I. Przedsłowie
Rozważania prezentujące kanon teorii uniwersum autora poprzedzimy,
poprzedzić musimy, analizą stanu poznania przedstawianego w
akademickich i nie tylko podręcznikach naukowych.
I już na wstępie wypowiemy główny wniosek prezentowanej następnie
teorii autora - jakiekolwiek zagadnienie poznania materii nie
istnieje.
Przypomnimy, że systematy logiczne ujęte w matematyczne formalizmy
nie tworzą jakiegokolwiek obrazu poznania materii. A jednak stwarzają
jedyny język pozwalający jakikolwiek początkowy aksjomat przekształcić
w ostateczny werdykt werbalny. Dlatego też w łańcuchu poznania nie
możemy pominąć tej myśli matematycznej, która wygenerowała opis
materii autora. Matematyka nasza jest językiem opartym na pojęciu
porządku oraz strukturze continuum.
Obydwie kwestie w VI w. pne. rozstrzygnął Pitagoras, największy umysł
ludzkiej historii.
Wprowadził układ odniesienia (nazwijmy go kartezjańskim), względem
dowolnych przestrzeni, słowami ,,wszystko jest liczbą", tworząc pojęcie
pola a następnie, może poprzednio, domknął zbiór niezupełny liczb
wymiernych tworząc continuum osi współrzędnych.
Operację graniczną na ilorazie continuów wykonali jego następcy,
Arystoteles i Rola Lubieniecki z Uliku a problem uniwersum
sformalizowany dopiero dzisiaj (wczoraj) przez autora tych słów,
postawił Platon.
Po to, by można było odnieść aksjomat zachowania płynu
energetycznego, który okazał się jedyną formalną podstawą konstrukcji
uniwersum Platona, autor tego tekstu jak i czytelnik przywołać musi
pojęcie bezwzględnego centrum uniwersum Kopernika (jakkolwiek okazuje
się, że za bezwzględny środek należy uznać dopiero punkt autora,
centrum, którego pęd w uniwersum jest równy zeru, zgodnie z
zapowiedzią Arystotelesa globalnie nieruchomego eteru).
Ten poznawczy ciąg ujawniający epistemologię konstrukcji uniwersum
Platona, to dzieła Kopernika i Autora a uzupełniony być musi twórcami,
rozwijającymi formalizm matematyczny umożliwiający objęcie i poznanie
wspomnianego. A wobec tego twórcą teorii mnogości Bolzano, który
ustratyfikował zbiory nieskończone i ostatecznie Banachem. Jego
twierdzeniem o punkcie stałym, które rozwiązuje wszystkie problemy
Platona, Kopernika, Autora w formalizmie continuum Pitagorasa a
wyrażonym w języku równań różniczkowych Arystotelesa - Lubienieckiego.
Zanim jednak omówimy rozwój myśli poznawczej o uniwersum musimy
wcześniej wskazać fałsz obiegowej wiedzy o materii
Musimy wskazać brak skuteczności wszelkich podejść, które dotychczas
uważane były za epistemologie a większość z nich nie była formułą
naukową ale wyłącznie buchalterią.
Dopiero tak wyraźna krytyka być może obudzi środowiska, by zdały
sobie sprawę z kryzysu zrodzonego przez dewiację poznania.
Omówimy więc kolejno obszary nauk wskazując na ich niewłaściwą
konstrukcję.
Zaczniemy od elektryczności, najnowszej formuły analiz zjawisk
materialnych. Aplikatywne zagadnienie nazwane w języku elektrycznością
nie istnieje w formule poznawczej. Jest to bowiem poznawczo taki sam
problem jak rozmieszczenie i działanie telefonów miejskich
umieszczonych w specjalnych oficynach czy u abonentów albo problem
ściegu szydełkowego robionego na drutach swetra. Odniesień do ludzkich
poczynań rzemieślniczych, zadekretowanych regulaminem a nie do formuły
Bytu Materialnego Jest to zatem zawsze buchalteria zjawiska.
Zawieszenie przewodnika i jego skutki nie mogą stać się udziałem
analiz poznawczych. (Co oczywiście nie zmniejsza praktycznych wartości
poczynań buchalteryjnych, te bowiem są zawsze potrzebne codziennie,
jednak kwestie ich osądzania odsyłać tutaj trzeba do innego kręgu
specjalistycznego).
Przypomnimy krytyczny fragment artykuł autora w ,,Episteme" (2007r.)
dotyczący stanu świadomości. ,,Wprowadzenie w szkołach dziedziny
,,elektryczność" prowadzi do zatraty wszelkiej intelektualnej
mobilności. Dlaczego?"
,,O ile pojęcie ,,napięcia" da się związać z pojęciem ,,pola" to
wprowadzenie pojęcia ,,oporu" unicestwia samodzielne rozważania i to w
jakiejkolwiek dziedzinie. Uczeń przysposobiony do intuicyjnego odbioru
liczbo-liczbowych związków pomiędzy wielkościami w elektryczności nie
jest w stanie w swym dalszym życiu wyobrazić sobie ,,opór" jako ,,pole",
jego wartości w punkcie. Pojęcie dwupunktowego pola aczkolwiek jest
dziwaczne jednak do pomyślenia możliwe, niemniej ,,opór" nie tylko
zależy od ,,początku" i ,,końca" przewodnika, ale też od sposobu ich
połączeń. I to już wyklucza rodzenie się intuicji. I to na cały
żywot".
Natomiast z problemem pola elektromagnetycznego, który jakoby
usprawiedliwiał owe zainteresowanie, opisanym równaniami falowymi
(wcześniej Maxwella) uporamy się w następnym rozdziale, pokazującym
ich bezzasadną epistemologię. (Chociaż w pewnym stopniu zgodne one
bywają z eksperymentem, to jednak ich ułomność ideowa zdecydowanie
prowadziła do konstrukcji fałszywych obiektów myślowych, bardziej
szkodzących poznaniu niż je przybliżających, tworzących
niedowiązalności obiektów materialnych, o czym w kolejnych
rozdziałach).
Jednakowoż według informatorów naukowych to właśnie układ równań
Maxwella uzasadnił analizy owych sieci elektrycznych, wszystko jedno
jak i wszystko jedno gdzie, na słupach elektrycznych, na wejściu i
wyjściu aparatów słuchowych, telewizyjnych, mikroprocesorów.
Pokażemy zatem kolejno, że owszem, jakościowe uzasadnienie
epistemologiczne funkcjonowania tych urządzeń jest potrzebne, ale
tylko uzasadnienie nie buchalteria, która należy do zakładów
energetycznych czy odpowiedniej fabryki. Natomiast uzasadnienie to ma
być dla technika pewnym rodzajem poglądu i tutaj spełnionym w
przybliżeniu. Dlatego też efektem przyjęcia niepełnego (w tym czasie)
rozumienia były paradoksy a później katastrofy poznawcze.
Pokażemy więc w dalszej części wywodów, że równania Maxwella nie tylko
nie uzasadniają funkcjonowania tych urządzeń, gdyż one (równania) są
fałszywe, ale ponadto stwarzają najgorsze z możliwych spojrzenie na
rzeczywistość, gdyż zawierają wewnętrzne sprzeczności, kreują fałszywą
myśl o tzw. ,,dualizmie korpuskularno - falowym" czyli niedowiązalności
zagadnień ,,falowych" (tu nieco poszerzone rozumienie falowości) do
zagadnień ,,korpuskularnych"
Kolejną dziedziną o której wypowiemy się wstępnie już u początku
naszych rozważań jest mechanika (np. ciała sztywnego a nawet jak
pokażemy w następnym rozdziale, niesztywnego).
Powiedzmy zdecydowanie w tym miejscu, że mechanika ciała sztywnego
jako wyraz poznania materii jest groźnym nieporozumieniem. (Ważnym
jednak z punktu widzenia rzemieślnika).
Nie ma bowiem ciała sztywnego. Stąd i moment siły jest kolejnym
nieporozumieniem.
Jako fabryczne przybliżenie pewnych procesów jest finansowo korzystnym
obiektem (budujemy np. mosty, które rozpadają się od drgań jak w
Krakowie). Jednakże problem wspomnianych momentów ,,siły" nie dotyczy
myślenia a więc poznania, ale tylko i wyłącznie buchalterii (ile
trzeba zapłacić dlatego, że specjalista projektujący most nie wiedział
co to jest moment siły czy energia drgania).
I zdarzeń powyżej wspomnianych nie uzasadnia mechanika jako teoria
pola. A ta ostatnia, jak w kolejnym rozdziale pokażemy poznawczo
dzisiaj też jest fałszywie zbudowana (jest rzeczą oczywistą, że teoria
poznawcza zakreśli ramy dla tworzenia pojęć fabrycznie użytecznych i
dlatego właśnie z praktycznego punktu widzenia jest ona konieczna) .
Aby nie przenosić zagadnień społecznych do części poznawczych
monografii już tutaj musimy dopowiedzieć kilka zdań. Musimy pogodzić
się z faktem, że nie istniał twórca, którego rozkolportowała w świecie
bogata wiktoriańska Anglia, o nazwisku Newton. Kwestia omówiona
została dość szczegółowo w pracy F. Manuel, ,,Życie Newtona" co
zaznaczymy tutaj skrótowo.
Jako student jest homoseksualnym partnerem swego nauczyciela, który
przesyła do czasopisma prace, twierdząc, że te zostały napisane przez
jego zdolnego ucznia, ale nie chce podawać nazwiska. Po podaniu
nazwiska, jak przeliczył Manuel, ,,zdumiewająco szybko umiera". Jego
więc zdolny uczeń zostaje następcą swego mistrza. Jednak po przyjściu
na wykład nie ma nic do powiedzenia studentom i ci go wyśmiewają.
Zwalnia się więc ze szkoły czasowo i udaje do szpitala
psychiatrycznego by przemyśleć sytuację. Postanawia zostać
stręczycielem. Swą siostrzenicę kojarzy z lordem Halifax, co staje się
dobrym początkiem jego właściwej kariery, której poświęca cały swój
czas, mianowicie nadzorcy Banku Anglii. Jednak jeszcze trzeba pozbyć
się konkurenta. Donosi, że ten, Chaloner, produkuje monety dla swego
prywatnego użytku. Jednakże śledztwo zarzutu nie potwierdza.Wtedy
Newton przekupuje przyjaciela Chalonera by złożył zeznania
obciążające. Jak zauważa Manuel zeznaniu przeczy technika wytwarzania
monet, jednak dokument dominuje i Newton powoduje śmierć swego
przeciwnika. Nie rezygnuje z wykładów, jednak prowadzą je jego
asystenci. Newton drukuje ich prace jako swoje. Sprawa zostaje
skierowana do sądu i Newton przegrywa proces. Kradnie też prace
Huyghensowi o optyce, Hookowi z mechaniki punktu, Galileuszowi
definicję siły (jego później nazywany głównym wynik), Kopernikowi
traktat o pieniądzu i stara się przez podkupionych opryszków (za
pieniądze Banku Anglii) rozpowszechnić w Europie informację, że
opublikowana kilkadziesiąt lat wcześniej definicja pochodnej została
jemu ukradziona.
Warto zaznaczyć, że główny jego wynik, druga zasada dynamiki (pierwsza
i trzecia wynikają z drugiej) jest Galileusza definicją siły (i tak
niedorzeczną jak autor w ciągu wywodów pokaże). Na którego też się
Newton nie powołuje.
Że nie Newton pisał Principia ale cała Europa dowodzi jeszcze
implicite F. Manuel, przypominając, że w dyskusyjnej odpowiedzi na
krytykę błędów Newtona ten zarzucił swoim współpracownikom, że nie
pracowali poprawnie. Oznacza to jednak że nie on sam pisał Principia.
W ten sposób konstytuował się tekst. Reszty dopełniał Bank Anglii
Wybrany zbiór faktów całkowicie uzasadnia potrzebę zamknięcia funkcji
tego nazwiska w jakiejkolwiek literaturze.
Warto jednak dodać historię o błyskotliwym dowodzie pokazującym, że
próba oskarżenia Lubienieckiego jakoby mógł czy chciał ukraść
Newtonowi definicję pochodnej jest nie tylko nieprawdą, uzasadnioną
dokumentami, ale jest również mało poważna
Stefan Topa z Uniwersytetu Jagiellońskiego zwrócił uwagę na oznaczenie
pochodnej Lubienieckiego przez , natomiast Newtona przez .
Otóż oznaczenie Lubienieckiego jest oznaczeniem motorycznym,
wskazującym istotę postępowania formalnego. Oznaczenie natomiast
Newtona jest wtórne, nie merytoryczne. A to oznacza, że nie on był
autorem przejścia granicznego w ilorazie małych różnic a jedynie
kopistą. I chciał posiąść cudzą wartość.
Może warto też dodać, że w papierach Newtona po jego śmierci, jak
podaje F. Manuel, pozostało milion słów o tematyce teologicznej i
dwieście tysięcy słów o tematyce nie związanej z epistemologią.
Zachodzi więc pytanie, czy można w życiu coś więcej zrobić niż zapisać
milion słów? Czy można kierować jeszcze mennicą?
Tak czy owak, powstała i została uznana wtedy dynamika punktu.
Wmontowano ją nawet w nauki teologiczne na pewien przeciąg czasu.
Dynamikę continuum w oparciu o definicję siły Galileusza sformułował
swym równaniem Euler.
Pokażemy w kolejnych rozdziałach w jaki sposób identyczne równanie
można wyprowadzić pomijając definicję siły, ale i pokazując jej błędne
uwarunkowania, powodujące epistemologiczne antynomie w systemach
dodwudziestowiecznych, od równania Eulera począwszy.
Nonsensy koncepcji dwudziestowiecznych pokażemy w osobnym rozdziale,
ponieważ nie łączą się one z teorią uniwersum autora.
Nie możemy w tym momencie nie dopowiedzieć, że skutkami zamętu w
naukach aplikatywnych stał się również zamęt w naukach matematycznych.
Jak głęboko spostrzegł problem Bolzano w swych ,,Paradoksach
nieskończonosci" , że napisał ,,wielu jest takich, którzy chcieliby
wszystkie widzenia problemów zamącić".
Skutkiem braku przejrzystości poznawczej analiz podstawowych problemów
materii stało się błądzenie matematyki i pozorne poszukiwania
odpowiedzi o rodowodzie jej podstaw na podstawie jej aksjomatów w
matematyce.
Bardzo ładnie wypowiedział się o tych procedurach Rene Thom,
zauważając, że ,, nie ma powodu sądzić aby matematyka była jedyną
dziedziną poznania, któraby o własnych podstawach mogła się wypowiadać
swoim językiem".
Głęboko wcześniej sprawę wykpił Poincare pisząc o podstawowych
analizach Russela, ,,jego rozważania o jedynce są głębokie i
interesujące, zwłaszcza dla tych, którzy nigdy o jedynce nie
słyszeli".
Dalszą ucieczkę od istoty matematyki zaprojektował ,,Bourbaki" ,
którego (których) rozważania doprowadziły do zatraty intuicji w tej
dziedzinie.
Dlatego dobrze się stało, że w swym podręczniku, ,,Zarys logiki
matematycznej" A. Grzegorczyk napisał, iż problemy opisane przez
Godla, Tarskiego i ,,Szkołę Wiedeńską" do matematyki nie należą.
Niestety kryzysowe też okazało się zdążanie w stronę przeciwną.
L.C. Evans w swoim dziele "Partial differential equations" poszedł w
stronę wyłącznie aplikatywnej formuły rozważań matematycznych i
wszystkie przedstawiane przez niego zagadnienia epistemologiczne,
kreujace rzekomo matematyczne opisy tych zagadnień, rozważane są
fałszywie.
Tyle w tym miejscu powiemy o matematycznej formule towarzyszącej
problemom poznania materii.
Natomiast przejdziemy do omówienia kolejnej istotnej grupy zagadnień,
dotyczących transportu ciepła.
Wspomniana aplikatywna dziedzina związana jest z transportem
,,energii" (w przyszłości pokażemy również niewłaściwość użytego
określenia, jakkolwiek w czasie budowania pierwszego opisu transportu
ciepła nie wiedziano jeszcze, że zagadnienia te związane są z
,,energią").
Historycznie kwestię łączymy z Fourierem, jednak krytyka jego równania
dotyczyć już będzie problemów poznawczych, dlatego w tym rozdziale
rozważania rozpoczniemy kolejnymi opisami przenoszenia ,,ciepła" jakimi
stały się ,,termodynamiki" czy równania kinetyczne.
W następnym rozdziale pokażemy błędy tych ujęć jako procesów teorii
pola, czy raczej jako procesów tworzących sprzeczności z teorią pola.
Tutaj natomiast omówimy liczbo-liczbowe związki nie angażujące teorii
pola.
Te niededuktywne systemy omówimy na podstawie artykułu autora w
Krakowskim Roczniku Małopolskim, konstytuując odpowiednie cytaty.
Zwróćmy uwagę, że termodynamiki są zasadą zachowania energii o której
to (zasadzie) wiemy, że jest fałszywa z kilku powodów. Po pierwsze nie
wiemy co to jest energia. Pamiętamy bowiem, że kiedy sformułowana
została zasada zachowania energij kinetycznej i potencjalnej, wtedy
urodziła się energia wewnętrzna. Kiedy te trzy sfabrykowały zasadę
zachowania, doszła do nich czwarta, chemiczna. Kiedy one wszystkie
cztery stworzyły zasadę zachowania, doszła do nich jądrowa.... A
przecie wiemy, ze neutrony i protony mają swą strukturę wewnętrzną
(właśnie na zasadzie nie zachowania energii) i tak dalej i dalej.
Nieskończenie dalej , do fraktala masy!
A wobec tego termodynamiki konstruujemy na fałszywej
(epistemologicznie) zasadzie, pozostawiając im prakseologiczne
funkcjonowanie. O czym jednakże nikt później pamiętać nie chce, że
jest to zasada dla szewca, krawca, hydraulika, tylko nie dla naukowca!
Wskażemy inne błędy.
Zaczynając od nazw.
Termodynamiki nie zawierają w zespole argumentów czasu. Są więc
termostatykami a nie termodynamikami. (Budowane w dwudziestym wieku
termodynamiki z czasem doprowadziły do takich kompromitacji
poznawczych, że dzisiaj nikt do nich przyznać się nie chce. Gdyby
jednak ktoś się agitacyjnie przyznał, autor przedstawi go
merytorycznie w publikacjach naukowych jako dyletanta).
Brak w ,,termodynamikach" pochodnej czasowej stanowi implicite
założenie nieskończonej prędkości procesów (ustanawiających w czasie
zerowym równowagi w analizowanych obszarach).
To już powinno eliminować termodynamiki z grupy sensownie zbudowanych
teorii. Początkowo jednak nie było alternatyw a pewne zastosowania
fabryczne wystarczały dla zachowania takich opisów. Kolejno nie było
umysłów myślących. Potrafiących przekonać, że mamy do czynienia z
nonsensem. Pojawiały się pragmatyczne poprawki. Później poprawki do
poprawek i tak już pozostało dla wierzenia zaskorupione.
Tylko Smoluchowski zauważył, że analiza małych populacji cząstek
prowadzi do negacji pojęcia entropii, jednakże po jego śmierci nikt z
problemem zmierzyć się nie potrafił!
Tymczasem należało pójść dalej i zakwestionować w całości pojęcie
entropii.
Zauważmy jak należało to zrobić.
W myśl twierdzenia Caratheodory'ego, jeśli między dwoma punktami nie
ma przejścia po pewnej krzywej całkowej dla równania Pfaffa (takimi
równaniami są właśnie termodynamiki), wówczas istnieje dla równania
czynnik całkujący. Odwrotnością tego czynnika jest właśnie entropia.
W termodynamice zakładamy, że między dwoma punktami, których
współrzędnymi są pewne parametry opisujące zjawisko, nie istnieją
przejścia po drogach adiabatycznych. Zatem dla odpowiedniego równania
Pfaffa istnieje czynnik całkujący.
A więc entropia.
Przeanalizujmy powyższe poglądy.
Termodynamiki przyjęły, że można przybliżyć zjawisko analizując je na
dwu przeciwstawnych drogach - termodynamicznej i adiabatycznej.
Pierwsza droga decyduje o przybliżeniu wymieniającym w pełni
(temperatura jest stała) ciepło z otoczeniem. Druga droga, całkowicie
izolowana, decyduje o przemianie całkowicie izolującej układ od
zewnętrza.
Koncepcja jest w pełni humorystyczna.
To właśnie wszystkie zjawiska zachodzą częściowo izolowanie, częściowo
nieizolowanie.
Co jednak jest absolutnie pewne, to brak absolutnej izolacji.
A catem absolutny brak adiabat.
A zatem absolutny brak entropii
W powyższej sytuacji jesteśmy zmuszeni powiedzieć, że druga zasada
,,termodynamiki" została założona a nie dowiedziona.
To bardzo ważne stwierdzenie, gdyż wszystkie pozornie naukowe
jednostki nie dyskutują procesów, które nie zakładają drugiej zasady
,,termodynamiki". Autor wie, że wygodnie jest mieć ,,punkt stały".
Jednak niestety na to by mieć, trzeba go wypracować a nie powoływać
się na innych, również nie myślących urzędników nauki.
Warto tylko na moment przypomnieć kolejny nonsens, polegający na
sprzeczności "termodynamik" (bez czasu) z XX-wiecznymi termodynamikami
(z czasem).
I to nonsens z humorem. Otóż termodynamiki, dla których zmienna
czasowa pozwalała uzasadnić kierunek zajścia procesu, przyjęły ów
kierunek drugą zasadą ,,termodynamiki" z tejże nauki bez zmiennej
czasowej. A zatem z niedorzecznie założonego kierunku zachodzenia
procesów w ogóle.
Jakby zapominając, że świat dodwudziestowieczny zafundował sobie
podstawową sprzeczność polegającą na stwierdzeniu, że procesy cieplne
przebiegają wyłącznie nieodwracalnie, podczas gdy procesy dynamiczne -
odwracalnie.
A wobec tego skąd humoreska przyjęcia nieodwracalności termodynamiki
(drugą zasadą ,,termodynamiki"?)
Pytanie retoryczne.
To konstytuuje prakseologiczny wniosek na temat ,,teorii
termodynamicznych"
A jednak nie koniec jej nonsensów.
Przyjrzyjmy się podstawom tych nauk.
Pojęciem zasadniczym jest przemiana quasistatyczna. Taka, która jest i
nie jest zmianą. Zmiana w obszarze małym może zostać dowolnie
zapostulowana. Sprawdźmy jednak do czego zmierza w procesie
granicznym. Okaże się że również w kierunku farsy.
Źle interpretowana teoria zbiorów prowadziła kiedyś do humorystycznego
dowodu, ze długość przeciwprostokątnej w trójkącie jest równa sumie
długości przyprostokątnych.
Powtórzmy tutaj ów dowód, gdyż właśnie on się manifestuje w definicji
przemiany quasistatycznej.
Podzielmy przyprostokątną trójkąta na ,,n" równych odcinków.
Poprowadźmy przez te punkty proste równoległe, prostopadłe do owej
przyprostokątnej. Proste te przetną przeciwprostokątną w ,,n" punktach.
Przez te punkty poprowadźmy pęk prostych równoległych, prostopadłych
do drugiej przyprostokątnej. Punkt styku prostokątnej z
przeciwprostokątną połączmy łamaną z punktem styku drugiej
przyprostokątnej, tak by łamana dotykała każdego punktu podziału
przeciwprostokątnej. Następnie dokonajmy tej samej operacji dla .
Nasza łamana pokryje się z przeciwprostokątną.
Jednak cały czas będzie jej długość równa sumie długości
przyprostokątnych.
Aby paradoks zniknął o łamanej musimy założyć, jak to pokazano w
teorii zbiorów, że ma ona zdążać do przeciwprostokątnej nie tylko w
sensie normy różnic funkcji ale i ich pochodnych.
Rozważań takich w termodynamice nie przeprowadzono.
Ponieważ operacje w tej nauce zawierają odpowiednie pochodne zatem
paradoks ten może w ,,termodynamice" kwitnąć zbierając owoce
niedorzeczności aksjomatycznych.
Nie dodamy niczego więcej, gdyż te uniwersalne zarzuty eliminują
,,termodynamiki i termodynamiki ze zbioru teorii naukowych (chociaż nie
rzemieślniczych).
Zwrócimy jeszcze uwagę na błędy równania kinetycznego Boltzmanna, jako
koncepcji wynikłej z prakseologicznego podejścia do zagadnień teorii
transportu.
Źródłem problemu będzie tutaj zasadnicza i nigdzie nie zreferowana
właściwie sprzeczność polegająca na użyciu continualnego aparatu
matematycznego dla opisania dicontinualnej formuły analiz populacji
materialnych cząstek.
Formalnie z zagadnieniem poradził sobie rachunek prawdopodobieństwa.
Jednak płacił za to zbyt dużą cenę. Rezygnować musiał z
deterministycznego podejścia do zagadnień opisu materii. A to
doprowadziło do katastrofy poznawczej.
Zwróćmy więc uwagę na podejście Boltzmanna.
Stworzył on u początku swej działalności sprzeczność epistemologiczną
a jednak dzięki tej sprzeczności uzyskał oręż dla badania stanu dużych
populacji cząstek.
Niestety cena też była zbyt wielka i doprowadziła do humoreski.
Omówimy szczegóły.
Boltzmann zaproponował w dużej populacji cząstek oddzielenie
,,współrzędnej prędkościowej" cząstki od jej współrzędnej
przestrzennej.
Było to nonsensem poznawczym, gdyż prędkość w układzie
deterministycznym jest pochodną drogi.
Jednak układ, założono, nie jest deterministyczny (z powodu dużej
populacji cząstek).
Na tej podstawie zbudował Boltzmann swe równanie różniczkowo-całkowe
niejednorodne, nieliniowe z przesuniętym argumentem (nie jest dla nas
istotne jak to równanie wygląda, każdy może zaglądnąć do odpowiedniego
podręcznika).
Cóż kiedy- proces opisujący niejednorodność w równaniu uzyskany został
na discontinualnym modelu zderzeń, nie wiedząc jak się zachowującym w
granicy (ostatnie stwierdzenie jest też humorystyczne, gdyż właśnie
nie miał on graniczy, powiedzmy prosto, nie wiemy co się dzieje w
granicy z geometrią cząstek, gdy taka geometria nigdy nie zajdzie).
Kolejnym paradoksalnym zdarzeniem w konstrukcji równania jest fakt, że
siłę oddziaływania w operatorze lewej strony uczynił Boltzmann stałą,
podczas gdy właśnie to konstelacja cząstek wpływa na ich rozkład. A
zatem na kształt siły.
A zatem aby mieć rozwiązanie równania trzeba znać rozwiązanie
równania, gdyż inaczej musimy przyjąć, że jest stałe i znaleźć z
rozwiązania, że nie jest stałe.
Ponieważ równanie miało służyć eksperymentowi metoda kolejnych
przybliżeń do niczego zdać się nie mogła, gdyż nawet w swym fatalnym
pierwszym przybliżeniu, stałej siły działającej na cząstkę a
pochodzącej od innych cząstek, równania rozwiązać się nie dało.
Co gorsza, to błędne równanie nie mogło posłużyć inżynierom (z powodów
wyżej wymienionych) za to zabrała się za niego grupa teoretycznych
mataczy.
Boltzmann zaproponował na swym równaniu dedukcję funkcji, która miała
własność entropii, co miało stać się (niedorzecznym) ,,dowodem"
jedności... nie wiadomo czego. Nieodwracalności procesów?
Jednakże wywód również był krańcowo niedorzeczny
Zauważmy bowiem. Wywód tzw. H twierdzenia Bolzmanna a więc egzystencja
jego entropii zawdzięcza swój rodowód równaniu Boltzmanna, pod
warunkiem jednakże homogenicznego rozmieszczenia masy w przestrzeni.
Czyli założonej niezależności rozwiązania jego równania od zmiennej
przestrzennej.
Założenie to jest humoreską. Sprzeczne z koncepcją dynamiki punktu
(co, zauważmy, wcale nie nobilituje również problemów dynamiki
punktu). Ale co gorsza sprzeczne jest ono ze zdrowym rozsądkiem.
Wyobraźmy sobie bowiem nieskończonej wielkości naczynie, gdzie cząstki
rozmieściły się jednorodnie. Pełna formuła myślenia o takich
naczyniach wynika z niedorzecznych własności rozwiązania problemu
Cauchy'ego dla parabolicznego równania Fouriera. Jednakże o tych
implikacjach powiemy szczegółowo w następnym rozdziale, co warto
jednak już w tym miejscu zapamiętać.
A wobec tego założenie homogenicznego rozkładu cząstek w rozwiązaniu
równania Boltzmanna zeruje jego pochodną przestrzenną. A wobec tego
człon z tą pochodna wypada z równania Boltzmanna. (Na marginesie
przypomnimy, że rozwiązaniem równania Boltzmanna jest funkcja będąca
prawdopodobieństwem znalezienia cząstki o pewnej prędkosci w pewnej
chwili w pewnym punkcie).
Żadne warunki brzegowe dla równania Boltzmanna nie dają nam dla
pewnego początkowego rozkładu gęstości cząstek rozwiązania o
tożsamościowo zerowej pochodnej przestrzennej tego rozwiązania.
A wobec tego stwierdzamy, że tzw H-twierdzenie Boltzmann jest
wnioskiem z innego rodzaju równania niż równanie Boltzmanna.
A wobec tego nie istnieje twierdzenie H dla równania Boltzmanna. Jak
również nie istnieje funkcja o własnościach entropii dla równania
Boltzmanna (ale dla jakiegoś innego równania).
A wobec tego zagadnienie nieodwracalności równania Boltzmanna, poprzez
pokazanie pewnej funkcji o szczególnych własnościach rośnięcia w
czasie, przedstawia w literaturze jakąś karykaturę wywodu.
Zwrócimy jeszcze uwagę, że brak rozważań o rozwiązaniach równania
Boltzmanna w obszarach skończonych. A tylko te byłyby fabrycznie
użyteczne.
Wszelkie filozoficzne natomiast deliberacje nad źle skonstruowanym
równaniem Bolzmanna są niedorzeczne. Co gorsza sprowadzają słabsze
umysły na manowce.
W poniższym fragmencie tego rozdziału zwrócimy jeszcze uwagę na
pokutujące poglądy na temat ostatniej XIX-to wiecznej koncepcji,
wyrosłej na formule rozważań o elektro magnetycznych równaniach
Maxwella. Analizy te, nie znajdując żadnych związków opisów Maxwella z
opisami cząstek materialnych, zapostulowały jakościową odmienność tych
dwu formuł opisów materii.
Brak polotu uczonych w XX-tym wieku zaowocował przyjęciem dwu
niedowiązalnych koncepcji opisów zjawisk. Opisów procesów
,,korpuskularnych" i ,,falowych".
Pamiętając jeszcze że dynamika Eulera i dyfuzja Fouriera rozpołowiły
wcześniej naukę na dwa obozy procesów, odwracalnych i nieodwracalnych.
Dostaliśmy zatem wniosek o katastrofie intelektualnej myślicieli
dwudziestego wieku.
Dlatego stało się jasne na jego początku, że wszelkie oszustwa
myślowe, ale co za nimi pójdzie, finansowe , stanęły otworem (dla tych
którzy dysponowali decyzjami w światowych bankach).
Na zakończenie przedstawimy jeszcze istotny wniosek etyczny, dotyczący
funkcjonowania społeczeństw w okresie utraty funkcji myślenia a
przeniesienia decyzji o egzystencji człowieka w naturalną sferę
konfliktu jego prac z przyrodą.
W ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat programy nauczania chyba
wszystkich przedmiotów w szkołach podstawowych i średnich spęczniały
kilkakrotnie. Niektóre z przedmiotów nie tworzą systemów a jedynie
listy zdarzeń. Te są więc niegroźne dla rozwoju indywidualnego.
Natomiast przedmioty zawierające w sobie systemy lokalnie deduktywne
mogą doprowadzić do zatraty myślenia całych populacji.
Jak powyżej autor wspomniał, nie dysponujemy jakimikolwiek
deduktywnymi systemami poznawczymi a więc multiplikacje programowe
jakichkolwiek ujęć formalnych też do niczego nie prowadzą, natomiast w
istotny sposób blokują pamięć. Prowadzą, co gorsza, do poglądu, że
tylko spamiętanie ogromnych zbiorów formuł jest przyszłością i
rozwojem.
W tej sytuacji zarówno zdolny jak niezdolny uczeń tracą pogląd na
istotę przekazywanych im niespójnych fragmentów rozważań a szkoły
tracą rozeznanie który z uczniów jest zdolny do myślenia a który nie.
Efektem będzie załamanie się nauczania w pełnej ludzkiej populacji,
jeśli nauczanie też stanie się globalne.
Autor zwraca się do gremiów odpowiedzialnych o ograniczenie programów
szkolnych do istoty uświadomień.
Zwraca też uwagę, że to właśnie mniej zdolni mogą przyjąć rozszerzone
programy, gdyż i tak ich rozumieć nie będą. Ludzie zdolniejsi muszą
przeżyć pewne koniunkcje zdarzeń. A to wymaga swobody umysłu. I czasu.
Przejdziemy obecnie do procesów dynamiki, dyfuzji i elektromagnetyki.
Które fundowały sobie pozorne dedukcje, jako źródła swych opisów.
II Teorie quasi deduktywne
Przejdźmy do omówienia procesów, które pretendowały swoich czasów do
formuł deduktywnych.
Są nimi, teoria dyfuzji Fouriera, dynamika continuum Eulera i
elektromagnetyka Maxwella.
Pominiemy optykę. Z prostego powodu. Optyka klasyczna jest geometrią.
Natomiast optyka ,,falowa" jest związana z programem równań Maxwella.
Kolejno optyka atomowa bazuje sama nie wie na czym. Procesy te omówimy
w jednym z kolejnych rozdziałów.
Dynamikę punktów materialnych odrzucamy, jakkolwiek była to
historycznie pierwsza formuła uważana za deduktywną a nawet przez
chwilę sądzono, za tak spójną, że przedstawiły ją jako prawdę
podręczniki teologii. Jednak rzeczywistość nie zna mas punktowych, a
poznała je dopiero w teorii uniwersum autora, jednakże tam owa masa
punktowa nie jest trójwymiarowa, ale ma wymiar Hausdorffa conajwyżej
zawarty między dwa a trzy.
Stąd też dynamika punktu zakończyła swój żywot jako urocza pisanka
zeszytowych obrazków. Oczywiście w przybliżeniu lecących kamieni stała
się użyteczną fabrycznie.
Ponadto koncepcja jako opis wyłącznie matematyczny szybko wyczerpała
swe możliwości zainteresowania rzemieślników.
Zacznijmy wobec tego od problematyki pierwszej z quasideduktywnych
teorii dynamiki continuum Eulera.
Równania nie wyprowadzimy. Jest konsekwencją zasady bilansu sił
Galileusza w pewnym obszarze . Nawet nie wypiszemy. Czytelnik
może je znaleźć w każdym podręczniku mechaniki continuum.
Opis wymaga postulatu działania siły zewnętrznej.
I tutaj zaczyna się katastrofa.
Co to jest siła zewnętrzna?
I dla kogo?
W ujęciach historycznych zauważono bezradnie ten problem, deklarując
inercjalność i nieinercjalność układów.
Jest jednak poznawczą humoreską fakt, że tak nazwane inercjalne układy
nie istnieją (autor w tym momencie zwraca uwagę na głęboką istotę
semantyki zagadnień w ich wymiarze epistemologicznym), gdyż założenie
inercjalności wyklucza wpływy zewnętrzne a tymczasem istnieją
wyłącznie one wśród nieskończoności oddziaływań ,,zewnętrznych".
Nie wiadomo dodatkowo, co to znaczy zewnętrznych, jednakże podkreślone
analizy wykluczają i tak równanie Eulera spośród opisów deduktywnych w
sensie uniwersum.
Jak więc widać sama formuła językowa odesłała dynamikę punktu w
niebyt.
Powyższe rozważania wystarczają by uznać dynamikę za przyrząd
regulaminowy w pewnym obszarze prakseologii zjawisk.
Być może ktoś czytając tekst zamyśli się i powie, że przecie nigdy nie
sądzono o tych równaniach inaczej, zwłaszcza kiedy wypowiedziała się
rzeczywistość pomiarowa przeciw równaniu Eulera!.
Autor zmuszony więc będzie zaprotestować w odpowiedzi.
Nigdy przeciw temu równaniu nie wypowiedziała się rzeczywistość.
Fakt poprawienia równania Eulera przez Naviera i Stokesa jest
zasadniczym błędem poprawiaczy. Jednak autor nie będzie prowadzić w
poniższych rozważaniach dyskusji z nimi, ale przedstawi swą teorię,
która poprawiaczy sama wyłączy.
Po drugie. Tylko obecność siły zewnętrznej jest źródłem słabości
równania Eulera. Jednakowoż owa słabość aż wymaga całkowicie innego
podejścia do procesu uzyskania równania i całkowicie innego rozumienia
jego rozwiązania.
Ten fakt dopiero spowodował konieczność eliminacji równania Eulera z
opisów uniwersum.
Szczegóły pozyskania odpowiedniego równania bilansu pędu, jakiego
skutkiem jest równanie Eulera, choć nikt o nim tak nie mówi, gdyż
dopiero autor wskazał zasadę zachowania jako źródło jego postaci,
doprowadzi do konstrukcji opisu uniwersum. Jednak w kolejnym już
rozdziale.
Poniżej przejdziemy do analiz innego ,,deduktywnego" opisu materii
jakim jest równanie dyfuzji Fouriera.
Jest ono skutkiem założenia zasady zachowania (autor nie powie czego,
gdyż wymagałoby to dyskusji nad cieplikiem, o którym to Fourier nie
wiedział iż zostanie potraktowany, co gorsza błędnie, jako energia).
Należy dodać, że w swym wyprowadzeniu równania dyfuzji ciepła Fourier
posłużył się założeniem strumienia ciepła jako gradientem temperatury.
Jest niezwykle ciekawym zdarzeniem, że Fourier przyjął ,,prawdziwą"
postać strumienia dyfuzji.
Autor pisze ,,prawdziwą", gdyż ma po temu powody. Pokazał, że Fourier
wcale nie musiał przyjmować postaci strumienia, gdyż tę dało się
dedukować w uniwersum. Jednak Fourier o tym nie wiedział. I chyba
wiedzieć nie mógł.
Natomiast istotnie głęboką posiadał intuicję przyjmując taką definicję
strumienia.
Ktoś czytający dopowie, że postać tę zasugerowali mu
eksperymentatorzy.
Odpowiemy. Otóż nic takiego. Fourier był na tyle głębokim twórcą, że
przybliżenia eksperymentalne z całą pewnością nie mogły mu zawrócić
głowy. Przyjął taką postać strumienia jaką uważał za deduktywnie
rozsądną.
Uzyskał równanie dyfuzji.
Ponieważ równanie to dla autora było punktem startu w teorię
uniwersum, tym razem musi on kwestie przedstawić już formalnie i
bardziej szczegółowo (chociaż nie najszczegółowiej). Wypisze zatem
równanie dyfuzji. (Nie kłopocząc się jego współczynnikiem, gdyż zawsze
można go uczynić jedynką. Jest to tylko problem skali czasowej. Musimy
jednak zauważyć dodatkowo, że współczynnik dyfuzji musiał być
wielkością stałą. Dzisiejsze analizy procesów dyfuzji ze zmiennym
współczynnikiem oznaczają tylko taki fakt, że fabryczni użytkownicy
teorii nie wiedzą co to jest dyfuzja i mylą analizowany przez siebie
proces z jakimś konglomeratem wielu procesów i to niekoniecznie
dyfuzyjnych).
Zapiszmy dla przeprowadzenia odpowiednich rozumowań równanie dyfuzji
Fouriera:
(II.1) .
Postawmy dla równania warunki brzegowe:
(i) ,
(ii) ,
(iii) .
Różniczkując (i) względem czasu i podstawiając równanie dyfuzji w
odpowiedniej (np. sferycznej postaci) dostajemy wniosek, że pochodna
normalna do brzegu obszaru jest zerem.
Pisząc układ równań Volterry dla rozwiązania i korzystając z warunku
(iii) oraz wniosku z zasady zachowania (i), dostaniemy, że rozwiązanie
naszego równania jest tożsamościowo zerem.
Nie wypisywaliśmy postaci układu równań Volterry, ponieważ wiedzę o
powyższym wyniku rachunku posiadał już Fourier. Sformułował on swoje
problemy brzegowe dla równania (II.1), później nazwane pierwszym
drugim i trzecim problemem Fouriera a wtedy z ogromnym zdumieniem
stwierdził, że jego pierwszy problem brzegowy (ii),(iii) nie posiada
rozwiązania zgodnego z zasadą (i).
Jednakowoż nic on już na to nie poradził.
Poradził niestety Cauchy, który pokazał, że problem (i),(ii) ma
rozwiązanie.
Niestety w wyjątkowo nieporządanym obszarze, .
Rozwiązanie problemu Cauchy'ego równania Fouriera było od zarania
opatrzone poważnym mankamentem poznawczym.
Żądało nieskończonego obszaru dla poszukiwania rozwiązania.
Żadna rzeczywistość takiego obszaru nie przyjmowała.
Zrodził się u początku analiz nonsens poznawczy, na który niestety
nikt nie zareagował.
Zrodził się nonsens, ponieważ nikt nie wiedział w jaki sposób
uporządkować rodzącą się wiedzę.
Niestety brak odwagi, nawet założywszy bezradność, mówienia o
nonsensie zadekretował jego jakby niezauważenie. Pojawiło się szereg
niskich uzasadnień, deklarujących niską szkodliwość faktu. Polegało to
na uznaniu impulsu poza pewnym praktycznym obszarem za zbyt mały by
szkodził prakseologii zagadnienia.
Niestety wszyscy ci niscy tłumacze nie zauważyli, że dzięki temu
przyzwoleniu na niski nonsens wyprodukowali tzw. nieodwracalność
procesu dyfuzji, która rozpołowiła naukę na dwa systemy sprzecznych
procesów - odwracalnych i nieodwracalnych. Jak pamiętamy do
odwracalnych należały dynamiki.
Efektem przyzwolenia na powyższy nonsens był kolejny nonsens a
mianowicie nieograniczona prędkość impulsu dyfuzyjnego. Jeśli
mianowicie w chwili zerowej zadano impuls w obszarze ograniczonym, to
w chwili dowolnie bliskiej zeru impuls ten musiał pojawić się
nieograniczenie daleko.
Nic nie przeszkadzała (później) działaczom naukowym nieograniczona
prędkość impulsu dyfuzyjnego w sytuacji, gdy rozpowszechnili
informację, iż prędkość światła jest stała i posiada pewną określoną
wartość. Ale o kolejnych nonsensach powiemy później.
Okres pofourierowski zamknął całkowicie myślenie nad poznaniem
materii. Oddano matematyce całą przestrzeń uzasadnień, a ta jako
dziedzina tautologiczna nie to, że nie mogła nic wnieść w poznanie,
czego nie znajdowała w aksjomatach, to dodatkowo stworzyła chętne
wrażenie, że dostarcza informacji o rzeczywistości.
Powstały całe działy filozofii poszukujące w matematyce źródła
rozpoznania rzeczywistości i całe działy temu zaprzeczające. Powstały
całe dziedziny szukające w matematyce uzasadnień jej samej. Powstały
całe dziedziny dowodzące nad matematyką jej sprzecznych korzeni. I
wydano na to ogromne sumy pieniędzy.
Autor musi w tym miejscu zająć pewne stanowisko.
Nie uważa on, aby wydawanie pieniędzy dla uzyskania wyników myślowych
było wydarzeniem nagannym.
Natomiast w pełni uważa, że wyłudzanie pieniędzy na naukę, z pełną
świadomością oszustwa, jest procederem nagannym
Że tak jest dowodzą tego liczne ataki prasowe na środowiska naukowe,
wskazujące przypadki koniecznych prawnych interwencji w działalność
naukową pewnych osób.
Jednak najmocniejszym dowodem braku etyki w poczynaniach naukowych
jest fakt iż dopiero autor pisze o tych kwestiach merytorycznie,
wskazując winnych, którzy w okresie poprzednim zablokowali informację
o tym co nie jest prawdziwe w nauce.
Powróćmy jednak do ciągu dalszego zagadnień teorii transportu
parabolicznego Fouriera.
Późniejsze analizy równania parabolicznego pokazały, że specyficzny
warunek początkowy (w postaci tzw. dystrybucji osobliwej) daje
rozwiązanie problemu Cauchy'ego równania parabolicznego (II.1) w
bardzo użytecznej formule dla probabilistyki, zbioru tzw. rozkładów
Gaussa (numerem rozkładu jest czas). Tym warunkiem początkowym
zajmiemy się poniżej.
Fourier chyba wiedział (autor tego nie wie), że wspomniany osobliwy
warunek początkowy dla jego równania daje rozwiązanie nieskończenie
gładkie.
Jeśli więc nieskończenie gładkie rozwiązanie Cauchy'ego przechodzi w
chwili t = 0 w nieróżniczkowalną klasycznie formułę impulsu
osobliwego, to musi zachodzić proces nieskończenie szybkiego
unicestwienia owej osobliwości zadanej w chwili t = 0 .
A wobec tego wszystko co należy zrobić, to założyć, że niknięcie
początkowej osobliwości też nie może zajść nieskończenie szybko, ale
osobliwość ta zanikać może jedynie ze skończoną szybkością.
To właśnie zauważył autor. I to właśnie założył. I tutaj otworzyła się
pełna przestrzeń opisu uniwersum.
Zanim przejdziemy do tych zagadnień, formalnie pokażemy, że istotnie
osobliwe równanie dyfuzji, nazwane w literaturze równaniem Bobuli-
Fouriera [ ] likwiduje wszelkie paradoksy fourierowskiej teorii
dyfuzji.
Przejdziemy do przypadku jednowymiarowej dyfuzji (dla ułatwienia
zapisu dla funkcji parzystej) a zatem równania postaci:
(II.2)
z warunkami:
(iv) ,
(v) .
(vi) ,
Różniczkując zasadę zachowania (vi) dostaniemy postać współczynnika
po prawej stronie równania (II.2) postaci;
.
Przyjmijmy jeszcze szczególnie wygodną dla równania parabolicznego
postać brzegu postaci:
.
Poszukamy rozwiązania problemu (II.2),(iv),(v).(vi) w postaci
nieskończonego szeregu:
Podstawiając napisany szereg do równania (II.2) dostaniemy postać
współczynników szeregu, jako:
.
Uzyskaliśmy równanie różnicowe dla wyrazów szeregu. Stosując
twierdzenie Poincare dla tego równania dostaniemy informację, że
szereg jest zbieżny dla wszystkich x .
A wobec tego nasze równanie dyfuzji prezentuje nam impuls, który
posiada skończoną prędkość rozchodzenia się, zeruje się na pewnej
paraboli czasowej i spełnia zasadę zachowania.
Mamy więc rozwiązanie wolne od wszystkich paradoksów teorii dyfuzji
Fouriera.
Pokażemy jeszcze, że tak uzyskany opis dyfuzji nie przedstawia procesu
nieodwracalnego. W tym celu rozważymy kolejny przykład dystrybucyjnego
równania dyfuzji.
Skonstruujemy teraz rozwiązanie odwracalnej dyfuzji.
Wcześniej podamy definicję odwracalności procesów, który wyeliminuje
niedorzeczną, ale spotykaną we wszystkich podręcznikach obrazkową
definicję mówiącą: ,,jeśli transformacje czasu przeprowadzają
równanie w równanie o niezmienionej postaci, wówczas proces jest
odwracalny".
Jako przykład podaje się równanie dynamiki punktu, gdzie po
dwukrotnej wyżej wspomnianej zmianie równanie przechodzi w swoją
formułę przed zmianami czasu.
Jako przykład przeciwny podaje się równanie dyfuzji, dla którego
jednokrotna zmiana czasu prowadzi do równania o zmienionym znaku
pochodnej czasowej.
I ten proces jest procesem odwracalnym.
Autor zauważył, że równanie Eulera (dynamiczne) jest równaniem
odwracalnym. Po wspomnianej transformacji czasu jego czasowa pochodna
zmienia znak. A równanie nadal pozostaje odwracalnym.
A zatem definicja książkowa jest niedorzeczna. I o co innego chodzi w
zagadnieniu. Chodzi mianowicie o własności rozwiązań. Odwracalności
własność i nieodwracalności własność.
Miarą tej własności jest wzrost albo też malenie średnicy obszaru
zjawiska.
Przedstawmy zatem definicję . Wcześniej zreferujmy (zacytujmy)
średnicę obszaru. Rozważmy obszar (niekoniecznie wypukły).
Średnicą obszaru jest:
.
Zauważmy wobec tego, że proces jest nieodwracalny gdy nie zmienia
znaku:
,
oraz jest odwracalnym gdy powyższa pochodna znak zmienia w pewnym
przedziale czasu.
Dysponując więc odpowiednią definicją przjdźmy obecnie do przykładu
odwracalnej dyfuzji.
Rozważmy warunki brzegowe dla przypadku :
(vii)
(viii) ,
(ix) .
Poszukamy rozwiązanie problemu w postaci szeregu:
.
Podstawiając szereg do równania (II.1) dostajemy równanie różnicowe,
dla którego znajdujemy z twierdzenia Poincare współczynniki i
dowodzimy, że szereg jest wszędzie zbieżny.
Pokażemy teraz rozwiązanie, które ma dla pewnych czasów własność
dyfuzji Fouriera, to znaczy ma własność nieodwracalności a po pewnym
czasie jego średnica zaczyna maleć. A więc w pełni staje się procesem
odwracalnym.
Napiszmy warunki brzegowe dla tego problemu równania (II.1).
(x) ,
(xi) , i = 1,2,
(xii) .
Poszukamy rozwiązania tego problemu w postaci szeregu:
.
Podstawiając szereg do równania (II.1) dostaniemy równanie różnicowe
drugiego rzędu na współczynniki .
Korzystając z twierdzenia Poincare możemy je wyznaczyć i dowieść że
szereg jest wszędzie zbieżny.
Sprawdźmy obecnie, że szeregi rozwiązujące równanie sprawdzają
warunki brzegowe.
Zauważmy, że dla drugie wyrazy w postaci szeregów zerują jego
człony. A wobec tego rozwiązania spełniają warunki na brzegu obszaru.
Pokażemy obecnie spełnienie zasady zachowania przez rozwiązania.
Dokonajmy podstawienia .
Dla tego podstawienie (rozwiązania są parzyste) przechodzi w
całkę:
.
Widzimy zatem, że rozwiązania spełniają warunek początkowy (względnie
końcowy):
Natomiast w ostatnim przypadku:
.
Poniżej rozważymy trójwymiarowy przypadek rozwiązania problemu
dyfuzji .
Prawa strona równania dyfuzji przyjmie wówczas postać .
Napiszmy warunki brzegowe:
(xiii) p(x,0) = , , i = 1,2,3,
(xiv)
(xv) .
Zdefiniujmy brzeg obszaru jako: , natomiast rozwiązanie w postaci
szeregu:
,
oraz innego szeregu (dla procesu odwracalnego):
.
Po podstawieniu szeregu do równania dyfuzji otrzymamy równania
różnicowe drugiego rzędu postaci:
Możemy zauważyć, że warunek (xiii) jest spełniony (nic o nim nie
zakładaliśmy), jak również warunek (xiv) gdyż wszystkie człony
równania są równe zeru na brzegu. Zmieniając zmienne
Przestrzenne również dostaniemy wniosek, że rozwiązanie spełnia zasadę
zachowania. Zauważmy bowiem, że;
dla
.
identyczny rachunek możemy przeprowadzić dla dyfuzji ,,odwracalnej".
Musimy jeszcze zwrócić uwagę, że w środku układu współrzędnych
równanie nie jest spełnione w sensie klasycznym, natomiast jest
spełnione przez odpowiednie równanie dystrybucyjne.
(Dla równania trójwymiarowego dyfuzji, nie jest one dodatkowo
spełnione na osiach współrzędnych)
O spełnieniu tego równania dużo powiemy w kolejnych rozdziałach.
Natomiast na zakończenie prezentacji rozwiązań dystrybucyjnego
równania dyfuzji dodamy jeszcze informację o twierdzeniu Poincare dla
równania różnicowego. Weźmy w tym celu równanie różnicowe rzędu
drugiego:
.
Jeżeli istnieje ,
wtedy:
(xvi)
jest jednym z rozwiązań równania;
,
a odwrotność stosunku (xvi) jest promieniem zbieżności szeregu
rozwiązującego równanie
dyfuzji.
Ponieważ u nas współczynniki w równaniu kwadratowym są zerami, zatem
promień zbieżności szeregu jest nieskończony.
Wspomnimy jeszcze w tym miejscu, co pokażemy szczegółowo w następnych
rozdziałach, że dla punktowej osobliwości w początku układu równanie
nasze przyjmie postać:
.
Rozwiązania tego równania posiadają, dla ograniczonych rozwiązań,
wahanie nieograniczone, co można prosto pokazać dla współrzędnych
sferycznych (wtedy wahanie będzie dotyczyło tej współrzędnej)
wychodząc wprost z definicji wahania funkcji. Dodamy krótko, że
problemy nieograniczonego wahania funkcji dla większej ilości wymiarów
ciągle jeszcze stanowią w matematyce zagadnienie. Powiemy również o
nim w dalszych rozdziałach.
Jednak obecnie przystąpimy do analizy poznawczej ostatniej propozycji
wieku XIX-go a mianowicie układu równań Maxwella.
W poniższych wywodach pokażemy, że równania Maxwella są identyczne z
równaniami continuum Eulera (a więc, że są nieliniowe, co skomentujemy
później). Zgodnie z twierdzeniem Noether weźmiemy pole
elektromagnetyczne postaci , gdzie A jest pewnym potencjałem
wektorowym
Dostajemy wówczas z wariacji funkcjonału energii (odpowiednio
napisanej , uwzględniającej ad hoc napisaną kooperację ,,cząstki z
polem") równania Maxwela. Operacja znana w literaturze a więc nie
będziemy jej powtarzać.
Dla nas odpowiednikiem potencjału wektorowego będzie pole prędkości
continuum. Jednak nie wprowadzimy żadnego ad hoc oddziaływania cząstki
(jakiej?) z polem, ale pokażemy, że dzięki pracom Noether można i na
innej drodze wykazać tożsamość równań Maxwella i Eulera.
Weźmy . Możemy wówczas napisać , korzystając z równania
Eulera: ,
że
.
Weźmy obustronnie rotację z równania Eulera:. Dostaniemy wówczas:
.
Co daje nam natychmiast pierwsze równanie Maxwella:
(p) .
(Bardzo istotna uwaga - wykonanie operacji wyprowadzania równania
zakłada odpowiednią regularność E i H , co w rzeczywistości nie ma
miejsca. Napisał o tym ostanio L.C. Evans w ,,Partial differential
equations", i kolejna uwaga - Evans wyjęzyczył tylko osobliwości
równania Eulera podczas gdy piszący pięćdziesiąt lat temu zwrócił też
uwagę na osobliwość, powszechnie znanego, jako kreującego
nieskończenie regularnych rozwiązań, równania parabolicznego Fouriera,
dyfuzji).
Przejdźmy teraz do wyprowadzenia drugiego równania Maxwella.
Zróżniczkujmy równanie Eulera względem czasu. Dostaniemy:
inaczej:
.
Dostaliśmy w ten sposób drugie równanie Maxwella:
(q) ,
gdzie:
.
Przeprowadzimy jeszcze dowód w stronę przeciwną. Wyjdziemy z równań
Maxwella (p) i (q).
Zróżniczkujmy równanie (p) względem czasu. Dostaniemy:
,
skąd:
,
(pozostałe człony się zerują, z drugiego równania Maxwella, stąd ich
nieobecność).
A wobec tego mamy:
.
Po porównaniu z równaniem (q) możemy napisać:
.
A wobec tego:
.
Nie analizując siły zewnętrznej działającej na obszar, zerujemy
prawostronną niejednorodność równania i w oparciu o postać wektora E
dostajemy (dostaliśmy) równanie Eulera.
Możemy i powinniśmy zauważyć, że w istocie rzeczy ,,równania
Maxwella" nie są równaniami, ale tożsamością, równoważną równaniu
Eulera.
I fakt ten jest kolorową humoreską, gdyż wszyscy badacze twierdzili,
że równania Maxwella" są nieprzywiedlne do własności mechanicznych
materii, a one okazały się mechanicznym równaniami Eulera.
Natomiast co jest również ciekawe i humorystyczne, to to, że
tożsamości Maxwella ,,równaniami" się ,,stają". Kiedy, zapytajmy?. A no
gdy o prądzie ,,j" powiemy, że równa się byle czemu.
Owo ,,byle co" ma, jak się okazuje w oficjalnej nauce status najwyższy.
A mówiąc poważnie - założywszy błędną wartość prądu, uzyskujemy
równanie, które mówi nam (swym rozwiązaniem) byle co. To co chcemy,
gdy byle jak zapostulujemy ,,j" , a więc zadamy je odpowiednio do tego
co chcemy dostać w rozwiązaniu.
Jednak nie możemy dostać nic poważnego (w sensie poznawczym).
Dlatego konieczne jest prześledzenie nauczanych niedorzeczności.
Zauważmy jeszcze , że nieliniowość tożsamości Maxwella zlikwidował
człowiek, choć eksperymenty wskazują na nieliniowość tych ,,równań".
Powiedzmy bliżej (więcej), nieliniowość ich rozwiązań (suma rozwiązań
nie jest rozwiązaniem). Sposób likwidacji tej nieliniowości jest
oczywisty, pole v(x,t) jest rozwiązaniem równania nieliniowego,
założenie bylejakości prądu ,,j" prowadzi do równania niejednorodnego a
nie do nieliniowego.
Ponadto równania (i autora i Eulera) są nieliniowe i osobliwe. Gdzie
Maxwell zgubił te osobliwości?.
Problem jest oczywisty i humorystyczny.
W książkach o tym piszą, choć nie wiedzą co piszą.
Otóż:
eksperyment bada napięcie między końcami drutu.
Wtedy obwód jest otwarty, z włączonym woltomierzem.
Jednak siła elektromotoryczna dotyczy obwodu bez upustu (czyli
zamkniętego).
Ale wtedy nic nie wiemy o związkach zmiany stanu przepływów prądu
przez drut i pola zmian strumienia. A tylko to mierzyli
eksperymentatorzy..
A zatem - albo mamy obwód zamknięty ale nic nie wiemy o sile
elektromotorycznej wzbudzonej przez zmienny strumień
elektromagnetyczny.
Albo znamy związek strumienia z napięciem na końcach drutu (z pomiaru)
ale nie wiemy jaka to jest siła elektromotoryczna (wiemy, że to nie
jest siła elektromotoryczna) .
I właśnie czegóż nam brakuje. Otóż wiemy o związkach napięcia a
wnosimy o sile elektromotorycznej.
Tu tkwi błąd polegający na istocie zwarcia końców przewodnika. A więc
na osobliwości ,,tego aktu". Chociaż chodzi w ogóle o osobliwości
procesu.
A zatem widzimy w jaki sposób ,,równania" Maxwella fałszują
regularność (tu nieregularność) rozwiązań procesu energetycznego w
polu elektromagnetycznym.
W powyższy sposób pokazaliśmy koncepcyjnie tożsamość ,,równań"
Maxwella i Eulera.
Ale również błędy obu tych opisów.
Przejdźmy wobec tego do zagadnienia emisji promieniowania
elektromagnetycznego.
Jako skutku analiz równań Maxwella (chociaż w dziwnej konstelacji
jako równań Eulera).
Wspominaliśmy, dlaczego usuwamy z pola naszych rozważań optykę. To
właśnie tutaj dopiero rodzi się optyka. Nie ta geometryczna
oczywiście.
Wszelkie spostrzeżenia Huyghensa i Fresnela są cząstkowymi próbami
wyjawienia prawdy o promieniowaniu. I niestety ich lokalność nie tylko
nie przyczynia się do zrozumienia i przysposobienia zagadnienia, ale
wręcz przeciwnie tworzy tajemniczy gąszcz ćwierć i półprawd,
pogarszających spojrzenie całościowe na zagadnienie.
Problem, jak mogliśmy zauważyć, będzie zmierzał do poszukiwania
(jakich?) rozwiązań równania Eulera.
Kopalne rozwiązanie Eulera równań hiperbolicznych zafałszowało
poszukiwanie poznawcze (zauważmy - ,,równania" Maxwella transformują
się do hiperbolicznych).
Kwestię musimy szczegółowo omówić.
Podstawę stanowi analiza wpływu pola grawitacyjnego na prędkość
rozchodzenie się promieniowania elektromagnetycznego
Podstawę stanowi zmienna prędkość impulsu elektromagnetycznego w
zmiennym polu grawitacyjnym.
Omówmy zagadnienie szklanki z herbatą.
Widzimy jak włożona tam łyżeczka jest łamana na granicy herbata -
powietrze.
A zatem światło porusza się z inną (średnią, prof. Katarzyna Stadnicka
z UJ pokazała, że w wielkoczątkowych związkach organicznych światło
porusza się po helisach) prędkością w polach cząstek powietrza a z
inną w polach cząstek herbaty.
Tu z konieczności musimy przypomnieć inną humoreskę.
Zauważmy, że światło nigdy nie porusza się ,,w ośrodku" (w protonie,
neutronie, elektronie). Porusza się zawsze w próżni, w otoczeniu
protonu, neutronu, elektronu.. A zatem w polach o pewnym średnim
natężeniu pola grawitacji. Jeśli takie ośrodki ściśniemy, zmieniając
ich średnie lokalne grawitacje, prędkość impulsu elektromagnetycznego
też się zmieni!
Zauważmy, że w takim razie człowiek też żyje w próżni. Nie przenika
ośrodka, protonów, neutronów, elektronów ale je rozsuwa.
I to jest prawdą.
I właśnie to wskazuje na fakt, że stosunek próżnia - nie próżnia ,
nie jest elementem podlegającym opisom fizycznym ale jest zjawiskiem
fizjologicznym, o czym w szkołach wiedzieć powinni.
I dlatego na wykładzie na wspomniany temat prof. dr hab. Prezesa PAU
Andrzeja Białasa autor zwrócił uwagę referentowi, że nie odróżnia
próżni od wypróżnienia.
Próżnia w sensie ruchu światła jest jedna. Wszędzie. Pole
grawitacyjne jest jakie jest!
Po powyższych uwagach przejść musimy do właściwego rozwiązania
problemów transportu impulsu elektromagnetycznego. A mianowicie do
problemu Picarda dla równań hiperbolicznych. Do tych równań
transformują się ,,równania" Maxwella.
Aby jednak o tym mówić musimy ustosunkować się do specyficznego cicer
cum caule otaczającego owe równania. Przypomnimy, więc rozważmy cóż
znaczą w postaci tych ,,równań" tzw. ,,opisy materiałowe". Wypiszmy:
.
Pozwolimy sobie nawet pominąć nazwisko problemu.
Polega on po prostu na tym aby przy pomocy jakichś stałych
poprawić stan zgodności pomiędzy: źle rozważanym i źle napisanym
równaniem, źle rozpoznanym zagadnieniem ,,prądowym", źle rozpoznanym
zagadnieniem prędkości fal w ośrodku grawitacyjnym - a jakimś
przybliżonym pomiarem.
Autor zwracając uwagę na zmienną prędkość impulsów
elektromagnetycznych w polu grawitacyjnym, przy nieudolnym uporze
klakierów piszących tę prędkość jako stałą, pomimo naocznych
dokumentów, że jest inaczej, na co wskazują miejsca gwiazd w momencie
zaćmienia słońca, informuje, że jeśli nie uporządkuje się owych
poglądów, powstanie chaos
interpretacji komunikacji satelitarnych. Niezrozumiałe
nieporozumienia z umiejscowieniem źródeł sygnałów, których nie uda się
połączyć w żaden zrozumiały system informatyczny . Ponieważ ich ruch
odbywa się nad zafałszowanym obszarem ich prędkości.
Powróćmy więc do analizy rozwiązań równań hiperbolicznych dla impulsu
poruszającego się ze zmienna prędkością.
Zapiszmy pewne równanie hiperboliczne,
.
Rozwiążemy dla wyraźniejszego obrazu jedynie równanie w przestrzeni
jednowymiarowej , czyli postaci:
.
Ostanie równanie transformuje się do postaci:
dla , co prowadzi przez całkowanie:
do poniższego rozwiązania:
.
Problem funkcji const(p) i stałej zależy od warunków brzegowych.
Autor pokazał to rozwiązanie problemu w ,,On the reversibility of
processes" na podstawie znanych prac W. Pogorzelskiego, ,,Rówania
całkowe", (co niewesołe nie znają tych zagadnień fizycy, do tego
stopnia, że autor publikował ten znany problem w szeroko czytanym
czasopiśmie matematycznym, jako oryginalny, aby rozpowszechnić zerową
wiedzę o zagadnieniu.
Kończąc ten rozdział pozostaje nam omówić choroby XX-go wieku.
Jakkolwiek zagadnienia tam poruszone nie maja związku z teoretycznymi
analizami autora, jednak niesposób nie zwrócić uwagi na kwestie, które
wypisują naszemu wiekowi chorobowe rozpoznanie.
Natomiast szczegółową (bardzo dostatecznie) teorię autora czytelnik
znajdzie w kolejnym rozdziale przygotowywanej ksiażki w internecie: E.
Bobula new theory of universe oraz E. Bobula mass, time, energy .
3. Choroby wieku XX-go
Aby zdiagnozować czas okresu rozwoju technologii wieku XX-go
koniecznie trzeba przypomnieć co dało czasowi siłę. Dwa drobiazgi.
Maria Skłodowska grzebiąca w rudzie uranowej ze Śląska zwróciła uwagę
na niezwykłą emisję ciepła z tego błota, a szukają materiałów będących
przyczyną, otrzymuje rad, polon.... Skutkiem gruntownego czyszczenia
tej ziemi była elektrownia atomowa (i bomba). Generalnie energia na
puste przedsięwzięcia produkcji opakowań plastikowych i reklamy Coca-
coli. Oświetlenie statuy wolności.
Drugim aktem światowej energetyki były krakowskie zabiegi apteczne
Łukasiewicza, po których sączącą się nad Sanem ropę zamieniono na
paliwo poruszające motory całego świata.
Tylko tyle. Ale wystarczało. Dopóki będzie ropa. I dopóki kilka
eksplozji reaktorów w elektrowniach nie zdominują procedury
dziedziczenia.
Póki jednak co, jesteśmy mocni. Nie myślenie postawiło wiek XX-ty ale
zdecydowanie. I głośne pokrzykiwania.
W ten właśnie sposób rozwiązano podstawowe problemy poznawcze, jakie
wyroiły się wśród, jak autor poprzednio pokazał, nie skorygowanych
ogólnym poglądem zdążań do szybkich zapisów, no właśnie czego? Okaże
się, że niczego.
Zacznijmy od ,,teorii Einsteina"
Sprawa pojawiła się (jakaś nie domówiona, nie domyślana i nie
dorzeczna).
Mierzono prędkość światła (kosmicznego). Okazywała się taka sama gdy
ziemia poruszała się ku źródłu jak i od niego (wektory prędkości
światła i ziemi nie chciały się dodać).
Zwrócono uwagę, że światło musi się w czymś poruszać. A wobec tego to
w czym światło się porusza też może z ziemią się poruszać. I wtedy
istotnie wektory wspomniane nie muszą się dodawać, gdyż prędkość
światła w owym wspomnianym ośrodku jest jakoś określona. Ośrodek ten,
w którym się porusza światło, nazwano eterem.
I tutaj pojawili się mędrcy, którzy orzekli iż jest to niemożliwe,
gdyż ów eter musiałby posiadać szereg właściwości (sprzecznych) o czym
zawiadamia cała epistemologia całej sztuki pisarskiej ostatnich wieków
i że to jest niemożliwe.
Autor pozwoli tutaj zapytać, czym była owa epistemologia owych
ostatnich wieków. Odpowiedź na to pytanie dają dwa pierwsze rozdziały
przez autora przedstawione powyżej.
Aby postawić kropkę nad i przypomnijmy, że cała sfera poznawcza
okresu pokopernikańskiego nie warta jest funta kłaków.
Dziwne w sprawie jest to, że jeśli chodzi o spenetrowanie wartości
całej struktury wiedzy, aby podkreślić jej niesłużebność, zwłaszcza
logiczną, nikt nie podjął trudu dyskusji.
Gdy szło o wyrafinowane niedorzeczności (a nawet być może świadome
oszustwa) nagle znalazło się gremium broniące jawnie konsekwencji
niedorzecznej konstrukcji.
Wyjawmy tę niedorzeczność (opublikowana przez autora praca w Roczniku
Filozoficznym ,,Ignatianum" w roku 1999).
Przypomnijmy więc, że decydującym pojęciem dla egzystencji ,,teorii
Einsteina" była (jest) ,,odległość czasoprzestrzenna zjawisk".
Natychmiast okazało się, że owa ,,odległość" odległością nie jest.
Dlaczego?
Dlatego, że warunkiem nazwania wielkości odległością jest warunek
trójkąta. Mówiący, że suma długości dwu boków trójkąta musi być
większa od długości boku trzeciego.
Nasza (einsteinowska) ,,odległość czasoprzestrzenna" nie spełniała
takiego warunku.
I zamiast wyrzucić ją do wszystkich diabłów, na śmietnik, grupa
zamyślonych myślicieli zamyślała się co zrobić z takimi trójkątami,
dla których suma długości dwu boków jest krótsza od boku trzeciego.
I wymyślili!
To widocznie jakoś się skrzywiła nasza tożsamość, bo ,,teoria
einsteinowska" z pewnością skrzywić się nie mogła.
I orzekli: nasza trójwymiarowa przestrzeń musi się zakrzywiać, bo
inaczej ,,einsteinowska teoria" by się nie udała
I tak trzymać.
Musimy skomentować.
Jest oszustwem wypowiedź słyszana w rozmaitej literaturze, że ,,teoria
Einsteina" ,,udowodniła" ,,zakrzywienie przestrzeni"
Bzdura ta jest wynikiem niedorzecznej deklaracji o ,,odległości
czasoprzestrzennej", która okazała się nie być odległością.
Stąd musimy przyjąć jakiś powód nie zachodzenia prawa trójkąta.
Musimy przyjąć, że ów trzeci bok, dłuższy od dwu pozostałych w sumie,
musi gdzieś zwisać.
Widzimy więc, że jest oszustwem informacja, iż ,,teoria Einsteina"
udowodniła ,,zakrzywienie przestrzeni". Ta chorobliwa bzdura jest
oczywiście założeniem. Wynikającym z innej bzdury, jaką jest postać
,,odległości czasoprzestrzennej". No i tego czego od niej zechcemy.
Proste rachunki na poziomie szkoły średniej i podstawowej prowadzą do
zbudowania owej ,,odległości czasoprzestrzennej", dlatego przytoczmy
je.
Jeśli światło w chwili a wychodzi z punktu A i w chwili b
dochodzi do punktu B, to droga przelotu światła równa się odległości
punktów A oraz B . Więc ich różnica jest równa zeru.
Rzecz jasna nikt tego nie może kwestionować, jeśli światło porusza
się ze stałą prędkością, nazwijmy ją jeden.
Odległość punktu A od punktu B jest w pewnym układzie współrzędnych
(tu weźmiemy kartezjańskie) przeciwprostokątną trójkąta, który tworzą
trzy składowe, będące różnicami współrzędnych punktów A oraz B
(twierdzenie Pitagorasa, szkoła średnia).
Ta odległość jest równa iloczynowi odpowiedniej różnicy czasów
(prędkość nazwaliśmy ,,jeden") (szkoła podstawowa).
A wobec tego różnica tych wielkości jest zerem (szkoła podstawowa)
Wypiszmy te fakty wzorem:
,
co przekształcając (odpowiednio, szkoła chyba podstawowa),
dostalibyśmy:
(i) ,
(niestety użyliśmy symbolu sumy, zamiast przepisać dokładnie
pierwiastek jak linijka wyżej, ale niestety skraca to pisanie i autor
nieco oddala się od szkoły podstawowej, jednak nie w idei koncepcji)
I tutaj Einstein genialnie powiada:
,,jeśli czas wyjścia z punktu A nie będzie a i dojścia do punktu B
nie będzie b, to co to będzie"?
,,Z faktu, że wyjściu z punktu A towarzyszył czas a i dojściu do
punktu B towarzyszył czas b , wynika, że różnica jest zerem. Wobec
tego z sytuacji gdy czas wyjścia z punktu A nie był a oraz dojścia do
punktu B nie był b, zróbmy ,,,,odległość czasoprzestrzenną"" . A zatem
napiszmy:
.
I opowiedzmy, że właśnie to jest odległością czasoprzestrzenną.
I tu autor zauważy.
Z faktu, że dla światła wychodzącego z punktu A w chwili a , i
dochodzącego do punktu B w chwili b wynika owszem zerowanie się
wyrażenia (i). Jednak z owego faktu wynika również zerowanie się
innych wyrażeń. Napiszmy kilka z nieskończonego ciągu:
,
,
,
,
, p dowolne, zespolone.
Autor miał fantazję wypisać niedorzeczne, ale za to bardziej
fascynujące propozycje.
Nie wypisał, gdyż to nie ma sensu.
Zauważy natomiast, że z faktów powyższych wynika twierdzenia
(oczywiście fałszywe):
Twierdzenie:
Jeśli f(x) = 0 dla x = 0
To:
f(x) = x
Błąd sprawy widać na prostych kontrprzykładach: , etc.
Jak zobaczyliśmy, z takiego powyżej twierdzenia Einstein wydostał
deklaracje swojej ,,odległości czasoprzestrzennej".
Deklaracja ta ubliża człowiekowi myślącemu. Co stało się w świecie w
wieku XX-tym ? To jest i pytanie i diagnoza.
Istnieje i druga kwestia. Aplikacji deklaracji.
Autor opisał ją w Roczniku ,,Ignatianum".
Po pierwsze niczego nie aplikowała.
Co się gdzieniegdzie opowiada o ruchu perihelu Merkrego (że wyjaśnia)
nie jest prawdą. Merkury nie jest punktem. I to wystarcza dla ruchu
jego perihelu (tylko dla punktu się nie rusza). Kolejno, z deklaracji
miałaby wynikać zmiana masy (w rzeczywistości, bo czy wynika z
rachunku jest to obojętne wobec bzdury z jakiej deklaracja powstała).
No więc opowiedzmy, że w ruchu cząstki przyspieszanej w akceleratorze
tor tejże cząstki układa się tak, jakby cząstka zmieniała masę. I to
jest prawda, wypływ siły Lorentza jest zmianą masy cząstki. Owa siła
Lorentza jest wmontowana w przyspieszenie w polu cząstki, na podstawie
autora równania bilansu pędu (od biedy widzimy tę siłę w równaniu
dynamiki continuum Eulera, ale nikt poza autorem nie zwrócił na to
uwagi. Wyjaśnienie należy czytać w dalszym ciągu rozważań, teorii
uniwersum autora w internecie Bobula mass,time energy, ...
Natomiast warto może dodać tutaj drobne słowo o dalszej interpretacji
,,aplikacji teorii" (vide np. Landau, Lifszyc, Teoria pola).
Wyliczeniu ,,transformacji" casu.
Ta humoreska wynikła z dziecinnej zabawy w obrót w przestrzeni
czterowymiarowej. Te proste wzory transformacyjne (też szkoła średnia,
chociaż w zadętej formule) są nieco przydługie i nie warto ich pisać.
Ów właśnie obrót prowadzi do zadziwiającej postaci ,,zmiany" czasu w
ruchu.
Istotne jest tylko to, dlaczego obrót,
Właśnie w przestrzeni czterowymiarowej musi być obrót, jeśli
,,przedział czasoprzestrzenny" ma się zachować (problem rozgrywa sin na
sferze).
Nieegzystencjalna formuła zapisu wynika z faktu, że nie jest to
zwykły, ,,dotykalny" obrót, ponieważ jedna ze współrzędnych jest
urojona - jako konsekwencja związku (i). (Gdzie zamiast sumy kwadratów
mamy różnicę).
I w ten sposób jedna bzdura deklamująca ,,przedział czasoprzestrzenny"
rodzi inne bzdury.
Ale mające magiczny wygląd.
Kto chce niech to przeczyta w podręczniku Landaua.
Autor też słyszał, jak gdzieniegdzie powstaje agitacja, iż telefon
komórkowy z GPS razem dowodzą ,,prawdy" ,,teorii Einsteina". Jednak nie
napisano o tym w czasopiśmie naukowym. Istotnie, obecnie największymi
specjalistami ,,teorii Einsteina" są dziennikarze.
Autor musi jeszcze dodać, co właśnie opisał, że bzdury ,,teorii
Einsteina" też zostały w literaturze dyskretnie dostrzeżone. Tylko
zamiast ją wyrzucić od najbardziej bzdurnego zawiązka ,,odległości
czasoprzestrzennej" począwszy, ten kaleki obiekt zaczęto wzmacniać
poprawkami.
W ten sposób znacznie pogorszono sytuację nauki, ale jak widać
konstytuowanie nonsensów przynosi efekty finansowe i na to już nauka
nie poradzi aż zawali się w całości!
Poświeciliśmy zbyt dużo uwagi jednej chorobie XX-towiecznej, a tu
czeka następna: Równanie Schrodingera.
Musimy też poświęcić mu kilka słów.
Wcześniej o uwarunkowaniach społecznych teorii.
Rozpoczęto badania światła słonecznego i okazało się, że świecenie
owo posiada charakterystyczne ,,dyskretne" jak nazwano, linie
wskazujące na pewien sposób ich wyprodukowania.
W tymże czasie analizowano równania różniczkowe cząstkowe drugiego
rzędu (i operator Laplace'a). Okazało się, że problem wartości
własnych dla tego operatora dotyczy zbioru pewnych wartości
,,dyskretnych". Zapewne można było poszukać (powiemy mocniej
,,poszukać") możliwego związku pomiędzy pewnymi informacjami z dwu
dziedzin, niemniej nie szukano (nie szukają do dzisiaj). Natomiast
Schrodinger uznał zbieżność za objawioną (jemu) i utożsamił obie
informacje. Wynikają z tego do dzisiaj humoreski ale chemicy wierzą,
że Bóg stworzył Schrodingera, aby wyjaśnił sprawy.
Że Schrodinger niczego nie wyjaśnił, autor pokaże.
Natomiast sprawa stała się objawem silnej choroby mistyfikującej
ludzkość globalnie (widzimy tutaj korzyści globalizmów).
Schrodinger bowiem musiał dotrzeć do laplasjanu.
Zjawiska rozgrywają sin w czasie. Gdzie go podziać, gdy się pojawi,
ale jak spowodować, aby się zjawił.
Procedura w matematyce była znana, rozwiązania równania drugiego
rzędu metodą rozkładu na czynniki.
Jednak należy natychmiast powiedzieć, że metoda ta jest nieużyteczna
dla brzegu zależnego od czasu. Tego wszakże Schrodinger już nie
wiedział. Zaczął więc od tego co wiedział, sądząc, że Bóg mu pomoże.
Napisał równania dyfuzji, najlepiej rozpoznane badaniami nad jego
rozwiązaniem metodą iloczynową.
I Schrodinger napisał równanie dyfuzji
I znalazł jego rozwiązanie metodą rozkładu na czynniki.
Jest to prosta zabawa, więc może ją wypiszmy. Napiszmy równanie
dyfuzji.
(stały współczynnik jak zawsze traktujemy jako skalę i przyjmujemy
jedynkę).
Załóżmy, że .
Po podstawieniu do równania dyfuzji otrzymujemy dwa równania, w tym
jedno zwyczajne (czasami dwa). Wpiszmy równanie zwyczajne dla części
czasowej. Dostajemy;
.
Rozwiązanie tego równania ma niemożliwe do zaakceptowania własności
czasowe. Albo rośnie albo maleje. Wypiszmy je:
.
Jeśli const > 0 , T(t) rosnie nieograniczenie. Jeśli const < 0 ,
T(t) zanika.
Nie tego oczekiwał Schrodinger. Cóż więc robi ?
Mnoży otóż jedną stronę równania dyfuzji przez . A drugiej nie
mnoży (no bo skąd wziął równanie)
(ii) .
Takie równanie po rozseparowaniu zmiennych daje mu dla części
przestrzennej równanie
i dla części czasowej:
,
czyli w stateczności:
.
Dostaliśmy zatem oczekiwane ,,drganie czasowe" jako rozwiązanie
(fragment rozwiązania)
co Schrodingerowi się bardzo spodobało.
Równanie dyfuzji (ii) w literaturze nazwano równaniem falowym, co
dowodzi, że nikt z dorosłych nie wiedział o co chodzi, gdyż w
matematycznej literaturze równanie falowe ma postać:
.
Dopiero gdzieś ostatnio półgębkiem ktoś przyznał, że równanie
Schrodingera jest równaniem dyfuzji (a więc żadnym falowym, i to mimo
wszystko, że nadal rozwiązują je :fale").
Po przystosowaniu owego równania do opisania świecenia wodoru (dla
światła słonecznego zbiór odpowiednich częstości drgań nazwano widmem
skąd i zbiór stałych {const} w równaniu Laplace'a też widmem. Jednak
ani rusz nie postąpiono w przystosowaniu owego równania do innych
świeceń charakterystycznych dla innych pierwiastków.
Dodano do równania bylejaką funkcję, byle rozwiązanie się zgadzało.
Ale nie chciało.
Co gorsza, humorystycznie nie wiedziano czym może być niewiadoma w
równaniu Schrodingera.
W kilkadziesiąt lat po napisaniu równania Born zaproponował dla
zamknięcia skandalu by była kawałkiem prawdopodobieństwa znalezienia
,,cząstki" a mianowicie by: .
I tak zostaje mimo, że nic z tego nie wynika
Ponad to, że np. Feinmann zdobywa Nagrodę Nobla za nieistniejącą
całkę. Z jakoby elektrodynamiki kwantowej.
O tejże elektrodynamice kwantowej pisze Rene Thom, że jest
zaskakujące oświadczenie, iż ,,zapewnia sin, iż teoria zgadza się
eksperymentem do piętnastego miejsca po przecinku a ona nie ma ani
ogona ani głowy"
Te chorobliwe enuncjacje dopełnia jeszcze tzw. zasada nieoznaczoności
Heisenberga", mówiąca, że jeśli zbudujemy urządzenie, które pozwoli
nam lepiej zmierzyć prędkość cząstki, to zepsują nam się urządzenia
mierzące jej miejsce pobytu.
Innymi słowy i oficjalnie:
iloczyn niepewności pomiarów położenia i prędkości jest stały.
Próbowano nawet (autor słyszał tę przypowieść) uzasadnić zasadę
rachunkiem iloczynu nośników funkcji zmierzających do dystrybucji
osobliwej , i jej transformaty Fouriera.
Nieszczęsna rzeczywistość, która w manifestuje się ideologią
matematycznej operacji.
Autor w pewnym referacie (skrót w internecie) pokazał sposób
wpłynięcia na zablokowanie reakcji jądrowych prowadzących do wybuchu
nuklearnego.
Istotą tego referatu było pokazanie, że tzw. ,,mechanika kwantowa"
powstała w ogóle bez potrzeby. Gdyż makroskopowa rzeczywistość jest
również kwantowa (pisze o tym jawnie L.C. Evans choć nie zdaje sobie z
tego sprawy).
Pokazał to dopiero autor w swej teorii uniwersum. Znajdując przy
okazji kształt fraktala masy, który to (fraktal) jest odpowiedzialny
za podobieństwa (niekiedy identyczności) procesów w różnych skalach
materii
Wymiar Hausdorffa masy wynosi więcej niż dwa a mniej niż trzy.
Dlatego mieści sę w momencie wielkiego wybuchu dokładnie w
matematycznym punkcie.
Natomiast co to jest ,,fala elektromagnetyczna" i jak znaleźć opis
zjawisk optycznych, do tego trzeba się przygotować badając rozwiązania
równań autora. Które nie są łatwe. Ale o tym w dalszych częściach
teorii.
Autor przed publikacją książkowa pyta czytelników czego nie
zrozumieli, by dokonali uwag, by lepiej opracował tekst.