Jako "dziecko" kształcenia na odległość nie mogę się z Tobą zgodzić że
wszystko tu jest łatwiejsze, prostsze, podane na tacy, że nie potrzeba
do niego tak dużo czasu. Ja sądzę że jest raczej odwrotnie. Student
jest zdany na siebie a raczej na własną odpowiedzialność za wyniki
uczenia się. Tak samo musi chodzić na wykłady (teraz można je już
oglądać w domu, ja musiałam jeszcze chodzić normalnie na wykłady które
leciały przez TV), tak samo musi korzystać z biblioteki. Nie
dostawaliśmy gotowych materiałów ale sylabusy z listą lektur, nie
mieliśmy możliwości kontaktu z wykładowcą, były organizowane jakieś
czaty i możliwość kontaktu telefonicznego w czasie dyżurów ale to nie
to samo. Każdy student był tak naprawdę bardzo anonimowy. Taka sama
sytuacja była podczas sesji egzaminacyjnych. Każdy przedmiot czy to
egzamin czy zaliczenie kończył się testem , różnica była tylko w
ilości pytań i zapewniam wszystkich że z perspektywy mojej nauki na
Uniwersytecie testy te były bardzo trudne i przekrojowe.Oczywiście
sesja egzaminacyjna składała się z dwóch zjazdów i na każdym z nich
zdawało się ciągiem 4-5 przedmiotów. Moim zdaniem edukacja na dystans
jest bardzo potrzebna. Daje szansę ludziom mieszkającym w miasteczkach
i wsiach na uzyskanie wyższego wykształcenia. A przecież tak naprawdę
wszystko zależy od nas. To my decydujemy o swoim losie i o tym co
chcemy wynieść z tej nauki, jakim stać się człowiekiem. W moim
przekonaniu trudności tylko nas wzmacniają, pozwalają samodzielnie
poszukiwać odpowiedzi i dążyć ku doskonałości i nie ma tu znaczenia
czy uczymy się tradycyjnie czy poprzez media. Dla chcącego nie ma nic
trudnego. Moja warszawska uczelnia byla zawsze na "widelcu". Ciągłe
problemy z Komisją Akredytacyjną" itp. Ciągła nagonka ze strony mediów
i innych uczelni. Udało mi się ją skończyć i podjąć studia
uzupełniające na Uniwersytecie i całkiem nieźle mi idzie więc chyba
kształcenie na odległość nie wyszło mi na złe? Nie poświęcałam wcale
mniej czasu na naukę ale nie traciłam go też na dojazdy i próby
godzenia obowiązków rodzinnych, pracowniczych i studenckich. Moja
warszawska uczelnia nie posiada do dnia dzisiejszego akredytacji na
studia magisterskie dlatego zdecydowałam się na UŁ. Ale i w
renomowanej, tradycyjnej uczelni nie wszystko jest cudowne. Bardzo
dużo zajęć nie do końca dla mnie przydatnych, zajęcia porozbijane na
dni robocze, gdzie większość studentów pracuje, problemy z
załatwieniem różnych spraw w dziekanacie z powodu jego godzin
otwarcia szczególnie dla studentów spoza Łodzi, smutne preferowanie
przez wykładowców studentów łódzkich, którzy mają przepisywane oceny,
reszta musi zdawać egzamin czy kolokwium, czy wreszcie sam stosunek
studentów do nauki i wykładowców. Byłam w szoku co studenci mający
bądź co bądź wyższe wykształcenie wyprawiają na wykładach oraz jak
odnoszą się do wykładowców. I mam wrażenie że nie korzystają zbyt z
dobrodziejstwa jakie daje edukacja tradycyjna, umożliwiająca kontakt z
wykładowcą. Moim zdaniem to właśnie distance education pozwala
bardziej odnaleźć sens uczenia się , pozwala rozwijać swoje horyzonty,
pokonywać przeszkody i osiągać większą satysfakcję z efektów
kształcenia. Bo w pewnej mierze jest to nauka dla samego siebie. ja
tak to odbieram.
To tylko moje skromne zdanie w tej dyskusji. Proszę by nikt nie urażał
się za moje słowa, nie chce też by były one odebrane jako łatka dla
wszystkich studentów. Spotkałam na UŁ wspaniałych ludzi wykładowców
oraz koleżanki i kolegów. Ale spotkałam też tych drugich i
pozostawili oni w mojej pamięci rozgoryczenie. Kształcenie na
odległość może więc być alternatywą dla tych którzy chcą się poświęcić
nauce i czerpać z niej radość samorozwoju w swoim własnym
indywidualnym tempie