Google Groups no longer supports new Usenet posts or subscriptions. Historical content remains viewable.
Dismiss

Dominikana na własną rękę

146 views
Skip to first unread message

Cavallino

unread,
Dec 26, 2018, 6:14:39 AM12/26/18
to
W internetach jest kilka opisów, jak najfaniej zrobić Dominikanę na
własną rękę, ale aktualny opis może się komuś przydać.

Tradycyjnie na przełomie listopada i grudnia, czyli w sezonie na
najtańsze przeloty szukaliśmy jakiegoś lotu w tropiki z ciepłą wodą.
W ostatni tydzień grudnia wreszcie trafiło się kilka fajnych cenowo
czarterów w takie miejsca - praktycznie w tej samej cenie były
Mauritius, Madagaskar (czy raczje Nosy Be) i Dominikana.
Zdecydowały prognozy pogody, Dominikana jako jedyna miała być bezdeszczowa.
Kupiliśmy więc przeloty w TUI za 1439 zł/za os (40 to opłata za kartę
turystyczną) z Okęcia do Punta Cana.

Przelot rozpoczął się kiepsko, bo TUI Fly tradycyjnie nawaliło i nie
zapewniło samolotu na czas, od razu po przybyciu na Okęcie
dowiedzieliśmy się że będzie opóźnienie bo zmieniają samolot.
Miało być 4 h, było prawie 7.
Może się dzięki temu część wycieczki zwróci, bo od razu po przylocie
wystąpiliśmy o odszkodowanie za to opóźnienie - należy się po 600 Eur,
ale znając problemy które robią linie lotnicze z wypłatą odszkodowań,
liczę się z tym, że jakiś procent od tych sum może trafić do firmy
zajmującej się dochodzeniem odszkodowań...

Ale były i plusy - zamiast B767 nowym samolotem okazał się Jumbo Jet,
samolot dużo większy, a co za tym idzie przy niezmienionej ilości
pasażerów, zapewniający dużo wolnych miejsc, z których część wycieczki
zrobiła sobie miejsca sypialne.

W każdym razie na Dominikanie lądowaliśmy nocą, dobrze że mieliśmy
zapewniony transfer do hotelu (z firmy Mozio po 3,5 USD za osobę) któray
za nami czekał i sam hotel w Bavaro (przez Booking.com, zaczęliśmy od 4
gwiazdkowego hotelu za ok 250 zł za pokój ze śniadaniem).
Niestety, okazało się że hotel mimo 4 gwiazdek nie ma 24h recepcji, więc
był problem ze ściągnięciem kogoś w środku nocy.
Udało się przy pomocy kelnerek z baru znajdującego się w budynku hotelu,
bo od nas nawet telefonów nie odbierali.....

Na szczęście potem już nie było prawie żadnych komplikacji przez cały pobyt.

Jako się rzekło, pierwsze 3 dni mieliśmy w Bavaro.
Baza po wylądowaniu na lotnisku w Punata Cana fajna, ale na krótko.
Współczuję ludziom którzy kupowali tam 14 dni w hotelu AI, bo okolica
kiepska, plaże takie sobie, palmy rzadkie i wysokie, nie dające cienia,
a w tym okresie palaże były wręcz nieużywalne, z racji ogromnej ilości
wodorostów wyrzucanych przez ocean i gnijących na plażach oraz przy brzegu.
Nawet najlepsze hotele w Bavaro nie radziły sobie z tym problemem i mimo
że rano próbowały sprzątać te wodorosty z plaży, to wieczorem i tak już
było ich sporo. Na publicznych plażach wręcz zatrzęsienie.
Samo Bavaro to chaotycznie zabudowany kawałek wybrzeża, głównie ogromne
hotele wielogwiazdkowe, nic ciekawego tam nie ma.
Jedynym sposobem na przeżycie 14 dni w takim miejscu, to zakotwiczenie
między barem i basenem, lub kupowanie na siłę wymyślonych atrakcji i
przepłaconych wycieczek.

Cieszyliśmy się bardzo że wzięliśmy w Bavaro tylko 4 dni i z radością
wybraliśmy się w dalsze rejony Dominikany.
Na początek Boca Chica - kolejna turystyczna miejscówka.
Przejazd mieliśmy komfortowymi autobusami Bavaro Express (400 DOP a więc
jakieś 8 USD na osobę), niezależnie od długości trasy (autobus jechał do
Santo Domingo).
Sama Boca Chica sprawiała lepsze wrażenie, przypominała bardziej miasto,
z większą ilością tubylców.
Do tego posiadała wspaniałą i czyściutką lagunę - dzięki barierze
rafowej, nawet po 200 m od brzegu woda była całkowicie przezroczysta,
cieplutka i płytka - tak gdzieś na 1m.
Gorzej z plażami - były wąskie, mimo ze palmy były jak trzeba, to pas
piasku był zajęty przez stoliki z plażowych restauracji, a tam gdzie
stolików nie było był, piasek był mocno ubity i twardawy.
Ale na 2 dni miejscówka jak znalazł.
Szkoda że nieco nas męczył jet lag i wcześniej chodziliśmy spać, bo
miasteczko ożywało po 20, wtedy z głównej ulicy robiono deptak i zabawa
trwała do wczesnego rana, co trochę przeszkadzało w spaniu.
Ale sądząc po hałasach inni bawili się wybornie - pewnie tani rum i dużo
okazji seksturystycznych mocno w tym pomagały.
Hotelik niedaleko plaży, standardowo rezerwowany przez booking tym razem
kosztował poniżej 200 zł, ale pokoiki były malutkie (jakieś 18m2), więc
nauczeni tym doświadczeniem, zmieniliśmy resztę rezerwacji w innych
miejscach na apartementy po 40-50 m.

Po 2 dniach w Boca Chica pojechahliśmy na półwysep Samana, do
miejscowości Las Galeras.
Przejazd to najpierw busik (zwany tu guagua) do centrum komunikacyjnego
w Boca Chica (darmowy), potem przesiadka na inny jadący do Santo Domingo
(koszt 7- DOP, czyli jakieś 1,5 USD) - trasa jakieś 30 km.
Kierowca okazał się na tyle miły że po wysadzeniu innych pasażerów
zawiózł nas na terminal Caribe Tour, skąd mieliśmy autobus do Samany,
Przejazd do Samany to znowu komfortowy autobus, za 400 DOP, tym razem z
rodzaju sypialnych, czyli z mocno rozkładającymi się fotelami i z dużymi
przestrzeniami między rzędami foteli.
Do tego działający internet i przejazd do miejscowości Samana minął nam
błyskawicznie.

Tam zaczęły się schody - bezskutecznie czekaliśmy na guagua znany nam z
innych części Dominkany, ale po godzinie okazało się że do Las Galeras
nic takiego nie jeździ.
Były jakieś przepełnione, zdezelowane minibusiki, gdzie nie było opcji
wcisnąć się 4 osóz z wielkimi walizkami, oraz przerobione pick-upy z
miejscami również na pace.
Oczywiście były też taksówki za 1000-1500 DOP (na 4 osoby to byłaby i
tak tanioch za 30 km), no ale my czekaliśmy na guagua.

Jako że czas leciał, zdecydowaliśmy się na po taragach na to ostatnie
rozwiązanie - kosztowało 100 DOP od osoby, wytargowaliśmy walizki w
cenie (czyli na dachu wiaty na pace pick-upa).

Po trwającej 40 minut przejażdżce w oparach spalin ze starego silnika,
ale za to w pięknych okolicznościach przyrody wzdłuż brzegu Oceanu
Atlantyckiego przebłyskującego gdzieniegdzie wzdłuż szosy, dotarliśmy do
Las Galeras.
Nasz apartament (poniżej 200 zł/dzień za 40 metrów i 2 pokoje z kuchnią
i jadalnią) był w pewnym oddaleniu od brzegu morza, więc podczas spaceru
do plaży mogliśmy obejrzeć całą osadę.
Najpierw były to chatki tubylców, lepsze i gorsze, potem bary i markety
dla nich, potem zaczęło się robić bardziej europejsko i za sklepami
prowadzonymi przez i dla Europejczyków, najbliżej morza położone były
rezydencje i bardziej eleganckie hotele różnej wielkości.
W okolicach Las Galeras są dwie śliczne małe plaże - w centrum Las
Galeras, oraz trochę na zachód od miejscowości druga plaża La Playita.
Krajobrazy bajkowe, palmy na samym brzegu, turkusowe, cieplutkie wody
Oceanu Atlantyckiego i przynajmniej w grudniu, jako że to przed
sezonem, spokój i cisza.
Ta okolica podobała nam się zdecydowanie najbardziej na Dominikanie.
Następnego dnia wybraliśmy się z polskim właścicielem hotelu, w którym
zatrzymali się nasi znajomi (poznani podczas długiego oczekiwania na
samolot na Okęciu), na Playa Rincon.
Koszt wycieczki 1500 DOP.

Rincon to duża i piękna plaża, położona wśród palm kokosowych, uznawana
przez niektóre z magazynów podróżniczych za jedną z 10 najlepszych plaż
świata.
Na nas aż takiego wrażenia nie zrobiła, widzieliśmy lepsze, ale
faktycznie była ładna i przede wszystkimi, prawie całkowicie pusta - na
5 km plaży było może ze 20 ludzi.
Ładniejsza była jej wschodnia część, z mniejszymi falami i cieplejszą
wodą - z kolei przy zachodniej części można się orzeźwić w rzeczce która
wpływa do oceanu, oraz skorzystać z rejsu łódką czy kajakiem w górę
rzeki, podobno usianej mangrowcami - jak ktoś nie widziałe tego typu
klimatów to fajna okazja.


Inne fajne wycieczki z Las Galeras to (w sezonie od stycznia do marca)
rejsy na podziwianie humbaków zimujących masowo w zatoce Samana, do
wodospadu Limon czy do dziwu przyrodniczego Boca del Diablo, z którego
ocean wypycha pod sporym ciśnieniem masy powietrza, a czasem i gejzery wody.

My byliśmy tam 3dni, więc zważywszy na kiepski transport i wysokie ceny
wycieczek organizowanych przez biura turystyczne, skupiliśmy się na
pięknych plażach.

Z Las Galeras wyruszyliśmy do ostatniego zaplanowanego miejsca - do
Bayahibe na południu wyspy, punktu startowego wycieczek na wyspę Saona.

Z Las Galeras najlepiej dojechać tam przez Santo Domingo, wcześnie rano,
ok 5:30, jedzie tam bezpośredni autobus, niestety nie ma nigdzie
rozkładu jego jazdy, trzeba szukać połączeń w internetach.
Później trzeba bujać się pickupami do Samana, skąd regularnie jeżdżą
autobusy ekspresowe do Santo Domingo.
Nam udało się załapać na podwózkę prywatnym samochodem, za 3500 DOP na 4
osoby.
Wydawało się że to wygodniejsza opcja, ale okazało się że razem z nami
podróżowała rodzina właściciela, a on sam prowadził na tyle wolno, że w
Santo Domingo nie zdążyliśmy na bezpośredni autobus do Bayahibe w
południe, a że one startuja tylko kilka razy w ciągu dnia (7,12,17),
musieliśmy wziąć autobus do La Romana (275 DOP) i tam przesiąść się na
guagua do Bayahibe (70 DOP + 35 DOP za każdą walizkę).

Samo Bahahibe okazało się uroczym miasteczkiem z kolorowymi małymi
domkami, również do wynajęcia przez turystów (tzw. cabanas).
Koszt takiego 20 metrowego domku z klimatyzacją to jakieś 30 USD za dzień).
My jednak mieliśmy zarezerwowany 50 metrowy apartament w apartamentowcu
położonym jakieś 300 m od centrum i okazało się to świetną opcją.
W przeciwieństwie do innych pobytów na Dominikanie, gdzie nocne imprezy
nie dawały spać, tutaj był spokój, cisza, wygoda, 100 m do sklepów i
piekarni sprzedających m.in świeżutkie i bardzo dobre francuskie
bagietki, standard apartamentu jak we Włoszech (właścicielami większości
z nich byli właśnie Włosi), tyle że dużo taniej.

Następny dzień do wycieczka na Saonę, kultową wyspę i cel pierwszego
wyboru dla większości turystów na Dominikanie.
Z Bavaero, Punta Cany i innych popularnych resortów, ceny takich
wycieczek wynoszą 80-120 Eur.
Z Bayahibe, z którego startują katamarany, tą samą wycieczkę kupiliśmy
za 1400 DOP, czyli jakieś 28 USD, bez wielkiej napinki, od naganiacza na
ulicy, który też swoje zarobił - pewnie kupowana bezpośrednio na
stateczku chwilę przed jego wypłynięciem, byłoby jeszcze taniej.

W cenie półdniowej wycieczki był 2 h rejs katamaranem na Saonę z open
barem (w cenie napoje i rum, z którego niektórzy korzystali bez
opamiętania), oraz muzyka i tańce na pokładzie, obiad na Saonie, oraz
powrót łodzią motorową z kąpielą w tzw; naturalnym basenie - czyli na
płyciźnie w kanale łączącym Morze Karaibskie z Oceanem Atlantyckiem
między Saoną a Dominikaną.
Sama Saona nie zrobiła na nas większego wrażenia, po plażach Las Galeras
była po prostu otoczaona plażami z ładnym, białym piaskiem wysepką.
Tak samo natural pool - odczucia podobne do kąpieli w lagunie w Boca Chica.
Ale jak ktoś wybiera sie tylko na jedną wycieczkę na Dominikanie, to ta
jest ok.

Plaża w Bayahibe jest znośna, tylko dość mała jest część publiczna,
dalej jest plaża hotelowa na którą wpuszcza się tylko gości hotelowych.

Po 3 dniach w Bayahibe przyszedł czas powrotu, dzień przed wylotem
przejechaliśmy z powrotem do Bavaro, z przesiadką w La Romana z guagua
(70 DOP), na autobus (175 DOP).
Warto wspomnieć że po drodze autobus podjeżdżał na przystanek przed
lotniskiem Punta Cana, więc jeśli ktoś ląduje w dzień, może to być tani
sposób na dostanie się z lotniska do Bavaro, jako że normalnie taksówka
kosztuje 30 USD za kurs.

W Bavaro tym razem wzięliśmy na ostatnią noc, hostel bliżej lotniska,
jako ze wylot mieliśmy wieczorem więc chcieliśmy jeszcze przed południem
w dniu wylotu korzystać z plaży.
Hostel okazał się dzielonym 3 pokojowym apartamentem, w dość mocno
zapuszczonym apartamentowcu.
Atutem była cena (nieco powyżej 100 zł za 1 sypialnię ze śniadaniem,
można było wziąć cały apartament za dwa razy tyle), oraz bliskość fajnej
plaży Bavaro przy hotelu Barcel.
Niestety, popołudniami również tutaj wodorosty nie zachęcały do kąpieli,
rano było dużo lepiej, widać że hotel próbował sprzątać plażę.
Generalnie w grudniu nie warto ryzykować pobytu w Bavaro - na innych
plażach nie było problemu wodorostów, widać tylko wschód wyspy borykał
się z nim.

Co do cen w Dominikanie:
Najdrożej jest generalnie w Bavaro, nieco taniej w Boca Chica i
Bayahibe, najtaniej na Samanie.

Obiad w lokalnej knajpce można zjeść za 30-40 zł, maks to 70-80 zł za
wielką langustę w lepszej knajpce.
W knajpkach nastawionych na lokalesów (comidach) jest dużo taniej - od
20-30 zł za danie.
Najtaniej na ulicy - ichne placuszki z rybką czy smażoną kiełbaską, lub
kurczak z grilla to koszt 10-20 zł, ale warunki sanitarne raczej
zniechęcają wrażliwców.

Empanada, czyli placuszki zawinięte w formie pierogu z nadzieniem z
szynki, sera, lub owoców morza (zwłaszcza Lambi czyli dużego ślimaka),
od 35 do 100 DOP.

Coctaile w rodzaju Pina Colada (zmiksowane rum, ananas, lód, śmietanka
kokosowa) to jakieś 200-350 DOP (czyli od 4 do 7 USD), świeżo miksowane
soki z owoców udało się w Boca Chica kupować nawet za 70 DOP, czyli 1,5
USD, zazwyczaj jest to 100 DOP.
W sklepach ceny takie jak w Polsce, lokalne produkty są nawet tańszej,
importowane trochę droższe.

Generalnie całość wyjazdu kosztowała nas 3500-4000 zł na osobę, co
odpowiadało promocyjnej cenie najtańszego hotelu z all inclusive z
oferty TUI.
Ale hotel był w najsłabszej części wschodniej Dominikany, czyli w
Bavaro, a my w tej samej cenie zobaczyliśmy również inne, najlepsze
miejscówki tej części kraju, oraz kilka wycieczek.

Warto więc podróżować samemu, z biura podróży kupując tylko bilety na
loty czarterowe w okazyjnych cenach.
Wystarczy się nie bać, na Dominikanie nie ma czego, transport działa
sprawnie (tyle że rozkłady jazdy są bliżej nieznane, trzeba ich szukać w
internecie), a ceny są niewysokie.
0 new messages