Zgłosiłem się do gabinetu stomatologicznego na usunięcie korzenia.
Stomatolog miał również kontrakt z NFZ i przyjął mnie.
W połowie ekstrakcji (po dobrej godzinie męczarni) okazało się, że jego
druga połowa nie daje się za żadne skarby usunąć. Dopiero w tym momencie,
zdecydował się na wykonanie zdjęcia rtg. Zdjęcie wykazało niedoleczone
kanały i na ten fakt zwalił winę za ból i pozostawił mnie z połową
korzenia w krwawiącej szczęce.
Podał mi kontakt do 3 szpitali/klinik, które posiadały wydziały chirurgii
stomatologicznej i zasugerował, aby tam dokończyć zabieg. Powiedział, że
mam na to 2 tygodnie, gdyż po tym czasie mogę mieć komplikacje. Wspomniał
o kolejkach na zabiegi przez NFZ i podał mi też namiary do swojego
znajomego chirurga dentystycznego - oczywiście gabinet prywatny.
Zasugerował, abym nikomu nie mówił, że przyjął mnie przez NFZ - a
prywatnie. Podobno miało to uczynić procedurę mniej skomplikowaną. Nie
wypisał mi też żadnego skierowania. Stwierdził, że nie posiada takiej
możliwości.
Następnego dnia (po nocy na antybiotyku i Ketonalu Forte) udałem się do
kliniki stomatologicznej - świadczącej też usługi przez NFZ. Opowiedziałem
o moim przypadku. Od razu poproszono mnie o okazanie SKIEROWANIA od
lekarza, który NIE DOKOŃCZYŁ zabiegu. Z racji, że takowego nie posiadałem,
obsłużono mnie ODPŁATNIE. Usługa (z rtg) kosztowała mnie 255zł. Gdybym
miał informację, że zabieg został rozpoczęty przez NFZ - przez NFZ
zostałby dokończony.
Co myślicie o tej przygodzie?
Czy mam prawo domagać się (od lekarza, który rozpoczął proces ekstrakcji)
zwrotu kasy, wydanej na dalszy zabieg?
Czy miał prawo nie wydać mi skierowania i nie wydać mi informacji o
przebiegu niedokończonego zabiegu?
Pozdrawiam
--
-------
Negatyw
-------