Cześć.
Na fali ostatnich postów o wyprawach rowerowych dodaję jeszcze jednego
linka.
Niesamowity Pan, obyśmy w jego wieku nadal mieli rozwiniętą cyklozę :-)
http://historia.trojmiasto.pl/Z-milosci-przejechal-rowerem-5730-km-n66188.html
Z miłości przejechał rowerem 5730 km
Na mapie Polski wyrysował "Jadzia" - imię zmarłej żony, po czym wsiadł
na rower i ruszył w wyznaczoną trasę. Pan Mieczysław Parczyński z
Gdańska miał wtedy 65 lat. W ciągu 94 dni przejechał 5730 km. - Stworzył
niezwykły pomnik dla żony, którą tak bardzo kochał - mówią przyjaciele i
znajomi emeryta-rowerzysty.
Długość trasy rajdu "Jadzia" wynosiła 5730 km
- Zrobiłem wszystko, by zachować odpowiedni kształt każdej litery.
Zdarzało się, że na sporych połaciach kraju wśród lasów, moczarów i
bagien brak było dróg. Musiałem zadowolić się gruntowymi traktami,
czasem ścieżkami. W ciągu 94 dni przejechałem 5730 kilometrów
podzielonych na 62 etapy. Cały ten rajd Jadzi poświęciłem - pisał
wzruszony pan Mieczysław Parczyński w albumie, który własnoręcznie wykonał.
To swoista kronika rajdu ku pamięci żony. Album waży 4,5 kilograma. Jest
bogato ilustrowany. Na jednej ze stron mapa Polski z napisem Jadzia.
Litera "J" zaczyna się w Koszalinie, "a" kończy się w Przemyślu.
Rowerowy ratunek od przygnębienia po stracie Jadwigi. - Bardzo ją
kochałem. Tak cicho odeszła - wyznaje pan Mieczysław.
Na rowerze rozpędził się po śmierci żony. Do 2010 roku przejechał po
Polsce 216 tys. kilometrów. Dobrze pamięta swój pierwszy rower. To był
składak - prezent od ukochanej Jadwigi.
Gazelą przez Polskę
- Niech pan kupi sobie rowerek i troszkę rozrusza nogi. Bo na starość
może grozić panu niedowład - zwrócił się lekarz do pana Mieczysława.
Mężczyzna miał wtedy 50 lat i siedzącą pracę. Był retuszerem
fotograficznym. Lekarz solidnie go nastraszył. Żona przejęła się i
kupiła mężowi rower.
Z początku jeździł codziennie po dziesięć, piętnaście kilometrów.
Obowiązkowa jazda dla zdrowia szybko przerodziła się jednak w pasję.
Żona podarowała mu kolejny składak. Trzeci rower kupił już sobie sam. To
była "Gazela". Damka z kołami 27 cali kupiona za Gierka. Dziennie
potrafił wykręcić na niej 150, a czasem nawet ponad 200 kilometrów.
Kiedy w 1986 r. zmarła żona, pan Mieczysław miał "na liczniku" pierwszy
obwód Ziemi. Pamięć Jadwigi postanowił uczcić rajdem na rowerze. Trzy
lata po jej śmierci ruszył w trasę. - Za pomocą roweru stworzył
niesamowity pomnik swojej żonie, którą tak bardzo kochał. Po zakończeniu
rajdu pojechał na cmentarz, odmówił modlitwę nad jej grobem i
powiedział: Jadziu, zrobiłem to dla Ciebie - opowiada Stanisław
Staniewski, rowerzysta amator i wielki fan pana Mieczysława.
Podróżowanie rowerem po Polsce stało się nowym sposobem na życie
gdańskiego emeryta. W trasę zabierał ze sobą trzy komplety bielizny,
zapasowe ubranie, buty, garnek i mapy. Śpiwora i namiotu nie woził ze
sobą, bo były za ciężkie. Nocował więc u mieszkańców odwiedzanych
miejscowości, w stodołach, szopach i w schroniskach młodzieżowych.
- Mam 100 rodzin w całej Polsce, które gdybym tylko zjawił się na
rowerze, od razu przyjęłyby mnie pod swój dach - cieszy się po latach
pan Mieczysław z zawartych znajomości.
Rowerzysta ceni sobie serdeczność ludzi. Sam jest bardzo pogodnym
człowiekiem. Nawet o przykrych zdarzeniach w czasie rowerowych podróży
potrafi opowiadać z lekkim uśmiechem. - Znad stolika, gdzie siedzieli
miejscowi, wstał dryblas. Podszedł do mnie i oznajmił: My chcielim
dymnąć ten rowerek! No to ja mu na to: Proszę Pana, jestem z Gdańska i
przejechałem tysiące kilometrów, więc czym ja do siebie wrócę? Poszedł
naradzić się do kamratów, a ja nie czekając wziąłem nogi za pas -
opowiada gdański rowerzysta.
Licznik na kierownicy roweru emeryta z Gdańska pokazywał kolejne
przejechane kilometry, a w poczciwym zenicie zmieniała się klisza za
kliszą. Pan Mieczysław każdą swoją podróż dokładnie dokumentował.
Wykonywał zdjęcia, robił notatki, zbierał bilety do muzeów i rachunki za
noclegi. Po czym, kiedy kończył się rowerowy sezon, siadał nad zebraną
dokumentacją podróży i tworzył kolejne kroniki-albumy. - To iście
benedyktyńska praca. Mieczysław wstaje codziennie o piątej rano i przez
cały dzień pracuje nad nimi - opowiada Marek Mazur, konstruktor
miniaturowych aparatów fotograficznych, prywatnie przyjaciel pana
Mieczysława. W zakładzie Marka Mazura podróżnik lubi odpoczywać przy
chałwie i filiżance zielonej herbaty.
70 kilogramów rowerowych podróży
Drogi, które pokonał pan Mieczysław.
- Mieczysław przyszedł do mojego zakładu z aparatem. Podczas rozmowy
wyszło, że jeździ na rowerze. Spojrzałem na niego i pomyślałem, że może
do kościoła jeździ. Tymczasem po kwadransie wrócił z albumem.
Zbaraniałem, kiedy zobaczyłem, czego dokonał Mieczysław - przyznaje
Marek Mazur i dodaje: To prawy i skromny człowiek.
Bo mimo że przejechał ponad 216 tys. km, był we wszystkich
miejscowościach w Polsce, które mają prawa miejskie oraz odwiedził
większość polskich muzeów, zamków i obiektów sakralnych, nie zabiegał o
medialny rozgłos. - Przecież inni osiągnęli więcej - tłumaczył, kiedy
pewien redaktor chciał, aby pan Mieczysław ze swoją wieloletnią rowerową
podróżą pretendował do prestiżowej nagrody Kolosy.
W końcu zgodził się w 2004 roku. Chciał tylko "dokręcić" jeszcze 11 tys.
km. Bo akurat stuknęłaby 80-tka, a licznik rowerowy wskazałby okrągłe
200 tysięcy kilometrów. Dokręcił, zdobył nagrodę i jak gdyby nigdy nic
wsiadł na rower. - To wspaniały przykład, jak aktywnie można żyć, jak
aktywnie można się starzeć - mówi z zachwytem Michał Kochańczyk, znany
podróżnik i alpinista.
Drobny, niewysoki pan Mieczysław w maju świętować będzie 89 urodziny.
Wprawdzie rower poszedł już w odstawkę, ale emeryt codziennie
gimnastykuje się i poświęca drugiej pasji: opracowuje kolejne albumy.
Niedawno przekazał Bibliotece Gdańskiej PAN czternaście tomów własnych
rękopisów. Ważą prawie 70 kg. Na kartach albumów można znaleźć 12 tys.
zdjęć, wiele map oraz tysiące zapisków z podróży.
- Biblioteka Gdańska od czterystu lat gromadzi relacje gdańszczan,
którzy podróżowali po świecie. Muszę przyznać, że albumy, które
przekazał nam pan Mieczysław mają niezwykłą wartość dla badaczy i z
czasem ta wartość będzie rosnąć - ocenia dr Zofia Tylewska-Ostrowska,
dyrektor Biblioteki Gdańskiej Polskiej Akademii Nauk.
- Nikt do tej pory nie zrobił czegoś takiego w Polsce - dodaje Michał
Kochańczyk. A zaczęło się na dobre z miłości do żony