Afery warszawskie
Okres rzadów SLD i UW w warszawskim samorzadzie to czas afer i skandali.
Ponizej przedstawiamy kilka przykladów ilustrujacych te patologiczna
sytuacje.
Sródmiejski Labirynt
Od kilku lat ciagnie sie sprawa sprzedazy alkoholu przez klub Labirynt przy
ul. Smolnej, pomimo braku koncesji na taka dzialalnosc. Najemca lokalu jest
spólka Pokusa nalezaca do Wlodzimierza Frenkla i jego syna Piotra.
Frenkiel prowadzil od kilku lat pare innych lokali. W 1996 r. w budynku na
Nowym Swiecie otworzyl dyskoteke Studio Stereo. Kilka miesiecy pózniej
okoliczni mieszkancy wystosowali do Zarzadu Domów Komunalnych protest w
sprawie lokalizacji dyskoteki. Zarzad jednak nie interweniuje i skarga
trafia do dzielnicy Sródmiescie. We wrzesniu 2000 r. Anna Wysocka, ówczesna
dyrektor Sródmiescia przychylila sie do wniosku mieszkanców i nakazala
wypowiedziec umowe lub nakazac zamkniecie dyskoteki po godzinie 22. Jednak
dziwnym trafem nowe wladze Sródmiescia stwierdzily, ze klub nie zostanie
zamkniety. W zarzadzie znalazl sie Tadeusz Mietus, stary znajomy Frenkla.
Obaj byli dzialaczami warszawskiego ZHP - Mietus zajmowal sie hufcem
Praga-Poludnie, a Frenkiel Sródmiescie. Spotykali sie równiez w sródmiejskim
dzielnicowym komitecie PZPR. W latach PRL Mietus zajmowal sie “ocena
placówek hotelarskich w Sródmiesciu”, jednoczesnie bral udzial w spotkaniach
z ramienia komitetu dzielnicowego PZPR w spotkaniach z kandydatami do sejmu.
Byl równiez na zebraniach egzekutywy PZPR, przed pochodami 1-majowymi
“zabezpieczal ekipy porzadkowe w wypadku antyhasel”. Pod koniec lat 90-tych
r. Mietus stal sie “szara eminencja” Sródmiescia, zostal wicedyrektorem
Sródmiescia. Podlegaly mu wydzialy architektury, budynków, inwestycji i
spraw technicznych, geodezji i nieruchomosci, sprzedazy lokali mieszkalnych
i uzytkowych, zespól ds. Starego i Nowego Miasta oraz Zarzad Domów
Komunalnych. Wedlug mieszkanców Mietus oswiadczyl im, ze nie zamknie klubu
Frenkla.
Jednoczesnie zalozona przez Frenkla i jego syna spólka Pokusa zawiera umowe
z zarzadca Krajowej Agencji Wydawniczej na wynajecie bez przetargu 1000
metrów kwadratowych. KAW nie moze zerwac tej umowy przez dziesiec lat. W
lokalu tym powstaje klub Labirynt. Powstala sytuacja podobna do tej z klubem
Stereo, rozpoczely sie protesty mieszkanców. Wkrótce okazalo sie równiez, ze
Labirynt powstal bez waznych pozwolen m.in. na budowe i eksploatacje lokalu.
W grudniu 1998 r. sródmiejski wydzial architektury nakazal rozbiórke klubu.
Równiez Naczelny Sad Administracyjny orzekl, ze w lokalu nalezy przywrócic
pierwotny stan. Dyrektor Sródmiescia Piotr Fogler powiedzial: Gdybym
wiedzial, jak zamknac ten klub, tobym zamknal. To sprawa organów scigania.
Labirynt nie posiadal takze pozwolenia na sprzedaz alkoholu, pomimo to
zarzad Sródmiescia pozytywnie zaopiniowal wniosek Frenkla o wydanie
koncesji. Za udzieleniem zgody glosowal m.in. Mietus, który powiedzial
“Gazecie Stolecznej”: Z Labiryntem jest jak z domniemaniem niewinnosci.
Gdyby powstal nielegalnie, toby go dawno zamkneli, prawda?
Wkrótce “Gazeta Stoleczna” poinformowala równiez, ze Mietus szefowal i mial
udzialy w spólce Domex, która dzierzawi od klubu Wisla 11 hektarów przy Wale
Miedzeszynskim. Natomiast Kompania Muzyczna, z która zwiazani sa Frenklowie
wynajela od Domexu budynek i otworzyla klub Kon-Tiki. Na terenie Domexu
znajduje sie równiez klub Cosa Nostra, w której zostal zamordowany Jacek
Debski.
Domy komunalne pod lupa
Na nieprawidlowosci w gospodarce mieszkaniowej Sródmiescia wskazywal
zwolniony inspektor nadzoru z ADK-4. Zlozyl on do prokuratury doniesienia o
popelnieniu przestepstwa (naduzyc finansowych) przez Zarzad Domów
Komunalnych w Sródmiesciu w trakcie remontu budynku przy ul. Mostowej.
Twierdzil on, ze doszlo m.in. do: zwiekszania wartosci robót remontu,
wpisania do kosztorysu inwestycji, mimo nie ponoszenia tych wydatków,
fikcyjnego zakonczenia robót. Dyrektorem ZDK w Sródmiesciu byl Ryszard
Slowik. Tymczasem za czasów pierwszych rzadów Slowika w sródmiejskim ZDK
prokuratura aresztowala glównego ksiegowego oskarzonego o przeslanie 300
tys. zl na prywatne konto w Lichtensteinie.
Ciekawym suplementem do tej informacji jest fakt mianowania na stanowisko
zastepcy kierownika Zakladu Administrowania Nieruchomosci Dariusza Matusiaka
z SLD. W maju 2000 r. Matusiak, prowadzac po pijanemu samochód, spowodowal
wypadek samochodowy.
Oskarzenia o lapówki i korupcje
W okresie ostatnich kilku lat w samorzadzie warszawskim doszlo do kilku
glosnych afer korupcyjnych. W listopadzie 2000 r. zostal aresztowany
Waldemar P. wiceburmistrz Wloch, który zostal oskarzony o przyjmowanie
lapówek na kwote kilkunastu tysiecy zlotych (7 proc. od wartosci faktur). We
Wlochach zajmowal sie mieszkalnictwem oraz inwestycjami, wczesniej byl
szefem gminnej spólki zarzadzajacej domami komunalnymi na Ochocie. Jeden z
przedsiebiorców mówil, ze musial oplacac sie za dodatkowe zlecenia na roboty
w gminnych placówkach oswiatowych. Z kolei inspektor z urzedu gminy
twierdzil, ze zanosil 6 kopert z pieniedzmi.
Rok pózniej o korupcje zostal oskarzony burmistrz Targówka Marek Kaminski z
Platformy. W sierpniu 2001 r. przyznal nagrody finansowe swoim czterem
zastepcom. Potem, wedlug oswiadczen dwóch, mial zazadac od nich oddanie mu
po 10 procent tej premii. Jeden z nich mówil prasie: Wczesniej burmistrz
Kaminski wielokrotnie nam grozil i szantazowal odwolaniem. Na mnie pisal
donosy do prokuratury i do Najwyzszej Izby Kontroli. Na swoim urzedzie czul
sie zbyt pewnie, nie liczyl sie z zarzadem, rada ani radnymi.
Sam burmistrz kategorycznie zaprzeczyl tym oswiadczeniom: Zdarzenie przez
nich opisywane nigdy nie mialy miejsca. Nie przyjalem ani nie domagalem sie
gratyfikacji finansowych od moich zastepców za przyznanie im nagrody. Ich
oskarzenia odbieram jako zemste za utrate stanowisk w zarzadzie gminy.
Z kolei na Ursynowie wiceburmistrz Janusz Nowak z UW wyrazil zgode, by firma
NCC postawila 10-kondygnacyjne osiedle w poblizu Lasu Kabackiego. Za
pierwszym razem wladze Ursynowa zakwestionowaly wysokosc budynków, za drugim
firma NCC zamówila ekspertyze w firmie, w której pracuje córka
wiceburmistrza Nowaka. Wyrazil on zgode, zas sasiedzi planowanego osiedla
wniesli skarge do NSA. Jednoczesnie inny inwestor oskarzyl wiceburmistrza o
korupcje.
Taksówki z rozdzielnika
Równie dziwne interesy prowadzil prezes Miejskiego Przedsiebiorstwa
Taksówkarskiego Adam Toborowicz, który zostal zreszta odznaczony Krzyzem
Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski przez Aleksandra Kwasniewskiego.
Tymczasem wedlug samorzadowców Toborowicz narazil Warszawe na strate 5 mln
zlotych. Kierowcy MPT i radni Warszawy wielokrotnie protestowali przeciwko
decyzjom Toborowicza. W 1996 r. zarzad MPT nakazal wymiane starych
samochodów, ale tylko we wskazanych miejscach, podobnie jak wskazano, gdzie
sie ubezpieczac i brac kredyty.
Dwa lata pózniej radni zaniepokoili sie, ze MPT wplaca Warszawie bardzo mala
dywidende. Okazalo sie, ze do stolecznej kasy przedsiebiorstwo taksówkarskie
odprowadza tylko 200 tysiecy zlotych. W dodatku ujawniono, ze Toborowicz
mial udzialy w spólce od której MPT kupowalo samochody. Sam stwierdzil
jednak: Nie wzialem od nich nawet zlotówki, a jeszcze stracilem na tym.
W tym samym roku komisja rewizyjna Rady Warszawy uznaje, ze MPT jest
zarzadzane niegospodarnie i zarabia tylko dzieki wplatom kierowców. W 2001
r. szef MPT nakazal kierowcom zadeklarowac czy kupia nowe radiotelefony.
Jednoczesnie wskazal konkretny produkt, konkretnej firmy oraz banki, które
udziela kredytów. Okolo 200 kierowców, którzy nie podporzadkowali sie,
stracilo prace. Jeden z bylych radnych tak ocenial dzialalnosc Toborowicza:
Zmuszal ich [kierowców] do zakupów u dealera, którego byl wspóludzialowcem.
Ustalilismy, ze narazil miasto na 5 mln zl strat. W zakresie dzialalnosci
MPT miescil sie handel samochodami, ale prezes wolal konkurencje. Po
kontroli wzial jeszcze od zarzadu miasta nagrode 10 tys. zl., zas jego
zastepcy 5 tys. zl.
Mieszkania dla swoich
W czerwcu 1998 r. (w okresie kiedy Sródmiesciem rzadzila koalicja SLD-UW)
spóldzielnia DEMBUD wygrala przetarg na dzialke przy ul. Grzybowskiej.
Tymczasem inne spólki proponowaly cene znacznie wyzsza od DEMBUDU. Prezes
Witold Romanowski tlumaczyl: My tez nie dawalismy malo, bo ponad 2 tys. dol.
za
m.kw. Poza tym to chyba lepiej, ze polska ziemia pójdzie w rece rodzimego
kapitalu, który daje gwarancje, a nie kogos, kto zawiaze firme do przetargu,
wplaci kilka zlotych na konto i nie bedzie w stanie potem nic wybudowac.
Prezes DEMBUDU byl równiez lokalnym dzialaczem UW. Natomiast ówczesny
prezydent Warszawy Pawel Piskorski mówil: Poparcie, które Witek Romanowski
uzyskuje na Woli, rosnie z kadencji na kadencje. Widac laczenie funkcji
radnego i prezesa wyborcom nie przeszkadza. DEMBUD dzieki Bogu rozrósl sie,
dziala swietnie, jest jedna z najlepszych spóldzielni w Warszawie. To
absolutnie uczciwa i dobra firma. Nie ma w tej sprawie nawet cienia
watpliwosci. DEMBUD wygrywa przetargi w gminie Centrum tylko dlatego, ze
daje najlepsza cene albo najlepsza oferte.
Sprawa inwestycji DEMBUDU zainteresowali sie inspektorzy kontroli
wewnetrznej. Wedlug szacunków Sródmiescie moglo stracic nawet 30 mln
zlotych.
DEMBUD byl spóldzielnia mieszkaniowa warszawskiej elity, w jej budynkach
mieli swoje mieszkania m.in. Pawel Piskorski, Jerzy Hertel, Krzysztof
Andracki, Bronislaw Geremek, Bronislaw Komorowski, Radek Sikorski, Andrzej
Smirnow, Jan Krzysztof Bielecki, Michal Kulesza. Z drugiej strony czlonkami
spóldzielni byli szefowie mafii pruszkowskiej m.in. “Wanka”, “Masa”,
“Pershing”, “Slowik”. Romanowski twierdzi, ze nie wiedzial, iz mieszkancami
DEMBUDU sa czlonkowie “Pruszkowa”: Nie, bo oni podkupywali mieszkania. Nie
znalem ich. Dopiero potem ludzie zaczeli mi mówic. “Pershing” u nas byl.
(...) “Slowik” tez u nas byl, ale ma wynajete mieszkanie. Fizycznie
mieszkala u Dembudzie rodzina D. Nikt nigdy nie powiedzialby, ze to
gangsterzy. Ten mlody... malutkie dziecko, drugiego syna nosil na rekach,
zone pod reke prowadzil do samochodu. Jak ktokolwiek wchodzil, to otwieral
drzwi: “prosze” - przepuszczal.
Mafiozo z Bialoleki?
Glosnym echem obilo sie takze aresztowanie zastepcy naczelnika wydzialu
administracyjno-gospodarczego w Bialolece Janusza U. Byl równiez prezesem
Bialoleckiej Izby Gospodarczej - BIG, zwiazany z SLD. W lutym 2002 r. zostal
zatrzymany przez grupe policjantów z Centralnego Biura Sledczego. Oskarzono
go o udzial w zorganizowanej grupie przestepczej i handel falszywymi
100-dolarówkami. Mial je sprzedawac razem ze wspólnikiem znacznie ponizej
nominalnej wartosci. W czasie rewizji biura Janusza U. znaleziono kilka
dokumentów, m.in. kartke z kalendarza i potwierdzenie przelewu do jednego z
komercyjnych banków. Fakt, ze sprawe prowadzili policjanci z krakowskiego
oddzialu CBS i krakowskiej prokuratury sugeruje, ze moze ona posiadac
znacznie szerszy zasieg, ponadlokalny. Zatrzymany urzednik zajmowal sie
bowiem wspólpraca z zagranica i mógl wykorzystywac swoje stanowisko, jako
kanal przerzutowy np. dla falszywych banknotów.
Nieoficjalnie podawano, ze warszawscy policjanci i prokuratorzy zostali
wylaczeni z tej sprawy ze wzgledu na liczne powiazania biznesowe i
towarzyskie Janusza S. Po kilku miesiacach postawiono mu zarzuty
przeprowadzenia trzech transakcji na 2385 falszywych studolarówek, za które
razem ze wspólnikiem mial zazadac ok. miliona zlotych. Realizowano je
pomiedzy 13 grudniem 2001 r. i 13 lutego br. w Warszawie i Lomzy. Przed
zatrzymaniem oskarzeni próbowali wprowadzic do obiegu okolo 2 tysiecy
sfalszowanych banknotów. Wedlug prokuratury i policji podróbek tak wysokiej
klasy nie mogli zrobic zwykli amatorzy, musieli je otrzymywac od
“fachowców”. Identyczne “podróbki” znaleziono w innych miejscach Polski oraz
zagranica.
Na Bemowie – czyli pod latarnia najciemniej
Powiazania funkcjonariuszy publicznych ze swiatem przestepczym nie obejmuja
tylko indywidualnych przypadków, lecz dotycza calych struktur - w policji, a
takze urzedach miejskich. Chodzi nie tylko o ulatwianie dzialania
przestepcom, ale nawet o podejmowanie aktywnej dzialalnosci przestepczej.
Powiazania te najszerzej zostaly zbadane na Bemowie w zwiazku z
rozpracowaniem procederu kradziezy samochodów. Sledztwo w sprawie
przestepczej mafii z Bemowa rozpoczelo sie póltora roku temu. Zarzuty
zostaly postawione m.in. bylemu naczelnikowi wydzialu komunikacji w urzedzie
gminy na Bemowie Jerzemu C. oraz bylemu komendantowi tamtejszego komisariatu
policji Markowi W. Policja zatrzymala w maju 2001 roku, a w czerwcu
aresztowala, Jerzego C. Zarzucono mu legalizacje skradzionych samochodów.
Byl on równiez podejrzany o wspólprace w mafia pruszkowska. W urzedzie
dokonywano legalizacji kradzionych samochodów - rejestrowano je na
bezrobotnych. W ten sposób udalo sie “zalegalizowac” kilkaset skradzionych
aut. Procedura wygladala w ten sposób: Gangster z mafii zglaszal sie do
urzednika z falszywymi dokumentami samochodu, a takze z dowodem osobistym
skradzionym lub uzyczonym przez bezrobotnego. Kazda taka “legalizacja”
dokonywala sie za wiedza i zgoda Jerzego C. – tak zeznal w sledztwie jeden z
urzedników. Jerzy C. na Bemowie pracowal od 1984 r., w 1998 z poreczenia SLD
zostal radnym Warszawy oraz wiceprzewodniczacym komisji bezpieczenstwa. (po
ujawnieniu sprawy legalizacji wyrzucono go z SLD w czerwcu 2001 r.) Warto
dodac, ze od 20 lat byl on równiez bieglym sadowym – ekspertem w sprawach
samochodowych.
Jak naczelnik z komendantem
Jerzy C. pozostawal w bliskich kontaktach z komendantem policji z
komisariatu na Bemowie - Markiem W. Kontakty te – jak twierdzi prokuratura -
przeniosly sie równiez na sfere przestepcza. W czerwcu 2001 r. Marek W.
zostal zdjety ze stanowiska przez komendanta policji Antoniego Kowalczyka,
ale nie zostal zwolniony ze sluzby. Jako uzasadnienie przeniesienia podano:
utracil zdolnosc kierowania jednostka. Znamienne jest to, ze tydzien przed
przeniesieniem na inne stanowisko otrzymal z komendy stolecznej przydzial na
sluzbowe mieszkanie o powierzchni 107 m kw. (jego wartosc na rynku ocenia
sie na pól miliona zl). Wkrótce przeszedl na emeryture. 5 lipca 2001 r.
Marek W. zostal aresztowany. Zarzucono mu przyjecie lapówki w wysokosci 40
tys. zl. za uwolnienie zatrzymanego zlodzieja samochodów we wrzesniu 1999 r.
Z zeznan zlozonych w sledztwie przez jednego z podejrzanych wynika, ze
zwolnienie przylapanego na kradziezy fiata palio zlodzieja nastapilo w
porozumieniu miedzy naczelnikiem wydzialu komunikacji a komendantem policji.
Policja stwierdzila, ze w czasie, gdy decydowala sie kwestia wypuszczenia
zlodzieja na wolnosc, a zarazem wreczenia 40 tys. zl lapówki, Marek W. i
Jerzy C. jedenascie razy kontaktowali sie ze soba telefonicznie. Urzednicy i
policjanci z Bemowa podkreslali, ze Marek W. i Jerzy C. pozostawali ze soba
w bliskich kontaktach towarzyskich. Interesujace jest to, ze wladze
zwierzchnie nie dostrzegaly zadnych nieprawidlowosci. Burmistrz Bemowa
Wieslaw Sikorski stwierdzil, ze wiedzial o prowadzonym sledztwie w sprawie
korupcji, ale nie sadzil, ze zarzuty moga dotyczyc Jerzego C. - Trudno miec
jakiekolwiek zarzuty do naczelnika. Musze miec zaufanie do swoich
podwladnych. Kontrole wewnetrzne systematycznie przeprowadzane w urzedzie
nie naprowadzily nas na trop nieprawidlowosci w wydziale komunikacji –
stwierdzil w wypowiedzi dla “Zycia” (18.05.2001).
I ten, co mial scigac...
W sadzie jest takze akt oskarzenia przeciwko Piotrowi A. policjantowi z
wydzialu kryminalnego na Targówku, który pracowal w grupie zajmujacej sie
rozpracowaniem gangów samochodowych. Glównym przedmiotem jego sluzbowego
zainteresowania w ramach akcji pod kryptonimem “Wydzial” i “Sztos” byly
wydzialy komunikacji. Piotr A. dowiedzial sie, ze jeden z pracowników
wydzialu komunikacji na Bemowie zajmowal sie legalizacja kradzionych
samochodów i zazadal od niego lapówki – prokurator twierdzi, ze otrzymal 28
tys. zl. Piotr A. przyznal sie tylko jednego z kilku postawionych mu
zarzutów - przyjecia jednej lapówki w wysokosci 2 tys. zl. od wlasciciela
jednego ze skradzionych samochodów. A przyznal sie zapewne dlatego, ze
zostal na tym procederze przylapany przez policjantów z Komendy Glównej,
pieniadze, które przekazano Piotrowi A. byla znaczone.
Pracowal na dwie strony
W styczniu 2001 r. zostal aresztowany jako podejrzany o kontakty z gangami.
Piotr W. byl naczelnikiem wydzialu ds. przestepczosci zorganizowanej przy
Komendzie Stolecznej Policji od poczatku powstania wydzialu tj. od 1994 r.
Dzialal w sekcji, której zadaniem bylo rozpracowanie mafii pruszkowskiej.
Spotykal sie z Jaroslawem S. pseud. “Masa”- po raz pierwszy spotkal sie z
nim w 1995 r. i mial go namówic do wspólpracy z policja. Dwa lata pózniej w
1997 r. zrodzily sie podejrzenia, ze kontakty “sluzbowe” z gangsterami
zmienily swój charakter, zwlaszcza, ze informacje, które Piotr W. przynosil,
nie mialy wielkiej wagi. Przelozeni zdawali sie nie dostrzegac mozliwosci
skorumpowania Piotra W. nawet wówczas, kiedy okazalo sie, ze jedna z waznych
notatek, zawierajaca adres lokalu gangsterów “zniknela” przechodzac przez
jego rece. Podejrzenia nie wzbudzilo równiez wyrazne podwyzszenie sie
standardu zycia Piotra W. Sprawa jego wiarygodnosci nie zostala zbadana,
natomiast on sam zostal awansowany na stanowisko specjalisty w Komendzie
Glównej. Wspólpracownicy w jego nowym miejscu pracy równiez formulowali
zarzuty dotyczace jego wspólpracy z mafia, ale byly one lekcewazone przez
zwierzchników, a Piotr W. awansowal – zostal naczelnikiem warszawskiego
wydzialu PZ. Komendant Glówny Policji w grudniu 1998 r. otrzymal raport
ostrzegajacy przed dzialalnoscia Piotra W., ale i tym razem zostal on
zlekcewazony. Piotr W. byl jednym z kandydatów na stanowisko szefa
warszawskiego Centralnego Biura Sledczego, ostatecznie nie zostal nim, gdyz
przeszkodzil temu m.in. incydent, który mial miejsce w grudniu 1999 r. w
Komorowie pod Warszawa. Piotr W. pojawil sie przed domem Jaroslawa S., (ps.
“Masa”) aby ostrzec go przed grozacym mu aresztowaniem. “Masa” zlozyl
obciazajace go zeznania, a Piotr W. mimo to nadal pracowal w CBS, potem
przeszedl do pracy biurowej w Komendzie Glównej Policji. W maju 2000 r.
prokuratura wszczal przeciw niemu dochodzenie. Nie zostal jednak usuniety z
policji – odszedl na wlasna prosbe.
Wskazywali samochody do kradziezy
W ramach sledztwa prowadzonego od 1999 r. przez policjantów z Katowic, a
dotyczacych powiazan funkcjonariuszy policji z pruszkowska mafia w kwietniu
2001 r. pojawily sie zarzuty i dokonano zatrzymania kilku funkcjonariuszy
policji z Komendy Stolecznej i warszawskich komisariatów. Zarzucono im
udzial z zorganizowanej grupie przestepczej o charakterze zbrojnym. Wsród
zatrzymanych byl Dariusz Z. szef sekcji zajmujacej sie zwalczaniem kradziezy
samochodów. Samochody kradzione byly na Slasku, potem trafialy do Warszawy,
gdzie zaopatrywane byly w komplet dokumentów. Czesc z samochodów byla
nastepnie sprzedawana za granice. Policjanci pomagali w legalizacji
skradzionych samochodów, informowali przestepców o prowadzonych przez
policje sledztwach oraz o przygotowywanych listach gonczych, sprzedawali
policyjne mundury, przestrzegali przed policyjnymi akcjami i blokadami, a
nawet wskazywali samochody “nadajace sie” do kradziezy. W lutym 2001 r.
zatrzymano Ryszarda M. – naczelnika wydzialu komunikacji na Mokotowie wraz z
jego dwoma zastepcami pod zarzutem wspólpracy z mafia pruszkowska.
Zatrzymano równiez kilku prokuratorów, dziennikarzy i biznesmenów, którzy
kupowali kradzione samochody. Legalizacja samochodów miala sie odbywac w
mokotowskim wydziale komunikacji. 26 czerwca 2001 zatrzymano Adama N.
policjanta z komisariatu Warszawa Sródmiescie zarzucajac mu wspólprace z
mafia pruszkowska w legalizacji kradzionych samochodów. Dzien pózniej
zatrzymano trzech policjantów z komisariatu na Woli podejrzanych o
wspólprace z gangiem Mariusza D. (ps. “Przeszczep”) specjalizujacym sie w
kradziez samochodów “na stluczke”.
Kontakty sluzbowe i pozasluzbowe
Szczególnie cennymi obiektami zainteresowania mafii sa osoby, które maja
dostep do informacji. W sierpniu ubieglego roku “Zycie” poinformowalo, ze
ówczesny rzecznik prasowy Komendy Stolecznej Policji Dariusz Janas byl
sprawdzany przez Biuro Spraw Wewnetrznych Komendy Glównej Policji. Chodzilo
o podejrzenie wspólpracy z przestepcami. Informatorzy policji mieli podawac
nazwiska gangsterów, z którymi utrzymywal on kontakty; wskazywano równiez
lokale, w których mial sie on spotykac z przestepcami. Zarzuty dotyczyly
ujawniania poufnych informacji, do których Janas mial niemal nieograniczony
dostep, w zamian za korzysci majatkowe. Widywano go m.in. w warszawskiej
dyskotece “Labirynt” - jest to lokal, który wybudowano bez zezwolenia. Janas
wczesniej pracowal w pionie kryminalnym, byl tez naczelnikiem wydzialu
dochodzeniowego Komendy Rejonowej Warszawa Sródmiescie. Jak sam mówi, jego
sluzbowe kontakty z gangsterami siegaja konca lat 80., gdy nikt jeszcze nie
mówil o zorganizowanej przestepczosci. W chwili obecnej Janas pracuje w
agencji detektywistycznej Krzysztofa Rutkowskiego.
Piotr Baczek
Witold Starnawski