Nowe Sygnały nr. 51/52 z 1996
Sekrety służby
PIEŚCILIŚMY JĄ JAK KOCHANKĘ
Tego się nie spodziewałem!
Wiosną '45 dostaliśmy radziecki parowóz szerokotorowy Su204-85. Do jego
obsługi wyznaczono trzy polskie brygady trzyosobowe. Znalazłem się w jednej
z nich jako pomocnik mechanika Jana Dajbora.
Z parowozownią Warszawa Wschodnia związałem się jako piętnastolatek już w
roku 1942. Podjęcie pracy w tej jednostce uchroniło mnie przed przymusowymi
robotami w Niemczech. Najpierw byłem zatrudniony w warsztacie naprawy wag
wagonowych, później awansowałem na pomocnika maszynisty parowozu Ty23.
Poszedłem śladami dziadka, który był rzemieślnikiem wagonowym, i ojca -
maszynisty kolejowego.
Szuflowałem węgiel. Była to ciężka robota. Kiedyś po powrocie z trasy byłem
tak zmordowany, że pomyliłem butelki i zamiast kawy łyknąłem nafty!
Jesienią '44, kiedy prawobrzeżna Warszawa była już wolna od hitlerowców,
razem z kolegami usuwałem gruz z naszej parowozowni; wydobywaliśmy spod
niego różne maszyny i urządzenia. Zimą '45 pomagaliśmy saperom w odbudowie
mostu kolejowego przez Wisłę pod Cytadelą; po lodzie przeciągaliśmy
drewniane pale, które żołnierze wbijali w dno rzeki.
Radzieckie wojska kolejowe, które odbudowywały zniszczone przez Niemców
odcinki drogi Terespol - Warszawa - Poznań, przekuwały tory z normalnych na
szerokie, aby zapewnić sprawny ruch pociągów liniami łączącymi tyły armii z
frontem szybko przesuwającym się na zachód.
Parowozem Su 204-82 przeprowadzaliśmy pociągi osobowe między Warszawą
Wileńską a Brześciem. Ze stolicy wyjeżdżaliśmy około 15.00, do Terespola
docieraliśmy o 23.00, gdzie czekaliśmy do 6.00, bo nocą przez granicę na
Bugu nie przepuszczano składów pasażerskich.
Maszynę Su 204-85 pieściliśmy jak kochankę. Armatura parowozu zawsze musiała
błyszczeć. Tartą cegłą ścieraliśmy ślady rdzy z drągów wiązarowych.
Często brakowało węgla, więc do paleniska wrzucaliśmy także szczapy i koks.
Koks zalegał na rusztach! Utrudniał usuwanie żużla z paleniska.
Brygady Su 204-85 jeździły w "tiepłuszce" - krytym wagonem z pryczami.
Prycze zbiliśmy sobie z desek,
które "skombinowaliśmy" z radzieckiego transportu w Brześciu. Wiąże się z
tym niezła chryja. Zostaliśmy tam przyłapani na gorącym uczynku. Kolega, gdy
przechodził z deskami pod ostatnim wagonem rosyjskiego składu, musiał
porzucić łup na szynie, bo pociąg ten nagle ruszył. Wagon się wykoleił na
deskach! Konwojentka wagonu natychmiast zameldowała naczelnikowi stacji, kto
i jak spowodował wypadek.
- Daruję wam to przestępstwo, jeśli przywieziecie mi z Polski papier, ołówki
i inne materiały piśmienne - szef stacji przedstawił nam propozycję, którą
chętnie przyjęliśmy.
Do Brześcia szmuglowaliśmy barwniki do tkanin i sól. Pewnego razu celnicy
radzieccy wykryli na naszym tendrze sześć worków z solą.
- To kontrabanda! - orzekli.
- Nie, w Terespolu nie zgłosił się po nie ich odbiorca!
- To weźmiecie je z powrotem do Polski!
Innego wyjścia nie mieliśmy. Parowóz był zawsze oblepiony przez pasażerów.
Przewoziliśmy ich także w "tiepłuszce".
Później, w latach 1946-47, pracowałem jako pomocnik maszynisty parowozowni
Warszawa Praga. Jeździłem lokomotywami serii Ty2 i Ty45 na trasach
Warszawa - Lublin i Warszawa - Białystok.
Zbiorowym ze stolicy do Białegostoku telepaliśmy się 18 godzin! W marcu '47
nocą prowadziliśmy taki skład tamtą trasą. Zepsuła się nam sprężarka. W
parowozowni w Małkini urządzenia nie naprawiono z braku niezbędnych do tego
części. Dyspozytor okręgowy polecił nam kontynuować jazdę przy pomocy
konduktorów-hamulcowych. Mimo że było ich mniej niż trzeba, ruszyliśmy w
drogę. Rankiem przed Łapami spostrzegliśmy, że po naszym torze w naszą
stronę pędzi pociąg osobowy. Nie mieliśmy sił, żeby nasz skład zatrzymać.
Doszło do czołowego zderzenia pociągów. Na szczęście, bez ofiar. Nasz
parowóz zarył się w ziemię. Wagony towarowe zostały spiętrzone; konserwy
żołnierskie zmieszały się z paszą dla koni.
Zrazu byliśmy podejrzani o sabotaż. Pod eskortą doprowadzono nas przed
oblicze prokuratora. Po 14 godzinach śledztwa zostaliśmy wypuszczeni na
wolność. Wracaliśmy do Warszawy jak rozbitkowie.
Ukończyłem zaocznie naukę w warszawskim Technikum Kolejowym. Zostałem
maszynistą elektrycznych pojazdów trakcyjnych. Prowadziłem pociągi
pasażerskie na trasach Warszawa - Gliwice i Warszawa - Kraków. W roku 1983
przeszedłem na emeryturę.
Fragmenty wspomnień ZDZISŁAWA LITWIŃCZUKA
z Warszawy spisał BEN