Animka pisze:
>>> Nie mam pod domem sklepu, żeby wyskoczyć i kupić jak się ma chęć. Trzeba
>>> lecieć na piechotę gdzieś tam albo autobusem jechać. Tylko skąd wiadomo,
>>> że akurat kupi się to co świeże i dobre i od tego ochota do zjedzenia
>>> nie odejdzie. Mam niedaleko domu stację benzynową (od bidy to nawet
>>> masło można tam kupić) i jeszcze bliżej niby warzywniak pożal się Boże.
>>
>> Nasunął mi się przed oczy obraz układania mandali. Iść kawał drogi pieszo,
>> czekać na autobus,
>
> Wszędzie mam teraz daleko.
Wszechświat się rozszerza, tak mówią fizycy. To pewnie stąd.
> Dopiero niedawno zaczęłam marzyć o samochodzie.
Najbardziej się nachodzę, gdy mi przyjdzie do głowy wybrać się samochodem
do śródmieścia Warszawy. Człowiek się cieszy, gdy znajdzie stanowisko
parkingowe kilometr od miejsca docelowego.
> Schrzanili mi operację w szpitalu na Szaserów i już nie biegam i nie
> skaczę, nie jeżdżę na łyżwach jak nastolatka. Nogę mam dłuzszą o ok.1
> cm. Odechciewa mi się już wszystkiego. Koleżanki siostra miała operację
> w Otwocku i wszystko jest ok, nic ją nie boli.
Schrzanili? Tam ostatnio wszystkim robią operację na nogi. Może się nie
znają, może nawet nie wiedzą, na co powinni.
>> potem z wielu różnych w sklepie wybrać odpowiedni dla siebie kawałek,
>> przywieźć do domu i -- wyrzucić... Zwykle to łatwość zakupów czyni,
>> że wiele dóbr się marnuje. Większy wysiłek przy nabywaniu powoduje,
>> że sprawunki są bardziej przemyślane. Więc czemu tu tak?
>
> Jeszcze na dodatek trzeba się nalazić w takim i takim supermerkecie,
> bo ciągle towary przekładają gdzie indziej. Specjalnie po to, żeby
> człowiek szukał i przy okazji robił więcej zakupów.
No dobrze, ale tym bardziej jak się dojdzie do miejsca, w którym sprzedają
to, co człek sobie zaplanował kupić, to należy na wybór poświęcić wymaganą
chwilę. Więc czemu tak? Czemu kupować i czemu po przyjściu do domu wyrzucać?
> Wędlin i mięsa w supermarketach nie kupuję, ale wszędzie jest wszystko
> stare.
Nie mam wyboru. W moim zasięgu (rozsądnej samochodowej odległości) są
tylko te wielkopowierzchniowe -- supermarkety, dyskonty albo wielkie
sklepy małej rodzinej firmy, poza tym jeszcze dwa specjalizowane
sklepy z mięsem i wędlinami. Na nic starego się nie natknąłem (chyba
że chodzi o wędliny długodojrzewające).
> Kupiłam sól. Nie słona. Sole jedzenie i solę, a rezultatu żadnego,
> natomiast brzuch puchnie. Sody to nie przypominało, więc mogła to
> być sól do moczenia nóg (chociaz tej nigdy nie próbowałam).
A ja próbowałem. Do moczenia użyłem soli wziętej z kuchni, bo mnie nogi
zbyt bolały, by chodzić po sklepach w poszukiwaniu innych. Na specjalną
sól do moczenia nóg natknąłem się przy okazji (pewnie mi ją w supermarkecie
specjalnie na drogę wywlekli). Była wielokrotnie droższa od tej do solenia,
choć jej głównym, a w zasadzie jedynym składnikiem był NaCl.
> Na drugi dzień kupiłam sól gdzie indziej i w innym opakowaniu.
Pewnie komuś właśnie o to inne opakowanie chodziło.
> I tak to by można było pisać i pisać bez końca.
W pisaniu zawsze powinna być jakaś pointa. Watro o tym pamiętać.
Jarek
--
Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?
Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.