Nieutulonym w zalu, 8 wrzesnia wyokretowałem się z niego w Lisbonie,
piekny był jacht.
Masz jakies aktualne wiesci na temat zalogi itp. ?
Pozdrawiam:
Łukasz Tylutki
ps. ostatnie zdjecia jachtu na www.marek-adamczyk.de
"tylut" <ty...@gss.com.pl> wrote in message news:ama23s$s9p$1...@news.tpi.pl...
> Użytkownik K. Makowski napisał:
> > Na Biskajach zaton±ł opuszczony wcze¶niej przez załogę s/y "Oskard"
Grunt ze zaloga cala i zdrowa.
A jachtu szkoda :-(
Teraz z tego klubu ostal sie tylko Gwarek i Karlik
--
Sebastian Richter
-----------------------------------------------------------
rich...@hot.pl
www.zagle.w.pl <--- Moja Strona
www.wyga.ellaz.pl <--- Moj Klub
ICQ UIN 26875648 GADU-GADU 56265
> Na Biskajach zatonął opuszczony wcześniej przez załogę s/y "Oskard" (jacht
> typu Cetus-80 m.kw. żagla). Dopiero w zeszłym roku zwolniony z włoskiego
> aresztu-nie popływał za długo.
Znacie moze jakies szczegoly? My plywalismy na etapie Nicea-Baleary-Walencja
3 tygodnie w lipcu/sierpniu w dosc zroznicowanych warunkach, jacht byl w
dobrym stanie i nawet wyciagnelismy z niego 14 knotow! Mial po powrocie do
Polski przejsc remont ...
Szkoda :(
Pozdr
Majka
www.lysiak.com.pl - producent kabestanów
"tylut" <ty...@gss.com.pl> wrote in message news:ama23s$s9p$1...@news.tpi.pl...
Nie bardzo wiem jaka reszte moge sobie dopowiedziec. Awaria sztagu moze
doprowadzic do utraty jachtu wtedy kiedy mamy skalki pol mili po
zawietrznej, a i wtedy mozna jeszcze probowac stawiac foka na wlasnym liku
nie czekajac na dobranie np. falow spinakera do knagi na dziobie. Cetus ma,
zdaje sie, jeszcze baby sztag etc. itp. Z wlasnego doswiadczenia wiem, ze
holowanie jachtu na wysokim morzu jest czystym kretynizmem, zatem to co ja
moglbym sobie dopowiedziec, to tyle jedynie, ze zeglowanie po prawdziwym
morzu tak naprawde jest sztuka cierpliwosci i wymaga cholernej odpornosci
psychicznej. To jest cos na co, mniej wiecej, zwraca uwage kol. Wozniak w
swoim kolejnym artykule n.t. bezpieczenstwa w jachtingu, kończąc go, ze w
sumie i tak najwazniejsze jest by sie wszyscy uratowali, co w tym przypadku,
szczesliwie, ma miejsce.
Pozdrowienia - Jarek
Jakoś teraz na Biskajach miał plywać nasz grupowy kolega Igor Wawrzyniak
AFAIR właśnie na Cetusie.
Czy ktoś wie, czy to ten rejs i ta załoga?
Pozdrawiam Roman Rumpel
--
Serwis Usenet w portalu Gazeta.pl -> http://www.gazeta.pl/usenet/
> Wiem tylko tyle, że początkowo poszedł sztagownik, nie byli w stanie
> nieść żagli,
> silnik padł po kolejnych 12 godzinach,
> podjął ich na hol tankowiec,
> stracili maszt, było 9B,
> reszte każdy może już sobie dopowiedzieć ...
> Najważniejsze, że wszycy są cali i zdrowi.
Proponuje poczekac. Wiem, ze ludzie z klubu Gwarek czytaja
grupe. Rozmawialem dzis z Irkiem Myszorem - to co mi powiedzial
lekko sie roznilo od tego, co jest napisane wyzej .... ale to
nie sprawdzone, wiec nie bede powtarzal.
Do Oskarda, mimo iz go w zyciu na oczy nie widzialem,
czulem sentyment - mialem miec na nim swoj pierwszy
rejs morski w '99, kiedy to zostal aresztowany. ;-(
--
marian
>zeglowanie po prawdziwym
> morzu tak naprawde jest sztuka cierpliwosci i wymaga cholernej odpornosci
> psychicznej.
Nic dodac, nic ujac...
Wczoraj lecial taki program na NG. Ludzie opuszczali calkiem sprawne jachty
w bardzo silnym sztormie. Czesc jachtow byla uskodzona ale wiekszosc
odzyskano lub wysztrandowaly (tylko jeden zatonal).
<kwekanie dziadka>
Zeglarstwo to nie zabawa. Nie film z kasety, ktory mozna wylaczyc jak sie
stanie zbyt straszny.
Bezpieczenstwo na morzu okupione jest przesadna ostroznoscia, redundancja
informacji i zbyteczna w innych warunkach zapobiegliwoscia.
<\kwekanie dziadka>
pozdrowienia
Krzysiek Bienkowski
a jusci, baby sztag ma,
Wydaje mi sie jednak, ze z opiniami nalezy poczekac az sie kapitan
prowadzacy jacht w pechowym rejsie wypowie. Mamy troszke za malo
informacji, nawet dokladnie nie wiadomo czy maszt w koncu polecial (z
tego co wiem to nie)
pozdrawiam:
Lukasz Tylutki
TYlut
Aaa to wasze bylo to 14 wezlow na GPS'ie, dlugo sie zastanawialismy jak
wam sie udalo to zrobic ;-)
No ale powtorzyc sie juz tego nie uda....
TYlut
>Wydaje mi sie jednak, ze z opiniami nalezy poczekac az sie kapitan
>prowadzacy jacht w pechowym rejsie wypowie. Mamy troszke za malo
>informacji, nawet dokladnie nie wiadomo czy maszt w koncu polecial (z
>tego co wiem to nie)
>
Nie mam zadnej opinii w tej sprawie, co najwyzej opinie na temat opisu. Co
do opiniotworstwa, to warto o tym rozmawiac, jezeli da sie wyciagnac jakies
wnioski na przyszlosc co do sposobow uprawiania zeglarstwa. Daleki bardzo
jestem od opinii i sadow o ludziach.
Pozdrowienia - Jarek
> Nie bardzo wiem jaka reszte moge sobie dopowiedziec. Awaria sztagu moze
> doprowadzic do utraty jachtu wtedy kiedy mamy skalki pol mili po
> zawietrznej, a i wtedy mozna jeszcze probowac stawiac foka na wlasnym
liku
> nie czekajac na dobranie np. falow spinakera do knagi na dziobie. Cetus
ma,
> zdaje sie, jeszcze baby sztag etc. itp.
No coz, wypada tylko zalować, że to nie kol. Jarek Czyszek był kapitanem
Oskarda w jego ostatnim rejsie, bo pewnie znalazl by sposob by ocalic
jacht..
Pozdrowienia - Jarek
No to sobie żałuj. Nie masz pojęcia co mówisz, mam przynajmniej nadzieję ze
masz wystarczająco duzo doświadczenia i jaj żeby kiedyś w zyciu podjąć
decyzję: LUDZIE
Brat Ostatniego Kapitana Oskarda.
Maciej Jędrzejko
Bracie ostatniego kapitana Oskarda,
mam pojecie o czym mowie. Za swoje decyzje odpowiadam sam - na miare swojego
doswiadczenia, w ktorym mieszcza sie zarowno urwane sztagi, sztormy i
odpowiedzialnosc za zycie kilkudziesieciu ludzi jednoczesnie - nie raz, nie
dwa i nawet nie dziesiec razy.
Proponuje sie wyluzowac; nikogo nie oceniam, wyrazilem tylko swoje zdanie
na temat opisu zywiolow, co pewno bys zauwazyl gdybys przeczytal to co
napisalem.
Pozdrowienia - Jarek
Nie wiem, ale mial wrocic jakos w polowie wrzesnia, a jeszcze go
nie ma...
pozdrowienia
krzys tez zaniepokojony
Na początku szli na "babecośtam"(nie wiem dokładnie jak się to zwie)
> silnik padł po kolejnych 12 godzinach,
> podjął ich na hol tankowiec,
Tankowiec podjął załogę,a po jacht wypłyną holownik i w tedy okazało się ,że
jacht zatonął
> stracili maszt, było 9B,
Masztu nie stracili,bo podwiązali go fałami i czym się tylko dało,a wiatr wiał
5B
> reszte każdy może już sobie dopowiedzieć ...
> Najważniejsze, że wszycy są cali i zdrowi.
Syn znajomego był na tym jachcie w czasie tego zdażenia,w poniedziałek przysłał
e-mail że wszystko jest w pożądku jest cały i zdrowy i opisał przebieg zajścia.
Podobno z silnikiem od samego początku mieli problemy.
Pozdrawiam
Robert
--
Wysłano z serwisu OnetNiusy: http://niusy.onet.pl
Niestety nie jestem upowazniony udzielać teraz szczegółowych informacji na
ten temat. Prosze o cierpliwość wszystkiego sie dowiecie jak tylko będzie to
mozliwe.
w telegraficznym skrócie:
Wiało 6B tężejący, masztu nie stracili. Po wyrwaniu sztagownika z kawałem
pokładu była dziura srednicy 20cm w pokładzie którą wchodziła woda, zatakali
dziurę. Niestabilnośc masztu którego mimo kilkugodzinnych prób nie udało sie
ustabilizować + brak jakiejkolwiek manewrowości + teżejący wiatr wynoszący
w kierunku morza + brak akumulatorów w perspektywie kilku godzin = brak
UKFki= brak mozliwosci wezwania pomocy ta metodą + brak swiateł pozycyjnych
w nocy + 180Mm od brzegu + powazny przeciek. Robili co mogli ale nie mogli
manewrować a akumulatory były prawie na wyczerpaniau z powodu awarii silnika
i kilkukrotnych prób odpalenia. Kapitan zdecydował że dalsze próby to tylko
narażanie załogi na pewną śmierć. Zdecydował sie wezwać pomoc. Jeden statek
odmówił z powodu zbyc ciężkich warunków, drugi - chemikaliowec podjął ich na
pokład, jacht też chcieli dzwigiem podjąć ale zbyt duza fala - ok 4m i zbyt
mała nośność dzwigu uniemozliwiła taki manewr. Kapitan Chemikaliowca
zdecydował o odcięciu cum jachtu. Podczas holowania w sztormie który zaczął
sie kilka godzin później - wówczas dopiero złamał sie maszt i jacht zatonął
kilka chwil później około 50 Mm od brzegu.
Wszelkie komentarze co do decyzji kapitana sobie daruję bo to mój brat i
cokolwiek bym nie powiedział i tak cześć z was uzna to za tendencyjne.
Ssscisakm
Maciej Jędrzejko
Oczywiście jacht nie był holowany przez chemikaliowiec tylko przez holownik
specjalnie wyslany w tym celu.
180 Mm od brzegu byli w momencie awarii, przez kilka godzin płyneli na
slilniku i dość sporo przepłynęli w kierunku La Coruna w Hiszpanii zanim
Kapitan zdecydował sie na wezwanie pomocy i opuszczenie jachtu. Kapitan jest
bardzo doświadczonym żeglarzem (kilka tysięcy godzin stażu, żeglował
zawodowo przez atlantyk) i równiez dzieki temu nikt nie zginął.
Maciej Jędrzejko
Macku - naprawde szczere wspolczucie i szczery podziw dla Twojego brata.
Wspolczucie - bo mial sakramenckiego pecha, ze tego rodzaju splot sytuacji
trafil i zostal zmuszony do rozwiazania czegos, co anglicy nazywaja "devils'
alternative"
Podziw - bo potrafil w tej cholernej sytuacji podjac decyzje.
Wspolczucie - bo "schody" pt. rozbiorka na czynniki pierwsze trafnosci tej
decyzji dopiero sie zacznie. Tzn. juz sie zaczela na tej grupie (moim
zdaniem zbyt pochopnie, tym bardziej przykre, ze zaczal _naprawde_ dobry
zeglarz, ktorego znam i szanuje); za jakis czas zacznie sie tzw. "ciag
dalszy" - w Izbie, w urzedach, po ubezpieczalniach.
Podziw - bo zaloga jest cala i zdrowa.
Coz - obym nie mial okazji przerabiac tego wszystkiego na wlasnej skorze.
A kolegow zeglarzy serdecznie prosze o powsciagniecie ocen merytorycznych -
Was tam nie bylo, wiec nie mozecie "wiedziec lepiej". Zamiast tego
wszystkiego proponuje zwykle
"Trzymaj sie, chlopie!"
pod adresem zalogi a zwlaszcza kapitana.
Pozdrowienia - Jasiek
Janusz Nedoma
Jarku pozwól, że zacytuję:
> Awaria sztagu moze doprowadzic do utraty jachtu wtedy kiedy mamy skalki
pol mili po
> zawietrznej, a i wtedy mozna jeszcze probowac stawiac foka na wlasnym
liku
> nie czekajac na dobranie np. falow spinakera do knagi na dziobie. Cetus
ma,
> zdaje sie, jeszcze baby sztag etc. itp. Z wlasnego doswiadczenia wiem,
ze... itd
[...]
>to co ja
>moglbym sobie dopowiedziec, to tyle jedynie, ze zeglowanie po prawdziwym
>morzu tak naprawde jest sztuka cierpliwosci i wymaga cholernej odpornosci
psychicznej.
Bardzo cenne rady i mądrości Pana Kapitana zza biurka...a jak nie mamy
skałek pół mili od burty to nie mozna stracić jachtu... mozna jeszcze
próbować...daje sie że jest jeszcze bejbi sztag...itd itd...to nazywasz
wypowiedzią daleką od oceniania...?
Ok już wyluzowałem.Teraz już na spokojnie.
Twój tekst sugerował brak doświadczenia, oraz słabą psychikę kapitana...
twierdzę tylko, że nie masz prawa w ten sposób wypowadać sie bez wiedzy o
faktach. Przypomina mi to scene z Rejsu - parafrazując: "Nie słyszałem tej
piosenki ale uważam, ze wcale nie jest smutna tak jak to panowie
twierdzicie". Niedługo będzie mozna opublikować raport Kapitana z tego
wydarzenia i wszystkiego sie dowiesz. Wówczas możesz oceniać do woli - ale
pamiętaj (chylę głowę przed twoim doświadczeniem - szczerze) ... nie byłeś
tam.
Moje zdanie (sternika morskiego od 1996r, kilkukrotnie I oficer na rejsach
Pawła) jest jednoznaczne: nie było innej mozliwości. Paweł pływa od 17 lat,
na Atlantyku spędził w sumie ponad 1,5 roku z tego 9 miesiecy żeglując
zawodowo, w sumie na koncie kilkadziesiąt rejsów i kilka tysięcy godzin
stażu. Gdyby dało sie zadziałac inaczej to by zadziałał inaczej. Skoro
podjał taką decyzję to znaczy, ze było to jedyne wyjście, które mogło
zapewnić bezpieczeństwo załogi. Oczywiście łatwo mówic teoretycznie...że
mozna było inaczej - podkreślam - nie byłes tam Kapitanie.
Mam nadzieję, że Izba Morska bedzie miec na uwadze fakt, że była to
najtrudniejsza jaką w ogóle może podjąć Kapitan, bohaterska decyzja która
uratowała życie dziesięciorgu ludziom - na pokładzie ani na chwile nie
wybuchła panika wszystkie działania były podejmowane w spokoju acz
energicznie i zdecydowanie. Cała załoga była bardzo dzielna i odważna - nikt
nie zawiódł, dali z siebie wszystko. A jacht...to tylko jacht, choć każdemu
go szkoda. Gdyby zgineli ludzie nikt nie myslałby o jachcie prawda?
Armator nie kwestionuje decyzji Kapitana i jest przekonany, że nie zaistniał
błąd człowieka tylko awaria sprzętu, która w trudnych warunkach spowodowała
dalsze konsekwencje - to tez o czymś świadczy. Awaria, którą zresztą cięzko
było przewidzieć - częściej pękają sztagi niz wyrywają sie kawały pokładu ze
sztagownikami - nie ma juz do czego przyczepić zastępczego odciągu, a bejbi
sztag... to tylko bejbi sztag ale dobrze ze był - postawili na nim
"mikrofoka" zeby przynajmniej dryfować stabilnie.
Najpierw fakty ... opinie, komentarze i sugestie zostawmy na później.
Z wyrazami szacunku
Maciej Jędrzejko
(Brat Ostatniego Kapitana Oskarda)
_________________________________
www.banana.szanty.pl
www.zeza.szanty.pl
e-mail zespołu : ban...@szanty.art.pl
e-mail festiwalu : ze...@szanty.art.pl
e-mail priv : macj...@wp.pl
GSM/SMS 505073905
GaduGadu 1762760
> Dziekuje.
Coz, tego roku nie schylil :o) Troche spustoszenia w zaglach - spolecznym
trudem (pod dowodztwem Janusza wlasnie) - udalo nam sie poczynic...
Po zaledwie jednym przejsciu tego akwenu nie smiem udawac eksperta - ale jak
juz to przed miesiacem pisalem - tamtejsza fala wydawala mi sie gruuuubo
wieksza od wiatru.
Ano - swiete slowa.
> Tzn. juz sie zaczela na tej grupie (moim
> zdaniem zbyt pochopnie, tym bardziej przykre, ze zaczal _naprawde_ dobry
> zeglarz, ktorego znam i szanuje);
O ile zrozumialem, Jarka rozzloscil 'dziennikarski' opis wydarzen,
powielajacy teze ze 'jak silnik zgasnie to toniemy albo wolamy
helikopter'. Jarek _jest_ czlowiekiem pochopnym (jak powiadal
Drzewiec ;-)) i za to go wszyscy kochamy :-)))
pozdrowienia
krzys
ps. jezeli rzeczywiscie Igor tam byl, to w kazdym razie wiemy,
ze wroci caly...
Pozdrawiam
Maciej Jędrzejko
Ok poczekam i chetnie poslucham :) jak wszyscy chyba ...
Serdecznie pozdrawiam
Majka
Nie dane mi było przeżyć opuszczania jachtu. Płynąłem na s/y "Stary"
(Bruceo a nie Cetus). "Oskarda" mijaliśmy kilka dni wcześniej, nawet
wołaliśmy przez UKF-kę i wyliśmy syreną (to był jedyny spotkany przez
nas polski jacht) ale nie odpowiedzieli. Wiadomość o zatonięciu
dostaliśmy SMSem, siedząc już w autokarze do Polski. Trochę nami
wstrząsnęła - zwłaszcza że dopiero kilka minut później dowiedzieliśmy
się, że załoga jest cała i zdrowa.
A co do dalszej części dyskusji - wiem, że niewielkie znaczenie ma
tu moje zdanie, brak mi doświadczenia, by wypowiadać się autorytatywnie,
ale IMHO kapitan "Oskarda" podjął słuszną decyzję. Miał jacht niezdolny
praktycznie do samodzielnej żeglugi, nabierający wodę, w perspektywie
- noc, brak świateł i brak możliwości wezwania pomocy w razie gdyby
zrobiło się jeszcze gorzej (choć tu nie jestem do końca pewny - czy nie
mieli na wyposażeniu EPIRBa?)
Ciekawi mnie tylko, dlaczego "Oskardowi" wyrwało sztagownik - słaba
konstrukcja? Zmęczenie materiału? Czy może nieśli za dużo żagli?
--
Igor Wawrzyniak | PGP public key: https://crypto.eu.org/key.asc
"Do not underestimate the power of the Duct Tape"
Witam Igor
Cieszę się, że się pomyliłem i że to bruceo, a nie cetus było Twoim jachtem
To tyle na razie, liczę na relację dokładniejszą osobistą (patrz wątek o
czwartkach żeglarskich w Łodzi)
Kilka dni temu mielismy 24 godziny na pogaworzenie w autokarze z kpt. Maćkiem A. (mocno pływa wiekszą roku).
Z pewnym nazwijmy to rozrzewnieniem wspominał załogantkę, która podczas dwóch tygodni jej już aż drugiego (a może nawet aż trzeciego) rejsu dawała mu zdecydowane wskazówki jak trzeba stawać do kei, w którym miejscu i którą częścią jachtu.
Maju, czy to byłaś Ty??
> [...] ale uwazam ze decyzja kapitana byla sluszna.
Jakoś nie bardzo bym się ździwił, gdyby kapitan Oskarda po powrocie opowiedział, że można było płynąć o własnych siłach, ale załoga miała "zapłacone" i widząc statek zechciała wysiadać, bo już im się znudziło...
JaC
Alex
Użytkownik "Krzysztof Bieńkowski" <be...@ime.pw.edu.pl> napisał w wiadomości
news:amc2ii$gtv$1...@julia.coi.pw.edu.pl...
>Jakoś nie bardzo bym się ździwił, gdyby kapitan Oskarda po powrocie
>opowiedział, że można było płynąć o własnych siłach, ale załoga miała
"zapłacone" >i widząc statek zechciała wysiadać, bo już im się znudziło...
Jacek, czy ty naprawde wiesz co napisales?
Bo jesli wiesz, i potwierdzasz....
Bardzo rzadko uzywam mocnych slow, zwlaszcza w kontaktach "zdalnych".
Cokolwiek pisze na tej grupie w sprawach powaznych - waze kazde slowo, dwa
razy czytam zanim wysle. I dlatego przyjmij do wiadomosci, ze ponizsze jest
gleboko przemyslane.
A w tej wlasnie chwili zastanawiam sie, czy ty jestes bardziej glupi czy
bardziej swinia. I nie moge jednoznacznie rozstrzygnac tego dylematu.
Janusz Nedoma
A my juz ciebie oplakali... ;-)
Wiem, ze czlowieka czasami kusi takie 'co by bylo gdybym to ja tam
byl...' ale ciesze sie ze 'nie bylo Ci dane' :-)
pozdrowienia
krzys
Kilka dni temu mielismy 24 godziny na pogaworzenie w autokarze z kpt.
Maćkiem A. (mocno pływa wiekszą roku).
Z pewnym nazwijmy to rozrzewnieniem wspominał załogantkę, która podczas
dwóch tygodni jej już aż drugiego (a może nawet aż trzeciego) rejsu dawała
mu zdecydowane wskazówki jak trzeba stawać do kei, w którym miejscu i którą
częścią jachtu.
Maju, czy to byłaś Ty??
Przykro mi ale niestety nie - nigdy nie plywalam z zadnym kpt Mackiem :(
Poza tym mam juz az ;))) 4 rejsy na koncie
Pozdr
Majka
=Misiek= (znany niektorym jako Stiopa ;-)
czyli Michal Hubicki
--
Jan Watrobinski
opti...@wp.pl
www.opti.pogoria.org.
tel; 0501565577
Użytkownik "Misiek" <michal....@SPAM.BE.wp.pl> napisał w wiadomości
news:ammqjc$a1l$1...@news.gazeta.pl...
Po opuszczeniu portu Leixoes w Portugalii, dokąd jacht dopłynął z Lizbony,
obraliśmy kurs kompasowy 350 stopni, który prowadził nas wzdłuż wybrzeża
Portugalii a potem Hiszpanii aż do Cabo Finisterre. Po opłynięciu przylądka
Finisterre przyjęliśmy kurs kompasowy 010 kierując się na port Cork w
Irlandii. Obrany kurs pozwalał nam w bezpiecznej odległości minąć granice
szelfu kontynentalnego, co minimalizowało ryzyko żeglugi. Mapy synoptyczne i
prognozy pogody na 36, 48 i 60 godzin, oraz bieżące informacje o pogodzie
odbierane do granicy zasięgu UKF na kanale 11 z Cabo Finisterre Traffic
Control pozwalały nam założyć bezpieczną żeglugę na całej trasie: prognozy
przewidywały wiatry południowo-wschodnie do wschodnich 4-6 B a później
południowe 6B, stan morza 2-4. Aż do Cabo Finisterre żegluga była bardzo
spokojna przy wiatrach 1-2 B i stanie morza 1. Za przylądkiem, który
minęliśmy 13 września o około godziny 2 w nocy, pogoda się utrzymywała aż do
południa, po czym wiatr zaczął stopniowo tężeć osiągając sile 5-6B w nocy.
Żegluga przebiegała bez żadnych problemów, jacht sprawował się znakomicie
świetnie radząc sobie z falą. Kiedy wiatr osiągnął sile 5B zarefowaliśmy
grota (II ref), a gdy stężał SO 6B zrzuciliśmy go i żeglowaliśmy pod średnim
fokiem. Jacht żeglował spokojnie w niedużym przechyle osiągając prędkości
rzędu 7-8 węzłów. Przy takiej prędkości i komfortowej żegludze ETA Cork
wynosił około dwóch dni, a wiec mieliśmy wszelkie szansę na osiągniecie celu
w znakomitych warunkach pogodowych. Załoga czuła się znakomicie, i mimo
wysokiej fali (stan morza 4) jacht prowadziło się bez najmniejszych
trudności.
Awaria sztagownika nastąpiła ok. godziny 1200 (46o31,2'N i 009o29,0'W).
Sztagownik pękł pod pokładem. Stalowy pręt o przekroju ok 20mm, na którym
zamocowane było podwięzie sztagów pękł. Miejsce pęknięcia było równe,
prostopadle do osi pręta, co wskazywać by mogło na wadę materiałowa. Jest to
opinia I Oficera, Krzysztofa Grabowskiego, z wykształcenia inżyniera. Prawdo
podobnie wada ujawniła się dopiero wówczas, gdy jacht został poddany
obciążeniom wynikającym z działania fali i wiatru w warunkach typowych dla
Oceanu Atlantyckiego w rejonie CHARCOT i okolicach Zatoki Biskajskiej.
Pękniecie sztagownika spowodowało natychmiastowe zluzowanie szlagów i
podarcie niesionego foka. Włączono silnik, żagiel zrzucono do końca, po czym
przystąpiono do zabezpieczania masztu przed upadkiem. Wydałem załodze rozkaz
zejścia pod pokład, sterował IV oficer Adam Walczyński, a bosman, James
Edens, wraz ze mną podjął działania w celu ustabilizowania takielunku.
Miedzy mocowaniami ściągaczy sztagów przyspawanymi do podwięzia (metalowej
płytki która teraz oderwana była od pręta, do którego była przyspawana)
przeprowadzono łańcuch kotwiczny, który na jednym końcu został zamocowany za
pomocą szekli do kluzy dziobowej, a na drugim obłożony na kole orzechowym
windy kotwicznej i zabezpieczony linami. Dodatkowo przeprowadzono na dziób
wszystkie fały (za wyjątkiem jednego) i wybrano je na kabestanach. Mimo tych
zabiegów, maszt dalej nie był stabilny, postawienie żagli nie było możliwe
gdyż zwiększało by to naprężenia awaryjnych zamocowań i niebezpiecznie
chwiejącego się masztu.
W takiej sytuacji podjąłem decyzję o skierowaniu jachtu do najbliższego
portu. Najbliższym portem była La Coruna (ok. 190 Mm na południe). Był to
także jedyny relatywnie bliski port, do którego nie trzeba było żeglować pod
wschodni wiatr i wysoką falę. Jednak praca jachtu na fali powodowała, ze
olinowane nie pracowało statycznie, lecz dynamicznie, na zrywanie, a wiec
istniało bardzo realne niebezpieczeństwo utraty masztu, co mogłoby pociągnąć
za sobą ofiary śmiertelne (spadający maszt mógłby zabić ludzi) a być może
także szybkie zatoniecie jachtu. Dlatego podjąłem decyzję o wezwaniu asysty
holownika i ewakuacji tej części załogi, która nie była absolutnie niezbędna
do prowadzenia jachtu napędzanego silnikiem aż do momentu nadejścia pomocy.
Na kanale 16 UKF nadałem sygnał PAN PAN i zgodnie z procedurą opisałem
rodzaj awarii i wyjaśniłem jakiego typu pomocy oczekuję. Na wezwanie
odpowiedział statek RORO o nazwie, której nie udało mi się zrozumieć z
powodu bardzo słabej angielszczyzny rozmawiającego ze mną oficera. Statek
zbliżył się do jachtu na odległość ok. 2 Mm, jednak ze względu na wysoki
stan morza kapitan statku nie zdecydował się na opuszczenie łodzi aby
przejąć siedem osób z mojej załogi argumentując, ze ponieważ nie wysyłałem
sygnału MAYDAY i potwierdziłem, że życie załogi nie jest bezpośrednio
zagrożone, on nie może ryzykować nikogo ze swojej załogi. Następnie statek
wrócił na kurs i oddalił się od jachtu. Nie pozostało nam nic innego jak
dalsza żegluga. Przewidując, ze maszt może w każdej chwili ulec zniszczeniu,
nakazałem załodze podjecie takich kroków jak w przygotowaniu do opuszczenia
statku. Załoga ubrała się w najcieplejsze ubrania i założyła pasy ratunkowe,
po czym pozostawała pod pokładem na nawietrznej burcie jachtu w pobliżu
kolumny masztu.
O godzinie 02.15 przestał działać silnik. Podjęto więc wszelkie możliwe
działania w celu uruchomienia silnika. Sprawdzono poziom paliwa (powyżej
polowy zbiornika), sprawdzono filtr paliwa, sprawdzono pompę paliwowa,
sprawdzono, czy paliwo dociera do cylindrów i czy silnik nie jest
zapowietrzony (otwarcie przewodów do wtryskiwaczy). Nie udało się jednak
uruchomić silnika, a przy wielu próbach odpalenia go mocno wyczerpano
akumulator rozruchowy. Nie zezwoliłem jednak na kolejne próby uruchomienia
silnika przy pomocy zapasowej baterii, która została zakupiona na początku
rejsu w Lizbonie, która przeznaczyłem na potrzeby komunikacji i w
przewidywanej już przeze mnie sytuacji braku ładowania, a potem konieczność
opuszczenia jachtu. W celu ustabilizowania ruchów jachtu wydałem rozkaz do
stawienia na stensztagu maleńkiego foka sztormowego (ok. 3m2, co przyniosło
nieznaczną poprawę sytuacji. Jacht niesiony był silą wiatru pracującego w
olinowaniu, jednak teraz udawało się utrzymywać w miarę stały kurs (KK
160-180). Z obserwacji wynikało, że prąd o przybliżonym kierunku ok. 090
stopni praktycznie niwelował dryf, dzięki czemu udawało się utrzymywać KDd
ok. 180 stopni. Było jednak jasne, ze bez żagli, z niedziałającym silnikiem,
z poważnym przeciekiem na dziobie (wyrwany fragment pokładu przy
sztagowniku, zapchany żaglami), przy stałym zagrożeniu upadkiem masztu i
utracenia możliwości komunikacji (antena UKF zamontowana była na topie
masztu) wezwanie pomocy było nieuniknione. Ponieważ jednak w nocy akcja
byłaby zbyt niebezpieczna zdecydowałem, ze działania rozpocznę o świcie.
O świcie (ok. 08.15) wysłałem na kanale 16 sygnał wzywania pomocy i zgodnie
z procedurą podałem pozycję jachtu, naturę awarii i rodzaj oczekiwanej
pomocy. Prosiłem o przysłanie holownika, który podjąłby załogę i holował do
La Corunii jacht na którego pokładzie miałem zostać ja oraz dwóch ochotników
(Krzysztof Grabowski -I Oficer i James Edens - Bosman). Miałem nadzieję, że
w ten sposób uda się uratować załogę i jacht. Na wezwanie odpowiedział
zmierzający do Gibraltaru chemikaliowiec Selendang Sari bandery PORT KELANG,
należący do firmy AURORA TANKERS, którego kapitan skomunikował się ze stacją
ratunkową Finisterre i poinformował mnie, że stacja nakazała mu podjęcie
akcji ratunkowej. Spytał o potwierdzenie, czy proszę o ratunek załogi i
zasugerował, ze za pomocą dźwigu pokładowego przyjmie na pokład także jacht.
Potwierdziłem swoje wezwanie i rozpoczęto akcję ratunkową. Około godziny
09.30 dostrzegliśmy zbliżający się od północnego wschodu chemikaliowiec.
Statek zbliżał się bardzo powoli i ustawił w takiej pozycji, aby Oskard
zdryfował na niego. Biorąc pod uwagę brak manewrowości jachtu i trudność
manewrowania chemikaliowca była to jedyna możliwość przechwycenia jachtu.
Ok. 11.00 jacht znalazł się w takiej odległości od Selendang Sari, która
umożliwiała podanie rzutek na jacht. Wysoka fala spowodowała jednak, ze mimo
wyłożonych odbijaczy jacht uderzył koszem dziobowym o burtę chemikaliowca i
utracił reling, podane cumy, pracując niemal pionowo, wyrwały wszystkie
knagi. Jacht zaczął oddalać się od statku, jednak kapitan chemikaliowca,
nakazując jeden obrót śruby wstecz, spowodował, ze jacht przedryfowawszy za
rufę statku ponownie przysunął się do burty, tym razem od strony
zawietrznej. Zawirowania wiatru za wysoką przeszkodą jaką był chemikaliowiec
przybliżyły jacht do burty na tyle, ze możliwe było ponowne podanie rzutek.
Ze względów bezpieczeństwa (groźba upadku masztu i obrażeń spowodowanych
podawanymi rzutkami i cumami) na pokładzie pozostawały jedynie trzy osoby
(Krzysztof Grabowski, James Edens i ja). Sprawnie zamocowano cumy na kluzach
i załoga tankowca podjęła próbę ustabilizowania jachtu. Manewr był
niezmiernie trudny biorąc pod uwagę stan morza 4. Jacht, z odbijaczami
przełożonymi na lewą burtę, zaczął niebezpiecznie uderzać o burtę tankowca
salingiem i obłem kadłuba, niebezpieczeństwo upadku masztu było wiec
ogromne. Załoga tankowca natychmiast opuściła sztormtrap i linki
bezpieczeństwa z pasami bezpieczeństwa i wówczas wydałem polecenie ewakuacji
załogi. Podjąłem decyzję, iż na pokładzie nie może pozostać nikt, gdyż
zniszczenia jakie jacht poniósł w trakcie akcji pogłębiły jeszcze
niebezpieczeństwo utraty życia. Po kolei jacht opuściły Martyna Skubacz,
Katie Edens, Zuzanna Szatanik, Maciej Wolny, Adam Walczyński, Mariusz Bożyk,
Piotr Ćwiklinski, Krzysztof Grabowski, James Edens a na końcu ja sam
zabierając ze sobą dokumenty jachtu i dziennik pokładowy. Na pokładzie
pozostawiono włączoną elektryczną pompę zęzową (którą zakupiliśmy i
zamontowaliśmy w Lizbonie) i stabilizujący dryf fok sztormowy. Pozostały tam
także wszystkie rzeczy osobiste załogi, która wzięła ze sobą jedynie
dokumenty i najcenniejsze drobne przedmioty, pozostały na jachcie mapy,
podręczniki nawigacyjne, cały sprzęt elektroniczny i wszystkie inne
przedmioty należące do wyposażenia jachtu. Krzysztof Grabowski, I oficer,
opiekował się paszportami załogi. Akcja zakończyła się ok. 12.30 na pozycji
44o11,147'N i 008o42,3'W.
Ze względu na tężejący wiatr i rosnące fale kapitan Selendang Sari
zdecydował się odciąć jacht, którego i tak nie mógłby podjąć na pokład ze
względu na kil i wysokość masztu, oraz masę jachtu, która przekraczała
dopuszczalna nośność dźwigu. Cumy zostały odcięta i jacht ze wciąż stojącym
masztem oddryfował na odległość kilku kabli, po czym chemikaliowiec
skierował się na La Corune.
Natychmiast po podjęciu na pokład każdy z załogantów był odprowadzony do
mesy oficerskiej, gdzie po upewnieniu się, że nikt nie wymaga pomocy
medycznej każdy otrzymał gorące napoje, ręczniki i koce, a wkrótce dwa syte
posiłki. Załogantów traktowano bardzo ciepło i serdecznie, zapewniono im
opiekę i niezmiernie przyjazną atmosferę, co pozwoliło wszystkim dosyć
szybko dojść do siebie po akcji ratowniczej. Jako kapitan wszedłem na pokład
ostatni i natychmiast zostałem zaprowadzony na mostek chemikaliowca, gdzie
przyjął mnie kapitan KALAISEYAM AL RAMASAMY. Przyjął mnie bardzo ciepło i
spokojnie, rozumiejąc moje zdenerwowanie, wyjaśnił kolejność manewrów i
decyzje odcięcia jachtu. Poinformował mnie także, ze kiedy akcja dopiero się
zaczynała wezwał helikopter i holownik z Finisterre. Helikopter już wówczas
odwołał, a holownik był w drodze do opuszczonego jachtu. Około godziny 22.00
chemikaliowiec dotarł na redę portu La Coruna, gdzie załogę podjął statek
pilotowy i przetransportował ja do portu, gdzie czekał już minibus
czerwonego krzyża i karetka pogotowia ratunkowego. Po upewnieniu się, ze
nikt nie wymaga pomocy medycznej, przewieziono załogę minibusem do hotelu
CASA DEL MAR, HOSPEDERIA, Ramon Y Cajał s/n, 15006 LA CORUNA, tel.
+34981287000, fax +34981287311, gdzie pozostaje do dzisiaj.
W dniu wczorajszym, ok. godziny 20.00 otrzymałem informacje ze stacji
ratunkowej Cabo Finisterre, ze mimo prób, holowany jacht, ze złamanym
masztem, zatonął. Zatoniecie nastąpiło ok. godziny 19.00, jednak jak dotąd
nie udało się uzyskać szczegółów wydarzenia. Wiadomo jedynie, ze jacht
zatonął w czasie holowania w sztormie i przy wysokiej fali.
Jak dotąd nie skontaktował się z nami nikt z władz portu, stacji
ratowniczej, ani agencji ubezpieczeniowej. Skontaktował się z nami Konsul RP
w Hiszpanii, pan Zbigniew Adamczyk (tel. +34650490711) i zadeklarował pomoc
w każdej sytuacji.
Załoga jest w dobrym stanie psychicznym, choć brakuje jej ubrań. Podstawowe
przedmioty kupiliśmy na miejscu, czeka nas także zapłacenie rachunku
hotelowego w wysokości ok. 200 EURO. Czekamy na transport z Polski i dalsze
szczegóły dotyczące zatonięcia jachtu. Cieszymy się, ze żyjemy.
Paweł Jędrzejko
Pomimo wielkiego autorytetu jakim darze przedmowce (przedpisce?) niestety
nie moge sie zgodzic z ta opinia.
Czy kilkunastoletni laminatowy jacht regatowy, na ktorym peka, podstawowe
dla jego zywotnosci, okucie przy normalnych warunkach zeglugi a silnik
odmawia wspolpracy po kilku godzinach jest bardzo dobry i bezpieczny?
Zastanowic nalezy sie takze dlaczego firmy czarterowe na Srodziemnym
pozbywaja sie jachtow powyzej dziesiecioletnich. Czy kierowca jezdzac
dziesiecioletnim samochodem mowi o nim, ze jest bardzo dobry i bezpieczny?
Laminat niestety podlega starzeniu i zmeczeniu w znacznie wiekszym stopniu
niz stal i drewno. Co prawda zawiodla tu stal ale to dowodzi jedynie
"regatowosci" jachtu typu Cetus, na ktorym wszystko powinno byc lekkie.
Projekt powstal w latach siedemdziesiatych kiedy takie rzeczy projektowalo
sie "na oko" lub korzystajac z uproszczonych metod obliczen wytrzymalosci.
Zaloze sie, ze 20 mm pret nie byl liczony na zmeczenie bo to mial byc jacht
regatowy. A jaki jest zywot wspolczesnych jachtow regatowych? Wiemy...
W zeszlym roku Jurek drzal o okucie na jednym z Cetusow. Ja u tego samego
armatora odpowiedzialem na propozycje Cetusa: szczerze mowiac wolalbym
Opala. Ten zdwojony sztag zawsze dodaje otuchy...
Kilka lat temu przezylem utrate masztu (na jachcie typu Taurus) jedynie
dlatego, ze pekla wanta i polecial do wody a nie nam na glowy do kokpitu.
Nie wierze w karty bezpieczenstwa i inne takie swiski dopoki sam nie
popatrze jak to wyglada. Nie wierze w zapewnienia armatora, ze jacht jest w
doskonalym stanie. Tu nieufnosc jest wrecz wskazana bo czesto sie okazuje,
ze pod tym terminem armator rozumie, ze jacht nie tonie, ma maszt i tratwe.
Z zaglami juz byla gorzej...
Pytam, wiec o opinie tych, ktorzy na jachcie plywali. I tu zdarzaja sie
rozne.
Sadze, ze Oskard byl dosc szybkim i wygodnym jachtem w czasach kiedy zostal
zwodowany. Byl wtedy tez w miare bezpiecznym jachtem regatowym.
Ale ja na nim nie plywalem a swoj prywatny osad opieram na licznych
relacjach o klopotach z jachtami typu Cetus i Taurus.
Wypadnie, ze madry Polak po szkodzie, ze teraz to latwo tak mowic ale jednak
napisze:
zestawione razem: wrzesien, Biskaj, kilkunastoletni Cetus zapalaja u mnie
zolte swiatelko ostrzegawcze.
Byc moze takie zdanie przyda sie tym, ktorzy pisza na grupe pytania w stylu:
Jak wyglada jacht XXX bo plyne na nim na pazdziernikowy rejs. Dobrze
przynajmniej, ze pytaja...
Gratuluje kapitanowi i zalodze wyjscia calo z kryzysowej sytuacji.
Pozdrowienia
Krzysiek Bienkowski
>Czy kilkunastoletni laminatowy jacht regatowy (ciach)
Tak naprawdę Oskard nie był jachtem typowo regatowym. Fakt kadłub był
cetusa, ale nadbudówka
i zabudowa wnętrza była typowo turystyczna i zupełnie odbiegała od np
beznadziejnej zabudowy
innego cetusa jakim jest Gaudeamus.
Andrzej Drozdzal
adro...@zab.zigzag.pl
--
Archiwum grupy: http://niusy.onet.pl/pl.rec.zeglarstwo
A wiec ciezsza. A czy wieksza wypornosc byla skompensowana wieksza gruboscia
poszycia? Nie sadze. Tak wiec w tym jachcie naprezenia mogly byc jescze
wieksze niz w typowym regatowym Cetusie.
A swoja droga Gaudeamus jest jednym fajniejszych Cetusow. Gdyby jeszcze nie
byl tak przerazliwie stary...
pozdro
Krzysiek