Sonn
unread,Apr 20, 2012, 10:50:48 AM4/20/12You do not have permission to delete messages in this group
Either email addresses are anonymous for this group or you need the view member email addresses permission to view the original message
to
Wiesław Binienda - dziekan Wydziału Inżynierii Cywilnej w Kolegium
Inżynierii University of Akron. Jest także redaktorem naczelnym
kwartalnika naukowego „Journal of Aerospace Engineering” wydawanego
przez American Society of Civil Engineers (ASCE), współd
przejdź do komentarza »"Binienda nie jest ani profesorem w polskim
tego słowa znaczeniu, ani fizykiem, ani ekspertem NASA i obecnie
wcale w NASA nie pracuje. Jedyne z tej wizytówki, co jest prawdą, to
to, iż pracuje w USA.
Od początku zwróciło moją uwagę... rozwiń całość to, że człowiek
przedstawiany jako profesor fizyki z USA wygaduje, na temat fizyki
właśnie, takie bzdury, iż nie powinien nie tylko uzyskać dyplomu z
fizyki, ale nawet matury. A jednocześnie używa skomplikowanych
programów komputerowych do obliczenia wytrzymałości brzozy i
skrzydła samolotu, nie znając dokładnej budowy tego skrzydła,
wymiarów, przekroi, materiałów, kształtu profili konstrukcji…
Jakim cudem fizyk, może obliczać wytrzymałość czegoś, o czym nie
wie, jak jest zbudowane i z czego? Co to za fizyk, który nie wie, że
drobna różnica w kształcie profilu i w składzie stopu, z którego
jest wykonany, może radykalnie zmieniać jego właściwości? Co to
za fizyk, który nie wie, że w przypadku prowadzenia obliczeń, w
których dane wyjściowe znane są w przybliżeniu (Binienda ani PiS
nie mają dokumentacji technicznej tego samolotu), następuje
zjawisko mnożenia błędu i błąd końcowy może nawet przekroczyć sto
procent uzyskanego wyniku? Co to za fizyk, który nie wie, iż każda
teoria jest błędna, jeśli przeczą jej fakty empiryczne (brzoza
została złamana, a skrzydło odpadło, więc wszelkie teorie o tym, że
nie powinno odpaść, ale bo, że nie uderzyło w brzozę, są do bani i już)?
Zacząłem szukać. Najpierw znalazłem list otwarty w
„Kontratekstach”, o którym już nie pamiętałem. Jest to „Petycja w
sprawie dyskryminacji obywateli polskich” z dnia 13 stycznia
2008, w której grupa sygnatariuszy użala się, iż nie mogą być
zatrudniani na polskich uczelniach, bo pracują za granicą, gdzie
nie istnieje habilitacja i stopień docenta, a nie pozwala na to
ustawa, która mówi, że do tego zatrudnienia potrzebna jest
habilitacja lub „znaczne i twórcze osiągnięcia w pracy naukowej”.
Jednym z sygnatariuszy jest: „Wiesław K. Binienda, The University
of Akron, Akron, OH, USA”.
A to ci dopiero! Profesor fizyki, Wiesław Binienda, jak sam uważa,
nie ma habilitacji oraz „znacznych i twórczych osiągnięć w pracy
naukowej”. Zaznaczam, to nie ja tak uważam, to on sam się pod tym
podpisał.
No to szperamy dalej i… bingo! Wiesław Binienda ukończył w 1980 roku
Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej.
Nie jest więc fizykiem, tylko inżynierem od samochodów i
traktorów. Fizyki nie studiował, przynajmniej na Wydziale Fizyki
UW (sprawdziłem).
No dobrze, a może nauczył się później? W końcu ja też nie
studiowałem dziennikarstwa i politologii, a od 30 lat się tym
zajmuję, tylko właśnie matematykę i fizykę. Czemu więc odmawiać
prawa bycia fizykiem Biniendzie? A no temu, że z jego publicznych
wypowiedzi wyziera kompromitujący wręcz brak znajomości
elementarnych praw fizyki i to takich ze szkoły średniej (o tym dalej).
A jak to jest z tym profesorem? W systemie amerykańskim słowo
„profesor” nie oznacza stopnia naukowego, tylko etat wykładowcy na
uczelni. W znaczeniu amerykańskim Binienda profesorem jest, bo
rzeczywiście pracuje w Colegium of Engineering (Szkole
Inżynierskiej) University of Akron, w Akron w stanie Ohio. Po
angielsku brzmi to niemal jak Oxford lub Sorbona, ale jest to typowa
prowincjonalna szkółka prywatna, która w amerykańskich
rankingach wyższych uczelni nawet nie jest notowana (a
przynajmniej nie znalazłem). Akron, to, jak na USA, dziura niczym
polskie Skierniewice, choć pod względem liczby mieszkańców, to co
najmniej Radom. Nie wielkość miasta jest tu jednak istotna
(Berkeley to też nie gigant, a uczelnia zacna). Istotne jest to, że
kogo bym z kolegów fizyków spytał, to o ośrodku badawczym fizyki w
Akron nie słyszał.
Owszem, w języku angielskim, w USA, Binienda ma prawo używać tytułu
„profesor”, ale źle jest, jeśli przenosi ten tytuł do Polski i nie
protestuje, gdy na konferencjach PiS przedstawiany jest jako
„profesor fizyki”. Uczciwie powinien powiedzieć: - Sorry, nie
jestem fizykiem i profesorem, jestem inżynierem i mam tylko
doktorat. I nikt by nie miał do niego pretensji. Ale
wykorzystywanie w Polsce tego, że słowo profesor po angielsku
znaczy co innego, niż po polsku, jest po prostu nieuczciwe.
Podobnie jest ze słowem „student”, które po angielsku oznacza
ucznia, a nie studenta, a mimo to uczniowie amerykańskich szkół
średnich nie twierdzą w Polsce, że są studentami wyższych uczelni.
Doktor inżynier na pewno nie jest profesorem doktorem
habilitowanym fizyki, więc niech takowego nie udaje.
Kim zatem jest Wiesław Binienda w tej Szkole Inżynierskiej (Colegium
of Engineering) Uniwersytetu w Acron? Jest dziekanem Department
of Civil Engineering, co po przetłumaczeniu na język polski
oznacza Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej (civil engineering –
inżynieria lądowa i wodna; słownik angielsko-polski).
Reasumując: Wiesław K. Binienda nie jest amerykańskim
odpowiednikiem profesora na Wydziale Fizyki Uniwersytetu
Warszawskiego, tylko inżynierem doktorem, dziekanem Wydziału
Inżynierii Lądowej na amerykańskim odpowiedniku Wyższej Szkoły
Inżynierskiej w Radomiu. Nie mam nic przeciw WSI w Radomiu, ale to
deczko co innego niż Wydział Fizyki na UW.
I tu zaczyna być coraz dziwniej. Dziekan inżynierii lądowej
twierdzi, że „brzoza to miękkie drewno”. To pan inżynier dziekan nie
wie o istnieniu tablic wytrzymałości materiałów używanych przez
inżynierów budowlanych? Ja bez trudu znalazłem odpowiednia
tabelę twardości drewna:
Twardość drewna w MPa
świerk 27 MPa,
sosna 30 MPa,
jodła 30 MPa,
modrzew 38 MPa,
brzoza 49 MPa,
jesion 56 MPa,
dąb 60 MPa.
Jak widać z przytoczonych danych, twardość drewna brzozowego jest
tylko niewiele mniejsza, o 7 MPa, od twardości jesionu, i o 11 MPa
od dębu, a znacznie większa (niemal dwa razy) od twardości świerku,
z którego wykonuje się większość drewnianych konstrukcji w
budownictwie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzozowe jest
„miękkie”. Zgodzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli
przyjmiemy twardość dębu za 100%, to twardość brzozy wyniesie w tej
skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe.
Niestety panie inżynierze, teoria o „miękkim patyku” leży gruzach.
Zresztą nie trzeba być inżynierem ani fizykiem. Każdy polski
wieśniak rąbiący drewno na opał wie, że piłowanie i rąbanie brzozy
to ciężka robota, a miękkie są tylko cienkie tegoroczne gałązki, ale
nie pień o grubości 46 centymetrów!
I tu kolejne twierdzenie pana doktora inżyniera: Na wiosnę w
drzewie są soki i skutki zderzenia powinny być mniejsze, bo drewno
jest mniej twarde. To pan inżynier doktor nie wie, że ciężar
właściwy (więc i całkowity) mokrego drewna jest istotnie większy,
niż suchego? To pan inżynier doktor nie wie, że skutki zderzenia z
masywniejszą przeszkodą są groźniejsze, niż z przeszkodą lżejszą?
Do tej wiedzy nie trzeba być fizykiem ani inżynierem. W liceum uczą.
Z mechaniki Newtona to wynika.
Pan doktor inżynier twierdzi też, że zderzenie z „miękką brzozą”
było by słabe i urwane skrzydło powinno spaść 11 metrów za brzozą
(spadło ok. 100 m dalej). Zaraz, zaraz. Samolot miał prędkość rzędu
280 – 300 km/h. Aby skrzydło z wysokości ok. 6 m spadło 11 m dalej,
jego prędkość po zderzeniu musiałaby być znikoma. Taka prędkość
człowiek bez trudu nadaje piłce, gdy nią rzuca. Oznacza to, że niemal
cała energia kinetyczna skrzydła została pochłonięta przy
zderzeniu, a to z kolei znaczy, że siły działające w tym momencie
musiały być gigantyczne. No to jak panie inżynierze, zderzenie było
słabe, czy potężne? Chyba pan zaprzecza sam sobie.
Mógłbym tak znęcać się dalej. Lektura strony internetowej
Wiesława Biniendy też jest ciekawa. Słowo profesor powtarza się na
niej gdzie tylko się da. Musi mieć facet niezły kompleks. Wykaz
bibliografii imponujący, 148 pozycji, bóg wojny w nauce, Einstein
wysiada! Tylko jak się temu przyjrzymy krytycznie, to bardzo to
blednie. Są dwie książki, ale obie pod identycznym tytułem, tylko w
innym częściowo składzie autorów. W pierwszej jest trzech autorów,
w drugiej sam Binienda. Druga różnica, to rok wydania. Czy aby nie są
to dwa wydania tej samej pozycji? Treści żadnej z tych 148
publikacji poznać nie można, bo są same tytuły, bez tekstu.
Dalej są 4 artykuły wstępne, 40 artykułów prasowych (w prasie
specjalistycznej), 66 sprawozdań i innych publikacji, 20
publikacji NASA i 6 aplikacji patentowych. W sumie 148. Niemal
wszystko to prace zbiorowe. Przyglądając się temu szumowi
zauważam, że niektóre pozycje są chyba sztucznie rozmnożone. Np. w
publikacjach NASA znajdujemy dwie pozycje:
1. W.K. Binienda, S.M. Arnold and H.Q Tan, „Calculation of Stress
Intensity Factors in an Isotropic Multi-C racked Plate: Part I -
Theoretical Development,” NASA TM 1 05766, 1992.
2. S.M. Arnold, W.K. Binienda, H.Q. Tan and M.H. Xu, „Calculation of
Stress Intensity Factors in an Isotropic Multi-Cracked Plate: Part
II – Symbolic/Numeric Implementation,” NASA TM 105823, 1992.
Nie trudno zauważyć, iż są to dwie części jednej publikacji. Po co
robić z tego dwie pozycje w bibliografii? Dalej w wielu miejscach,
sądząc po bardzo podobnych tytułach i identycznym składzie
autorów, odnoszę wrażenie, że mogą to być powtórzone te same
artykuły w różnych czasopismach. Szkoda, że nie można ocenić
treści, bo jest niedostępna.
Niestety znów mam wrażenie, iż pan inżynier ma wielką potrzebę
brylowania i podkreślania swojej wielkości.
A jak to jest z tym „ekspertem NASA”. Wiesław Binienda
niewątpliwie pracował dla NASA w wieloosobowym zespole
badającym wytrzymałość materiałów. W żadnej z publikacji NASA
nie występuje samodzielnie. Moi informatorzy twierdzą, iż zespół
ten wykonywał typowo pomiarowe prace laboratoryjne. Co by to nie
było, dla NASA pracował, tylko czy jako ekspert?
Wchodzę na strony NASA i szukam nazwiska Binienda. Odpowiedź
wyszukiwarki za każdym razem brzmi: Invalid Request – w wolnym
tłumaczeniu: błędna prośba. Jednym słowem w zasobach stron NASA
takiego nazwiska nie ma. Reasumując: Binienda niewątpliwi
uczestniczył w jakiś pracach dla NASA, ale był na tyle mało ważny, że
na stronach NASA go nie ma. Czy więc nazywanie go „ekspertem NASA”
to nie przesada?
No i teraz, co ja o tym wszystkim myślę. Jakoś nie wierzę, by
absolwent Politechniki Warszawskiej i pracownik nawet
najbardziej prowincjonalnej uczelni amerykańskiej do tego
stopnia nie znał praw fizyki. Myślę, że jest inaczej. Myślę, że
Wiesław Binienda, z powodu albo ideologicznego zaślepienia, albo z
powodu chęci brylowania i leczenia kompleksów, robi rzecz w nauce
niedopuszczalną. Założył sobie z góry kompletnie nieprawdziwą
tezę, że w Smoleńsku był zamach, i kombinując jak koń pod górę,
naginając fakty i prawa fizyki, stara się tę bzdurę udowodnić. W
oczach ludzi wykształconych kompromituje się i ośmiesza, ale ma
swoje 5 minut w mediach i podziw gromady nieuków i
ćwierćinteligentów z PiS-u. Ci ignoranci, ale jakże
wszechstronni, z Kaczyńskim i Giżyńskim na czele, patrzą w niego, jak
w obraz. Ci panowie, z powodu swego nieuctwa, nie wiedzą, że w
każdej nauce istnieją ludzie głoszący tak zwane poglądy odosobnione.
Środowiska naukowe nie traktują ich poważnie. Co innego takie
ciała, jak zespół Macierewicza, które mają ideologiczne
zamówienie na udowodnienie kompletnej nieprawdy. Dedykuję
twierdzenie Petera: „Nawet największa liczba ćwierćinteligentów
nie daje jednego inteligenta”.
Na koniec przytoczę pewną znamienną anegdotkę krążącą na Wydziale
Fizyki w moich czasach studenckich, a było to tak dawno, iż ludzie
tyle nie żyją. Podobno prof. Wróblewski, na egzaminie z fizyki
doświadczalnej, postawił na biurku szklankę z wodą i spytał
studenta: - Proszę pana, dlaczego ta szklanka jest cieplejsza nie z
tej strony, z której pada na nią światło słoneczne, tylko z
przeciwnej? Student zaczął kombinować o załamaniu, odbiciu i
tak dalej, aż w końcu wyprodukował teorię tłumaczącą zjawisko.
Wówczas profesor powiedział: - Nie, bo ją obróciłem.
Ta anegdota pokazuje rzeczywiste zjawisko występujące w
pseudonauce. Jeśli robi się to, co robi Wiesław Binienda, czyli
zaczyna dowód od tezy, to selekcjonując fakty i naginając prawa,
można udowodnić każdą bzdurę. Internet jest pełen tego rodzaju
dowodów i takich ekspertów."
www.studioopinii.plz
Ktoś się postarał. Niezłe :) Wazelina
--
Sonn