Google Groups no longer supports new Usenet posts or subscriptions. Historical content remains viewable.
Dismiss

racjonalne szkolnictwo

3 views
Skip to first unread message

Jax

unread,
Dec 13, 2008, 4:17:36 PM12/13/08
to
W 1563 r. ustalono, że tradycja Kościoła jest ważniejszym źródłem
objawienia od Słowa Bożego. Podobno dla lekarzy ważniejsze jest leczenie
niż wyleczenie. To samo widzę w edukacji, tradycja nauczania stała się
ważniejsza do samego kształcenia. W szkolnictwie tak jak w religii
katolickiej narosło tak wiele fantastycznych rytuałów i mutacji, że
wymagane jest zbudowanie koncepcji kształcenia od podstaw.

Poniżej przedstawiono:
1.Racjonalne funkcje szkoły w sytuacji istnienia tanich komputerów
pracujących w taniej sieci globalnej.
2.Racjonalną szkołę podstawową.
3.Racjonalną szkołę ponadpodstawową.
4.Wspomnienia dotyczące edukacji z mojego poprzedniego życia w
zaawansowanej moralnie i technicznie cywilizacji dobra (totaliztycznej).

Wg Mnie szkoły powinny pełnić funkcję doradczą, treningową i
egzaminatorską.
1.Funkcja doradcza – pomaganie w rozwiązywaniu napotykanych problemów i
uświadamianie problematyki możliwych do wyboru obszarów problemowych (z
czym faktycznie określony zawód się wiąże).
Czynniki przeciwne: milczenie tak jakby tych spraw nie było. A zamiast tego
wymyśla się: „edukacje seksualne”, gadki o „narkotykach” i innych
zboczeniach. Anonimowi, edukacyjni decydenci krążą w kółko jakby nie mieli
pojęcia o co na prawdę chodzi. W szkole podstawowej chodzi o
zaprezentowanie dzieciom faktów wynikających z istnienia praw moralnych,
razem z konsekwencjami ich przestrzegania i łamania. A następnie chodzi o
to by pomóc dzieciom określić wymagania względem siebie (określić
indywidualnie i świadomie zakres odpowiedzialności) – to przeciwieństwo
promowanego i utrwalanego przez system edukacji wypełniania jedynie wymagań
zewnętrznych. Określenie wymagań wobec siebie jest jak najbardziej zdrowe,
bo tak naprawdę doświadczenie w świecie fizycznym ma na celu wypracowanie
nawyku stawiania wymagań względem siebie i utrzymywanie tych wymagań
(standardów działania/postępowania) bez względu na doznawane uczucia (które
jednak należy przeżywać jak najpełniej) – to jest inteligencja - uczucia
jak najpełniejsze, a działania jak najracjonalniejsze. Należy nauczyć
rozróżniać uczucia od czynników obiektywnych/rzeczywistych.
2.Funkcja treningowa – organizacja sprawnej prototypowni rozwiązań
koniecznej do dobrego opanowania umiejętności wybranego zawodu (raczej na
pewno we współpracy z wybranymi przedsiębiorstwami). Elementy tego
podejścia są na politechnikach (tandem wykład-laboratorium), ale i tak tam
jest religijne przywiązanie do niepotrzebnych już dziś wykładów -
oczywistym jest, że dziś wystarczą dobre materiały elektroniczne (w stylu:
http://wazniak.mimuw.edu.pl/index.php) oraz, w razie konieczności, wsparcie
w postaci indywidualnych konsultacji edukacyjnych. Nie muszą to być jakieś
kosmiczne rozwiązania, bo przy obecnych cenach i mocach komputerów domowych
jasnym jest, że praktycznie wszystkie projekty i część testów nowych
urządzeń można wykonywać w domu, a do prototypowni przynosić dobrze
przygotowane projekty. Czynniki przeciwne: rzekomy brak pieniędzy, ale tak
naprawdę, to brak pomysłu i chęci oraz skostnienie umysłowe/systemowe
(religijne podejście do obecnych rozwiązań zamiast racjonalnego
unowocześniania).
3.Funkcja egzaminatorska – dokumentowanie indywidualnych postępów na drodze
do uzyskania zakładanego poziomu umiejętności i wiedzy (praktycznie nie
widzę problemu by ktoś w jednym ciągu uczył się od skończenia podstawówki
do poziomu umiejętności z technicznych studiów wyższych). Jednak zakres
wiedzy jaką ktoś chce uzyskać był by określany przez samego
zainteresowanego, nie zaś odgórnie jak obecnie – każdy by decydował sam w
jakim kierunku i w jakim stopniu chce się kształcić – szkoła dostarczałaby
jedynie infrastruktury i certyfikowała by faktyczne umiejętności. Każdy bez
wstydu i bez zbędnych kosztów mógłby wrócić do szkoły by odnowić czy
rozszerzyć zakres certyfikowanej wiedzy w wybranym kierunku. Po to by
zapewnić możliwie największy obiektywizm ocen, każda etapowa ocena powinna
być wystawiana bez pojęcia kto jest oceniany (w żadnym razie oceniający nie
powinien być nauczycielem/mistrzem/liderem ocenianego). Oceny za teorię
powinny być procentowe od 0% do 150% (100% to standard + 50% jako margines
indywidualnych preferencji i dokumentacja wybitnych osiągnięć) z progiem
zaliczenia min 50% - żadnych idiotyzmów w stylu zaliczeń na 30% lub
mglistych i mataczących ocen 1,2,3,4,5,6 lub 2,3,3.5,4,4.5,5,5.5, bo w
ogóle nie wiadomo o co w nich chodzi. Natomiast za umiejętności powinny być
przyznawane punkty. Pobieżna analiza wskazuje na trzy składowe punktacji
umiejętności: 1) punkty projektowe za ilość zastosowanych koncepcji
(algorytmów, szablonów i zasad projektowych), 2) punkty funkcjonalne za
konkretne funkcje realizowane przez system, 3) punkty karne (ujemne) za
braki w interfejsie użytkownika.

Jedynym religijnym przykazaniem w edukacji powinno być: „Nauczaj jedynie to
co zostało formalnie dowiedzione” (w wyniku obiektywnych wyników
eksperymentów lub w oparciu o wcześniej udowodnione teorie). Należy
wyraźnie oddzielić edukację od nauki. Bo prawdziwa edukacja to prezentacja
tego co już zostało formalnie dowiedzione (jak w matematyce), a prawdziwa
nauka to szukanie formalnych dowodów tworzonych teorii. Oczywiście obecnie
mamy kompletny śmietnik zarówno w naszej (pseudo)edukacji jak i w naszej
(pseudo)nauce – bo rozróżnienie rzeczy dowiedzionych od fantastycznych
kłopocze jedynie matematyków. Aby przywrócić do zdrowia edukację należy ją
oczyścić z całej urojonej i niejednoznacznej błogości, bo jest ona bardzo
szkodliwa jako, że wpaja na poziomie podprogowym przeświadczenie o braku
możliwości obiektywnej oceny postępowania – co jest bzdurą i promowaniem
pasożytnictwa. Powyższe w praktyce oznacza, że z tzw. historii pozostały by
jedynie daty i charakter wydarzeń, bo nie ma co się kłopotać próbami
dochodzenia tego co się działo w główkach tych co już nie żyją, bo to
bezsensowne rojenia (z których nic pozytywnego nie wynika). Takie coś jak
język polski ograniczono by do rzetelnej wiedzy o tym jak poprawnie,
konkretnie i zwięźle pisać oraz jak prawidłowo formatować proste dokumenty.
Natomiast lektura i przemyśliwanie beletrystyki było by ew rozrywką w
czasie wolnym (mogły by być jakieś młodzieżowe kluby literackie, ale nie
pseudoformalne egzaminowanie z tych bzdur). Nie muszę chyba dodawać, że coś
takiego jak religia w szkołach w ogóle nie powinna istnieć, bo raz: że to
abstrakcyjne bzdety, dwa: że zmutowane, pokręcone i nieprawdziwe, trzy: że
nauka już ustaliła podstawowe prawa moralne i konsekwencje ich działania,
cztery: nawet istnienie Boga zostało udowodnione (totalizm wywiedziony z
Konceptu Dipolarnej Grawitacji). Humanistyczne wydziały uniwersyteckie
(zarządzanie, politologia, socjologia, psychologia, historia, filozofia,
muzyka, plastyka, profesjonalna gimnastyka i inne bzdety) powinny zostać
całkowicie odstrzelone od pieniędzy przeznaczanych na edukację. Te
humanistyczne/urojone "dziedziny" powinny funkcjonować wyłącznie w sposób
amatorsko-indywidualny bo taki jest faktyczny charakter tych dziedzin z
których faktycznie nic nie wynika (nawet reformy syfiastej ortografii
polskiej nie są w stanie zaproponować, a co dopiero ją przeprowadzić).

Moim zdaniem obowiązkowa szkoła podstawowa powinna obejmować wiek od
skończonych 6 do skończonych 12 lat (6 lat). Jedynie szkoła podstawowa
powinna mieć charakter ogólny i grupowy. W szkole podstawowej stawiano by
głównie oceny procentowe, gdyż miałaby ona charakter teoretyczny. Szkoła
podstawowa powinna być aktywna (wręcz opresyjna), wyraziście uświadamiać
konsekwencje, i (w kooperacji z rodzicami) wymuszać na uczniu udział w
zajęciach i realizowanie materiału. Jednak szkoła powinna być
optymalizowana dla zmotywowanych uczniów (nie równać w dół!). Szkolnictwo
podstawowe powinno być zorientowane na:
1.uświadomienie istnienia praw moralnych i konsekwencji ich łamania
(reprezentacja filozofii totalizmu i jego przeciwieństwa: pasożytnictwa) –
ale z ograniczeniem reprezentacji tylko tego co udało się ustalić ponad
wszelką wątpliwość (rzeczy dowiedzione). Konicznym było by informowanie
rodziców o aktualnie przekazywanych informacjach o prawach moralnych. Tak
by rodzice brali udział w procesie kształcenia swych dzieci i by rodzice
nadawali temu procesowi praktyczny wymiar (głównie przez zwracanie uwagi na
konkretne przykłady łamania praw moralnych).
2.wszechstronne przetestowanie uzdolnień i ich dobre uświadomienie
3.nauka skutecznych metod postępowania, sposobów rozwiązywania problemów i
planowania działań (w tym uczenie sztuki rozwiązywanie napotykanych
problemów życiowych osobistych i rodzinnych) - tego wcale się nie uczy w
szkołach jakby te sprawy w ogóle nie istniały
4.uczenie sztuki świadomego wyboru dziedzin problemowych w których chce się
w przyszłości działać (zawodu, modelu życia i celów rozwoju osobistego) –
czyli pomoc w ustaleniu indywidualnego zakresu odpowiedzialności
5.nauka rozpoznawania i pojmowania treści abstrakcyjnych. Wraz z
uświadomieniem konieczności samodzielnego przeczytania określonej liczby
bajek/powieści, by poznać słownictwo i konstrukcje językowe. Z prezentacją
bajek/powieści o bogatym słownictwie.
6.naukę: pisania (kaligrafia, gramatyka, skład małych tekstów)
7.naukę podstaw: matematyki, fizyki i informatyki - z ciągłym
prezentowaniem zastosowań prezentowanych treści i z naciskiem na wizualną
prezentację zjawisk
8.wiedzy jak dbać o swoje ciało (higiena osobista, wartościowe odżywianie,
prawidłowa gimnastyka)
9.naukę o sposobach zdobywania informacji i samodzielnej nauki (podstawowa
znajomość obsługi komputera i korzystania z sieci globalnej)
10.wiedzy o sposobach samodzielnego rozwoju umysłowego (pamięci,
inteligencji, wyobraźni, uczuciowości i redukcji błędów) - tego też w ogóle
niema w szkolnictwie (najprawdopodobniej z tego powodu, że wielcy teoretycy
edukacji i nauki nie zaprzątają sobie główek tak kluczowymi/zasadniczymi
sprawami)
11.prezentacji wiedzy o głównych wydarzeniach historycznych z dziejów
narodu i cywilizacji (wystarczy podać od 100 do 200 wydarzeń z dziejów
świata i tyle samo wydarzeń z dziejów narodu - czyli 2 lata po 2 godziny
tygodniowo)
12.prezentacji zasad bezpiecznego postępowania w życiu codziennym
13.naukę czytania map


Od 12 roku życia powinna być szkoła ponadpodstawowa w której była by nauka
indywidualne ustalonego ZAWODU TECHNICZNEGO umożliwiającego BUDOWANIE
DZIAŁAJĄCYCH ROZWIĄZAŃ w indywidualnie określonym zawodzie, specjalizacji i
zakresie (ok. 6 lat nauki i treningu). Zwiększanie wiedzy teoretycznej
wynikało by tylko z braku możliwości rozwiązywania konkretnych problemów
prostszymi metodami (żadnej wiedzy na zapas). W szkole ponadpodstawowej
stawiano by przede wszystkim oceny punktowe (ilość punktów projektowych,
funkcjonalnych i ujemnych punktów karnych (za oczywiste braki)), gdyż ta
szkoła miała by charakter głównie praktyczny. Tylko nauka zawodu
technicznego była by darmowa i zorganizowana. Dziedziny wymagające wkucia
opasłych tomów definicji (np.: biologii, chemii, fizyki, matematyki) były
by dostępne dopiero po wykazaniu się zdolnością do robienia na określonym
poziomie rzeczy działających. Natomiast dziedziny o charakterze "wróżenia z
fusów" (np.: zarządzania, ekonomii, socjologii, psychologii, pedagogiki,
medycyny) były by dostępne w formie materiałów do poczytania, bo niby jak
je testować i oceniać. Dlaczego tak ważna jest nauka tworzenia działających
rozwiązań (zamiast statycznych)? Po pierwsze: rozwiązania statyczne to w
najlepszym razie sztuka. Po drugie: umiejętność tworzenia nowych rozwiązań
jest szansą na uczestniczenie w budowaniu cywilizacji. Po trzecie: są dwa
sposoby dowodzenia słuszności postępowania: dowód formalny i obiektywny
fakt osiągnięcia celu. Dowodzenie formalne kompleksowych problemów jest
poza zasięgiem ziemskiej nauki (przykładowo przy wytwarzaniu nowego
programu komputerowego, leczeniu chorób) bardzo często jest to sztukowane
nowoczesnym zabobonem czyli statystyką. Dlatego przy dowodzeniu poprawności
przyjętych metod konieczne jest oparcie się na rzeczywistości - czyli
trzeba nauczać takich rzeczy co do których można stwierdzić, że działają,
albo nie działają (z obowiązkowym STWIERDZENIEM KIEDY DZIAŁA A KIEDY NIE
DZIAŁA). Przykłady umiejętności jakie powinny być do opanowania w szkołach
ponadpodstawowych: programowanie (baz danych, gier, systemów operacyjnych,
multimediów, itd.), elektronika (RTV, komputery, telekomunikacja,
sterowniki mikroprocesorowe, itd.), mechanika (silniki, energetyka,
samochody, samoloty), hydraulika. Przykłady dziedzin jakie zupełnie się nie
nadają do nauczania: literatura/polonistyka (bo sztuka), ekonomia (wróżenie
z fusów), socjologia (statystyczny zabobon przydatny tylko do ujawniania
rażących braków rynkowych/społecznych), psychologia (bez komentarza),
medycyna (zabobon), historia (w podstawówce można wspomnieć o kilku
datach), politologia (co to niby jest), zarządzanie (powinien być dostępny
dla leni jako teksty do poczytania, bo to same banały które są oczywiste
dla każdego kto próbował zrobić coś działającego), marketning (raczej nie
jest to działające rozwiązanie tylko z założenia ogłupiające). Szkoła
ponadpodstawowa nie miała by charakteru dzisiejszych techników technicznych
(co idiotyczne w Polsce są technika nie techniczne np. ekonomiczne,
gastronomiczne, chemiczne) – bo w technikum odbywało się głównie ględzenie,
bez wzmianki o metodach projektowych, a laboratoria były nieoptymalne,
traktowane po macoszemu i zabiedzone (o urągających „warsztatach” to już
nawet nie wspomnę). W tej szkole uczono by tylko konkretnych umiejętności
zawodowych (wcale nie oznacza to, że byłyby one proste, przykładowo
projektowanie mogło by wymagać znacznej wiedzy matematycznej i fizycznej).
Było by to zerwanie z nudnym i demoralizującym ględzeniem o "ogólniejszych
sprawach" na temat aspektów danych zawodów - kontekst życiowy ma wynikać z
praktyki! Ma to pozwolić na samodzielne budowanie wniosków ogólniejszych
wynikających z praktyki i własnego doświadczenia - jest to przeciwieństwo
obecnej łopatologii wciskania do głów samych kontekstów (subiektywnych) i
dopiero później u co bardziej rozgarniętych następuje weryfikowanie tych
wymysłów przez praktykę (jednak są znane przypadki trwałego bezkrytycyzmu
wykształtowanego przez szkolną propagandę, nie wspominając już o
propagandzie kościelnej).
Szkoła ponadpodstawowa dostarczała by:
a)materiały teoretyczne (konieczne do rozwiązania określonego problemu) –
udostępniane wszystkim w globalnej sieci – teraz jeszcze to nie jest
powszechne ale się już pojawiła się "pierwsza jaskółka"
http://wazniak.mimuw.edu.pl - jest to krok w kierunku opracowywania
narodowych, darmowych materiałów edukacyjnych (ich tworzenie dodatkowo
wzmacnia polską kulturę, bo co niewiarygodne, na politechnice się słyszało
się teksty "Po co mam publikować w języku polskim, skoro po angielsku
więcej ludzi przeczyta?" - bez komentarza, bo ten poziom umysłowy poraża).
b)programów komputerowych do projektowania nowych rozwiązań i (o ile to
możliwe) do testowania ich. Chyba wszystkie umiejętności były by ćwiczone
wirtualnie bo projektowanie komputerowe to oczywisty skok techniczny w
porównaniu do ery papierów (której z resztą nikt nie negował wymysłami w
stylu "papierowych matrixów")
c)konsultantów/opiekunów/liderów do indywidualnych konsultacji edukacyjnych
(raczej logicznym jest, że profesjonalni nauczyciele są gorsi niż okresowo
delegowani zawodowcy z zakładów pracy)
d)prototypowni – to było by główne zadanie szkoły i powinien być nacisk na
zapewnienie jej wysokiej jakości (oczywistym jest, że by minimalizować
ilość porażek projekty prototypów powinny być jakoś weryfikowane przez
liderów/nauczycieli)
e)usług certyfikujących konkretne pakiety umiejętności zawodowych (złota
zasada: minimum zależności między pakietami umiejętności zawodowych, tak by
nie było zbędnych barier przy opanowywaniu nowego zawodu - oczywiście dziś
zmiana zawodu to katastrofa i nikt nie chce słyszeć o początkującej nie
młodzieży). Oprócz ocen procentowych za stopień opanowania teorii były by
oceny punktowe za umiejętności. Umiejętności były by sprawdzane przez
realizację projektów kontrolnych (coś jak obecne prace dyplomowe, ale nie
całkiem - dlatego opiszę tę sprawę). Temat i zakres tych prac byłby
określany przez dyplomanta (tak jak w technikum), nauczyciel/opiekun
pełniłby rolę doradczą/weryfikującą. Zastrzeżenia nauczyciela można by
uwzględniać i wnosić poprawki. Uczeń realizując pracę kontrolną prowadził
by rejestr użytych technologii i zrealizowanych funkcjonalności, po to by
wykazać oceniającemu fakty jakie zaszły w czasie realizacji tej pracy. Po
przygotowaniu ostatecznej wersji (bez żadnej presji czasowej) była by ona
przedstawiana niezależnemu/zewnętrznemu inspektorowi (absolutnie nie może
on być współpracownikiem nauczyciela/opiekuna). Defektów wykazanych przez
inspektora nie można by usuwać z projektu by dostać lepszą ocenę. Rola
inspektora to w zasadzie tylko sprawdzenie czy rzeczywiście osiągnięto
punkty projektowe i funkcjonalne oraz przydzielenie adekwatnych wag (śliski
temat) - możliwe, że była by konieczna asysta ucznia w prezentacji
kolejnych aspektów pracy/projektu i jego testowanie - może to trwać całymi
godzinami, a nawet kilka dni (wszystko zależy od rozmiaru zrealizowanego
projektu). Więc nie było by tutaj znudzonej komisji ale ekspert który musi
się znać na tym co ocenia (co idiotyczne w technikum moją pracę dyplomową
oceniali ludzie co nie mieli pojęcia jak została wykonana, z resztą
podobnie jak mój opiekun pracy dyplomowej). Oczywiście wynik inspekcji
uczeń mógłby zakwestionować, wtedy procedura oceny by się powtórzyła, ale z
zupełnie innym inspektorem. Ocena pracy kontrolnej ucznia składała by się z
3 elementów:
1.ilość użytych rozwiązań projektowych (ile różnych technologi i koncepcji
użyto)
2.ilość punktów funkcjonalnych (funkcji realizowanych przez system)
3.ilość karnych punktów za braki ergonomii (karanie za oczywiste
uchybienia) - brak punktów za fantastyczne lub fatalne wzornictwo/estetykę
(chodzi o to by ocena była obiektywna a nie emocjonalna).
Z uwagi na to, że koncepcje projektowe, realizowane funkcje i braki w
ergonomii nie są sobie równe trzeba by określać indywidualnie ilość punktów
za każdą z nich (śliski temat). Praktycznie chyba najlepiej byłoby gdyby
uczeń wymieniał w dokumentacji wszystkie punkty projektowe i funkcjonalne i
proponował wagi dla każdego z nich (uzgodnione z nauczycielem/opiekunem), a
inspektor przedyskutowywał by każdy punkt z uczniem i wystawiał końcową
punktację - możliwość przedstawienia szczegółowej argumentacji przez ucznia
jest jak najbardziej na miejscu, bo ta inspekcja to forma sądu (współczesna
obrona pracy dyplomowej nawet bardziej go przypomina).
Problem wag dla poszczególnych punktów projektowych i funkcjonalnych jest
dobrym argumentem by standardowo każda praca kontrolna była niezależnie
oceniana przez 2 a w razie rozbieżności przez 3 kolejnych inspektorów. Gdyż
uważam, że rzetelna ocena opanowanych umiejętności jest absolutnie
konieczna.

Ta szkoła ponadpodstawowa powinna być w założeniu pasywna – działać
wyłącznie na żądanie ucznia – w ogóle nie powinna niczego na nim wymuszać
(ani realizowania materiału, ani obecności, ani stroju, ani filozofii
życiowej) – funkcję motywującą powinny pełnić: a) samodzielnie określony
własny zakres odpowiedzialności (powstałby on w podstawówce), b) świadomość
konsekwencji unikania nauki (nabyta w podstawówce), i c) presja
środowiskowa (rodzina i rówieśnicy) - jeśli to by zawiodło, to danie
odpowiedniej nauczki należy pozostawić Bogu, który niezawodnie zadba o
wybicie z główki pasożytnictwa (nierychliwy, ale sprawiedliwy). Nauka
zawodu była by zorganizowana w pakiety konkretnych umiejętności. Każdy
pakiet umiejętności musi posiadać precyzyjne objaśnienie do czego jest
przydatny i jakie dalsze perspektywy otwiera. Bo pakiety umiejętności
zawodowych tworzyły by system wzajemnych zależności (warunek opanowania
pakietów podstawowych, a następnie coraz bardziej zaawansowanych) - nie
powinno być żadnych pakietów "ogólnych" - same konkrety. Każdy
indywidualnie mógłby określać czy oprócz nauki wybranego zawodu chce się
uczyć czegoś dodatkowego, np. naukę dodatkowego zawodu, czy dodatkowych
umiejętności - to by zapewniło fantastyczną różnorodność specjalizacji i
faktyczne bogactwo intelektualne młodzieży. Jeżeli w trakcie nauki
napotykane były trudności niemożliwe do pokonania, to możliwa była by
zmiana specjalizacji, lub nawet zmiana uczonego zawodu - w ten sposób każdy
mógłby bez strachu podjąć próbę opanowania zaawansowanych umiejętności i
dopiero gdy to by się nie udało, można by kierunkować naukę na łatwiej
przyswajanych umiejętności. W szkole ponadpodstawowej "treści
humanistyczne" powinny być uwzględniane jedyne w charakterze usługowym do
głównego celu nauki zawodu - praktyce oznaczało by to, że język nauczany
byłby w zakresie koniecznym do rozumienia gotowych i poprawnego
sporządzania nowych listów i opisów technicznych (w naszych warunkach
wyłącznie po polsku i angielsku - nauka innych języków nie powinna być
finansowana przez resort edukacji (brzytwa Ockhama)). Nauka poprawnej
wymowy w języku polskim pozostawiona była by środowisku. Wymowa angielska
szkolona na dobrowolnie obieralnych, bezpłatnych zajęciach i to po
wykazaniu się samodzielnym, pamięciowym opanowaniem podstawowego słownictwa
i gramatyki angielskiej (bo o czym gadać z kimś kto w ogóle nie podjął
wysiłku opanowania podstaw). Pozostałe treści „humanistyczne” były by
dostępne w Internecie jako materiały do ewentualnego poczytania w domu –
jest to logiczne, bo: a) jest to jakaś "sztuka" nie podlegająca obiektywnej
weryfikacji (nie możliwe do obiektywnego przeegzaminowania), b) dotyczą
spraw indywidualnego wyboru i preferencji (jak się wydaje obecne
szkolnictwo jest z utajonego założenia opresyjne światopoglądowo, bo
tradycyjnie i za wszelką cenę lewackie). W każdej chwili powinna być
możliwość zmiany uczonego zawodu na inny.
Realizując w powyższy sposób szkołę ponadpodstawową załatwi się kilka
podstawowych spraw:
1.każdy w wieku 18 lat będzie miał wyuczony i wyszkolony kreatywny zawód
techniczny (opisany jasnymi wskaźnikami takimi jak procenty i punkty
problemowe z zadań kontrolnych). Dziś 18latek jest zielony jak trawka na
wiosnę bez pojęcia o jakimkolwiek rzeczywistym zawodzie i tylko trochę
lepiej jest po studiach.
2.uzmysłowienie problematyki pracy kreatywnej - nauka zawodu technicznego
przez realizację serii prac kontrolnych to prawdziwa szkoła życia gdzie jak
na dłoni widać najważniejsze cechy własnego intelektu (wydajność,
pomysłowość, wyobraźnię, inteligencję, pracowitość) - jest to ogromnie
wartościowe, bo odkrywać innych można dopiero po odkryciu siebie. Trudno
wręcz wierzyć, że obecnie znudzone miliony ślęczą nad nudnymi wymysłami
(literatura i produkty statystyki) jak najdalszymi od praktycznych
zastosowań i to w sytuacji gdy możliwości ulepszeń i ekspresji jest
nieskończenie wiele - to czysta schizofrenia edukacji w globalnej skali (w
ogóle ktoś to leczy????).
3.odpowiedź na zmianę sytuacji intelektualnej - po 2000 roku nastąpiła w
Polsce dramatyczna zmiana sytuacji na polu intelektualnym. Internet stał
się powszechnie dostępny. To rzeczywisty przełom na miarę wynalezienia
pisma. Proponowany przeze mnie model szkolnictwa stanowi odpowiedź na to
wyzwanie.
4.opanowanie zawodu technicznego było by doskonałą "otrzeźwiałką" dla
młodych ludzi i dobrym zabezpieczeniem antydewiacyjnym całego narodu - tak
na prawdę cały postęp cywilizacyjny pochodzi jedynie ze sfery techniki
opartej na matematyce, a reszta (wyłączając robotników) to przeżuwacze
często ze szkodliwym wpływem, bo uzurpują sobie uwzględnianie ich
fantastycznych urojeń przez innych ludzi
5.każdego zawodu uczono by od zera, czyli każdy kierownik miałby pojęcie o
pracach realizowanych na szczeblach pośrednich między robotnikiem a
kierownictwem (nie widzę powodów by możliwe było by kierowanie zespołami
przez "laików" w danej dziedzinie). Nauka umiejętności kierowania danymi
zespołami roboczymi mogła by być warunkowana zdobyciem określonych
umiejętności z minimalnym stopniem ich opanowania (np. min. 85% i określone
ilości punków problemowych) przy jednoczesnym warunku szybkości zdobytych
umiejętności (to by dawało pojęcie o wydajności w pracy zawodowej).
6.faktycznie umożliwia się osiąganie dużo większego mistrzostwa w
opanowaniu danego zawodu, bo możliwe było by dłuższe jego poznawanie (niż
standardowe 3-5lat) – nie widzę problemu by przy dobrych wynikach nauki po
owych 6 latach kontynuować naukę zawodu przez kolejnych 3-6lat –
prawdopodobnie dało by to pracownika o wiedzy i umiejętnościach znacznie
przekraczających dzisiejszych magistrów.
7.zapewni się faktyczną różnorodność intelektualną społeczeństwa – wczesna
specjalizacja i indywidualizacja wiedzy, umiejętności i zainteresowań
8.zapewni się faktyczną możliwość wyboru, czy chce się dalej uczyć, czy
pracować. I nie był by to wybór między łopatą, a ławką uniwersytecką.
Docelowo bym widział, że po osiemnastce każdy by pracował i równolegle się
uczył. Jednak, by coś z tego było trzeba wy rozpowszechnić prace na 0,5 i
0,75 etatu, bo inaczej nie było by czasu na naukę. Możliwości dalszej nauki
były by otwarte, jednak mogły by być bardziej zniechęcające niż dzisiaj, bo
nauka była by dużo dłuższa niż obecnie (dziś technikum policealne to 2
lata, licencjat 3 lata, a przy mojej propozycji nauka zawodu mogła by
potrwać nawet 5-6 lat w wersji podstawowej) - jednak wysoka specjalizacja
jest czymś normalnym.
9.wysoka specjalizacja była by sensowną odpowiedzią na rozwój wiedzy
praktycznie weryfikowalnej (dziedziny techniczne)
10.skończyło by się idiotyczne i niezwykle demoralizujące ślęczenie w
ławkach, czyli trwające 13 lat kształcenie ogólne (czyli w praktyce żadne)
i zastąpione by to było tym o co naprawdę chodzi – nauką konkretnego
zawodu. Oczywiście to nie wystarczy by skończyło się ślęczenie w ławkach,
bo jest konieczna całkowita zmiana funkcji szkoły ponad podstawowej (takie
jak proponowałem powyżej)
11.Indywidualny charakter tej nauki zapewniłby optymalne wykorzystanie
zasobów ludzkich – bo można by wspólnie korygować zakres i charakter nauki

Powyższy model szkół podstawowych i ponadpodstawowych nie wyklucza wcale
możliwości istnienia prywatnych mutantów robionych na obecną/współczesną,
edukacyjną, katolicką, polską modłę. Tyle, że nie powinny takie mutanty być
finansowane z publicznego budżetu. Pozostaje jednak problem moralny, czy
rodzice powinni mieć prawo do wysyłania dzieci do takich zmutowanych szkół
jak obecne polskie szkoły, czy może wybór powinien dotyczyć jedynie szkół
ponadpodstawowych.

Czynniki przeciwne postępowym zmianom:
1.myślenie, że dzieci są za głupie by podejmować decyzje kim chcą być – no
ale skąd mają to wiedzieć, gdy w podstawówkach nie mówi się słowa o tym jak
wygląda prawdziwa praca w różnych zawodach. Poza tym kiedy będą gotowe by
podejmować decyzje – na starość?
2.przywiązania do obecnego sztywnego, sztucznego i szkodliwego podziału
edukacji na szkolną i wyższą, czyli
3.hierarchia stopni naukowych ważniejsza od skutecznej edukacji,
4.stosowanie dzienników papierowych - jest to jakiś argument przeciw
wprowadzaniu doskonałych ocen procentowych - jednak nie wydaje Mi się, by
dzienniki w podstawówce były do czegokolwiek potrzebne. Bo są dwa przypadki
stawiania stopni: a) za odpowiedź i aktywność na lekcji - tak na prawdę te
stopnie w ogóle nie powinny być brane pod uwagę przy wystawianiu ocen
etapowych (końcowych), bo niby o czym one świadczą? i niby jak one się mają
do nieocenianych w ten sposób uczniów? Bo nie można odpytać wszystkich z
tego samego materiału. A za aktywność stawia się jedynie pozytywne stopnie
i właściwie jak mierzyć aktywność na lekcji? Tak więc najlepsze są
"wejściówki", "klasówki" i egzaminy - bo one dają jakieś pojęcie o pracy
każdego ucznia. Ten drugi rodzaj ocen to: b) prace pisemne oddawane przez
wszystkich w klasie - te oceny wystawia się w komfortowych warunkach gdzie
jest dostępny sprzęt komputerowy, więc żadnej nadzwyczajnej infrastruktury
nie trzeba, kwestia bezpieczeństwa jest czysto techniczna i już dobrze
dopracowana, w końcu jakoś mBank działa (nic nowego nie trzeba wymyślać - z
punktu widzenia techniki elektroniczny system prowadzenia dzienników jest
banalny).
5.pielęgnowane z religijną nabożnością idiotyzmy w stylu masy „wartości
humanistycznych” (faktycznie humanistycznych pomyjów) które pompuje się
całymi latami bez uświadomienia faktycznego celu tego ogłupiającego
działania. Faktycznie to rozwój uczuciowy powinien pozostać w sferze
indywidualnej a nie instytucjonalnej. Rozwój zdolności językowych i tak
musi się dokonać indywidualnie, bo jeśli ktoś sam nie przeczyta
odpowiedniej ilości książek w języku polskim, to nie będzie się normalnie
mógł wyrażać w tym języku. By umożliwić wypracowanie standardów moralnych
konieczne jest zaprezentowanie praw moralnych i wskaźników moralnej
poprawności (czyli totalizmu). Szczytem idiotyzmu jest zastępowanie
egzaminów wstępnych egzaminami końcowymi, tu perłą w koronie idiotyzmu jest
matura, a zwłaszcza matura z polskiego (Ktoś wie jakie są kryteria oceny? I
wie ktoś dlaczego są te kryteria nie są uświadamiane maturzystom? - Skąd
ludzie mają wiedzieć co jest oceniane? - Wiecie, że są specjalne formularze
w formie tabel w których punktuje się wybrane cechy "pisemnego tworu"
wyprodukowanego w ciągu 5 godzin egzaminu z polskiego? (dopiero na
podstawie sumy punktów wystawia się ocenę))
6.pragnienie "ochrony praw autorskich" - jako argument nie udostępniania
publicznie materiałów edukacyjnych z zakresu szkolnictwa wyższego. W
praktyce to szyderczy idiotyzm bo niby za czyją kasę oni mają możliwość
opracowywania materiałów dydaktycznych? kto ich szkolił? Z resztą te
indywidualnie opracowywane materiały są zazwyczaj w żenującej formie i
jakości (np.: często z obrazkami z napisami w obcych językach - normalnie
obciach). Faktycznie to chodzi jedynie by móc kasować za godziny ględzenia
przed audytorium. To jest powszechne nawet na politechnice, która
teoretycznie powinna być ostoją racjonalizmu.
7.małpowanie zagranicznych wzorców w edukacji (i w ogóle w organizacji
państwa),
8.presja międzynarodowa – analogicznie skostniałe i zmutowane systemy
edukacyjne na świecie – zwłaszcza gdy się dąży do zgodności systemowej w
kwestiach edukacji.

z totaliztycznym salutem
Jax

ps. Jakkolwiek powyższe sam wymyśliłem w październiku 2008, to gdy to
opracowywałem przypomniały Mi się wspomnienia, z czasów kiedy żyłem w
"wolnej supercywilizacji dobra" (czyli totaliztycznej - zaawansowanej
moralnie i technicznie). Przytoczę tu co najważniejsze:
Był tam realizowany przymus nauki w dzieciństwie - odpowiednik proponowanej
przeze Mnie 6 letniej szkoły podstawowej. Z tym że nie wiem ile trwała tam
przymusowa nauka. Jak jeszcze nie byłem zbyt doświadczony w szkolnych
niuansach zdarzył Mi się sprawdzian za który dostałem 60, przez moment
myślałem że to dużo, ale uświadomiono Mi, że można było dostać 100 (i
więcej), to była otrzeźwiająca wiadomość. W trakcie trwania nauki miałem
negatywne nastawienie do obowiązku szkolnego, pocieszałem się, że
niezadługo on potrwa. Szokiem było dla Mnie (i kolegów) oświadczenie (kogoś
z kadry nauczającej), że ci co decydowali o wprowadzeniu przymusu nauki
sami chcieli by w przyszłości (w kolejnych życiach) ktoś też ich zmusił do
nauki rzeczy podstawowych. Miałem negatywne nastawienie do tej edukacji,
mimo to raz za razem byłem wprawiany w podziw dla poziomu prezentowanej
wiedzy - przez mój nieuzasadniony sceptycyzm przebijało się przekonanie o
wysokiej wartości prezentowanej wiedzy. Po tym jak rozpracowałem i
dopracowałem sprawę/problem osobistej postawy na co dzień (jesień 2008)
przypomniało Mi się, że moje obecne wnioski są identyczne do tego do czego
namawiano Mnie w poprzednim życiu w zaawansowanej cywilizacji dobra -
oznacza to, że jesteśmy w stanie stosować w życiu osobistym takie same
metody jak super zaawansowane cywilizacje dobra. Namawiano Mnie tam bym
sobie zdefiniował zakres odpowiedzialności (świadome i szczegółowe
zdefiniowanie swojej postawy życiowej) i bym go realizował, ale byłem
głupio butny i wiele lat straciłem zanim na poważnie zająłem się rozwojem
osobistym (po czterdziestce) - w tym życiu nieco wcześniej doszedłem sam do
wniosku o konieczności zdefiniowania swojego zakresu odpowiedzialności. Po
zakończeniu obowiązkowej nauki nawiązałem kontakt (nie wiem czy na drodze
formalnej, czy nieformalnej) z przewodnikiem/doradcą/liderem/mistrzem który
chciał Mi pomóc w rozwoju osobistym. Jednak tylko częściowo wykonywałem
jego zalecenia, często popadałem w lenistwo, ale sumienie Mnie gryzło,
robiłem to co miałem do zrobienia i wracałem do mojego doradcy by podjąć
dalsze wysiłki edukacyjne (jednak nie wiem jaki miały one charakter - czyli
nie mam pojęcia czy pomagał Mi w nauce zawodu, czy w zdobywaniu "wiedzy
ogólnej"). Cechą tego "doradcy" była pasywność - nie starał się zmuszać
Mnie do niczego. Ale był szczery - twierdził np. że on tak się stara [być
dobrym] [nauczycielem], że kiedyś będzie miał lepszych [uczniów] [ode
Mnie]. Czyli miał świadomość prawa/algorytmu drabiny partnerskiej - na
szczęście My też już to wiemy. I faktycznie (chyba po latach, kiedy już nie
był moim "edukacyjnym przewodnikiem") nastąpiła sytuacja kiedy mówił Mi, że
nie może ze Mną rozmawiać, bo się spieszy do [pracowitych/dobrych]
[uczniów] (piszę w [] sens mojego wrażenia, kiedy nie wiem jakich
konkretnie słów użyto, bo niekiedy dysponuję jedynie końcowym
wrażeniem/wnioskiem po danej sytuacji). Drugą cechą mojego
nauczyciela/przewodnika/lidera było to, że mówił Mi wyłącznie o sprawach
naukowo dowiedzionych. Zdarzyła się sytuacja gdy powiedział, że nie zna
odpowiedzi na moje pytanie, wtedy zacząłem go naciskać by powiedział jaka
jest jego własna opinia. Wtedy się zdenerwował/oburzył i powiedział, że nie
będzie Mi mówił tego co nie udowodniono. Taka powinna być postawa
prawdziwego nauczyciela! - fakty zamiast wygłaszania fantastycznych teorii
i siania demoralizującego zamętu w śród dzieci i młodzieży - rozmyślania
nad sprawami nieudowodnionymi, to sprawa drugorzędna w porównaniu do
zagospodarowania już zdobytej wiedzy. Mimo wszystko udało Mi się dotrzeć do
takiego momentu edukacji, że mój "doradca" stwierdził, że dalej już nie
może pełnić swojej roli, bo jego kompetencje nie dotyczą bardziej
zaawansowanych spraw niż te które Mi przekazał. Przypomniało Mi się, że nie
lubiłem zmieniać swojego edukacyjnego opiekuna/przewodnika/nauczyciela.
Odnośnie certyfikacji umiejętności to było tam tak jak proponuję powyżej,
czyli kilka niezależnych inspekcji każdej pracy kontrolnej/dyplomowej -
wtedy to mnie nużyło i niecałkiem rozumiałem czemu tak przebiegał proces
certyfikacji. To ostatnie wrażenie (z poprzedniego życia) przypomniało mi
się już po tym jak to wymyśliłem (grudzień 2008) i na podstawie tego widać,
że pewne sprawy możemy rozwiązywać na poziomie znacznie bardziej
zaawansowanych cywilizacji (pomimo, że jest źle, to my też już mamy
powszechnie dostępne komputery, Internet i dobre podstawy filozoficzne
czyli totalizm). Nie wiem czy czegoś się uczyłem między wiekiem kilkunastu
lat a czterdziestką. Pewne poszlaki wskazują, że nie umiałem programować
komputerów, ani nie potrafiłem należycie wykorzystać tamtejszej sieci
globalnej (ludzie z globalnego monitoringu negatywnych uczuć/zjawisk
zwracali się do Mnie bym zwrócił niedostatecznie wykorzystywany komputer
(chyba to w nim wzbudzałem negatywne uczucia nie używając go) - jednak nie
zgodziłem się na to i zapłaciłem za to w obecnym życiu (zwrot uczuć
zapisanych w karmie)). W tamtym życiu w wieku 30 lat uświadomiono Mi
przyszłe życie. Jednak z lenistwa przygotowania do niego podjąłem dopiero w
wieku 40 lat. To było szkolenie z którego efektów byłem dumny - wtedy
żałowałem zmarnowanego czasu w młodości, bo widziałem że gdy się staram to
osiągam efekty - żal był tym większy, że była tam naukowo udowodniona
niemożliwość opanowania niektórych umiejętności po przekroczeniu kolejnych
granic wiekowych, ale było też udowodnione, że niektórych rzeczy można się
uczyć wyłącznie po przekroczeniu określonego wieku. Tak więc do niektórych
problemów nawet nie podchodziłem. Niewiele pamiętam z tych przygotowań po
czterdziestce. Wiem, że przez długotrwały trening (podali Mi gotowy sposób)
trochę "zcrackowałem" własną duszę i to tak, że efekt jest trwały do dnia
dzisiejszego. Trik polega na tym, że gdy na kogoś patrzę to on silnie
mruga, ale jest tak tylko w przypadku istot ze wzmacniaczami telepatycznymi
i działa nawet gdy oglądam kogoś na filmie - są nawet takie zwierzęta, co
Mnie trochę zszokowało. W sumie to drobiazg którego przez lata nie
rozumiałem i nie byłem w stanie stwierdzić czy ci ludzie zawsze tak silnie
mrugali, czy tylko gdy ja patrzę (wyjaśniło się to dopiero w 2008
przypomniała Mi się rozmowa z poprzedniego życia na ten temat).
(tak nawiasem mówiąc: jestem trochę niepocieszony mając świadomość, że
problemy motywacyjne ciągną się za Mną od wielu żyć - one powodują
niezadowalające zdolności umysłowe - nie wiem kiedy będę w stanie w
wyobraźni projektować kompletne rozwiązania techniczne, podobnie jak to
czynił Tesla - on w ogóle nie potrzebował komputera by projektować i
testować urządzenia, a Mi z wysiłek sprawia nawet jednoczesne wyobrażenie
kilku liter tworzących wyraz).

Piotr Curious Gluszenia Slawinski

unread,
Dec 14, 2008, 10:57:08 AM12/14/08
to
Jax wrote:

> W 1563 r. ustalono, że tradycja Kościoła jest ważniejszym źródłem
> objawienia od Słowa Bożego. Podobno dla lekarzy ważniejsze jest leczenie
> niż wyleczenie. To samo widzę w edukacji, tradycja nauczania stała się
> ważniejsza do samego kształcenia. W szkolnictwie tak jak w religii
> katolickiej narosło tak wiele fantastycznych rytuałów i mutacji, że
> wymagane jest zbudowanie koncepcji kształcenia od podstaw.

hmm, piekny tekst, ciesze sie ze ktos jeszcze zyje zludzeniami :)
fakt 'uszkodzenia' systemu edukacji jednak sluzy konkretnym celom,
polecam zajrzec do klasyki :
http://www.lawfulpath.com/ref/sw4qw/index.shtml#twentynine


--

0 new messages