musiałam postąpić. Wróciłam do domu, zamknęłam drzwi i
poczułam taką wolność... jakiej nigdy nie doświadczyłam, to znaczy nie
zauważałam tej wolności. Wiedziałam, że nie mam ochoty wrócić po
dzieci, ale muszę to zrobić.

A nie próbowała się Pani targować z Panem Jezusem?

Nie targowałam się i nigdy się nie targuję. Dobrze na tym wychodzę.

Mąż, jak mówiłam, zgodził się na czworo. I powiem teraz jak wypełnia
się w życiu człowieka posłuszeństwo wobec Ewangelii. Doszło między
nami po raz kolejny do zachwiania. Sytuacja trwała, straciliśmy ze
sobą kontakt. Przyznawałam mu rację, ale nie mogłam się na nią
zgodzić. Siedzieliśmy przed telewizorem, łączył nas tylko ekran. I
nagle jakaś niewidzialna, ale zdecydowana ręka wypchnęła mnie z mojego
siedziska i zrobiłam coś wbrew swojej woli, co nie mieściło się w
moich zachowaniach. Mianowicie ta siła wypchnęła mnie do mojego męża,
przykucnęłam przy jego fotelu i pocałowałam go w rękę. Nie zrobiłam
tego nigdy w życiu. To mnie tak upokorzyło, że zaczęłam płakać. Mój
mąż też widać doznał szoku. Nigdy tego nie komentował. Wstał,
przygarnął mnie i powiedział: „Idziemy do księdza. Dobra, biorę
wszystkie dzieci”. I tak jak powiedział, tak zostało. Poszliśmy i mąż
uroczyście zakomunikował, że zgadza się na sześcioro dzieci. Pojawił
się problem zmiany mieszkania... Pan Jezus to wszystko poukładał, ale
to są tak obszerne tematy, że tego już nie ruszajmy. To był
październik, a w listopadzie mieszkaliśmy już w nowym mieszkaniu z
dziećmi. Sprawy formalne w sądzie załatwiliśmy w niecały tydzień. To
jest absolutny precedens.

Mówiła Pani, że z trudem podołała opiece nad nimi w trakcie wakacji.
Jak zatem możliwe stało się codzienne życie z taką gromadą?

Niech się nikt nie waży brać dzieci — jednego czy dwojga, to nie ma
znaczenia — sierot społecznych... bez Jezusa. Trzeba sobie najpierw
uświadomić, kto to jest sierota społeczna. To są najczęściej dzieci
alkoholików z silnym zagłodzeniem. A zagłodzenie w pierwszych latach
ma tragiczne skutki, bo mózg dziecka nie chce ruszyć. Jest ono
przymulone, jak po obozach koncentracyjnych. W wieku pełnoletnim
dzieci osiągają umysłowość ośmiolatka. Ono jest upośledzone. My sobie
nie uświadamiamy, że w normalnej rodzinie tak czy owak wychowujemy
dzieci, a te dzieci przez nikogo nie były wychowywane. Czemu ma się
przypatrywać dziecko w rodzinie alkoholików? Moje dzieci „ruszyły”,
ale to była sprawa Jezusa.

Moje dzieci nie potrafiły mówić. Kazałam im powtarzać, Ola, a one
mówiły Ala; Kraków — a one Krakew, Krakiw. Wszystko, byle nie
powiedzieć poprawnie. Takie dziecko nie chce się nauczyć. Ta nasza
pierwsza szóstka to były dzieci bardzo wysportowane, pomimo
zabiedzenia — chowały się bez mała w lesie. Jedyną ich zabawą było
łamanie gałązek, zabijanie ptaszków. Kiedy wzięłam je do miasta, to
ich zabawy polegały na celowaniu kamieniami w psy, w dzieci, we
wszystko, co żywe. Ale czy one były okrutne? Po prostu nie znały
innego zachowania. I to się przenosiło na wszystkie sfery życia.
Jeden, gdy mu coś nie pasowało, to za karę załatwił się w pokoju,
wytarł się najlepszą koszulką siostry... Kupowałam nieraz takie ekstra
rzeczy gdzieś w komisach, żeby zachować równowagę, żeby dzieci rodzone
nie poczuły, że wraz z nowym rodzeństwem obniża się poziom ich życia.
Chciałam im pokazać, że nic się nie stało. Kupiłam więc dziecku piękną
koszulkę, a on się nią podtarł i wszystko wsadził za kaloryfer. Były
dwie ubikacje w domu, ale on to zrobił ze złości. Chciał udowodnić, że
jest ważny. U tych dzieci żadne prawa nie rządzą. Jak każecie włożyć
łyżkę do buzi, to właśnie ją wsadzi do ucha. On będzie jadł zupę
uchem.

To jak żeście to przeszli po ludzku, Pani mąż, dzieci?

Kiedy dyskutowaliśmy o Mirku, o trzecim dziecku do adopcji, to Arek
kiedyś przyszedł, dla mnie wtedy był jeszcze berbeciem, i mówi:
„Mamusiu, czemu wy nie chcecie tego Mirka wziąć?”. Odpowiedziałam: „My
może byśmy chcieli, ale już nie ma go gdzie położyć”. „Nie żal ci tego
Mireczka? On jest taki malutki, taki osmarkany. Ja mu oddam swoje
łóżko”. „A gdzie ty będziesz spał?”. „Nie wiesz? Są piętrowe łóżka”.
„Ale to nie wystarczy”. „To dobudujemy drugie piętro. Ja będę spał na
samej górze, bo im będzie ciężko wchodzić, ale weź tego Mirka”. To nie
myśmy właściwie brali dzieci. To dzieci chciały te dzieci, choć nie
wiedziały, jaką to rewolucję wywoła w ich życiu.

Mieliśmy piękne, luksusowe mieszkanie. Tak wykończone, że nie było
gdzie gwoździa wbić. Przeprowadziliśmy się do rudery, do ruiny. Przez
pół roku mieszkaliśmy na kartonach. Moje dzieci nie wiedziały, co to
znaczy wyjść z luksusu. Mój mąż przez dwa lata to remontował, robił za
konserwatora zabytków. Dzieci musiały to zaakceptować. Nie było już na
wszystkie zachcianki, jak dotąd.

Kosztów nie da się zliczyć. Mąż był wytrwały jak skała. Jego patronem
stał się św. Józef. Te dzieci teraz są wspaniałe. Co było
niedociągnięte do śmierci męża, potem się wygoiło.

Jak Wam się to wszystko udało?

Od początku była zasada, że nie ma podziału. Nasze dzieci i
adoptowane. Najstarsze dzieci się oczywiście czasem przeciw temu
czasem buntowały, ale to było normalne. Pamiętam, jak kiedyś Arek,
rodzony syn, wszedł do kuchni i zaczął sobie smarować bułkę. Mąż
powiedział, że zjadł już swoje dwie. A on się zbuntował: „To ja we
własnym domu nie mam prawa zjeść tyle, ile chcę?”. „Masz takie same
prawa, jak wszyscy”.

Jest jeszcze jeden sposób na sukces wychowawczy. Kiedy po wielu latach
rozpłakałam się i stwierdziłam: choćbym na stosie spłonęła i tak nie
uczynię ich dobrymi. Czułam się okaleczona, bo uczyniłam wszystko
łącznie z modlitwą, trwaniem przed Bogiem i oddaniem siebie do końca
dzieciom, a jednak owoc był fatalny. Wtedy stary franciszkanin mi
powiedział: „Msza święta czyni cuda”. Dawniej ludzie zamawiali Msze
święte, a teraz kto? Jeżeli nam zbawienia potrzeba po śmierci, to tym
bardziej w życiu, ja to zrozumiałam i zaczęłam za dzieci zamawiać Msze
święte. Byłam nieustępliwa. Mówiłam: „Panie Jezu, nie ustąpię”. I Pan
Bóg uczynił poprzez te Msze święte moje dzieci dobrymi. To dało mi
taką wiarę, iż pomyślałam sobie, że nie bałabym się żadnego dziecka
świata, że każde dziecko mogłabym przyjąć, nawet nie widząc go ani nie
myśląc, skąd ono jest i jak głęboko jest zdeprawowane. Na sto procent
wiem, że człowiek nie uczyni człowieka dobrym. To jest pewne, że tego
sobie przypisać nie możemy, to jest poza nami. Nawet, jeżeli sami
będziemy świętymi, możemy tylko prosić.

Czy kiedy miała Pani kłopoty materialne, udała się Pani po pomoc do
jakichś instytucji państwowych?

Raz spróbowałam, ale po upokorzeniu, jakie mnie spotkało, dałam sobie
spokój. Pewien znany działacz społeczny, wówczas bardzo władny, wziął
mnie za naciągaczkę. Państwo w takich przypadkach jak mój praktycznie
nie pomaga. Przepisy są stworzone dla rodzinnych domów dziecka, a nie
dla rodzin zastępczych. Trzeba dopomóc tym ludziom, którzy się
decydują adoptować dzieci poprzez zmianę przepisów. W rodzinie
zastępczej jest pełnia odpowiedzialności rodzicielskiej, ale czasem
nie wystarcza pieniędzy. Otrzymałabym pomoc, gdybym uzyskała status
rodzinnego domu dziecka. Nie byłoby to jednak dobre dla dzieci, bo na
pytanie: „Skąd jesteś?”, dziecko musi odpowiedzieć — z domu dziecka.
Myśli: wmawiasz sobie, że masz mamusię, tatusia, ale ty jesteś z domu
dziecka i wszędzie o tym musisz mówić. Fastrygowany tatuś i mamusia. I
nigdy im nie zacerujesz tej przedziurawionej psychiki. Te dzieci chcą
mieć przynależność do ojca i do matki, to było u nich zawsze
najważniejsze. Ludzie tego nie mogą pojąć. Namawiają: „Niech pani
stworzy rodzinny dom dziecka, przecież miałaby pani korzyść, my pani
damy...”.

Zrezygnowaliśmy więc świadomie z mężem z możliwości pomocy materialnej
za taką cenę, bo najważniejsza jest godność dziecka, odbudowanie jego
psychiki, normalność życia. To ważniejsze niż profity materialne.

W zeszłym roku zmarł Pani mąż. Niedługo potem zdecydowała się Pani
wziąć jeszcze czwórkę dzieci, „kolejną turę”, jak Pani powiada. Dla
wielu ludzi jest to niepojęte...

Człowiek, kiedy służy tyle lat, sam sobie nie uświadamia, że się
otwiera. Oglądałam rok temu film Zanussiego o Ojcu Świętym. Akurat
trafiłam na moment, kiedy Papież był w Brazylii. Przychodzą do niego
tubylcy z darami. Widok szokujący, kobieta przyszła z pustym,
wyszorowanym garnkiem, robotnik, do połowy rozebrany, a potem kamera
objęła taplające się w błocie dzieci — brudne, głodne... Nigdy nie
widziałam Papieża tak zdenerwowanego i zdeterminowanego. Krzyczał,
wręcz z głębokości: „W imię tych dzieci, w imię dzieci całego świata
otwórzcie wasze serca!”. On już nie prosił, on nakazywał. Mnie jakby
piorun przeszedł. Siedzę w tym ciepełku, dzieci wychowane, problemy z
głowy, a we mnie porażenie. Nie spodziewałam się takiej reakcji.
Myślę: a ty byś mogła jeszcze otworzyć swoje serce i przyjąć jakieś
dzieci? Policzyłam, ile mam miejsca w domu...

Dziękujemy.

CZY WDZISIEJSZYCH CZASACH OBIE POSTACIE SA AUTORYTETEM DLA NASZYCH
DZIECI CZY ŻYJEMY TYLKO DLA SIEBIE ?

ZAJŻYJ TEŻ NA MOJA STRONE http://brzozowa2.vgh.pl/search.php?stype=f

Reply all
Reply to author
Forward
0 new messages