(...) w koszmarnych czasach komuny wielką popularnością cieszył się
anonimowy wierszyk, którego pierwsza zwrotka brzmiała następująco:
"W Poroninie, na jedlinie wiszą gacie po Leninie. Kto chce w Polsce
awansować, musi gacie pocałować".
Ponieważ większość ludzi pożąda awansu, tęskni do kariery i marzy o sławie,
więc do leninowskich gaci tworzyły się ogromne kolejki.
Ale PRL wreszcie się zakończył i zdawało się, że kolejka się rozpierzchnie.
Zdawało się, że nowa sytuacja sprzyja pojawieniu się w twórczości
autentyzmu, który, jak sądzę, jest pierwszym warunkiem wartościowej sztuki,
bez względu na jej rodzaj.
Jednak publiczność oczekująca autentyzmu trochę się chyba zawiodła.
Zamiast dzieł tchnących autentyzmem, pojawiło się mnóstwo imitacji, które z
natury rzeczy autentyczne być nie mogą.
Imitacje te początkowo przyciągały tłumy pragnące jakiejś odmiany, ale kiedy
pierwsza fascynacja minęła, publiczność zorientowała się, że lepiej obcować
z oryginałami niż z imitacjami.
Pojawiły się opinie, że ten kryzys w kulturze spowodowany jest brakiem
odpowiedniego mecenatu.
Gdyby pojawił się możny mecenas, to zaraz wszystko by się poprawiło.
Jest to oczywiście możliwe, ale możliwe jest i to, że imitacja jest po
prostu łatwiejsza niż autentyzm.
Żeby być autentycznym, trzeba, po pierwsze, mieć jakieś przemyślenia własne.
Nie każdego na to stać nie tylko z przyczyn, że tak powiem, pierwotnych i
obiektywnych, ale i ze względu na głęboko zakorzeniony nawyk nasłuchiwania,
jakie też może być teraz tzw. zamówienie społeczne.
Niezależnie od tego, wstępnego warunku, pojawia się też warunek drugi. nie
wystarczy powiedzieć coś autentycznego.
Trzeba jeszcze, żeby takie autentyczne przesłanie było ważne, niebanalne i
przekazane w sposób poruszający ludzkie serca.
Spełnienie tego drugiego warunku jest już bardzo trudne i sprostać mu mogą
jedynie nieliczni.
No dobrze, ale co z tymi liczniejszymi, którzy wprawdzie nie potrafią być
autentyczni albo nie potrafią wysnuć z siebie przemyśleń głębokich, mogących
poruszyć innych ludzi?
Oni wprawdzie tego wszystkiego nie potrafią, ale po pierwsze, jest ich
więcej, a po drugie - też chcą robić kariery, zdobywać sławę i tak dalej?
Co oni mają ze sobą zrobić?
Jedni próbują sił w pornografii, szmirze i w takim rodzaju twórczości,
którzy Francuzi nazywali kiedyś pour epater les bourgeois, czyli żeby
zaszokować mieszczuchów.
Ale dzisiejszego mieszczucha niełatwo czymkolwiek zaszokować z dwóch
powodów.
Po pierwsze, mieszczuch nasz jest bardzo świeżej daty, w związku z tym sam
nie wie dokładnie, co powinno go szokować, a co nie.
Bywa, że artysta chce go zaszokować, a tymczasem on - ani rusz; z otwartą
paszczą podziwia, myśląc, że to wszystko naprawdę.
Po drugie, do szokowania potrzebne są jakieś tabu.
Tymczasem polujących na karierę amatorów szokowania jest tylu, że wszystkie
tabu zostały już obalone, więc czym tu jeszcze szokować?
W tej sytuacji jedyna szansa na sukces pojawia się tylko w odniesieniu do
religii, w postaci szyderstwa z religijnych symboli i wartości.
Religia w dzisiejszych czasach jest chyba ostatnim autentycznym przeżyciem
angażującym i umysł, i emocje, więc nic dziwnego, że goniący za rozgłosem,
poszukujący swoich "pięciu minut", uczepili się jej, niczym pijany płotu.
Naturalnie nie chodzi im o to, by w kwestiach religijnych powiedzieć coś
istotnego.
To jest zbyt trudne, natomiast szyderstwo nie wymaga ani żadnej wiedzy, ani
żadnego myślenia, ani nawet opanowania rzemiosła.
Wymaga jedynie tupetu.
A tego akurat nikomu nie brakuje zwłaszcza gdy goni za sławą, niechby i
Herostratesową.
Inni, bardziej ambitni, imitują autentyzm.
Oczywiście o żaden autentyzm im nie chodzi, tylko raczej o rozgłos wywołany
sprawnym realizowaniem tzw. społecznego zamówienia.
Tym właśnie tłumaczę pojawienie się ostatnimi czasy w literaturze, sztuce i
nawet rozrywce tzw. nurtu żydowskiego.
Filosemici polscy dziwują się czasami, jak to jest możliwe, by istniał
antysemityzm bez Żydów.
Zdziwienie to, chyba też niezbyt autentyczne, bierze się z założenia, że
Żydów w Polsce "nie ma".
Trudno powiedzieć, skąd u filosemitów taka dziwna skłonność do negowania
obecności Żydów w Polsce wbrew oczywistym faktom, ale niech im będzie.
przypuśćmy, że mają rację, ale w takim razie niemniej dziwna jest
narastająca fala nurtu żydowskiego.
Skoro Żydów "nie ma", to jaka jest właściwie przyczyna pojawienia się i
narastania tej fali?
"W Poroninie, na jedlinie wiszą gacie po Leninie. Kto chce w Polsce
awansować, musi gacie pocałować".
Leninem dzisiaj w Polsce mało kto się już przejmuje, bo za Lenina nie
dostanie się dziś nawet złamanego rubla, ale zasada najwyraźniej pozostała
niezmieniona. Widocznie tematyka żydowska pełni dzisiaj obowiązki Lenina.
Nic zatem dziwnego, że do poronińskiej jedliny znów ustawia się kolejka do
pocałowania gaci, tyle, że już nie leninowskich.
Autentyzmu, ma się rozumieć, tutaj również nie ma nawet na lekarstwo, ale po
co takim twórcom autentyzm?
Czy nie wystarczy, żeby autentyczna była kariera i pieniądze?
Stanisław Michalkiewicz
źródło
http://www.asme.pl/101653590361734.shtmlPodobno teraz kursuje nowy: "W Poroninie na jedlinie wiszą gacie po
Schetynie......"