A może jest to jeszcze inaczej?
Saulo
?????????????
Skąd takie idiotyczne opinie?
--
Michał Wasiak
Sam jesteś idiotyczna opinia, Mesje Zbyt-Szybka Ręka :-)
Pierwsza pochodzi od pewnej konkretnej osoby, która stosuje takie właśnie
rozróżnienie, o drugiej natomiast gdzieś czytałem (i zgadza się ona z moimi
obserwacjami).
Saulo
--
Wysłano z serwisu OnetNiusy: http://niusy.onet.pl
[cut]
> Brat cioteczny to szczególny przypadk kuzyna.
> PS. Od kiedy znów są niższe i wyższe warstwy społeczne? Chyba coś w
polityce
> przeoczyłam?
> Grażyna
Dziękuję za opinię.
A od kiedy ich nie ma?:-)
Saulo
> > PS. Od kiedy znów są niższe i wyższe warstwy społeczne? Chyba coś w
> polityce
> > przeoczyłam?
> > Grażyna
>
> Dziękuję za opinię.
> A od kiedy ich nie ma?:-)
Rewolucja Francuska. Konstytucje. Wykształcenie ;-)
Marta
--
Archiwum grupy: http://niusy.onet.pl/pl.hum.polszczyzna
Hmm...Ja zawsze miałem kuzynów, a nie braci ciotecznych. Jednak większość
moich kolegów miała braci ciotecznych. Nie wiem, czy tak można uogólnić, ale
zaobserwowałem, że jeśli ktoś nie ma rodzonego brata, to chętniej mówi "mój
brat (cioteczny)" zamiast "mój kuzyn". Do tego omija "cioteczny", co
wprowadza często niemały zamęt. Nieraz myślałem, że ktoś ma brata, a później
okazywało się, że w istocie, ma, ale "ciotecznego".
Szczęśliwy posiadacz 1 kuzynki, 9 kuzynów, 1 siostry i 1 brata :-)))
--
Pozdrawiam, MACiek
japo...@poczta.onet.pl
> Behalf Of Saulo
> Sent: Wednesday, December 26, 2001 1:59 AM
>
grawd3:> > > PS. Od kiedy znów są niższe i wyższe warstwy społeczne? Chyba
coś w
> > polityce
> > > przeoczyłam?
> > > Grażyna
> >
Saulo:> > Dziękuję za opinię.
> > A od kiedy ich nie ma?:-)
>
> Rewolucja Francuska. Konstytucje. Wykształcenie ;-)
> Marta
To mało, to mało... :-)
Saulo
Co proponujesz dodać?
M
Upływ czasu.
Przy tym zauważ, że w Polsce zmiany następowały/-ują wolniej i później.
Saulo
Językowo: kuzyn to każda osoba spokrewniona w danym pokoleniu, zatem także brat
cioteczny i stryjeczny, który jest synem odbpowiednio siostry matki lub ojca i
brata matki lub ojca. Społecznie: brat mówimy o osobie szczególnie nam
bliskiej, kuzyna możemy mieć i w ogóle nie znać. Dla mojej siostrzenicy (która
ma brata rodzonego) mój syn zawsze będzie bratem (ciotecznym), bo często razem
przebywali, a synowie sióstr jej ojca zawsze byli kuzynami. Prawnie: niech
wypowiedzą się prawnicy.
Pozdrawiam świątecznie
Nie dekrety, nie równość wobec prawa, nie samo wykształcenie...
Jest jeszcze co najmniej tradycja i towarzystwo.
Saulo
Dziwnie się zgadzamy :-)
(Jednak nie ma tu zaprzeczenia równości, elita to inna kategoria, a tradycja
jest dobrem wspólnym).
Towarzystwo to nie tylko najwyższe kręgi elity, a tradycja jest tylko
pozornie wspólna (m.in. co innego tradycja wyuczona np. w szkole w ramach
nieprzerwanego podtrzymywania przy życiu mitu narodu, a co innego
nieprzerwany ciąg tradycji rodzinnej/rodowej/tradycji pewnej 'klasy'). Tak
mi się wydaje. :-)
Saulo
> > > Jest jeszcze co najmniej tradycja i towarzystwo.
> >
> > Dziwnie się zgadzamy :-)
> > (Jednak nie ma tu zaprzeczenia równości, elita to inna kategoria, a
> tradycja
> > jest dobrem wspólnym).
> > M
>
> Towarzystwo to nie tylko najwyższe kręgi elity, a tradycja jest tylko
> pozornie wspólna (m.in. co innego tradycja wyuczona np. w szkole w ramach
> nieprzerwanego podtrzymywania przy życiu mitu narodu, a co innego
> nieprzerwany ciąg tradycji rodzinnej/rodowej/tradycji pewnej 'klasy'). Tak
> mi się wydaje. :-)
Miałam na myśli (co za automatyzm!) raczej niższe kręgi elity, spotykane w
każdym towarzystwie ;-) A pozory często mylą ;-)))
Nie... nie o_take_ tradycje chodziło :-)
Saulo
> Marzą Ci się rodowe herby? Co?
Nie marzą mi się. Czy mogłabyś nie nadinterpretować, chyba że bardzo chcesz,
żebyśmy się nie lubili :-)
Tak naprawdę, człowiek jest tyle wart ile sam
> sobą reprezentuje, ile sam wypracował.
Brzmi słusznie, ale nie jest prawdziwe.
Bardzo cenię ludzi, którzy do wszystkiego doszli sami, ale cenię również (z
estetycznego, jeśli nie z żadnego innego punktu widzenia) klasę i ogładę
nabyte w domu/dobrym towarzystwie.
Najwyższą klasą są jednak dla mnie arystokraci ducha (którymi można się
teoretycznie stać niezależnie od pochodzenia) :-)
Największe tragedie przeżywają dzieci
> sławnych ludzi, na które zawsze patrzy się przez pryzmat rodzica. One
bardzo
> długo nie są pewne, czy ich sukcesy są naprawdę ich, czy tylko śladem
rodzica.
W jakiej kategorii 'największe'?
Myślę, że zbytnio uogólniasz.
Nie dla wszystkich jest to tragedia (a tym bardziej nie 'największa').
Jeśli np. dzięki osiągnięciom rodzica ktoś ma dodatkowy bodziec, aby
osiągnąc jak nawięcej, to bardzo dobrze.
> Grażyna
Saulo
>PS. Od kiedy znów są niższe i wyższe warstwy społeczne? Chyba coś w polityce
>przeoczyłam?
To nie ma nic wspólnego z polityką. Od zawsze były, są teraz, i będą
nadal. Wpływ dawnych ustrojów (na wszelki wypadek mówię w liczbie
mnogiej :) ) objawia się natomiast tym, że na przykład Ty odruchowo
wzburzasz się słysząc o wyższych i niższych warstwach społecznych - bo
kojarzy Ci się to pewno z wartościowaniem. A przecież to wcale nie
musi być podział wartościujący. Społeczeństwo nie może istnieć bez
klas - mniej czy bardziej sformalizowanych, mniej czy bardziej
odrębnych, mniej czy bardziej rozróżnialnych. (Źle kojarzy się słowo
"klasy", niech będą "warstwy"). I jeśli nawet w niczym innym miałoby
się to nie objawiać, na pewno objawia się w języku - a właśnie taka
kwestia została poruszona. Dlatego nie za bardzo rozumiem Twoje
wzburzenie.
--
Rafał "Negrin" Lisowski neg...@rpg.pl neg...@rockmetal.pl
http://rockmetal.pl http://www.inwestprojekt.com.pl
No co Ty, to żart, nie nadinterpretowywanie. Poza tym marzenia o herbach to
przecież nic złego.
>
> Najwyższą klasą są jednak dla mnie arystokraci ducha (którymi można się
> teoretycznie stać niezależnie od pochodzenia) :-)
>
A jak ich rozpoznajesz?
> Jeśli np. dzięki osiągnięciom rodzica ktoś ma dodatkowy bodziec, aby
> osiągnąc jak nawięcej, to bardzo dobrze.
>
Tak, tylko tym bardzo wielkim rodzicom bardzo rzadko da się dorównać - dlatego
są wielcy :)
Masz rację, wiążę to z bardzo silnym wartościowaniem, dlatego wolałabym mówić o
grupach zawodowych i podziale na ludzi kulturalnych i niekulturalnych -
wyłącznie na podstawie ich zachowania. Ale może rzeczywiście tak się nie da...?
No... to dobrze... :-)
> > Najwyższą klasą są jednak dla mnie arystokraci ducha (którymi można się
> > teoretycznie stać niezależnie od pochodzenia) :-)
> >
> A jak ich rozpoznajesz?
Swój swojego nie pozna? :-))))))))))))))))))
> > Jeśli np. dzięki osiągnięciom rodzica ktoś ma dodatkowy bodziec, aby
> > osiągnąc jak nawięcej, to bardzo dobrze.
> >
> Tak, tylko tym bardzo wielkim rodzicom bardzo rzadko da się dorównać -
dlatego
> są wielcy :)
Pozostaje upodlenie się :-)
> Grażyna
Saulo
>"Michał Wasiak" <mwa...@ck-sg.p.lodz.pl> wrote in message
>news:gavh2u8dfl4rftokh...@4ax.com...
>> On Tue, 25 Dec 2001 23:02:28 +0100, "Saulo" <di...@poczta.onet.pl>
>> wrote:
>>
>> >Czy istnieje różnica znaczeniowa pomiędzy tymi określeniami ('kuzyn' na
>> >oznaczenie dalszego krewnego z tego samego pokolenia, zaś 'brat
>> >cioteczny/stryjeczny' - syna wujka/stryjka lub ciotki), czy też raczej
>> >różnica 'społeczna', polegająca na tym, że określenie 'kuzyn' na
>oznaczenie
>> >syna wujka/stryjka/ciotki stosują osoby pochodzące z wyższych warstw
>> >społecznych, a 'brat cioteczny/stryjeczny' - osoby pochodzące z warstw
>> >niższych?
>>
>> ?????????????
>>
>> Skąd takie idiotyczne opinie?
>
>Sam jesteś idiotyczna opinia, Mesje Zbyt-Szybka Ręka :-)
A bo się zdumiałem :)
>Pierwsza pochodzi od pewnej konkretnej osoby, która stosuje takie właśnie
>rozróżnienie, o drugiej natomiast gdzieś czytałem (i zgadza się ona z moimi
>obserwacjami).
To są zupełnie różne określenia. Kuzyn jest określeniem ogólnym,
pozostałe konkretnymi.
Co to są wyższe i niższe warstwy? Nie obserwuję w Polsce takiego
zjawiska jak wyższe warstwy. Niższe owszem.
--
Michał hr. Wasiak
To fakt!:-)
>
> > > Jeśli np. dzięki osiągnięciom rodzica ktoś ma dodatkowy bodziec, aby
> > > osiągnąc jak nawięcej, to bardzo dobrze.
> > >
> > Tak, tylko tym bardzo wielkim rodzicom bardzo rzadko da się dorównać -
> dlatego
> > są wielcy :)
>
> Pozostaje upodlenie się :-)
Polecam zmianę dziedziny działania na zupełnie odmienną od rodzicielskie.
Sprawdzone!:-)
O, Michałku, jak miło!
księżniczka Grażyna, z linii Jagiellonów, a Ty?
>> Michał hr. Wasiak
>
>O, Michałku, jak miło!
>księżniczka Grażyna, z linii Jagiellonów, a Ty?
Jak to! Nie słyszałaś? Z tych Wasiaków, którzy razem z Bolkiem II
wyprawili się na Juliusza Cezara. Mistrz Wincenty wiele miejsca
poświęcił moim przodkom. Ale akurat te księgi nie zostały
opublikowane. :)
--
Michał Wasiak
No taaak! Jakżesz mogłam zapomnieć Panie Hrabio! Zawsze te księgi, które
najważniejsze, gdzieś się po drodze zapodziewają...
Grażyna
Kiedy mieszkałem we Włocławku, wszyscy (nawet jedynacy) mieli siostry/braci
(zapominali często dodawać, że "ciotecznych"). O żadnych "kuzynach" nic nie
słyszeli ;-).
W odległym o 50 km Toruniu nawet na typowego "brata ciotecznego" (syna
ciotki *) mówi się wyłącznie "kuzyn".
* - brat cioteczny - czy również syn wuja/stryja ? ;-))
pozdrawiam
--
galex
>syna wujka/stryjka lub ciotki),
Przy okazji - czy rozróżnienie wuj/stryj jest jeszcze aktualne? ;-)
Rzadko jakoś słyszy się o stryju...
--
galex
U mnie stryj to normalka :-)
A u mojego szwagra z Poznania śmieją się z tego :-)
Saulo
pozdrawiam,
Witek.
Użytkownik "Saulo" <di...@poczta.onet.pl> napisał w wiadomości
news:a0da28$6mi$1...@news.tpi.pl...
>> To nie ma nic wspólnego z polityką. Od zawsze były, są teraz, i będą
>> nadal. Wpływ dawnych ustrojów (na wszelki wypadek mówię w liczbie
>> mnogiej :) ) objawia się natomiast tym, że na przykład Ty odruchowo
>> wzburzasz się słysząc o wyższych i niższych warstwach społecznych - bo
>> kojarzy Ci się to pewno z wartościowaniem. A przecież to wcale nie
>> musi być podział wartościujący. Społeczeństwo nie może istnieć bez
>> klas - mniej czy bardziej sformalizowanych, mniej czy bardziej
>> odrębnych, mniej czy bardziej rozróżnialnych. (Źle kojarzy się słowo
>> "klasy", niech będą "warstwy"). I jeśli nawet w niczym innym miałoby
>> się to nie objawiać, na pewno objawia się w języku - a właśnie taka
>> kwestia została poruszona. Dlatego nie za bardzo rozumiem Twoje
>> wzburzenie.
>Masz rację, wiążę to z bardzo silnym wartościowaniem, dlatego wolałabym mówić o
>grupach zawodowych i podziale na ludzi kulturalnych i niekulturalnych -
>wyłącznie na podstawie ich zachowania. Ale może rzeczywiście tak się nie da...?
Śmiem twierdzić, że się nie da.
Grupy zawodowe to zupełnie inna bajka. Oczywiście, że wiele grup
zawodowych ma swój własny język, ale właśnie tu jest problem: każda
swój. To bardzo szczegółowy podział i nie o to chodzi.
Ludzie kulturalni i niekulturalni - bardzo subiektywne i nie dające
się łatwo uchwycić, przyznasz. Nie musi też mieć koniecznie wiele
wspólnego z pochodzeniem społecznym. Poza tym, mimo że oczywiście
"kulturalność" ma wpływ na język, to na pewno inny od tego, o którym
mowa - szczególnie, jeśli miarą tej kulturalności ma być zachowanie.
Piszesz, że wiążesz to z bardzo silnym wartościowaniem. Moja
propozycja, tyle prosta, co może trudna do wykonania: to nie wiąż :)
Przecież nie rozmawiamy o ocenie "na prywatne potrzeby". Każdemu wolno
oceniać ludzi, jak mu się podoba, najlepiej sprawiedliwie i, w rzeczy
samej, "według zasług", a nie z "klucza społecznego". Mowa jednak
raczej o możliwie obiektywnym - a na pewno neutralnym emocjonalnie -
podziale dla potrzeb, powiedzmy, naukowych. Potrzeb właśnie
językoznawstwa, poza tym socjologii na przykład. No i może także po
prostu zdrowego spojrzenia na świat, jeśli mogę tak powiedzieć.
Udawanie, że nie istnieją warstwy społeczne i że pochodzenie społeczne
nie ma wpływu na to kim jesteśmy, jak mówimy, jakie mamy obyczaje itd.
itp. jest swoistą hipokryzją. Nie muszę dodawać, że politycznie
poprawną. Często nawet wypływającą z dobrych chęci.
A skoro mowa o polityce, wrócę do niej na moment, przynajmniej
częściowo. W ostatnich lata często mówi się - mówią politycy, mówią
dziennikarze, mówią inni - o klasie średniej; czego potrzebuje, jaka
powinna być, jak jej pomagać, jak ją wspierać, że powinna być podstawą
polskiego społeczeństwa. Nikt tak naprawdę nie potrafi do końca
wytłumaczyć, co to takiego jest ta klasa średnia, to prawda; większość
jednak potrafi sobie chyba, słysząc to hasło, wyobrazić, o co chodzi.
Ale skoro jest klasa średnia... musi być też niższa oraz wyższa,
prawda? :)
>A! I nie chcę moralizować, ale za wszelką cenę radzę unikać skracania "brata
>ciotecznego" do "brata". Doświadczenie mówi, że potrafi to wprowadzić sporo
>zamieszania...
Ja myślę, że to już zależy wyłącznie od stopnia zżycia, że tak powiem.
Choć prawda, może spowodować zamieszanie, jeśli się nie orientujemy w
faktycznych koligacjach rodzinnych :)
> Czy istnieje różnica znaczeniowa pomiędzy tymi określeniami ('kuzyn' na
> oznaczenie dalszego krewnego z tego samego pokolenia, zaś 'brat
> cioteczny/stryjeczny' - syna wujka/stryjka lub ciotki), czy też raczej
> różnica 'społeczna', polegająca na tym, że określenie 'kuzyn' na
oznaczenie
> syna wujka/stryjka/ciotki stosują osoby pochodzące z wyższych warstw
> społecznych, a 'brat cioteczny/stryjeczny' - osoby pochodzące z warstw
> niższych?
Socjo-lingwistycznie masz zapewne częściową rację.:-)
Językiem arystokracji (która, o dziwo! istnieje do dziś, tu i tam) był
francuski,
którym porozumiewano się w obecności służby i w towarzystwie równych sobie.
Francuzi mają tylko kuzynów (Anglicy też), więc można domyślać się, że to
określenie zastąpiło nasze swojskie definicje wśród grup społecznych,
posługujących się językiem francuskim.
Bracia i siostry cioteczne/stryjeczne są bardziej dokładnym określeniem
pokrewieństwa niż francuski "cousin germain" (ang. first cousin") i tak aż
do czwartego stopnia spokrewnienia. Tacy dalsi kuzyn/i/ki określamy jako
"dziesiąta woda po kisielu". Nasza terminologia pokrewieństwa jest czysto
polska, ale obce wpływy mogą powodować regionalne różnice. Tak mi sie jakoś
wydaje.< :)
Pozdrawiam świątecznie
> Tacy dalsi kuzyn/i/ki określamy jako
> "dziesiąta woda po kisielu".
>
> Pozdrawiam świątecznie
Daję słowo, że nie miałem ani kropli żubrówki gdy pisałem powyższe kulawe
zdanie. Oczywiście powinno być " Takie dalsze kuzynostwo określamy jako
dziesiątą wodę po kisielu."
Stefan
> Przy tym zauważ, że w Polsce zmiany następowały/-ują wolniej i później.
Od stuleci... ;-) Ale to primo: NTG, secundo: mamy (na szczeście)
przyŚpieszenie :-)
Klasa średnia i pozostałe nie mają (przynajmniej na razie) nic wspólnego ani z
kulturą ani z językiem - to wyłącznie sprawa zamożności.
> Kiedy mieszkałem we Włocławku, wszyscy (nawet jedynacy) mieli
siostry/braci
> (zapominali często dodawać, że "ciotecznych").
Zaiste jest to zwyczaj nie wiedzieć czemu powszechny. Tu w Warszawie też się
z nim spotykałem.
Hmm, a może to kwestia zażyłości... Ja np. ze swoimi braćmi ciotecznymi
utrzymuję raczej ograniczone kontakty. Stąd zapewne z rodzonymi bym ich nie
pomylił... (^_^
--
Łukasz K.
--
Tego nie znajdziesz w żadnym sklepie!
[ http://oferty.onet.pl ]
Koleżanka jest dzieckiem sławnych ludzi, że tak dobrze wie ? Może ? W każdym
razie na pewno jest idealistką :))
Witam wszystkich!
> Przy okazji - czy rozróżnienie wuj/stryj jest jeszcze aktualne? ;-)
> Rzadko jakoś słyszy się o stryju...
Już nie mówiąc o bracie/siostrze stryjecznej! A i takie coś funkcjonowało
(przynajmneij w rodzinie mojego ojca). Teraz się ostali sami wujowie...
O! Była jeszcze stryjeczna, stryjenka i stryjna. TYlko nie wiem, czy
dzieliły je jakieś niuanse koligacji, czy też to ta sama osoba ;)
pozdrawiam :)
joa
> księżniczka Grażyna, z linii Jagiellonów, a Ty?
Z Jagiellonów? Możeś więc daleką krewną mej żony? ;-)))
--
HQ
>> A skoro mowa o polityce, wrócę do niej na moment, przynajmniej
>> częściowo. W ostatnich lata często mówi się - mówią politycy, mówią
>> dziennikarze, mówią inni - o klasie średniej; czego potrzebuje, jaka
>> powinna być, jak jej pomagać, jak ją wspierać, że powinna być podstawą
>> polskiego społeczeństwa. Nikt tak naprawdę nie potrafi do końca
>> wytłumaczyć, co to takiego jest ta klasa średnia, to prawda; większość
>> jednak potrafi sobie chyba, słysząc to hasło, wyobrazić, o co chodzi.
>> Ale skoro jest klasa średnia... musi być też niższa oraz wyższa,
>> prawda? :)
>Klasa średnia i pozostałe nie mają (przynajmniej na razie) nic wspólnego ani z
>kulturą ani z językiem - to wyłącznie sprawa zamożności.
Wiem. Dlatego było to powiedziane na koniec i trochę, jak widać
powyżej, z uśmiechem - taki dodatek do zasadniczej treści. Którą
wycięłaś.
Mów za siebie... :-)
Mam braci i siostry cioteczne oraz braci i siostrę stryjeczną i miałem ich
odkąd sięgam pamięcią :-)
A stryjenkę też mamy w rodzinie! - koligacje muszę dopiero sprawdzić, bo coś
mi tu nie pasuje - zdam sprawę z wyniku konsultacji z ojcem :-)
Pozdrowieństwa
Saulo
U kogo się słyszy, u kogo nie...
>
> Już nie mówiąc o bracie/siostrze stryjecznej!
Co nie mówiąc, jakie nie mówiąc?!
Ja mam dwoje rodzeństwa stryjecznych. Jakże inaczej miałbym
o nich mówić, niż "stryjeczny brat" i "stryjeczna siostra"?
>
> (...) Teraz się ostali sami wujowie...
I ciocie. :-(
Ale to tylko u tych, którzy nie odróżniają wuja od stryja ani
pociotka od wuja, zaś stryjenki od ciotki a ciotki od wujenki,
Ani teścia od świekra.
U nich rzeczywiście o stryju nie słychać.
Ale u tych, którym język giętki służy do dawania właściwych
rzeczom (i osobom!) słów, słyszy się te nazwy po dziś.
Maciek
Pardon - myślałem o 'wujence', napisałem o 'stryjence' :-)
Ze stryjenką jest łatwo. To żona stryja (brata ojca).
Wujenka to z kolei żona wuja-brata matki. W odróżnieniu od ciotki (siostry
matki).
U nas w rodzinie ostała się jako relikt językowy tylko jedna wujenka (w
pokoleniu moich dziadków).
Przy okazji nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie:
moi rodzice przyjmują nasz (dzieci) punkt widzenia, gdy mówią o pokoleniu
swoich rodziców lub o swoim rodzeństwie, określając swoich rodziców bardzo
często jako 'babcię' i 'dziadka', zaś rodzeństwo -jako 'ciotki
X/wujkówY/stryjka/stryjenkę'. (Nie mówiąc już o tym, że o sobie często mówią
per 'mamusia/ojciec' [sic!]). Czy to jest częste?
Saulo
Kto wie? A mądra i ładna?
Bo niestety z częścią zasadniczą muszę się zgodzić. Tak jest, choć wolałabym,
żeby było inaczej
> Mów za siebie... :-)
Wyłącznie, wyłącznie! Czy zabrzmiało to, jakbym mówiła za miliony? ;)))
> Mam braci i siostry cioteczne oraz braci i siostrę stryjeczną i miałem ich
> odkąd sięgam pamięcią :-)
A ja nie... I stryj zamiast stryjem zawsze był mi wujem... I znowu
ciekawostka: Dlaczego tu i ówdzie stryjowie się ostali a gdzieniegdzie
zanikli?
:)
joa
> > Rzadko jakoś słyszy się o stryju...
>
> U kogo się słyszy, u kogo nie...
:))) Rzadko W MOJEJ RODZINIE się słyszy.
Co wcale nie znaczy, ze nie mamy pojęcia o tych pojęciach ;)))
> Ja mam dwoje rodzeństwa stryjecznych. Jakże inaczej miałbym
> o nich mówić, niż "stryjeczny brat" i "stryjeczna siostra"?
Np - kuzyn/kuzynka ;)))
> Ale to tylko u tych, którzy nie odróżniają wuja od stryja ani
> pociotka od wuja, zaś stryjenki od ciotki a ciotki od wujenki,
> Ani teścia od świekra.
> U nich rzeczywiście o stryju nie słychać.
Hmm... Ale to chyba nie tak. Znowu mówię za siebie - te określenia
funkcjonują
w mojej rodzinie, ale tylko w odniesieniu do zamierzchłych przodków - kiedy
snuje się opowieści o koligacjach. Natomiast w odniesieniu do obecnych
powinowatych i krewnych używa się jedynie paru określeń - kuzyni, wujowie,
ciotki, teściowie. A ciekawa jestem, czy zwracasz się do rodziny używając
tych stryjów i świekr?
> Ale u tych, którym język giętki służy do dawania właściwych
> rzeczom (i osobom!) słów, słyszy się te nazwy po dziś.
No i chwała tym, których język giętki, że niosą dziedzictwo pokoleń ;)
pozdrawiam
joa
> Przy okazji nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie:
> moi rodzice przyjmują nasz (dzieci) punkt widzenia, gdy mówią o pokoleniu
> swoich rodziców lub o swoim rodzeństwie, określając swoich rodziców bardzo
> często jako 'babcię' i 'dziadka', zaś rodzeństwo -jako 'ciotki
> X/wujkówY/stryjka/stryjenkę'. (Nie mówiąc już o tym, że o sobie często
mówią
> per 'mamusia/ojciec' [sic!]).
Ale chyba nie do siebie ?!
> Czy to jest częste?
Myślę, że tak... Gdy dzieko jest małe - trzeba mu jakoś objaśniać świat,
więc żeby nie miało mętllika w głowie używa się jego perspektywy. A potem
tak już zostaje...
:)
joa
> Gdy dzieko jest małe - trzeba mu jakoś objaśniać świat,
> więc żeby nie miało mętllika w głowie używa się jego perspektywy. A potem
> tak już zostaje...
Niestety...
Potem takie duże dziecko mówi o sobie "Józek poszedł po piwo i spotkała
Jolkę (czyli matkę, bo ojciec tak do niej mówił) ;-)))
Marta, czyli ja :-)
> Ale chyba nie do siebie ?!
Także do siebie!
Czasami żartobliwie, ale niekoniecznie.
[To chyba dziedzictwo mojej warstwy społecznej :-)]
> > Czy to jest częste?
>
> Myślę, że tak... Gdy dzieko jest małe - trzeba mu jakoś objaśniać świat,
> więc żeby nie miało mętllika w głowie używa się jego perspektywy. A potem
> tak już zostaje...
Zazdroszczę osobom, których rodzice mówią sobie zazwyczaj po imieniu i
zachęcają do tego również dzieci.
Myślę, że to m.in. ułatwia przejście do relacji bardziej partnerskich z
rodzicami.
Niby to tylko słowa, ale jak to słowa, niosą ze sobą więcej, niżby się na
pierwszy rzut oka wydawało.
U nas poradziliśmy sobie z tym częściowo wymyślając fikcyjnego "Bodzia",
który określa w zależności od kontekstu: ojca, mnie lub moją siostrę.
Ciekawe, że Maman jest poza sferą "Bodzia"...
zdri
Saulo
Racja!
Spróbuję to trochę zebrać.
Brat ojca - stryj, jego żona - stryjenka lub stryjna, ich dzieci to moje
rodzeństwo stryjeczne;
Brat matki to wuj, jego żona - wujenka, ich dzieci to moje rodzeństwo
wujeczne;
Siostra matki to ciotka, jej mąż - pociot a ich dzieci to moje rodzeństwo
cioteczne (pociotki) ;
Przypuszczam, że siostra ojca też była ciotką. Ale nie wiem.
Najpierw odpadł pociot, potem wujenka i stryjenka, następnie stryj. Wszyscy
zostali ciociami i wujkami a rodzeństwo stało się wyłącznie cioteczne. Piszę
o tendencji, bo w wielu domach dawne nazwy zachowały się. Ja nie miałem
stryja i prawdziwego wuja, więc te określenia (plus stryjenka i wujenka) w
moim domu nie były używane. Teraz mam brata, więc wprowadziłem w domu do
obiegu słowo stryj. W domu rozmawiając z dziećmi mówię o swoim bracie
"stryjek" i oni też zaczęli tak się do niego zwracać. Jednak do jego żony
(mojej bratowej) mówią "ciociu", bo stryjenka się nie przyjęła. W domu brata
nie używa się nazw tradycyjnych, tylko on czasami mówi: O, stryjek
przyszedł.
Pozdrawiam, Zbig.Bag.
>> Wiem. Dlatego było to powiedziane na koniec i trochę, jak widać
>> powyżej, z uśmiechem - taki dodatek do zasadniczej treści. Którą
>> wycięłaś.
>Bo niestety z częścią zasadniczą muszę się zgodzić.
A, no to dziękuję :)
>Tak jest, choć wolałabym, żeby było inaczej
Dlaczego? Też Ci się marzy bezklasowe społeczeństwo? ;)
A pewno! Roboty do roboty, a ludzie...Eee, może już lepiej niech zostanie jak
jest
[cut]
> Ja uważam, że partnerskie stosunki dzieci z rodzicami są możliwe dopiero
wtedy,
> gdy dzieci są rzeczywistymi partnerami - to znaczy w momencie, kiedy są w
> stanie przejąć wszystkie obowiązki rodziców, takie jak zarobienie na
utrzymanie
> domu (nie tylko na własne przyjemności), opieka (np. w czasie
kilkumiesięcznej
> choroby) nad pozostałymi członkami rodziny, przygotowywanie posiłków,
> wyrzekanie się z własnej woli przyjemności na rzecz domu itp.
> Wyobrażasz sobie, że zabierasz ze sobą na imprezę ojca?
> Grażyna
Znowu cos nadinterpretowałaś (bądź żartowałaś), jeśli wyobrażałaś sobie mnie
pisząc to, co napisałaś.
Właśnie upływa mi wiek Chrystusowy :-)
Saulo
> [To chyba dziedzictwo mojej warstwy społecznej :-)]
Ależ Ty marudzisz z tymi warstwami społecznymi! ;)))
> Zazdroszczę osobom, których rodzice mówią sobie zazwyczaj po imieniu i
> zachęcają do tego również dzieci.
Oczywiście, że rodzice powinni mówić sobie po imieniu (i chyba zazwyczaj
jednak mówią). Ale dzieci? Hmmm... To opowiem historyjkę. Z życia mojej
rodziny. (Ciekawe czy to przeczytają? ;)) Pewni bardzo nowocześni i
młodzieżowi rodzice nauczyli swoją córeczkę, zeby zwracała sie do nich po
imieniu. I tak też było. Dopóki była dzieckiem. Ale gdy zaczęła dorastać,
jakoś tak, nie wiadomo dlaczego ;) zaczęła do rodziców mówić "mamo", "tato".
Potrzeba jakaś czy cóś? ;) Ale to chyba NTG.
> Myślę, że to m.in. ułatwia przejście do relacji bardziej partnerskich z
> rodzicami.
A ja myślę, że relacja partnerska jest zupełnie czym innym warunkowana. A
nie-bycie-z-rodzicami-na-ty ułatwia z kolei wiele innych rzeczy... NTG po
raz drugi.
> U nas poradziliśmy sobie z tym częściowo wymyślając fikcyjnego "Bodzia",
> który określa w zależności od kontekstu: ojca, mnie lub moją siostrę.
> Ciekawe, że Maman jest poza sferą "Bodzia"...
Bardzo ładne! Ciekawe, kiedy "BOdzio" się pojawił? Ale to zapewne NTG ;)))
pa :)
joa
To jest zdecydowanie za słabe określenie. Kuzynostwa jest więcej
niż rodzeństwa stryjecznych. Poza tym stryjeczny brat i siostra
to bliscy krewni, a określenie 'kuzyn' (poza tym, że obce) odnosi
się raczej do krewnych dalszych.
>
> (...) A ciekawa jestem, czy zwracasz się do rodziny używając
> tych stryjów i świekr?
Oczywiście. Tzn. do brata i siostry nie, do nich mówię po imieniu.
Kiedy jednak mówię o nich, to oczywiście "brat, siostra stryjeczni".
A do stryja mówie "stryju" lub (częściej) "stryjku".
Oni do mojego ojca tak samo.
Ale stryjenki nazywane były zawsze ciociami. :-)
Chociaż ostatnio, przy jakimś spotkaniu rodzinnym wskazałem na
tę niekonsekwencję i wszyscy ją potwierdzili. Więc wkrótce zacząłem
_o_ "cioci" mawiać "stryjenka". Na razie z rzadka, ale za jakiś czas
może zacznę i _do_ niej tak się zwracać.
Ciekawe, czy mnie pogoni, czy nie.... :-)))
A określenia "świekra", jak i "teściowa", używa się raczej mówiąc
o tej osobie, a nie do niej. Wtedy raczej się mawia mamo/mamusiu.
Maciek
Dla Ciebie.
W niektórych rodzinach jest to jedyny termin stosowany na określenie
rodzeństwa cioteczno-stryjecznego (i zapewne dalszych krewnych z tego samego
pokolenia, ale ci w ogóle rzadziej występują (w rozmowie)).
[cut]
Saulo
Nie tylko.
http://slowniki.onet.pl/index.html?tr=pol-slo&tekst=kuzyn
Poza tym "rodzeństwo" wskazuje na to samo pokolenie,
a "kuzynostwo" nie.
Maciek
Aha... i dla słownika ;-)
> Poza tym "rodzeństwo" wskazuje na to samo pokolenie,
> a "kuzynostwo" nie.
Doprawdy...?
Dla mnie wskazuje.
> Maciek
Saulo
> Poza tym "rodzeństwo" wskazuje na to samo pokolenie,
> a "kuzynostwo" nie.
Czy na pewno? W moim odczuciu to właśnie jest jedno pokolenie - nad są
ciecie/wujkowie/stryjowie itp, a pod siostrzeńcy/bratankowie i ogólnie
krewni i powinowaci.
:)
joa
:-))))
Musisz p o w o l i przyuczać go do_prawdziwego_partnerstwa ;-)
[Biedny syn - z matką na koncercie techno i orgietce w starej hali
fabrycznej :-)]
Saulo
>> Z Jagiellonów? Możeś więc daleką krewną mej żony? ;-)))
>>
>> HQ
>
> Kto wie? A mądra i ładna?
Tak, tak. I imię królewskie :-)
--
HQ
"Zbigniew Bagiński" wrote:
>
[...]
> Brat ojca - stryj, jego żona - stryjenka lub stryjna, ich dzieci to moje
> rodzeństwo stryjeczne;
> Brat matki to wuj, jego żona - wujenka, ich dzieci to moje rodzeństwo
> wujeczne;
> Siostra matki to ciotka, jej mąż - pociot a ich dzieci to moje rodzeństwo
> cioteczne (pociotki) ;
> Przypuszczam, że siostra ojca też była ciotką. Ale nie wiem.
Tak! A wiesz dlaczego? Bo to nie miało znaczenia przy dziedziczeniu.
Inaczej się dziedziczyło po wuju, inaczej po stryju, natomiast po
ciotkach tak samo w obu wariantach...
(Czytałem o tym kiedyś, ale nie pamiętam gdzie).
[...]
> Pozdrawiam, Zbig.Bag.
--
Pozdrowienia
Janek http://www.astercity.net/~janekr
Niech mnie diabli porwą!
Niech diabli porwą? To się da zrobić...
Na pewno.
Kuzyn = daleki krewny.
Nie wiem wprawdzie, jak daleki, tzn. w którym stopniu zaczyna
się stosować określenie "kuzyn", ale z całą pewnością nie ogranicza
się do jednego "piętra" drzewa pochodzenia (pokolenia).
I odnosi się zawsze do innych gałęzi, nigdy do tej samej:
w jednej linii przodkowie oraz potomkowie dowolnie dalecy (przez
dowolną liczbę pokoleń) - są zawsze "krewnymi", nie "kuzynami".
Myślę, że do codziennego użytku można przejąć kryterium z prawa
cywilnego lub kanonicznego, i nazywać kuzynami tych krewnych,
pomiędzy którymi dozwolone jest małżeństwo.
>
> W moim odczuciu to właśnie jest jedno pokolenie - nad są
> ciecie/wujkowie/stryjowie itp, a pod siostrzeńcy/bratankowie
> i ogólnie krewni i powinowaci.
A to już całkiem inna rzecz. Powinowaty to nie krewny.
Krewnymi są potomkowie wspólnego przodka, zas powinowaci
to rodzina przez małżeństwo.
Zatem dziecko jest krewnym dwojga swoich rodziców,
ale jego rodzice są dla siebie powinowatymi, nie krewnymi.
Rodzeństwo (również przyrodnie) są krewnymi - mają wspólnych rodziców,
przynajmniej jedno.
Rodzeństwo stryjeczni są krewnymi - mają wspólnych dziadków.
Ale mąż z żoną, szwagrowie, moja żona z moim stryjem - to powinowaci.
Ogólnie powinowaty to mąż krewnej albo krewny męża/żony
(ograniczam się do jednego rodzaju aby nie mnożyć końcówek).
Maciek
Chcesz się bić na słowniki? Proszę bardzo:
"Słownik współczesnego języka polskiego" WIlga, Warszawa 1996
"kuzyn =
1. syn brata lub siostry jednego z rodziców
2. dalszy krewny pozostający w stosunku do wspólnego przodka w tym samym lub
mniejszym stopniu pokrewieństwa"
Dla mnie nie ma to jednak większego znaczenia, bo to faktyczny uzus +
używanie języka w taki sposób, aby jasno wyrażać swoje myśli, a nie
słowniki, są dla mnie ważne.
Saulo
> Myślę, że do codziennego użytku można przejąć kryterium z prawa
> cywilnego lub kanonicznego, i nazywać kuzynami tych krewnych,
> pomiędzy którymi dozwolone jest małżeństwo.
>
Wątpię, aby to było właściwe kryterium
> >
> > W moim odczuciu to właśnie jest jedno pokolenie - nad są
> > ciecie/wujkowie/stryjowie itp, a pod siostrzeńcy/bratankowie
> > i ogólnie krewni i powinowaci.
>
Takie rzeczywiście może być potoczne rozumienie.
> A to już całkiem inna rzecz. Powinowaty to nie krewny.
> Krewnymi są potomkowie wspólnego przodka, zas powinowaci
> to rodzina przez małżeństwo.
> Zatem dziecko jest krewnym dwojga swoich rodziców,
> ale jego rodzice są dla siebie powinowatymi, nie krewnymi.
> Rodzeństwo (również przyrodnie) są krewnymi - mają wspólnych rodziców,
> przynajmniej jedno.
> Rodzeństwo stryjeczni są krewnymi - mają wspólnych dziadków.
> Ale mąż z żoną, szwagrowie, moja żona z moim stryjem - to powinowaci.
> Ogólnie powinowaty to mąż krewnej albo krewny męża/żony
> (ograniczam się do jednego rodzaju aby nie mnożyć końcówek).
>
> Maciek
Zgadzam się.
Zbig.Bag.
Dziękuję.
Zbig.Bag.
Wiecie, z tymi stryjami, wujenkami i świekrami to jest tak, że kiedyś więzi
rodzinne były znacznie silniejsze i znacznie ważniejsze, niż obecnie.
Członkowie rodziny mieli wobec siebie wzajemnie liczne prawa i obowiązki, a
te subtelne rozróżnienia między bratem matki i bratem ojca służyły ich, że
tak powiem, klasyfikacji. Na przykład opiekunem sierot był najczęściej ich
stryj (jak sieroty na tym wychodziły, to już zupełnie inna sprawa). Dziś ani
stryj, ani wuj nie mają wobec dzieci swojego rodzeństwa żadnych zobowiązań,
więc jaki sens robić między nimi jakąkolwiek różnicę na poziomie języka? Ta
familijna tytulatura do tego stopnia straciła znaczenie, że każdy bliższy
znajomy rodziców jest dla dziecka "wujkiem". A stryjowie i wujenki zniknęli
z krajobrazu tak samo, jak inkaust i ciżmy.
Pozdrówka
Kamila Pe.
Uważaj co i jak cytujesz. To akurat ajtne napisała, nie Maciek.
Gdy wycinasz wszystko moje, wytnij tez naglowek o tym,
ze ja cos tam pisalem. :-))
Maciek
W koncu w np. ang. istnieje dla kazdego zwierzecia inna nazwa gromady i.e.
,,school of fish, pack of dogs" i nikt nie wklada tego do jednego wora choc
pewnie byloby prosciej!
--
Piotr Kosi Kosibowicz
rhu...@fcc.gov & cust...@email.usps.gov
Teść = ojciec żony.
Teściowa = żona teścia.
Świekr = ojciec męża. (A może raczej świekier?)
Świekra = żona świekra.
Maciek
> Przy okazji nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie:
> moi rodzice przyjmują nasz (dzieci) punkt widzenia, gdy mówią o pokoleniu
> swoich rodziców lub o swoim rodzeństwie, określając swoich rodziców bardzo
> często jako 'babcię' i 'dziadka', zaś rodzeństwo -jako 'ciotki
> X/wujkówY/stryjka/stryjenkę'. (Nie mówiąc już o tym, że o sobie często
mówią
> per 'mamusia/ojciec' [sic!]). Czy to jest częste?
>
Nie wiem, czy częste, ale niekiedy bardzo praktyczne. Ponieważ moja siostra
i moja żona mają to samo imię, to ich telefony w pamięci komórki mam
zapisane pod "MAMA" (to żona), a telefony siostry pod jej imieniem.
Stasinek
Dla mnie to rozróżnienie jest aktualne - jednak w sensie poniekąd
historycznym, bowiem żaden z mych wujów ani stryjów już nie żyje. Zresztą
nikt z tego pokolenia. Stryj - to brat ojca. Wuj - brat matki. Żona
stryjka - stryjenka.
I tu pewna niekonsekwencja. na żonę wujka mówiło się w mojej rodzinie
ciocia, a nie wujenka.
Tymczasem siostra matki to też ciocia. Również siostra ojca - ciocia.
Coś tak jakby proces unifikacji tego rodzaju okresleń miał tendencję
feministyczną. :-)
Ale unifikacja też jest "ta"...
Tuwim zastanowiłby się się, czy to właśnie nie efekt rodzaju żeńskiego słowa
"unifikacja". ;-)
> > Już nie mówiąc o bracie/siostrze stryjecznej! A i takie coś
funkcjonowało
> > (przynajmneij w rodzinie mojego ojca). Teraz się ostali sami wujowie...
> > O! Była jeszcze stryjeczna, stryjenka i stryjna. TYlko nie wiem, czy
> > dzieliły je jakieś niuanse koligacji, czy też to ta sama osoba ;)
>
Dzieci stryjka - brat stryjeczny lub siostra stryjeczna. Dzieci wujka
(cioci) - brat cioteczny, siostra cioteczna. Także dzieci siostry ojca.
> Mów za siebie... :-)
>
> Mam braci i siostry cioteczne oraz braci i siostrę stryjeczną i miałem ich
> odkąd sięgam pamięcią :-)
>
> A stryjenkę też mamy w rodzinie! - koligacje muszę dopiero sprawdzić, bo
coś
> mi tu nie pasuje - zdam sprawę z wyniku konsultacji z ojcem :-)
>
> Pozdrowieństwa
>
> Saulo
>
>
Też pozdrawiam
Stasinek
Nie byłbym zwolennikiem przesadnie partnerskich związków z własnymi dziećmi.
Dla wzajemnego zrozumienia moi synowie nie musieli i nie muszą (chyba
właściwsze byłoby: nie mogli i nie mogą) mówić do mnie po imieniu.
Toż jakby któryś mi powiedział "Stachu", to kazałbym mu chuchać, czy nie
pijany! Albo jeszcze co gorszego podejrzewałbym. Że nie po bożemu nawalony,
tylko naćpany...
A pewni moi znajomi (ale nie Polacy) mówili, że przy dzieciach chodzą goło.
To też mi się w głowie nie mieści, chociaż noszę kapelusz nr 58, co
zwłaszcza przy czaszce włosów raczej pozbawionej jest rozmiarem nader
sporym.
Stasinek
I kolejno od tych określeń było rodzeństwo stryjeczne, cioteczne i wujeczne...
Cała rodzina zamieszkiwała Puławy i okolice..
Teraz mieszkam w Poznaniu, gdzie są tylko wujkowie/ciotki i kuzyni...
Ja spotkałam się z określeniem - swok (mąż ciotki - siostry mamy), ale może
to być określenie gwarowe.
Ela
Swok - też sie spotkałam...Ale na określenie teścia syna/córki.
Jeśli ojcowie małżonków się spotykali, to nie będąc ze sobą po imieniu - mówili
sobie "swoku".
Prawdę mówiąc, nie znam obowiązującego określenia na tego typu stosunek...
A przecież "teściowie" często się spotykają...I jak powinni mówić o sobie komuś?
To jest pan X - teść mojej córki?
A może : To pan X - mój...kto?
B.F.
Nie, dlaczego pejoratywne?
Nooo, może... tak jak dziad (nędzarz, żebrak) - dziadek.
Ale to dopiero ostatnio, bo u dziadów tego nie było.
Maciek
>> Pociot - jakby pejoratywne. Zetknąłem się z pociotkiem.
>> Pociotek - mąż ciotki czyli siostry matki.
>> Stasinek
>
>
> Nie, dlaczego pejoratywne?
Ja mam identyczne odczucia: pociotek wydaje się być słowem neutralnym.
--
Pozdrawiam, MACiek
japo...@poczta.onet.pl
--
Znudziło Ci się logo w komórce?
Wgraj nowe [ http://komorki.onet.pl/dodatki.html ]
--
Archiwum grupy: http://niusy.onet.pl/pl.hum.polszczyzna