Archipelag Gułag
Aleksander
Sołżenicyn
2008-08-05, ostatnia aktualizacja
2008-08-05 00:33
I Aresztowanie
Jak
trafia człowiek na ten tajemniczy Archipelag? O każdej porze dnia lecą tam
samoloty,
płyną okręty, turkoczą pociągi - ale
żaden napis na nich nie wskazuje, dokąd jadą. A kasjerzy
na dworcach i pracownicy agencji Sowturist i
Inturist będą zdumieni, jeżeli poprosicie ich
o odpowiedni bilecik. Ani Archipelagu w
ogólności, ani żadnej z jego niezliczonych wysepek
ci ludzie nie znają, nie słyszeli o
niczym.
Ci, którzy jadą na Archipelag, żeby nim rządzić -
trafiają tam poprzez uczelnie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Ci, którzy
jadą, żeby Archipelagu pilnować - trafiają tam z poboru, przez komendy
uzupełnień.
Ci zaś, którzy jadą tam umierać, tak jak my, czytelniku, ci
trafiają tam wyłącznie i koniecznie - poprzez aresztowanie!! Czy warto mówić, że
to chwila, co łamie całe twoje życie? Ze to piorun, co z nóg wali? Ze to wstrząs
duchowy nie do pojęcia, z którym nie każdy może się oswoić i często nabawia się
pomieszania zmysłów?
Wszechświat ma właśnie tyle punktów centralnych, ile
w nim żywych istot. Każdy z nas - jest osią świata i świat rozpada się na
kawałki, gdy człowiek słyszy syknięcie: "Jesteście aresztowani!".
Skoro c
i e b i e już aresztowano - to czy w ogóle c o ś się uchowało w tym trzęsieniu
ziemi?
Ale - nie potrafiąc zaćmionym nagle umysłem pojąć rozmiarów tego
przewrotu, zarówno najprzemyślniejsi, jak najbardziej prostoduszni z was, nie
umieją w tej chwili wycisnąć z całego zapasu swoich doświadczeń nic więcej, jak
te oto słowa:
Ja?! Za co?!
Pytanie to miliony i miliony razy już
było zadawane i nigdy nie doczekało się odpowiedzi.
Aresztowanie - to
nagły i rażący przerzut, przewarstwienie, przeskok, z jednego życia do całkiem
innego.
Po długiej, krętej ulicy naszego życia pędziliśmy szczęśliwie,
albo brnęliśmy smutno wzdłuż jakichś płotów, płotów, płotów ze zgniłych desek,
suchej gliny, wzdłuż murów z cegieł, betonu, żelaza. Nie zastanawialiśmy się -
co kryje się za nimi? Ani okiem, ani domysłem nie staraliśmy się ich przeniknąć
- a tam właśnie zaczynał się kraj GUŁag, ręką dotknąć, dwa metry stąd. A ponadto
nie dostrzegaliśmy w tych płotach niezliczonej ilości szczelnie dopasowanych,
dobrze zamaskowanych drzwiczek, furtek. Wszystkie, wszystkie te furtki czekały
na nas! - i oto szybko otworzyła się jedna z nich, ta fatalna, i cztery białe,
męskie dłonie, nie zgrubiałe od pracy, ale chwytliwe, łapią nas za nogę, za
rękę, za kołnierz, za czapkę, za ucho - wciągają jak tłumok, a furtka za naszymi
plecami, furtka do dawnego życia, zatrzaskuje się na zawsze.
To wszystko.
Jesteś aresztowany!
I niczego innego nie umiesz wymyślić w odpowiedzi
prócz jagnięcego beknięcia:
- Jaa?? Za co??
Oto czym jest
aresztowanie: to blask oślepiający i cios, które sprawiają, że teraźniejszość
nagle staje się przeszłością, zaś to, co niemożliwe, zaczyna być pełnoprawną
codziennością.
I to wszystko. I niczego więcej nie jesteś w stanie pojąć
- ani w ciągu pierwszej godziny, ani nawet w trakcie całej pierwszej
doby.
Jeszcze tylko błyśnie ci w twojej desperacji cyrkowy, papierowy
księżyc: "To pomyłka! Zaraz się połapią!".
Cała zaś reszta, która składa
się teraz na tradycyjny i literacki poniekąd obraz aresztowania, zgromadzi się i
ułoży już nie w twojej zmąconej pamięci, tylko w pamięci twojej rodziny i
sąsiadów.
To - ostry nocny dzwonek albo szorstkie pukanie do drzwi. To -
dziarskie postukiwanie niewycieranych butów czujnych agentów operacyjnych. To -
przestraszony świadek za ich plecami. (A po co ten świadek? - ofiary ani o tym
pomyślą, agenci już nie pamiętają, ale przewidziane to jest w instrukcji, więc
musi facet całą noc przesiedzieć, a rano dać podpis. Dla wyrwanego z pościeli
świadka to też męka: noc po nocy chodzić i pomagać w areszcie swoich sąsiadów i
znajomych).
Tradycyjne aresztowanie - to jeszcze
zbieranie drżącymi rękoma rzeczy dla porywanego: zmiana bielizny, kawałek mydła,
coś do jedzenia i nikt jeszcze nic nie wie: co potrzeba, co wolno, jaka odzież
najlepsza, agenci zaś poganiają i przeszkadzają: "Niczego nie trzeba. Tam go
nakarmią. Tam ciepło". (Wszystko łgarstwo. A poganiają - na
postrach).
Tradycyjne aresztowanie - to jeszcze później, już po zabraniu
nieboraka, wielogodzinne gospodarowanie w mieszkaniu szorstkiej, obcej,
przemożnej siły. To - wyłamywanie, patroszenie, ściąganie i zrywanie ze ścian,
wyrzucanie na podłogę z szaf i szuflad, wytrząsanie, rozsypywanie, rwanie - i
góry rzeczy nagracone na ziemi, i chrzęst pod podeszwami. I nic świętego podczas
rewizji! Przy aresztowaniu maszynisty kolejowego Inoszyna stała w pokoju
trumienka z jego dopiero co zmarłym dzieckiem. Stróże prawa wyrzucili dziecko z
trumny, tam też szukali. Wyrzucają też chorych z pościeli, zdejmują
bandaże.
I nic w trakcie rewizji nie może być uznane za drobiazg! U
historyka-amatora Czetwieruchina zabrano "tyle a tyle arkuszy carskich dekretów"
- a mianowicie dekret o zakończeniu wojny z Napoleonem, o zawarciu Świętego
Przymierza i tekst litanii przeciw cholerze z 1830 roku. U naszego najlepszego
znawcy Tybetu, Wostrikowa, skonfiskowano bezcenne, starożytne rękopisy
tybetańskie (uczniowie zmarłego zdołali wydostać je z czeluści KGB dopiero po 30
latach!). Przy areszcie orientalisty Newskiego zabrano manuskrypty tanguckie (a
po 25 latach za ich odcyfrowanie Newski otrzymał nagrodę leninowską
pośmiertnie). Z Kargera zaharapczono archiwum jenisejskich Ostiaków, zakazano
stosowania ułożonego przezeń alfabetu i elementarza - i tak już musiał się cały
ludek obejść bez piśmiennictwa.
W języku inteligentów wszystko to
wymagałoby długich jeszcze opisów, a nasz lud tak powiada o rewizji: tego
szukają, co nie schowane.
Skonfiskowane rzeczy wywożą, a czasem każą
nieść aresztowanemu - i Nina Aleksandrowna Palczyńska musiała nieść na plecach
wór z papierami i listami swego niestrudzonego męża - nieżyjącego już wielkiego
inżyniera i Rosjanina - IM w paszczę, na zawsze, niepowrotnie.
A dla
tych, co zostają w domu - długa kolej porujnowanych, spustoszonych dni. I próby
przekazywania paczek. Ale ze wszystkich okienek tylko poszczekiwania: "Nie ma w
rejestracji", "nie ma tu takiego!". A jeszcze zanim podejdzie do okienka, trzeba
- jak to było w Leningradzie, w złą godzinę, przez pięć dni i nocy tłoczyć się w
kolejce. I dopiero może za pół roku czy za rok, sam aresztant się odezwie - albo
też ci powiedzą: "Bez prawa korespondencji" - a to już prawie na pewno znaczy,
że rozstrzelany.
Jednym słowem - "żyjemy w przeklętych warunkach, w
których człowiek może zginąć bez wieści i najbliżsi mu ludzie, żona i matka...
całe lata nie wiedzą, co się z nim stało". Prawda to? A może nie? Napisał to zaś
Lenin w 1910 roku, w nekrologu Babuszkina. Tylko trzeba powiedzieć jasno:
Babuszkin wiózł transport broni dla celów powstania, za to też został
rozstrzelany. Wiedział, co ryzykuje. Nie da się tego powiedzieć o nas,
nieszczęsnych królikach.
Tak wyobrażamy sobie zwykle
aresztowanie.
I rzeczywiście, nocne aresztowania opisanego tu typu
przeprowadza się u nas najchętniej, bo mają one ważne zalety. Wszyscy obecni w
mieszkaniu obezwładnieni są przez strach już od pierwszego dzwonka. Przyszły
aresztant wyrwany jest z ciepłej pościeli, cały jest jeszcze w mocy półsennego
bezwładu, rozsądek jego jest przyćmiony. Przy nocnym areszcie agenci mają
przewagę liczebną: przyjeżdża ich kilku, są uzbrojeni, a mają przeciw sobie
pojedynczego człowieka w niedopiętych portkach; podczas rewizji i przygotowań do
drogi na pewno nie zbierze się pod bramą tłum ewentualnych stronników ofiary.
Niespieszna stopniowość tych wizyt - naprzód w jednym mieszkaniu, potem w
drugim, jutro w trzecim i czwartym - daje możliwość racjonalnego wykorzystania
kadry operacyjnej i umieszczenia pod kluczem liczby obywateli wielokrotnie
większej od całej tej kadry razem wziętej.
Jeszcze tę zaletę mają nocne
areszty, że ani sąsiednie domy, ani miejskie ulice nie widzą ilu w ciągu nocy
wywieziono. Najbliższych sąsiadów postraszono, a dla dalszych rzecz nie miała
miejsca. Jak gdyby nigdy nic. Tą samą asfaltową trasą, którą nocą śmigały
karetki więzienne, s u k i, - za dnia kroczy młode pokolenie ze sztandarami i
kwiatami, śpiewając pełne pogody pieśni.
Ale ci, co łapią, ci których
cała praca polega tylko na przeprowadzeniu aresztów, dla których objawy strachu
u aresztowanych są czymś nudnym i dokuczliwym - mają o wiele szersze pojęcie o
całej operacji. Mają całą swoją teorię, nie trzeba naiwnie sądzić, że jej nie
ma. Aresztowanie - to ważny rozdział w kursie wiedzy więziennej i ma za podstawę
pewną solidną doktrynę społeczną. Istnieje klasyfikacja zatrzymań według
rozmaitych cech: są nocne i dzienne, są domowe, służbowe i drogowe, są
pierwiastkowe i powtórne, są indywidualne i grupowe. Aresztowania różnią się od
siebie w zależności od stopnia pożądanego zaskoczenia, od stopnia oczekiwanego
oporu (ale w dziesiątkach milionów wypadków żaden opór nie był oczekiwany, ani
go też nie było). Aresztowania różnią się zależnie od ważności zaplanowanej
rewizji; zależnie od konieczności (czy jej braku) spisywania skonfiskowanych
przedmiotów, opieczętowania izby lub całego mieszkania; zależnie od potrzeby
uwięzienia również żony w ślad za mężem i oddania dzieci do sierocińca, bądź
zesłania całej reszty najbliższej rodziny, albo wreszcie - wtrącenia do obozu
także dziadków.
A jeszcze istnieje osobna REWIZJOLOGIA (udało mi się
przeczytać broszurę dla adeptów Studium zaocznego z Ałma-Aty). Bardzo tam chwalą
tych prawników, którzy przy rewizji nie lenili się i przetrząsnęli 2 tony
nawozu, 6 metrów polan, dwa wozy siana, oczyścili ze śniegu całą działkę
przyzagrodową, rozebrali kaflowy piec, rozgrzebali gnojówkę, skontrolowali miski
klozetowe, spenetrowali psie budy, kurniki, domki dla szpaków, poprzekłuwali
materace, zrywali plastry z ran, a nawet wyrywali metalowe zęby, żeby znaleźć w
nich mikrodokumenty. Studentom radzi się gorąco, aby zaczynali od rewizji
osobistej i nią też sprawę kończyli (bo a nuż rewidowany coś capnął w trakcie) i
żeby jeszcze raz odwiedzili to samo mieszkanie, ale o innej porze - i powtórzyli
rewizję.
O, nie, nie, aresztowania są bardzo różnorodne w formie. Irma
Mendel, Węgierka, dostała któregoś dnia w biurze Kominternu (1926) dwa bilety do
Teatru Wielkiego, do pierwszych rzędów. Śledczy Klegel zalecał się do niej, więc
go zaprosiła. Całe przedstawienie minęło im na czułych spojrzeniach, po czym
Klegel zawiózł Irmę... prosto na Łubiankę. A jeśli chcecie wiedzieć dlaczego
pewnego promiennego, czerwcowego dnia w 1927 roku na Kuźnieckim Moście
krągłolicej, rudowłosej i pięknej Annie Skrypnikowej, która dopiero co kupiła
sobie materiał na granatową suknię, jakiś młody frant grzecznie pomógł wsiąść do
dorożki (a dorożkarz już się połapał i cały się chmurzy: Organy nie zapłacą mu
za kurs) - to musicie zrozumieć, że nie chodzi o randkę, że to też jest
aresztowanie: za chwilę skręcą na Łubiankę i wjadą w czarną czeluść
bramy.
Jeśli zaś (22 wiosny później) komandor-podporucznik Borys
Burkowski, w białym frenczu marynarskim pachnący drogą wodą kolońską będzie
kupował w cukierni tort dla pewnej panienki - to nie sądźcie, że tort trafi do
rąk tej panny, bo w istocie zaraz zostanie posiekany nożami przy rewizji i w tym
stanie wniesiony przez komandora do jego pierwszej celi.
Nie, nigdy nie
był u nas w pogardzie żaden sposób zatrzymania, ani w biały dzień, ani w
podróży, ani wśród tłumu. Idzie to gładko i - tu właśnie trzeba się dziwić! -
same ofiary w świętej zgodzie z agentami zachowują się jak najtaktowniej, tak
żeby pozostali przy życiu nie zwrócili nawet uwagi na zagładę
upatrzonego.
Nie każdego można aresztować w domu, po sakramentalnym
zapukaniu do drzwi (a jeśli już kto puka, to z "administracji", "listonosz"),
nie każdego można aresztować w miejscu pracy. Jeśli przyszły aresztant jest
człowiekiem przebiegłym, to lepiej wziąć go w oderwaniu od jego zwykłego
otoczenia - rodziny, kolegów, stronników, z dala od możliwych schowków: nie
powinien zdążyć niczego zniszczyć, ukryć, przekazać.
Ludziom ze szczytów
wojskowych czy partyjnych czasem dawano jakieś nowe stanowisko, podstawiano
salonkę na dworzec, i aresztowano w drodze. Zwykły zaś, szary śmiertelnik,
ogłuszony masowymi aresztami i już od tygodnia zgnębiony złowróżbnymi
spojrzeniami zwierzchników - wzywany bywał naraz do miejscowej organizacji
związkowej, gdzie mu z ciepłym uśmiechem wręczano skierowanie do sanatorium w
Soczi. Królik wpadał w rozczulenie - obawy okazały się bezpodstawne! Wyraża więc
wdzięczność, w tryumfie wraca do domu, żeby spakować walizkę. Do pociągu
wszystkiego dwie godziny, łaje więc żonę za opieszałość. Jest nareszcie na
dworcu! Ma jeszcze trochę czasu. W poczekalni albo przy kiosku z piwem, kłania
mu się jakiś przemiły, młody człowiek: "Nie poznajecie mnie. Piotrze Iwanyczu?".
Piotr Iwanycz ma chwilę wahania: "Chyba nie... Chociaż...". Młodzian tryska
braterską sympatią: "Ależ, jak to, jak to, ja wam przypomnę..." i z szacunkiem
kłania się żonie Piotra Iwanycza: "Proszę wybaczyć, my z małżonkiem tylko na
minutkę...". Żona nie ma nic przeciwko temu, nieznajomy zaś trzymając Piotra
Iwanycza konfidencjalnie za łokieć, uprowadza go - na zawsze, albo na dziesięć
lat.
A dworzec wiruje dookoła i niczego nie widzi... Obywatele podróżni!
Nie zapominajcie, że na każdym większym dworcu jest posterunek GPU i kilka
więziennych cel.
Natarczywość tych rzekomych znajomków jest tak zaczepna,
że człowiek pozbawiony obozowej, wilczej wprawy jakoś nie potrafi się opędzić.
Nie myśl, że będąc nawet pracownikiem amerykańskiej ambasady, nazwiskiem, dajmy
na to Aleksander Dołgan, nie zostaniesz aresztowany w biały dzień, na ulicy
Gorkiego, obok centralnego telegrafu. Nieznajomy twój przyjaciel rzuci się w
twoją stronę, przepychając się przez tłum, szeroko otwierając zaborcze ramiona:
„Sasza! - krzyknie z niczym się nie kryjąc - stary byku! Ileż to lat, ile
zim!... A chodźmyż na bok, żeby ludziom nie włazić w paradę". A na boku, przy
samym chodniku, już zatrzymuje się auto... (minie kilka dni i TASS z gniewem
stwierdzi we wszystkich gazetach, że koła zbliżone nic nie wiedzą o zniknięciu
Aleksandra Dołgana). A co to za sztuka? Nasi mołojcy łapali w ten sposób ludzi w
Brukseli (tak schwytano Żorę Blednowa), cóż dopiero w Moskwie!
Trzeba
jednak wyrazić ORGANOM zasłużone uznanie: podczas gdy dziś przemówienia i sztuki
teatralne wydają się - podobnie jak konfekcja damska - dziełem jednej sztancy,
rodzaje aresztowań cieszą swoją rozmaitością. Odprowadzają cię na bok w
fabrycznej portierni, gdzie dopiero co pokazałeś przepustkę - i już jesteś
złapany, biorą cię ze szpitala wojskowego z temperaturą 39 stopni (Ans
Bernsztejn) i lekarz nie sprzeciwia się temu (a spróbowałby się sprzeciwić!);
biorą cię wprost ze stołu operacyjnego, po operacji rany żołądka (N.M. Worobiew,
inspektor okręgowego wydziału oświaty - 1936) i ledwie żywego, okrwawionego,
pakują do celi (wspomnienia Karpunicza); starasz się (Nadia Lewicka) o widzenie
ze skazaną już matką, dają ci je! - a okazuje się, że to konfrontacja i
aresztowanie! Zapraszają cię w sklepie "Gastronom" do działu zamówień - i tam
cię aresztują: zostajesz aresztowany przez wagabundę, który na wszystkie
świętości zaklinał cię, żebyś mu pozwolił przenocować pod twoim dachem;
zostajesz aresztowany przez montera, który przyszedł sprawdzić licznik;
aresztuje cię rowerzysta, który potrącił cię na ulicy: konduktor w pociągu,
kierowca taksówki, rachmistrz kasy oszczędności i bileter w kinie - każdy z nich
cię aresztuje, i dopiero poniewczasie możesz sobie obejrzeć głęboko schowaną
legitymację koloru bordo.
Czasem aresztowanie wydaje się jakąś grą
- tyle zainwestowano w nie zbędnej pomysłowości i sytej energii, a przecież
ofiara i tak by nie stawiała oporu. Czy agenci operacyjni chcą w ten sposób
uzasadnić potrzebę swoich funkcji i swojej liczebności? Jak się zdaje,
wystarczyłoby rozesłać wszystkim upatrzonym króliczkom po wezwaniu - a już one
same o wyznaczonej godzinie, co do minuty, pokornie staną z tłumoczkiem pod
czarną bramą urzędu bezpieczeństwa, aby zająć swoją część powierzchni
mieszkalnej we wskazanej celi. (Zresztą - kołchoźników tak właśnie bierze się
pod klucz; czy to warto jechać nocą i szukać jakiejś chaty po bezdrożach? Wzywa
się jednego z drugim do rady gromadzkiej i tam go się już zabiera, jak swojego.
Czarnoroboczych wzywa się do fabrycznego
kantoru).
-----------------------------------------------------------------------------------
Rzecz
jasna, każda maszyna ma swoją zdolność przepustową, nie przełknie więcej, niż
potrafi. W trakcie pękających w szwach od nadmiaru lat 1945-46, kiedy ciągnęły
jeden za drugim kolejowe eszelony het, z Europy, i trzeba było je wszystkie
naraz pochłonąć i wyprawić do GUŁagu - nie było już miejsca na tę luksusową grę,
sama teoria porządnie wyleniała, powyłaziły rytualne piórka i uwięzienie
dziesiątków tysięcy wyglądało jak mizerny apel: stoją sobie ichmoście ze
spisami, z jednego pociągu wywołują, pakują do drugiego - i to
wszystko.
W ciągu kilku dziesięcioleci aresztowania polityczne miały u
nas tę osobliwą cechę, że podlegały im osoby, które nie popełniły żadnej winy -
i właśnie dlatego nie myślące o żadnym oporze. Wytworzyło się powszechne
poczucie osaczenia, szerzyło się przekonanie (w warunkach systemu paszportów i
meldunków - dosyć słuszne zresztą), że przed GPU-NKWD nie sposób uciec. I nawet
kiedy epidemie aresztowań dochodziły do zenitu, kiedy ludzie idąc do pracy co
dzień żegnali się z rodziną, bo nie byli nigdy pewni, czy wrócą wieczorem -
nawet wtedy prawie nie próbowali uciekać (w rzadkich tylko wypadkach wybierali
samobójstwo). O to właśnie chodziło. Bezrogi baran wilkowi
najmilszy.
Powodem tego było też niezrozumienie mechanizmu epidemii.
ORGANY nie miały zwykle ściślejszych kryteriów wyboru - kogo aresztować, kogo
oszczędzić; chodziło tylko o wykonanie planu ilościowego. Wykonać go można było
w zawczasu przewidzianym trybie, można też było korzystać z zupełnego przypadku.
W 1937 roku do kancelarii NKWD w Nowoczerkasku przyszła jakaś kobieta z
pytaniem, co zrobić z nienakarmionym niemowlęciem - dzieckiem jej aresztowanej
sąsiadki. "Poczekajcie tu, obywatelko - powiedziano jej - zaraz wyjaśnimy". Po
dwóch godzinach czekania zabrano ją z kancelarii do celi: trzeba było osiągnąć
zaplanowaną cyfrę, nie starczało już agentów na rozjazdy po mieście, a ta się
sama zgłasza! I odwrotnie - po Andrzeja Pawło, Łotysza mieszkającego pod Orszą,
przyszło NKWD: Pawło nie otworzył, wyskoczył przez okno, udało mu się uciec i
pojechał prosto na Syberię. I chociaż mieszkał tam pod własnym nazwiskiem, a z
dokumentów wynikało jasno, że meldowany jest w Orszy, jednak NIGDY nie siedział,
nigdy nie był wzywany przez Organy, nigdy nie padło nań podejrzenie.
Istnieją przecież trzy zakresy ścigania: ogólnopaństwowy, republikański
i okręgowy. Prawie połowa aresztowanych w trakcie epidemii nie doczekałaby się
rozesłania listów gończych dalej niż do granic okręgu. Człowiek, włączony do
planu z przyczyn przypadkowych, np. w wyniku sąsiedzkiego donosu, łatwo mógł być
zastąpiony przez kogoś innego. Jak Andrzej Pawło, tak samo inni, którzy
przypadkiem natrafili na obławę, albo na kocioł w czyimś mieszkaniu, a mieli
dość odwagi by zaraz uciec, jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem - nigdy nie
byli ścigani, ani pociągani do odpowiedzialności, kto zaś czekał
sprawiedliwości, nie ruszając się z miejsca, ten dostawał wyrok. I prawie
wszyscy - przytłaczająca większość - tak się właśnie zachowywali: małodusznie,
bezradnie, jak skazańcy.
Z drugiej strony, jest prawdą, że NKWD pod
nieobecność poszukiwanego dawało jego bliskim zakaz wyjazdu - nic nie
kosztowało, rzecz jasna, zaliczyć sobie obecnych w zamian tego, co
uciekł.
Powszechny brak winy rodzi powszechną bierność. A może cię wcale
nie wezmą? Może jakoś cię to ominie? A.J. Ładyżyński był wychowawcą klasy w
szkole, w prowincjonalnym miasteczku Kołogriw. W 1937 roku podszedł do niego na
rynku jakiś chłop i przekazał mu czyjeś słowa takiej treści: "Aleksandrze
Iwanowiczu, wyjedź stąd, jesteś na liście!". Ale Ładyżyński został: przecież
cała szkoła na mnie się trzyma i i c h własne dzieci u mnie się uczą - przecież
nie mogą mnie aresztować?... (Po kilku dniach już był za kratą). Nie każdemu
jest dane, jak Wani Lewickiemu, rozumieć już w wieku lat 14, że "każdy uczciwy
człowiek powinien pójść w końcu do więzienia. Teraz siedzi tatuś, a jak dorosnę,
to mnie też wsadzą". (Wsadzili go, gdy miał 23 lata). Większość gnuśnieje,
wpatrzona w iskierkę nadziei.
Skoro jesteś niewinny - to za co mogą cię w
ogóle wsadzić? To BYŁABY OMYŁKA! Już cię wloką za kołnierz, a ty wciąż sam się
zaklinasz: "To omyłka! Na pewno się zorientują - i wypuszczą mnie!". Innych
wsadzają w masie, to też zdaje się nie mieć sensu, ale i tu u każdego oddzielnie
jest miejsce na podejrzenia: "a może tamten właśnie trafił nie z przypadku...?".
Bo ty! - to już bezwzględnie jesteś bez winy! Wciąż jeszcze uważasz Organy za
instytucję podporządkowaną ludzkiej logice: jak się zorientują, to
wypuszczą.
Po co więc próbować ucieczki?... Na co więc opór?... Przecież
pogorszysz tym tylko swoją sytuację, sam im nie pozwolisz pojąć ich własnej
omyłki. Co tam opór! - nawet ze schodów zbiegasz na paluszkach, bo tak ci
kazano, żeby sąsiedzi nie słyszeli.
Jak to potem w obozie człowieka
piekło: a co, gdyby każdy agent idąc nocą łapać ludzi, nie był pewien, czy wróci
żywy i musiał zawsze żegnać się z rodziną? Gdyby podczas masowych obław, na
przykład w Leningradzie, kiedy za kraty szło ćwierć miasta, ludzie nie siedzieli
po swoich norach, mdlejąc z lęku przy każdym trzaśnięciu bramy, przy każdym
kroku na schodach - gdyby zrozumieli, że teraz nie mają już nic więcej do
stracenia i zabrali się żwawo do urządzania w sieniach swoich domów zasadzek - z
siekierami, młotkami, pogrzebaczami, z czym popadło? Wiadomo przecież, że te
nocne gacki nie przychodzą w dobrych zamiarach - więc nie omyli się człowiek
dając w łeb zbójowi. Albo taka s u k a z samotnym szoferem, co już czeka na
ulicy - odstawić by ją jak najdalej albo przebić gumy.
I wreszcie - czemu
tu się właściwie sprzeciwiać? Ze zabrano ci pasek? Albo, że kazano stanąć w
kącie? Albo - że musisz wyjść za próg swojego domu? Aresztowanie składa się z
drobnych wypadeczków, z rozlicznych drobnostek - żadna z nich nie jest jakby
warta sporu (a nadto myśli aresztowanego krążą dookoła wielkiego problemu: "za
co?") - a dopiero wszystkie te drobnostki razem składają się nieubłaganie na
proces aresztowania.
Zresztą - bo to mało się dzieje w duszy świeżego
aresztanta! - już to jedno warte jest całej księgi. Mogą tam być uczucia,
których nigdy byśmy się nie domyślili. Kiedy w 1921 roku aresztowano 19-letnią
Eugenię Dojarenko i trzech młodych czekistów grzebało w jej pościeli i w
komodzie z bielizną, dziewczyna zachowywała się spokojnie: nic tam nie ma,
niczego więc nie znajdą. I nagle wzięli w ręce jej intymny pamiętnik, którego
nawet matce nie mogłaby pokazać - otóż czytanie jej zwierzeń przez obcych, wrogo
nastawionych chłopaków boleśniej ją zraniło niż cała Łubianka z jej kratami i
lochami. I u wielu innych ludzi te prywatne uczucia i skłonności, którym
aresztowanie zadaje cios, mogą okazać się silniejsze niż lęk przed więzieniem
albo względy polityczne. Człowiek, nieprzygotowany wewnętrznie na gwałt, zawsze
jest słabszy od gwałciciela.
Nieliczni tylko mają tyle rozumu i
śmiałości, aby zorientować się z punktu. Dyrektor Instytutu Geologicznego
Akademii Nauk, Grigoriew, gdy przyszli po niego w 1948 roku, zabarykadował się i
dwie godziny palił papiery.
Czasami aresztowany czuje przede wszystkim
ulgę i nawet... RADOŚĆ, ale to zdarzało się głównie w okresie epidemii
aresztowań: kiedy naokoło zabierają jednego po drugim, jednego po drugim, takich
ja ty, a ciebie omijają, wciąż jakoś zwlekają, przecież to wyczerpuje, to dręczy
człowieka - i nie tylko wątłego duchem - gorzej od wszelkiego
więzienia.
Organy rychło nie doliczyłyby się kupy agentów i środków
transportu - i wbrew najlepszym chęciom Stalina, przeklęta maszyna musiałaby się
zatrzymać! ZASŁUŻYLIŚMY sobie po prostu na wszystko, co później
nastąpiło.
Wasyli Własow, nieustraszony komunista, którego tu nieraz
jeszcze wymienimy, odmówił ucieczki, jaką mu proponowali jego bezpartyjni
pomocnicy, a zadręczał się tym, że wyaresztowano już całe kierownictwo
Kadyjskiego powiatu (1937), on zaś wciąż jeszcze był wolny, wciąż wolny. Mógł
wytrzymać tylko cios frontalny - cios nastąpił i Własow zaraz się uspokoił, a
przez kilka pierwszych dni w więzieniu czuł się doskonale. Duchowny, ojciec
Iraks Boczarow w 1934 roku wyjechał do Ałma-Aty, żeby tam nieść pociechę
zesłanym wiernym. W tym czasie agenci trzykrotnie nachodzili jego mieszkanie w
Moskwie z nakazem aresztowania. Kiedy wrócił, parafianki czekały już na dworcu z
ostrzeżeniem. Osiem lat przerzucali go wierni z jednej kryjówki do drugiej. To
koczowanie tak zadręczyło popa, że kiedy go nareszcie w 1942 roku aresztowano,
zaczął z radości głośno chwalić Pana.
W tym rozdziale wciąż mówimy o
podstawowej masie, o królikach, nie wiadomo za co wsadzanych za kraty. Ale w tej
książce będziemy musieli jeszcze poruszyć sprawy tych, którzy także w naszym
ustroju mogli być uznani za politycznych. Wiera Rybakowa, studentka,
socjaldemokratka, marzyła na wolności o więzieniu izolacyjnym w Suzdalu: jedynie
tam mogła liczyć na spotkanie ze starszymi towarzyszami (nikogo już nie było na
swobodzie) i lepsze ugruntowanie swojego światopoglądu. Es-erka Katarzyna
Olickaja w 1924 roku uważała się nawet za niegodną siedzenia w więzieniu:
przeszli przez nie przecież najlepsi ludzie Rosji, ona zaś była jeszcze młoda i
nic jeszcze dla Rosji nie zdążyła zrobić. Ale wolność też już jej nie wabiła.
Tak też obie one poszły do więzienia - z dumą i radością.
"A gdzie opór?
Czemużeście się nie opierali?" - robią teraz wyrzuty ofiarom ci, których
zostawiono w spokoju.
A tak, sprzeciw powinien był zacząć się do razu, od
samego aresztowania.
Ale się nie zaczął.
* *
*
I oto - już cię prowadzą. Jeśli to dzień, to nadchodzi teraz
nieuchronnie ta krótka, niepowtarzalna chwila, kiedy - bez ostentacji, z twoją
tchórzliwą zgodą, albo ostentacyjnie, z pistoletami w ręku - prowadzą cię przez
tłum, między setkami takich samych niewinnych i osaczonych. Ust nikt ci nie
zamknął. I teraz powinienbyś KRZYCZEĆ; krzyczeć, że jesteś aresztowany! Ze
poprzebierane łotry wyłapują ludzi! Ze łapią ich na podstawie kłamliwych
donosów! Ze trwa głuche polowanie na miliony obywateli! I słysząc takie krzyki
wiele razy dziennie i we wszystkich dzielnicach miasta może by twoi
współobywatele nastawili uszu? Może aresztowanie przestałoby być taką łatwą
robotą?
W 1927 roku, kiedy potulność jeszcze nie tak bardzo rozmiękczyła
nasze mózgi, na placu Sierpuchowskim, w biały dzień, dwóch czekistów próbowało
zaaresztować kobietę. Kobieta uczepiła się słupa latarni, zaczęła krzyczeć, nie
chciała ustąpić. Zebrał się tłum. (Trzeba było takiej kobiety, ale też trzeba
było takiego tłumu! Nie wszyscy przechodnie odwracali oczy, nie wszyscy woleli
przemknąć się cichcem!). Dziarscy chłopcy od razu stracili rezon. Bo nie
potrafią pracować przy ludziach. Wsiedli do auta i ulotnili się. (A kobieta
powinna była od razu wsiąść do pociągu i wyjechać! Ale wolała przenocować w
domu. Więc w nocy odwieziono ją na Łubiankę).
Ale z twojego zaschniętego
gardła nie wyrywa się żaden krzyk, a przechodzący obok tłum bierze i ciebie, i
twoich oprawców za grupę przyjaciół na przechadzce.
Ja sam nieraz miałem
okazję do krzyku.
Jedenastego dnia po aresztowaniu trzej agenci
SMIERSZ-a, zajęci trzema walizami trofeów bardziej niż mną (po długiej podróży
już na mnie polegali), przywieźli mnie do Moskwy, na Dworzec Białoruski.
Nazywało się toto speckonwój, ale w istocie automaty przeszkadzały im tylko w
dźwiganiu bardzo ciężkich kufrów: był to łup nagrabiony w Niemczech przez nich
samych i przez ich naczelników z kontrwywiadu SMIERSZ II Frontu Białoruskiego.
Konwojowanie mojej osoby dało im pretekst do przekazania łupów rodzinom w głębi
ojczystego kraju. Czwartą walizkę dźwigałem sam bez żadnej ochoty: były w niej
moje dzienniki i utwory: dowody rzeczowe w mojej sprawie. Nikt z tej trojki nie
znał miasta, moim zadaniem więc był wybór najkrótszej drogi do więzienia. Ja sam
miałem zaprowadzić ich na Łubiankę, gdzie dotąd nigdy nie byli (myliłem ją
zresztą z ministerstwem spraw zagranicznych).
Po dobie spędzonej w
kontrwywiadzie mojej armii; po trzech dobach w kontrwywiadzie frontu, gdzie
współwięźniowie już mnie oświecili (co do oszustw i pułapek śledztwa, gróźb,
bicia, co do tego, że kogo zamkną, tego już nigdy nie wypuszczą; co do
nieuchronnego przydziału dychy) cudem wyrwałem się na świat boży i oto już
cztery dni rozjeżdżam jak wolny i otoczony wolnymi, chociaż grzbiet mój leżał
już na zgniłej słomie obok kubła, chociaż oczy moje widziały już sponiewieranych
i pozbawionych snu, uszy słyszały już słowa prawdy, usta kosztowały już
więziennej bryji. Czemu więc milczę? Czemu nie powiem wszystkiego oszukanym
ludziom w ostatniej mojej chwili, gdy jeszcze mogę otwarcie z nimi
gadać?
Milczałem w polskim mieście Brodnicy - ale tam może nikt nie
rozumie po rosyjsku? Nie krzyczałem ani razu na ulicach Białegostoku - ale może
to wszystko Polaków nie obchodzi? Ani słowa nie wymówiłem na stacji Wołkowysk -
ale ludzi tam było przymało. Jak gdyby nigdy nic maszerowałem z tymi
rozbójnikami po peronach Mińska - ale dworzec tam był jeszcze rozbity. A teraz
prowadzę za sobą agentów SMIERSZ-a do krytego białą kopułą, górnego, okrągłego
westybulu stacji Białoruska-Srednicowa moskiewskiego metra; stacja zalana jest
elektrycznym blaskiem i z dołu w górę płyną ku nam dwoma równoległymi ciągami
ruchomych schodów dwa gęste rzędy mieszkańców Moskwy. Wydaje się, że wszyscy oni
patrzą na mnie! Nieskończonym łańcuchem stamtąd, z głębin nieświadomości pną
się, pną się aż pod lśniącą kopułę, tu, do mnie, po jedno chociaż słowo prawdy,
czemuż to więc milczę??!...
A każdy ma zawsze dobry tuzin gładkich
powodów, żeby się nie poświęcać i uważać, że to słuszne.
Ludzie mają
jeszcze nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży i boją się swoim krzykiem
pogorszyć sprawę (przecież z tamtego, innego świata nie dochodzą do nas wieści,
nie wiemy więc, że od chwili aresztowania nasz los jest przesądzony w najgorszy
z możliwych sposobów i że pogorszyć go prawie nie można). Inni jeszcze nie
dojrzeli do tych pojęć, które układają się w krzyk wśród tłumu. Przecież tylko
rewolucjonista ma swoje hasła zawsze na wargach, same rwą mu się z ust, a skąd
ma je wziąć potulny, trzymający się na uboczu zjadacz chleba? On NIE WIE PO
PROSTU, co ma krzyczeć. Jest wreszcie rodzaj ludzi, których pierś zbyt jest
pełna, których oczy zbyt wiele widziały, aby można było dać upust temu jezioru w
kilku bezładnych okrzykach.
A ja - ja milczę z jeszcze jednego powodu: bo
tych ludzi wjeżdżających po stopniach dwóch wyciągów wciąż mi jeszcze za mało -
za mało! Tu mój lament usłyszą dwie setki, dwa razy po dwie setki ludzi - a co z
dwiema setkami milionów?... Roi mi się mgliście, że kiedyś jeszcze coś krzyknę
tym całym dwustu milionom...
A tymczasem wyciąg nieubłaganie niesie mnie
w dół, do piekieł, mnie, człowieka który nie otworzył ust.
Milczę jeszcze,
gdy idziemy przez Ochotny Riad.
Ani krzyknę koło "Metropolu".
Nie poderwę
rąk na Golgocie placu Łubiańskiego...
* * *
III Śledztwo
Gdyby czechowowskim
inteligentom, wciąż zastanawiającym się, co będzie za
dwadzieścia-trzydzieści-czterdzieści lat, ktoś odpowiedział, że za lat
czterdzieści będą w Rosji tortury przy śledztwie, że będą człowiekowi ściskać
głowę obręczą, zanurzać go w wannie z kwasem, że będą go - nagiego i skutego -
wystawiać na ukąszenia mrówek i pluskiew, że mu będą wpychać rozżarzony na
prymusie wycior w odbytnicę ("tajemne piętno"), powoli rozgniatać butem
genitalia, a już co najmniej - męczyć całotygodniową bezsennością, pragnieniem i
biciem na krwawy befsztyk - ani jedna sztuka Czechowa nie doszłaby do finału,
wszyscy bohaterowie znaleźliby się wcześniej w domu wariatów.
Ale co tam
bohaterowie Czechowa! Jak i w ogóle normalny Rosjanin, w tej liczbie również
każdy członek RSDRP mógłby w to uwierzyć, kto potrafiłby pogodzić się z takim
oczernianiem świetlanej przyszłości? To, co jeszcze za Aleksego Michajłowicza
wydawało się na miejscu, co za Piotra już uchodziło za barbarzyństwo, co za
czasów Birona mogło być zastosowane do 10-20 ludzi, co stało się już zupełnie
niemożliwe od czasów Katarzyny - otóż to właśnie w zenicie wspaniałego
dwudziestego wieku, w społeczeństwie opartym na socjalistycznych założeniach, w
okresie, gdy latały już samoloty, pojawiło się radio i film dźwiękowy -
popełnione zostało nie przez jednego niegodziwca, nie w jednym jakimś zakamarku,
ale przez dziesiątki tysięcy specjalnie wykształconych ludzkich bestii,
pastwiących się nad milionami bezbronnych ofiar. I czy straszny jest tylko ten
wybuch atawizmu, nazywany dziś wykrętnie "kultem jednostki"? Czy może raczej to
jest straszne, że tym samym czasie obchodzono u nas uroczyście stulecie śmierci
Puszkina? Ze bezwstydnie wystawiano właśnie sztuki Czechowa? chociaż odpowiedź
na nie już była dana? A może jeszcze straszniejsze jest to, że nawet po
trzydziestu latach powiada się nam: nie trzeba tym mówić! Kto wspomina o
cierpieniach milionów, ten wypacza perspektywę historyczną! Kto usiłuje wniknąć
w istotę naszego porządku moralnego ten rzuca cień na postęp materialny!
Przypomnijcie sobie lepiej puszczone w ruch wielkie piece i walcownie, przebite
kanały... nie, kanały lepiej nie... no to kopalnie złota na Kołymie, nie, o tym
też lepiej nie... Zresztą, można o wszystkim, byle umiejętnie, chwaląc, co
należy...
Źródło: Gazeta
Wyborcza