Gross i jego falsze (01-21) Profesor
dr hab. Jerzy Robert Nowak
Nowe falsze Grossa (01) - Obrzydliwy paszkwil
Grossa!!
Pare tygodni temu nakladem wydawnictwa Random House w USA
ukazal sie szczegolnie obrzydliwy paszkwil Jana Tomasza Grossa "Fear.
Anti-semitism in Poland after Auschwitz" ("Strach. Antysemityzm w Polsce po
Auschwitz"). Jest to ksiazka, ktora zaszokuje nawet najbardziej upartych i
naiwnych zwolennikow "Sasiadow" Grossa. Odslania bowiem tym razem otwarcie juz
niczym niezakamuflowane oblicze tego autora jako fanatycznego wroga Polski i
Polakow, pelnego jednoznacznej zlej woli. W "Sasiadach" Gross atakowal Polakow
na tle zdeformowanego obrazu spolecznosci polskiej w jednym malym miasteczku -
Jedwabnem. W "Strachu" idzie o wiele dalej, snujac wciaz pelne zacietrzewienia i
nienawisci uogolnienia o Polakach jako narodzie. Oszczerstwa Grossa az nadto
potwierdzaja prawdziwy obraz jego intencji, jaki kreslilismy 5 lat temu w
"Naszym Dzienniku". Obraz, ktoremu probowano sie przeciwstawiac w najbardziej
wplywowych mediach, od "Wyborczej" i "Rzeczpospolitej" po "Polityke" i "Tygodnik
Powszechny". Wszedzie tam probowano kreowac Grossa na rzekomy wielki autorytet
moralny, z pasja rozliczajacy niegodziwosci w wojennej historii
Polski.
Przedstawiano przy tym zydowskiego socjologa Grossa jako rzekomego
historyka i polskiego patriote, dokonujacego narodowego samorozrachunku.
Przeciwstawilem sie tym manipulacjom w "100 klamstwach Grossa" (Warszawa 2001,
s. 299), przytaczajac tekst ogloszonej w maju 1990 r. deklaracji grupy
zydowskich intelektualistow z 9 krajow - tzw. deklaracji z Yarnton. Gross byl
tam podpisany m.in. obok prof. M. Goldsteina z Belgii, rabina M. Schudricha z
USA, rabina dr. N. Solomona z Wielkiej Brytanii. Najdalej w chwalbie Grossa
poszedl Adam Michnik, przedstawiajac go w swym wstepie do niemieckiego wydania
"Sasiadow" jako kontynuatora Mickiewicza, Slowackiego, Gombrowicza i Milosza,
obnazajacych "zaklamanie i powierzchownosc" panujace w "rozleglych czesciach
polskiej kultury narodowej".
Juz wtedy jednak w debacie wokol ksiazki Grossa
w latach 2001-2002 z ostra krytyka jego klamstw wystapili tak wybitni autorzy
jak prof. T. Strzembosz, prof. I.C. Pogonowski, prof. B. Wolniewicz, prof. Z.
Musial, prof. K. Kawalec,
dr P. Gontarczyk, slynny zydowski prof. z USA N.
Finkelstein, najwybitniejszy amerykanski znawca historii Polski prof. R.C.
Lukas, niemiecki historyk dr B. Musial, slynna polska patriotka zydowskiego
pochodzenia D. Kacnelson. Przewazajaca czesc krytyk Grossa zostala jednak
starannie przemilczana w najbardziej wplywowych mediach, ktore najwyrazniej
wspieraly antypolskie uogolnienia wspomnianego autora. Dodajmy, ze Gross cieszyl
sie tez jednoznacznym poparciem postkomunistycznych wladz RP na czele z A.
Kwasniewskim i L. Millerem i owczesnego prezesa IPN L. Kieresa. Wciaz starano
sie przedstawiac Grossa jako godny nasladowania wzor rzekomego gleboko uczciwego
rozrachunku z ciemnymi kartami polskich dziejow.
Polscy "kaci" i
zydowskie "ofiary"
Dzis ten tak szczodrze wyslawiany kilka lat temu Gross
w pelni odslonil sie w sposob prawdziwie kompromitujacy dla wszystkich jego
niedawnych cynicznych lub naiwnych chwalcow. W ksiazce "Strach" bez zenady
pokazal, jak daleka jest mu jakakolwiek elementarna uczciwosc w spojrzeniu na
Polske i Polakow. Narod Polski, ktory tak bardzo ucierpial w czasie wojny, Gross
przedstawil w swej nowej ksiazce jako znikczemnialy narod dzikich antysemitow,
krwiozercow i rabusiow. Narod, w ktorym rzekomo tylko nieliczna mniejszosc
umiala zachowac uczciwosc w czas wyzwania, podczas gdy ogromna czesc nacji byla
pozbawiona wspolczucia dla mordowanych Zydow. Wedlug Grossa, "polskie
spoleczenstwo bylo niezdolne do oplakiwania smierci swych zydowskich sasiadow"
("Polish society was unable to mourn its Jewish neighbours deaths", "Fear", s.
258, zob. rowniez
s. 247). Co wiecej, rzekomo "powszechnie" kolaborowano z
Niemcami, do spolki z nimi grabiac Zydow, a czestokroc nawet ich mordujac.
Ksiazka Grossa jest przy tym oparta na jednym wyraznie dominujacym schemacie -
przeciwstawianiu "nikczemnych" Polakow - "katow", ich niewinnym, wrecz anielskim
"ofiarom" - Zydom.
Temu podstawowemu celowi Grossa sluzy niezwykle
tendencyjny dobor cytowanych zrodel. Gross z ogromna konsekwencja dobiera
wylacznie takie cytaty, ktore dowodza niezwyklego okrucienstwa Polakow wobec
Zydow i polskiej ogromnej pazernosci na grabione zydowskie mienie. Jednoczesnie
zas rownie konsekwentnie i starannie przemilcza wszystko to, co swiadczylo
dobrze o Polakach, przerozne przyklady ich pomocy w ratowaniu Zydow z narazeniem
smierci, przychylne Polakom swiadectwa Zydow i obserwatorow zachodnich. W
ksiazce Grossa wielokrotnie czytamy roznorodne, czasem dosc niewiarygodne opisy
domniemanych okrucienstw polskich wobec Zydow. Autor niejednokrotnie uzala sie
na rzekomy calkowity brak litosci dla losu Zydow w czasie wojny u ogromnej
czesci Polakow. Rownoczesnie zas nigdzie, ale to nigdzie, nie spotykamy u Grossa
jakiejkolwiek informacji o konkretnym przykladzie ratowania Zydow przez Polakow
w dobie wojny (chocby o przypadku Ireny Sendlerowej, ktora uratowala kilka
tysiecy Zydow). Czytamy za to wielokrotnie powtarzane pomstowania Grossa na
temat rzekomego "szeroko rozpowszechnionego" wspolnictwa Polakow z Niemcami w
eksterminacji Zydow lub co najmniej powszechnego zobojetnienia Polakow na ich
los. Juz w "Upiornej dekadzie" Gross pisal, ze Zydom pomagala jedynie "drobna
garstka Polakow". Teraz w "Strachu" pisze, ze Polacy ratujacy Zydow stanowili
tylko "mala mniejszosc" (s. 261). Jak bardzo klamliwe jest to stwierdzenie,
mozna zauwazyc przez porownanie go z opinia jednego z czolowych historykow IPN,
Jana Zaryna: "W roznorodna pomoc Zydom moglo byc zaangazowanych nawet do 1 mln
Polakow zyjacych pod okupacja niemiecka i sowiecka" (cyt. za: J. Zaryn,
Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach
1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego, IPN, Warszawa 2006, s. 81). Pomagalo
do miliona Polakow, choc kazdy przypadek pomocy narazal na natychmiastowy wyrok
smierci z rak niemieckich okupantow, a czesto takze nawet na wymordowanie calej
rodziny pomagajacego. Bylismy przeciez jedynym krajem w Europie, gdzie za
pomaganie Zydom grozila smierc. Przypominal o tym m.in. znany zydowski dzialacz
spoleczny Adolf Berman (brat Jakuba Bermana) w wystapieniu na sesji poswieconej
ratowaniu Zydow w dobie wojny, zorganizowanej w Jerozolimie w dniach 8-11
kwietnia 1974 r. (por. Rescue Attempts during the Holocaust, Yad Vashem,
Jerusalem 1977, s. 453). Gross calkowicie przemilcza w swej pisanej dla
Amerykanow ksiazce ten tak wazny fakt o Polsce jako jedynym kraju, gdzie grozila
kara smierci za pomoc Zydom. Rownie konsekwentnie przemilcza liczone na tysiace
przyklady Polakow zamordowanych za pomoc Zydom.
Grabienie Zydow jako
polska "specjalnosc"
Glowna teza Grossa jest to, ze Polacy w pierwszych
latach po wojnie z wielka pasja i zajadloscia mordowali Zydow, bo czuli sie
winni pomagania Niemcom w holokauscie, tego, ze razem z Niemcami zabijali Zydow
w czasie wojny. Jako wylaczny powod mordowania Zydow w Polsce Gross podaje
polska pazernosc i zadze rabunku, ktore jakoby doprowadzily wielkie rzesze
Polakow do kolaboracji z Niemcami. Po wojnie zas Polacy dalej mordowali Zydow,
by uniemozliwic im odzyskanie zagrabionego mienia. Na s. 256 "Strachu" czytamy:
"Innymi slowy Zydzi bardzo mocno budzili strach i byli niebezpieczni, nie z
powodu tego, co zrobili i mogli zrobic dla Polakow, lecz z powodu tego, co
Polacy zrobili dla Zydow. Powszechne wplatanie w morderstwa i rabowanie Zydow
odkrywalo w kazdej spolecznosci, w ktorej mialy miejsce napasci i rabunki,
sklonnosc do morderczego gwaltu, na ktora w zasadzie nikt nie byl uodporniony".
W ksiazce niejednokrotnie czytamy o "szeroko rozpowszechnionej zmowie
przecietnych Polakow z realizowana przez nazistow eksterminacja Zydow"
("ordinary Poles widespread collusion with the Nazi-driven extermination of the
Jews", s. 247-248). Juz we wstepie (s. XIV) Gross twierdzil, ze ta "szeroko
rozpowszechniona zmowa z realizowana przez nazistow grabieza i ewentualnym
rabowaniem Zydow byla tym, co wywolywalo polski antysemityzm po wojnie". Na s.
249 czytamy, ze "masy ludzi w Polsce staly sie wspolnikami w eksploatowaniu
Zydow i w doprowadzeniu ich do smierci". Na temat rzekomej "polskiej
kolaboracji" i rzekomego wspolnictwa "szerokich warstw" polskiego spoleczenstwa
z nazistami w grabieniu, a nawet mordowaniu Zydow czytamy u Grossa rowniez w
wielu innych miejscach jego ksiazki (por. np. s. 185, 186, 247, 250, 260).
Gross najwyrazniej stara sie poprzez wielokrotne powtarzanie antypolskich
oskarzen, by one maksymalnie utrwalily sie w umyslach jego amerykanskich
czytelnikow. Przypomnijmy, ze juz ponad piec lat temu w zwiazku z "Sasiadami"
Grossa znany historyk IPN, dyrektor w tym Instytucie Pawel Machcewicz krytykowal
to, iz: "Sa tez w pracach Grossa stwierdzenia rownie nie do przyjecia, choc nie
odnoszace sie bezposrednio do wydarzen w Jedwabnem - na przyklad konstatacja, ze
Polacy na Kresach Wschodnich masowo kolaborowali z wkraczajacym Wehrmachtem.
Jest to nic innego jak tylko stereotyp kreowany przez Grossa. Autor protestuje
przeciw stereotypowi przypisujacemu Zydom wspolprace z NKWD, ale w to miejsce
chce wprowadzic stereotyp rzekomej masowej wspolpracy Polakow z Niemcami. Uwagi
Grossa w rodzaju tej, ze Polacy, gdyby chcieli, mogli wbrew gestapo uratowac
znacznie wiecej Zydow, sa takze niezwykle ryzykowne" (por. Co sie stalo w
Jedwabnem, rozmowa P. Paliwody z P. Machcewiczem, "Zycie", 30 stycznia 2001
r.).
Gross nie tylko nie wyciagnal zadnych wnioskow z udokumentowanych krytyk
jego uogolnien ze strony licznych polskich historykow, lecz jeszcze w skrajnym
stopniu nasilil swe uogolnienia. Szczegolnie mocno znalazlo to odbicie w
maksymalnym wyeksponowaniu w "Strachu" grabienia Zydow jako rzekomo szczegolnie
rozpowszechnionej w Polsce "specjalnosci" Polakow. Wedlug Grossa (s. 252),
"grabienie Zydow bylo spolecznie akceptowana norma w Polsce" ("spoliation of the
Jews become a community-accepted norm"). Na s. 47 Gross twierdzi, ze ok. 2,5 mln
Polakow uleglo demoralizacji w konsekwencji grabienia mienia
zydowskiego.
Porownajmy twierdzenia Grossa o rzekomej ogromnej skali grabiezy
mienia zydowskiego przez Polakow z uksztaltowanymi na podstawie wieloletnich
badan ocenami historyka (a nie socjologa jak Gross) Teresy Prekerowej, zwiazanej
z Zydowskim Instytutem Historycznym. W "Najnowszych dziejach Zydow w Polsce"
(Warszawa 1993, s. 306), ksiazce powstalej w zwiazku z pracami prowadzonymi w
Centrum Badania i Nauczania Dziejow i Kultury Zydow w Polsce, Prekerowa pisze,
ze z uderzenia gospodarczego w Zydow "korzysci materialne" "odnosila niewielka
badz co badz grupa ludnosci polskiej". Piszac do amerykanskich czytelnikow,
Gross klamliwie przemilcza, ze grabiez mienia zydowskiego byla dokonywana
glownie przez Niemcow, a nie Polakow. A takze to, ze sami Polacy padali na
wielka skale ofiarami grabiezy ze strony Niemcow. O tej grabiezy mienia
polskiego przez Niemcow nie przeczytamy u Grossa doslownie ani slowa. Porownajmy
wiec jego wywody z udokumentowanymi, opartymi na wieloletniej pracy w zawodzie
historyka stwierdzeniami T. Prekerowej (op. cit., s. 280): "Kolejna represja,
ktora dotknela ludnosc zydowska (a w duzym stopniu rowniez polska) [podkr. JRN]
byla grabiez mienia. Rozpoczeta od polowy wrzesnia, w pazdzierniku i listopadzie
przyjela formy zorganizowane, a w grudniu 1939 r. zostala gwaltownie
zintensyfikowana. Wladze niemieckie przejely cala wlasnosc panstwowa [podkr.
JRN] oraz majatek zlikwidowanych polskich i zydowskich organizacji politycznych,
spolecznych i kulturalnych, jak tez cale mienie zydowskich zrzeszen religijnych
i znaczna czesc majatku Kosciola katolickiego [podkr. JRN]. Na ziemiach
wcielonych skonfiskowano wszystkie prywatne polskie [podkr. JRN] i zydowskie
przedsiebiorstwa przemyslowe, transportowe i inne, hurtownie, czesc warsztatow
rzemieslniczych i sklepow oraz duze i srednie gospodarstwa rolne. W GG Polakom
odebrano wieksze przedsiebiorstwa [podkr. JRN] i ustanowiono niemieckich
zarzadcow w duzych gospodarstwach rolnych, Zydom zas zabrano prawie wszystko,
zostawiajac jedynie najmniejsze sklepiki i warsztaty rzemieslnicze. Zaklady
zydowskie na ogol przekazywano Niemcom [podkr. JRN], niektore mniejsze sklepy i
warsztaty oddawano w zarzad lub uzytkowanie Polakom wysiedlonym z wcielonego do
Rzeszy 'kraju Warty' (Wartheland) (...) w praktyce ograbiono wszystkie bogatsze
mieszkania zydowskie i wiele polskich [podkr. JRN]".
Calkowita nieuczciwosc
Grossa doskonale ilustruje fakt, ze piszac do na ogol kompletnie
niezorientowanych w historii Polski doby wojny czytelnikow amerykanskich,
cynicznie przemilcza fakt, ze bardzo duza czesc Polakow padla ofiara niemieckiej
grabiezy. A takze to, ze w wyniku tej grabiezy bezpowrotnie przepadla bardzo
duza czesc polskiego majatku narodowego, przemyslu, skarbow kultury i sztuki. O
tym wszystkim Gross swiadomie nie informuje amerykanskich czytelnikow, tym
chetniej za to zapewniajac, jak to na holokauscie wzbogacila sie polska
burzuazja i chlopi, jak dzieki temu rozwinela sie polska klasa srednia (np. s.
39-40).
Przemilczana polska martyrologia
Trzeba przyznac, ze
Gross jest niebywale konsekwentny w portretowaniu Polakow jako grabiezcow i
"katow", wspolsprawcow holokaustu. W swej ponad 300-stronicowej ksiazce,
poswieconej przedstawieniu tragicznych losow Zydow mordowanych z zadzy rabunku
przez Polakow w czasie wojny i w pierwszych latach powojennych, niemal
calkowicie przemilcza wojenna martyrologie Polakow. Niemal calkowicie, poza
dwoma zdaniami (!). Jedno zdanie (s. 11) to informacja o smierci paruset tysiecy
mieszkancow Warszawy podczas Powstania Warszawskiego. Drugie zdanie (s. 4) to
skadinad niezgodna z faktami informacja wydatnie pomniejszajaca rozmiary
polskiej martyrologii. Wedlug Grossa, w czasie wojny zginelo nie ponad 3 mln
Polakow, jak to jest powszechnie przyjete, lecz tylko 1,5-2 mln (Gross podaje,
ze w czasie wojny zginelo miedzy 4,5 mln a 5 mln polskich obywateli, w tym 3 mln
Zydow). Poza tymi dwoma zdaniami w calej ksiazce Grossa nie ma doslownie ani
jednego slowa wiecej o spowodowanej przez Niemcow polskiej gehennie doby
wojny.
Za to wielokrotnie czytamy o polskim wspolnictwie z Niemcami w
eksterminowaniu Zydow, w grabiezy ich mienia. Niedoinformowany czytelnik
amerykanski (takich jest przypuszczalnie 99 proc. czytelnikow ksiazki Grossa)
nie bedzie mial po takiej lekturze pojecia, ze Polacy byli faktycznymi ofiarami
tej wojny, przeciwnie - bedzie mial odczucie, ze Polacy cynicznie i bezwzglednie
wykorzystali okupacje niemiecka do niesamowitego wzbogacenia sie kosztem Zydow.
Na s. 5 Gross pisze, ze odmiennie niz w odniesieniu do Zydow Niemcy nie
przewidywali eksterminacji Polakow, lecz chcieli ich uczynic niewolnikami
wykorzystywanymi do pracy fizycznej. Przemilcza istnienie planow niemieckich
przewidujacych przyszla eksterminacje milionow Polakow. Konsekwentnie przemilcza
rozmiary strat polskiej inteligencji, ktora niemiecki okupant chcial
wyeliminowac w calosci. Przemilcza fakt, ze Oswiecim byl poczatkowo obozem
glownie dla Polakow, milczy o takich katowniach niemieckich dla Polakow, jak
Pawiak czy wiezienie na al. Szucha.
Zarzucajac wielokrotnie Polakom rzekoma
obojetnosc wobec losu zydowskich ofiar zaglady, "brak oplakiwania zydowskich
zmarlych", Gross konsekwentnie milczy przed amerykanskimi czytelnikami na temat
polskich ofiar niemieckich zbrodni. Motywy tego milczenia sa az nadto
jednoznaczne. Jego ksiazka ma spelnic swoj cel jako potezna maczuga wymierzona w
polskich "katow" i "rabusiow", ktorzy zagarneli zydowskie mienie. Temu celowi
jest podporzadkowane doslownie wszystko w ksiazce Grossa. Pokazanie czegokolwiek
o tym, jak Polacy ucierpieli w czasie wojny, mogloby niepotrzebnie "oslabic"
podstawowy cel - wywolanie jak najwiekszego wspolczucia dla "nikczemnie
obrabowanych" przez Polakow Zydow. Wspolczucia, ktore potem wykorzysta
odpowiednie lobby w USA dla maksymalnego zintensyfikowania naciskow w celu
wymuszenia na Polsce jak najwiekszych odszkodowan dla Zydow. Intencje Grossa
swietnie wyczul juz wczesniej slynny zydowski profesor z USA Norman Finkelstein
na podstawie jednego z rozdzialow "Sasiadow". Finkelstein pisal, ze: "Z
blogoslawienstwem Grossa 'Sasiedzi' stali sie kolejnym orezem 'przedsiebiorstwa
holokaust' w jego dazeniu do ograbienia Polski (...) 'przedsiebiorstwo
holokaust' wysuwa roszczenia wobec setek tysiecy parceli w Polsce, ktorych
wartosc szacuje sie na kilkadziesiat miliardow dolarow.
Co wiecej, nawet
spelnienie tych astronomicznych zadan i tak nigdy nie przyniosloby prawdziwego
pojednania. 'Przedsiebiorstwo holokaust' nie reprezentuje bowiem ani 'tych,
ktorzy zostali zamordowani', ani ocalalych Zydow, ani ich spadkobiercow. Jest to
najzwyklejsze wyludzanie zakamuflowane pod sztandarem zydowskiego cierpienia.
(...) Gross pisze, ze 'chodzi tu o kwestie moralna, a nie materialna'. Tak
naprawde zas mamy tu do czynienia ze zwyklym chuliganstwem 'przedsiebiorstwa
holokaust'". (N. Finkelstein, Przedsiebiorstwo holokaust, Warszawa 2001, s. 198,
199-200).
Przypomnijmy tu, ze Gross w swojej ksiazce "Strach" wielokrotnie
atakuje "pazerne" polskie chlopstwo, ktore mordowalo Zydow z zadzy rabunku. W
calej jego ponad 300-stronicowej ksiazce nie znajdzie sie natomiast ani jednego
zdania o jakichkolwiek przejawach pelnych poswiecenia dzialan ze strony czesci
mieszkancow polskich wsi - dzialan, za ktore wielu polskich chlopow ratujacych
Zydow zaplacilo wlasnym zyciem. Odwolam sie tu znow do informacji zawartej w
ksiazce historyk Teresy Prekerowej, zwiazanej z Zydowskim Instytutem
Historycznym. W cytowanej juz ksiazce "Najnowsze dzieje Zydow w Polsce" pisala
ona na ss. 353-354: "Mieszkancy wsi byli najbardziej narazeni na represje ze
wzgledu na nieznajomosc zasad konspiracji. (...) Na wsiach tez Niemcy stosowali
najczesciej - dla odstraszenia - zasady odpowiedzialnosci zbiorowej, mordujac
nie tylko osoby przechowujace, ale rowniez bliskich sasiadow. Do najwiekszych
egzekucji na tym tle doszlo wiosna 1943 r. w wojewodztwie rzeszowskim, gdzie we
wsi Przewrotne zamordowano 13 marca za ukrywanie Zydow 30 Polakow, a 5 maja
dalszych 16, 20 czerwca zas w pobliskiej wsi Hucisko 21 jej polskich mieszkancow
(spalono tez 17 domow i kilkanascie zabudowan gospodarczych). Do pacyfikacji
doszlo w czerwcu takze w Ceglowie w wojewodztwie siedleckim. Objela ona 25
Polakow, ktorzy w sasiedniej wsi Cisie przechowywali grupe Zydow z Ceglowa.
Niektorzy z Zydow ocaleli. We wsi Ciepielow i pobliskiej Reklowce (woj.
radomskie) w grudniu 1942 r. spalono zywcem 31 osob (miejscowych rolnikow i ich
rodziny) wraz z ukrywanymi przez nich Zydami (...) We wszystkich tych
egzekucjach gineli zarowno dorosli, jak i niemowleta i paroletnie
dzieci".
Zapytajmy: co wspolnego z wymogami elementarnej uczciwosci ma
przemilczenie przez Grossa tych faktow w ksiazce adresowanej do amerykanskich
czytelnikow, w ktorej przedstawia arcyponury obraz pazernych i krwiozerczych
polskich chlopow? Notabene Rzeszowskie, ktore bylo miejscem tak okrutnych kazni
na rozlicznych chlopach ukrywajacych Zydow, jest w ksiazce Grossa przedstawione
wylacznie jako teren, gdzie doszlo do antyzydowskiego pogromu w 1945 roku (s.
73-80).
Gross pomija fakty swiadczace o tym, ze w pierwszym okresie okupacji
niemieckiej w Polsce Polacy byli nacja bardziej bezwzglednie traktowana niz
Zydzi. Bylo tak w latach 1939-1941, az do poczatkow 1942 roku, gdy Niemcy
podjeli decyzje o "ostatecznym rozwiazaniu kwestii zydowskiej". Nader wymowne
pod tym wzgledem sa dane zawarte w "Dzienniku lat okupacji" dr. Zygmunta
Klukowskiego, ktorego skadinad cytuje rowniez Gross, choc bardzo wybiorczo i
tendencyjnie. Czytajac ksiazke Klukowskiego (por. np. s. 80, 86, 92, 93, 97),
wyraznie widac, ze poczatkowo Niemcy, choc szykanowali i ponizali Zydow, to
najbardziej brutalne represje rezerwowali dla Polakow, w nich widzac najwieksze
niebezpieczenstwo dla siebie, a przede wszystkim grozbe konspiracji. W opinii
dr. Klukowskiego, w tych pierwszych latach okupacji to nie Zydzi, lecz Polacy
stanowia wyrazne gros osob aresztowanych przez Niemcow. Sa to przy tym ludzie z
miejscowej elity. Na tle wielokrotnie wyliczanych nazwisk Polakow rozstrzelanych
lub wywiezionych do obozow na pierwszych paruset stronach ksiazki Klukowskiego
nader rzadko pojawiaja sie informacje o jakichkolwiek ostrzejszych represjach
wobec Zydow. Rzecz znamienna - oboz w Auschwitz Niemcy stworzyli najpierw dla
Polakow, i to niemal wylacznie oni byli tam kierowani w poczatkowym okresie.
Zydow zaczeto tam kierowac znacznie pozniej. Godne uwagi jest tu to, co pisala
na ten temat cytowana juz historyk T. Prekerowa w ksiazce "Najnowsze dzieje
Zydow w Polsce" (ss. 304-305): "W ciagu pierwszego roku okupacji, a nawet
dluzej, ludnosc polska nie miala wrazenia, ze Zydzi sa bardziej uciskani od
niej. Wprost przeciwnie. To przeciez glownie Polacy byli aresztowani,
torturowani w wiezieniach Gestapo, rozstrzeliwani, zsylani do obozow
koncentracyjnych w Oswiecimiu, Buchenwaldzie czy Sachsenhausen. Zydow bardziej
ograniczano pod wzgledem ekonomicznym, odsuwano coraz ostrzej od udzialu w zyciu
gospodarczym, ale wiekszosc ludnosci polskiej uwazala to za mniejsze
zlo".
Opisy polskich okrucienstw
Calkowicie przemilczajac
jakiekolwiek opisy polskiej martyrologii, Gross poswieca bardzo duzo miejsca na
dosadne opisy roznych polskich okrucienstw na Zydach. Chodzi o to, by
amerykanskim czytelnikom jak najsilniej utkwila w umyslach rola Polakow jako
okrutnych katow, sadystycznie pastwiacych sie nad Zydami. I tak np. na s. 60
czytamy o podrzynaniu Zydom gardel w pociagach, o wyrzucaniu Zydow z pedzacego
pociagu. Na s. 41 czytamy, ze Zydowke torturowano, przypalajac, aby dowiedziec
sie, gdzie ukryla zloto i kosztownosci. Na tejze 41 stronie czytamy, jak w
listopadzie 1945 r. w okolicy obozu w Treblince liczni polscy rabusie z lopatami
wsrod kosci i innych czesci cial pomordowanych Zydow szukali kosztownosci i
zlotych zebow etc. Na s. 103 czytamy o tlumie Polakow kamienujacych Zydow. Na s.
101 czytamy potworna opowiesc o tym, jak jakis polski wojskowy, uslyszawszy, ze
w grupie Zydow sa dzieci, powiedzial: "Nie wiesz, co robic z dziecmi, chwyc je
za nogi i rozciagaj w przeciwnych kierunkach". Na s. 106 czytamy, jak to polski
milicjant bezlitosnie zabil kobiete i niemowle. Zapytany pozniej przez sedziego,
jak mogl zabic malenkie dziecko, czy nie czul zadnej litosci, milicjant
odpowiedzial: "Oczywiscie, ze czulem litosc, ale nawet jesli ktos odczuwa
litosc, to co moze zrobic, gdy dziecko juz i tak nie ma matki. Dziecko mogloby
plakac". Potem czytamy na s. 108, jak to po dokonaniu mordu milicjant wraz ze
swymi polskimi wspolnikami spokojnie, z poczuciem satysfakcji spozywali
wykwintny posilek, dzielac lupy zrabowane przy swojej ofierze. Na s. 109
czytamy, jak to Polacy rabowali ciala zamordowanych Zydow, na s. 111 - o tym,
jak rozbijali glowy Zydow kawalkami zelaza. Na ss. 112 powracaja opisy Zydow
wyrzucanych z pedzacych pociagow. Na ss. 172-173 czytamy o tym, jak to Polki
rzekomo cieszyly sie z tragedii Zydow plonacych w getcie, mowiac, ze "smaza sie
kotlety z Zydow".
Wedlug opowiesci Grossa, Polacy mordowali Zydow niemal
wylacznie z chciwosci i zadzy rabunku. Zdarzaly sie jednak i inne przypadki,
brzmiace raczej dosc niewiarygodnie. Oto na przyklad na s. 52 czytamy, ze
niemajacy dzieci Polak zabil jakiejs Zydowce brata i szwagierke i przejal
dziecko zamordowanych. Traktuje je dobrze i nie chce go oddac. Zdaniem Zydowki,
Polak przypuszczalnie zabil rodzicow dziecka dla jego przejecia pod swoja
opieke. Na s. 82 czytamy o dosc szczegolnym dowodzie "krwiozerczosci" polskich
mas. Otoz Gross powoluje sie na jakas Zydowke z Krakowa, ktora jakoby
podsluchala wypowiedz polskiego kolejarza, ktory powiedzial: "To skandal, zeby
Polak nie mial cywilnej odwagi uderzyc bezbronnego czlowieka". Kazdy, kto wie,
jakie idealy byly kreowane przez wieki w Polsce, w odroznieniu od Rosji carskiej
i Prus, musi zdac sobie sprawe z tego, jak absurdalnie brzmi tego typu rzekoma
wypowiedz, wlozona w usta polskiego kolejarza.
Przekonani przez Grossa o
niebywalym sadyzmie Polakow amerykanscy czytelnicy nie beda sobie w ogole zdawac
sprawy z tego, ze Polacy padali masowo ofiarami okrutnych kazni niemieckich. A
takze bestialskich mordow z rak Sowietow czy nacjonalistow ukrainskich. A takze
z rak komunistow zydowskich (chocby w latach 1939-1941 na Kresach dawnej II RP,
pozniej w Nalibokach czy Koniuchach, czy po 1944 r. z rak zydowskich oficerow
UB). Profesor Jerzy Robert Nowak , www.naszdziennik.pl i www.radiomaryja.pl , 060729.
Nowe falsze Grossa (02) - Przeciw Polsce i Kosciolowi!
Przytaczane przeze mnie w pierwszej czesci "Nowych falszow
Grossa" ("Nasz Dziennik", 29-30 lipca) fragmenty ksiazki "Strach" J. T. Grossa
dowodza, ze mamy tu do czynienia z klinicznym przykladem antypolonizmu. Jest to
zarazem przyklad szczegolnie wyrachowanego antypolonizmu. Autor doskonale wie,
ze prawda byla calkowicie odmienna niz to, co podaje w swym obrazie Polski i
Polakow. Podszedl do tematu, zajmujac postawe skrajnie cynicznego utylitaryzmu.
Wszystkie stosowane przezen antypolskie kalumnie maja uswiecic glowny cel -
maksymalne skompromitowanie Polakow w opinii wplywowych srodowisk amerykanskich.
Tak, aby poparly one w pelni plany wyduszenia na Polakach jako narodzie
"krwiozercow" i "grabiezcow" postulowanych kilkudziesieciu miliardow dolarow za
mienie zydowskie. Temu celowi sluzy opisane w poprzednim odcinku swiadome
przemilczenie przez Grossa rozmiarow martyrologii polskiej czasow wojny czy
ogromnych rozmiarow strat materialnych poniesionych przez Narod
Polski.
Grossa pod sad!
Szczegolnie skandaliczny jest
fakt, ze Gross w pewnym miejscu swej ksiazki (s. 248) uskarza sie na to, ze obok
zydowskiej takze niemiecka wlasnosc w Polsce ulegla "olbrzymiemu rabunkowi"
("only Jewish and German property were ever massively plundered in Poland"). Jak
pogodzic to z faktem, ze ten sam Gross nigdzie w swej calej ponad
300-stronicowej ksiazce, pisanej dla Amerykanow, nawet jednym zdaniem nie
wspomina o naprawde olbrzymim rabunku Polski przez Niemcow! Ani o olbrzymich
zniszczeniach polskiego majatku narodowego, ktore o kilka dziesiecioleci cofnely
nas w rozwoju gospodarczym. Gross wszystko przemilcza z niebywala konsekwencja.
Nazbyt bowiem klociloby sie to z tak starannie saczona przez niego wizja Polakow
jako narodu "grabiezcow" i "katow". Robi w swej ksiazce doslownie wszystko, aby
przekonac nie majacych pojecia o historii Europy Amerykanow, ze czas wreszcie
maksymalnie ukarac Polakow za ich rzekome "haniebne grabieze i mordy". Niech
zaplaca za nie Zydom prawdziwie slona cene!
Przy okazji ostatniego cytatu z
ksiazki Grossa konieczne jest jedno bardzo wazne podkreslenie. Uwazam, ze juz
sam fakt napisania przez Grossa o "olbrzymim rabunku" niemieckiej wlasnosci w
Polsce przy rownoczesnym calkowitym pominieciu zrujnowania na tak wielka skale
polskiego majatku narodowego i jego grabiezy przez Niemcow powinien byc jednym z
powodow wytoczenia Grossowi sprawy sadowej przez polskie wladze. Czy rzad PiS
sie na to zdobedzie?
Dobrze sie stalo, ze najwyrazniej z mysla o takich jak
Gross wstawiono nowy zapis do ustawy lustracyjnej pozwalajacy skazac na trzy
lata wiezienia osoby, ktore napisza o wspolodpowiedzialnosci Polakow za zbrodnie
nazistowskie. Mysle, ze ten zapis w ustawie powinien odnosic sie rowniez do
polskich klakierow polakozerczych ksiazek i do redakcji, ktore drukuja ich peany
na czesc polakozercow. Mamy oto swiezy, az nadto jaskrawy przyklad niegodnej
postawy tego typu. Oto w "Gazecie Wyborczej" z 29-30 lipca 2006 r. ukazal sie
tekst Piotra Wrobla, wykladowcy z Toronto. Jest on od dawna znany tamtejszym
Polakom jak zly szelag z powodu swej zapieklej niecheci do prawdziwej polskosci
i polskiego patriotyzmu. Wrobel pozostaje najwyrazniej wierny swoim oszczerczym
uprzedzeniom do polskiej historii. W publikowanym w "Gazecie Wyborczej" tekscie
wyslawia nowa ksiazke Grossa; mimo pewnych zastrzezen twierdzi, ze "Strach" to
lektura obowiazkowa dla wszystkich, ktorzy interesuja sie najnowsza historia
Polski, ze "podziwia Grossa za przenikliwosc i odwage". Nizej chyba nie mozna
bylo upasc, piszac takie brednie po polsku! Jak ocenic redakcje, ktora drukuje
panegiryk o fanatycznej polakozerczej ksiazce? Najlepiej zrobilby to sad w
oparciu o dokladne, udokumentowane analizy ekspertow.
W tym kontekscie nalezy
zauwazyc, ze wlasnie w najnowszym biuletynie IPN ukazaly sie dwie obszerne,
miazdzace ksiazke Grossa recenzje znawcow problematyki z Polonii kanadyjskiej i
amerykanskiej: R. Tyndorfa i J. Radzilowskiego. Wydrukowanie takich wlasnie
dwoch tekstow w biuletynie IPN jest tym bardziej warte zauwazenia, ze to wlasnie
byly, tak niegodny prezes IPN Leon Kieres byl przez lata glownym polskim
protektorem Grossa (obok A. Kwasniewskiego). Dodam, ze wlasnie w tych dniach
otrzymalem z Kanady inna miazdzaca recenzje ksiazki Grossa. Jest to tekst
znanego publicysty polonijnego Jana Czekajewskiego zatytulowany "Polacy!
Obrzydliwe plemie", ktory ukazal sie w tygodniku "Goniec" (Mississauga, Kanada)
28 lipca 2006 roku.
Stare przyslowie mowi: Uderz w stol, a nozyce sie odezwa!
Zaledwie przeglosowano w Sejmie projekt ustawy lustracyjnej z zapisem o karaniu
oszczerstw o wspolodpowiedzialnosci Polakow za zbrodnie nazistowskie, a juz
pojawilo sie w zwiazku z nim donosne bicie na alarm. Znany liberal Wojciech
Sadurski w obszernym tekscie w "Gazecie Wyborczej" z 31 lipca 2006 r. z furia
protestuje przeciw niemu. Coz, "Gazeta Wyborcza" ma az nadto czego sie bac w
przypadku ostatecznego zaakceptowania ustawy z takim zapisem. Podobnie jak jej
ulubiency z J.T. Grossem na czele!
Jak Gross deformuje
fakty
Panegirysci Grossa typu dosc szczegolnego naukowca profesora
(!) Piotra Wrobla przemilczaja to, ze Gross ordynarnie falszuje podstawowe
fakty, wciaz zachowujac sie jak hochsztapler i manipulator. Oto kilka jakze
wymownych przykladow. Na stronie 37 swojej ksiazki klamliwie pisze o 1600 Zydach
zamordowanych w Jedwabnem. Zamieszcza te tak falszywe, zawyzone dane pomimo
jednoznacznych ustalen IPN w czasie niepelnej ekshumacji w Jedwabnem. Dowiodly
one, ze w Jedwabnem zamordowano ok. 300 Zydow, a wiec ponad 5 razy mniej, niz
podaje Gross.
Typowym przykladem swiadomego oczerniania Polakow przez Grossa
jest umieszczenie przez niego na obwolucie ksiazki twierdzenia, jakoby "pogrom"
w Kielcach byl "najkrwawszym pogromem europejskim w czasach pokojowych w
dwudziestym wieku". To ordynarne falszerstwo zostaje powtorzone rowniez na
stronie 156 ksiazki Grossa. Jak wiadomo, w 1946 r. w Kielcach zginelo 37 Zydow i
3 Polakow. Tymczasem w czterodniowym pogromie w Odessie w 1905 r. zamordowano
ponad 400 Zydow, a wiec ponad 10-krotnie wiecej (por. P. Johnson, Historia
Zydow, Krakow 1993,
s. 389; Najnowsze dzieje Zydow w Polsce, Warszawa 1993,
s. 43). W pogromie w Kiszyniowie w 1903 r. zamordowano blisko 45 Zydow,
poraniono 600, ograbiono 1500 domow (wedlug polskiej edycji Encyklopedii
Britannica, t. 32, s. 390). W czasie zorganizowanego przez nazistow w 1938 r.
pogromu, tzw. nocy krysztalowej, zginelo 91 Zydow (Britannica, edycja polska, t.
29, s. 121).
Powielajac klamliwe tezy komunistycznej propagandy o rzekomych
wielkich tlumach antysemickich w Kielcach, Gross pisze na s. 94, ze w "pogromie"
uczestniczyla jakoby jedna czwarta ludnosci Kielc [wowczas prawie 50-tysiecznego
miasta - J.R.N.]. W rzeczywistosci "grupa osob znajdujacych sie na ul. Planty i
wokol budynku Komitetu Zydowskiego w apogeum swojej liczebnosci - po dojsciu na
miejsce robotnikow - liczyla nie wiecej jak 500 osob" (wg raportu prokuratora K.
Falkiewicza o umorzeniu sledztwa - por.: Wokol pogromu kieleckiego, Warszawa
2006, s. 480). Dodajmy, ze podobne oceny liczebnosci tlumu byly juz znacznie
wczesniej definitywnie okreslone w latach 90. (np. w czasie sledztwa
prowadzonego przez sedziego A. Jankowskiego). Tym bardziej szokuje upor Grossa,
wielokrotnie zawyzajacego faktyczna liczbe uczestnikow tlumu w imie swojej
przyjetej z gory tezy.
Na s. 81 Gross podaje, ze w "pogromie" w Krakowie
zginelo od jednej do pieciu osob. Nie przeszkadza mu to w twierdzeniu juz na
nastepnej stronie, za S. Hartmanem, ze "pogrom" w Krakowie byl straszniejszy niz
pogrom we Lwowie w 1941 r., gdzie zabito kilka tysiecy Zydow (!). Na s. 172
Gross powtarza twierdzenia z wiersza Czeslawa Milosza "Campo di Fiori",
opisujacego wymyslona przez poete rzekoma radosna zabawe Polakow na karuzeli
przy murach getta, w ktorym ploneli mordowani przez Niemcow Zydzi. Takiej
radosnej zabawy nie bylo i byc nie moglo, chocby dlatego ze karuzela byla
unieruchomiona od poczatku pacyfikacji getta przez Niemcow, jak stwierdzali
autentyczni swiadkowie wydarzen. Nie kto inny jak slynny kurier Polskiego
Panstwa Podziemnego Jerzy Lerski pisal w swych wspomnieniach o "wozkach
zastyglej w bezruchu karuzeli" (por. omawiajacy te wspomnienia tekst W.
Bartoszewskiego "Wierny krajowi", "Zeszyty Historyczne", Paryz 1985, z. 71, s.
229). Co wiecej, inny swiadek owczesnych wydarzen - wspomniany Wladyslaw
Bartoszewski - calkowicie potwierdzal faktograficzna informacje Lerskiego,
akcentujac: "Tak bylo! Karuzela byla nieczynna od chwili wybuchu walk w getcie"
(tamze, s. 229). Przyklady roznych deformacji faktow przez Grossa mozna by dlugo
mnozyc. Powroce do nich przy opisie poszczegolnych przeklamanych
tematow.
Szkalowanie Kosciola katolickiego
Jadowitemu
antypolonizmowi Grossa towarzysza rownie jadowite ataki na Kosciol katolicki w
Polsce w dobie wojny i w pierwszych latach powojennych. Gross zajadle szkaluje
Kosciol katolicki, przedstawiajac go jako do cna przezarty antysemityzmem. Na s.
151 pisze wprost o "kanibalicznej teologii, jaka sprawowala kontrole nad
umyslami polskiego kleru". Starannie przemilczajac role zorganizowanej pomocy
polskich duchownych katolickich dla Zydow, Gross tym skwapliwiej stara sie
maksymalnie przyczernic obraz stosunku Kosciola katolickiego w Polsce do Zydow w
czasie wojny. Na s. 46 pisze o wyrazanej jakoby przez Kosciol "antysemickiej
ideologii". Na s. 140 dodaje, ze "polski kler byl tak razaco antysemicki". Na s.
261 zarzuca "fundamentalnie antysemickiemu duchowienstwu" Polski, ze dowiodlo
"swej niecheci do wystapienia i przeszkodzenia swej trzodce w zaangazowaniu po
stronie nazistow". Na tej samej stronie Gross twierdzi, ze "ratujacy [Zydow -
J.R.N.] reprezentowali mala mniejszosc, poddawana ostracyzmowi w ich wlasnym
srodowisku, podczas gdy warstewka religijnosci cechujaca polskie duchowienstwo
byla cienka, latwo rozpadala sie na skutek uprzedzen i chciwosci, ktore
podzielali wraz z przecietnymi ludzmi" (prejudice and greed, they shared with
the common folk). Na tejze 261 stronie Gross pisze, ze reprezentanci Kosciola
mogli zabronic swym parafianom udzialu w zabijaniu Zydow i ze mogli to zrobic
jakoby bez narazenia zycia. Jakby nie bylo w ogole faktu zamordowania przez
Niemcow kilku tysiecy polskich duchownych, w tym kilku biskupow. Gross twierdzi,
ze w kazdym takim regionie, gdzie nie slychac bylo glosu reprezentantow Kosciola
w tej sprawie [tj. mordowania Zydow - J.R.N.], Kosciol stawal sie "faktycznie
wspolnikiem w morderczych napasciach polskich katolikow przeciwko ich zydowskim
sasiadom" (in each district, where the voice of its representatives was not
heard on this issue, the Church become complitious in murderous assaults by
Polish Catholics against their Jewish neighbours).
Oczernianie
kardynala Sapiehy
Gross zupelnie zaciera prawdziwy, a nieznany
amerykanskim czytelnikom rzeczywisty obraz sytuacji w okupowanej Polsce.
Wystapienia ksiezy przeciwko mordowaniu Zydow bylyby faktycznym samobojstwem w
owczesnej sytuacji, grozilyby natychmiastowym aresztowaniem duchownych i ich
straceniem. Duzo efektywniejsza byla droga ukrytej konspiracyjnej pomocy Zydom.
Taka, jaka konsekwentnie realizowal w oburzajacy sposob oszkalowany przez Grossa
metropolita krakowski, arcybiskup, a od 1946 r. ksiaze kardynal Adam Sapieha,
jeden z najwiekszych polskich duchownych XX wieku. Gross oszczerczo pisze, ze
kardynal Sapieha "podzielal niechec swych kolegow do Zydow" (s. 139), przytacza
w odniesieniu do niego epitet "antysemita" (s. 139). Przypomnijmy wiec tu, ze
tak oczerniony przez Grossa metropolita krakowski A. Sapieha byl glownym
organizatorem potajemnej akcji pomocy Zydom w Malopolsce w czasie wojny. Autor
glosnej kilkutomowej ksiazki "Polska walczaca 1939-1945" Jerzy Slaski (Warszawa
1986, t. 3-4, s. 518) tak pisal o znaczeniu pomocy metropolity krakowskiego dla
Zydow: "Wzorem dla duchowienstwa byl takze w tym zakresie [pomocy dla Zydow
- J.R.N.] metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha, ktory wielokrotnie
apelowal do Franka o zaprzestanie terroru wobec ludnosci zydowskiej, a gdy apele
pozostawaly bez skutku, osobiscie stanal na czele akcji ratunkowej. Zaopatrywal
Zydow w metryki, zlecal to duchowienstwu archidiecezji, otwieral przed nimi
wrota klasztorow, umieszczal zydowskie dzieci w prowadzonych przez zgromadzenia
zakonne internatach i sierocincach. Prawa reka arcybiskupa w tej pracy byl znany
dzialacz spoleczny i kaznodzieja, ks. dr Franciszek Machay [...] w kosciele
Najswietszego Sakramentu na krakowskim Zwierzyncu".
O interweniowaniu
metropolity krakowskiego A. Sapiehy w obronie Zydow u wladz niemieckich juz w
1940 r. pisal m.in. zydowski lekarz, dyrektor zydowskiego szpitala zakaznego w
getcie krakowskim Aleksander Biberstein w ksiazce "Zaglada Zydow w Krakowie"
(Krakow 1985, s. 38). Niestety, jedyna reakcja na te interwencje bylo - jak
pisze Biberstein, op. cit., s. 223 - uwiezienie w Oswiecimiu trzech rabinow,
ktorzy osmielili sie prosic o interwencje metropolity. Prawa reka Papieza Piusa
XII mons. Tardini tak pisal w nocie z 18 maja 1942 r. o wyjatkowo ciezkiej
sytuacji arcybiskupa Sapiehy: "Az do teraz biskup Krakowa byl wsparciem
episkopatu i katolikow: jego niezlomna i nieustraszona postawa zyskala mu
sympatie oraz szacunek wszystkich, ale jak bylo do przewidzenia, sciagnela na
niego rowniez ciosy Niemcow, ktorzy otaczaja go przez gestapo, szpieguja go,
ustawiaja na niego pulapki, pozbawiaja go, zamykajac w wiezieniu,
wspolpracownikow: jednym slowem, tworzac wokol niego atmosfere duszenia sie"
(cyt. za: P. Blet SJ, Pius XII i druga wojna swiatowa w tajnych archiwach
watykanskich, Katowice 2000, s. 141).
Pomimo tej atmosfery osaczania
metropolita krakowski kontynuowal tak niebezpieczna akcje ratowania Zydow z
Malopolski. O jego zaslugach w tym wzgledzie pisze m.in. dr hab. Jan Zaryn w
swej najnowszej pracy publikowanej w ksiazce "Wokol pogromu kieleckiego"
(Warszawa 2006, IPN, s. 82): "Arcybiskup krakowski wbrew zakazom niemieckim
zezwalal swoim kaplanom na potajemne udzielanie chrztu Zydom i falszowanie
metryk oraz interweniowal osobiscie w sprawie zydowskich katolikow. Zob. przede
wszystkim 'Ksiega Sapiezynska', t. 1-2, red. J. Wolny, Krakow 1982-1986. Por.
najnowsza biografia kardynala: T. Pawlikowski: 'Kardynal Sapieha', Warszawa
2004, s. 82-86".
Wedlug wspomnianego studium J. Zaryna (Wokol pogromu, s.
78): "Stosunek Kosciola katolickiego do zaglady Zydow byl, nie tylko w sferze
deklaratywnej, jednoznaczny. Kaplani, a takze siostry zakonne (w tym ze
zgromadzen bezhabitowych) niesli pomoc ludnosci zydowskiej, modlac sie,
przemycajac zywnosc do getta, falszujac metryki chrztu sw., wspierajac
materialnie uciekajacych, a przede wszystkim przechowujac dzieci zydowskie, np.
podrzucane pod furte klasztorna przez przesladowanych rodzicow". Zaryn zwraca
uwage (s. 81) na ryzyko podejmowane przez zakony, gdyz caly dom zakonny
odpowiadal przed Niemcami za podjecie przez siostre przelozona decyzji o ukryciu
dziecka zydowskiego. To grozilo natychmiastowa egzekucja osob duchownych
ratujacych Zydow.
Historyk Marek Jan Chodakiewicz pisal: "Ksiadz profesor
Franciszek Stopniak ustalil wstepnie, ze w akcji pomocy Zydom bralo udzial 769
ksiezy (w tym 17 biskupow), zakonnic i zakonnikow w 389 miejscowosciach w
Polsce. Historyk Ewa Kurek uwaza, ze same zakonnice uratowaly co najmniej 1,5
tysiaca dzieci zydowskich w okolo 200 domach zakonnych" (por. M.J. Chodakiewicz,
Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 306). Znamienne dla skrajnej
tendencyjnosci Grossa jest to, ze calkowicie przemilcza fakt, iz niektorzy
polscy duchowni i zakonnice zaplacili zyciem za pomoc Zydom w czasie wojny,
przypomnijmy tu chocby postaci beatyfikowanych przez Jana Pawla II trzech
zakonnic:
E. Noiszewskiej, M. Wolowskiej i K. Staszewskiej, oraz ks. J.
Pawlowskiego, straconych przez Niemcow za ratowanie Zydow (por. J. Zaryn, op.
cit., s. 79).
Gross konsekwentnie przemilcza rozliczne swiadectwa polskich
Zydow i autorow zagranicznych na temat pomocy Kosciola katolickiego w Polsce dla
Zydow w dobie wojny. Za to, jak zwykle wierny swej skrajnie tendencyjnej
selektywnosci, wielokrotnie przywoluje pelne zacietrzewienia opinie niechetnego
wobec Kosciola katolickiego w Polsce brytyjskiego ambasadora Victora
Cavendisha-Bentincka (por. s. 138-139, 140, 141, 151, 152, 261).
A przeciez w
samej Wielkiej Brytanii Gross znalazlby wrecz przeciwstawne swiadectwa, chocby
wyszle spod piora swietnego znawcy Polski Stewarta Stevena, autora glosnej
ksiazki "The Poles" (Polacy). S. Steven pisal tam m.in.: "Kosciol zachowywal sie
z nadzwyczajna odwaga, pomimo tego, ze nawet zakonnice i ksieza nie byli wolni
od przesladowan przez wladze. Ustalono, ze kazdy klasztor w Polsce zajmowal sie
Zydami w swej okolicy ukrywajac tysiace osob, glownie kobiet i dzieci (...)
Indywidualne akty heroizmu polskich duchownych sa zbyt liczne, by moc je
wszystkie wymienic. Ojciec Andrzej Gdowski z Wilna nie tylko ukrywal Zydow w
swym kosciele, lecz udostepnil im pokoj odpowiednio zakonspirowany, by mogli go
uzywac jako swa synagoge. Ojciec Urbanowicz z Brzescia nad Bugiem zostal
rozstrzelany przez Niemcow w 1943 roku za pomaganie Zydom. Rektor Akademii
Teologicznej w Warszawie zostal poslany za te sama "zbrodnie" do obozu
koncentracyjnego w Majdanku, gdzie zmarl od tortur w pazdzierniku 1943 roku.
Dziekan parafii w Grodnie i przeor zakonu franciszkanskiego zostali rozstrzelani
za pomaganie Zydom" (S. Steven, The Poles, New York 1982, s.
318-319).
Rozliczne przyklady polskich duchownych zamordowanych za pomoc
Zydom mozemy znalezc w niemal calkowicie przemilczanej w Polsce ksiazce Waclawa
Zajaczkowskiego "Martyrs of Charity" ("Meczennicy milosierdzia"), wydanej w 1988
r. w Waszyngtonie w wydawnictwie Fundacji sw. Maksymiliana Kolbe.
Tak
szkalujacemu polskich katolikow Grossowi warto przypomniec niezwykle piekne i
wzruszajace wspomnienia wybitnego polskiego matematyka zydowskiego pochodzenia
Stefana Chaskielewicza "Ukrywalem sie w Warszawie. Styczen 1943 - styczen 1945"
(Krakow 1988). Na s. 171 swych wspomnien Chaskielewicz pisal: "Ukrywajac sie
zrozumialem, jak gleboko humanitarna jest rola religii, jak bardzo nauki
Kosciola katolickiego wplywaja na ksztaltowanie sie tego, co najpiekniejsze i
najszlachetniejsze jest u ludzi wierzacych. Tak jak w momentach krytycznych
wiekszosc ludzi nawet nie wierzacych gleboko zwraca sie o pomoc do Boga, tak
samo mysl o Bogu dyktuje im potrzebe pomagania bliznim bedacym w
niebezpieczenstwie".
Gross wielokrotnie z tendencyjna selektywnoscia powoluje
sie na rozne zapiski w IPN-owskim wydawnictwie "Wokol Jedwabnego", by udowodnic
swe uogolnienia na temat sily antysemityzmu wsrod Polakow na Podlasiu. Szkoda,
ze calkowicie przemilcza znajdujace sie tam rowniez informacje o pomocy
zagrozonym Zydom ze strony miejscowych duchownych. Chocby np. nastepujace dane.
Wedlug relacji Nachmana Rappa, w Grajewie "miejscowy ksiadz Aleksander Peza w
czasie codziennych mszy wzywal parafian do opamietania, by nie wspolpracowali z
Niemcami i nie uczestniczyli w ich antysemickich prowokacjach". Zaplacil za to
zyciem (por.: Wokol Jedwabnego, Warszawa 2002, t. I, s. 183). O pomocy dla Zydow
ze strony ksiezy w roznych miejscowosciach Podlasia czytamy rowniez w tym samym
tomie na s. 119-122, 123, 124, 126, 127, 181, 197, 202, 207, 225,
409.
Szkalowanie opozycyjnego PSL i
harcerstwa
Prawdziwie rzetelny badacz stosuje zasade bardzo
dokladnego sprawdzania informacji faktograficznych, porownywania roznych zrodel
odnoszacych sie do tego samego tematu. Szczegolnie mocno ta zasada musi sie
odnosic do informacji szokujacych i budzacych podejrzenia co do ich
wiarygodnosci. Dla Grossa nie ma jednak zadnych informacji zbyt niewiarygodnych
w odniesieniu do szkalowanych przezen Polakow. Wystarczy, by te informacje
sluzyly jego podstawowemu celowi - podlemu oczernienieniu Polakow jako narodu,
maksymalnemu utytlaniu ich w blocie pomowien. Skwapliwie siega nawet do niczym
nieudokumentowanych anonimowych doniesien, byle tylko dowiesc rzekomych
ogromnych rozmiarow "dzikiego polskiego antysemityzmu". Na przyklad Gross bardzo
chetnie korzysta z wywodzacych sie z kregow rezimowych najbzdurniejszych nawet
pomowien na temat glownej owczesnej sily opozycyjnej - PSL. Bardzo wymowne pod
tym wzgledem jest przytoczone przez Grossa na s. 225-226 omowienie zebrania
okolo 1000 delegatow PSL, zgromadzonych 19 sierpnia 1945 r. w kinie "Raj" w
Bochni. Zebrani, wg Grossa, byli "lokalnymi aktywistami, elita politycznej
opozycji Stanislawa Mikolajczyka". Jak pisze Gross, "Anonimowy sprawozdawca
przedlozyl relacje ze spotkania do urzedu wojewodzkiego w Krakowie, piszac co
nastepuje: 'Z kolei trzeci mowca (nazwisko nieznane) [...] wystapil z rezolucja,
aby Zydow wypedzic z Polski i zaznaczyl rowniez, ze Hitlerowi nalezaloby
podziekowac za zniszczenie Zydow (burzliwa owacja i aplauz)'" (s. 226). Tego
typu szokujacy opis zawarty w meldunku wrogiego wobec PSL "anonimowego"
informatora nie jest poparty zadnym sprawdzeniem w jakimkolwiek innym zrodle.
Pomimo tego jest on dla Grossa wyrazem "przytlaczajacego popularnego uczucia w
kwestii zydowskiej" w owczesnej Polsce (s. 225). Rzetelny badacz musialby uznac,
ze w przypadku prawdziwosci cytowanego zydozerczego wystapienia na zebraniu PSL
byloby ono natychmiast naglosniane we wszystkich rezimowych tubach
propagandowych jako koronny dowod skrajnego rasizmu i glupoty PSL. Ciagle
naglasniano by je takze w propagandzie anty-PSL-owskiej kierowanej na Zachod.
To, ze tego nie zrobiono, moze dowodzic tylko jednego. Tego, ze cala informacja
o tym dzikim antysemickim wystapieniu zostala wyssana z palca.
Klimatowi
oczerniania Polakow odpowiednio sluzy rowniez przytoczone na s. 246 przez Grossa
twierdzenie, ze wielu pamietnikarzy slyszalo uwage, iz Hitlerowi nalezaloby
zbudowac w Polsce pomnik za pozbycie sie wiekszosci Zydow. Gross nie podaje na
dowod konkretnego swiadectwa ani jednego pamietnikarza.
Za komunistami Gross
przejmuje rowniez oszczercze oskarzenia pod adresem owczesnego harcerstwa.
Przypomnijmy, ze bylo ono w pierwszych latach powojennych organizacja nastawiona
szczegolnie silnie opozycyjnie do rezimu komunistycznego. W kwietniu 1946 r.
tlumnie zgromadzona mlodziez harcerska (ok. 15 tys. harcerzy) podczas
uroczystosci w Szczecinie "Trzymamy straz nad Odra" gromadnie zademonstrowala
swa niechec do komunizmu i do usilujacego przemawiac B. Bieruta. 3 maja 1946 r.
srodowiska harcerskie masowo uczestniczyly w zabronionych przez wladze obchodach
majowego swieta narodowego. Nieprzypadkowo wiec komunistyczna propaganda
wystapila po zbrodni kieleckiej z gwaltownymi oskarzeniami pod adresem
harcerstwa, oskarzajac je o rzekomy masowy udzial w tej zbrodni. Historyk
Ryszard Smietanko-Kruszelnicki pisal, ze w rezolucji kieleckich wojewodzkich
komitetow PPR i PPS z 7 lipca 1946 r. oskarzajacych "reakcje" za "pogrom",
dorzucono "watek harcerski", nie wiadomo na jakiej podstawie stwierdzajac, iz w
"pogromie" mial miejsce "masowy udzial mlodziezy harcerskiej" (por. R.
Smietanko-Kruszelnicki, "Pogrom w Kielcach - podziemie w roli oskarzonego", w:
"Wokol pogromu kieleckiego", IPN, Warszawa 2006, s. 29). Wedlug
Smietanko-Kruszelnickiego: "Brak jednak wiarygodnych dokumentow, ktore
wskazywalyby na jakikolwiek zorganizowany udzial mlodziezy harcerskiej w
wydarzeniach kieleckich. Wydaje sie, ze jedynym logicznym uzasadnieniem
naglasniania 'watku harcerskiego' byla chec propagandowego wykorzystania
sytuacji do brutalnego zaatakowania (w ramach ogolnej nagonki na antysemicka
'reakcje') jeszcze jednego srodowiska starajacego sie zachowac swoja
niezaleznosc, a niechetnego wladzy komunistycznej".
Gross bez skrupulow
przejmuje jako rzekomo prawdziwe niczym nieudokumentowane ataki propagandy
komunistycznej przeciw owczesnemu harcerstwu. Prezentuje je w dwoch miejscach
swej ksiazki (na s. 72 i na s. 114). W pierwszym przypadku, piszac o
rozpowszechnieniu antysemityzmu w polskich szkolach, powoluje sie na wspomniane
juz rezolucje wojewodzkich komitetow PPR i PPS, potepiajace rzekomy "masowy
udzial mlodziezy harcerskiej w dniu pogromu" i "liczny udzial harcerzy w roli
podzegaczy do ekscesow". Na s. 114 Gross cytuje fragment wspomnianej rezolucji
komitetow PPR i PPS stwierdzajacy, ze: "Masowy udzial mlodziezy harcerskiej w
dniu pogromu dowiodl, ze wychowanie tej mlodziezy znajduje sie w rekach osob
nieodpowiedzialnych, pielegnujacych wsrod mlodziezy nienawisc rasowa i
religijna". Dalej Gross przypomina, ze "Trzecie i ostatnie zalecenie zawarte we
wspolnej rezolucji wzywalo do zawieszenia miejscowego kierownictwa harcerskiego
za liczny udzial harcerzy w roli podzegaczy do ekscesow".
Gross dodaje do
tego wszystkiego swoj komentarz: "Najwidoczniej nastolatkowie przyczynili sie
bardziej od ich ilosciowego udzialu do gorszacego widoku jednostek w uniformach
bioracych udzial w zabijaniu swych wspolobywateli. Rzucajaca sie w oczy rola
harcerzy w tych makabrycznych wydarzeniach byla szczegolnie niepokojaca,
poniewaz reprezentowali oni, ze sie tak wyraze; forme czystosci: jako
'ministranci' narodu" (s. 114).
W zwiazku z tymi uwagami Grossa warto
przypomniec cytowane juz stwierdzenia historyka R. Smietanko-Kruszelnickiego,
krytykujacego falsz komunistycznych oskarzen przeciw harcerstwu i komentujacego:
"Oskarzenie kieleckiego srodowiska harcerskiego o udzial w zajsciach
antyzydowskich mialo doprowadzic do podwazenia ideowego wizerunku organizacji
tak zasluzonej dla Polskiego Panstwa Podziemnego" (s. 55).
W swoich wywodach
pietnujacych "antysemickich" harcerzy Gross strzelil sobie kolejnego
kompromitujacego samobojczego gola. Powolal sie (s. 114) jako na koronny dowod
"antysemityzmu" harcerzy na przyklad zachowania 16-letniego harcerza Kazimierza
Redlinskiego. Byl on oskarzony o wyrzucanie Zydow z pociagu w rece tlumu, ktory
"rabowal ich i zabijal, najczesciej kamienujac na smierc". Otoz wlasnie
przypadek harcerza K. Redlinskiego jest jednym z najbardziej skandalicznych
przykladow wymuszania przez wladze torturami nieprawdziwych przyznan sie do
popelnionych rzekomo przestepstw. Jak pisal na ten temat Smietanko-Kruszelnicki
(op. cit., s. 55): "Przypadek szesnastoletniego harcerza Kazimierza Redlinskiego
oskarzonego o udzial w zajsciach 4 lipca 1946 r. w pociagu relacji Lublin -
Wroclaw (na odcinku Kielce - Czestochowa) udowodnil ponadto, ze materialy
sledcze sporzadzone przez funkcjonariuszy UB sa zupelnie niewiarygodne dla
odtworzenia wydarzen w pociagu". Smietanko-Kruszelnicki przytoczyl na s. 55 w
przypisie do swego opracowania fragment z przesluchania swiadka Kazimierza
Redlinskiege w dniu 6 lipca 1994 r. tak opisujacego przebieg swego
wczesniejszego brutalnego przesluchania z lipca 1946 r.: "W czasie przesluchania
bito mnie po twarzy i kazano mi siadac na odwroconym do gory nogami taborecie
(...) na jednej z tych nog (...). W ten sposob wymuszono na mnie przyznanie sie
do mojego udzialu w zajsciach antyzydowskich w pociagu. Po kolejnym takim
przesluchaniu, gdy noga od stolka uszkodzila mi odbytnice, powiedzialem, ze
przyznam sie do wszystkiego, czego chca ode mnie. Nie pamietam, co wtedy mowilem
(...). Podczas rozprawy (...) odwolalem moje przyznanie sie do udzialu w
zajsciach w pociagu (...) i powiedzialem, ze do przyznania sie do tego zostalem
zmuszony (...). Mimo tego stwierdzenia zostalem skazany (...) na dwa lata
wiezienia z warunkowym zawieszeniem na trzy lata".
Nowe falsze Grossa (03) - "anielscy" Zydzi i "diabelscy" Polacy!
Przyjrzyjmy sie blizej wizji Polakow w pierwszych latach
powojennych, tak jak ona wyglada w najnowszej ksiazce J.T. Grossa "Fear"
("Strach"). Pisalem juz wczesniej o nakreslonym przez niego skrajnie negatywnym
obrazie polskiego chlopstwa i klasy sredniej, jako tych warstw, ktore
"zbrodniczo" wzbogacily sie na rabunku zydowskiego mienia. Pisalem o zgodnym z
dawnymi komunistycznymi stereotypami szkalowaniu Kosciola katolickiego, glownej
partii opozycyjnej - PSL, i dawnego harcerstwa. Z ksiazki Grossa "dowiadujemy
sie" jednak rowniez o rzekomym "antysemityzmie" w lokalnej administracji
("Fear", s. 58-63), rzekomej dyskryminacji Zydow w zatrudnieniu (s. 64-66),
"antysemityzmie" w szkolach (s. 66-73), "antysemityzmie" wsrod polskich
robotnikow (s. 120-126), o "przesladowaniu Zydow" przez polska milicje (s.
237-238), a nawet UB (s. 238-239). To samo UB - tak zdominowane przez Zydow,
ktory to fakt Gross usilnie probuje zanegowac i zafalszowac.
Wielokrotnie padaja u Grossa rowniez skargi na polska partie
komunistyczna - PPR, jako rzekomo dystansujaca sie od Zydow, niedajaca im
nalezytej obrony, a nawet bedaca jakoby w zmowie z reszta antysemickiego narodu
(s. 51, 63, 128 i in.). Zmowie majacej przeciwdzialac odzyskaniu przez Zydow
mienia zagrabionego przez Polakow.
"Antysemiccy" robotnicy
Na
s. 120-124 Gross rozpisuje sie na temat rzekomego "antysemityzmu" polskich
robotnikow, oskarza "masy" robotnicze, ze nawet po antyzydowskich zajsciach
kieleckich w 1946 r. "nie czuly sympatii do Zydow, nawet w obliczu straszliwych
zbrodni, jakich ofiarami padli Zydzi". Jako koronny dowod tego robotniczego
"antysemityzmu" Gross podaje to, ze robotnicy zastrajkowali w licznych zakladach
Lodzi, protestujac przeciw narzucanym im rezolucjom w sprawie potepienia
sprawcow antyzydowskich zajsc w Kielcach w lipcu 1946 roku. Oczywiscie nic nie
pisze na temat tresci tych rezolucji, ktore chciano narzucic robotnikom, choc ma
to bardzo istotne znaczenie dla calej sprawy. Otoz w rezolucjach tych na ogol
starano sie obciazyc wina za krwawe zajscia antyzydowskie "reakcje",
"andersowcow", etc., a czestokroc mowiono nawet o rzekomej odpowiedzialnosci
calego Narodu Polskiego za mord kielecki. Przypomnijmy na przyklad, jak
wygladala rezolucja przedstawiona w partyjnym dzienniku "Glos Robotniczy" jako
rzekomo podjeta przez robotnikow lodzkiej Fabryki Nici: "My, robotnicy, zdalismy
egzamin dojrzalosci politycznej w dniu Referendum Ludowego. Nie ustapimy ani na
krok w walce o utrwalenie naszych zdobyczy, o ktore cale lata walczylismy tak za
czasow Polski sanacyjnej, jak i podczas krwawej okupacji
hitlerowskiej.
Wszyscy zjednoczymy sie w tej walce przeciwko zdrajcom narodu
spod znaku 'trzy razy nein', ktorych dzielem jest pogrom w Kielcach - hanba
okrywajacy dobre imie Polski.
Pamietamy czasy przedwrzesniowe, kiedy to
sanacja starala sie utrzymac przy wladzy przy pomocy antysemityzmu, przy pomocy
judzenia jednych Polakow przeciwko drugim. Te czasy juz nie wroca - nie
dopuscimy reakcji do wladzy! Wypadki w Kielcach - to zamach na spokoj wewnetrzny
Polski. Domagamy sie od naszego Rzadu wprowadzenia publicznych sadow doraznych,
ktore skazywac beda wrogow ludu spod znaku NSZ, WiN, spod znaku Andersa.
W
nowej Polsce Ludowej zniszczymy wroga, odbudujemy nasz kraj, w ktorym zapanuje
spokoj i dobrobyt" (por. "Robotnicy polscy pietnuja mordercow czarnosecinnych z
Kielc", "Glos Robotniczy", 10 lipca 1946 r.).
Czyz ktos o zdrowych zmyslach
moze sie dziwic, ze robotnicy lodzcy, nastawieni antykomunistycznie, jak
przewazajaca czesc Narodu, nie chcieli zaakceptowac ulozonej poza ich plecami, w
ich imieniu tak tendencyjnej stalinowskiej rezolucji? Rezolucji porownujacej
sanacje z czasami hitlerowskimi i zadajacej nawet sadow doraznych dla ludzi z
WiN-u, NSZ-u, Armii Andersa. Gross udaje, ze nie rozumie wlasciwej przyczyny
sprzeciwu robotnikow, traktujac go jako wyraz zajadlego "antysemityzmu". I
powoluje sie na s. 128 na potepienie protestu robotnikow w sejmowej mowie Adolfa
Bermana, brata slawetnego Jakuba, z 21 wrzesnia I946 r.: "Dla nas,
przedstawicieli robotnikow zydowskich, wydarzenia w Lodzi i Ostrowcu Kieleckim
na szeregu fabryk po wyroku w procesie kieleckim to byl wielki wstrzas, to byl
drugi pogrom kielecki". Glupszego komentarza nie mozna bylo dac w odniesieniu do
robotniczych strajkow. I na ten wlasnie komentarz, nazywajacy strajki robotnicze
"drugim pogromem kieleckim", powoluje sie aprobujaco uparty tropiciel "polskiego
antysemityzmu" - J.T. Gross!
Podsumowujac, wedlug Grossa, poza niewielka
liczba osob z polskiej elity intelektualnej i pewna niewielka czescia
przedstawicieli wyzszej administracji panstwowej i partyjnej oraz biskupem
Teodorem Kubina wszyscy inni Polacy byli zarazeni glebokim antysemityzmem. Duza
czesc z nich okazala sie przy tym przesiaknieta najdziksza forma tegoz
antysemityzmu, co w polaczeniu z pazernoscia na zydowskie mienie prowadzilo ich
do masowej aprobaty mordowania Zydow.
Co wiecej, wedlug Grossa, przewazajaca
czesc Polakow traktowala jako "wyrzutkow spoleczenstwa" tych rodakow, ktorzy
pomogli Zydom w czasie wojny.
Lze jak Gross!
Niedawno Antoni
Zambrowski juz w tytule swego wywiadu dla "Gazety Polskiej" uzyl zwrotu: "lze
jak Gross". Przypomnial przy tym, ze juz w 2001 r. w niektorych srodowiskach
uzywano go dla charakteryzowania ludzi o wyjatkowych "talentach"
hochsztaplerskich. Ja sam pisalem o "100 klamstwach Grossa". Dzis, po lekturze
"Strachu" Grossa musialbym te liczbe zwiekszyc przynajmniej w dwojnasob. Skad
wynika ta niebywala sklonnosc Grossa do klamstw i kalumnii? Gross po prostu jest
bardzo konsekwentny w swej fanatycznej nienawisci do Polski i Polakow. Ogromnie
pracowicie zbiera wszystko, mozliwie wszystko, co tylko najgorszego napisano w
Polsce i za granica o stosunku Polakow do Zydow, stara sie nic z tego nie
uronic. Byle lepiej dolozyc Polakom. Byle mocniej zmieszac ich z blotem w oczach
Amerykanow, na trwale zaszufladkowac Polakow jako "najdzikszych antysemitow" i
utrwalic ten stereotyp. Nawet najbardziej niewiarygodne oszczerstwa o Polakach
maja absolutne szanse na wykorzystanie w skladance Grossa. Byle tylko pokazywaly
nas w najczarniejszych kolorach jako "krwiozerczych rabusiow"!
W najnowszej
ksiazce Grossa spotykamy sie doslownie z setkami oszczerczych uogolnien na temat
Polakow, Kosciola katolickiego. Czasami na jednej i tej samej stronie (np. s.
247, 261) spotykamy po piec i wiecej oszczerczych uogolnien na temat Polakow,
ich rzekomego "wspolnictwa" (complicity) z nazistami w mordowaniu i rabowaniu
Zydow. Gross powtarza wielokrotnie, wrecz lopatologicznie, te same stwierdzenia,
zeby tym silniej wbic w glowy naiwnym czytelnikom amerykanskim nieodparte
przekonanie o wyjatkowej "krwiozerczosci, dzikim antysemityzmie i podlej
chciwosci" Polakow. I to najwyrazniej skutkuje, jak pokazuja oblakancze tezy
recenzji z ksiazki Grossa w "Baltimore Sun", gdzie stawia sie na rowni rzekoma
"krwiozerczosc" Polakow z najgorszymi okrucienstwami dawnych handlarzy
niewolnikow.
Temu wszystkiemu towarzyszy niezwykle tendencyjny wybor zrodel.
Zadalem sobie trud bardzo szczegolowego przyjrzenia sie dobranym przez Grossa
zrodlom. I coz sie okazalo? Otoz az blisko sto cytowanych przez niego swiadectw
zydowskich: dokumentow, oswiadczen, wypowiedzi, zeznan, zawiera tresci o wymowie
nieprzychylnej dla Polakow. Podobnie jest w odniesieniu do 115 swiadectw:
dokumentow, zeznan, wypowiedzi, artykulow pochodzacych od Polakow lub
obserwatorow z Zachodu. Zaledwie w kilkunastu przypadkach znajdujemy jakies
bardziej pozytywne, najczesciej bardzo zdawkowe, informacje o jakichs
zachowaniach polskich, glownie o sprzeciwieniu sie jakims dzialaniom
antyzydowskim. Do tego dochodzi garsc cytatow z artykulow polskich
intelektualistow, najczesciej w sposob skrajny potepiajacych "polski
antysemityzm", i informacje o wypowiedziach ks. bp. Teodora Kubiny,
potepiajacych zbrodnie kielecka. To wszystko jest jednak tylko malym ulamkiem na
tle setek negatywnych uogolnien Grossa o polskim zachowaniu i podobnie
negatywnej wymowy ponad 200 odpowiednio dobranych "swiadectw" zydowskich,
polskich i zachodnich. Rownoczesnie zas, co jest bardzo znamienne, tylko w
czterech miejscach znalazlem bardzo zdawkowe zreszta uwagi o negatywnych
zachowaniach jakichs grup Zydow (por. s. 44, 226 i dwukrotnie na s. 256). Na
przyklad na s. 226 Gross pisze, ze grupa wysokich funkcjonariuszy bezpieczenstwa
pochodzenia zydowskiego to byli rzeczywiscie "zli ludzie" ("bad people").
Porownajmy "ostrosc" tego okreslenia np. z atakami Grossa na "kanibalistyczna
teologie, kontrolujaca umysly polskiego duchowienstwa" (s. 151), na "wspolnictwo
Kosciola z morderczymi atakami polskich katolikow przeciwko ich zydowskim
sasiadom" (s. 261).
Zastanowmy sie nad tym, co ta stylistyka i te niebywale
dysproporcje maja wspolnego z prawdziwa wiedza, z wymogami warsztatu naukowego?!
To sa po prostu metody godne najgorszych propagandystow komunistycznych, ktorzy
starannie odrzucali lub zatajali wszystko, co mogloby w najmniejszym nawet
stopniu wzbudzic watpliwosci co do ich tez.
Przemilczenia
Grossa
Mamy wiec u Grossa setki informacji i uogolnien ukazujacych
Polakow jako "diabolicznie zlych" i zaledwie cztery zdawkowe (trzy jednozdaniowe
i jedno dwuzdaniowe) stwierdzenia pokazujace jakies zle cechy u pewnych grup
Zydow, generalnie przedstawianych jako niewinne, "anielskie" ofiary polskich
"nikczemnych dzialan". Jakim sposobem udalo sie Grossowi uzyskac tak niesamowita
dysproporcje w obrazie dwoch nacji? Zrobil to w bardzo prosty sposob. Po
pierwsze, starannie przemilczal wszystkie zrodlowe swiadectwa polskich Zydow i
swiadectwa zagraniczne pokazujace rozmiary polskiej martyrologii pod okupacja
niemiecka i sowiecka. Calkowicie przemilczal rowniez rozliczne swiadectwa
zydowskie o pomocy Polakow dla Zydow w czasie wojny. Po drugie, konsekwentnie
przemilczal wszystkie informacje zrodlowe pokazujace konkretne niegodziwe
zachowania jakichkolwiek pojedynczych Zydow czy srodowisk zydowskich. I tak na
przyklad calkowicie przemilczal sprawe antypolskich zachowan duzej czesci Zydow
na kresach wschodnich RP w latach 1939-1941, majowej kolaboracji wielu srodowisk
zydowskich z Sowietami, w tym niemalo przypadkow zabijania Polakow przez
zydowskich komunistow (np. w Grodnie, Brzostowicy Malej, Czortkowie i in.).
Calkowicie przemilczal sprawe zbrodniczej kolaboracji z Niemcami ze strony wielu
czlonkow wladz Judenratow i policji zydowskiej. Calkowicie przemilczal
wymordowanie polskiej ludnosci wsi Naliboki i Koniuchy przez zydowskich
partyzantow sowieckich. Calkowicie pominal podanie jakiegokolwiek konkretnego
przykladu zbrodni popelnionych przez wplywowych Zydow z UB (typu zbrodni S.
Morela w Swietochlowicach w 1945 r., zbrodni J. Rozanskiego, A Fejgina etc.).
Calkowicie przemilczal informacje o bardzo znaczacej roli wplywowych Zydow w
niszczacej sowietyzacji polskiej gospodarki (rola H. Minca i in.), kultury i
prasy, w oszczerczej walce propagandowej z niepodleglosciowym podziemiem,
Kosciolem, tradycjami narodowymi. Calkowicie przemilczal liczne swiadectwa Zydow
lub Polakow zydowskiego pochodzenia krytykujacych role niektorych srodowisk
zydowskich w sowietyzowaniu Polski.
Calkowicie przemilczal fakty dowodzace
bezwstydnego prorezimowego sluzalstwa kierownictwa Centralnego Komitetu Zydow
Polskich (CKZP), na ktorego oswiadczenia wielokrotnie powoluje sie w swej
ksiazce. Calkowicie pominal informacje o prawdziwie kompromitujacych w swym
prokomunistycznym i antypolskim zacietrzewieniu wystapieniach przewodniczacego
swiatowego Kongresu Zydow Polskich Jozefa Tenenbauma. Gross rozpisuje sie na
parunastu stronach o dyskryminacji rosyjskich Zydow w ZSRS w okresie wojny i w
okresie powojennym. Nie znalazl natomiast ani jednego zdania na informacje o
wyjatkowo duzej roli Zydow w tworzeniu i rozwijaniu komunizmu w ZSRS w latach
20. i 30., w sowieckim aparacie terroru, w walce z Kosciolem, etc.
Dlaczego
to wszystko przemilczal? Intencje Grossa byly az nadto wyrazne. Jesli Amerykanie
nie beda nic wiedziec o jakichkolwiek szczegolach odbiegajacych od glownych tez
Grossa, to przelkna z tym wiekszym namaszczeniem wszystkie klamstwa, ktore on im
podsunie. Nie beda mieli zadnych watpliwosci. Gross zas ulatwi im slepa wiare we
wszystkie jego zmyslenia poprzez swa niebywala pewnosc siebie, uparte saczenie
kabotynskiego przekonania o swojej nieomylnosci.
Piszac o Zydach polskich,
Gross wielokrotnie uzywa zwrotow wychwalajacych ich zachowanie jako calosci.
Klamliwie twierdzi, ze Zydzi byli rzekomo "panstwowotworczym elementem" w Polsce
miedzywojennej (s. 198), "najbardziej przestrzegajaca prawo i wspierajaca
panstwo spolecznoscia" w owym okresie (s. 198, 242). Spotykamy u Grossa
jednoznacznie sprzeczne z prawda uogolnienia o Zydach jako calosci: "Zydzi byli
zawsze lojalnymi obywatelami" (s. 62). Aby wzbudzic szczegolne wspolczucie
Amerykanow dla losu rzekomo gnebionych przez Polakow Zydow. Gross podaje na s.
125 nieprawdziwe twierdzenie, jakoby zydowska ludnosc w powojennej Polsce zyla w
nedzy, byla wyniszczona i chora. Na s. 164 "dowiadujemy sie", jakoby Zydzi "byli
gnebieni przez swych polskich sasiadow - przez stulecia, ale specjalnie w czasie
nazistowskiej okupacji" ("they had been victimized by their Polish neighbors -
for centuries, but especially during the Nazi occupation"). Ta Grossowa kalumnia
jest szczegolnie oburzajaca w swietle faktu, ze przez cale stulecia Polska byla
jedynym schronieniem dla Zydow przepedzanych przesladowaniami z reszty krajow
europejskich. Nieprzypadkowo nawet w osiemnastowiecznej Wielkiej Encyklopedii
Francuskiej nazywano Polske "paradisus Judeorum" (rajem dla Zydow). Tak
"gnebilismy Zydow", ze az slynny mysliciel, krakowski rabin Mojzesz Isserless
pisal w XVI w.: "Jesliby Bog nie dal nam tego kraju [tj. Polski - J.R.N.] za
schronienie, to los Zydow bylby nie do zniesienia". Tak "przesladowalismy"
Zydow, ze w XIX wieku na terenach bylej Rzeczypospolitej Obojga Narodow zyly
cztery piate ogolu Zydow swiata (wg Normana Daviesa). Przypomnijmy, ze
wspolczesny historyk zydowski Barnett Litvinoff ocenil w swym monumentalnym
dziele "The Burning Bush. Antisemitism and World History" (London 1988, s. 90),
ze "przypuszczalnie Polska uratowala Zydow od calkowitego wyniszczenia" (w
okresie sredniowiecza i odrodzenia). Trudno wiec nie uznac oszczerstwa o
Polakach "gnebiacych Zydow przez stulecia", podawanego przez Grossa zupelnie
nieznajacym historii Europy Amerykanom, jako przykladu wyjatkowej podlosci!
Z klamliwymi uogolnieniami wybielajacymi role Zydow polskich jako calej
spolecznosci czy przedstawiajacymi ich jako "ofiary" Polakow od zawsze ida w
parze negatywne uogolnienia o przewazajacej czesci Polakow, a czasem nawet o
calym Polskim Narodzie. Jaki mialo sens np. aprobujace przytoczenie przez Grossa
na s. 132 wyjatkowo bzdurnego uogolnienia wyszlego spod piora Jerzego
Andrzejewskiego w "Odrodzeniu" z 1946 r.: "nie moge dojsc do innego wniosku, ze
narod polski we wszystkich warstwach i na wszystkich poziomach intelektualnych,
od samych szczytow az do dolu, byl antysemickim i takim pozostaje po wojnie".
Falsze o masowej kolaboracji z Niemcami
Gross wielokrotnie
powtarza oszczerstwa o rzekomo szeroko rozpowszechnionej "polskiej kolaboracji"
z niemieckim okupantem. Tezie tej wtoruje u Grossa kilkakrotne powtorzenie - w
sposob typowy dla lopatologicznych metod Grossa - zwrotu o rozpetanej przez
Polakow wielkiej fali mordowania Zydow na Podlasiu (s. 40-41, 54, 57, 181, 250).
Na przyklad na s. 40-41 Gross pisze: "Wydaje sie, ze polskie napasci przeciw
Zydom w lecie 1941 r. byly powszechnie stosowane w calym wojewodztwie
bialostockim, ze mordowania trwaly przez kilka miesiecy i ze pochlonely one
rozlegle terytorium obejmujace dwa tuziny miast i spowodowaly tysiace ofiar".
Gross unika przy tym podawania konkretnych liczb co do zabojstw Zydow w
poszczegolnych miejscowosciach. Zwrot o "tysiacach" Zydow zabitych rzekomo przez
Polakow jest przy tym calkowicie nieprawdziwy, niepotwierdzony przez
udokumentowane zrodla. Jest on rownie nieprawdziwy jak podana przez Grossa na s.
37 liczba 1600 Zydow rzekomo zamordowanych w Jedwabnem. Na dowod, ze zamordowano
"tysiace Zydow" na Podlasiu Gross odsyla do liczacego ponad 50 stron tekstu dr.
hab. Pawla Machcewicza w IPN-owskim wydawnictwie "Wokol Jedwabnego" (Warszawa
2002, t. I). Tylko ze za pierwszym powolaniem sie na wstep Machcewicza ("Fear",
s. 41) Gross nie podaje w ogole strony, na ktorej ma sie znajdowac rzekoma
informacja o wymordowaniu przez Polakow "tysiecy Zydow". Za drugim razem (s. 57
i 279) autor "Strachu" podaje odpowiedni odnosnik do s. 21-22 wstepu
Machcewicza. Tyle, ze na wspomnianych stronach tekstu nie ma w rzeczywistosci
zadnych informacji tego typu. Na s. 31 natomiast Machcewicz pisze: "W niektorych
miejscowosciach zabito kilka-kilkanascie osob, w innych - przede wszystkim w
Jedwabnem i Radzilowie - ofiara masowych mordow padlo kilkaset osob". Nie ma
wiec zadnej mowy o tysiacach zamordowanych Zydow - jak pisze Gross - powolujac
sie na rzekome dane Machcewicza. Gross calkowicie milczy przy tym o roli Niemcow
w zbrodniach na Podlasiu. Nie wszystkie relacje zydowskie o tych zbrodniach
zostaly w pelni podkreslone, a niektore ze swiadectw zydowskich budza spore
watpliwosci (np. S. Wassersteina czy M. Finkelsztejna). Ciagle nie jest
calkowicie pewne, ilu Zydow padlo z rak niemieckich, a ilu z polskich. Gross za
wszystko tym skwapliwiej oskarza Polakow, ich chce wyeksponowac jako katow.
Znamienne, ze w pisanej dla Amerykanow ksiazce Gross calkowicie przemilcza fakt
popelnienia w tym samym czasie na Podlasiu zbrodni niemieckich na znacznie
wieksza skale. Chocby wspomnianej przez Machcewicza ("Wokol Jedwabnego", t. I,
s. 52) sprawy spalenia juz 27 czerwca 1941 r. w synagodze bialostockiej 700-800
Zydow. Fakt spalenia Zydow w synagodze przez Niemcow na szereg dni przed
spaleniem Zydow w Jedwabnem sklania do szukania wlasnie w Niemcach organizatorow
jedwabienskiej zbrodni.
Nierzetelnosc naukowa Grossa ilustruje fakt
calkowitego przemilczenia przez niego wystepujacych niejednokrotnie na Podlasiu
motywow zemsty za role czesci Zydow w czasie okupacji sowieckiej. Pisal o tym
niejednokrotnie wlasnie P. Machcewicz, byly dyrektor Biura Edukacji Publicznej
IPN. We wstepie do "Wokol Jedwabnego" P. Machcewicz wielokrotnie powtarza
twierdzenia o motywie zemsty za role czesci Zydow w czasie okupacji sowieckiej
(por. "Wokol Jedwabnego"... op. cit, t. I, s. 34, 35, 36, 38, 39, 40, 41, 42,
44, 45). O tym wszystkim calkowicie milczy Gross, tlumaczac udzial Polakow w
wystapieniach przeciwko Zydom ogromna polska pazernoscia na zydowskie
mienie.
Wbrew faktom historycznym Gross chce przedstawic przypadki radosnego
powitania wojsk niemieckich przez czesc polskich spolecznosci na Podlasiu,
cieszacych sie z obalenia rzadow sowieckich, jako dowod rzekomej masowej
kolaboracji polskiej z Niemcami. Szczegolnie oburzajace jest przedstawienie
przez Grossa krotkotrwalego epizodu z Podlasia w lecie 1941 r. jako dowodu na
trwala kolaboracje w tym regionie, choc nastroje ludnosci polskiej szybko sie
zmienily. Juz ponad miesiac po wkroczeniu Niemcow na tereny Bialostocczyzny - w
meldunku z pierwszej polowy sierpnia 1941 r. pisano, ze ludnosc juz sie zrazila
do Niemcow (por. "Wokol Jedwabnego"... op. cit, t. 2, s. 135). Jeszcze bardziej
nieprawdziwe jest uogolnianie przez Grossa krotkotrwalych wydarzen z Podlasia na
inne regiony Polski. Na s. 250 Gross posuwa sie do niepopartych zadnymi dowodami
zrodlowymi, calkowicie wyssanych z palca oskarzen, jakoby w centralnej i
zachodniej Polsce doszlo, tyle ze znacznie wolniej niz na Podlasiu, do
wspoludzialu (complicity) Polakow w masowym zabijaniu Zydow. Twierdzi tam (s.
250), ze "Polacy, ktorzy znalezli 'szczere porozumienie' z Niemcami w
eksploatacji Zydow (...) poczatkowo nie przewidywali, ze dojdzie do zabijania
ich zydowskich rodakow na olbrzymia skale. W zachodnich i centralnych czesciach
Polski miejscowa ludnosc byla wciagana do wspoludzialu (complicity), w tym krok
po kroku. Tylko na terytoriach zdobytych na Sowietach po 22 czerwca 1941 r.
doszlo do szybkiej brutalizacji". Przypomnijmy w tym kontekscie ocene Macieja
Kozlowskiego w "Rzeczpospolitej" z 15-16 lipca 2006 r., iz: "(...) antyzydowskie
wystapienia, w ktorych uczestniczyli polscy mieszkancy kilku wiosek i miasteczek
na Podlasiu, trwaly bardzo krotko, praktycznie kilka dni, i ograniczyly sie do
garstki osiedli na malym skrawku Polski, ktory w dodatku znalazl sie w
wyjatkowej sytuacji przejscia spod jednej okupacji w druga. Nigdzie, podkreslam,
nigdzie poza tym szczegolnym skrawkiem kraju (podkr. - J.R.N.), gdzie
przemieszana ludnosc polska i zydowska znalazla sie pod okupacja sowiecka, do
zajsc antyzydowskich, w ktorych braliby udzial Polacy, nie dochodzilo".
Kozlowski z cala racja oskarzyl Grossa o "manipulacje faktami" za to, ze ten
twierdzil, jakoby sytuacja calej Polski wygladala tak, "jak to, co sie wydarzylo
w Jedwabnem i okolicach".
Warto przypomniec, ze juz w 2001 r. prof. Tomasz
Strzembosz zwrocil uwage na skrajna hipokryzje twierdzen Grossa, ktory z jednej
strony maksymalnie usprawiedliwial kolaborowanie zbolszewizowanych Zydow z
Sowietami przeciw Polakom po 17 wrzesnia 1939 r., a z drugiej strony atakowal
wlasnie Polakow za rzekome masowe kolaborowanie z Niemcami, powolujac sie przy
tym glownie na to, ze ludnosc polska na Kresach radosnie witala wejscie Niemcow
na swe tereny. Jak pisal prof. Strzembosz: "(...) na Boga, czym innym jest
radosne witanie Niemcow, ktorzy przybywaja w samym srodku strasznej deportacji,
umozliwiajac setkom ludzi opuszczenie okrutnych miejsc kazni - wiezien (m.in. w
Brzesciu, Lomzy, Bialymstoku i w Jedwabnem), czym innym atakowanie
czerwonoarmistow, do wczoraj naszych okupantow, a czym innym zabijanie zolnierzy
WP. Rzeczywiscie, Zydom w Polsce nie dzialo sie najlepiej, istnialy niewatpliwie
'rachunki krzywd', zeby zacytowac wiersz Broniewskiego, ale wszak nie wywozono
Zydow na Sybir, nie rozstrzeliwano, nie zsylano do obozow koncentracyjnych, nie
zabijano glodem i katorznicza praca. Jesli Polski nie uwazali za swoja ojczyzne,
nie musieli wszak jej traktowac jak okupanta i wspolnie z jej smiertelnym
wrogiem zabijac polskich zolnierzy, mordowac uciekajacych na wschod polskich
cywilow. Nie musieli takze brac udzialu w typowaniu swoich sasiadow do wywozek,
owych strasznych aktow odpowiedzialnosci zbiorowej (...).
Czy polscy
mieszkancy Jedwabnego i wsi okolicznych witali Niemcow z entuzjazmem i jako
zbawcow? Tak! Witali! Jezeli ktos wyciaga mnie z plonacego domu, w ktorym moge
sie spalic za chwile, rzuce mu sie na szyje i bede dziekowal. Chocbym jutro mial
uznac go za kolejnego smiertelnego wroga. Niemcy uratowali bowiem wowczas setki
mieszkancow wsi okolicznych (a moze i Jedwabnego?), kryjacych sie od kilku dni w
zbozu i w krzakach nad Biebrza. Uratowali od wywiezienia na smierc, gdzies na
pustynie kazachska czy do syberyjskiej tajgi" (T. Strzembosz: "Przemilczana
kolaboracja", "Rzeczpospolita" z 27-28 stycznia 2001 r.).
Takze inny
historyk, zwiazany z IPN-em dr Marek Wierzbicki, stanowczo przeciwstawial sie
zacieraniu kontekstu historycznego, w ktorym Polacy na Kresach z zadowoleniem
witali wejscie na ich tereny wojsk niemieckich na miejsce wojsk sowieckich.
Przypomnial o tym, ze Polacy "po dwoch latach okrutnej eksterminacji sowieckiej
- wywlaszczen, usuwania z pracy, tortur i deportacji, traktowali Sowietow jak
smiertelnego wroga. Zyczliwy stosunek Polakow do wkraczajacych wojsk niemieckich
byl wynikiem ulgi, ze skonczyla sie okupacja sowiecka, a nie radosci z nowej
okupacji niemieckiej" (por. "Wybiorcze traktowanie zrodel". Rozmowa T.M.
Pluzanskiego z M. Wierzbickim, "Tygodnik Solidarnosc" z 27-28 stycznia 2001 r.).
Stanowczo polemizowal z twierdzeniami Grossa o rzekomej masowej wspolpracy
Polakow z Wehrmachtem dyrektor IPN dr hab. Pawel Machcewicz (por. "Zycie" z 30
stycznia 2001 r.).
Cytowane wyzej argumenty historykow polskich ulegly jednak
calkowitemu przemilczeniu w ksiazce Grossa, ktory za wszelka cene - wbrew faktom
- postanowil obciazyc Polakow oskarzeniami o rzekome masowe kolaborowanie z
niemieckimi okupantami. Hucpiarska klamliwosc wspomnianych oskarzen Grossa
mozemy tym lepiej zauwazyc na tle niektorych swiadectw zydowskich z czasow
wojny, np. ze slynnych zapiskow bylego dyrektora szkoly hebrajskiej w Warszawie
Chaima A. Kaplana (por. C.A. Kaplan: "Scroll of Agony. The Warsaw Diary of Chaim
A. Kaplan", New York 1973, s. 206). Pod data 8 pazdziernika 1940 r. Kaplan
zapisal m.in.: "(...) To jest znak, ze Polacy maja wyczucie polityki. Pomimo
wielkich zmian militarnych i politycznych zle wrozacych dla ich przyszlosci oni
pozostaja upartymi. Nie znajdzie sie posrod nich ani jednego znanego obywatela,
ktory chcialby byc przedstawicielem zdobywcow, mowic do swego narodu i
przekonywac go do uznania, ze nie mozna zmienic rzeczywistosci i trzeba
zaakceptowac jarzmo niemieckich rzadow - tak jak Hacha w Czechoslowacji i
Quisling w Norwegii. Mozemy rowniez dodac Pétaina we Francji (...)". Takze w
pozniejszych o poltora roku zapiskach - z 2 maja 1942 r. (por. C.A. Kaplan: op.
cit., s. 322) Kaplan chwalil polska ludnosc za to, ze nie zachowala sie tak jak
Quisling.
Takie byly wowczas powszechne wizje Polakow jako narodu niechetnego
kolaboracji, ktore dzisiaj probuje zafalszowac Gross.
Przepojona wrogoscia
do Polakow "inwencja" Grossa nie ma granic. Na przyklad na s. 254-255 Gross
porownuje postawy Polakow, rzekomo pelne nienawisci do zydowskich sasiadow, do
"podobnych" zachowan grupy szympansow Kahana, zaobserwowanych w czasie badan
socjologicznych.
Nowe falsze Grossa (04) - Niewiniatka z Judenratow!
Wielokrotnie wysuwajac donosne, choc nieprawdziwe,
oskarzenia przeciw Polakom o rzekomo szeroko rozpowszechniona kolaboracje z
Niemcami, Gross konsekwentnie milczy o dwoch bardzo wstydliwych kolaboracjach, w
ktorych uczestniczyly niektore srodowiska zydowskie. O kolaboracji duzej czesci
Zydow z Sowietami w latach 1939-1941 (bede o niej szerzej pisal w nastepnym
odcinku cyklu, poswieconym sporom o "zydokomune"). I o kolaboracji Judenratow i
zydowskiej policji z Niemcami, kolaboracji bedacej swoista zydowska "hanba
domowa". I to nie tylko w Polsce, ale rowniez w wielu innych krajach okupowanej
przez Niemcow Europy.
Ta kolaboracja czesci Zydow z Niemcami byla tym
bardziej szokujaca i wstydliwa ze wzgledu na spoleczny charakter jej
uczestnikow. W przeciwienstwie bowiem do Polakow, wsrod ktorych z Niemcami
godzili sie na ogol kolaborowac glownie ludzie z marginesu spolecznego, mety,
wsrod Zydow na kolaboracje poszla duza czesc elit z tzw. Judenratow (rad
zydowskich). Przypomnijmy tu, z jak ostrym potepieniem tej kolaboracji wystapila
najslynniejsza zydowska myslicielka XX wieku Hannah Arendt w ksiazce "Eichmann w
Jerozolimie" (Krakow 1987). Napisala tam m.in. (s. 151): "Dla Zydow rola, jaka
przywodcy zydowscy odegrali w unicestwieniu wlasnego narodu, stanowi
niewatpliwie najczarniejszy rozdzial calej historii". Uleglosc Judenratow wobec
nazistow oznaczala skrajna kompromitacje zydowskich elit w panstwach okupowanych
przez III Rzesze. Arend stwierdzila wprost: "O ile jednak czlonkowie rzadow typu
quislingowskiego pochodzili zazwyczaj z partii opozycyjnych, czlonkami rad
zydowskich byli z reguly cieszacy sie uznaniem miejscowi przywodcy zydowscy,
ktorym nazisci nadawali ogromna wladze do chwili, gdy ich takze deportowano"
(tamze, s. 151). Arendt pisala, ze bez pomocy Judenratow w zarejestrowaniu
Zydow, zebraniu ich w gettach, a potem pomocy w skierowaniu do obozow zaglady
zgineloby duzo mniej Zydow. Niemcy mieliby bowiem duzo wiecej klopotow ze
spisaniem i wyszukaniem Zydow. W roznych krajach okupowanej Europy powtarzal sie
ten sam perfidny schemat: funkcjonariusze zydowscy sporzadzali wykazy imienne
wraz z informacjami o majatku Zydow, zapewniali Niemcom pomoc w chwytaniu Zydow
i ladowaniu ich do pociagow, ktore wiozly ich do obozow zaglady. Takze w Polsce
doszlo do potwornego skompromitowania duzej czesci zydowskich elit poprzez ich
uczestnictwo w Judenratach i posluszne wykonywanie niemieckich rozkazow
godzacych w ich wspolrodakow. O tym wszystkim Gross milczy jak grob w swej
ksiazce pelnej tak wielu oszczerczych tyrad oskarzycielskich przeciw Polakom.
Postarajmy sie wiec odswiezyc pamiec o sprawach tej kolaboracji Judenratow i
zydowskiej policji, od lat tak gorliwie przemilczanej - wbrew prawdzie
historycznej - przez rozne wplywowe dzis w Polsce media i wydawnictwa. Zeby
uniknac zarzutow stronniczosci, ogranicze sie tu do podania przykladow wylacznie
w oparciu o autorow wywodzacych sie z zydowskich srodowisk. Oto niektore z
nich.
Zydowski autor Baruch Milch tak pisal w przejmujacej relacji o losach
Zydow na bylych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i
tarnopolskie): "W kazdym razie Judenrat stal sie narzedziem w rekach gestapo do
niszczenia Zydow, a jak sami czlonkowie pozniej sie wyrazali, sa 'Gestapem na
ulicy zydowskiej'. Powolali Ordnungsdienst [sluzbe porzadkowa - J.R.N.] jako
organ wykonawczy skladajacy sie z najgorszych elementow (...) w gruncie rzeczy
Judenrat zaczal prowadzic polityke rabunkowa w celu napelnienia wlasnych
kieszeni, by tymi pieniedzmi przekupic wladze i gestapo, ale tylko w celu
zabezpieczenia losu swoich i najblizszej rodziny. Nie znam ani jednego wypadku,
zeby Judenrat bezinteresownie pomogl ktoremus Zydowi (...). Do wykonania swoich
niecnych czynow, jak sciaganie ogromnych podatkow i nalozonych kontrybucji,
lapanie do lagrow i napadow na domy zydowskie, Judenraty uzywaly swojej
Ordnungsdienst, ktorej dawali procent z lupu, a ci ludzie w liczbie
dziesieciu-pietnastu napadali na ludzi, bijac w okrutny sposob, niszczac i
rabujac, cokolwiek sie dalo, i to ze straszna bezwzglednoscia" (Por. B. Milch:
"Testament", Warszawa 2001, s. 106-107).
Pytanie, czemu Gross nawet jednym
zdaniem nie wspomnial w swej przeznaczonej dla Amerykanow ponad 300-stronicowej
ksiazce o rabunkach na Zydach dokonywanych przez zydowska policje na zlecenie
Judenratu? Czyz to kolejne przemilczenie nie jest jaskrawym dowodem braku u
Grossa nawet cienia elementarnej uczciwosci intelektualnej?
W tejze ksiazce
Milcha czytamy na s. 126-127: "(...) Judenrat zalatwil z tymi mordercami, ze do
trzech godzin dostarczy im zadane trzysta osob. Sami Zydzi musieli lapac i
wydawac braci i siostry w rece katow, ktorzy stali na placu folwarku, obok
naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjeli palkami albo nahajkami, a
pozniej wywiezli na rzez do Belzca (...) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy
pomocy ukrainskiej policji i kilku Niemcow, ktorym jeszcze zaplacono, by predko
pracowali, gonili po ulicach, jak wsciekle psy czy opetancy, a pot sie z nich
lal strumieniami (...). Straszny to byl widok, jak Zyd Zyda prowadzil na smierc
(...)".
Szczegolnie haniebna role w wysylaniu wlasnych zydowskich rodakow na
smierc odegral Chaim Rumkowski, prezes Rady Zydowskiej w Lodzi, "krol" getta
lodzkiego na uslugach Niemcow. Byl on absolutnym wladca getta, w ktorym
kursowaly specjalne pieniadze "chaimki" i "rumki" oraz znaczki pocztowe z jego
podobizna. Rumkowski urzadzil sobie harem w jednej willi i wciaz sprowadzal nowe
piekne kobiety. W zamian za przyzwolenie Niemcow na jego tyranie nad
mieszkancami getta arcygorliwie wykonywal wszystkie niemieckie rozkazy i
wyekspediowal olbrzymia wiekszosc swych poddanych do obozow zaglady. W koncu
jednak i jego Niemcy wyslali do Oswiecimia. Podobno natychmiast padl ofiara
swych zydowskich wspolwiezniow, ktorzy nie zwlekajac ani chwili, natychmiast po
przywiezieniu go do obozu spalili go zywcem w obozowym piecu (Por. E. Reicher:
"W ostrym swietle dnia. Dziennik zydowskiego lekarza 1939-1945", oprac. R.
Jablonska, Londyn 1989, s. 29).
Zydowscy policjanci okrutniejsi
od Niemcow
Najslynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel
Ringelblum tak pisal o zydowskiej policji, ktora nawet jednym zdaniem nie
zostala wspomniana w "naukowym dziele" Grossa: "Policja zydowska miala bardzo
zla opinie jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwienstwie do policji polskiej,
ktora nie brala udzialu w lapankach do obozu pracy, policja zydowska parala sie
ta ohydna robota. Wyrozniala sie rowniez straszliwa korupcja i demoralizacja.
Dno podlosci osiagnela ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padlo ani
jedno slowo protestu przeciwko odrazajacej funkcji, polegajacej na prowadzeniu
swych braci na rzez. Policja byla duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i
dlatego gorliwie ja wykonala. Obecnie mozg sili sie nad rozwiazaniem zagadki:
jak to sie stalo, ze Zydzi - przewaznie inteligenci, byli adwokaci (wiekszosc
oficerow byla przed wojna adwokatami) - sami przykladali reke do zaglady swych
braci. Jak doszlo do tego, ze Zydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starcow i
chorych, wiedzac, ze wszyscy ida na rzez (...). Okrucienstwo policji zydowskiej
bylo bardzo czesto wieksze niz Niemcow, Ukraincow, Lotyszy [podkr. - J.R.N.].
Niejedna kryjowka zostala 'nakryta' przez policje zydowska, ktora zawsze chciala
byc plus catholique que le pape, by przypodobac sie okupantowi. Ofiary, ktore
znikly z oczu Niemca, wylapywal policjant zydowski (...). Policja zydowska dala
w ogole dowody niezrozumialej, dzikiej brutalnosci. Skad taka wscieklosc u
naszych Zydow? Kiedy wyhodowalismy tyle setek zabojcow, ktorzy na ulicach lapia
dzieci, ciskaja je na wozy i ciagna na Umschlag? Do powszechnych po prostu
zjawisk nalezalo, ze ci zbojcy za rece i nogi wrzucali kobiety na wozy (...).
Kazdy Zyd warszawski, kazda kobieta i dziecko moga przytoczyc tysiace faktow
nieludzkiego okrucienstwa i wscieklosci policji zydowskiej" (E. Ringelblum:
"Kronika getta warszawskiego wrzesien 1939 - styczen 1943", Warszawa 1988, s.
426, 427, 428).
Wydawali na smierc rodzicow
Nader
bezwzgledne swiadectwo na temat poczynan zydowskiej policji w Warszawie
dostarczyl Baruch Goldstein, przed wojna wspolorganizator bojowek Bundu.
Wspominajac lata wojny, Goldstein pisal bez ogrodek: "Z poczuciem bolu i wstretu
wspominam zydowska policje, te hanbe dla pol miliona nieszczesliwych Zydow w
warszawskim getcie (...). Zydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i
zandarmow, spadala na getto jak banda dzikich zwierzat [podkr. J.R.N.]. Kazdego
dnia, by uratowac wlasna skore, kazdy policjant zydowski przyprowadzal siedem
osob, by je poswiecic na oltarzu eksterminacji. Przyprowadzal ze soba
kogokolwiek mogl schwytac - przyjaciol, krewnych, nawet czlonkow najblizszej
rodziny. Byli policjanci, ktorzy ofiarowywali swych wlasnych wiekowych rodzicow
z usprawiedliwieniem, ze ci i tak szybko umra" [podkr. J.R.N.] (Por. B.
Goldstein: "The Star Bear Witness", New York 1949, s. 66, 106, 129).
Klara
Mirska, Zydowka, ktora opuscila Polske w 1968 roku, nie miala w swych
wspomnieniach dosc zlych slow dla odmalowania niegodziwosci niektorych
przedstawicieli srodowisk zydowskich w czasie wojny. Opisala np. nastepujaca
historie: "Syn przewodniczacego Judenratu jednego z gett zostal skazany przez
Niemcow na smierc. Przyprowadzil go na egzekucje jego ojciec. On mial go
powiesic w ciagu kilku minut. Gdyby tego nie uczynil, mial sam zostac
powieszony. Taki niesamowity zart wymyslili Niemcy. Ojciec, ktoremu chec
pozostania przy zyciu przyslonila wszelkie uczucia milosci rodzicielskiej,
zaczal poganiac syna. Czynil to na oczach rozbawionych Niemcow i stojacych w
milczeniu przy tej scenie Zydow: 'No, predko rozbieraj buty! No, pospiesz sie, i
tak ci nic nie pomoze'" (Wg K. Mirska: "W cieniu wielkiego strachu", Paryz 1980,
s. 447). W sierpniu 1942 r. zydowski policjant Calel Perechodnik w getcie w
Otwocku wyciagnal z bezpiecznej kryjowki swoja zone i coreczke i odprowadzil je
do transportu smierci.
Czemu o takich przypadkach zezwierzecenia niektorych
Zydow nie informuje Amerykanow Gross, tak gorliwie rozpisujacy sie na temat
sadyzmu Polakow? Warto przytoczyc, co ten sam Perechodnik, skadinad nienawidzacy
bez reszty Polakow, wypisywal na temat swych wlasnych kolegow z zydowskiej
policji: "Nie ma zadnego usprawiedliwienia dla policjantow zydowskich w
Warszawie (...). Skamienialy im serca, obce staly sie wszelkie ludzkie uczucia.
Lapali ludzi, na rekach znosili z mieszkan niemowleta, przy okazji rabowali. Nic
tez dziwnego, ze Zydzi nienawidzili swojej policji bardziej niz Niemcow,
bardziej niz Ukraincow" (C. Perechodnik: "Czy ja jestem morderca?", Warszawa
1993, s. 112-113).
Nader bezwzgledny jest osad Judenratu i zydowskiej
policji, zawarty w dzienniku bylego dyrektora szkoly hebrajskiej w Warszawie
Chaima A. Kaplana. W swym dzienniku Kaplan nazwal wprost Judenraty "hanba
spolecznosci warszawskiej". Wielokrotnie pietnowal zbrodnicza dzialalnosc
zydowskiej policji, piszac m.in.: "Zydowska policja, ktorej okrucienstwo jest
nie mniejsze od nazistow, dostarczala do punktu przenosin na ulicy Stawki wiecej
[osob - przyp. J.R.N.] niz bylo w normie, do ktorej zobowiazala sie Rada
Zydowska (...). Nazisci sa zadowoleni, ze eksterminacja Zydow jest realizowana z
cala niezbedna efektywnoscia. Czyn ten jest dokonywany przez zydowskich siepaczy
(Jewish slaughterers) (...). To zydowska policja jest najokrutniejsza wobec
skazanych (...). Nazisci sa usatysfakcjonowani robota zydowskiej policji, tej
plagi zydowskiego organizmu (...). Wczoraj, trzeciego sierpnia, oni wyrzneli
ulice Zamenhofa i Pawia (...). SS-owscy mordercy stali na strazy, podczas gdy
zydowska policja pracowala na dziedzincach. To byla rzez w odpowiednim stylu -
oni nie mieli litosci nawet dla dzieci i niemowlat [podkr. J.R.N.]. Wszystkich z
nich, bez wyjatku, zabrano do wrot smierci" (Por. "Scroll of Agony. The Warsaw
Diary of Chaim A. Kaplan", New York 1973, s. 384, 386, 389, 399). Na s. 231 swej
ksiazki Kaplan cytuje jakze gorzki owczesny dowcip zydowski. Mial on forme
krotkiej modlitwy: "Pozwol nam wpasc w rece agentow gojow, tylko nie pozwol nam
wpasc w rece zydowskiego agenta".
Nader podobne w wymowne byly zapiski
Aleksandra Bibersteina, dyrektora zydowskiego szpitala zakaznego w krakowskim
getcie. W swoich wspomnieniach o zydowskiej sluzbie OD (Ordnungsdienst)
Biberstein pisal: "Przez caly czas okupacji Ordnungsdienst byl narzedziem w reku
gestapo, na jego polecenie odemani [tj. czlonkowie Ordnungsdienst - przyp.
J.R.N.] wykonywali bez zastrzezen najpodlejsze czynnosci, przescigajac czesto
bezwzglednoscia Niemcow" (A. Biberstein: "Zaglada Zydow w Krakowie", Krakow
1985, s. 165).
Rabowali swych rodakow
Warto przypomniec rowniez zapiski
Henryka Makowera na temat dzialan Ordnungsdienst - zydowskiej Sluzby Porzadkowej
(SP): "Opowiadano mi o roznych scenach w trakcie blokad domow. Niektorzy z
oficerow [zydowskiej Sluzby Porzadkowej - przyp. J.R.N.] zachowywali sie
skandalicznie, nie uznajac nawet dobrych zaswiadczen. W rezultacie na Umschlag
szli ludzie, ktorzy byli zupelnie pewni, ze zaswiadczenie ich chroni, i nie
wiedzac, co ich czeka, sami sie oddawali w rece swych wspolrodakow. W innych
wypadkach zwalniano ludzi za lapowki, lapownictwo sie szerzylo (...). Blokady
wyzwolily cala mase lajdactwa i dranstwa. Opornych bito palkami, nie gorzej od
Niemcow. Do tego dolaczylo sie rabowanie opuszczonych mieszkan pod jakims
pretekstem, np. zeby nie zostawiac rzeczy Niemcom. Wielu 'porzadnych' wyzszych
funkcjonariuszy SP dorobilo sie na roznych tego rodzaju praktykach duzych
majatkow. Bylo to zjawisko tak masowe, ze nawet tzw. przyzwoici ludzie sie
chwalili - 'ja sie na tej akcji dorobilem' - lub - 'moj maz nie nadaje sie do
dzisiejszych czasow, nic nie zarobil na akcji'" (Por. H. Makower: "Pamietnik z
getta warszawskiego pazdziernik 1940 - styczen 1943", Wroclaw 1987, s. 62).
Szkoda, ze Gross pominal to jakze wazne swiadectwo profesora mikrobiologii
Makowera w swoich, zajmujacych tak wiele stron, dywagacjach o rabowaniu Zydow
przez Polakow, zbrodniczej "moralnosci" polskich grabiezcow itp.
Warto
dodac, ze spora czesc uratowanych Zydow stanowili akurat zydowscy policjanci, a
wiec mozliwie najgorszy, najpodlejszy element posrod owczesnych Zydow; ci
wlasnie ludzie, ktorzy dorabiali sie na rabowaniu swych rodakow w ich momentach
najwyzszego zagrozenia. Pisal o tym slynny matematyk zydowskiego pochodzenia
Stefan Chaskielewicz we wstrzasajacych pamietnikach pt. "Ukrywalem sie w
Warszawie. Styczen 1943 - styczen 1945" (Krakow 1988, s. 191-192): "Wsrod Zydow,
ktorym pomoglo przezyc posiadanie znaczniejszych funduszy, byli i dawni
funkcjonariusze policji zydowskiej, a nawet slawnej ekspozytury gestapo w
getcie. Ci ludzie bowiem oblowili sie podczas akcji wysiedlenczej. Trudno tu
podac jakiekolwiek scisle dane liczbowe. Moge jedynie powtorzyc stwierdzenie
dwoch bylych policjantow, ktorzy po wojnie, w mojej obecnosci, mowili, ze
uratowalo sie co najmniej 200 ich kolegow".
Skrajnie glupawym rasistowskim
wyczynom Grossa, ktory za wszelka cene chce wybielic "anielskich" Zydow i
dokopac "diabelskim" Polakom, warto przeciwstawic madre slowa slynnego
izraelskiego intelektualisty profesora Israela Shahaka, publikowane na lamach
"The New York Review of the Book" 29 stycznia 1987 roku. Przeciwstawiajac sie
tendencjom do skrajnego idealizowania wojennych postaw Zydow kosztem Polakow,
Shahak pisal: "Oczywiscie, ze byli polscy policjanci, ktorzy przeprowadzali
lapanki Zydow, i oczywiscie byli Polacy, ktorzy szantazowali Zydow (...). Byli
jednak takze (...) zydowscy szantazysci, wielu znanych nawet z imion,
mieszkajacych poza gettem, ktorzy nie byli ani lepsi, ani gorsi niz polscy. Byli
takze zydowscy policjanci w getcie. Do obowiazkow kazdego z nich w pierwszych
tygodniach eksterminacji latem 1942 roku nalezalo dostarczenie odpowiedniej
ilosci Zydow przeznaczonych na smierc. Dzisiaj, po latach, uwazam, ze polscy i
zydowscy wspolnicy zbrodniarzy sa sobie rowni w ogromie zla i najwyzsza odraza,
z jaka sie ich wspomina, nie zalezy od narodowosci. Moja jednak pamiec, pamiec
wszystkich ocalonych Zydow, kiedy uczciwie rozmawiaja 'w swoim gronie', nie
pozwala zapominac, ze w owym czasie my, Zydzi, nienawidzilismy zydowskich
policjantow i zydowskich szpiegow bardziej niz kogokolwiek innego" [oba
podkreslenia J.R.N.].
Cytowane tu relacje jedenastu autorow zydowskich
stanowia faktycznie tylko czubek gory lodowej. Mozna by cytowac jeszcze
wielokrotnie dluzej zapiski pokazujace stopien skrajnego zezwierzecenia wielu
czlonkow Judenratow i policjantow zydowskich kolaborujacych z nazistami, ktorych
niegodna "dzialalnosc" tak skrupulatnie przemilczal Gross. A moze jednym z
najlepszych sposobow polemiki z antypolskimi kalumniami Grossa byloby
przygotowanie w Polsce parusetstronicowego wyboru relacji autorow zydowskich
(Ringelbluma, Goldsteina, Kaplana i in.) o zbrodniczych dzialaniach Judenratow i
policji zydowskiej w roznych regionach okupowanej Polski. Wybor taki mozna by
bylo wydac w roznych jezykach, co pomogloby w sprowokowaniu prawdziwie
zapladniajacej debaty na temat tego, jak ludzie roznych nacji zachowywali sie w
czasach niezwykle trudnych wyborow narzucanych przez totalitarnych
zbrodniarzy.
W wyborze mozna by rowniez umiescic uczciwe zydowskie relacje na
temat historii dzialan Zydow-agentow gestapo. Historyk Marek J. Chodakiewicz
wspomina w swej ksiazce, ze w 1944 r. dzialala w Warszawie czterdziestoosobowa
brygada gestapo skladajaca sie z Zydow pod kierownictwem Leona Skosowskiego
("Lolek") i innych (M.J. Chodakiewicz: "Zydzi i Polacy 1918-1955", Warszawa
2000, s. 205). W innym miejscu Chodakiewicz pisze (op. cit., s. 206), ze w
Krakowie dzialal glowny zydowski agent gestapo Diamant, "ktoremu podlegalo okolo
60 konfidentow". Wedlug Chodakiewicza (op. cit., s. 207): "Swiadkowie zydowscy
opisuja dzialalnosc zydowskich agentow, konfidentow, denuncjatorow w
Dzialoszycach, Zdunskiej Woli, Bransku, Sosnowcu, Lidzie, Wilnie, Krakowie,
Lwowie, Warszawie i w innych miejscowosciach. Emanuel Ringelblum oszacowal, ze w
samym getcie warszawskim pracowalo okolo 400 konfidentow gestapo. Ich ofiara
padali glownie inni Zydzi. W rezultacie Zydzi bali sie Zydow. Na poczatku
chodzilo o zdradzanie Niemcom miejsc ukrycia pieniedzy, kosztownosci i towarow.
Potem zaczynal sie szantaz ukrywajacych sie po stronie aryjskiej rodakow. Po
zupelnym ogoloceniu rodakow z gotowki zwykle nastepowala ich denuncjacja na
policje. Zydowscy agenci infiltrowali tez zydowskie grupy lesne i oddzialy
partyzanckie".
Radosne zabawy w getcie
Wspominalem
juz, jak Gross powiela w swojej ksiazce slawetne antypolskie oszczerstwo, ze
Polacy radosnie bawili sie na karuzeli pod murami plonacego getta. Warto wiec
moze przypomniec nie klamstwo, ale rzeczywiste fakty, jak to spora czesc Zydow
radosnie bawila sie w getcie i plawila w luksusach w tym samym czasie, gdy ich
ubozsi ziomkowie umierali z glodu. Z licznych zapiskow na te tematy mozemy
dowiedziec sie, ze w czasach potwornej nedzy przewazajacej czesci mieszkancow
getta warszawskiego inni Zydzi, glownie agenci gestapo, urzednicy Judenratow,
czlonkowie zydowskiej policji, bogaci kupcy, robiacy biznesy z Niemcami czy
szmuglerzy, bawili sie w najdrozszych restauracjach. Jak opisywal dzialacz Bundu
Baruch Goldstein: "Na tych samych ulicach, gdzie za dnia obserwowalo sie sceny
horroru, wsrod mrowia dzieci chorych na gruzlice i wymierajacych jak muchy,
wzdluz cial czekajacych na wozki zamiataczy ulic natrafialo sie na sklepy pelne
najwspanialszych dan, restauracje i kawiarnie, w ktorych serwowano
najkosztowniejsze dania i trunki. Najgorszym gniazdem pijanstwa i rozpusty byla
Britania. Godzina policyjna nie byla przestrzegana wobec klientow tego lokalu.
Oni mieli wesole cale noce. Ucztowaniu, pijanstwu i hulankom towarzyszyly rytmy
jazz-bandu. O swicie, gdy rewelersi odchodzili, ulice byly juz pelne nagich cial
przykrytych gazetami. Pijacy niemal nie zwracali na nie uwagi, potykajac sie o
tego typu przeszkody na swej drodze (...). Hitlerowcy nakrecali filmy z takich
wesolych scen, aby pokazac 'swiatu', jak dobrze zyli Zydzi w getcie" (Wg B.
Goldstein: op. cit., s. 91).
Ringelblum zapisal w swej kronice: "Szal zabaw
przechodzi wszelkie granice. Opowiadaja mi, ze codziennie o godzinie szostej,
siodmej z rana widzi sie ludzi powracajacych z sal tanecznych, z balow, z
balonikami w reku, na wpol pijanych (...)" (E. Ringelblum: op. cit., s. 228).
Profesor Czeslaw Madajczyk pisal w swym glosnym dziele: "Polityka III Rzeszy w
okupowanej Polsce" (Warszawa 1970, t. I, s. 222): "W getcie spotykalo sie
najwytworniejsze restauracje. Niewiarygodny wydaje sie dzis komfort panujacy
wowczas w 'Palais de Dance' braci Frontow. Chleb byl tu znacznie drozszy niz w
polskich dzielnicach, lecz wino tansze. Wypada tylko powtorzyc 'uczta w czasie
pomoru'. Taki stan rzeczy w getcie sprzyjal pozadanej przez okupanta
dezintegracji spolecznosci zydowskiej, utrzymywal sie wbrew bundowskiej prasie,
zadajacej zamkniecia sal tanca, burdelu i licznych
klubow".
Przemilczane zydowskie swiadectwa
Do
szczegolnie oburzajacych praktyk zastosowanych w ksiazce Grossa "Strach" nalezy
calkowite pominiecie przez niego rozlicznych swiadectw zydowskich, ktore
pokazywaly bardzo sympatyczny obraz zachowan Polakow wobec Zydow w czasie wojny,
calkowicie sprzeczny z lekcewazacymi uogolnieniami Grossa, sugerujacymi, ze
Zydom pomagala tylko "drobna garstka Polakow" ("Upiorna dekada") czy "mala
mniejszosc" ("Strach").
Oto niektore z jakze wymownych przykladow tych
zydowskich swiadectw przemilczanych przez Grossa:
- Prezes Stowarzyszenia
Kombatantow Zydowskich Arnold Mostowicz stwierdzil w publikowanym 25 lutego 1998
r. w "Zyciu" tekscie: "Zaden narod nie zlozyl na oltarzu pomocy Zydom takiej
hekatomby ofiar jak Polacy, bowiem w wielu krajach okupowanych pomoc ta nie
niosla za soba takiego ryzyka".
- Zydowska autorka Klara Mirska pisala w
wydanej w Paryzu w 1980 r. ksiazce "W cieniu wielkiego strachu": "Zebralam wiele
zeznan o Polakach, ktorzy ratowali Zydow, i nieraz mysle: Polacy sa dziwni.
Potrafia byc zapalczywi i niesprawiedliwi. Ale nie wiem, czy w jakimkolwiek
innym narodzie znalazloby sie tylu romantykow, tylu ludzi szlachetnych, tylu
ludzi bez skazy, tylu aniolow, ktorzy by z takim poswieceniem, a takim
lekcewazeniem wlasnego zycia, tak ratowali obcych".
- Inna Zydowka Janina
Altman, piszac do Marka Arczynskiego o Polakach, ktorzy narazali swe zycie dla
ratowania Zydow w czasie wojny, stwierdzila: "Nie wiem, czy my, Zydzi, wobec
tragedii innego narodu, zdolni bylibysmy do takiego poswiecenia" (Cyt. za M.
Arczynski i W. Balcerak: "Kryptonim Zegota", Warszawa 1983, s. 264).
-
Krakowski filozof zydowskiego pochodzenia Jan Hartman napisal, ze wlasnie w
Polsce "Zydzi spotkali sie z bohaterska pomoca na najwieksza w Europie skale"
("Gazeta Wyborcza", 5 maja 2005 r.).
- Wybitny zydowski literaturoznawca,
profesor uniwersytetu w Tel Awiwie Gabriel Moked powiedzial w wywiadzie
udzielonym "Wprost" 28 czerwca 1992 r. m.in.: "Jestem przekonany, ze
odpowiedzialnosc za zaglade polskich Zydow ponosza Niemcy, scislej mowiac
hitlerowcy. Nawet jezeli czesc polskiego spoleczenstwa Zydom nie pomagala albo
latwo godzila sie na ich zaglade, to wieksza czesc narodu Zydom bardzo pomogla".
- Do najbardziej wzruszajacych propolskich swiadectw doby wojny nalezala
ocena zapisana przez nauczyciela hebrajskiego Abrahama Lewina, ktory zyl w
makabrycznych warunkach warszawskiego getta. Zapisal on w swoim pamietniku pod
data 7 czerwca 1942 r.: "(...) Wielu Zydow uwaza, ze wplyw wojny i strasznych
ciosow, ktore kraj i jego mieszkancy - Zydzi i Polacy, przyjeli z rak Niemcow, w
wielkim stopniu zmienil stosunki miedzy Polakami a Niemcami, a wiekszosc Polakow
zostala opanowana przez uczucia filosemickie. Ci, ktorzy glosza te opinie,
opieraja swoj punkt widzenia na znaczacej ilosci zdarzen, ktore ilustruja, jak
od pierwszych miesiecy wojny Polacy pokazali i dalej pokazuja swe wspolczucie i
uprzejmosc dla Zydow, pozbawionych srodkow do zycia, a w szczegolnosci dla
zebrzacych dzieci. Slyszalem wiele historii o Zydach, ktorzy uciekli z Warszawy
tego znaczacego dnia 6 wrzesnia 1939 i otrzymali schronienie, goscinnosc i
zywnosc od polskich chlopow, ktorzy nie zadali zadnej zaplaty za ich pomoc. Jest
rowniez znane, ze nasze dzieci, ktore ida zebrac i pojawiaja sie dziesiatkami i
setkami na ulicach chrzescijanskich, dostaja wielkie ilosci chleba i ziemniakow
i przez to udaje im sie wyzywic i ich rodzinom w getcie (...). Ja widze stosunki
polsko-zydowskie w jasnym swietle" (A. Lewin: "A cup of tears. A Diary of the
Warsaw Ghetto", Ed. by A. Polonszky, New York 1988, s. 123-124).
- Zyd
karmelita (ojciec Daniel) Oswald Rufeisen, jeden z najodwazniejszych zydowskich
partyzantow doby wojny, powiedzial w wywiadzie dla "Polityki" z 29 maja 1983 r.:
"Nigdy nie mowie o polskim antysemityzmie i gdzie tylko moge, walcze z tym, bo
to jest przesad, to jest zabobon (...). Wydaje mi sie, ze o antysemityzmie mowia
nie ludzie, ktorzy przezyli czas holocaustu w Polsce, ale ci, ktorzy przyjechali
do Izraela z Polski przed wojna. Tak mi sie wydaje. Ludzie, ktorzy byli odcieci
od spoleczenstwa polskiego, ktorzy przeniesli swoje koncepcje psychologiczne na
sytuacje wojenna (...). Mam juz ponad 70 lat, zylem w Polsce przed wojna,
przezylem wojne na wschodnich terytoriach polskich (...) nie widzialem tam
Polakow mordujacych, natomiast widzialem Bialorusinow, widzialem Lotyszow,
Estonczykow, Ukraincow, ktorzy mordowali, a polskich jednostek, ktore by
mordowaly, nie widzialem. Ale tego wszystkiego ci idioci tutaj nie widza. Im sie
tego nie mowi. Tak jest, niech mi nie opowiadaja, Ja wiem, jak bylo".
-
Uratowana przez Polakow Laura Kaufman, profesor, czlonek PAN, wspominala: "Jak
wynika z tego, co napisalam, pomoc niesli mi przedstawiciele roznych warstw
spoleczenstwa; nie bylam tez szczegolnie uprzywilejowanym wyjatkiem. Przed wojna
radzono mi, bym w razie wojny wyjechala za granice. Bylo to mozliwe nawet
jeszcze w r. 1940. Nigdy nie zalowalam, ze tego nie zrobilam. Zylam przez 5 lat
w ciaglym niebezpieczenstwie, przezylam chwile grozy, ale trzeba bylo przezyc
wsrod spoleczenstwa polskiego, by poznac lepiej jego walory" (Cyt. za: Ten jest
z ojczyzny mojej", oprac. W. Bartoszewski i Z. Lewinowna, Krakow 1966, s.
241.)
Dyrektor amerykanskiego Urzedu ds. Sledztw Specjalnych, "tropiciel
nazistow" Rosenbaum powiedzial wiosna 1995 r. w wywiadzie dla dziennika
"Newsday": "Podobnie jak wiele dzieci zydowskich dorastalem, slyszac, ze Polacy
byli najgorszymi antysemitami. Moja praca jednak bez przerwy dostarczala mi
dowodow, ze niezliczeni polscy chlopi ryzykowali swoje zycie po to, by ukrywac
Zydow. I trzeba pamietac, ze Polacy ukrywajacy Zydow wiedzieli, jakie
konsekwencje moga ich spotkac za to. Ich wlasne dzieci zostalyby zabite na ich
oczach, a potem zamordowano by ich rowniez. Ja sam, bedac ojcem malych corek,
nie wiem, czy bylbym az tak heroiczny w podobnej sytuacji".
Porownajmy to
wyznanie Rosenbauma z nikczemnym spotwarzaniem obrazu polskiego chlopstwa
zawartym w ksiazce Grossa! Myslac o podlych zachowaniach polakozerczych Zydow
takich jak Gross, mimo woli przypomina sie ocena slynnego polskiego uczonego
zydowskiego pochodzenia Ludwika Hirszfelda. W malo dzis przypominanym liscie do
Jerzego Borejszy z 27 pazdziernika 1947 r. Hirszfeld ubolewal, ze "nacjonalisci
zydowscy nienawidza Polakow wiecej niz Niemcow, i ze swiadomie ida w kierunku
proniemieckim, tak jak zreszta to przewidzialem w mojej ksiazce (...). Jesli nie
podkreslam tych spraw publicznie, to dlatego tylko, by Zydom nie szkodzic i nie
poglebiac przepasci, ktora kopie nacjonalizm zydowski pomiedzy Zydami i
Polakami" (Cyt. za B. Fijalkowska: "Borejsza i Rozanski. Przyczynek do dziejow
stalinizmu w Polsce", Olsztyn 1995, s. 139).
Nowe falsze Grossa (05) - Jak klamie Gross!
Znakomity polski naukowiec w USA prof. Iwo Cyprian
Pogonowski mowil mi juz ponad piec lat temu o jakze niepokojacym zjawisku
zauwazalnym na wielu uczelniach amerykanskich. Chodzilo o to, ze liczni
wykladowcy i studenci polskiego pochodzenia wstydzili sie przyznawac do
polskosci z powodu szalejacej juz wtedy fali antypolonizmu, oskarzen Polakow o
"dziki antysemityzm", wspoludzial w mordowaniu Zydow w dobie wojny etc. Nowa
ksiazka J.T. Grossa ma wszelkie "szanse", aby doprowadzic do lawinowego wrecz
pogorszenia wizerunku Polski i Polakow u nieznajacych faktow Amerykanow. Stad
nieprzypadkowe tak liczne w ostatnich tygodniach teksty polskich autorow z USA i
Kanady, alarmistycznie wrecz ostrzegajace przed rozmiarami polakozerczych bredni
Grossa.
28 lipca 2006 r. na lamach czolowego
dziennika polonijnego w USA - "Dziennika Zwiazkowego" - ukazala sie prawdziwie
miazdzaca recenzja "Strachu", wyszla spod piora Wojciecha A. Wierzewskiego,
autora bardzo popularnego polonijnego programu radiowego w Chicago "Dialog
2000". Wierzewski, znany m.in. z licznych owocnych prob wspierania dialogu ze
strona zydowska, tym ostrzej napietnowal nowa ksiazke Grossa, widzac w niej
zamierzenie niszczace wszelkie szanse dialogu miedzy Polakami a Zydami. Oskarza
paszkwil Grossa, ze stara sie "zapobiec jakiejkolwiek probie porozumienia i
sluzaca tylko antagonizowaniu stron, podsycaniu wzajemnej niecheci". Wedlug
Wierzewskiego, "Strach" Grossa to ksiazka, ktora "wywoluje wylacznie zle emocje,
nie buduje, lecz tylko rujnuje to, co sie juz udalo osiagnac we wzajemnym
dialogu".
Z rownie ostra recenzja ksiazki Grossa, niewyrazajaca doslownie ani
jednego pozytywnego zdania o "Strachu", wystapil historyk polski ze Stanow
Zjednoczonych Marek Jan Chodakiewicz w obszernym tekscie opublikowanym na lamach
"Niezaleznej Gazety Polskiej" z 4 sierpnia 2006 roku. Wedlug Chodakiewicza:
"Autor "Sasiadow" i "Strachu" dokonuje zawoalowanej proby zaoferowania
wspolczesnej inteligencji polskiej faustowskiego ukladu: potepcie polski lud, a
szczegolnie odetnijcie sie od Kosciola katolickiego, od religii
chrzescijanskiej, od patriotyzmu i tradycji, odrzuccie Stary lad, czyli to, co -
wedlug Grossa - spowodowalo antyzydowska przemoc".
Wtedy bedziecie tak jak ci
jedynie Sprawiedliwi polscy intelektualisci, ktorzy potepili mord kielecki,
bowiem natychmiast rozpoznali jego "reakcyjne" zrodla: Kosciol, harcerstwo,
"andersowcow", powstancow antykomunistycznych, "drobnomieszczanstwo".
Na tym
tle z ogromnym zdumieniem obserwuje przerazajaca bezczynnosc MSZ w sprawie
Grossa, i to zarowno na szczeblu kierowniczym, jak i w ambasadzie RP w
Waszyngtonie. Nie tak dawno przeciez Jaroslaw Kaczynski, ktorego ogromnie cenie,
powiedzial, ze "MSZ zostalo odzyskane". Czy rzeczywiscie? Nasuwa sie rowniez
pytanie, dlaczego dotad w calej sprawie milcza wybitni przedstawiciele
patriotycznych partii polskich na czele z PiS? Idzmy dalej, zapytujac, dlaczego
nie protestuja przeciwko plugawemu polakozerstwu Grossa czolowi przedstawiciele
spolecznosci zydowskiej w Polsce? Przeciez liczni z nich znaja jezyk angielski i
mogli naocznie przekonac sie o potwornosci zoologicznego wrecz polakozerstwa
zydowskiego hochsztaplera z USA. Do rangi skandalu urasta wyrazne poparcie dla
Grossa ze strony zwiazanego z Zydowskim Instytutem Historycznym i IPN (!)
Andrzeja Zbikowskiego (wedlug "Przekroju" z 13 lipca 2006 r.). Wyraznie
"odslonil sie" udajacy dotad propolskie sentymenty byly ambasador Izraela w
Warszawie Szewach Weiss, ktory wyraznie poparl oszczerstwa Grossa w tekscie
"Polska zdrada" ("Wprost" z 9 lipca 2006 r.). Komentujac, ze Gross dokonuje
"swego rodzaju rozliczenia z Polska", Weiss klamliwie twierdzi: "Wiem jednak, ze
wielu polskich naukowcow prowadzi podobne badania i dochodzi do podobnych jak
Gross wnioskow" (!).
Zapytajmy, dlaczego trwoznie milczy tak nieslusznie
eksponowany jako "autorytet" znawca stosunkow polsko-zydowskich byly minister
spraw zagranicznych Wladyslaw Bartoszewski. Zachowuje sie w calej sprawie w
stylu - jak by powiedzial L. Walesa - "ani be, ani me, ani kukuryku!". Tak jak
niegdys w czasie nieszczesnej wizyty w Knesecie, gdy nie zareagowal nawet jednym
zdaniem na ohydne polakozercze wystapienia kilku poslow izraelskich.
Mysle,
ze cala sprawa jest swego rodzaju papierkiem lakmusowym na to, kto prawdziwie
chce bronic prawdy o stosunkach polsko-zydowskich, kto naprawde pragnie
uczciwego dialogu miedzy obu nacjami. Tu potrzebne jest otwarte wyrazenie
stanowiska, a nie tchorzliwe milczenie!
Zhanbili sie po stronie
Grossa!
Jednym z glownych celow mojego tak szeroko udokumentowanego cyklu
artykulow w "Naszym Dzienniku" o nowym paszkwilu Grossa jest ulatwienie
Czytelnikom dostrzezenia pelnej skali tolerancji dla najbardziej nawet
klinicznego antypolonizmu, wystepujacej w bardzo wplywowych mediach. Mysle, ze w
swietle przytaczanego przeze mnie obrazu rozmiarow polakozerczych kalumnii
Grossa tylko ktos kompletnie slepy i gluchy w sprawach naszej Ojczyzny, ktos bez
jakiegokolwiek poczucia polskiej godnosci narodowej moze jeszcze teraz chwalic
lub usprawiedliwiac Grossa. Nader jednoznaczny wydaje sie rowniez osad moralny
takich "polskich" gazet czy tygodnikow, ktore jeszcze teraz posuwaja sie do
chwalby lub obrony Grossa. W ten sposob dzialaja one "na szkode Polski" - jak
slusznie stwierdzili sygnatariusze oswiadczenia Niezaleznego Zespolu ds. Etyki
Mediow, opublikowanego w "Naszym Dzienniku" z 5-6 sierpnia 2006 roku.
Warto
dobrze zapamietac nazwiska wszystkich progrossowych dziennikarzy i naukowcow,
ktorzy sa faktycznie wspolwinni dzisiejszej "hanby domowej". Przypomnijmy, ze
wsrod gazet codziennych najbardziej niegodnie zachowala sie "Gazeta Wyborcza",
drukujac 29-30 lipca 2006 r. artykul Piotra Wrobla, "naukowca" z Toronto,
panegirycznie wychwalajacy Grossa. Wsrod tygodnikow najbardziej jak dotad, chyba
nieprzypadkowo, skompromitowal sie katolewicowy "Tygodnik Powszechny", potocznie
"Obludnikiem Powszechnym" zwany. To w nim 16 lipca 2006 r. wystapiono z
haniebnym, iscie targowickim pomyslem przyznania Grossowi polskiego panstwowego
wyroznienia (w tekscie Agnieszki Sabor). To w "Tygodniku Powszechnym" z 9 lipca
ogromnie wyeksponowano, bez jakiegokolwiek krytycznego komentarza, bardzo
obszerny tekst wykladu Grossa, wygloszonego w Krakowie 4 lipca 2006 roku. Nie
sprostowano tam nawet tak ewidentnych bzdur jak przejete od komunistow klamstwo
Grossa o wielotysiecznym tlumie, ktory uczestniczyl w "pogromie" kieleckim, czy
twierdzenie, ze "jedna czwarta mieszkancow miasta brala udzial w pogromie".
"Tygodnik Powszechny" powinien przeprosic mieszkancow Kielc za to oszczerstwo!
Nie sprostowano kretynskiej insynuacji Grossa, ze w Lodzi strajkowalo 15 tys.
robotnikow, "oburzonych, ze mozna ich posadzic o wspolczucie dla wymordowanych
Zydow".
Wyjasnialem juz w "Naszym Dzienniku", ze robotnicy lodzcy byli
oburzeni wydrukowaniem podpisanych rzekomo w ich imieniu rezolucji,
przygotowanych w najgorszym stalinowskim stylu i potepiajacych "reakcje",
"podziemie", "andersowcow". Skompromitowal sie - nie po raz pierwszy - tygodnik
"Newsweek" z 6 sierpnia 2006 r. tekstem "analityka stosunkow miedzynarodowych"
Bartlomieja Sienkiewicza, z werwa wybraniajacego Grossa przed krytykami jego
ksiazki. Dodajmy, ze Sienkiewicz przyznal, iz "Strachu" nie czytal (!).
Pogratulowac odwagi w bronieniu "na slepo" patologicznego polakozercy!
Skompromitowala sie po raz kolejny z rzedu znana i tak z rozlicznych wsparc dla
wyskokow antypolonizmu postkomunistyczna "Polityka". 15 lipca 2006 r. ukazal sie
w niej ogromniasty wywiad popularyzujacy Grossa, przeprowadzony przez Adama
Szostkiewicza. Dodac tu nalezy wreszcie znana z roznych wypadow przeciw polskim
tradycjom narodowym i Kosciolowi komercyjna stacje telewizyjna TVN, ktora 6
lipca 2006 r. splamila sie popularyzujaca J.T. Grossa okologodzinna debata z
tendencyjnie dobranymi uczestnikami, w tym z oslawiona fanatyczna tropicielka
antysemityzmu A. Bikont z "Gazety Wyborczej". Grossowi w Polsce nalezy sie tylko
sad, a nie popularyzacja!
W szczegolnie paskudnej sytuacji, doprawdy nie do
pozazdroszczenia, znalazlo sie liberalno-lewicowe wydawnictwo Znak sugerujace
swoj zwiazek z Kosciolem. Nazbyt pochopnie polakomilo sie na polakozerczy
"Strach". Podobno podsunal go im jakis filar dawnej opozycji laickiej,
zapewniajac, ze znajda w tej ksiazce wyjatkowy cymes intelektualny. Teraz zas
juz nadto wyraznie widza, ze znalezli sie w zalosnej sytuacji, bez
jakiegokolwiek dobrego wyjscia. Jesli bowiem wycofaja sie z druku ksiazki Grossa
pod wplywem nacisku opinii publicznej, to bedzie raczej bardzo przykra
rejterada! Jesli zas wydrukuja Grossa, to sie haniebnie skompromituja jako
protektorzy ksiazki dziko antypolskiej i antykatolickiej (!). Wpadna jak sliwka
w kompot, dowodzac braku elementarnego rozeznania merytorycznego i "czucia po
polsku". Podana niedawno w "Rzeczpospolitej" informacja, ze Znak ma wydac
ksiazke Grossa dopiero w polowie przyszlego roku, byc moze oznacza, ze
wydawnictwo zamierza powoli, po cichu, rakiem wycofac sie z calego tak
kompromitujacego przedsiewziecia (przeciez przeklad "Strachu" moze zajac pare
miesiecy, a nie rok!). A moze Znak chce przygotowac wyraznie zmieniona wersje
ksiazki Grossa dla Polakow. Cos w tym rodzaju zalecal juz w "Gazecie Wyborczej"
stary spec od deformowania historii Polski - "naukowiec" P. Wrobel z Toronto.
Tyle ze taki manewr jednak nie przejdzie, wlasnie dzieki "Naszemu Dziennikowi",
ktory juz teraz szczegolowo ujawnia pelny katalog polakozerczych "wyczynow"
Grossa. Czytelnicy natychmiast odkryja wszystkie "kosmetyczne zabiegi i ciecia".
Inna sprawa, ze tych ciec musialoby byc tak wiele, ze ponad 300-stronicowa
ksiazka Grossa musialaby skurczyc sie do malenkiej broszury!
Klamstwa
o powstaniu w getcie
Wsrod najpodlejszych klamstw zawartych w "Strachu"
Grossa poczesne miejsce zajmuja oszczerstwa na temat stosunku Polakow do
powstania w getcie warszawskim. Na stronach 171-173 Gross kresli dla Amerykanow
ponury, jednowymiarowy obraz Polakow jako prawdziwych "potworow moralnych".
Pokazuje, jak Polacy rzekomo ogromnie ciesza sie z tragedii Zydow, ginacych
w plonacym getcie, wolajac, ze oto "smaza sie kotlety z Zydow"! Na dowod Gross
podaje oceny wyszle spod piora pisarzy zydowskiego pochodzenia - Adolfa
Rudnickiego i Mieczyslawa Jastruna, wiersz Czeslawa Milosza "Campo di Fiori" i
zapis jakiejs malo znanej Zydowki Fanki Gaerber. Rownoczesnie zas Gross
cynicznie przemilcza liczne jakze odmienne swiadectwa wyszle spod pior
prawdziwie wielostronnych i wnikliwych komentatorow tego wszystkiego, co sie
dzialo z Zydami w Warszawie. Calkowicie przemilcza np. ogromnie cenne zapiski z
"Kroniki lat wojny i okupacji" Ludwika Landaua. Ten wybitny zydowski ekonomista
dal w swej kronice chyba najpelniejszy i zarazem najobiektywniejszy opis losow
zydowskich doby wojny. Tym wymowniejszy wiec jest fakt, ze zapiski Landaua na
temat polskich postaw wobec powstania w getcie warszawskim roznia sie wprost
diametralnie od oszczerczego czarnego obrazu kreslonego w ksiazce Grossa. I tak
np. pod data 20 kwietnia 1943 r. Landau pisze o dominujacym w calej Warszawie
uczuciu wspolczucia i aprobaty dla zydowskich powstancow, a 22 kwietnia 1943 r.
zauwaza, ze postawa roznych grup spoleczenstwa wobec Zydow korzystnie zmienila
sie w czasie walk: w kierunku aprobaty dla zydowskiego oporu, a nawet jeszcze
wiekszego wspolczucia odtad odczuwanego. Pod data 27 kwietnia 1943 r. czytamy u
Landaua, ze walki Zydow w getcie spotykaja sie z aprobata nawet najbardziej
antysemickich grup. 30 kwietnia 1943 r. Landau zanotowal na temat walki
powstancow w getcie: "Walka ta spotkala sie wszedzie z uznaniem, obudzila
wspolczucie, nawet w malo dostepnych dla niego w stosunku do Zydow srodowiskach,
zwlaszcza wobec jednoznacznego stanowiska calej tajnej prasy" (por. L. Landau,
Kronika lat wojny i okupacji, t. 2, grudzien 1942 - czerwiec 1943, Warszawa
1962, s. 355, 358, 362, 370, 380).
Inny przyklad pochlebnych dla Polakow
swiadectw, swiadomie zatajonych w dostarczonej przez Grossa tendencyjnej
skladance cytatow, to opinia Icchaka Zuckermana "Antka". Ten skadinad niesklonny
do idealizowania Polakow ideowy przywodca mlodziezy syjonistycznej zapisal w
swym pamietniku: "Mozemy powiedziec, ze polska ulica w tych dniach byla
prozydowska. Ja nie mowie tu o skrajnych grupach, ktore byly rozemocjonowane
tym, ze Zydzi plona w getcie... to, co sie dzialo w getcie, wzbudzilo
nadzwyczajny respekt dla zydowskich bojownikow. Polska (podziemna) prasa byla
pelna podniecenia i podziwu, nie tylko ze strony niektorych przywodcow
lewicowych i liberalnych, lecz jako wyraz prostej sympatii mas" (por. I.
Zuckerman "Antek", A Surplus of Memory: Chronicle of the Warsaw Ghetto Uprising,
Berkeley, London and Oxford 1993, s. 374).
Przytaczam tu kreslony przez
Landaua i Zuckermana obraz jednoznacznego poparcia polskiej prasy podziemnej dla
powstania w getcie warszawskim. Jest on tym wazniejszy, ze Gross juz w jednej ze
swych wczesniejszych ksiazek - w "Upiornej dekadzie", wydanej w 1998 r., pisal
na s. 44: "W bardzo waznej ksiazce "Wojna niemiecko-polska" (Aneks, 1989) Pawel
Szapiro przytacza pelny zestaw tekstow na temat powstania w getcie warszawskim.
Jak widac z tego zbioru, antysemityzm byl regula wyrazana w opinii publicznej
polskiego spoleczenstwa, od ktorej oczywiscie nalezy odnotowac wazne, bardzo
szlachetne i wplywowe odstepstwa". Kazdy z Czytelnikow tego tekstu moze z
latwoscia sie przekonac, do jakiego stopnia falszerz recydywista Gross swiadomie
zdeformowal rzeczywista wymowe ksiazki P. Szapiry, historyka zwiazanego z
Zydowskim Instytutem Historycznym w Warszawie. Otoz wybor Szapiry przekonywajaco
pokazywal, ze ogromna czesc polskiej prasy konspiracyjnej sympatyzowala z walka
Zydow w getcie, a rzadkimi odstepstwami od tej reguly byly wlasnie teksty
antyzydowskie. Przypomnijmy, ze na ten temat rowniez Baruch Goldstein, dzialacz
Bundu i organizator jego bojowek przed wojna, jednoznacznie stwierdzil: "Cala
polska prasa podziemna, niezaleznie od politycznej ideologii, powitala z
entuzjazmem bitwe 18 stycznia [1943 - pierwsza probe obrony getta przed
niemiecka pacyfikacja
- J.R.N.] (por. B. Goldstein, The Star bear Witness,
New York 1949, s. 177).
Cytowane wczesniej zydowskie swiadectwa,
przemilczane przez Grossa, warto uzupelnic o opinie wybitnego matematyka
zydowskiego pochodzenia Stefana Chaskielewicza. W swych wspomnieniach napisal on
m.in.: "O walkach w getcie mowiono powszechnie w calej Warszawie. Staralem sie
pilnie sluchac wypowiedzi na ten temat (...). Nie uslyszalem ani jednej
wypowiedzi pochwalajacej bestialskie mordowanie Zydow czy tez lekcewazacej
dzialalnosc obroncow getta. Opowiadano mi jedynie o tym, ze jakis pasazer
wyrazal swa radosc z tego, ze nie bedzie wiecej Zydow w Warszawie. To mialo sie
jakoby spotkac z powszechnym oburzeniem innych pasazerow, ktorzy jednak nie
reagowali slownie, bo sadzili, ze jest to prowokacja. Wieczorami sasiedzi
wychodzili na dach domu, w ktorym mieszkalem, by obserwowac dymy palacych sie
domow getta. Ja takze tam sie znalazlem.
Patrzono ze zgroza i wyrazano
przekonanie, ze "jak skoncza z Zydami, to zabiora sie za nas". Bylem do glebi
wstrzasniety wydarzeniami w getcie. Zdawalem sobie sprawe, ze powszechnie
powtarzane wiesci o niezwyklych sukcesach getta i o wielkich stratach Niemcow sa
na pewno przesadzone" (S. Chaskielewicz, Ukrywalem sie w Warszawie: styczen
1943-1945, Krakow 1988, s. 42).
Dodajmy do tego tak oburzajacy fakt
calkowitego przemilczenia przez Grossa kilkunastu prob udzielenia zbrojnej
pomocy dla powstancow zydowskich ze strony zolnierzy Polski Podziemnej. Gross
cynicznie milczy o Polakach poleglych lub rannych w czasie tych prob. Pisala o
tej polskiej pomocy m.in. Teresa Prekerowa w "Najnowszych dziejach Zydow w
Polsce" (Warszawa 1993, s. 339): "Oddzialy AK, GL i innych polskich ugrupowan
probowaly przyjsc z pomoca walczacemu gettu, jednak mimo poniesionych ofiar w
ludziach zadnemu nie udalo sie dokonac wylomu w murze". Ksiazka ta byla chetnie
cytowana przez Grossa. Nie moze wiec udawac, ze nie wiedzial o tych zbrojnych
probach pomocy polskiej dla zydowskiego powstania. Dlaczego wiec calkowicie
przemilczal to w pisanej dla Amerykanow ksiazce, wypelniajac prawie dwie strony
swego tekstu wylacznie obrazami rzekomej jadowitej nienawisci Polakow do
ginacych w getcie Zydow? Rzetelny historyk jest zobowiazany do pokazywania
przedstawianego przez siebie obrazu wydarzen w calej jego zlozonosci,
porownywania roznorodnych, czestokroc nawet sprzecznych ze soba swiadectw. Coz
wspolnego z tym wymogiem rzetelnosci ma cyniczny falszerz zza oceanu? Moze
sprobuja wyjasnic te postawe uparci obroncy i popularyzatorzy Grossa z "Gazety
Wyborczej", "Tygodnika Powszechnego", "Newsweeka" czy "Polityki".
Nowe falsze Grossa (06) - Z komunistami przeciw Kosciolowi!
Uwaznie czytajac "Strach" Grossa, co chwila zauwaza sie,
do jakiego stopnia powiela on rozne dawne schematy propagandy komunistycznej,
wyrazane w atakach przeciw polskiej tradycji patriotycznej, Kosciolowi,
opozycyjnemu PSL-owi czy harcerstwu. Gross szokuje panegirycznym wrecz
wybielaniem motywacji Zydow, ktorzy poparli ludobojczy system komunistyczny. Na
s. 193 zapewnia nieswiadomych rzeczy amerykanskich czytelnikow, iz: "Motywacja
mlodych, nawroconych na komunizm w tym czasie [w II RP - J.R.N.] byla pozbawiona
egoizmu i altruistyczna (...). Komunizm oferowal obietnice jasnej, szczesliwej
przyszlosci dla nastepnych pokolen".
Zaskakuje skwapliwosc, z jaka Gross
powoluje sie w swoich twierdzeniach na opinie unurzanych wowczas po szyje w
stalinowskiej mazi propagandowej socrealistycznych pisarzy typu Jana Kotta,
Mieczyslawa Jastruna czy Jerzego Andrzejewskiego. Swiadomie przemilcza
oswiadczenie emigracyjnych intelektualistow polskich i zydowskich z Nowego Jorku
z 7 lipca 1946 r., pietnujacych zbrodnie kielecka jako prowokacje rezimowa. Tym
chetniej powoluje sie za to na wojujacych marksistow z miesiecznika "Kuznica",
ktorzy za wszystko winili "reakcyjny" i "antysemicki"
narod.
Wymowne przemilczenia
Szczegolnie ochoczo,
doslownie calymi garsciami Gross czerpie argumenty z dawnych tez propagandy
komunistycznej, oskarzajacych Kosciol katolicki w Polsce, a zwlaszcza jego
czolowych hierarchow, o rzekomy antysemityzm i calkowite znieczulenie na los
mordowanych w Polsce Zydow. Calkowicie przemilcza przy tym fakty dowodzace, jak
trudna byla sytuacja hierarchow katolickich w owczesnym rezimie w warunkach
szalejacej propagandy komunistycznej i cenzury. Polscy hierarchowie na czele z
Prymasem Augustem Hlondem musieli sie ciagle liczyc, ze ich jakiekolwiek
oswiadczenie w sprawie stosunkow polsko-zydowskich zostanie calkowicie
zdeformowane. Obawiali sie zwlaszcza uzycia takiego oswiadczenia w sposob
spreparowany dla potepienia niepodleglosciowego podziemia jako rzekomej sily
antysemickiej i stworzenia sfingowanego poparcia Kosciola dla rzadzacego rezimu.
Hierarchowie mieli az nadto uzasadnione powody do takich obaw. Chocby przyklad
zmanipulowania przebiegu rozmowy przedstawiciela Zydowskich Zrzeszen Religijnych
profesora Michala Zylberberga z Prymasem Polski Augustem Hlondem w styczniu 1946
roku. Polska Agencja Prasowa falszywie poinformowala wowczas, jakoby Prymas w
rozmowie z prof. Zylberbergiem "potepil" napasci na Zydow w "wyzwolonej" Polsce
i nazwal je zbrodnicza dzialalnoscia konspiratorow, ktorzy napadajac na Zydow,
zwalczaja rzad (wg: J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji
polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego, IPN,
Warszawa 2006, s. 92). Uniemozliwiono wydrukowanie sprostowania klamstw na
lamach czestochowskiej "Niedzieli" (tamze, s. 92). W rzeczywistosci autentyczna
wypowiedz Prymasa brzmiala zupelnie inaczej niz to, co podala PAP. Na pytanie
prof. Zylberberga "Czy znane sa Jego Eminencji wypadki napasci na Zydow juz po
wyzwoleniu Polski?" Prymas odpowiedzial: "Przejmuja mnie one smutkiem. Nie widze
atoli w tym objawu antysemityzmu, ile zawzieta gre polityczna, ktorej ofiara
pada nierownie wiecej Polakow. Zasady chrzescijanskie nie dopuszczaja mordu
politycznego" (por. tamze, s. 93). To przykre doswiadczenie nie pozostalo bez
wplywu na pozniejsze zachowanie Prymasa w jego kontaktach z przedstawicielami
Zydow. Jak pisal Jan Zaryn, (op. cit., s. 93): "Doswiadczenie uczylo: kazdy
kontakt z oficjalnymi przedstawicielami strony zydowskiej zmuszal strone
koscielna do wyjatkowej czujnosci. Gdy zatem w kilka miesiecy pozniej - w maju
1946 r. - ten sam prof. Zylberberg przeslal prymasowi specjalne memorandum,
prymas nie zgodzil sie na audiencje i nie dal zadnej odpowiedzi na dokument"
(tamze, s. 93). Gross przytacza to zachowanie Prymasa Polski w maju 1946 r. jako
rzekomy dowod swiadomego unikania poznania problemow nekajacych Zydow,
wymigiwanie sie od rozmow z nimi. Rownoczesnie jednak autor "Strachu" calkowicie
przemilcza powod takiego zachowania Prymasa Polski, to, ze poprzednio grubiansko
zafalszowano przebieg jego styczniowej rozmowy z M. Zylberbergiem. Dodajmy tu
znow przemilczany przez Grossa fakt, ze jeszcze w styczniu 1946 r. przed
wspomnianym zafalszowaniem Prymas Polski byl pelen absolutnej dobrej woli w
rozmowie z przedstawicielem Zydow. Jak zanotowal prof. Zylberberg: "(...) widac
bylo [w trakcie rozmowy], ze nieslychana tragedia narodu zydowskiego do glebi
przejmuje glowe Kosciola katolickiego w Polsce" (tamze, s. 83).
Innym dowodem
braku reakcji Prymasa Hlonda na prosby o interwencje w obronie Zydow ma byc
opisany przez Grossa na stronach 134-135 przypadek dr. Josepha Tenenbauma,
prezesa Amerykanskiej Federacji Zydow Polskich. Wedlug Grossa, Tenenbaum zostal
przyjety przez Prymasa 3 czerwca 1946 r.
- na miesiac przed zbrodnia
kielecka. W czasie rozmowy Tenenbaum poinformowal Prymasa, ze ponad tysiac Zydow
zostalo zamordowanych w okresie "po wyzwoleniu Polski". Apel Tenenbauma o list
pasterski w sprawie zydowskiej okazal sie jednak bezowocny. Gross calkowicie
przemilcza powody, dla ktorych Prymas Hlond odrzucil nalegania Tenenbauma o
wystapienie w sprawie zydowskiej. Otoz w czasie rozmowy z Tenenbaumem Prymas
jednoznacznie zaprzeczyl twierdzeniom, ze w Polsce istnieje antysemityzm,
akcentujac: "Zydzi nie sa mordowani jako Zydzi. Oni sa zabijani w odwecie za
morderstwa dokonywane na chrzescijanach przez zydowskich komunistow w rzadzie
Polski Ludowej" (wg: J. Zaryn, op. cit., s. 93). Prymas stwierdzil rowniez, ze
nie moze "wystapic publicznie w kwestii zydowskiej, poniewaz we wladzach
znajduje sie wielu Zydow, ktorzy staraja sie narzucic system wrogi wiekszosci
narodu" (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s.
490). Z powodu tej wypowiedzi Tenenbaum oskarzyl pozniej Prymasa o antysemityzm.
Gross ani slowem nie wspomina, ze przywolywany przezen jako "swiadek" przeciwko
Prymasowi Tenenbaum byl dzialaczem komunistycznym (wg: J. Zaryn, op. cit., s.
104), znanym ze skrajnego antypolskiego zacietrzewienia. Juz 2 maja 1945 r.
Tenenbaum publicznie stwierdzil, jakoby "dziesiatki tysiecy Polakow pomogly
Niemcom eksterminowac Zydow" (wg: M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 280). Byl on
rowniez az nadto dobrze znany jako fanatyczny tropiciel "polskiego
antysemityzmu" i "polskiej reakcji" przy rownoczesnym pianiu peanow na temat
rzekomych dobrodziejstw "demokratycznych" rzadow Bierutowskich w Polsce (tamze,
s. 535-536). Tenenbaum "wslawil sie" okazaniem radosci na wiesc, ze sowieckie
czolgi rozbily studencka demonstracje niepodleglosciowa w Krakowie 3 maja 1946
roku. Potepil ja jako rzekomy "pogrom" antysemicki (tamze, s. 536). Wedlug
Tenenbauma, ksieza nagminnie walczyli w "bandach" oraz ostrzeliwali UB z
karabinow maszynowych zamontowanych na wiezach koscielnych (tamze, s. 536).
Dodajmy, ze Tenenbaum, ten tak szczegolny komunistyczny prezes Amerykanskiej
Federacji Zydow Polskich, w czasie spotkania z Bierutem namawial go, by zazadal
ekstradycji gen. Andersa jako "zbrodniarza wojennego" z powodu jego
"antysemityzmu" (wg: J. Zaryn, op. cit., s. 94). I coz mial poczac Prymas Polski
z tak fanatycznym zydowskim rozmowca? Gross ani slowem nie wspomina o tym
komunistycznym zacietrzewieniu Tenenbauma.
Oskarzajac polska hierarchie
katolicka o brak publicznej reakcji na zbrodnie kielecka, Gross przemilcza caly
zlozony kontekst sytuacji w tej sprawie. Przemilcza przede wszystkim rzecz
podstawowa - ze hierarchowie musieli sie liczyc na kazdym kroku z tym, iz ich
ewentualne oswiadczenie zostanie cynicznie spreparowane na uzytek rezimu w
mediach, a oni nie beda mieli zadnych szans na sprostowanie w tej sprawie.
Komunistyczne wladze zas wyraznie chcialy decydowac, w jakim ksztalcie dopuszcza
do druku oswiadczenia hierarchow. Rzecz znamienna, calkowicie przemilczana przez
Grossa - ze komunistyczne wladze uniemozliwily w maju 1946 r. druk komunikatu
Episkopatu, apelujacego o wyeliminowanie zagrozenia dla bezpieczenstwa jednostek
i zaprzestanie gwaltow. Gross skwapliwie powoluje sie na publiczne wystapienie
biskupa Teodora Kubiny przeciwko antysemityzmowi i mordowi na Zydach,
przedstawia go jako swego rodzaju "jedynego sprawiedliwego" wsrod polskich
biskupow. Tylko ze calkowicie przemilcza przy tym fakt, iz odezwa Kubiny zostala
w druku sfalszowana przez wladze dla celow propagandowych. Dopisano do niej bez
wiedzy biskupa Kubiny polityczne prorezimowe stwierdzenia, godzace w
niepodleglosciowe podziemie i wyrazajace poparcie dla wladz. Znalazly sie tam
m.in. stwierdzenia: "Ogol spoleczenstwa musi dzisiaj juz wyraznie powiedziec, ze
dalszych zbrodni i walk bratobojczych nie chce i obce mu sa intencje i cele tych
nieodpowiedzialnych czynnikow politycznych, ktore stwarzaja podatny grunt dla
mordow, ekscesow i zamieszek w kraju. Czynnikom tym przeciwstawi wszystkie
rozporzadzalne sily dla obrony ladu wewnetrznego w panstwie, dla obrony zycia
wspolobywateli i rozpoczetego dziela odbudowy Ojczyzny" (wg: J. Zaryn, op. cit.,
s. 99). Nic dziwnego, ze wskutek takiego doswiadczenia ze sfalszowaniem odezwy
biskupa T. Kubiny hierarchowie odniesli sie krytycznie do propozycji
jakichkolwiek publicznych wypowiedzi ze strony ludzi Kosciola w sprawie zbrodni
kieleckiej (tamze, s. 99). Znamienne, ze o sfalszowaniu przez wladze odezwy
Kubiny cynicznie milczy Gross i ci wszyscy, ktorzy podobnie jak on do dzis
usiluja przeciwstawiac "dobrego" biskupa Kubine wszystkim hierarchom jako
"zlym".
Zafalszowanie wypowiedzi Prymasa
Polski
Metody falszerstw Grossa dobrze ilustruje jego skrajnie
tendencyjny komentarz w odniesieniu do glosnego oswiadczenia Prymasa Polski A.
Hlonda dla dziennikarzy z USA w dniu 11 lipca 1946 r., w tydzien po zbrodni
kieleckiej. Prymas powiedzial w tym oswiadczeniu m.in.:
"1. Kosciol katolicki
zawsze i wszedzie potepia wszelkie mordy. Potepia je tez w Polsce bez wzgledu na
to, przez kogo sa popelniane, i bez wzgledu na to, czy popelniane sa na Polakach
czy na Zydach, w Kielcach lub innych zakatkach Rzeczypospolitej.
2. Przebieg
nieszczesnych i ubolewania godnych wypadkow kieleckich wykazuje, ze nie mozna
ich przypisac rasizmowi. Wyrosly one na podlozu calkiem odmiennym, bolesnym, a
tragicznym. Wypadki sa potwornym nieszczesciem, ktore mnie napelnia smutkiem i
zalem (...).
[3. punkt opisywal zachowanie ludzi w Kielcach 4 lipca 1946 r. -
J.R.N.]
4. W czasie eksterminacyjnej okupacji niemieckiej Polacy, mimo ze
sami byli tepieni, wspierali, ukrywali i ratowali Zydow z narazeniem wlasnego
zycia. Niejeden Zyd w Polsce zawdziecza swe zycie Polakom i polskim ksiezom. Ze
ten dobry stosunek sie psuje, za to w wielkiej mierze ponosza odpowiedzialnosc
Zydzi stojacy w Polsce na przodujacych stanowiskach w zyciu panstwowym, a dazacy
do narzucenia form ustrojowych, ktorych ogromna wiekszosc narodu nie chce. Jest
to gra szkodliwa, bo powstaja stad niebezpieczne napiecia. W fatalnych starciach
oreznych na bojowym froncie politycznym w Polsce gina niestety niektorzy Zydzi,
ale ginie nierownie wiecej Polakow.
5. Moje osobiste stanowisko do Zydow jest
znane chocby z mych przedwojennych wypowiedzi. W czasie wygnania zas we Francji
w latach 1940-1944 ratowalem niejednego Zyda polskiego, niemieckiego,
francuskiego przed wywiezieniem do obozow smierci. Ulatwialem im wyjazd do
Ameryki, umieszczalem ich w bezpiecznych schronieniach, staralem sie dla nich o
dokumenty, dzieki ktorym ocaleli. Pragne serdecznie, by sprawa zydowska w
swiecie powojennym znalazla wreszcie swe wlasciwe rozwiazanie" (cyt. za: J.
Sledzianowski, Pytania nad pogromem kieleckim, Kielce 1999, s.
167-168).
Gross ordynarnie zafalszowal wymowe oswiadczenia Prymasa, piszac w
swym komentarzu (s. 138): "Kardynal (...) wydal otwarta i jednoznaczna opinie o
wydarzeniach z 4 lipca 1946 r.: cokolwiek zdarzylo sie tego dnia w Kielcach,
bylo epizodem zbrojnej... politycznej walki przeciw rezimowi, ktory byl
odrzucony przez wiekszosc narodu do tego stopnia, ze jesli byly tam zydowskie
ofiary, to one same ponosza za to wine. W kazdym razie prawdziwymi ofiarami walk
biezacych dni w Polsce byli Polacy" ("In any case, the real victims of
present-day struggles in Poland were the Poles").
Komentarz Grossa swiadomie
zafalszowuje prawde o oswiadczeniu Prymasa Hlonda, ktore wyrazalo potepienie dla
mordu i jednoznacznie okreslalo go jako "potworne nieszczescie, ktore mnie
napelnia smutkiem i zalem". Calkowitym falszem bylo wiec przedstawianie
oswiadczenia Prymasa Hlonda jako rzekomego usprawiedliwiania tego, co sie
zdarzylo w Kielcach jako "epizodu zbrojnej... politycznej walki przeciw rezimowi
odrzucanemu przez wiekszosc narodu" i rzekomego obciazania zydowskich ofiar wina
za to, co sie z nimi stalo. Szczegolnie jaskrawym zafalszowaniem slow Prymasa
Polski jest stwierdzenie: "W kazdym razie prawdziwymi ofiarami walk biezacych
dni w Polsce byli Polacy".
Przypomnijmy, ze Prymas powiedzial: "(...) w
Polsce gina niestety niektorzy Zydzi, ale ginie nierownie wiecej Polakow".
Widomy przyklad, jak Gross falszuje teksty. Dodajmy, ze Gross calkowicie
przemilczal slowa Prymasa wspominajace o jego konkretnych dzialaniach dla
ratowania Zydow w czasie wojny. Najwyrazniej uznal, ze niepotrzebnie
przeszkadzaloby to amerykanskim czytelnikom w uwierzeniu w pracowicie urabiany
przezen obraz Prymasa Hlonda jako "antysemity". Kropke nad "i" do tych oczernian
Prymasa Hlonda przez Grossa postawil recenzent "Baltimore Sun", ktory rzucil
oskarzenie, ze kardynal Hlond i jego biskupi wspolnie ze starym ustrojem,
wojskiem i nowym komunistycznym aparatem "konspirowali, aby zabic pozostalych w
Polsce Zydow (zginelo juz 90 proc.) albo wygonic ich z kraju raz na
zawsze".
Warto przypomniec na koniec dosc szczegolne oskarzycielskie
podsumowanie roli Kosciola katolickiego w Polsce w 1946 r., jakie Gross daje na
s. 152 swego tekstu. Pisze tam m.in.: "To jest ksiazka historyczna, a nie
moralitet. Ze wzgledu na to jednak, ze Kosciol katolicki ma swoj biznes zwiazany
z Dziesiecioma Przykazaniami [the Catholic Church's business is with ten
Commandments], kazdy moze ocenic dzialania jego funkcjonariuszy w swietle
kryteriow moralnych bez koniecznosci wydawania nieodpowiednich sadow. Wypada tu
odnotowac, ze instytucjonalna elita Kosciola wybrala kompletne ignorowanie
powojennego antysemityzmu w Polsce. Nie odpowiedziala nan nawet wtedy, gdy
zostala postawiona naprzeciw zapierajacej dech gwaltownosci pogromu w Kielcach.
Skonfrontowani z masowym mordem popelnionym przez ludzi, ktorzy wedlug swego
mniemania bronili religii katolickiej, pasterze trzodki, ktora wpadla w szal,
ograniczyli sie wylacznie do apelu o spokoj. W czasie gdy ludnosc Kielc zagubila
droge, hierarchia Kosciola katolickiego abdykowala ze swej odpowiedzialnosci
zaoferowania duchowego przewodnictwa (...) Symbolika urzednikow 'umywajacych
rece' podczas gdy niewinni Zydzi byli zabijani w meczarniach, pozostala stracona
dla tego duchowienstwa katolickiego, zaslepionego przez uprzedzenia".
W
rzeczywistosci komentarz Grossa jest wyrazem fanatycznego zacietrzewienia
antykatolickiego ze strony autora, ktory za wszelka cene chcial jednostronnie
zrzucic wine za komunistyczna zbrodnie, dokonana przez ludzi z formacji
rezimowych, na kieleckich chrzescijan. Szczegolnie oburzajaca byla sugestia
Grossa, ze mordu na Zydach dokonali ludzie wierzacy, ze w ten sposob "bronia
religii katolickiej".
Nowe falsze Grossa (07) - Kogo boja sie sprawiedliwi?!
"Pomyslowosc" Grossa w wymyslaniu dowodow istnienia
"skrajnego polskiego antysemityzmu" nie ma granic. Jedna z jego najbardziej
oblednych polakozerczych tez dowodzi rzekomego powszechnego polskiego ostracyzmu
wobec Sprawiedliwych, tj. ludzi, ktorzy ratowali Zydow w czasie wojny. Ten
"ostracyzm" i "pogarda" wobec tych ludzi mialy, wedlug Grossa, wynikac z
rzekomego bardzo wielkiego wplywu w Polsce nastrojow antysemickich. Mialy one
byc szczegolnie mocno upowszechniane przez tych, ktorzy wzbogacili sie na mieniu
zagrabionym Zydom, nierzadko dzieki ich mordowaniu. Efektem sily tego polskiego
antysemityzmu mialo byc doprowadzenie do tego, ze wszystkich tych, ktorzy nie
dolaczali do rabowania Zydow, traktowano jako wyrzutkow spolecznych (social
outcasts, por. s. 251).
Wedlug Grossa, udzielanie Zydom pomocy sprawialo,
ze pomagajacy byli rzekomo wyrzucani poza nawias polskiego spoleczenstwa. Te
antypolska teze Gross wielokrotnie powtarza, starajac sie ja maksymalnie
naglosnic z typowa dla siebie lopatologia, poczawszy od pierwszych stron ksiazki
(s. IX, X, XI, XII), po koncowe strony ksiazki (por. np. s. 251, 252, 260,
261).
Aby pokazac, jak straszny jakoby byl i jest "polski antysemityzm",
Gross powoluje sie na rzekome powszechne obawy przed przyznaniem sie do
pomagania Zydom, zauwazalne u bardzo wielu osob juz w pierwszych latach
powojennych. Skrzetnie milczy przy tym o tym, jakie byly rzeczywiste powody
przemilczania roli odegranej w ukrywaniu Zydow. Otoz wcale nie wynikaly one z
rzekomego powszechnego antysemityzmu otoczenia (sasiadow), lecz ze strachu przed
ewentualnymi represjami komunistycznych wladz. Bardzo szybko zauwazono, ze NKWD
i polska bezpieka konsekwentnie aresztuja te osoby, ktore pomagaly Zydom. Co
bylo przyczyna tych aresztowan? Otoz komunistyczne wladze wychodzily z dosc
szczegolnego zalozenia. Pomagal Zydom w czasie wojny i nie zostal przy tym
zlapany... To znaczy, ze dobrze zna sie na konspirowaniu i organizowaniu tajnych
kryjowek. Wtedy skutecznie pomagal Zydom, to teraz rownie skutecznie moze
pomagac ludziom z niepodleglosciowego podziemia.
Innym zrodlem strachu przed
przyznawaniem sie do wojennej pomocy Zydom byly obawy przed ewentualnym
ujawnieniem swoich wojennych zwiazkow z tak przesladowana wowczas glowna sila
konspiracyjna doby wojny - Armia Krajowa, czy z innymi organizacjami
patriotycznymi Panstwa Podziemnego. Pisal o tym historyk Marek Jan Chodakiewicz,
wskazujac na metody stosowane przez Urzad Bezpieczenstwa w latach 40. czy 50.:
"Wowczas dobroczynca Zydow mogl sie spodziewac pytan w rodzaju:
'A jaka
organizacja kazala wam pomagac Zydom? Co z tego macie, dolary czy zloto?' Jak
wiemy, w tym okresie tylko PPR uchodzila za 'politycznie poprawna' organizacje.
Udzial w innych strukturach rownal sie zbrodni. Rowniez posiadanie dolarow bylo
przestepstwem, nawet jezeli nie pochodzily one od Zydow, tylko z wlasnych
oszczednosci. Kazde podejrzenie o wspolprace z podziemiem niepodleglosciowym
moglo prowadzic do rewizji badz aresztowania. Bylo to jednym z powodow, dla
ktorych natychmiast po wojnie Polacy - dobroczyncy nie chcieli sie przyznawac do
tego, ze pomagali Zydom" (M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa
2000, s. 230-231).
Przypomnijmy tu, ze UB aresztowalo jako rzekomych
"kolaborantow" licznych czlonkow Zegoty, glownej struktury pomocy Zydom,
zorganizowanej przez AK (por. I. Tomaszewski, T. Werbowski, Zegota. The Rescue
of Jews in Wartime Poland, Montreal 1994, s. 105, 155-156).
Gloszona przez
Grossa tak usilnie teoria o rzekomym strachu tych, ktorzy ratowali niegdys
Zydow, przed ujawnianiem tego, zostala ostatnio mocno podwazona, i to z dosc
nieoczekiwanej strony. Mam na mysli tekst w najnowszym "Newsweeku" (nr z 13
sierpnia), a wiec w tym samym tygodniku, ktory tak niedawno z werwa wybranial
Grossa przed krytykami. Ukazal sie tam tekst Jerzego Danilewicza "Bali sie, ale
ratowali", opisujacy rozmowy z mieszkancami wsi Mulawicze, polozonej 15
kilometrow od Bielska Podlaskiego. O tej wiosce pisal Gross we wstepie (s.
XI-XII), powolujac sie na prowadzone w latach 70. badania dr Aliny Calej,
skadinad jednej z najzajadlejszych tropicielek "polskiego antysemityzmu". Doktor
Cala glosila, jakoby mieszkancy Mulawicz, ktorzy uratowali zydowskiego chlopca
przed smiercia, do dzis "z lekiem ukrywaja" ten fakt z obawy przed spolecznym
ostracyzmem. Dziennikarz "Newsweeka", Danilewicz, przekonal sie w czasie swych
rozmow w wiosce Mulawicze, ze jej "mieszkancy zaprzeczaja, aby kiedykolwiek po
wojnie obawiali sie czy wstydzili udzielania pomocy Zydom". Zacytowal rowniez
wypowiedz soltysa Mulawicz, Lachowskiego, ktory stwierdzil, ze "trudno mu
uwierzyc, aby kiedykolwiek ktos w wiosce mial opory przed opowiadaniem historii
ocalenia. - U nas ludzie opowiadali i opowiadaja ja wszystkim dookola, po
wielokroc" - przekonuje i tlumaczy, ze to byla jedna z najdonioslejszych rzeczy,
jaka zdarzyla sie w historii Mulawicz.
Przyparta do muru dr Cala probowala w
rozmowie z "Newsweekiem" wyjasnic swa "wpadke" slowami: "Nalezy sie cieszyc, ze
tak zmienily sie nastroje". Powolujacy sie na rzekomy wynik badan dr Calej Gross
niedawno kolejny raz naglosnil swa wyssana z palca teze. Powiedzial podczas
debaty w TVN 24 6 lipca 2006 r., jakoby nadal "bardzo wiele osob boi sie
przyznac do tego, ze pomagalo Zydom, bojac sie ostracyzmu spolecznego. Ja to
badam". "Wpadka" z Mulawiczami pokazuje, jak "szczegolne" sa to badania i jak
mizerna ich rzekoma wartosc naukowa!
Falszerz
"selekcjoner"
Jedna z najbardziej patologicznych metod pracy Grossa
jest oparcie jego "pisarstwa" na tendencyjnej selekcji materialow, dobieranych
wylacznie pod katem zgodnosci z gory podjeta teza. W imie tej selekcji Gross
niezwykle czesto ucieka sie do polprawd, a nawet pelnych klamstw, swiadomie
manipulujac cytatami. Na przyklad z zelazna konsekwencja cytuje ze zrodel
wylacznie to, co potwierdza tylko jedna, nachalnie eksponowana przez niego
strone medalu, przemilczajac wszystko to, co pokazywaloby inne, nielubiane przez
niego prawdy. Za szczegolnie oburzajaca praktyke pisania Grossa trzeba uznac
wybiorcze wyjmowanie z danego zrodla tylko tego, co ma potwierdzic antypolskie
fobie autora, zarzuty antysemityzmu. Towarzyszy temu cyniczne swiadome
przemilczanie wystepujacych w tym samym zrodle nawet najszerzej omawianych
rzeczy, ale niewygodnych dla Grossa. Chocby takich jak pokazanie przyczyn
nasilania sie antyzydowskosci, wyniklych z konkretnego niegodnego zachowania sie
jakichs srodowisk zydowskich. Wedlug Grossa, Zydzi musza byc pokazywani
wylacznie w tonacji niewinnych gnebionych ofiar i basta. Jesli zas jakies fakty
wyrazaja rzeczy z gruntu odmienne na ten temat, to tym gorzej dla takich faktow.
Oto cala podstawowa istota pisarstwa Grossa jako fanatycznie tendencyjnego
falszerza historii, po orwellowsku przemilczajacego wszystkie niewygodne fakty.
Przytocze tu kilka jakze wymownych przykladow tej oszukanczej wybiorczosci.
Na przyklad Gross pieciokrotnie lopatologicznie powoluje sie na ten sam
fragment drugiej czesci raportu kuriera Jana Karskiego z lutego 1940 r.,
zwracajacy uwage na niechec znaczacej czesci Polakow do Zydow i gotowosc do
wspoldzialania przeciw Zydom nawet z niemieckim okupantem (por. Fear, s. 133,
176, 177, 247, 250). Powolywanie sie na raport Karskiego jako slynnego kuriera
Polskiego Panstwa Podziemnego jest najwyrazniej wykorzystywane przez Grossa jako
wielka maczuga przeciw "polskiemu antysemityzmowi", ma byc jednym z koronnych
dowodow sily tego antysemityzmu. Tak, aby tym mocniej ostrzec przed nim
amerykanskich czytelnikow. Tylko ze... i tu mamy kolejny przyklad glebokiej
nieuczciwosci moralnej - autor "Strachu" calkowicie przemilcza szeroko opisane
przez Karskiego przyczyny nasilenia sie nastrojow antyzydowskich w Polsce.
Karski przedstawil je bardzo konkretnie w pierwszej czesci tego samego raportu z
lutego 1940 r., na ktory po tylekroc powoluje sie Gross w swojej ksiazce. Jakze
wymowne i podle zarazem w tej sytuacji jest zastosowane przez Grossa
przemilczenie tak waznych, tak wiele tlumaczacych twierdzen Karskiego na temat
kolaborowania duzej czesci Zydow z Sowietami na Kresach Wschodnich po 17
wrzesnia 1939 r.: "(...) Stosunek Zydow do bolszewikow uwazany jest przez
polskie spoleczenstwo za bardzo pozytywny. Uwaza sie powszechnie, ze Zydzi
zdradzili Polske i Polakow, ze w zasadzie sa komunistami, ze przeszli do
bolszewikow z rozwinietymi sztandarami. Istotnie w wiekszosci miast bolszewikow
witali Zydzi bukietami czerwonych roz, przemowieniami, uleglymi oswiadczeniami
itp. (...). Gorzej juz jest np. gdy denuncjuja oni Polakow, polskich narodowych
studentow, polskich dzialaczy politycznych, gdy kieruja praca milicji
bolszewickich zza biurek lub sa czlonkami tej milicji, gdy niezgodnie z prawda
szkaluja stosunki w dawnej Polsce.
Niestety trzeba stwierdzic, ze wypadki te
sa bardzo czeste, duzo czestsze niz wypadki wskazujace na ich lojalnosc wobec
Polakow czy sentyment wobec Polski (...). W zasadzie jednak w masie Zydzi
stworzyli tu sytuacje, w ktorej Polacy uznaja ich za oddanych bolszewikom i -
smialo mozna powiedziec - czekaja na moment, w ktorym beda mogli po prostu
zemscic sie na Zydach. W zasadzie wszyscy Polacy sa rozzaleni i rozczarowani w
stosunku do Zydow (...)" (por. szerzej tekst tej czesci raportu J. Karskiego w:
J.R. Nowak, Przemilczane zbrodnie, Warszawa 1999, s. 235-236).
Gross
przedstawil amerykanskim czytelnikom opisane przez Karskiego w drugiej czesci
jego raportu nasilenie antyzydowskosci, czyli to, co bylo skutkiem opisanego w
pierwszej czesci raportu gromadnego kolaborowania Zydow z Sowietami na Kresach
Wschodnich. Cynicznie przemilczal wobec nieswiadomych faktow amerykanskich
czytelnikow konkretne przyczyny wzrostu nastrojow antyzydowskich wsrod Polakow.
Jak ocenic taki sposob zafalszowywania wydarzen? Chyba tylko jako podlosc,
dowodzaca lamania przez Grossa podstawowych zasad etyki naukowca. Przypomnijmy
tu, ze Gross jest swego rodzaju recydywista w zafalszowywaniu pelnej wymowy
raportu Karskiego. Pierwszy raz zrobil to juz w ksiazce "Upiorna dekada", gdzie
calkowicie przemilczal cala te czesc raportu Karskiego, ktora pokazywala
zydowska kolaboracje na Kresach. Tego typu metoda zirytowala nawet uczestniczke
dyskusji o jego ksiazce na lamach filosemickiej "Wiezi" Agnieszke
Magdziak-Miszewska. Stwierdzila ona jedznoznacznie pod adresem Grossa: "Jesli
pragnie sie obalic mit powszechnej wspolpracy Zydow z Sowietami, to trudno to
zrobic w sposob przekonujacy, wybiorczo traktujac na przyklad relacje Karskiego,
cytujac te fragmenty, kiedy pisze on o antysemickich nastrojach w polskim
spoleczenstwie i opuszczajac te, w ktorych opisuje agresywne zachowanie Zydow
wobec Polakow pod okupacja sowiecka. To jest po prostu kontrproduktywne" (por.
Polacy i Zydzi w upiornej dekadzie, "Wiez" 1999, lipiec, s. 5). W "Strachu" -
ksiazce dla Amerykanow - Gross poszedl "na calosc" w falszach, calkowicie
przemilczajac sprawe kolaboracji duzej czesci Zydow z Sowietami.
Falszerz
"selekcjoner" Gross powtorzyl swoj sposob zafalszowywania obrazu wydarzen takze
i przy cytowaniu raportu generala Stefana Roweckiego "Grota" do Londynu z 25
wrzesnia 1941 r. Na s. 176 "Strachu" posluzyl sie cytatem z tego raportu dla
poinformowania amerykanskich czytelnikow o nastrojach antyzydowskich w wielkiej
czesci spoleczenstwa polskiego. Tylko ze znow calkowicie przemilczal, zgodnie ze
swa "etyka" falszerza historii podane w tym samym raporcie przez gen. Roweckiego
bardzo jednoznaczne wyjasnienie przyczyn nasilenia sie powyzszych nastrojow
wsrod Polakow. Otoz gen. Rowecki "Grot" pisal tam m.in.: "Kiedy w koncu 1939 r.
wrocilo z tulaczki wielu swiadkow z roznych sfer spolecznych, to opowiadania ich
o zachowaniu sie nie tyle wojsk sowieckich, ile wyslugujacych sie bolszewikom
Zydow wywolaly w spoleczenstwie polskim oburzenie i nienawisc do Zydow. Ujawnilo
sie, ze ogol zydowski we wszystkich miejscowosciach, a juz szczegolnie na
Wolyniu, Polesiu i Podlasiu, zanim jeszcze ustapily polskie oddzialy, wywiesil
flagi czerwone i ustawil bramy triumfalne na powitanie wojsk bolszewickich, ze
zorganizowal samorzutnie rewkomy i czerwona milicje, ze po wkroczeniu
bolszewikow rzucil sie z cala furia na urzedy polskie, urzadzal masowe samosady
nad funkcjonariuszami panstwa polskiego, dzialaczami polskimi, masowo wylapujac
ich (...)" (cyt. za A. Zbikowski, w: Studia z dziejow Zydow w Polsce, Warszawa
1995, t. 2, s. 63). Dodajmy, ze gen. Rowecki kilka dni pozniej - 30 wrzesnia
1941 r. - pisal w meldunku do rzadu w Londynie, ze wspolczucie dla Zydow zmalalo
"po zlaniu sie obu okupacji i zaznajomieniu sie przez ogol z zachowaniem Zydow
na Wschodzie" (cyt. za K. Kersten, Narodziny systemu wladzy. Polska 1943-1948",
Paris 1986, s. 172).
Czytelnikow chyba nie zaskakuje przemilczenie tak
wymownego fragmentu raportu gen. Roweckiego, jaki zacytowalem powyzej. Jakze
zaklocilby on bowiem malowany przez Grossa snieznobialy obraz niewinnych Zydow,
gnebionych przez antysemickich Polakow. Na cos takiego wyrafinowany "poprawiacz"
historii nie mogl sobie przeciez pozwolic!
Inny przyklad "wybiorczego", a
faktycznie zafalszowujacego selekcjonerstwa Grossa. Na s. 40, 179 i 180 odwoluje
sie on do zapiskow dr. Zygmunta Klukowskiego z jego "Dziennika lat okupacji",
zawierajacego bardzo obiektywny, realistyczny opis wydarzen wojennych "czasow
pogardy" w jego rodzinnym Szczebrzeszynie. I znowu Gross siega do Klukowskiego
wylacznie po to, by selektywnie przytoczyc opinie negatywne o zachowaniu
Polakow, calkowicie pomijajac jakze liczne zapiski dr. Klukowskiego o przejawach
polskich zachowan szlachetnych i heroicznych. Na s. 40 czytamy u Grossa fragment
z ksiazki dr. Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chlopow mieszkan
zydowskich. Na
s. 180 dowiadujemy sie za dr. Klukowskim o udziale polskich
mieszkancow - obok niemieckich zandarmow - w tropieniu ukrywajacych sie Zydow.
Na s. 179 Gross pisze, ze dr Klukowski nie oszczedzil w swych zapiskach roli
odegranej w rabowaniu zydowskiej wlasnosci przez chlopow z terenu znanego jako
Zamojszczyzna. Gross "oczywiscie" nic nie pisze amerykanskim czytelnikom o
przezytej akurat przez te Zamojszczyzne w czasie wojny wielkiej tragedii
przymusowych wysiedlen polskich mieszkancow, ofiar niemieckiego terroru, o
tragedii tysiecy polskich dzieci z tego regionu zabranych polskim rodzicom w
celach germanizacji. Nie pisze, bo to pokazywaloby jakis fragment polskiej
martyrologii doby wojny, a Gross rezerwuje martyrologie wylacznie dla Zydow.
Przytaczajac zapiski dr. Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chlopow mienia
zydowskiego, Gross starannie przemilcza inne zapiski tegoz lekarza, pokazujace,
jak wielka cene placili Polacy za ukrywanie Zydow. Na przyklad jakze
wstrzasajacy jest zapis dr. Klukowskiego z 22 marca 1943 r.: "Przywiezli mi
wczoraj ciezko rannego chlopa z Gruszki Zaporskiej. Przechowywal on u siebie
szesciu Zydow z Radecznicy. Gdy zjawila sie policja, zaczal uciekac i wowczas
zostal postrzelony. Dzis w nocy umarl. Zandarmeria nie pozwolila wydac rodzinie
zwlok i polecila magistratowi pochowac go jak bandyte (...) zandarmi (...)
wkrotce po wypadku pojawili sie w Gruszce i tu rozstrzelali zone tego chlopa i
dwoje dzieci: osmioletnia dziewczynke i trzyletniego chlopca". Jak juz wczesniej
pisalem, calkowicie przemilczal wobec amerykanskich czytelnikow, jak straszna
cene - wlasnego zycia - placili jako jedyni w Europie Polacy zlapani przez
Niemcow na ukrywaniu Zydow. Notabene, tak chetnie wyszukujacy u dr. Klukowskiego
zapiski negatywnie swiadczace o zachowaniu Polakow Gross skrzetnie zataja
zapiski tegoz lekarza dotyczace niegodziwych zachowan niektorych Zydow. Na
przyklad zapis z 31 pazdziernika 1942 r. o czterech wyrostkach zydowskich
wyspecjalizowanych w tropieniu kryjowek swych zydowskich wspolbraci. Demaskujac
grabieze dokonane przez polskich chlopow, Gross jakos nie zauwaza opisanych
przez dr. Klukowskiego przejawow bandytyzmu zydowskiego. Na przyklad pod data
26 listopada 1942 r. dr Klukowski zapisal: "Wsrod 'bandytow' sporo jest
Zydow". Pod data 17 maja 1942 r. zanotowal: "Wciaz slyszymy o napadach
bandyckich, dywersyjnych itd. Pozawczoraj wieczorem byl napad na palac ordynata
Zamoyskiego w Zwierzyncu. Podobno bralo w nim udzial 8 uzbrojonych ludzi, wsrod
nich jeden Zyd z opaska na ramieniu". Warto tu dodac, ze Gross, tak czesto
pietnujacy polskie "rabunki", calkowicie przemilczal mocno wystepujacy od 1942
r. problem udzialu wielu Zydow ukrywajacych sie po lasach w bandach rabusiow,
grabiacych polskich chlopow. Odsylam w tym kontekscie do kilkunastu stron
ksiazki historyka Marka Jana Chodakiewicza, piszacego o tych bandach zydowskich
rabusiow w oparciu o wspomnienia samych Zydow oraz raporty AK (por. M.J.
Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 250-264).
"Wybiorczosc" Grossa dobrze ilustruje to, co cytuje z prozy znanego
zydowskiego pisarza Adolfa Rudnickiego. Chetnie siega do negatywnych wobec
Polakow zapiskow Rudnickiego z doby stalinowskiej, czasu, gdy pisarz ow pelnil
niezbyt chwalebna role wsrod roznych owczesnych "inzynierow dusz" na uslugach
rezimu. Przemilcza zas calkowicie jego pozniejsze zapiski z okresu po 1956 r.,
kiedy ten sam Rudnicki wystepowal w obronie Polakow przed negatywnymi
generalizacjami. Odsylam tu chocby do wydanej w 1960 r. ksiazki Rudnickiego
"Obraz z kotem i psem". Na s. 63 i 65 Rudnicki ostro sprzeciwial sie
wystepujacym juz wowczas za granica probom wybielania okupacyjnych zachowan
Niemcow kosztem Polakow. Na s. 65 Rudnicki pisal: "Europa moze nie czuc sie
odpowiedzialna za Hitlera, ale jest odpowiedzialna (...) i za naszych rodzimych
hitlerowcow takze, ktorych, co prawda, mozna bylo znacznie taniej kupic, za
lach, za szmate. Ale trzeba pamietac, ze jedna menda, jak zawsze w podobnych
czasach, mogla wiecej napsuc, anizeli 1000 uczciwych ludzi naprawic. To wszystko
nie stanowi usprawiedliwienia, ale usprawiedliwia nas i legitymuje fakt, iz z
wyjatkiem faszystow i ONR, cale polskie olbrzymie podziemie polityczne [podkr.
A.R.] pomagalo Zydom, zwlaszcza po roku 1942, choc nie bylo pomocy ponizej kary
smierci". Mozna sobie oczywiscie bez trudu wyobrazic, ze taki tekst Rudnickiego
swiadczacy o gotowosci wielkiej czesci Polakow do poswiecen przy ratowaniu
Zydow, bardzo nie odpowiadal antypolskiemu selekcjonerowi zza
oceanu.
Falsze o mieniu zydowskim
Redaktor Wojciech
A. Wierzewski przypomnial w swej swiezej recenzji "Strachu" Grossa zachowanie
tegoz autora przed kilkunastu laty, podczas spotkania w Nowym Jorku. Mowiac tam
o stosunkach polsko-zydowskich, Gross uzasadnil swa negatywna ocene stosunku
Polakow do Zydow dosc obrazowo teoria wartosciowania "do polowy zapelnionej
szklanki". "Dla jednych - twierdzil Gross - polowa szklanki to powod do radosnej
satysfakcji - ze jest w niej az tyle. Dla mnie - podkreslil swoja sceptyczna
ocene wielkosci pomocy Polakow dla Zydow - to raptem tylko tyle". Faktycznie nie
ma takiej omawianej przez Grossa sfery stosunkow polsko-zydowskich, ktorej autor
"Strachu" nie przedstawialby wedlug skrajnie przyczernionej wizji. Tej wizji,
ktora kaze mu wszedzie dopatrywac sie, ze ta szklanka jest "tylko na wpol
pusta". Typowym pod tym wzgledem jest kreslony przez Grossa obraz sprawy mienia
zydowskiego w Polsce. Gross twierdzi, jakoby partia komunistyczna gotowa byla
dostarczyc immunitet dla tych, ktorzy "byli zamieszani w grabiez zydowskiego
mienia" i "nigdzie nie umiescila na swej agendzie sprawy zwrotu prywatnej
wlasnosci dla prawowitych wlascicieli" (s. 259, por. rowniez s. 51). Tezy swej
dowodzi jednak wylacznie przez przytoczenie na s. 47-51 przykladow przejecia
zydowskiej wlasnosci komunalnej takiej jak budynki gminy zydowskiej, synagogi,
cmentarze itp. i odmow jej zwrotu. Rownoczesnie jednak calkowicie przemilcza
konkretne przyklady zachowan w sprawie zadania zwrotu prywatnej wlasnosci
poszczegolnych Zydow.
Przemilcza te sprawy swiadomie i nieprzypadkowo,
poniewaz ksztaltujacy sie tu obraz bylby czestokroc calkowicie odmienny od
kreslonej przez niego czarnej wizji zachowan polskiego spoleczenstwa. Na
przyklad historyk Stanislaw Meducki wspominal, ze na mocy ustawy z 6 maja 1945
r. Zydzi mogli latwo i szybko odzyskiwac swoje majatki. Widoczne bylo to np. w
Kielcach, gdzie bardzo szybko zalatwiano kazdy wniosek w sprawie zwrotu mienia
zydowskiego (por. M. Pawlina-Meducka, Z kroniki utraconego sasiedztwa: Kielce -
wrzesien 2000, Kielce 2001, s. 202). S. Goldberg w wydanych w Tel Awiwie
wspomnieniach bardzo chwali dogodne dla Zydow polskie rozstrzygniecia prawne w
owym czasie. Zachwala rowniez wsparcie w tej sprawie dla Zydow okazywane przez
Zyda ministra Emila Sommersteina (por. S. Goldberg, The Undefeated, Tel Aviv
1985, s. 215, 220). Historyk Marek Jan Chodakiewicz pisal o przypadkach, gdy
proby odzyskania przez Zydow wlasnosci natrafialy na opor uzytkujacych ja
polskich wlascicieli: "Zydzi zmuszeni byli zwracac sie do wladz komunistycznych
i sowieckich o pomoc. Czasami komunisci rozwiazywali takie konflikty silowo na
korzysc prawowitych wlascicieli" (M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955,
Warszawa 2000, s. 464). Gross calkowicie przemilcza takie fakty jako sprzeczne z
jego teoria o rzekomej zmowie komunistycznej wladzy z polskimi "grabiezcami"
mienia Zydow.
W wielu ksiazkach czytamy o szybkich zwrotach mienia
zydowskiego i ewentualnym pozniejszym sprzedawaniu go przez zydowskich
wlascicieli. Na przyklad Barbara Stanislawczyk pisze w ksiazce "Czterdziesci
twardych" (Warszawa 1997, s. 251): "(...) Rottenbergowie wrocili do Radomia,
probujac odzyskac swoje mienie. Na razie, dzieki poparciu zalogi, Marian zostal
dyrektorem fabryki, ktora byla kiedys jego wlasnoscia. Sprzedal domy (...)".
Przyklady tego typu mozna mnozyc. Profesor John Radzilowski przypomnial w swej
bardzo krytycznej recenzji ksiazki Grossa, ze na przyklad "archiwum miejskie w
Kielcach posiada ponad 279 tomow dokumentow tyczacych staran Zydow o odzyskanie
wlasnosci prywatnej. Wstepna analiza takich przypadkow wskazuje, ze
niekomunistyczni sedziowie podchodzili do nich bardzo zyczliwie i uznali 90
proc. z nich, chociaz wielu zydowskich wlascicieli nastepnie sprzedawalo swa
wlasnosc, poniewaz albo mieli zamiar opuscic Polske, albo chcieli zapobiec
mozliwej konfiskacie ze strony wladz komunistycznych" (J. Radzilowski, Sasiadow
ciag dalszy, "Biuletyn IPN", nr 7, 2006 r., s. 100).
Marek J. Chodakiewicz
(op. cit., s. 524) pisze, jak to w zdominowanej przez "niepodleglosciowcow"
gminnej radzie narodowej glosowano za zwrotem tartaku Zydowce Chanie Kotlarz.
Jak komentowal Chodakiewicz: "Wedlug obowiazujacych dogmatow historycznych,
takie zdarzenie nie powinno bylo miec miejsca. Zaklikow byl przeciez twierdza
'reakcji' i 'polskiego antysemityzmu'" (tamze, s. 524). W gminie Zakrzowek,
powiat Krasnik, w ciagu pol roku od ucieczki Niemcow w lipcu 1944 r., szesciu
zydowskich spadkobiercow odzyskalo wlasnosc swoich krewnych dzieki zyczliwosci
gminnych wladz, wsrod ktorych bylo wielu "niepodleglosciowcow" - Zakrzowek
nazywano popularnie "Londynem" (tamze, s. 527). Chodakiewicz komentowal, iz
korzystnie na sprawach zwrotow mienia odbijal sie fakt, ze przynajmniej do 1949
r. w sadach najnizszej instancji pracowalo wielu przedwojennych sedziow,
prawnikow i urzednikow sektora sprawiedliwosci wystepujacych na rzecz
poszanowania praw prywatnej wlasnosci. Sprzyjalo to korzystnym dla wlascicieli
zydowskich rozstrzygnieciom w wielu miejscowosciach, m.in. w Kielcach, Mielcu,
Gorlicach, Nisku, Chelmie i Radomiu (tamze, s. 527-528).
Porownajmy
przytoczone przez prof. J. Radzilowskiego i M.J. Chodakiewicza dane o
korzystnych dla Zydow rozstrzygnieciach wielu polskich sadow z uderzajacymi w
owczesne polskie sadownictwo oszczerczymi oskarzeniami Grossa. Na s. XV wstepu
pisze on, ze "aparat sadowniczy w zdominowanej przez komunistyczna partie Polsce
manifestowal cos, co musi byc uznane jako zinstytucjonalizowany antysemityzm".
Czyz nie jest to kolejny przyklad wyjatkowej nikczemnosci Grossa, wyrazanej w
cynicznym zafalszowywaniu faktow?!
Na tle fali zwrotow mienia Zydom czasami
dochodzilo nawet do mafijnych naduzyc. Tak jak w regionie Bialegostoku, gdzie
szeroko rozgaleziona zydowska mafia we wspoldzialaniu z Zydami z miejscowego UB
oszukanczo "odzyskiwala" mienie po zmarlych Zydach. Potem sprzedawala je szybko
Polakom, a uzyskane w ten sposob pieniadze rozdzielano miedzy czlonkow mafii
(por. K. Persak, Akta postepowan cywilnych z lat 1947-1949 w sprawach
dotyczacych zmarlych zydowskich mieszkancow Jedwabnego, w: Wokol Jedwabnego,
IPN, Warszawa 2002, t. 2, s. 379-387).
Stopniowe zwroty mienia Zydom zaczely
byc blokowane przez wladze komunistyczne, i to nie z zadnego antysemityzmu, lecz
z doktrynalnej niecheci do umacniania wlasnosci prywatnej (vide przytoczona
przez M.J. Chodakiewicza: op. cit., s. 521-522, postawa jednego z szefow UB
Mojzesza Bobrowickiego vel Mieczyslawa Mietkowskiego). Warto tu jednak
przytoczyc fakt swiezo przypomniany przez Ryszarda Tyndorfa z Kanady w jego
bardzo krytycznej recenzji "Strachu" Grossa: "Przyczynek do recepcji pewnej
ksiazki" (Biuletyn IPN, nr 7 z 2006 r., s. 102). Otoz wedlug tak powaznego
zrodla zydowskiego jak amerykanski rocznik zydowski (American Jewish Year Book
1947-1948, Philadelphia 1947, s. 390), w Polsce "zwrot mienia zydowskiego, jesli
podjety [zostal] przez wlasciciela lub potomka, i nie byl on pod kontrola
panstwa, odbywa sie bez wiekszych problemow". ("The return of Jewish property,
if claimed by the owner or his descendant, and if not subject to state control,
proceed more or less smoothly").
Profesor John Radzilowski przypomnial w
swej recenzji o calkowicie przemilczanym przez Grossa fakcie, ze w Polsce
"miliony nie-Zydow rowniez utracily mienie lub zostalo ono ukradzione w wyniku
masowych przemieszczen spoleczenstwa polskiego" (J. Radzilowski, op. cit., s.
100). Dodajmy jeszcze jeden bardzo wazny fakt, calkowicie przemilczany przez
Grossa, ze glownym dyktatorem gospodarki polskiej w dobie stalinizmu byl czlonek
Biura Politycznego KC PPR, a pozniej KC PZPR Hilary Minc, ten, ktory w zabojczy
dla Polakow sposob wygral "bitwe o handel", niszczac gros prywatnej inicjatywy.
To wlasnie ekipa zydowskich komunistow na czele z H. Mincem byla szczegolnie
odpowiedzialna za rozgrabienie polskiej prywatnej wlasnosci w gospodarce, handlu
itp. Przypomne tu, ze Andrzej Wroblewski, krytyk teatralny pochodzenia
zydowskiego i autor szczegolnie uczciwej ksiazki wspomnieniowej o stosunkach
polsko-zydowskich - wywiadu-rzeki pt. "Byc Zydem", stwierdzal w niej bez
ogrodek, ze: "Sztab Minca, jego otoczenie skladalo sie w wiekszosci z ludzi
pochodzenia zydowskiego" (por. A. Wroblewski, Byc Zydem. Rozmowa z Dagiem
Halvorsenem o Zydach i antysemityzmie Polakow, Warszawa 1992).
O tych
wszystkich sprawach Gross skrupulatnie milczy zgodnie z konsekwentnie stosowana
przez niego zasada przypisywania Polakom niemal wylacznie jak najgorszych
intencji i obciazania ich wina za wszystko. Przypomnijmy tu jeszcze raz, ze
Gross wielokrotnie oskarza Polakow w swej ksiazce, iz zagrabili jakoby cale
mienie polskich Zydow. Rownoczesnie nigdy ani jednym zdaniem nie wspomnial w
swej ksiazce, jak wielka czesc tego mienia zostala przez Zydow odzyskana, a
pozniej sprzedana w inne rece. Calkowicie przemilczal rowniez udzial czesci
komunistycznych Zydow w grabiezy polskiego mienia na Kresach Wschodnich w latach
1939-1941. Przemilczal rozmiary grabienia polskiej wlasnosci przez Hilarego
Minca i jego otoczenie. Przemilczal role policjantow zydowskich w grabieniu
swoich rodakow z gett. Calkowicie przemilczal rowniez takie przestepcze
dzialania, jak wspomnianej wyzej zydowskiej mafii bialostockiej, choc musial
dobrze o niej wiedziec z ksiazki "Wokol Jedwabnego". Mozna sobie tylko
wyobrazic, do jakich antypolskich generalizacji posunalby sie za to, gdyby
czlonkowie wspomnianej mafii byli Polakami.
Nowe falsze Grossa (08) - Spor o "zydokomune"!
Jedna z glownych czesci ksiazki Grossa jest ogromnie
klamliwe, ponad 50-stronicowe opracowanie poswiecone "zydokomunie" (s. 192-243).
Gross dokonuje tu wrecz karkolomnych wyczynow, by za wszelka cene zaprzeczyc
powszechnie przyjmowanej tezie o nadreprezentacji Zydow w polskim zyciu
publicznym po 1944 r. Wedlug Grossa (s. 243), w Polsce upowszechniany jest mit
"zydokomuny", ktory stanowi podejmowana przez odpowiedzialnych za komunizm
Polakow probe "odwrocenia uwagi od ich wlasnej winy za przyczynienie sie do
triumfu komunizmu".
Szczegolnie usilnie Gross probuje pomniejszyc i
wybielic zarazem role Zydow w represjach UB, przemilczajac fakt, ze wlasnie
Zydzi maksymalnie dominowali w kierowniczych instancjach stalinowskiego
Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego w Polsce. Sugeruje, ze w bezpiece,
podobnie jak i w reszcie aparatu przemocy, byly rzekomo bardzo szerokie wplywy
postaw antysemickich. Na s. 139 swojej ksiazki "Strach" Gross pisze: "Aparat
przemocy w powojennej komunistycznej Polsce - regularna policja (MO), sluzba
bezpieczenstwa (UB) i wojsko byly zlozone w przewazajacej mierze z etnicznych
Polakow. Rekrutowani oni byli mniej wiecej na chybil trafil (...), skupiajac
razem grono mlodziezy z nizszej klasy spolecznej, ktorzy w swoich pogladach
osobistych nie mogli odzwierciedlac niczego innego niz antysemityzm szeroko
rozpowszechniony w ich srodowisku spolecznym".
Jednym z najbezczelniejszych
klamstw Grossa jest podane na s. 222 twierdzenie, ze dla Zydow ich "korzenie
etniczne" byly kolosalnym obciazeniem i przeszkoda w ich karierach, z kazdego
punktu widzenia. (they were Jewish. Their ethnic background was a colossal
liability and an impediment to their careers, from every point of view). To
stwierdzenie Grossa wydaje sie szczegolnie groteskowe dla kazdego, kto pamieta
tysiace owczesnych przyspieszonych karier Zydow, nawet tych malo zdolnych i
niewyksztalconych. Podobnie groteskowe jest inne stwierdzenie Grossa (na s.
221), iz rzekomo sympatia dla komunizmu "byla minimalna wsrod Zydow". Dosc
przypomniec w kontekscie tego falszu Grossa, ze reprezentujacy przewazajaca
czesc Zydow w Polsce Centralny Komitet Zydow Polskich (CKZP) "wyroznial sie"
wrecz fanatycznie prokomunistycznymi oswiadczeniami i potepieniami podziemia
niepodleglosciowego oraz patriotycznej emigracji.
Warto tu zwrocic uwage na
pewna dosc szczegolna przypadlosc ksiazki Grossa - jego staranie sie o
przedstawianie Zydow jako ofiar komunizmu. Przy zastosowanym przez Grossa
calkowitym przemilczeniu faktu kolaboracji duzej czesci Zydow z Sowietami
czytelnik amerykanski moze wnioskowac, ze to wlasnie Zydzi byli "jedyna" ofiara
sowieckich represji po 1939 roku. Na s. 5 Gross pisze, mocno zawyzajac liczbe
Zydow deportowanych w latach 1940-1941, ze zeslano ich ok. 100-120 tys. Juz
wczesniej z informacjami Grossa na temat skali tej deportacji polemizowal
niemiecki historyk Bogdan Musial, oceniajac liczbe deportowanych Zydow na mniej
wiecej 70 tys. (por. B. Musial: Stosunki polsko-zydowskie na kresach wschodnich
RP pod okupacja sowiecka (1939-1941), "Biuletyn Kwartalny Radomskiego
Towarzystwa Naukowego", tom XXXIV, zeszyt 1, 1999 r., s. 119). Gross, zgodnie ze
swa zasada zacierania pamieci o polskiej martyrologii, calkowicie przemilcza
fakt, ze w tym samym czasie zeslano w ZSRS o wiele wieksza liczbe Polakow.
Wielokrotnie powtarza rozne twierdzenia majace uzasadnic tezy o przesladowaniu
lub dyskryminowaniu Zydow w komunistycznej Polsce. Pisze juz we wstepie (s. XV)
o rzekomym "zinstytucjonalizowanym antysemityzmie w aparacie administracyjnym i
sadowniczym w zdominowanej przez Partie Komunistyczna Polsce". Na s. 225 Gross
twierdzi, ze komunisci mieli do wyboru albo ignorowac przewazajace w narodzie
rozmiary antysemityzmu, albo zwalczac go na wlasna zgube. W innych miejscach
ksiazki daje wyraznie do zrozumienia, ze w tej sytuacji komunisci woleli wybrac
calkowita biernosc w tej sprawie. Na przyklad na s. 99 pisze, ze rzekomo wladze
komunistyczne baly sie bronic Zydow przed "ludem" (people). Na s. 153 utrzymuje,
ze "najwyzsze decyzyjnie organy Partii i aparatu bezpieczenstwa nie reagowaly na
elokwentny antysemityzm i powtarzajace sie napasci na Zydow". Na s. 63 czytamy,
ze "MBP nie odpowiadalo na swiadectwa naplywajace z calego kraju wskazujace na
wszechobecnosc napasci antyzydowskich".
Przemilczani
kaci
W kresleniu obrazu Zydow jako "ofiar komunizmu" szczegolna role
odgrywa wprowadzona u Grossa kilkunastostronicowa opowiesc (s. 199-212) o
dyskryminowaniu Zydow w ZSRS w czasie wojny i w pierwszych latach powojennych,
oraz generalnie o tamtejszym antysemityzmie. Snujac te rzewna opowiesc o
pogarszaniu sie losu sowieckich Zydow, Gross calkowicie przemilcza bardzo
wydatna role odegrana przedtem przez Zydow bolszewikow w budowie i rozwoju
ustroju komunistycznego w Zwiazku Sowieckim. Grossowi jak zwykle zalezy na tym,
aby nieswiadomi faktow amerykanscy czytelnicy postrzegali Zydow wylacznie jako
biedne, przesladowane ofiary, a nie wiedzieli nic o tym, ze czesc Zydow zapisala
sie w swoim czasie niechlubnie w roli katow. Skrzetnie przemilcza wiec na
przyklad fakt, ze jeszcze w 1934 roku Zydzi stanowili az 38,5 proc.
kierowniczych kadr NKWD, podczas gdy etniczni Rosjanie tylko 31,2 proc. (wg
wydanego w 1999 r. podstawowego informacyjnego opracowania N.W. Pietrowa i K.W.
Skorkina "Kto rukowodil NKWD 1934-1941", na ktore powoluje sie historyk A.
Paczkowski w tekscie "Zydzi w UB: proba weryfikacji stereotypu", zamieszczonym w
ksiazce "Komunizm. Ideologia, system, ludzie" pod red. T. Szaroty, Warszawa
2001, s. 194). O roli niektorych Zydow jako katow w ZSRS pisze nieprzypadkowo.
Dosc przypomniec tu za Aleksandrem Solzenicynem ("Archipelag Gulag 1918-1956",
wyd. podziemne "Pomost", Warszawa 1988, t. 3-4, s. 65), ze caly ogromny system
lagrow - Gulagow stworzyl i nadzorowal turecki Zyd Naftali Aronowicz Frenkel. Ze
mial do pomocy takich zydowskich "specjalistow" od terroru, jak naczelnik Gulagu
Mateusz Berman i naczelnik budowy Kanalu Bialomorskiego Lazarz Kagan.
Przewodniczacy rosyjskiej komisji partyjnej, badajacej zbrodnie stalinowskie,
byly czlonek Biura Politycznego KC KPZR Aleksander Jakowlew ujawnil w wywiadzie
dla "Gazety Wyborczej", ze na czele 11 sposrod 12 istniejacych w Sowietach
kompleksow lagrow stali Zydzi (12., minski, kierowany byl przez Ormianina). O
tym wszystkim Gross nie wspomina nawet jednym zdaniem!
Gross milczy zupelnie
o tym, ze w 1917 r. Zydzi wzieli bardzo licznie udzial w przewrocie bolszewickim
i wywarli nader znaczacy wplyw na tworzenie panstwa sowieckiego i jego organow
terroru (Czeka). Zydami byly m.in. tak znaczace w skali miedzynarodowej postacie
jak Lew Trocki (Bronstein) - komisarz spraw zagranicznych w pierwszym rzadzie
Lenina, glowny organizator przewrotu bolszewickiego, organizator Armii Czerwonej
i faktyczny jej dowodca w czasie wojny domowej, przywodca Miedzynarodowki
Komunistycznej, czlonek triumwiratu po smierci Lenina Grigorij Zinowjew
(Radomyslski), przewodniczacy Rady Najwyzszej Sowietu Jakow Swierdlow (Solomon),
przewodniczacy Ogolnorosyjskiego Komitetu Wykonawczego (WCIK), najwyzszego
organu wladzy prawodawczej, wykonawczej i kontrolujacej w Rosyjskiej RSFR,
czlonek triumwiratu rzadzacego ZSRS po smierci Lenina Lew Kamieniew (Rosenfeld),
kierownik centralnej europejskiej sekcji Komisariatu Ludowego Spraw
Zagranicznych, czlonek wladz Miedzynarodowki Komunistycznej Karol Radek
(Sobelsohn), ludowy komisarz spraw zagranicznych Maksim Litwinow (Mojsiejewicz
Wallach) i wicepremier ZSRS, dlugoletni czlonek Biura Politycznego KC KPZR Lazar
Kaganowicz, glowny odpowiedzialny za swiadome doprowadzenie do straszliwego
glodu na Ukrainie, ktory pochlonal 6 milionow ofiar. Jeden z najslynniejszych
zydowskich autorow okresu powojennego Isaac Deutscher przypomnial w wygloszonym
w 1964 r. w Londynie wykladzie, ze: "Na czele przymusowej kolektywizacji na
Ukrainie, ktora przebiegala z zastosowaniem bardzo okrutnych i krwawych metod,
stanal Zyd Kaganowicz. I tu mamy do czynienia z tragicznym impasem, w ktory
wpadli Zydzi (...) na wsi nienawidzili ich chlopi, ktorzy widzieli w bolszewiku
Zydzie Kaganowiczu swego glownego dreczyciela" (cyt. za: I. Deutscher: Rewolucja
rosyjska a kwestia zydowska, w: Zydzi. Komunizm, pod red. M. Bilewicza i E.
Pawlisz, drukowany w zydowskim czasopismie "Jidele", wyd. specjalne, wiosna
2000, s. 97).
Piszacy az na 12 stronach o antysemityzmie w ZSRS w latach 40.
Gross ani jednym zdaniem nie wspomina o takich przyczynach nasilania sie
nastrojow antyzydowskich w ZSRS, jak chocby ludobojcza dzialalnosc Kaganowicza w
latach 30. Do tych nastrojow nadzwyczaj perfidnie odwolywal sie Stalin,
wszczynajac na poczatku lat 50. swoj atak przeciwko "syjonizmowi". Warto przy
okazji wiedziec, ze sam Lenin byl synem Zydowki, corki lekarza policyjnego
Blanca.
Przypomnijmy tu pelne najwyzszego niepokoju z powodu roli Zydow w
przewrocie bolszewickim zapiski najwybitniejszego zydowskiego historyka w Rosji
Szymona Dubnowa. Reagujac na dominacje srodowisk zydowskich w bolszewickim
aparacie wladzy, Dubnow zapisal w swym dzienniku pod data 7 stycznia 1918 r.:
"Rewolucja utonela w blocie niskich instynktow... Kiedys chyba wyjdziemy z epoki
blota, epoki przejsciowej, ale nigdy nam nie wybacza, ze zydowscy spekulanci
rewolucji wzieli udzial w bolszewickim terrorze. Zydowscy towarzysze i
wspolpracownicy Lenina: Troccy, Uriccy, zacmiewaja swego mistrza. Instytut
Smolny po cichu nazywaja Centrozydem. Pozniej o tym beda mowic glosno i
antysemityzm u wszystkich warstw rosyjskiego spoleczenstwa zapusci glebokie
korzenie". Podobne jak Dubnow niepokoje wyrazali rowniez inni, bardziej
dalekowzroczni Zydzi. Na przyklad rabin Moskwy powiedzial Trockiemu: "Troccy
robia rewolucje, rachunki placa Bronszteinowie".
Szczegolnie duzo nienawisci
do Zydow wzbudzala w Rosji rola odgrywana przez Zydow w kolejnych odmianach
organizacji sowieckiego terroru (Czeka, GPU, NKWD). Wedlug zydowskiego historyka
S. Barona, "bezgranicznie nieproporcjonalna liczba Zydow weszla do sowieckiej
tajnej policji Czeka". Paul Johnson pisal w glosnej "Historii Zydow" (Krakow
1993, s. 481): "Zydowscy bolszewicy byli liczni w Czeka jako komisarze,
inspektorzy podatkowi i biurokraci. Odgrywali wiodaca role w rajdach
organizowanych przez Lenina i Trockiego, by wydobyc ziarno od gromadzacych
zapasy chlopow. Nienawidzono ich z powodu tej dzialalnosci (...) Jedyne
sowieckie archiwum, ktorego zawartosc znana jest na Zachodzie, dotyczace spraw
Smolenska w latach 1917-1938 przekonuje, ze chlopi utozsamiali rezim sowiecki i
zydowskich posrednikow". Sposrod bolszewikow zydowskiego pochodzenia wywodzil
sie znany ze szczegolnie okrutnego terroru szef piotrogrodzkiej Czeka Mojzesz
Salomonowicz Uricki. Slynny pisarz polski, przez wiele lat prezes polskiego
Pen-Clubu, Jan Parandowski, pisal w swej wczesniejszej, wydanej juz w kilka lat
po bolszewickim przewrocie ksiazce "Bolszewicy i bolszewizm w Rosji", iz Uricki:
"Przechwalal sie, ze kaze wiezic wszystkich, ktorych chce, i nie otrzymuje na to
zlecenia od nikogo. Byl to okrutnik bezwzgledny, ktory potrzebowal krwi cudzej,
tak jak inni potrzebuja narkotykow, by sie upic".
Do najokrutniejszych katow
bolszewickich zydowskiego pochodzenia nalezal sowiecki dowodca wojskowy
komandarm, pozniej marszalek ZSRS Iona E. Jakir. Wiktor Suworow w wydanej w
Warszawie w 1988 r. w polskim przekladzie ksiazce "Oczyszczenie" pokazal, jak
okrutnie Jakir pacyfikowal w 1918 r. Odesse rekami tysiecy chinskich najemnikow,
ktorzy swoje ofiary smazyli w piecach okretowych czy topili w morzu,
przywiazujac im do szyi ciezary. Krzysztof Maslon pisze w swej recenzji ksiazki
Suworowa (w "Rzeczpospolitej" z 27 stycznia 1999 r.), iz: "Nie maja racji ci -
powiada Suworow - ktorzy nazywaja Jakira hitlerowcem, to Hitler byl jakirowcem".
Jednym z najokrutniejszych katow zydowskiego pochodzenia byl oslawiony Jakow
Jurowski, ktory nadzorowal okrutne wymordowanie rodziny carskiej i zwiazanej z
nia sluzby w Jekaterynburgu.
Szczegolnym okrucienstwem "wyroznil sie" na
Krymie w czasie wojny domowej w Rosji byly zydowski przywodca Wegierskiej
Republiki Rad Bela Kuhn (Kon). Wedlug ksiazki Zbigniewa Krasnowskiego
"Socjalizm, komunizm, anarchizm" (Warszawa 1936, s. 142): "(...) w maju 1928 r.
'Journal de Genéve' podal informacje bylego dyrektora Czerwonego Krzyza (dr.
Jerzego Ladygianskiego), w ktorej czytamy, ze Bela Kuhn kazal stracic: w
Teodozji 7500 osob, w Symferopolu - 12 000, w Sewastopolu przeszlo 10 000, w
Kerczu 6000, w Jalcie przeszlo 5000. Ogolem liczbe zamordowanych z rozkazu Beli
Kuhna na Krymie Rosjan i Tatarow obliczaja na 60 do 70
tysiecy".
Czy komunisci pozostawali Zydami?
Niektorzy
w odpowiedzi na przypominanie zbrodni popelnionych przez zydowskich czekistow,
enkawudzistow i ubekow lubia podkreslac, ze i my, Polacy, mamy na swym koncie
slynnego bolszewickiego kata - Feliksa Dzierzynskiego. To prawda, jest czego sie
wstydzic! Na szczescie jednak Dzierzynski byl tylko jeden, podczas gdy zydowscy
komunisci dostarczyli jakze licznych zbrodniarzy komunistycznych, wcale nie
mniejszych pod wzgledem rozmiarow zbrodniczosci od "krwawego Feliksa". By
przypomniec chocby oslawionego Gienricha G. Jagode (podobno urodzonego na
lodzkich Balutach), ludowego komisarza spraw wewnetrznych oraz glownego
inicjatora i nadzorce masowych represji w ramach "wielkiej czystki", ktora
spowodowala smierc milionow ludzi. Pisalem juz o zydowskich tworcach systemu
Gulagow z A. Frenklem na czele. Moglbym dlugo jeszcze pisac o roznych
szczegolnie "wyrozniajacych sie" zydowskich organizatorach sowieckiego aparatu
terroru, chocby takich jak general NKWD Leonid Reichman, preparujacy procesy
moskiewskie i jeden z organizatorow zbrodni w Katyniu. Czytelnikow chcialbym
jednak w tym przypadku odeslac do szerszej informacji na ten temat w
przygotowywanym wlasnie ksiazkowym wydaniu "Nowych falszow Grossa".
Byly
ambasador Izraela w Warszawie Szewach Weiss probowal kiedys zanegowac potrzebe
przepraszania przez Zydow za zbrodnie Zydow ubekow etc., gloszac, ze Zyd, ktory
staje sie komunista, przestaje jakoby byc Zydem. Ciekawe wiec, jak wytlumaczy,
ze oslawiony okrutnik Jozef Rozanski (Goldberg) zostal zgodnie z zyczeniem
pochowany na cmentarzu zydowskim (por. A. Paczkowski op. cit., s. 200). Czy to,
ze zgodnie z zydowskim rytualem religijnym zostal pochowany - rowniez na
wczesniej wyrazone zyczenie - najwiekszy kat bezpieki wegierskiej,
odpowiedzialny za bezpieczenstwo czlonek Biura Politycznego KC wegierskiej
partii komunistycznej, Mihály Farkas. Warto rowniez zapytac S. Weissa, jak to
sie dzieje, ze rozni Zydzi - komunistyczni kaci, byli KGB-owcy czy ubecy jak
Salomon Morel, tak chetnie szukaja schronienia dla siebie wlasnie w Izraelu. Czy
to oznacza, ze dopiero na starosc znowu odkryli, ze sa Zydami? Troche to dziwne,
zwlaszcza w swietle faktu, ze do Izraela - jako do ojczyzny - zawedrowala cala
chmara bylych ubekow i jeszcze wieksza liczba b. KGB-owcow. Znany pisarz
izraelski Amos Oz mowil w wywiadzie dla tygodnika "Wprost" z 2 pazdziernika 1994
r., iz "Nagle zjechalo do Izraela szesciuset wykladowcow marksizmu-leninizmu.
Wedlug moich ocen znalazlo sie tez u nas co najmniej dwadziescia tysiecy
oficerow KGB. Co mozna z nimi zrobic?" - zapytal Amos Oz i ironizujac, sam sobie
tak odpowiedzial: "Najprosciej byloby zlecic im sledzenie profesorow marksizmu -
wtedy czuliby sie bardziej swojsko". Szkoda, ze Gross, tak rozpisujacy sie na
temat roli Zydow jako ofiar komunizmu w ZSRS, nie przypomnial jakos niektorych
Zydow w roli przesladowcow. Chocby wspomnianych przez Amosa Oza tak licznych
Zydow KGB-owcow!
Jedna z najczarniejszych kart, obciazajacych zydowskich
komunistow w Sowietach, stanowi wyjatkowo znaczaca rola odegrana przez nich w
walce z religia, a zwlaszcza z roznymi Kosciolami chrzescijanskimi. Pisze o tym
szerzej w ksiazce "Walka z Kosciolem wczoraj i dzis". Jak silna byla niechec do
zydowskich komunistow w Rosji na skutek ich wyjatkowo gorliwego zaangazowania w
walce z religia chrzescijanska, najlepiej swiadczy informacja w ksiazce
"Historia Zydow" autorstwa skadinad przychylnego Zydom historyka Paula Johnsona.
Wedlug niego (op. cit., s. 481), juz "w 1922 r. pojawily sie grozby, ze jesli
komisarze zabiora z cerkwi zlote ozdoby, to zaden Zyd nie przezyje, wszystkich
zabijemy jednej nocy".
Przypomnijmy tu, ze wedlug oficjalnego raportu
wspomnianego juz b. czlonka Biura Politycznego KC KPZR Aleksandra Jakowlewa, od
1917 r. zamordowano w Zwiazku Sowieckim az 200 tysiecy duchownych roznych
wyznan, a dalsze 300 tysiecy uwieziono. W tej walce z religia szczegolnie mocno
"wyroznili sie" rozni zydowscy bolszewicy z oslawionym J. Jaroslawskim (Miniejem
Izrailewiczem Gubelmanem) na czele. Przez wiele lat przewodniczyl on niezwykle
agresywnemu kilkumilionowemu Zwiazkowi Bezboznikow i organizowal kolejne fazy
bezwzglednego terroru uderzajacego w Koscioly chrzescijanskie. Historyk Andrzej
Grajewski, pierwszy przewodniczacy Kolegium Instytutu Pamieci Narodowej, tak
pisal o Gubelmanie (Jaroslawskim) w ksiazce "Rosja i krzyz" (Wroclaw 1990): "Ten
zawodowy rewolucjonista, syn zydowskich zeslancow w czasach caratu, stworzyl
wielki system prasy ateistycznej oraz opracowal system wychowania ateistycznego
oraz plan zniszczenia Cerkwi i innych grup religijnych (...) uzasadnial
koniecznosc bezwzglednej ateizacji wszystkimi dostepnymi panstwu srodkami. Ten
morderca zza biurka byl odpowiedzialny za katorge tysiecy duchownych i ludzi
swieckich, zniszczenia bezcennych zabytkow starej kultury rosyjskiej, ruiny
tysiecy cerkwi". Warto dodac, ze zydowscy bolszewicy szczegolnie zaznaczyli sie
w walce z Kosciolem katolickim i w grabiezy mienia koscielnego na b. Kresach
Wschodnich II RP. Pisalem o tym szerzej w "Przemilczanych zbrodniach" (Warszawa
1999, s. 156-163). Gross o tym wszystkim skrzetnie milczy, choc wlasnie ta rola
komunistow zydowskich w walce z religia na terenie ZSRS nie pozostala bez wplywu
na tak pietnowana przez niego nieufnosc polskich duchownych katolickich do
komunizujacych Polske Zydow.
Falsze o krajach Europy
Srodkowowschodniej
Jedna z najperfidniejszych manipulacji Grossa,
zastosowanych dla otumanienia nieznajacych historii Europy Wschodniej
amerykanskich czytelnikow, jest sugerowanie, jakoby "antysemita" Stalin od
poczatku kierowal sie zasadami antysemickimi przy tworzeniu komunizmu w krajach
Europy Srodkowowschodniej. Omowienie na parunastu stronach przykladow
dyskryminowania Zydow w okresie wojny i po wojnie w ZSRS mialo Grossowi
faktycznie sluzyc tylko do zmanipulowania obrazu sytuacji w krajach naszego
regionu, a w szczegolnosci w Polsce. Przyjrzyjmy sie tym jego zabiegom. Na s.
206 autor "Strachu" pisze, ze "antysemityzm sowieckiej biurokracji wyprzedzil o
kilka lat powojenny podboj Europy Wschodniej (...)". Juz w dalszym ciagu tego
samego ogromniastego zdania na s. 206 Gross powoluje sie na ksiazke Jurija
Slezkina, gloszaca, ze tworzenie sie stalinowskich rezimow w Europie
Srodkowowschodniej "zbieglo sie w czasie z odkryciem przez Stalina braku
zaufania do Zydow". Na s. 212 Gross usiluje juz otwarcie sugerowac, ze w zwiazku
z pogorszeniem sytuacji Zydow w ZSRS w latach 40. jakoby nie bylo mozliwe
jakiekolwiek uprzywilejowane traktowanie Zydow w calym regionie Europy
Wschodniej. Sama mysl o tym z lekcewazeniem odrzuca jako rzekoma fantazje,
polityczna "science fiction".
Twierdzenie Grossa nie ma zadnego pokrycia w
historycznej rzeczywistosci: pogorszenie pozycji Zydow w pierwszej polowie lat
40. w ZSRS nie mialo zadnego znaczenia dla polityki Stalina na zewnatrz. Az do
poczatku lat 50. polityka ta nader chetnie stawiala na komunizujacych Zydow w
roznych krajach Europy. Zgodnie ze swa stala zasada: dziel i rzadz, Stalin
niezwykle chetnie wykorzystywal mniejszosci narodowe w krajach Europy Srodkowej
do tym lepszego podporzadkowania zamieszkujacych w nich narodow, niszczenia ich
uczuc narodowych i religii, ktora wyznawali. Do tego zas najlepiej nadawali sie
ludzie jak najdalsi od patriotyzmu polskiego, wegierskiego, rumunskiego,
czeskiego czy litewskiego, a takze od religii chrzescijanskiej, a wiec komunisci
zydowscy.
Przypomnijmy tu, co pisal na ten temat przemilczany przez Grossa
slynny polski intelektualista Leopold Tyrmand w jakze trafnej w osadach ksiazce
"Cywilizacja komunizmu": "Gdy Armia Czerwona przystepowala do sowietyzowania
Europy Wschodniej, na czele czechoslowackiej ekipy partyjnej stal Zyd [R.
Slansky - sekretarz generalny partii komunistycznej - J.R.N.]. Wegry kneblowal
Zyd [M. Rakosi - J.R.N.], w Rumunii rzadzila Zydowka [A. Pauker - J.R.N.], a
Polska miala u wladzy figuranta Polaka, za ktorym na wezlowych pozycjach stali
zydowscy komunisci wypelniajacy z fanatycznym oddaniem najbezwzgledniejsze
rozkazy Kremla [podkr. J.R.N.].
Za przywodcami zas staly lojalne szeregi
komunistow zydowskiego pochodzenia, ktorzy jedynie byli w stanie uruchomic
gospodarke i administracje w Polsce, Rumunii, na Wegrzech, czyli w krajach
drobnomieszczanskich, w ktorych antykomunizm byl rodzajem ogolnonarodowej
religii, o czym Stalin wiedzial. Wiedzial, ze tylko fanatycznie oddani
komunistyczni Zydzi moga zrobic dlan te wstepna i niezbyt czysta robote, co bylo
czescia nr 1 planu. Z nadgorliwym zapalem rzucili sie [Zydzi - J.R.N.] do
sowietyzowania wschodnioeuropejskich spoleczenstw, do budowania socjalizmu, do
zaciesniania komunistycznej petli na szyjach narodow starych, odpornych na
przemoc i doswiadczonych w walce o psychiczna niepodleglosc. Swym zelanctwem
przekreslili najwieksza szanse, jaka mieli Zydzi na tych terenach od
sredniowiecza (...) eksponowany serwilizm Zydow-komunistow w sluzbie sowieckiego
imperializmu sprawial wrazenie samobojczego obledu".
Ten tekst Leopolda
Tyrmanda najlepiej wyjasnia to, czego nie rozumie rzekomo Gross. To jest,
dlaczego "antysemita" Stalin tak chetnie siegnal do pomocy zydowskich komunistow
przy sowietyzowaniu narodow Europy Srodkowej i dlaczego tak silnie obsadzil nimi
wierzcholki wladzy w krajach tego regionu. Grossowi udajacemu z takim sukcesem
glupiego warto rowniez zalecic lekture pracy Paula Lendvaiego, znakomitego
historyka i sowietologa zydowskiego pochodzenia, zyjacego w Austrii. W
odroznieniu od Grossa jest on naukowcem rzetelnym, wiec czyms niedoscignionym
dla autora "Strachu". Przypomnijmy tu wiec, co napisal Lendvai w ksiazce
"Antysemityzm bez Zydow" (cz. 1, wyd. podziemne "Los", 1987, s. 63, 70) w
kwestii tak zafalszowywanej przez Grossa: "Na narody tradycyjnie uczulone na
kwestie swej niezawislosci i prestizu spadl wkrotce po wojnie podwojny cios:
komunizm i sowietyzacja. A Zydzi znajdowali sie wowczas na stanowiskach
premierow, pierwszych sekretarzy, ministrow i szefow policji w tym samych
krajach, gdzie ich ojcowie byli zaledwie tolerowanymi intruzami (...). Urazy
poglebiala swiadomosc, ze to obcy, pozostajacy w sluzbie obcego mocarstwa,
narzucaja obcy system. Nic dziwnego, ze wzbudzali jeszcze wieksza nienawisc i
pogarde niz ich przodkowie (...). Czlonek wspolnoty zydowskiej spotykal sie na
tych terenach z nienawiscia nie tylko jako czlonek wspolnoty komunistow, lecz
takze jako symbol wladzy typu kolonialnego, namiestnik sowiecki. Co gorsza,
niecierpiani Zydzi zdali sie byc coraz silniejsi i coraz bardziej na swieczniku
- w odwrotnej proporcji do ich tak przerzedzonych szeregow (...). Nieuchronny
proces utozsamiania Zydow z wladza przybral po przewrocie komunistycznym
rozmiary bezprecedensowe. Logiczna tego konsekwencja bylo skupienie sie
powszechnego niezadowolenia na 'Zydach Nadwornych' stalinowskiego imperium: na
Rakosich, Slanskich i Bermanach".
Dodajmy do tych uwag zapis pisarki Marii
Dabrowskiej w jej "Dziennikach" pod data 30 listopada 1948 r. Znalazla sie tam
uwaga o "malenkiej Europie, nad ktora zwisa straszliwy rekin rosyjski, gotowy
wszystko polknac. Zydzi odgrywaja role kucharzy, przyrzadzajacych z nas
wszystkich potrawe dla paszczy wieloryba" (M. Dabrowska "Dzienniki powojenne
1945-1948", Warszawa 1996, s. 339).
Grossa nie obchodza fakty, nie obchodza
opinie tak wybitnych badaczy jak Lendvai, ktorzy o wiele dluzej od niego badali
historie Europy Srodkowowschodniej przy rzetelnym wykorzystaniu typowego aparatu
naukowego pracy historyka, na czym socjolog Gross wyraznie sie nie zna. Wciaz
udaje, ze nie wie, na czym polegala wyjatkowa rola zydowskich komunistow w ich
zajadlej walce z polskim patriotyzmem i religia, tak ulatwiajaca Stalinowi
sowietyzacje Polski. Wedlug niego (por. s. 230): "Funkcjonowanie tajnej policji
komunistycznej nie mialo nic wspolnego z tym, czy byli to Zydzi (czy Polacy)
(...)". Gdzie indziej pisze, ze narzucenie stalinizmu Polsce nie zalezalo w
koncu od tych paru tuzinow (czy 6 czy 131, czy nawet 438) Zydow dzialajacych
jako pacholki Stalina (por. s. 236). Przypomnijmy, ze ten sam Gross, ktory stara
sie maksymalnie pomniejszyc role Zydow w UB i generalnie usprawiedliwic ich
zaangazowanie po stronie wladzy komunistycznej, nigdzie w calej ponad
300-stronicowej ksiazce nie stara sie Amerykanom wyjasnic przyczyn narastania
niecheci u Polakow do Zydow. Raczej wszystko robi, by te przyczyny jak
najmocniej zataic. Jedynym kluczem do wyjasnienia polskich niecheci do Zydow ma
byc to, ze rabowali i mordowali Zydow w czasie wojny. No i to, co pisze bez
jakichkolwiek dowodow juz we wstepie do swojej ksiazki (s. XIII), iz: "W
polsko-katolickiej wyobrazni Zydzi sa mordercami Boga i uzywaja dzieci do
przygotowania macy". Oto, czego Amerykanie dowiedza sie w pierwszym rzedzie o
Polakach katolikach od Grossa!
Czytalem swieza swietna recenzje "Strachu"
Grossa polonijnego korespondenta Roberta Strybela. Zwraca on uwage, ze
poswiecona polskiemu antysemityzmowi ksiazka Grossa faktycznie pomija
wyjasnienie, jakie byly przyczyny nastrojow antyzydowskich w Polsce, za to
ciagle zmienia sie w perorowanie na temat tego, jak Polacy byli zle widziani
"przez Zydow lub gojow sympatyzujacych z zydowskimi interesami". Nie dowiemy sie
wiec - wedlug Strybela - o przyczynach zatargow Polakow z Zydami w XIX wieku, o
zarzutach, ze Zydzi wydawali polskich powstancow w rece wladz carskich. Nie
dowiemy sie o faktycznej dywersyjnej antypolskiej roli KPP, w ktorej Zydzi mieli
tak mocne wplywy. O wsparciu hord sowieckich w 1920 r. przez wielu Zydow, o roli
czesci Zydow w kolaboracji z Sowietami w latach 1939-1941. I o konkretnych
zarzutach sluzalstwa czesci Zydow w zniewalaniu Polski przez Sowietow po 1944 r.
Wedlug R. Strybela: "Jest metoda w szalenstwie Grossa. Zydowsko-amerykanskie
srodowisko czytelnicze stanowi duzo bardziej lukratywny rynek niz Polonia. Stad
musialo sie wydac duzo bardziej zyskowna kariera zaspokajac juz istniejace
zydowskie uprzedzenia. Wsrod nich jest przekonanie, ze Polacy sa niezmiennie
podli, podczas gdy Zydzi sa zawsze tylko ofiarami, nigdy lotrami".
Nowe falsze Grossa (09) - Zydzi w Urzedzie Bezpieczenstwa!
Przy okazji uogolnien Grossa na temat polityki sowieckiego
tyrana wobec Zydow dodajmy jeden bardzo istotny fakt. Otoz tak eksponowany przez
Grossa "antysemityzm" Stalina wcale nie przeszkadzal mu w konsekwentnym
popieraniu dzialan Zydow palestynskich. Stalin wyraznie stawial na zwyciestwo
Zydow palestynskich, zmierzajacych do stworzenia wlasnego panstwa wbrew Wielkiej
Brytanii. Mocno liczyl na to, i sie przeliczyl, ze Zydzi palestynscy stworza
panstwo zdominowane przez lewice i beda faktyczna forpoczta polityki sowieckiej
na Bliskim Wschodzie. Warto przypomniec, co stwierdzal na ten temat autor
zydowski o wiele lepiej jak dotad znany i ceniony od Grossa, a mianowicie
cytowany juz wczesniej Isaak Deutscher. W przywolywanym juz wczesniej wykladzie
w Londynie, wygloszonym w 1964 roku, Deutscher powiedzial: "Jakie by nie byly
zamiary Stalina, jest paradoksem, ze wlasnie jemu Izrael zawdziecza swe
niezalezne istnienie. To wlasnie ze stalinowskiej Czechoslowacji, od czeskiej
zbrojeniowki pochodzil glowny arsenal Hagany. Ta 'splamiona' bronia Zydzi w
Palestynie zadali ostateczny cios Brytyjczykom i Arabom. Poparcie Stalina i
skuteczna pomoc materialna, ktorych Stalin udzielal Zydom, wydawala sie
zachodnim mezom stanu nie na miejscu, wywolywala irytacje i powodowala calkiem
zauwazalne wrogie uczucia wobec Zydow" (por. I. Deutscher, op. cit., s.
100).
Klamstwa Grossa a opinie innych Zydow
Doprawdy pusty
smiech niejednokrotnie ogarnia czytelnika, gdy czyta przerozne tyrady Grossa
wybielajace role Zydow w Polsce, a w szczegolnosci absolutnie pomniejszajace ich
role w UB, wzglednie przedstawiajace Zydow jako biedne ofiary oddane na zer
dzikich antysemickich przesladowcow na skutek szokujacej biernosci partii
komunistycznej. Pozwole sobie poza cytowanym juz Leopoldem Tyrmandem przytoczyc
niektore tylko z jakze licznych zydowskich swiadectw, calkowicie sprzecznych z
obrazem Grossa. Zacznijmy od oceny jednego z czolowych intelektualistow
zydowskiego pochodzenia na emigracji, Zygmunta Hertza, wspolzalozyciela
Instytutu Literackiego w Paryzu. Znany skadinad ze sklonnosci do idealizowania
Zydow i ostrego dokladania przy roznych okazjach "Polaczyskom" Hertz zdobyl sie
jednak na bardziej obiektywna refleksje na tle wydarzen marcowych z 1968 roku.
Pisal wowczas 26 marca w liscie do Czeslawa Milosza: "Antysemityzm wypuscil nie
tylko nowe liscie, ale zakwitl roza. I tez ja sie nie dziwie. Zydzi grali od
poczatku glupio - po coz byl ten run na ube i posady. Jakas niegodnosc w tym
narodzie. Przykro mi to stwierdzic, ale dali antysemitom znakomita bron do reki"
(cyt. za Z. Hertz, Listy do Czeslawa Milosza 1952-1979, s. 268). Przytoczmy inne
wymowne swiadectwo - opinie zapisana w dzienniku wybitnego tworcy pochodzenia
zydowskiego Mariana Brandysa: "Zydzi, ktorzy pozostali, weszli niemal w calosci
do klasy rzadzacej (...) Zydzi garneli sie do wladzy jak cmy do ognia" (M.
Brandys, Dziennik 1976-1977, Warszawa 1996, s. 235, 244).
Porownajmy te
ocene M. Brandysa z powtarzanymi przez Grossa pojekiwaniami o tym, ze "zydowska
ludnosc zyla w ubostwie, byla wychudzona, chora i pelna urazu" (s. 125).
Wszystko to ma wzbudzic u amerykanskich czytelnikow jak najwieksze wspolczucie
dla "biednych, przygnebionych, przybitych Zydow, zyjacych w nedzy" (s. 126), a
na dodatek jeszcze wciaz okrutnie przesladowanych przez nigdy nienasyconych w
swym sadyzmie Polakow.
Przypomnijmy kolejne swiadectwo o "biednych" Zydach -
notatke w dzienniku slynnego matematyka Hugona Steinhausa pod data 18 marca 1945
roku: "(...) w prezydium Rady Ministrow Zydzi maja 80 proc. posad. To samo na
innych wyzszych stanowiskach" (H. Steinhaus, Wspomnienia i zapiski, Londyn 1992,
s. 298). Inne nader ciekawe swiadectwo - zwierzenia zydowskiej lekarki Adiny
Blady Szwajgier w rozmowie z Anka Grupinska: "Prosze nie zapominac, jaka byla
rola Zydow w okresie powojennym. Kiedy dzis rozlicza sie zbrodnie stalinizmu.
A nie moge powiedziec, zeby tam Zydow nie bylo (...) Niech pani pamieta, ze
wiekszosc tych Zydow, ktorzy wrocili po wojnie z Rosji, zajela natychmiast
najlepsze stanowiska, ktorych nie mogliby zajac przed wojna. Latwiej bylo Zydowi
o to stanowisko niz Polakowi. Bardzo madra polityka Stalina (...) Zydom bardziej
wierzono niz Polakom (...) Ja mysle, ze Polacy po wojnie, wielu z nich przezylo
potworny koszmar, i niestety utozsamiane jest to z Zydami" (por. A. Grupinska,
Ciagle po kole. Rozmowy z zolnierzami getta warszawskiego, Warszawa 2000,
s.
184). Porownajmy te uwagi zydowskiej lekarki - swiadka wydarzen - z
uogolnieniami Grossa na temat tego, jak to "antysemita" Stalin nie mial zadnego
zamiaru preferowania Zydow. W tej samej relacji Adina Blady Szwajgier dodala:
"Ta ojczyzna byla niedobra nie tylko dla Zydow, prawda? Zreszta po wojnie byla
najmniej niedobra dla Zydow" (tamze, s. 186). Porownajmy te uwagi z roztaczanym
przez Grossa obrazem nieszczesnych Zydow przesladowanych przez krwiozerczych
Polakow. Uczciwy naukowiec, majacy inne zdanie od powyzszych swiadectw,
ustosunkowalby sie do nich, przedstawilby powody, dla ktorych uwaza, ze ich
autorzy sie mylili. Gross wybiera inna droge - totalnego przemilczenia
wszystkich swiadectw, ktore nie pasuja do jego arcytendencyjnej skladanki
swiadectw nienawisci. A moze wreszcie polscy luminarze z IPN czy z Ministerstwa
Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wzglednie z MSZ, zdobeda sie na jak najszerszy
mozliwie wybor odmiennych od Grossa swiadectw zydowskich i wydadza je po
angielsku, by skorygowac klamstwa Grossa. Tylko ze jak dotad nic a nic nie
slyszymy o takiej inicjatywie, mimo ponawianych przeze mnie apelow w Radiu
Maryja. A zdawaloby sie, ze jest to sprawa az nadto prosta i ewidentna,
zwlaszcza w sytuacji, gdy mamy premiera, ktory tak mocno zaakcentowal potrzebe
troski o wizerunek Polakow.
Postaram sie przytoczyc jeszcze kilka swiadectw
zydowskich calkowicie sprzecznych z bredniami Grossa (duzo szerszy wybor
zaprezentuje w formie ksiazkowej). Oto jak pisal na ten temat wybitny zydowski
historyk i publicysta Feliks Mantel, ktory przez pewien czas po 1944 roku
uczestniczyl w zyciu publicznym Polski zwanej ludowa. Po latach bardzo ostro
wspominal obserwowany w Polsce po 1944 roku run na posady ze strony roznych osob
zydowskiego pochodzenia, piszac: "Faktycznie Zydzi byli tylko instrumentem w
rekach politykow sowieckich (...) Wina niezaprzeczona tych Zydow, polskich
komunistow, jest to, ze dali sie uzyc jako instrument polityki sowieckiej, drogi
dazacej do ujarzmienia narodu polskiego" (F. Mantel, Stosunki polsko-zydowskie.
Proba analizy, Paryz 1986, s. 11). Gross oczywiscie przemilczal i to stanowisko
wybitnego zydowskiego historyka i swiadka wydarzen od wewnatrz (jako
wiceminister). Podobnie ocenia role jakze wielu Zydow komunistow znany naukowiec
zydowskiego pochodzenia, byly dziekan Wydzialu Filozoficznego UW, odsuniety po
marcu 1968 r. profesor Stefan Morawski. W tekscie publikowanym w ksiazce
"Krajobraz po szoku" (Warszawa 1989,
s. 20) Morawski wyznawal: "(...)
popelniono mnostwo bledow, wysuwajac tuz po wojnie ludzi pochodzenia zydowskiego
na wysokie stanowiska w Sluzbie Bezpieczenstwa i wojsku.
A wiekszosc z nich
na nie chyba nie zaslugiwala (...) Jestem przekonany, ze ta spolecznosc dala sie
w niecny sposob wykorzystac jako instrument w dlugoletniej krucjacie ujarzmiania
Polski przez Stalina [podkr.
- J.R.N.]. W swietle tego: nie to zawazylo, ze
w polskiej partii komunistycznej - tak jak w ogole w historii ruchu
komunistycznego - byl ogromny procent ludzi pochodzenia zydowskiego. Zawazylo
to, ze tymi wlasnie ludzmi, poniewaz innych nie bylo, obsadzano najwyzsze i
najlepsze stanowiska. A ludzie ci czestokroc nie mieli odpowiednich
kwalifikacji, to byl za duzy kapelusz na owe glowy". Dodajmy do tych uwag prof.
S. Morawskiego ocene zydowskiego publicysty z USA Jonathana Kaufmana z 1997
roku. Pisal on: "(...) gdy komunisci wzieli wladze po II wojnie swiatowej,
potrzebowali lojalnych czlonkow partii, aby zapewnic czolowe stanowiska w
rzadzie. Polityczne posluszenstwo liczylo sie bardziej niz wiek czy
doswiadczenie. Lata zaraz po wojnie byly wspanialym okresem dla zydowskich
komunistow [podkr. - J.R.N.]. Zydzi i inni lojalni komunisci zostali umieszczeni
na czolowych stanowiskach w calym kraju, mimo ze niektorzy z nich mieli tylko
niewiele ponad dwadziescia lat (...) (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy
1918-1955, Warszawa 2000, s. 401).
Ciekawe, ze cytowany z namaszczeniem przez
Grossa jako autor wysmienitego studium zydowski naukowiec Jaff Schatz ma bardzo
odmienna od autora "Strachu" ocene szans kariery Zydow w Polsce pierwszych lat
powojennych. Wedlug Schatza: "Z punktu widzenia nowego rezimu ci Zydzi byli
zapleczem, na ktorym mozna bylo polegac i zmobilizowac do odbudowy kraju (...)
Nie byli oni zwiazani ze srodowiskami [polskiego] spoleczenstwa
antykomunistycznego, byli outsiderami w stosunku do uksztaltowanych przez
Historie tradycji [polskich], bez zwiazkow z Kosciolem katolickim i
znienawidzeni przez tych, ktorzy nienawidzili rezimu [komunistycznego]" (por.
tamze, s. 402).
Porownajmy te uwagi prof. S. Morawskiego, J. Kaufmana czy J.
Schatza z klamliwymi utyskiwaniami Grossa
(s. 222), jakoby zydowskie
korzenie etniczne byly kolosalnym obciazeniem i przeszkoda w karierach Zydow w
powojennej Polsce! Zreszta Gross w ogole o niezdolnych Zydach nie pisze. On
wciaz zauwaza tylko tych "bardzo utalentowanych" i "przenikliwych", ktorym "zli
Polacy", zarowno przyjaciele, jak i wrogowie, "nie chcieli za nic zapomniec ich
zydowskosci" (por. s. 222).
Jeszcze dwa swiadectwa na koniec tego miniwyboru.
Pierwsze to opinia slynnego zydowskiego partyzanta doby wojny, pozniej zakonnika
Daniela Ruffeisena: "(...) i jeszcze do tego po wojnie Zydzi zle przysluzyli sie
sprawom Polski" (cyt. za A. Tuszynska, Kilka portretow z Polska w tle, Gdansk
1993, s. 138). Drugie to opinia profesor zydowskiej literatury Ruth R.
Weintraub, ktora przypomniala na lamach elitarnego zydowskiego czasopisma
"Commentary" w styczniu 1987 roku, ze: "Sowieci maja dlugie doswiadczenie w
wykorzystywaniu Zydow na swoja korzysc. Bardzo zrecznie pomogli oni w zatruciu
stosunkow polsko-zydowskich po wojnie przez wyznaczenie wielu Zydow na widoczne
pozycje wladzy w niepopularnym rzadzie komunistycznym".
Wybielanie
Zydow w UB
Przejdzmy teraz do roli Zydow w bezpiece, skrajnie
pomniejszanej przez Grossa. Oto, co pisze on na stronie 227: "Byle entuzjasta
historii w Polsce moze wymienic z pol tuzina wysokich zydowskich funkcjonariuszy
w Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego z tego okresu: Jozef Rozanski i jego
zastepca Adam Humer z departamentu sledczego, dwoch wiceministrow
- Roman
Romkowski i Mieczyslaw Mietkowski, Julia Brystygierowa, ktora kierowala
departamentem nadzorujacym Kosciol katolicki i miala na oku intelektualistow,
Anatol Fejgin i jego zastepca Jozef Swiatlo z arcysekretnego departamentu, ktory
nadzorowal polityczna ortodoksje czolowych kadr komunistycznych. Ministerstwo
Bezpieczenstwa Publicznego mialo o wiele wiecej zydowskich pracownikow, w
szczegolnosci w kontrwywiadzie (Marcel Reich-Ranicki, ktorego cytuje we wstepie,
byl tam zatrudniony krotko jako mlody czlowiek) i w Urzedzie Cenzury, i w
roznych 'technicznych' departamentach (...)".
Czytajac to zestawienie, od
razu trudno nie zdumiec sie z powodu pominiecia w nim czlowieka z samego szczytu
- tj. Jakuba Bermana, odpowiedzialnego za bezpieczenstwo... i kulture w Biurze
Politycznym KC PPR, a pozniej w BP KC PZPR. Uzupelnijmy tez podane przez Grossa
"pol tuzina wysokich funkcjonariuszy" duzo pelniejsza galeria wysokich stopniem
zydowskich "specow" od bezpieczenstwa. Znalezc sie w niej powinny chocby takie
osoby, jak dowodca Korpusu Bezpieczenstwa Wewnetrznego Juliusz Hibner, dyrektor
Gabinetu Ministra BP, pozniej m.in. p.o. dyrektor Departamentu III MBP Leon
Ajzen-Andrzejewski, p.o. dyrektor Gabinetu Ministra BP Zygmunt Braude, dyrektor
Centralnej Szkoly MBP w Lodzi, pozniej dyrektor Departamentu
Spoleczno-Administracyjnego MSW Mieczyslaw Broniatowski, dyrektor Gabinetu
Ministra BP Juliusz Burgin, dyrektor Departamentu VII, a pozniej dyrektor
Departamentu III MBP Jozef Czaplicki, potocznie nazywany "Akowerem", bo
wyspecjalizowal sie w przesladowaniu akowcow, dyrektor Gabinetu Ministra BP
Michal Drzewiecki, dyrektor Departamentu Organizacji i Planowania MBP Michal
Hakman, dyrektor Departamentu Szkolenia MBP Maria Kaminska, dyrektor
Departamentu IV MBP Jozef Kratko, dyrektor Departamentu Wieziennictwa MBP
Dagobert Jerzy Lancut, dyrektor Departamentu Centralnego Archiwum MBP Zygmunt
Okret, dyrektor Departamentu II Leon Rubinsztejn (pozniej rownoczesnie dyrektor
Departamentu Ochrony Rzadu), dyrektor Departamentu IV MBP Aleksander
Wolski-Dyszko, p.o. dyrektor Departamentu II MBP Michal Taboryski, dyrektor
Departamentu Sluzby Zdrowia MBP Leon Gangel, dyrektor Centralnych Konsumow MBP
Feliks Goldsztajn, wicedyrektor Departamentu Finansowego MBP Edward Kalecki,
dyrektor Departamentu Sluzby Zdrowia MBP Ludwik Przysuski, wicedyrektor
Departamentu Sluzby Zdrowia MBP Leon Stach, wicedyrektor Departamentu VII MBP
Marek Fink, wicedyrektor Departamentu Szkolenia MBP Helena Gruda, wicedyrektor
Departamentu IV MBP Bernard Konieczny, wicedyrektor Departamentu III Czeslaw
Runger, dyrektor Departamentu VII MBP Waclaw Komar, dyrektor Biura Wojskowego
MBP Roman Garbowski, wicedyrektor Departamentu I MBP Julian Konar, szef Sluzby
Zdrowia MBP Kamil Warman (por. kolejne "Listy bezpiecznikow", "Gazeta Polska"
6.06.1996, 13.06.1996, 20.06.1996, 27.06.1996, 18.07.1996, 1.08.1996,
26.09.1996; L. Zebrowski, Zydzi w UB, "Gazeta Polska" z
22.06.1995).
Prawdziwa Liga Dyrektorow. Przyklady tego typu osob narodowosci
zydowskiej na kluczowych stanowiskach w bezpiece mozna by jeszcze bardzo dlugo
mnozyc (por. szerzej zrodlowe opracowanie M. Piotrowskiego, Ludzie bezpieki w
walce z Narodem i Kosciolem. Sluzba Bezpieczenstwa w Polskiej Rzeczypospolitej
Ludowej w latach 1944-1978 - Centrala, Lublin 2000,
s. 313-345).
Przypomnijmy tu, ze ambasador sowiecki w Warszawie Wiktor Lebiediew, ktory
"niezle znal Polske" (w ocenie historyka prof. A. Paczkowskiego), w raporcie
wyslanym do Moskwy 10 lipca 1949 r. zwrocil uwage, ze w MBP, poczynajac od
wiceministrow poprzez dyrektorow departamentow, nie ma ani jednego Polaka.
Wszyscy sa Zydami" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: A. Paczkowski, Zydzi w UB: proba
weryfikacji stereotypu, [w:] Komunizm. Ideologia, system, ludzie, red.
T.
Szarota, Warszawa 2001, s. 202). Warto tu dodac, ze sam prof. A. Paczkowski
stwierdzil w cytowanym wyzej opracowaniu (op. cit., s. 198), ze: "Zachowujac
niezbedna ostroznosc wolno chyba stwierdzic, iz w istocie, czemu nikt zreszta
nie zaprzecza, w aparacie bezpieczenstwa istniala populacyjna nadreprezentacja
Zydow, ze zajmowali raczej wyzsze niz niskie stanowiska oraz ze im wyzej w
hierarchii, tym odsetek ich byl wiekszy". Profesor A. Paczkowski wyraznie nie
docenil Grossa, ktory juz w kilka lat po jego opracowaniu z werwa probuje w
"Strachu" zaprzeczac tezom o "nadreprezentacji Zydow".
Ostatnim rozpaczliwym
argumentem niektorych osob probujacych przeciwstawic sie twierdzeniom o
przemoznej roli Zydow w UB jest powolywanie sie na fakt, ze jednak na czele
Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego stal Polak - minister Stanislaw
Radkiewicz. Tylko ze osoby powolujace sie na to jakos dziwnie nie dodaja
podstawowej informacji, niegdys powszechnie znanej - o tym, ze ten jedyny Polak
na wysokim stanowisku w MBP byl w swym ministerstwie zalosnym figurantem wobec
swoich zydowskich podwladnych. Gral dokladnie te sama podrzedna marginesowa role
co inny Polak figurant - minister sprawiedliwosci Swiatkowski - wobec swego
wszechmocnego zastepcy Leona Chajna, faktycznie kierujacego resortem
sprawiedliwosci. Radkiewicz byl ozeniony z Zydowka Ruta Teitsch (por. glosna
ksiazke zydowskiego autora Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995, s. 299).
Wedlug samokrytyki zastepcy Radkiewicza, wiceministra R. Romkowskiego (Natana
Grünspan-Kikiela): "Kierownictwo partyjne dobrze wiedzialo, co soba przedstawia
Radkiewicz - czlowiek, z ktorym najlepiej mozna bylo rozmawiac na tematy jeleni,
saren, dzikow, polowania, czlowiek, ktory nazajutrz najczesciej zapominal
referowana mu sprawe operacyjna, ktory nigdy nie przeczytal ani jednej sprawy
operacyjnej czy sledczej" (cyt. za: S. Marat, J. Snopkiewicz, Ludzie bezpieki,
Warszawa 1990, s. 140). Nici wszystkich spraw w bezpiece znajdowaly sie w rekach
zydowskich podwladnych Radkiewicza. Wiedzieli oni, podobnie jak na gorze J.
Berman, o bardzo kompromitujacej tajemnicy Radkiewicza, ktora ulatwiala
calkowite trzymanie go w reku. Chodzilo o to, ze Radkiewicz po aresztowaniu
przed wojna jako sekretarz KZMP podpisal na policji tzw. lojalke (por. tamze, s.
141 - z notatek Romkowskiego).
Do typowych manipulacji Grossa nalezy proba
maksymalnego zanizenia roli Zydow w UB przez wyeksponowanie danych z dwoch
wojewodztw, gdzie bylo najmniej Zydow w UB: lubelskiego i rzeszowskiego (s.
229), idaca w parze z rownoczesna proba podwazenia wiarygodnosci informacji na
temat danych z paru wojewodztw o wielkim procencie Zydow w UB. Chodzilo m.in. o
raport glownego doradcy sowieckiego przy MBP Nikolaja Seliwanowskiego, wyslany
do Berii 20 pazdziernika 1945 r., wedlug ktorego Zydzi stanowili 82,3 proc.
pracownikow UB w Radomiu (por. s. 228-229). Gross podwaza rowniez dane raportu
inspektora KC PZPR z sierpnia 1945 r., stwierdzajacego, ze Zydzi stanowili
polowe lodzkiego UB. Jedynym argumentem dla podwazenia tych informacji - bez
dowodu - jest przejeta od A. Paczkowskiego ocena, ze dane o tak wysokiej
nadreprezentacji Zydow w UB w Radomiu wydaja sie "mniej prawdopodobne". Za
pewnik oczywiscie przyjmuje dane z dwoch okregow, gdzie podano niewielka liczbe
Zydow.
Gross calkowicie przemilcza bardzo niewygodne dla niego dane zebrane
przez amerykanskiego korespondenta wojennego i reportera pochodzenia zydowskiego
Johna Sacka w czasie siedmiu lat pracy nad ksiazka "Oko za oko". W ksiazce tej,
poswieconej sprawie ludobojczych zbrodni Zyda Salomona Morela i jego podwladnych
w UB w obozie w Swietochlowicach w 1945 r., Sack powolywal sie m.in. na
informacje Pinka Maki, bylego sekretarza urzedu Bezpieczenstwa Publicznego na
terenie Slaska, ze w podleglym mu regionie liczba zydowskich oficerow
bezpieczenstwa wynosila od 150 do 225. Wedlug Sacka, od 70 do 75 procent
oficerow bezpieczenstwa na tym terenie bylo Zydami (por. J. Sack, Oko za oko,
Gliwice 1995, s. 292).
Gross swiadomie pomija szczegolnie istotny dla oceny
znaczenia Zydow w terenowych organizacjach UB stopien zajmowania przez nich
glownych funkcji kierowniczych. Tym cenniejsze na tym tle sa informacje Sacka,
ktory podaje na stronie 95, ze Zyd z pochodzenia major Josef Jurkowski byl
szefem Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego. Z kolei na stronach 227 i 344 Sack
informuje, ze we Wroclawiu Zydami byli dowodca policji, szef zajmujacej sie
Niemcami sekcji UB, szef korpusu Bezpieczenstwa Wewnetrznego pulkownik
Rubinsztejn z Lodzi i burmistrz miasta Boleslaw Drobner. Wczesniej pisalem juz w
"Naszym Dzienniku" o ogromnej nadreprezentacji Zydow w Kielcach, poczawszy od
postaci szefa tamtejszego Wojewodzkiego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego
Andrzeja Korneckiego (Dawida Kornhendlera) i zastepcy szefa Powiatowego Urzedu
Bezpieczenstwa Publicznego Alberta Grünbauma. Warto zaznaczyc, ze Henryk Pajak i
Stanislaw Zochowski w ksiazce "Rzady zbirow 1940-1990" (Lublin 1996, s. 141),
wymieniajac najbardziej eksponowanych zbirow UB, wyliczyli miedzy innymi
nastepujacych wojewodzkich szefow UB zydowskiego pochodzenia: Jana Tataja, szefa
WUBP w Kielcach, Tadeusza Paszte, szefa WUBP w Warszawie, Jozefa Mrozka, szefa
WUBP w Gdansku, Jozefa Plute, zastepce szefa UB w Bialymstoku, Jana Olkowskiego,
szefa WUBP w Krakowie, Zbigniewa Paszkowskiego, szefa UBP na miasto Warszawe,
plk. Korneckiego, szefa WUBP w Poznaniu.
Nowe falsze Grossa (10) - Zbrodnie bezpieki i sadownictwa!
Negowanie przez Grossa znaczenia roli Zydow w UB jest
sprzeczne z podstawowymi faktami ustalanymi przez historykow. Cytowalem juz w
poprzednim szkicu uwagi o - lagodnie mowiac - "nadreprezentacji Zydow w UB",
sformulowane przez historyka prof. Andrzeja Paczkowskiego. Gross, skadinad
chetnie cytujacy akurat prof. Paczkowskiego, calkowicie pominal jego ocene na
temat "nadreprezentacji Zydow". Jednoznacznie pisze o "nadreprezentatywnosci
Zydow w UB" inny czolowy historyk IPN-owski dr hab. Jan Zaryn w swym najnowszym
opracowaniu ksiazce "Wokol pogromu kieleckiego" (Warszawa 2006, s. 86). O bardzo
niefortunnych dysproporcjach, wynikajacych z nadmiernej liczebnosci Zydow w UB,
pisali rowniez niejednokrotnie duzo rzetelniejsi od Grossa autorzy zydowscy, np.
Michael Checinski, byly funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w
1982 r. w Nowym Jorku ksiazce "Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism"
(s. 63-64). Zydowski autor wydanej w Paryzu w 1984 r. ksiazki "Les Juifs en
Pologne et Solidarnosc" ("Zydzi w Polsce i Solidarnosc") Michel Wiewiorka pisal
na s. 122: "Ministerstwo spraw wewnetrznych, zwlaszcza za wyjatkiem samego
ministra, bylo kierowane w roznych departamentach przez Zydow, podczas gdy
doradcy sowieccy zapewniali kontrole jego dzialalnosci".
Zwrocmy przy tym
uwage na inna bardzo znaczaca manipulacje Grossa. Na szeregu stron "Strachu"
stara sie on calkowicie zanegowac wobec amerykanskich czytelnikow jakiekolwiek
znaczenie roli Zydow w UB. Rownoczesnie jednak Gross calkowicie przemilcza
bardzo duze wplywy, wrecz dominacje zydowskich komunistow w innych sferach
wladzy, takich jak sadownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad
50-stronicowej czesci ksiazki poswieconej "zydokomunie" nawet jednym zdaniem nie
wspomina o tym amerykanskim czytelnikom, cynicznie utrzymujac ich w totalnej
nieswiadomosci na ten temat. Typowy przyklad "uczciwosci" pisarskiej Grossa!
Powrocmy jednak do sprawy roli Zydow w bezpiece. Gross przemilcza fakt, ze jej
wyjatkowosc polegala nie tylko na tak usilnie podwazanej przez niego nadmiernej
liczebnosci, lecz takze na splamieniu sie przez zydowskich funkcjonariuszy UB
bardzo wielu przykladami ogromnego okrucienstwa, brakiem jakichkolwiek skrupulow
i brutalnym lamaniem prawa wobec polskich wiezniow politycznych. Rzecz znamienna
- zlowieszcza rola zydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w kazdej bardziej
znaczacej zbrodni UB, od ludobojczych mordow w obozie w Swietochlowicach
poczawszy, poprzez sadowe mordy na generale Fieldorfie "Nilu" i rotmistrzu
Pileckim po proces gen. Tatara i wspoloskarzonych wyzszych wojskowych. Czy to
byl przypadek?
Zbrodnie bezpieki
Pomine tu dokladne relacjonowanie
jednej z najhaniebniejszych zbrodni UB na gen. "Nilu" (Emilu Auguscie
Fieldorfie), szeroko opisanej przeze mnie w "Naszym Dzienniku" z 2 i 16 grudnia
2002 roku. Przypomne tylko, ze glowni winowajcy zabojstwa tego polskiego
bohatera to w przewazajacej czesci zydowscy komunisci. Byla wsrod nich czerwona
prokurator Helena Wolinska (Fajga Mindla-Danielak), ktora zadecydowala o
bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a pozniej rownie bezprawnie przedluzala
czas jego aresztowania. Wyrok smierci na generala w sfabrykowanym procesie
wydala sedzina komunistka zydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand,
corka Moryca i Frajdy z domu Einseman. Dodajmy do tego zydowskie pochodzenie
trzech z czterech osob wchodzacych w sklad kolegium Sadu Najwyzszego, ktore
zatwierdzily wyrok smierci na polskiego bohatera (sedziego dr. Emila Merza,
sedziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cala trojka pozniej
dozywala ostatnich lat swego zycia w Izraelu. Przypomnijmy rowniez, ze wczesniej
w rozprawie pierwszej instancji oskarzal gen. "Nila" jeden z
najbezwzgledniejszych prokuratorow zydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech.
Dodajmy, ze prawdopodobnie sam Jozef Rozanski (Goldberg) wreczal
przesluchujacemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Gorskiemu tzw.
pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytan, ktore mial zadawac wiezniowi
(wg P. Lipinski, Temat zycia: wina, Magazyn "Gazety Wyborczej", 18 listopada
1994 r.). Warto przypomniec w tym kontekscie fragment rozmowy Slawomira Bilaka z
Maria Fieldorf-Czarska, corka zamordowanego generala. Powiedziala ona m.in.:
"Pytam sie dlaczego nikt nie mowi, ze w sprawie mego ojca wystepowali wylacznie
sami Zydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarzali i
sadzili Zydzi" (cyt. za: Temida oczy ma zamkniete. Nikt nie odpowie za smierc
mojego ojca, "Nasza Polska", 24 lutego 1999 r.).
Przypomnijmy teraz jakze
haniebna sprawe wydania wyroku smierci na jednego z najwiekszych polskich
bohaterow rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w 1948 roku. Czlowieka,
ktory dobrowolnie dal sie aresztowac, aby trafic do Oswiecimia i zbadac prawde o
sytuacji w obozie, a pozniej stal sie tam tworca pierwszej obozowej konspiracji.
Oficera, ktorego wybitny angielski historyk Michael Foot nazwal "sumieniem
walczacej przeciw hitlerowcom Europy" i jedna z kilku najwybitniejszych i
najodwazniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu. Otoz - jak pisal na temat
sprawy rotmistrza Pileckiego i wspoloskarzonych z nim w procesie Tadeusz M.
Pluzanski: "Wyroki zapadly juz wczesniej - wydal je dyrektor departamentu
sledczego MBP Jozef Goldberg Rozanski [podkr. J.R.N.]. Podczas jednego z
przesluchan powiedzial Pluzanskiemu: "Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa
wyroki smierci. Przyjda, wyprowadza, pieprzna ci w leb, i to bedzie taka zwykla
ludzka smierc" (por. T.M. Pluzanski, Prokurator zadan specjalnych, "Najwyzszy
Czas", 5 pazdziernika 2002 r.). Warto przy okazji stwierdzic, ze jednym z
czlonkow kolegium Najwyzszego Sadu Wojskowego, ktory 3 maja 1948 r. zatwierdzil
wyrok smierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., byl sedzia Leo Hochberg,
syn Saula Szoela (wg T.M. Pluzanski, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze,
"Najwyzszy Czas", 27 pazdziernika 2001 r.).
Pomine tu szersze relacjonowanie
jednej z najczesciej przypominanych zbrodni - ludobojczego wymordowania okolo
1650 niewinnych wiezniow w ciagu niecalego roku przez Salomona Morela i
podleglych mu zydowskich oprawcow z UB (zob. na ten temat szerzej ksiazke autora
jakze rzetelnego zydowskiego samorozrachunku Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice
1995). Przypomne tu tylko jedna z ulubionych "zabaw" ludobojczego "kata ze
Swietochlowic" S. Morela, polegajaca na ustawianiu piramid z ludzi, ktorym kazal
sie klasc czworkami jedni na drugich. Gdy stos cial byl juz dostatecznie duzy,
wskakiwal na nich, by jeszcze zwiekszyc ciezar. Po takich "zabawach" ludzie z
gornych czesci stosu wychodzili w najlepszym wypadku z polamanymi zebrami,
natomiast dolna czworka ladowala w kostnicy. Duzo mniej znane sa pozniejsze
zbrodnie, popelnione przez Morela na mlodocianych polskich wiezniach
politycznych "reedukowanych" w obozie w Jaworznie. Morel zastapil tam na
stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W ksiazce Marka J.
Chodakiewicza, Zydzi i Polacy 1918-1945 (Warszawa 2000, s. 410), czytamy:
"Miedzy 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarlo okolo 10 tysiecy
wiezniow". Te az tak przerazajace dane liczbowe brzmia wprost niewiarygodnie i
wymagaja gruntownego sprawdzenia, choc Chodakiewicz przytacza je za zrodlowa
praca M. Wyrwicha, (Lagier Jaworzno, Warszawa 1995). Rozne relacje potwierdzaja
w kazdym razie wyjatkowe okrucienstwo okazywane wobec mlodocianych polskich
wiezniow przez komendanta Morela. Poczawszy od witania przez niego kolejnych
transportow mlodocianych wiezniow typowym dlan powitaniem: "Popatrzcie na
slonce, bo niektorzy widza je po raz ostatni!". Czy slowami: "Jestescie
bandytami, pokazemy wam tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko wladzy ludowej".
(Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczyslawa Wiele "Listu otwartego do
premiera rzadu RP" ("Jaworzniacy" nr 2/29 z lutego 1999 r.). Poza katuszami
fizycznymi Morel lubil zadawac swoim ofiarom rozne udreki psychiczne. Na
przyklad kazal pisac po tysiac razy: "Nienawidze Pilsudskiego" (wg M. Wyrwich,
Lagier Jaworzno, Warszawa 1995, s. 90). Ludobojczy zbrodniarz S. Morel dostaje
wciaz polska rente - mniej wiecej 5 tys. zl.
Czolowy historyk IPN dr hab. Jan
Zaryn pisal niedawno: "Doswiadczenia z lat 1944-1945 jedynie utrwalaly stereotyp
zydokomuny. 'NKWD przy pomocy pozostalych Zydow urzadza krwawe orgie' - meldowal
Wladyslaw Liniarski 'Mscislaw', komendant Okregu AK w Bialymstoku w styczniu
1945 r. do 'polskiego Londynu'. (...) Polacy po wojnie, uzywajac hasla
'zydokomuna', poslugiwali sie zatem stereotypem wytworzonym przez samych Zydow
komunistow. Zydzi stawali sie zatem wspolodpowiedzialnymi za cierpienia Polakow,
w tym za utrate - po raz kolejny - niepodleglosci panstwowej. Do rodzin
docieraly szczegoly tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach ich
najblizsi - czesto zolnierze podziemia niepodleglosciowego. 'Gdy wyszedlem z
karceru, zaraz wzieli mnie na gore i enkawudzista Faber [Samuel Faber - przypis
J. Zaryna], (kto on byl, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Zyd)
(...) kazal mnie zwiazac. Zawiazali mi usta szmata i miedzy rece i nogi wsadzili
mi kij, na ktorym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczeli mi wlewac chyba rope.
Po jakims czasie przestali. Przytomnosci nie stracilem, wiec wszystko do konca
czulem. Dostalem od tego krwotoku (...)' - wspominal Jakub Gorski 'Jurand',
zolnierz AK (...). Inny dzialacz podziemia niepodleglosciowego, Mieczyslaw
Grygorcewicz, tak zapamietal pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w
Warszawie: (...) Na pytania zadawane przez Swiatle - szefa Wojewodzkiego Urzedu
Bezpieczenstwa poczatkowo nie odpowiadalem, bylem obojetny na wszystkie grozby i
krzyki, opanowala mnie apatia, przede mna stanela wizja smierci. Przeciez jestem
w rekach wroga, i to w rekach zydowskich, ktorych w UB nie brakowalo. Poczulem
do nich ogromny wstret, przeciez mialem do czynienia z szumowina spoleczna,
przewaznie wychowana w rynsztoku nalewkowskim. Swiatlo - Zyd z pochodzenia,
majac pistolet w reku, oswiadczyl mi, ze jezeli nie podam swego miejsca
zamieszkania, strzeli mi w leb (...) Swiatlo przyprowadzil Halickiego,
kierownika sekcji sledczej, ktory rowniez byl Zydem, i ten rozpoczal sledztwo
wstepne (...) Oficerowie ubowscy zmieniali sie czesto (...). Szczegolnie jeden z
nich brutalnie i ordynarnie do mnie sie odzywal, grozil kara smierci bez sadu.
Jak sie pozniej dowiedzialem od sledczego porucznika Lojki - byl to sam
Rozanski, zastepca Radkiewicza, ministra bezpieczenstwa. W takiej sytuacji i
wsrod tej zgrai zydowskiej bylem przygotowany na najgorsze, nawet na
rozstrzelanie (...)". (cyt. za J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec
relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, we: "Wokol pogromu kieleckiego",
Warszawa 2006, s. 86-88).
Przypomnijmy, ze wymieniony tu Jozef Rozanski
(Goldberg), dyrektor Departamentu Sledczego w MBP zyskal sobie zasluzona slawe
najokrutniejszego kata bezpieki. Od bylego oficera AK Kazimierza Moczarskiego,
ktory byl jedna z ofiar "piekielnego sledztwa" prowadzonego pod nadzorem
Rozanskiego, wiemy, jakie byly metody katowania wiezniow przesluchiwanych w MBP.
Sposrod 49 rodzajow maltretacji i tortur, ktorym go poddawano, Moczarski
wymienil m.in.:
"1. bicie palka gumowa specjalnie uczulonych miejsc ciala
(np. nasady nosa, podbrodka i gruczolow sluzowych, wystajacych czesci lopatek
itp.);
2. bicie batem, obciagnietym w tzw. lepka gume, wierzchniej czesci
nagich stop - szczegolnie bolesna operacja torturowa;
3. bicie palka gumowa w
piety (seria po 10 uderzen na piete - kilka razy dziennie);
4. wyrywanie
wlosow ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gesi), z brody, z piersi oraz z
krocza i narzadow plciowych;
5. miazdzenie palcow miedzy trzema olowkami
(...);
6. przypalanie rozzarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (...)
8.
zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (...)" (cyt. za K. Moczarski,
Piekielne sledztwo, "Odrodzenie", 21 stycznia 1989 r.).
Inny zydowski
dygnitarz MBP - Jozef Swiatlo nadzorowal tajne wiezienie w Miedzeszynie, gdzie
do metod wydobywania zeznan nalezalo m.in. skazywanie na kleczenie na podlodze z
cegiel z podniesionymi do gory rekami przez 5 godzin, przepedzanie nago
korytarzami z jednoczesnym chlostaniem stalowymi pretami, bicie palka spleciona
ze stalowych drutow (wg T. Grotowicz, Jozef Swiatlo, "Nasza Polska", 22 lipca
1998 r.). O tych wszystkich okrucienstwach i zbrodniach zydowskich katow z UB
nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w ksiazce Grossa, tak chetnie i
obszernie rozpisujacego sie o zbrodniach popelnionych przez Polakow na
Zydach.
Warto przypomniec, ze Rozanski (Goldberg) byl odpowiedzialny za
dzialanie tajnej grupy ubeckich mordercow, ktorzy na jego polecenie potajemnie
mordowali w lesie wybranych zolnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak
zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu bylego kapelana 27. dywizji AK
ksiedza Antoniego Dabrowskiego.
Wsrod skrytobojczo zamordowanych po
wywiezieniu z wiezienia do lasu byl m.in. pulkownik AK Aleksander Bielecki, na
ktorym bezpiece nie udalo sie wymusic oczekiwanych zeznan, oraz jego
zona.
Warto przypomniec, ze zydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat
redaktor naczelny organu KC PZPR "Trybuny Ludu", byl tym dzialaczem, ktory
najgwaltowniej gardlowal za zaostrzeniem represji wobec przeciwnikow
politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w pazdzierniku 1944 roku.
"Wslawil sie" wowczas powiedzeniem: "Przerazenie ogarnia, ze w tej Polsce, w
ktorej partia jest hegemonem, nie spadla nawet jedna glowa" (cyt. za P.
Lipinski, Boleslaw Niejasny, Magazyn "Gazety Wyborczej", 3 maja 2000 r.). I
glowy polskich patriotow, glownie AK-owcow, zaczely spadac w przyspieszonym
tempie na skutek rozpetanej wowczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw
Narodowi. I tak np. w grudniu 1944 r. doszlo do rozstrzelania pieciu AK-owcow w
piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawe prowadzil prokurator wojskowy
narodowosci zydowskiej (wg: Mgr Marek Kolasinski, sedzia Sadu Apelacyjnego w
Lublinie, Raport o sadowych morderstwach, Warszawa 1994, s. 108).
Jaskrawe
przyklady okrucienstwa zydowskich sledczych wobec przesluchiwanych polskich
oficerow znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej. Jerzy Poksinski opisal np., jak
to "kpt. Mateusz Frydman chwytal przesluchiwanych oficerow za gardlo i tlukl ich
glowa o sciany, powiedzial do majora Krzysika: "Zastrzele cie, a grob zaorze,
aby ci Anders nie mogl pomnika wystawic" (por. J. Poksinski, TUN. Tatar - Utnik
- Nowicki, Warszawa 1992, s. 38). W sprawie bydgoskiej zmarl zameczony plk Jozef
de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych oficerow, tzw. sprawy
zamojsko-bydgoskiej, zmarl zameczony w wiezieniu plk Julian Zaleski. Stracil on
zycie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez jednego z
najbezwzgledniejszych zydowskich oprawcow - szefa Glownego Zarzadu Informacji
Wojska Polskiego plk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem" (por. A.K. Kunert
- J. Poksinski, Plk Stefan Kuhl, "Zycie Warszawy", 24 lutego 1993 r.).
Dyrektor departamentu V MBP zydowska komunistke Lune Brystygierowa,
wyspecjalizowana w przesladowaniu Kosciola katolickiego i inteligencji
patriotycznej, nazywano "krwawa Luna" z powodu wyjatkowej bezwzglednosci, z jaka
przesluchiwala wiezniow. Zolnierz AK i byly wiezien polityczny Anna
Roszkiewicz-Litwinowiczowa pisala w swych wspomnieniach, iz: "Julia
Brystygierowa slynela z sadystycznych tortur zadawanych mlodym wiezniom, byla
zdaje sie zboczona na punkcie seksualnym, i tu miala pole do popisu" (por. A.
Roszkiewicz-Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okregu Warszawa AK
1943-1944. Wiezienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).
Do najhaniebniejszych
spraw nalezalo aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych oskarzen
majora Mieczyslawa Slabego, bylego lekarza westerplatczykow, najslynniejszej
bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku. Major Slaby juz po
kilku miesiacach przesluchan zmarl w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran
odniesionych podczas sledztwa. Jego sprawe prowadzil wiceprokurator mjr S.D.
Mojsezon (Mojzeszowicz), Zyd z pochodzenia. On to napisal wlasnoreczne rzekome
"zeznania" mjr. Slabego, przyznajacego sie w nich do tego, jakoby "dzialal na
szkode panstwa polskiego". Majora Slabego nakloniono zas odpowiednimi metodami
do podpisania sformulowanych przez prokuratora Mojsezona zeznan. Skatowany major
umarl przed skazaniem i wyrokiem.
Na wyjasnienie ciagle czeka po dwukrotnych
umorzeniach sledztwa (w 1993 i 1995 r.) sprawa kulisow smierci w gmachu
Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego jednego z bohaterow ksiazki Aleksandra
Kaminskiego z batalionu "Zoska" - Jana Rodowicza ps. "Anoda". Byl jedna z
postaci slynnych z niewiarygodnej wrecz odwagi, poswiecenia i zdolnosci do
ryzyka. Za swe wojenne zaslugi byl odznaczony Krzyzem Walecznych (dwukrotnie) i
Krzyzem Virtuti Militari. Wszechstronnie uzdolniony, studiowal na Wydziale
Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy padl ofiara represji. Aresztowano go
w wigilie Bozego Narodzenia 1948 r. i zabrano do ubeckiej katowni. Jego
przesluchiwaniami kierowal naczelnik V Departamentu MBP major zydowskiego
pochodzenia Wiktor Herer (pozniej profesor ekonomii). Zaledwie w dwa tygodnie po
aresztowaniu legendarny "Anoda" zginal w gmachu MBP. Z informacji zlozonych w
prokuraturze przez innego czlonka batalionu "Zoska", uwiezionego w tym samym
czasie, co "Anoda", Rodowicz zostal zastrzelony przez Bronislawa K. z MBP. Byly
naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczyl wersji o zamordowaniu "Anody".
Podtrzymal stara oficjalna wersje, jakoby "Anoda" popelnil samobojstwo, skaczac
na parapet otwartego okna i wyskakujac z czwartego pietra. Wersja ta wydaje sie
dosc nieprawdopodobna, chocby ze wzgledu na to, ze byl wowczas srodek zimy - 7
stycznia 1949 r. Jak wiec wytlumaczyc twierdzenie, ze w takim czasie w budynku
MBP na czwartym pietrze bylo otwarte okno?
Generalnie ciagle za malo znane sa
liczne zbrodnie popelnione w roznych wojewodztwach na polecenie i pod dowodztwem
miejscowych zydowskich ubekow. Typowym przykladem pod tym wzgledem jest sprawa
zbrodni na 16 Polakach - zdemobilizowanych zolnierzach AK i NSZ dokonanej w
Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku. W toku postepowania prokuratorskiego w
labach 90. bezspornie udowodniono, ze mordu dokonali pracownicy Powiatowego
Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem
owczesnego UB w Siedlcach byl por. Edward Slowik, oficer narodowosci zydowskiej,
majacy za "doradce" oficera NKWD - majora Timoszenke. W momencie zbrodni w calym
owczesnym siedleckim UB na okolo 50 pracownikow, okolo 20 bylo narodowosci
zydowskiej. Wedlug historyka Marka J. Chodakiewicza, wiekszosc uczestnikow
porwan i zabojstw 16 bylych zolnierzy podziemia niepodleglosciowego w Siedlcach,
a wsrod nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, zostala przeniesiona
sluzbowo do innych miejscowosci (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s.
466).
Sposrod zbrodniczych oficerow sledczych zydowskiego pochodzenia warto
osobno wymienic majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastepce szefa
Wydzialu IV GZI w latach 1949-1951. Wedlug raportu komisji Mazura prowadzil on
sledztwo wymierzone przeciw gen. Tatarowi, plk. Uzieblo, plk. Sidorskiemu, plk.
Barbasiewiczowi, plk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy uzyciu bardzo brutalnych
metod przesluchan. Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerow po
przyznaniu sie do "win" zostalo skazanych przez stalinowskie sady na kare
smierci plk Scibor, plk Barbasiewicz i plk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy
Maciechowski, "Nasza Polska" z 10 lutego 1999).
Mordercy
sadowi
Osobny obszerny temat, ktory tu przedstawiam bardzo skrotowo,
to sprawa rozlicznych odpowiedzialnych sedziow zydowskiego pochodzenia typu
wspomnianej juz prokurator Heleny Wolinskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sedziny
Marii Gurowskiej. Wymienmy tu m.in. takie osoby, jak zastepce prokuratora
generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastepce szefa Najwyzszego Sadu Wojskowego
i szefa Zarzadu Wojskowego Oskara Szyje Karlinera (doprowadzil on do takiego
opanowania stanowisk w tym zarzadzie przez oficerow zydowskiego pochodzenia, ze
instytucje te zlosliwie nazywano "Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego"), szefa
Glownego Zarzadu Informacji Wojska Polskiego plk. Stefana Kuhla, prokuratora
Benjamina Wajsblecha, sedziego Stefana Michnika, pplk. Filipa Barskiego
(Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka (Nataniela Trau), prokuratora Henryka
Holdera, sedziego Najwyzszego Sadu Wojskowego Marcina Danziga, sedziego plk.
Zygmunta Wizelberga, sedziego Aleksandra Wareckiego (Weishaupta), prokuratora
plk. Kazimierza Graffa, sedziego Emila Merza, plk. Jozefa Feldmana, plk.
Maksymiliana Litynskiego, plk. Mariana Frenkla, plk. Nauma Lewandowskiego,
prokuratorow w Prokuraturze Generalnej: Benedykta Jodelisa, Pauline Kern, plk.
Feliksa Aspisa, plk. Eugeniusza Landsberga, etc., etc. Dosc przypomniec, ze
tylko w 1968 r. wyjechalo okolo 1000 osob z dawnego aparatu wladzy,
skompromitowanych udzialem w sluzbach specjalnych UB, etc. (wedlug informacji
podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej przez wybitnego badacza
najnowszej historii plk. J. Poksinskiego). A przypomnijmy, ze czesc zydowskich
ubekow i mordercow sadowych, najbardziej skompromitowanych dzialaniami w
aparacie terroru, opuscila Polske juz wczesniej, w pierwszych latach po 1956 r.
Porownajmy te dane ze skrajnie probujacym pomniejszyc role Zydow w aparacie
represji J.T. Grossem, wypisujacym na s. 236 uwagi o "paru tuzinach Zydow" (czy
67, 131, czy nawet 438), "dzialajacych jako pacholki Stalina".
Wspomne tu
tylko bardzo skrotowo o kilku malo swietlanych postaciach z kregu sadownictwa.
Do najbardziej bezwzglednych prokuratorow zydowskiego pochodzenia nalezal
Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy Simoberg,
byly przewodniczacy Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego w latach
1937-1938. 26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydzialu do Spraw Doraznych
Sadu Okregowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokolowie Podlaskim
doprowadzil do skazania na kare smierci 10 zolnierzy AK. Juz nastepnego dnia
Graff wydal rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owcow, "aby nie zdazyli zlozyc
przyslugujacej im z mocy prawa prosby o ulaskawienie" (wg: T.M. Pluzanski,
Przypadek prokuratora Graffa, "Najwyzszy Czas", 6 lipca 2002 r.). Dzieki swej
bezwzglednosci po serii mordow sadowych Graff szybko awansowal do rangi zastepcy
Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pulkownika. Byl glownym oskarzycielem
w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanislawa
Sojczynskiego "Warszyca", doprowadzajac do wydania wyrokow smierci na "Warszyca"
i szereg innych wspoloskarzonych. Glowna Komisja Badania Zbrodni przeciwko
Narodowi Polskiemu ustalila, ze w sprawie tej "mialo miejsce morderstwo sadowe"
(por. tamze). Graff "zaslynal" m.in. jako wspolautor aktu oskarzenia w
sfabrykowanym procesie gen. S. Tatara i innych wyzszych wojskowych, majacym
wykryc "spisek w wojsku" (por. tamze). Opracowany przezen akt oskarzenia uznany
zostal jednak za zawierajacy wiele oskarzen "zbyt naiwnych i musieli go
przerabiac dwaj duzo bardziej doswiadczeni od Graffa spece od stalinowskich
sledztw - A. Fejgin i J. Rozanski.
Morderca sadowy Stefan Michnik, brat
obecnego redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, blyskawicznie
awansowal w wieku zaledwie 27 lat do rangi kapitana, mimo ze nie posiadal
matury. "Zasluzyl sie" tak swa gorliwoscia w sfabrykowanych procesach
politycznych. Juz jako podporucznik byl sedzia wydajacym wyroki w sfabrykowanych
procesach mjr. Zefiryna Machalli, plk. Maksymiliana Chojeckiego, mjr. Jerzego
Lewandowskiego, plk. Stanislawa Weckiego, mjr. Zenona Tarasiewicza, pplk.
Romualda Sidorskiego, pplk. Aleksandra Kowalskiego. 10 stycznia 1952 r. stracono
w wieku 37 lat skazanego na smierc przez S. Michnika mjr. Z. Machalle (zostal
zrehabilitowany posmiertnie 4 maja 1956 r.). 8 grudnia 1954 r. zmarl w niecaly
miesiac po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary wiezienia skazany przez
Michnika na kare 13 lat wiezienia plk Stanislaw Wecki. Na szczescie nie wykonano
wyrokow smierci na skazanych przez S. Michnika na smierc plk. M. Chojeckim i
mjr. J. Lewandowskim. W 1951 r. zostal stracony z wyroku S. Michnika mjr Karol
Sek (w procesie podlaskiego NSZ). W tym samym procesie podlaskiego NSZ Michnik
wydal jeszcze dwa wyroki smierci: jeden wykonano (na Stanislawie Okuninskim),
inny (na Tadeuszu Moniuszce) zlagodzono na dozywocie. W "Zyciu" z 11 lutego 1999
r. pisano, ze wedlug informacji redakcji S. Michnik wydal okolo 20 wyrokow
smierci w procesach politycznych.
A swoja droga, ciekawe, w jaki sposob
Kieresowski IPN wycofal sie po cichu, rakiem, z szumnie zapowiedzianej obietnicy
wystapienia do Szwecji o ekstradycje Stefana Michnika. Mam przed soba numer
"Zycia Warszawy" z 10 sierpnia 2000 roku, w ktorym nie kto inny, jak prof.
Witold Kulesza, po dzis dzien szef pionu sledczego w IPN, szumnie zapowiadal, ze
Instytut Pamieci Narodowej bedzie sie domagal ekstradycji Stefana Michnika.
Ciekawe, jakie to wzgledy (czyzby troska o to, zeby nie oslabiac "autorytetu"
Adama Michnika?) zdecydowaly o wycofaniu sie z tej zapowiedzi? Warto przy tym
zapytac, dlaczego Kieresowskim wladzom IPN zabraklo elementarnej uczciwosci i
odwagi do publicznego poinformowania o motywach wycofania sie z zapowiedzianych
zadan ekstradycji S. Michnika? Czy IPN pod nowym kierownictwem zdobedzie sie na
wystapienie o wydanie Polsce tego mordercy sadowego?
Wsrod innych mordercow
sadowych warto wspomniec m.in. o przypadku szefa Prokuratury Wojskowej w
Warszawie plk. Eugeniusza Landsberga. Zostal on uratowany w czasie wojny dzieki
schronieniu danym mu przy kosciele katolickim. Odplacil sie za nie licznymi
wyrokami smierci na polskich patriotow w sfabrykowanych procesach
politycznych.
Obsadzenie bardzo wielu wplywowych stanowisk w UB, prokuraturze
i sadach osobami zydowskiego pochodzenia, niezwiazanymi z polskoscia, z polskimi
tradycjami narodowymi i patriotyzmem, stawalo sie dla sterujacych sprawami w
Polsce stalinowskich dygnitarzy sowieckich najlepsza gwarancja zdecydowania w
walce z polskimi patriotami z podziemia niepodleglosciowego. I pod tym wzgledem
sie nie zawiedziono. Sposrod ubekow, sedziow i prokuratorow zydowskiego
pochodzenia wywodzila sie szczegolnie duza liczba najbardziej nieublaganych
"pogromcow" polskiego AK-owskiego podziemia gotowych do konstruowania przeciw
niemu najbardziej absurdalnych oskarzen. Typowy pod tym wzgledem byl sedzia
Dawid Rozenfeld, ktory uzasadnial wyrok skazujacy tylko na dozywocie agentke
gestapo winna zadenuncjowania i smierci wielu zolnierzy i oficerow AK,
wspolwinna wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego "Grota". Jako okolicznosc
lagodzaca sedzia Rozenfeld uznal w przypadku tej agentki to, iz: "Zdaniem Sadu
Wojewodzkiego oskarzona jest ofiara zbrodniczej dzialalnosci kierownictwa AK,
ktore jak wiemy obecnie, wspolpracowalo z Gestapo, bylo na uslugach Gestapo i
wraz z Gestapo walczylo przeciw wiekszej czesci Narodu Polskiego w jego walce o
narodowe i spoleczne wyzwolenie" (cyt. za: J. Pilek, Stalinowcy sa wsrod nas, w:
"Gazeta Polska", 4 sierpnia 1994).
Adwo-kaci
Dodajmy
do powyzszych opisow jeszcze role niektorych adwokatow pochodzenia zydowskiego.
Szczegolny typ "obroncy" w procesach politycznych reprezentowal np. adwokat
zydowskiego pochodzenia Mieczyslaw (Mojzesz) Maslanko. Tak "bronil" swych
podopiecznych, ze porownal grupe Moczarskiego do gestapo i Abwehry, twierdzac,
ze "wszystkie te instytucje zostaly powolane przez klasy posiadajace, ktore chca
zatrzymac kolo historii" (wg: T.M. Pluzanski, Adwo-kaci, w: "Najwyzszy Czas", 26
stycznia 2003 r.). W podobny sposob Maslanko "bronil" - oskarzajac szefa II
Zarzadu Glownego WiN plk. Franciszka Niepokolczyckiego, slynnego "Lupaszke",
czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowodce V Wilenskiej Brygady AK, narodowca
Adama Doboszynskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i wspoloskarzonych, gen.
Augusta Emila Fieldorfa "Nila" (Maslanko zgodzil sie z wiekszoscia rzekomych
dowodow "winy" gen. "Nila"). Wedlug ostatniego delegata Rzadu w Londynie na Kraj
Stefana Korbonskiego, w sprawie Pileckiego i wspoloskarzonych "Rozanski postawil
sprawe jasno: obowiazkiem rady obroncow [ktorej przewodniczyl Maslanko - przypis
T.M. Pluzanskiego] jest gromadzenie dowodow przeciw oskarzonym" (por. tamze).
Niegodne zachowanie M. Maslanki, robiacego wszystko, by pograzyc oskarzonych,
ktorych mial bronic, bylo tym bardziej oburzajace, ze on sam zostal uratowany od
smierci w Oswiecimiu przez slynnego narodowca Jana Mosdorfa.
Podobnym do
Maslanki "obronca", a raczej "adwo-katem" w sprawach politycznych byl inny
adwokat zydowskiego pochodzenia, pracujacy we wspolnej kancelarii z Maslanka -
Edward Rettinger. "Bronil" on Moczarskiego i jego kolegow slowami: "(...) to
bylo bajoro zbrodni, ktorego miazmaty dzis nam truja jeszcze dusze. To bylo
bajoro zbrodni, gdzie zastygla krew lepi sie jeszcze do rak" (por. tamze). Innym
tego typu pseudoobronca byl Marian Rozenblitt, ktory dzialal juz w sadownictwie
polskiej armii w ZSRS. Profesor dr Jerzy Robert Nowak.
Nowe falsze Grossa (11) - Przemilczane swiadectwa!
Teksty prezentowanego tu cyklu artykulow maja byc w zamierzeniu proba jak
najpelniejszego wyrazenia, w sposob maksymalnie udokumentowany faktograficznie,
prawdy o sprawach oszczerczo deformowanych przez Grossa. Byc moze niektore osoby
zdumiewa, ze poswiecam az tak wiele miejsca nowej ksiazce Grossa, ksiazce
zalosnie zlej i pisanej w podlych intencjach. Uwazam jednak, iz taka gruntowna,
szczegolowa odpowiedz jest potrzebna, dlatego ze ksiazka Grossa jest prawdziwie
klinicznym przykladem antypolonizmu, wyjatkowo "wielostronnym" zbiorem obiegowo
kursujacych oszczerstw na temat Polski i Polakow. Gross bardzo czesto tworzy swe
antypolskie uogolnienia bez zadnego pokrycia w faktach lub poprzez skrajne
eksponowanie zupelnie odosobnionych przykladow. W przeciwienstwie do Grossa ja
staram sie maksymalnie udokumentowac swoje tezy wieloma przykladami, szczegolnie
chetnie siegajac do przemilczanych w "Strachu" obiektywnych swiadectw
zydowskich. Chodzi o to, by uderzajac w jadowite oszczerstwa Grossa, zarazem raz
na zawsze wyeliminowac u kolejnych polakozercow w jego stylu chec uciekania sie
do podobnych kalumnii. A zarazem pokazac, jak zalosnie ograniczeni umyslowo w
swych uprzedzeniach sa wszyscy klakierzy Grossa na czele z Adamem Michnikiem.
Publicysta, ktory jeszcze pare lat temu wypisywal duby smalone na temat Grossa
jako rzekomego spadkobiercy Mickiewicza i Slowackiego w ich rozrachunku z
Polska. W "Strachu" Gross do konca obnazyl swoj prymitywizm i fanatyzm, powiem
nawet wiecej - glupote! Glupote czlowieka zacietrzewionego, szowinisty i
rasisty, ktory pedzac za fobiami, zatraca nawet pozory jakiejkolwiek
logiki.
Zajadle nienawidzili polskosci
Od lat
ulubiona metoda negowania odpowiedzialnosci Zydow za zbrodnie stalinizmu w
Polsce stala sie formula gloszaca, ze Zyd komunista i ubek jakims dziwnym
sposobem przestawal byc Zydem, bo przechodzac na komunizm, wyrzekal sie religii
zydowskiej. Co ciekawsze, glownymi glosicielami tego typu teorii sa najczesciej
osoby sklonne do rownoczesnych najskrajniejszych oskarzen dotyczacych zbrodni
"polskiego antysemityzmu" wobec Zydow, ba, doszukiwania sie ich rzekomego
chrzescijanskiego rodowodu. Nader typowa pod tym wzgledem jest postawa Grossa,
tak fanatycznie atakujacego Polske i Kosciol katolicki. Probujac zatrzec prawde
o roli odegranej przez zydowskich komunistow w UB, Gross powtarza wymyslone juz
duzo wczesniej twierdzenie o tym, jakoby zydowscy komunisci, zrywajac z
judaizmem, przestawali byc Zydami (s. 241), odrywali sie od swej narodowej
tozsamosci, a nawet czuli do niej pogarde (s. 242). Jest to stary wykret,
gloszony m.in. przez Jana Jozefa Lipskiego, ktory w 1981 roku wystapil z podobna
proba uwolnienia Zydow od odpowiedzialnosci za role w UB czy w ogole w budowaniu
zydowskiego totalitaryzmu. Przemawiajac na sesji UW "Marzec 1968", stwierdzil
on, ze "komunizm oznacza odejscie od religii zydowskiej i w podobny sposob
odrywal od narodu zydowskiego". Jakiez to proste wyjasnienie! A wiec Zyd, ubek,
kat czy oprawca, nie byl Zydem, bo Zydem jest jakoby tylko Zyd wierzacy w
religie mojzeszowa. I tego typu wyjasnienie glosil sam jak najdalszy od
religijnosci mason Jan Jozef Lipski. Jest to wyjatkowy nonsens, jakze sprzeczny
z umocnionym przez tysiaclecia niezwyklym stopniem zydowskiej identyfikacji
narodowej, ktorej inne narody moga Zydom tylko zazdroscic. Warto przypomniec w
tym kontekscie chocby to, co mowil jeden z najslynniejszych zydowskich
myslicieli XX wieku lord Isaiach Berlin w wywiadzie udzielonym "Gazecie
Wyborczej" w 1995 roku: "Jestem Zydem po prostu dlatego, ze nie mozna przestac
byc Zydem" (por.: Dobrzy ludzie buduja gilotyne, rozmowa A. Michnika z sir I.
Berlinem, "Gazeta Wyborcza" z 12-13 sierpnia 1995 r.).
Wbrew roznym
groteskowym wybielaniom Zydzi katujacy Polakow w wiezieniach czy skazujacy
innych na stracenie, Zydzi komunisci, wcale nie przestawali byc zydowskimi
szowinistami, srozacymi sie na Polakach z powodu skrajnej narodowej nienawisci
do nich. Przyznawalo to w prawdziwie uczciwych intelektualnie wypowiedziach
szereg autorow polskich zydowskiego pochodzenia lub Zydow, od Feliksa Mantela,
Leopolda Tyrmanda, Stanislawa Krajewskiego, Andrzeja Wroblewskiego, po Oswalda
Rufeisena i Stanislawa Aronsona z Izraela.
Szczegolnie wymownym zaprzeczeniem
klamstw o Zydach ubekach jako rzekomych nie-Zydach wydaje sie swiadectwo Feliksa
Mantela, piszacego wprost o zydowskich elementach rewanzystowskich,
skoncentrowanych w bezpiece. Mantel, jeden z najbardziej obiektywnych autorow
zydowskich prac o stosunkach polsko-zydowskich, sam z bliska obserwowal
narodziny komunistycznej wladzy w Polsce i dlatego jest tym cenniejszym
swiadkiem. Byl podsekretarzem stanu w PKWN, w Rzadzie Tymczasowym i w Rzadzie
Jednosci Narodowej, a potem oficjalnym przedstawicielem tzw. Polski Ludowej jako
minister pelnomocny w Wiedniu. Poznal sie jednak szybko na zbrodniczosci
komunizmu i nie majac checi robienia dalszej kariery w takim systemie, juz w
1948 roku "wybral wolnosc", zostajac na Zachodzie. W swej ksiazeczce o
stosunkach polsko-zydowskich Mantel pisal jak najnegatywniej wlasnie o tej
wplywowej grupie Zydow, ktorzy "mysla kategoriami zydowskimi, mimo ze przyznaja
sie do polskiego komunizmu. Nie znalezli rownowagi pomiedzy doktryna, polskoscia
i zydowskim pochodzeniem. Sa to elementy rewanzystowskie, skoncentrowane
przewaznie w bezpieczenstwie, ktore chcialy zrobic z doktryny komunistycznej
uzytek dla wykorzenienia i unicestwienia wojujacego antysemityzmu" (F. Mantel,
Stosunki polsko-zydowskie, Paryz 1986, s. 13). A wiec nie jacys wyzbyci z
zydowskosci komunisci, jak sugerowal Lipski czy Gross, lecz "rewanzysci",
ktorych zydowskie poczucie narodowe sluzylo im jako wzmocnienie brutalnych
szowinistycznych dzialan wobec wiezionych przez nich Polakow. Przytoczmy tu
konkretne przyklady zbrodniczego "rewanzyzmu" wobec Polakow ze strony czolowych
komunistow zydowskich odpowiedzialnych za nadzor nad bezpieka w zniewolonej
Polsce.
Skrajnym zydowskim szowinista, tropicielem "polskiego nacjonalizmu i
antysemityzmu", byl glowny odpowiedzialny za zbrodnie stalinowskie w Polsce
Jakub Berman, ktory odpowiedzialnosc w Biurze Politycznym KC PPR, a pozniej KC
PZPR za sprawy bezpieki laczyl z faktycznym ogromnym wplywem w sferze zycia
ideologicznego i kultury. Berman konsekwentnie prowadzil nieublagana walke z
wieloma sferami polskiego dziedzictwa narodowego. Robil to zgodnie z gloszona
przez siebie zasada, ze "wszelki flirt z polskim uczuciem narodowym" doprowadzi
do "wypuszczenia zlych duchow Polski" z antysemityzmem wlacznie (por. ksiazke
filozofa Andrzeja Walickiego, skadinad bardzo zaprzyjaznionego z naszymi
czolowymi "Europejczykami", pt. "Zniewolony umysl po latach", Warszawa 1993, s.
329). To Berman jako pierwszy juz w 1944 roku zaczal publicznie oskarzac AK o
rzekoma wspolprace z gestapo i nazywal akowcow bandytami. Koordynowal
przygotowania setek procesow politycznych, przesladowania kilkusettysiecznej
rzeszy Armii Krajowej, Batalionow Chlopskich i NSZ oraz bezwzgledna
systematyczna walke z Kosciolem. Dyrektorom departamentow w Ministerstwie
Bezpieczenstwa Publicznego wielokrotnie zarzucal, ze nie doceniaja "roli kleru w
dywersji przeciw naszej Partii". Znany byl ze szczegolnej bezwzglednosci i
okrucienstwa wobec wiezniow politycznych. Zapamietano powiedzenie Bermana w
odniesieniu do ulaskawionych wiezniow, ktorzy pozniej rzekomo gineli smiercia
"samobojcza": "Towarzysz Bierut was ulaskawil, ale ja was nie ulaskawie" (cyt.
za: Pamiec ofiar, "Tygodnik Solidarnosc" z 14 marca 2003 r.). Berman zwalczal
zdecydowanie wszelkie proby uwzglednienia narodowej specyfiki w polityce PPR,
szczegolnie ostro przeciwstawiajac sie tego typu przejawom w dzialalnosci
Wladyslawa Gomulki. Nalezal do glownych rzecznikow rozprawy z gomulkowszczyzna,
atakujac ja jako niebezpieczne "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne" w Polsce.
Prowadzac konsekwentna polityke sowietyzacji i rusyfikacji polskiej kultury,
dazyl do calkowitego wytrzebienia polskiego narodowo-katolickiego sposobu
myslenia. Berman, ktory powinien przykladnie zawisnac na szubienicy za swe
zbrodnie wobec Polakow, jeszcze w 1981 roku przekonywal T. Toranska, ze "polskie
spoleczenstwo jest w swojej konsystencji bardzo antysemickie". Jako koronny
dowod na to podawal, ze jego corke wielokrotnie przezywano w szkole sledziara.
Istnieje dosc duzo szczegolowych swiadectw, takze piora obiektywnych aktorow
zydowskich, dowodzacych, ze dominujacy w stalinowskim UB Zydzi byli zydowskimi
szowinistami-polakozercami, ktorzy po prostu dawali upust swej fanatycznej
nienawisci wobec bezbronnych Polakow. By przypomniec chocby opinie Teofili
Weintraub, Zydowki z pochodzenia, wypowiedziana w zbiorze wywiadow Ruty Pragier
"Zydzi czy Polacy" (Warszawa 1992, s. 120): "Rozanski. Jego sekretarka mowila,
ze byl polakozerca. Nienawidzil ludzi". Oslawiony wicedyrektor departamentu
sledczego MBP Jozef Swiatlo (Fleischarb) osobiscie torturowal wielu polskich
patriotow, szczegolnie okrutnie zachowujac sie podczas przesluchan dzialaczy
dawnego Stronnictwa Narodowego. Mowil: "Teraz popamietacie, co to jest
antysemityzm", katujac ich do omdlenia. Znany byl fakt, ze jeden z
przesluchiwanych przez Swiatle i towarzyszy Polakow, polany zimna woda po
omdleniu z bolu, wracajac do przytomnosci, powiedzial: "(...) antysemityzm nigdy
u nas nie prowadzil do tortur, jak wasz antypolonizm" (wg: C. Leopold, K.
Lechicki, Wiezniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956, wyd. podziemne,
Gdansk 1981, s. 15).
Zwierzchnik Swiatly, Roman Romkowski (Natan
Grünspan-Kikiel), w oswiadczeniu zlozonym 10 pazdziernika 1954 r. stwierdzil, ze
w roznych wynurzeniach Swiatly wystepowal coraz silniej
nacjonalistyczno-zydowski sposob reagowania na niektore posuniecia personalne
(por. S. Marat, J. Snopkiewicz, Ludzie bezpieki, Warszawa 1990, s. 23).
Inny
z waskiej grupy dyrygentow ubeckiego terroru, dyrektor departamentu sledczego
Anatol Fejgin, syn Mojzesza, znany byl z rozlicznych donosow na "polskich
nacjonalistow" juz w okresie lwowskim 1939-1941. "Trzeba zabic polska dume,
rozstrzelac patriotyzm" - zwykl mawiac Anatol Fejgin w bliskim gronie partyjnych
kolegow (wg tekstu M. Wyrwicha, Mord w kosciele, "Tygodnik Solidarnosc" z 27
wrzesnia 2002 r.). Autorzy wydanego w 1981 roku podziemnego samizdatu o
wiezniach politycznych w Polsce lat 1945-1956 C. Leopold i K. Lechicki pisali:
"Ilustracja tego uczucia nienawisci funkcjonariuszy zydowskiego pochodzenia do
narodowcow bylo oswiadczenie majora bezpieki Wiktora Herrera, naczelnika
wydzialu w MBP, ktory z pasja mowil: 'Zadaniem naszym jest nie tylko zniszczyc
was fizycznie, ale musimy zniszczyc was moralnie'" (por. C. Leopold, K.
Lechicki, op. cit., s. 8). Antypolska postawe "czerwonej prokurator" Heleny
Wolinskiej (Fajgi Mindlak-Danielak) dobrze scharakteryzowal protokolant sadowy
Zygmunt Maczynski w poswieconej Wolinskiej audycji w programie TVP: "Lena
Wolinska wyjatkowo brutalnie odnosila sie do akowcow (...), ona nienawidzila
Polakow bardziej niz Niemcow" (Rewizja nadzwyczajna - "Prokurator w czerwonej
spodnicy", program I TVP, 11 stycznia 1999 r.). Warto przypomniec w tym
kontekscie stwierdzenia slynnego lekarza polskiego zydowskiego pochodzenia
Ludwika Hirszfelda w jego malo znanym liscie do Jerzego Borejszy z dnia 27
pazdziernika 1947 roku. Hirszfeld ubolewal w tym liscie, ze "nacjonalisci
zydowscy nienawidza Polakow bardziej niz Niemcow i ze swiadomie lub nieswiadomie
ida w kierunku proniemieckim, tak jak to zreszta przewidzialem w mojej ksiazce.
(...) Jesli nie podkreslam tych spraw publicznie, to dlatego tylko, by Zydom nie
szkodzic i nie poglebiac przepasci, ktora kopie nacjonalizm zydowski pomiedzy
Zydami i Polakami" (cyt. za B. Fijalkowska, Borejsza i Rozanski. Przyczynek do
dziejow stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1996, s. 139). Jeszcze inny przyklad.
Pulkownik Mateusz Frydman lzyl bitego przez siebie wieznia slowami: "Jakim
prawem wam Polakom zachciewa sie niepodleglosci Polski?" (wg: Trzy dokumenty
ujawniajace mechanizmy przemocy i gwaltu w latach 1945-1947, paryskie "Zeszyty
Historyczne" 1984, nr 47, s. 55).
Byl jeszcze jeden cel atakow szczegolnie
nienawistnych ze strony zydowskich ubekow i politrukow - walka z Kosciolem
katolickim, zarowno w imie ateizmu, jak i ze wzgledu na wrogosc do tej
niejednokrotnie ostatniej barykady polskosci. Na zawsze utkwila mi w pamieci
jakze symptomatyczna, ponura scena tej walki, zrelacjonowana w zbiorze wspomnien
"Polacy w Rosji" przez Jozefa Brancewicza z Bialegostoku. Opisal on, jak 16
stycznia 1945 roku zostal aresztowany za przynaleznosc do AK i oddany w
miasteczku Swira w rece miejscowej milicji, skladajacej sie w 50 proc. z Zydow.
I wtedy doszlo do rzeczy szczegolnie obrzydliwej. Jozef Brancewicz wspominal:
"Rozpoznalem w niej [w milicji - J.R.N.] mego kolege ze szkoly podstawowej.
Podszedl do mnie, uderzyl kilkakrotnie w twarz, zerwal z szyi lancuszek z
medalikiem Matki Boskiej Ostrobramskiej i podeptal go nogami". Byly tez
oczywiscie rzeczy duzo drastyczniejsze - rozliczne przejawy bezwzglednego
terroru przeciw katolickiej mysli i przeciw katolickiemu duchowienstwu: duchowni
skazywani na smierc, szkalowani i wiezieni biskupi i sam Prymas Tysiaclecia. I
wszystko to pod batuta najzajadlejszego wroga Kosciola w Ministerstwie
Bezpieczenstwa Publicznego - oslawionej Luny Brystygierowej, dyrektor V
departamentu MBP. Jak na tle tych faktow wyglada inne twierdzenie Grossa, jakoby
zydowskosc roznych funkcjonariuszy UB, ich liczebnosc nie mialy zadnego
znaczenia?! Gdyby ich bowiem nie bylo, Polacy robiliby dokladnie to samo co oni
(por.: Fear, s. 230-236). Gross calkowicie pomija tu tak wielkie znaczenie sily
antypolonizmu czolowych bezpieczniakow zydowskich. Antypolonizmu, ktory uczynil
z nich szczegolnie skuteczne narzedzie Stalina w walce z polskim patriotyzmem,
tradycjami narodowymi, polskoscia. I w walce z Kosciolem katolickim. Podobnej
zajadlosci antypolskiej i antykatolickiej na ogol trudno bylo oczekiwac od
rdzennych Polakow, poza skrajnymi renegatami. Tym cenniejszymi dla Sowietow w
tej sytuacji stawaly sie setki bezpieczniakow zydowskiego pochodzenia,
pozbawionych jakichkolwiek skrupulow w zwalczaniu polskosci i katolicyzmu.
Swiadectwa przeciw falszom Grossa
Wyjatkowa hucpa, z jaka
Gross stara sie - wbrew prawdzie historycznej - maksymalnie pomniejszyc role
Zydow w UB i w ogole w caloksztalcie zycia publicznego Polski zwanej ludowa,
zmusza do kolejnego siegniecia do wiekszej liczby swiadectw roznych autorow.
Swiadectw na ten sam temat, o ktorym pisze Gross, ale o jakze odmiennym, wrecz
przeciwstawnym wydzwieku!
Przypomnijmy najpierw jakze wymowne oceny
emigranta z 1968 roku, bylego oficera informacji wojskowej zydowskiego
pochodzenia Michala Checinskiego. Autor ten, swietnie znajacy - z autopsji -
sytuacje w Polsce po 1944 roku, jednoznacznie pisal o wykorzystaniu przez
Sowietow komunizujacych Zydow w akcji zniewalania Polski. Juz na poczatku
ksiazki Checinski zwracal uwage na bardzo istotny czynnik sprzyjajacy awansowi
zydowskich komunistow wsrod kadr szkolonych w latach 1942-1944 na Polske: "(...)
oficerowie NKWD, zajmujacy sie szkoleniem i indoktrynacja polskich kadr, czesto
faworyzowali Zydow, uwazanych za mniej zagrozonych polskimi odchyleniami
nacjonalistycznymi czy uprzedzeniami antyrosyjskimi" (M. Checinski, Poland.
Communism. Nationalism. Antisemitism, New York 1982, s. 11).
W dalszej
czesci ksiazki (s. 63) Checinski akcentowal m.in.: "Narodowe mniejszosci, a
mianowicie Zydzi, Ukraincy i Bialorusini w przypadku polskim, graly wyrozniajaca
sie role w brutalnym dlawieniu krajowcow przez polska tajna policje. (...).
Zydzi, a specjalnie ci z zydowskimi nazwiskami czy uderzajacymi cechami
zydowskimi, mogli byc umieszczani na najbardziej kontrowersyjnych stanowiskach
(na przyklad tych zajmujacych sie sprawami Kosciola czy kampania przeciw
politycznemu podziemiu) i w ten sposob przeksztalcac antyrezimowe uczucia w
antysemickie. Taka polityka byla realizowana nie tylko w Polsce, lecz wszedzie w
Europie Wschodniej, gdzie nowe rzady, rzadzace tylko dzieki wojskowemu poparciu
armii sowieckiej, byly traktowane jako marionetkowe przez podlegle im narody".
Checinski podkreslal przy tym (op. cit., s. 64), ze Zydzi w bezpiece wydawali
sie "mniej podatni na przynety polskiego nacjonalizmu, od ktorego nie wydawali
sie byc w pelni wolni nawet najbardziej nieposzlakowani polscy komunisci".
Dodajmy w tym kontekscie, ze Stalin nieprzypadkowo wolal postawic na zydowskich
komunistow w Polsce przeciw Gomulce w 1948 roku.
Wskazujac na to, ze Zydzi
wracajacy do Polski byli pozbawieni rodzin i wlasnosci, Checinski pisal (op.
cit., s. 64): "Ich osobista lojalnosc szla do ludzi, ktorzy dali im nie tylko
cenne przywileje materialne, lecz rowniez i okazje zemszczenia sie na kazdym,
kogo podejrzewali o to, ze wspoldzialal w katastrofach, ktore spadly na ich
rodziny".
Warto przypomniec tu rowniez wazne oceny innego autora zydowskiego
pochodzenia, Stanislawa Krajewskiego, jednego z czolowych przedstawicieli
mniejszosci zydowskiej w dzisiejszej Polsce, wspolprzewodniczacego Rady
Chrzescijan i Zydow. W tekscie publikowanym pod pseudonimem Abel Kainer w
KOR-owskiej podziemnej "Krytyce" Krajewski pisal m.in.: "Wiekszosc Zydow
pozostajacych w Polsce akceptowala 'budowe socjalizmu'. Wiekszosc nie-Zydow nie
godzila sie na to. Jakkolwiek duza jest ta dysproporcja, wynikala ona glownie z
tego, ze spolecznosc zydowska miala szczegolna wlasciwosc: antykomunisci sie w
niej nie utrzymywali. Bo wyjezdzali (...)" (por. tekst A. Kainera: Zydzi a
komunizm, "Krytyka" 1983, nr 15, s. 194). Porownajmy te uwagi Kainera
(Krajewskiego) z nachalnym klamstwem Grossa (s. 221), jakoby sympatie dla
komunizmu "byly minimalne" wsrod Zydow w Polsce.
Nieco dalej A. Kainer
pisal: "(...) W praktyce realizacja reform przeradzala sie w sowietyzacje,
propaganda uniwersalizmu - w rusyfikacje. Wsrod Polakow wywolywalo to opory
natury narodowej i religijnej. Otoz wydaje sie, ze wsrod Zydow byly one -
przecietnie rzecz biorac - stosunkowo mniejsze. Asymilujacy sie Zydzi byli mniej
od Polakow uczuleni na utrate niezawislosci panstwowej i na zagrozenie polskich
tradycji narodowych" (por. A. Kainer, op. cit., s. 195).
Kainer (Krajewski)
podjal w swym tekscie rowniez sprawe tak znaczacej obecnosci Zydow w bezpiece,
piszac m.in.: "Istotnie, powazna czesc kierowniczych stanowisk w MBP za czasow
Bieruta zajmowali Zydzi czy ludzie pochodzenia zydowskiego. Jest to fakt,
ktorego nie wolno pomijac, fakt malo znany na Zachodzie, niezbyt chetnie
wspominany przez Zydow w Polsce. Jedni i drudzy chetniej niz o tym mowia o
antysemityzmie Stalina (sprawa lekarzy itp.)" (por.: tamze, s. 196). Dokladnie
to samo, co dzisiaj robi Gross, starajac sie maksymalnie zanegowac role Zydow w
UB. Kainer przypomnial w swoim tekscie rowniez, jak to "pewien rabin rzucil
jednemu z przesluchujacych go oprawcow w urzedzie bezpieczenstwa: 'Przez takich
jak ty beda w Polsce pogromy' (...)" (tamze, s. 198). W dalszej czesci tekstu A.
Kainer akcentowal: "Pamietajmy jednak, ze na atmosfere stosunkow
polsko-zydowskich wplywaly takie okolicznosci jak zwiazki Zydow z bolszewikami,
a potem z wojskami radzieckimi. Udzial Zydow w elicie wladzy i w aparacie
represji, 'rzady melamedow', niejednakowo rzetelny stosunek do rewolty getta
warszawskiego i do powstania warszawskiego, procesy ateizacji i rusyfikacji
(wiazane z Zydami, ktorzy istotnie rzadziej mieli opory wobec tych dazen),
wreszcie nie pozbawione domieszki spraw zydowskich zjawiska walki z odchyleniem
prawicowo-nacjonalistycznym (...)" (por.: tamze, s. 198).
Dziwne, ze tak
dobrze znajacy prawde o stosunkach w dobie stalinowskiej Stanislaw Krajewski jak
dotad nie zaprotestowal przeciwko antypolskim potwarzom Grossa. Rownie dziwny
jest dla mnie brak publicznego protestu przeciwko klamstwom Grossa na temat
stosunku Kosciola katolickiego do Zydow w czasie wojny ze strony Adama Daniela
Rottfelda. Przypomnijmy, ze ten ostatni minister spraw zagranicznych w rzadach
postkomunistycznych w czasie wojny zostal uratowany dzieki schronieniu w
klasztorze. Znalazl czas na sygnowanie niegodnego listu atakujacego obecnego
prezydenta RP, a jakos nie moze znalezc czasu na danie swiadectwa o tych, ktorzy
go uratowali w czasie wojny. A przeciez jako zajmujacy sie tematyka
miedzynarodowa przez dziesieciolecia i byly minister spraw zagranicznych
najlepiej wie, jakie szkody wizerunkowi Polski przynosza tak naglasniane
kalumnie Grossa.
Przypomnijmy tu takze oceny zawarte w ksiazce slynnego
dziennikarza zydowskiego z USA Johna Sacka, zawarte w jego tak waznej, a tak
niegodnie przemilczanej ksiazce glebokiego zydowskiego samorozrachunku - "oko za
oko": "W miejscach takich jak Gliwice Polacy stawali przy wieziennych scianach,
a ludzie z Wydzialu Wykonawczego przywiazywali ich do wielkich zelaznych
pierscieni, mowili: 'Gotow! Cel! Pal!', zabijali ich i ostrzegali polskich
straznikow: 'Trzymajcie jezyk za zebami!'. Straznicy, jako Polacy, nie byli tym
zachwyceni, ale Jakubowie, Josefowie i Pinkowie z wyzszych szczebli Urzedu
pozostali wierni Stalinowi, poniewaz uwazali sie za Zydow, nie zas za polskich
patriotow. Oto, dlaczego Dobra Wrozka Stalin (...) zatrudnil wszystkich Zydow i
umiescil ich w Urzedzie Bezpieczenstwa Publicznego, swojej instytucji w Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej [podkr. J.R.N.].
I oto w 1945 r. Polacy staneli do
walki z Urzedem. Jeli zabijac Zydow z Wywiadu, Sledczego i Wieziennictwa. Zydzi
doszli do wniosku, ze ci Polacy sa antysemitami, Polacy utrzymywali, ze nie, ze
sa tylko anty-Urzedowi" (J. Sack, Oko za oko, Gliwice 1995, s. 228-229).
Wczesniej, w tej samej ksiazce (s. 96) Sack pisal: "(...) dlaczego wiec
Stalin byl stronniczy wobec Zydow (...). Z jego rozkazu pewien Zyd, ktorego
ojciec zginal w Treblince, mial zostac szefem Urzedu Bezpieczenstwa, a szefami
wszystkich jego departamentow mieli takze zostac Zydzi, aczkolwiek od tego
momentu ich nazwiska nie mialy byc zydowskie, tylko takie jak 'general
Romkowski' albo 'pulkownik Rozanski'. Z czasem ci ludzie wyznaczyli wszystkich
dowodcow bezpieczenstwa w Polsce".
Takim jak Gross wybielaczom roli Zydow w
UB i w stalinizacji Polski warto przypomniec rowniez inne, jakze prawdziwe i
uczciwe swiadectwo Polaka zydowskiego pochodzenia Andrzeja Wroblewskiego (do
roku 1940 noszacego rodowe nazwisko Fejgin). Andrzej Wroblewski, wybitny krytyk
teatralny, ojciec Andrzeja Krzysztofa Wroblewskiego, redaktora "Polityki", i
dziadek naczelnego redaktora "Newsweeka" Tomasza Wroblewskiego, stanowczo
protestowal przeciw relatywizowaniu spraw odpowiedzialnosci za UB. Jednoznacznie
akcentowal: "Proporcjonalnie wiecej bylo Zydow wsrod katow niz wsrod ofiar. I
chociaz nie wszyscy byli rownie gorliwi, to jednak w powszechnym odbiorze
postrzegana byla ich aktywnosc. Przewaznie przedwojenni komunisci, czesto ze
stazem wieziennym, byli zaslepieni wiara, ze rzeczywiscie biora udzial w walce o
nowy wspanialy swiat. Nie zdawali sobie sprawy, ze swoim postepowaniem wywolaja
zjawisko antysemityzmu (...)" (por. A. Wroblewski, Byc Zydem, Warszawa 1993, s.
181). W innym miejscu swej ksiazki Wroblewski ubolewal, ze w 1968 roku "pod
plaszczykiem dotknietej godnosci wyjezdzali z kraju Zydzi, ktorzy sluzyli w UB,
byli sedziami czy prokuratorami z rekami umazanymi po lokcie we krwi".
Najwybitniejszy chyba polski tworca pochodzenia zydowskiego Leopold Tyrmand
tak pisal w 1972 roku w swej swietnej, a tak niegodnie przemilczanej dotad w
Polsce "Cywilizacji komunizmu": "Amerykanskie uniwersytety przygarniaja dzis
Zydow, ktorzy przez prawie 25 lat swych sluzb w policjach politycznych Europy
Wschodniej ciezko przesladowali ludzi - w tym takze innych Zydow - walczacych o
prawo do niezawislosci sumienia. Dzis Zydzi ci chronia sie za swe niegdys tak
latwo zapomniane zydostwo. Fakt, ze w Polsce w 1968 roku przypomniano im nagle i
brutalnie, ze sa Zydami, jest faktem groznym i odrazajacym, wymagajacym
napietnowania i potepienia. Ale nie czyni z nich ludzi godnych szacunku, a nawet
wspolczucia, a juz zupelnie nie upowaznia do solidaryzowania sie z nimi. (...).
Ludzie ci nie maja moralnego prawa do obrony, przede wszystkim jako niestrudzeni
architekci tej rzeczywistosci, w ktorej po 25 latach dojsc moglo do tak
karykaturalnych zwyrodnien mysli i pojec, jako inzynierowie tej struktury, w
ktorej monstrualne klamstwo tak latwo jest uczynic prawem zycia. Trudno jest
zapomniec ich fanatyczna wiare w zlo, jaka glosili w komunistycznych gazetach,
ksiazkach, artykulach, filmach (...)" (L. Tyrmand, Cywilizacja komunizmu, Londyn
1972, s. 220-221).
Znany pisarz zydowskiego pochodzenia Kazimierz Brandys,
skadinad sklonny do roznych uogolnien w duchu antypolonizmu, pisal na lamach
paryskiej "Kultury" z 1983 roku: "W Polsce powojennej i Zydow nie bylo.
Nieliczni z nich ocaleli glownie na terenie Rosji Radzieckiej. Po powrocie do
Polski ci zagubieni, biedni ludzie popelnili wielki blad. Pozwolili uzyc sie
jako narzedzie stalinizmu. Zaplacili za to straszliwa cene. W spoleczenstwie
antysemityzmu nie bylo, pojawil sie on natomiast w rzadzacej partii... Fatum
ciazace przez wiele lat nad narodem zydowskim dalo znac o sobie w ustroju, za
ktorego glownych tworcow uchodzili w swiatowej opinii wlasnie Zydzi. (...) Moze
nie oplakano w Polsce zamordowanych Zydow, bo przyszli inni, zywi? Ci, ktorzy
przybyli z obca armia, by aresztowac i rzadzic? Na cmentarzach zostaly szczatki
kamiennych tablic, ale juz nie duchy zydowskie krazyly w miasteczkach, lecz
wiesc, ze Rosjanie przywiezli nowych Zydow przebranych, o zmienionych
nazwiskach, Zydow w rogatywkach, ktorzy zdjeli korone z glowy bialego orla i
kazali rozlepic na rynkach plakaty z napisem 'AK - zapluty karzel reakcji'. Wiec
moze strach i nienawisc zastapily litosc" (por. K. Brandys, Miesiace, "Kultura"
1983, nr 6, s. 80-81).
I jeszcze jedno bardziej obiektywne spojrzenie ze
strony zydowskiej na te same sprawy, zademonstrowane w ksiazce Rity Pragier
przez plastyczke, malarke Irene Molge. Odpowiadajac na pytanie Rity Pragier,
dlaczego wielu Zydow tkwilo w UB, Molga mowi: "Duza czesc - to byli ludzie
durni. Nie majacy rozeznania w realiach. Kiedy im mowiono, ze ktos jest bandyta
- wierzyli. Chlopcy bez wyksztalcenia. Tresowani do jednego celu. Przed wojna i
podczas wojny lzeni i ponizani. I nagle taki dostal stopien oficera! Wladze nad
ludzmi! I sklep za zoltymi firankami" (R. Pragier, Zydzi czy Polacy, Warszawa
1992, s. 147).
W raporcie emisariusza z kraju dla MSW w Londynie pisano 7
lutego 1946 roku: "Zydzi (...) w 100% sa na sluzbie sowieckich interesow. (...)
Opanowali kierownicze stanowiska w ministerstwach, prokuraturze, UB,
sadownictwie i wojsku oraz w przemysle" (cyt. za: J. Zaryn, Hierarchia Kosciola
katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol
pogromu kieleckiego, IPN, Warszawa 2006, s. 89). Niewatpliwie przesadna byla
ocena o tym 100-procentowym jakoby oddaniu Zydow sowieckim interesom. Pokazywala
jednak, do jakiego stopnia utozsamiano Zydow z rezimem w owczesnych kregach
niepodleglosciowych. Przypomnijmy tutaj jednak jakze znamienna opinie Czeslawa
Milosza, trudnego do oskarzenia o antysemityzm, Milosza, na ktorego wiersz tak
chetnie powoluje sie Gross w swych antypolskich uogolnieniach. Otoz wlasnie C.
Milosz stwierdzil w prawie nieznanym w Polsce (poza moimi tekstami) wywiadzie
dla wydawanego w USA zydowskiego czasopisma "Tikkun" (nr 2 z 1987 r.), mowiac o
zydowskich komunistach: "Oni zajeli wszystkie czolowe pozycje w Polsce, rowniez
w bardzo okrutnej policji bezpieczenstwa, poniewaz byli po prostu bardziej godni
zaufania niz miejscowa ludnosc" ("They occupied all the top positions in Poland
and also in the very cruel security police, because they were more reliable,
simply, than the local population"). W tym stwierdzeniu Milosz wyraznie
przesadzil, bo byly jednak i niezydowskie postacie na szczycie zarowno partii
komunistycznej, jak i UB (chocby Bierut i Radkiewicz). Generalnie jednak Milosz
trafnie ocenil wyjatkowa, dominujaca role komunistow zydowskiego pochodzenia w
stalinizacji Polski.
Warto przypomniec rowniez inne stwierdzenie Milosza:
"Pierwsze kadry polskiej komunistycznej partii w 1945... byly zlozone z ludzi w
mundurach, w bardzo duzej proporcji bedacych intelektualistami zydowskiego
pochodzenia (...). Rosjanie traktowali ich jako najbardziej niezawodne narzedzie
w realizacji sowieckich pragnien, uwazajac, ze beda oni mniej sklonni do
polskiego patriotyzmu ze wzgledu na dyskryminacje, ktorej poddawali ich polscy
prawicowcy przed wojna" (cyt. za: S. Kirshner, Circumstances surrounding 1946
pogrom remain a mystery, "The Canadian Jews News" z 4 lipca 1996 r.).
Przypomnijmy tez, co pisala przed laty znana publicystka zydowskiego
pochodzenia Alina Grabowska, po 1989 roku "wslawiona" jako tropicielka rzekomego
polskiego antysemityzmu. Otoz jeszcze w 1969 roku napisala ona w paryskiej
"Kulturze": "W pierwszych latach powojennych (a nawet i pozniej) znakomita,
niestety, wiekszosc pracownikow UB stanowili Zydzi" (A. Grabowska, Raj utracony
- raj odzyskany, "Kultura" 1969, nr 12, s. 127). Jakze wymowne bylo stwierdzenie
takiego slynnego znawcy historii Polski jak prof. Norman Davies. Napisal on
wrecz o "tysiacach polskich Zydow, ktorzy stracili twarz poprzez zwiazanie sie z
okrutnym powojennym rezimem stalinowskim" (por. tekst N. Daviesa w "The New York
Review of Books", 20 listopada 1986).
Mozna by dlugo wyliczac podobne oceny
roli Zydow w UB i polskim zyciu publicznym. Oto na przyklad swiadectwo
najwybitniejszej chyba polskiej pisarki owego okresu Marii Dabrowskiej, zapisane
w jej dzienniku pod data 17 czerwca 1947 roku: "UB, sadownictwo sa calkowicie w
reku Zydow. W ciagu tych przeszlo dwu lat ani jeden Zyd nie mial procesu
politycznego. Zydzi osadzaja i na kazn wydaja Polakow". Niemal dziewiec lat
pozniej - 27 maja 1956 roku - ta sama Dabrowska zapisywala (Dzienniki powojenne,
Warszawa 1996, t. I, s. 147): "Ostatnimi tygodniami bylam w Nieborowie w
towarzystwie samych Zydow oprocz Anny i Bogusia. Czeste ich rozmowy o wzrastaniu
antysemityzmu. Czemu dzis sami sa czesciowo winni - bo jak mozna bylo dac soba
obsadzic wszystkie 'kluczowe pozycje' zycia Polski: prokuratury, wydawnictwa,
ministerstwa, wladze partii, redakcje, film, radio itp.". Bardzo podobne w swej
wymowie byly zapiski Stefana Kisielewskiego z pozniejszego okresu. W dzienniku
pod data 18 pazdziernika 1968 roku pisal on: "20 lat temu powiedzialem Wazykowi,
ze to, co robia Zydzi, zemsci sie na nich srodze. Wprowadzili do Polski komunizm
w okresie stalinowskim, kiedy malo kto chcial sie tego podjac z gojow". Niewiele
pozniej, 4 listopada 1968 roku, Kisielewski zapisal w swym "Dzienniku": "Po
wojnie grupa przybylych z Rosji Zydow - komunistow (Zydzi zawsze kochali
komunizm) otrzymala pelnie wladzy w UB, sadownictwie, wojsku, dlatego ze
komunistow nie-Zydow prawie tu nie bylo, a jesli byli, to Rosja sie ich bala. Ci
Zydzi robili terror, jak im Stalin kazal".
Znany intelektualista katolicki
Bohdan Cywinski tak ocenial role Zydow w stalinizacji Polski na lamach
podziemnego periodyku "Glos" w kwietniu 1985 roku: "Fakty manifestacyjnego
popierania wladzy komunistycznej przez Zydow zaraz po wojnie, wyjatkowe
nagromadzenie osob pochodzenia zydowskiego w aspekcie wladzy, a zwlaszcza
najbardziej znienawidzonych spolecznie resortach bezpieczenstwa i propagandy
oraz mnogosc przykladow szczegolnej ich wrogosci wobec przejawow polskiego
szacunku dla narodowej tradycji - wszystko to w jakiejs mierze pozostalo w
swiadomosci starszych pokolen, powodujac zrozumiale urazy". Z kolei slynny
katolicki intelektualista na emigracji ojciec Jozef M. Bochenski akcentowal na
lamach paryskiej "Kultury" (nr 7-8 z 1986 r.): "Jak wiadomo wladza lezala w
duzej mierze w ich [Zydow - J.R.N.] rekach po zajeciu Polski przez wojska
sowieckie - w szczegolnosci pewni Zydzi kierowali policja bezpieczenstwa. Otoz
ta wladza i ta policja jest odpowiedzialna za mord bardzo wielu sposrod
najlepszych Polakow. Polacy maja, moim zdaniem, znacznie wieksze prawo mowic o
pogromie Polakow przez Zydow niz Zydzi o pogromach polskich". I jeszcze jeden
przyklad, pochodzacy spod piora slynnej publicystki emigracyjnej Aleksandry
Stypulkowskiej: "(...) aparat bezpieczenstwa - zwlaszcza w najczarniejszym
okresie - byl glownie obsadzany przez komunistow zydowskiego pochodzenia" (A.
Stypulkowska, Palace sprawy, londynskie "Wiadomosci" z 26 maja 1968 r.).
Na
koniec tych swiadectw warto przypomniec prawdziwie zalosno-groteskowa, wrecz
godna Grossa probe usprawiedliwienia roli Zydow w UB, dokonana w swoim czasie
przez dogmatycznego zydowskiego historyka Artura Eisenbacha. Znalazla sie ona w
tekscie zamieszczonym w cytowanej juz ksiazce R. Pragier "Zydzi czy Polacy". W
zamieszczonej tam (s. 50) wypowiedzi Eisenbach stwierdzil m.in.: "Mozna bylo
dostac prace wszedzie. Nawet w wojsku i ministerstwach, i w bezpiece. No tak!
Zydzi byli wszedzie. Ale czy dlatego, ze ktos byl Zydem, mial wejsc do mysiej
dziury i w niej czekac? (...) Dlaczego trwali na swych stanowiskach w latach
stalinowskich? Kazdy gdy gdzies sie dostal, to chcial trwac, a nie odchodzic".
Mowiac o zmianie sytuacji w 1956 roku, Eisenbach stwierdzil: "Nastroje wtedy
byly pogromowe. (...) Ludzie otworzyli wtedy usta. Karta sie odwrocila. Zaczeli
mowic ci, ktorzy dotad milczeli. Ludzie skrzywdzeni, np. AK-owcy. Ale takze
prawica i ciemnogrod". I tak to jednym ciagiem Eisenbach zestawil prawice i
ciemnogrod, wyraznie ubolewajac, ze takze prawica zaczela mowic.
P.S. Przy
okazji jeszcze jedno sprostowanie do tekstu Grossa. W moim tekscie z 16 sierpnia
2006 roku cytowalem wypowiedz Grossa o wysokich funkcjonariuszach MBP
zydowskiego pochodzenia. Gross, skadinad pomniejszajacy wciaz ich liczebnosc,
rownoczesnie parokrotnie pisze o zydowskim pochodzeniu zastepcy dyrektora
departamentu sledczego Adama Humera (s. 227, 236), a raz (na s. 236) wymienia
Humera na pierwszym miejscu wsrod wysokich funkcjonariuszy MBP - Zydow.
Twierdzenie Grossa o zydowskim pochodzeniu Humera nie znajduje potwierdzenia w
innych zrodlach.
Prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik 2006.08.19.
Nowe falsze Grossa (12) - Komunistyczni dyktatorzy!
Opisana przeze mnie patologia zdominowania wladzy przez srodowiska
komunistow z mniejszosci zydowskiej nie ograniczyla sie do Polski. Podobne
zjawiska wystapily po 1944 r. na Wegrzech, w Czechoslowacji i Rumunii, jak juz
wczesniej zaznaczylem w tekscie "Spor o "zydokomune"" w "Naszym Dzienniku" z
12-13 sierpnia 2006 roku. Prawdziwie ordynarnym klamstwem Grossa jest podane
przez niego na stronie 214 "Strachu" twierdzenie, jakoby "istnienie Zydow
wewnatrz Partii i poza nia jawnie komplikowalo narzucenie sowieckiego panowania
w Europie Srodkowo-Wschodniej" (Jews whose existence, within the Party and
outside it, evidenty complicated the imposition of Sowiet rule in East Central
Europe). Gross bezczelnie deformuje fakty, kreslac diametralnie przeciwstawny
obraz sytuacji w Europie Srodkowowschodniej do tej, jaka w rzeczywistosci
istniala. Otoz obecnosc Zydow w tym regionie wcale nie komplikowalo narzucania
tu sowieckiego panowania, lecz je znaczaco ulatwilo! Jest na ten temat az nadto
wiele bogato udokumentowanych swiadectw. Przytaczalem juz w tym kontekscie
jednoznaczne opinie slynnego sowietologa pochodzenia zydowskiego Paula
Lendvaiego, bylego oficera WP pochodzenia zydowskiego Michala Checinskiego i
pisarza Leopolda Tyrmanda. Dodam wypowiedz brytyjskiego sowietologa pochodzenia
zydowskiego, niegdys jednego z "filarow" nauki marksistowskiej na Wegrzech -
Tibora Szamuellyego. Autor ten napisal 26 kwietnia 1968 roku na lamach
brytyjskiego "Spectatora": "(...) Tragicznym jest fakt, ze w Polsce, tak jak w
innych krajach Europy Wschodniej, Zydzi grali kierownicza role w ustanowieniu
komunistycznego systemu i w jego wprawianiu w ruch w pierwszych
najstraszniejszych latach jego istnienia". Przypomne tu rowniez ocene Karela
Bartoska, autora opracowania dziejow Europy Srodkowej i Poludniowo-Wschodniej
pod rzadami komunistow, w "Czarnej ksiedze komunizmu". Pisal on tam m.in.:
"Zydzi komunisci, niezwykle liczni w aparacie Kominternu, po wojnie nadal
zajmowali kluczowe pozycje w partii i strukturach panstwowych wielu krajow
Europy Srodkowej. W swej pracy podsumowujacej doswiadczenia komunizmu
wegierskiego Miklos Molnár pisal: "Na szczycie hierarchii niemal wszyscy
przywodcy sa pochodzenia zydowskiego, podobnie jak, choc w nieco zmniejszonej
proporcji, w aparacie Komitetu Centralnego, w policji politycznej, prasie,
wydawnictwach, teatrze, kinie" (por.: Czarna ksiega komunizmu, Warszawa 1999, s.
405).
Jak Sowieci popierali polski patriotyzm?
Calkowicie
zafalszowujac fakty historyczne, Gross zaprzecza, jako rzekomej fantazji,
wszelkim twierdzeniom o "preferowaniu" Zydow przez Stalina w Europie
Srodkowowschodniej (s. 212). W swym klamstwie idzie nawet dalej, starajac sie
przedstawic Zydow w tym regionie jako rzekome ofiary komunizmu. Twierdzi, ze w
Zydow Europy Srodkowowschodniej od poczatku uderzala polityka komunistyczna,
preferujaca nacjonalistow i antysemitow, a nawet doprowadzajaca do fuzji
komunizmu z faszyzmem (s. 223-224). Na stronie 223 Gross stara sie wmowic,
jakoby komunisci, budujac rezimy prosowieckie w Europie Srodkowowschodniej, od
poczatku postawili "na uczucia patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w
tym regionie. Trudno sobie wyobrazic bardziej cyniczne i bezwstydne klamstwo niz
powyzsze stwierdzenie Grossa w odniesieniu do sytuacji, gdy sowietyzacja Europy
Srodkowowschodniej postepowala wciaz na drodze niezwykle brutalnego niszczenia
uczuc narodowych Polakow, Wegrow czy Rumunow. Przypomne tu jeszcze raz ocene
slynnego historyka i politologa pochodzenia zydowskiego Paula Lendvaiego z
Austrii: "Na narody tradycyjnie uczulone na kwestie niezaleznosci i prestizu
spadl wkrotce po wojnie podwojny cios: komunizm i sowietyzacja. A Zydzi
znajdowali sie wowczas na stanowiskach premierow, pierwszych sekretarzy,
ministrow i szefow policji w tych samych krajach, gdzie ich ojcowie byli
zaledwie tolerowanymi intruzami. (...) Urazy poglebiala swiadomosc, ze to obcy
pozostajacy w sluzbie obcego mocarstwa narzucaja obcy system. (...) Czlonek
wspolnoty zydowskiej spotykal sie na tych terenach z nienawiscia (...) takze
jako symbol wladzy typu kolonialnego, namiestnik sowiecki (...)" (P. Lendvai,
Antysemityzm bez Zydow, cz. 1, wyd. podziemne "Los", 1987, s. 63, 70).
Gross,
wbrew tym podstawowym faktom historycznym, akcentowanym przez Ledvaiego,
twierdzi, jakoby komunisci: "Od czasu wojennych doswiadczen ZSRR rozumieli, ze
patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne popularne uczucia musza byc
wykorzystane dla zabezpieczenia panowania Partii Komunistycznej. Jesli takie
uczucia - wsrod Rosjan, Ukraincow, Rumunow czy Polakow - pojawia sie wraz z
mieszanka ksenofobii i antysemityzmu, niech tak bedzie". (Strach, s. 223). I to
juz sa istne brednie, do tego pisane z ewidentnie zla wola. Prawda jest tylko
to, ze wladze sowieckie maksymalnie wspieraly rosyjski nacjonalizm. Juz za
ukrainski nacjonalizm mozna bylo natomiast szybko zaplacic... wlasna glowa. Za
szczyt lgarstwa mozna uznac ocene, ze komunisci popierali polskie "uczucia
patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w polaczeniu z mieszanka ksenofobii
i antysemityzmu. Czyz nie jest to jedno z najpodlejszych klamstw Grossa w
odniesieniu do czasow, gdy dzieki sowieckiej przemocy mordowano tysiace polskich
patriotow, a dalsze tysiace wywozono na Sybir! Zapytajmy Grossa, jak przy takiej
rzekomej akceptacji dla antysemityzmu mogly sie w 1945 r. pojawic na ulicach
Warszawy nalepiane obok siebie plakaty: "Chwala bohaterskim obroncom getta" i
"Hanba faszystowskim pacholkom z AK". Czyzby wywieszano je wbrew woli Sowietow i
potulnie sluzacego im kierownictwa PPR? Wbrew woli Bermana, Minca, Kasmana,
Romkowskiego czy Fejgina?! Przypomnijmy, co powiedzial Boleslaw Bierut, jedyny
nie-Zyd w rzadzacym Polska triumwiracie, w czasie spotkania z prezesem
Amerykanskiej Federacji Polskich Zydow Josephem Tenenbaumem. Bierut mial
stwierdzic, ze "zabojstwo Zyda jest zbrodnia dziesieciokrotnie wieksza niz
zwykle zabojstwo, przeciez tyle sie wycierpieli i tak niewielu z nich przezylo"
(cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000,
s.
536). To miala byc tolerancja dla antysemityzmu? M.J. Chodakiewicz przypomina w
swej jakze miazdzacej recenzji "Strachu", publikowanej w "Niezaleznej Gazecie
Polskiej" z 4 sierpnia 2006 roku, ze: "(...) funkcjonowalo przekonanie, ze Zydzi
sa faworyzowani, bowiem z oskarzenia o antysemityzm czy antyzydowskie czyny
nagminnie [podkr. J.R.N.] stawiano przed sadem Polakow. Najczesciej sadzono ich
z paragrafu o "wywolywanie, a nawet wszczynanie wasni narodowosciowych". Jak
pokazuje Krzysztof Sidorkiewicz, wysylano ludzi do obozow pracy za dowcipy
antyzydowskie czy tez antyzydowskie inwektywy. Lud to widzial i komentowal:
"zydokomuna". W ich oczach wygladalo na to, ze tlamszono wolnosc slowa". W
"Biuletynie Zydowskiego Instytutu Historycznego" (1997, nr 2, s. 51) Dariusz
Jarosz pisze wprost, ze wladze traktowaly jako "wroga propagande" antysemityzm
uzewnetrzniajacy sie "w niektorych przekazach potocznych". I gdziez tu jest
opisywana przez Grossa rzekoma tolerancja dla antysemityzmu?
Na s. XIV i 241
"Strachu" Gross pisze o rzekomej obojetnosci partii komunistycznej w Polsce dla
spraw zydowskich. Przytoczmy wiec w tym kontekscie duzo rzetelniejsza od Grossa
opinie Stanislawa Krajewskiego, jednego z czolowych dzis przywodcow mniejszosci
zydowskiej w Polsce, wspolprzewodniczacego Rady Chrzescijan i Zydow. W tekscie
opublikowanym w 1983 roku w podziemnej KOR-owskiej "Krytyce", podpisanym "Abel
Kainer", Krajewski pisal: "Inna "zydowska" cecha najwyzszych organow wladzy
zdaje sie byc uczulona, czy wrecz przeczulona postawa wobec antysemityzmu" (A.
Kainer, Zydzi a komunizm, "Krytyka" 1983, nr 15, s. 195). Stanislaw Krajewski
jako Abel Kainer pisal dalej w swoim tekscie na lamach "Krytyki": "Bylo to
tragedia dla stosunkow polsko-zydowskich, ze pomnik Bohaterow Getta odslonieto w
Warszawie w 1958 roku jednoczesnie ze wzmozeniem oszczerstw wobec Panstwa
Podziemnego i wzrostem represji policyjnych i sadowych wobec zolnierzy AK.
Postronny swiadek, a co dopiero zaangazowany, musial traktowac takie
postepowanie jako wyraz prozydowskiego i zarazem antypolskiego nastawienia,
nawet jesli zgadzal sie z tym, ze bojownicy Getta naprawde zasluguja na pomnik"
(tamze, s. 195). Bardzo wiele osob oburzalo sie na to, ze polscy powstancy nie
mogli "ani godnie pochowac swoich zmarlych, ani obchodzic rocznicy powstania", w
czasie gdy "powstancom zydowskim postawiono monumentalny pomnik" (wg A.
Klopotowskiej, W poszukiwaniu pamieci, "Gazeta Polska" z 22 maja 2002). Historyk
M.J. Chodakiewicz pisal: "Ujmujac rzecz symbolicznie, "dobre" powstanie w getcie
z 1943 r. (kierowane, oczywiscie, przez komunistow) przeciwstawiano "zlemu"
powstaniu warszawskiemu z 1944 r. (kierowanemu, oczywiscie, przez
reakcjonistow). Zmagania Zydow nieustannie byly w mediach wychwalane, zmagania
Polakow zas umniejszane. Bojownikom zydowskim oddawano czesc przy okazji
licznych oficjalnych uroczystosci, polskich zolnierzy natomiast opluwano,
odmawiano im prawa do pracy i ksztalcenia, wywozono do lagrow, wieziono, a nawet
rozstrzeliwano" (cyt. za: A. Klopotowska, op. cit.).
Zydowscy
namiestnicy Stalina
Klamstwa Grossa zderzaja sie wciaz z faktami
ilustrujacymi ogromnie znaczaca role jakze wielu wplywowych Zydow w Polsce, na
Wegrzech, w Rumunii czy w Czechoslowacji w narzucaniu tym krajom sowieckiego
systemu zniewolenia i jego utrwalaniu - wbrew woli przewazajacej czesci
mieszkancow. Jak klamliwe sa twierdzenia Grossa, najlepiej swiadczy rola
odegrana przez zydowskich namiestnikow Stalina w sowietyzacji Europy
Srodkowowschodniej. W Polsce rzadzil triumwirat zlozony z dwoch zydowskich
komunistow: Bermana i Minca, oraz znacznie mniej od nich zdolnego nie-Zyda
Bieruta, ktory calkowicie przystosowywal sie do swych zydowskich towarzyszy we
wladzy. Na Wegrzech az do lipca 1956 r. rzadzil najkrwawszy stalinowski dyktator
w Europie srodkowej, zydowski komunista Mátyás Rákosi (Roth). W Rumunii do maja
1952 r. role bezwzglednego dyktatora spelniala corka rabina Anna Pauker. W
Czechoslowacji do wrzesnia 1951 r. ogromna wladza dysponowal sekretarz generalny
KP Czechoslowacji, zydowski komunista Rudolf Slansky (Salzmann).
O roli
komunistow zydowskich w Polsce pisalem juz bardzo szeroko. Teraz przypomne
tylko, co pisal na temat rzadzacego w Polsce triumwiratu Piotr Lipinski w
"Magazynie Gazety Wyborczej" z 25 maja 2000 roku: "Jakub Berman odpowiadal w
"triumwiracie" za propagande, sluzby bezpieczenstwa, Hilary Minc za gospodarke.
- Bierut zdawal sobie sprawe, ze otaczaja go ludzie inteligentniejsi - mowi
Aleksander Kochanski, kiedys pracownik Centralnego Archiwum KC". Powszechnie
uznawany jest ten wlasnie fakt, ze zydowscy czlonkowie triumwiratu wyraznie
dominowali sprytem i inteligencja nad bezbarwnym
Bierutem.
Najkrwawszy stalinizm - na Wegrzech
Gross
pisze o Wegrzech (s. 224) jako przykladzie rzekomej "fuzji miedzy komunistami a
faszystami" kosztem Zydow, skromnie przemilczajac fakt, ze Wegrami przez caly
okres stalinowski rzadzil jako bezwzgledny dyktator "krwawy Maciej" - Mátyás
Rákosi, szczegolnie okrutny Zyd komunista. Co wiecej, Rákosiemu we wprowadzeniu
najkrwawszego w Europie Srodkowej terroru, z furia niszczacego wegierski
patriotyzm i Kosciol katolicki, pomagala trojka innych najbardziej wplywowych
sluzalcow Stalina - wszyscy zydowskiego pochodzenia. Specyfika Wegier Rákosiego
(Gross przemilcza jego zydowskie pochodzenie) byl fakt, ze tam - w odroznieniu
od Polski, Czechoslowacji czy Rumunii - cala kierownicza czesc wegierskiej
partii komunistycznej skladala sie wylacznie z oddanych Stalinowi politykow
zydowskiego pochodzenia. Tych, ktorzy moga wyrazic sceptycyzm co do powyzszych
moich uwag, odsylam do referatu wybitnego wegierskiego historyka pochodzenia
zydowskiego Györgya Litvána, wygloszonego na Hebrajskim Uniwersytecie w
Jerozolimie w 1991 roku. Litván stwierdzil tam m.in.: "Komunistyczna Partia
Wegier byla od samego poczatku, poczawszy od zalozycielskiej grupy Béli Kuna, w
przewazajacej mierze zydowska. Z 55 ludowych komisarzy [odpowiednik ministrow -
J.R.N.] w 1919 r. 33 bylo Zydami. Ten charakter nie zmienil sie podczas
nielegalnego okresu lat miedzywojennych ani po II wojnie swiatowej. (...) Po
1945 r. wszyscy czolowi przywodcy (wszyscy czterej z kierowniczej "czworki") KP
- Mátyás Rákosi, Ernö Gerö, Mihály Farkas i Jozsef Révai - oraz wiekszosc innych
przywodcow byla zydowskiego pochodzenia, a opinia publiczna byla oczywiscie
swiadoma tego faktu. (...) Czlonkowie nowej partii w pierwszych latach po
wyzwoleniu byli rowniez w wielkiej czesci Zydami. (...) Stawali sie
funkcjonariuszami partii, dziennikarzami, oficerami armii czy sluzby
bezpieczenstwa - AVH" (cyt. za tekstem referatu G. Litvána, publikowanego w
"Király Béla Emlekkönyv. Haború és Társadalom", wyd. P. Jonas i in., Budapeszt
1992, s. 237-238.). Z licznych prac wiadomo, ze przewazajaca czesc policji
bezpieczenstwa (AVH; bestialskich awoszy) skladala sie z osob pochodzenia
zydowskiego. Wedlug oceny znanego wegierskiego historyka emigracyjnego Charlesa
Gatiego, zawartej w jego ksiazce "Magyarország a Kreml arnyékában" (Wegry w
cieniu Kremla, Budapeszt 1990, s. 103), wydanej z poslowiem amerykanskiego
ambasadora na Wegrzech Marka Palmera: "Sztab generalny policji politycznej,
straszliwego AVO, a pozniej AVH, skladal sie w 70 proc. z Zydow; awoszom
przewodzili rowniez dwaj szefowie zydowskiego pochodzenia: G. Péter (Auspitz) i
V. Farkas (Wolf)".
Przypomnijmy jeszcze raz: glownym przywodca
odpowiedzialnym za wprowadzenie najkrwawszej, najbardziej znienawidzonej
dyktatury (pokazal to rok 1956) w Europie Srodkowej byl M. Rákosi (Roth). Jego
zastepca, a pozniej nastepca, od lipca 1956 roku, to rownie znienawidzony Ernö
Gerö (Singer), byly krwawy agent GPU w Hiszpanii, zwany "rzeznikiem z
Barcelony". Czlonkiem Biura Politycznego odpowiedzialnym za bezpieke byl kolejny
Zyd komunista Mihály Farkas (Wolf
- wilk; nomen omen). Jego zastepca, szefem
wyjatkowo bestialskiej sluzby bezpieczenstwa, byl rowniez zydowski komunista
Gábor Péter (Auspitz), a zastepca tegoz - syn Farkasa, wyjatkowy sadysta
Vladimir. Czolowym ideologiem byl inny zydowski komunista, Jozsef Révai. Przy
takim calkowitym zdominowaniu kierownictwa wegierskiej partii komunistycznej
przez komunistow zydowskiego pochodzenia glownymi ofiarami sfingowanych procesow
stali sie komunisci wegierskiego pochodzenia, tacy jak Lászlo Rajk (wegierski
odpowiednik W. Gomulki), czlonek Biura Politycznego KC WPP i minister spraw
wewnetrznych, oskarzony o "nacjonalizm" oraz "titoizm" i powieszony w 1949 roku.
I tu wlasnie dochodzimy do jednego z najbezczelniejszych falszow Grossa: pisze
on na s. 223 o rzekomym "antysemickim impecie" procesu Rajka. Przypomnijmy wiec,
ze Rajk byl w pierwszym kierownictwie partii komunistycznej po wojnie,
maksymalnie zdominowanym przez Zydow, jedynym bardziej wplywowym Wegrem. Jego
aresztowanie i stracenie oznaczalo ostateczne pozbycie sie przez Rákosiego
jedynego niezydowskiego rywala w walce o wladze. Klamstwo Grossa ma wyjatkowo
ordynarny charakter. Falszerz, jak zwykle, liczy na calkowita ignorancje
czytelnikow zza oceanu.
Warto wspomniec jednak jeden ciekawy epizod z konca
1952 roku. Rákosi, zachowujac nadal pelnie wladzy w rekach swoich i trzech
zydowskich wspoltowarzyszy z rzadzacej "czworki", postanowil dolaczyc sie do
kampanii antysyjonistycznej poprzez aresztowanie szefa policji bezpieczenstwa,
zydowskiego komunisty Gábora Pétera. Aresztowano go podstepem, gdy szedl na
przyjecie sylwestrowe 31 grudnia 1952 r. u samego Rákosiego. Aresztowanie
okazalo sie jednak niewypalem. Nie w ciemie bity szef bezpieki ociagal sie z
przyznaniem do winy w rzekomym syjonistycznym spisku, wiedzac, ze jak raz sie
przyzna, to podpisze wyrok smierci. Byc moze tez jego dawni podwladni, zydowscy
awosze, katowali go z mniejszym przekonaniem niz innych wiezniow. Dosc, ze
Péterowi udalo sie przetrwac bez wyroku pare miesiecy od aresztowania az do
smierci Stalina 5 marca 1953 roku. Zaraz potem w ZSRS ogloszono, ze aresztowania
pod adresem syjonistycznych "lekarzy-mordercow" byly falszem i wycofano sie z
calej kampanii antysyjonistycznej. Rákosi znalazl sie w kropce. Pétera
uwieziono, a nie mozna bylo go skazac za poprzednio zarzucane winy. Natychmiast
wymyslono jednak nowy zarzut - oskarzono go, ze byl "wrogiem ludu", spiskujacym
na rzecz Tito. I to oskarzenie trafilo jednak jak kula w plot, bo niezadlugo
kremlowscy przywodcy zaczeli poprawiac stosunki z Jugoslawia. Wreszcie siegnieto
po trzeci zarzut - tym razem celnie. W marcu 1954 r. skazano Pétera na dozywocie
za brutalne lamanie praworzadnosci.
Do smierci Stalina w 1953 r. nie doszlo
do zadnego ograniczenia wplywow zydowskiej "czworki" rzadzacej na Wegrzech.
Dopiero w czerwcu 1953 r. nowi przywodcy sowieccy, glownie Chruszczow i Beria,
narzucili czastkowe zmiany na Wegrzech, glownie premierostwo narodowego
komunisty Imre Nagya. Dominujaca pozycje w partii nadal jednak utrzymal Rákosi i
stopniowo dzieki intrygom w Moskwie zdolal doprowadzic do usuniecia Nagya w
marcu 1955 r. i jego pozniejszego potepienia. Warto przypomniec, co pisal w
opozycyjnym memorandum z 1955 r. usuniety z wszystkich funkcji Imre Nagy,
pozniejszy bohater powstania w 1956 roku. Najwyrazniej pietnujac rzadzaca na
Wegrzech komunistyczna klike zydowska, Nagy pisal: "Nie wypieram sie mojej
wegierskiej narodowosci... Wlasnie to wyroznia mnie i oddziela nawet dzis od
kosmopolitow i lewackich ekstremistow, ktorzy sa obcy narodowi wegierskiemu i
jego ambicjom" (wg Imre Nagy on Communism. In Defence of the New Course, Londyn
1957, s. 244). Prawdziwa tragedia Wegier stal sie fakt, ze nienawidzacy Wegrow
Rákosi (uzywal zwrotu o "9 milionach wegierskich faszystow") utrzymal wladze az
do lipca 1956 roku. Nawet po jego wymuszonym przez Rosjan ustapieniu rzady objal
inny fanatyczny komunista zydowski E. Gerö, prawa reka Rákosiego. To on swa
mowa, wyzywajaca od faszystow, w dniu 23 pazdziernika 1956 r. sprowokowal
parusettysieczny tlum manifestantow do antyrzadowych wystapien, ktore
zapoczatkowaly powstanie na Wegrzech. Fanatyczni zydowscy komunisci odegrali
ogromna role w sprowokowaniu tragicznego narodowego powstania i bolesnych strat,
ktore zdziesiatkowaly wegierskie elity patriotyczne. O straszliwym antynarodowym
terrorze doby Rákosiego czytelnicy amerykanscy oczywiscie nie dowiedza sie z
ksiazki Grossa, perorujacego o rzekomym "antysemickim impecie" procesu Rajka i
rzekomej fuzji komunistow z faszystami na Wegrzech.
Stalinizacja
Czechoslowacji i Rumunii
Amerykanscy czytelnicy nie dowiedza sie
rowniez niczego o roli komunistow zydowskich w stalinizacji Czechoslowacji i jej
calkowitym podporzadkowaniu sowieckiemu dyktatowi. Szczegolnie negatywna role
pod tym wzgledem odegral fanatyczny stalinowiec, sekretarz generalny KP
Czechoslowacji, dzialacz zydowskiego pochodzenia Rudolf Slansky (wlasciwie
Salzmann). E. Taborsky pisal w wydanej w Princeton (USA) monografii historii
komunizmu w Czechoslowacji 1948-1960, ze: "Zaden czlonek KPCz nie byl bardziej
uporczywy w analizowaniu linii Moskwy i zaden nie symbolizowal lepiej od
Slanskyego podporzadkowania Kremlowi. (...) Po lutym 1948 r. atakowal Gottwalda
za "miekkosc", twierdzac, ze partia powinna byla natychmiast po wojnie zagarnac
wladze w Czechach, zamiast tracic czas na kompromisy z elementami burzuazyjnymi.
Gorliwie tropil wrogow politycznych".
Wedlug opracowanego przez Geoffreya
Wigodera "Slownika biograficznego Zydow" (Warszawa 1998, s. 500), Slansky "mial
pelna kontrole nad partia, sluzba bezpieczenstwa i armia". Wedlug "Czarnej
ksiegi komunizmu" (Warszawa 1999, s. 400), "Rudolf Slansky, sekretarz generalny
KPCz od 1945 roku, lojalny stronnik Moskwy, przewodniczyl "grupie pieciu",
specjalnemu organowi, ktorego zadaniem byl biezacy nadzor nad przebiegiem
represji, i z tego tytulu zatwierdzil dziesiatki wyrokow smierci". W podziemnym
wydawnictwie "Krag" opublikowano w 1985 r. tzw. "Zatajony dokument. Raport
Komisji KC KPCz o procesach politycznych i rehabilitacjach w Czechoslowacji w
latach 1945-1968". Byl to tekst raportu specjalnej komisji KC KPCz, powolanej w
1968 r. w czasie Praskiej Wiosny przez dubczekowskie kierownictwo. W dokumencie
pisano (s. 14 ksiazeczki wydanej w "Kregu"), ze Slansky wiedzial o stosowaniu
niepraworzadnych metod w bezpieczenstwie i armii. Referat Slanskyego na naradzie
etatowego aktywu partii w sali palacu "Lucerna" 7 grudnia 1949 r. omawial
sposoby szukania i wykrywania wrogow, zalecajac, ze przede wszystkim nalezy
wykrywac "najniebezpieczniejszych" wrogow, ktorzy ukrywaja sie we wlasnych
szeregach. Slansky wzywal do gorliwego tropienia ludzi ukrywajacych swe
"prawdziwe, burzuazyjno-nacjonalistyczne oblicze". Wedlug ocen komisji (s. 26
"Zatajonego dokumentu"): "Referat Slanskyego byl kompletnym uzasadnieniem
powszechnej podejrzliwosci, ktora nie mogla nie pociagnac ze soba najciezszych
nastepstw". Slansky byl szczegolnie mocno odpowiedzialny za jakze niebezpieczny
w skutkach atak na slowackich "nosicieli burzuazyjnego nacjonalizmu", ktory
spowodowal w rezultacie m.in. aresztowanie i stracenie po sfabrykowanym procesie
Vladimira Clementisa, ministra spraw zagranicznych Czechoslowacji. Jednego
Slansky nie przewidzial mimo calej swej nadgorliwosci, ze tak gorliwie tropiac
wrogow politycznych stalinizmu, sam w koncu stal sie jego ofiara, ba - glowna
postacia w procesie tzw. syjonistow w 1952 roku.
Kluczowa pozycje Slanskyego
w zyciu politycznym Czechoslowacji wzmacniali inni komunisci pochodzenia
zydowskiego, umieszczeni na szczegolnie waznych, wrecz strategicznych pozycjach
komunistycznego panstwa czechoslowackiego, wzglednie komunistycznej partii.
Nalezeli do nich miedzy innymi prawa reka Slanskyego Bedrzich Geminder -
zastepca sekretarza generalnego KC KPCz, Bedrzich Reicin - szef wywiadu
wojskowego, pozniej wiceminister obrony narodowej, Rudolf Margolis
-
wiceminister handlu zagranicznego odpowiedzialny za wspierane przez KPCz spolki
handlowe, kontrolowane przez zachodnie partie komunistyczne, Otto Fischl -
wiceminister finansow, swietnie poinformowany o roznych manipulacjach
finansowych KPCz, Evzen Löbl - wiceminister handlu zagranicznego, Ludwik Frejka
- kierownik wydzialu gospodarczego kancelarii prezydenckiej, Otto Szling -
sekretarz komitetu KPCz w Brnie, stolicy Moraw, Andre Simone
- redaktor
naczelny glownego dziennika partyjnego "Rude Pravo", Vavro Hajdu - byly
wiceminister handlu zagranicznego, Artur London - byly agent komunistycznych
sluzb wywiadowczych w Szwajcarii i Francji po 1945 roku, a od 1949 roku
wiceminister spraw zagranicznych. (Wszystkie wyzej wymienione osoby zostaly w
1952 roku oskarzone w tzw. procesie grupy syjonistow wraz ze Slanskym). Artur
London byl pozniej kreowany na bohatera slynnego filmu Costy Gavrasa "L'aveu"
(Wyznanie) o maltretowaniu ofiar sfabrykowanego procesu stalinowskiego.
Stopniowo odslonila sie jednak rowniez prawda o wczesniejszej roli tegoz Londona
jako stalinowskiego agenta wywiadu (por. A. Paczkowski, Po drugiej stronie
biografii, "Gazeta Wyborcza", 3 lutego 1997).
Gross pisze (na s. 223)
wylacznie o "antysemickim impecie" procesu Slanskyego, ani slowem nie zajakujac
sie na temat wczesniejszej wyjatkowo podlej roli Slanskyego w stalinizacji
Czechoslowacji. Podobnie dowiadujemy sie u Grossa (s. 223) tylko o aresztowaniu
Anny Pauker jako wyrazie stalinowskich dzialan antysemickich, a niczego o
wczesniejszej roli tej zydowskiej komunistki w stalinizacji Rumunii.
Przypomnijmy wiec, chociaz skrotowo, co pisal na ten temat slynny sowietolog
pochodzenia zydowskiego, cytowany juz Paul Lendvai: "Trzon uksztaltowanych przez
Sowietow komunistow byl kierowany przez Anne Pauker, corke zydowskiego rabina.
(...) To ona, a nie nominalny przywodca Gheorgiu Dej liczyla sie jako
najpotezniejsza figura po 1945 roku. Tak bylo az do usuniecia Pauker w maju 1952
roku" (P. Lendvai, Antisemitism in Eastern Europe, Londyn 1971, s. 335). Jerzy
Z. Muller pisal w amerykanskim "Commentary", ze prawdziwym przywodca w Rumunii
byla A. Pauker (podobno zadenuncjowala swego meza Marcela, dzialacza
Miedzynarodowki, pod zarzutem trockizmu) (...)" (cyt. za przedrukiem tekstu J.Z.
Mullera w "Mowia wieki" 1991, nr 1, s. 24). Prof. Jerzy Robert
Nowak, Nasz Dziennik 2006.08.23.
Nowe falsze Grossa (13) - "Zapomniano" przeprosic
Polakow!
Metody manipulacji Grossa mozemy swietnie zaobserwowac
na przykladzie przedstawiania przez niego historii Europy Srodkowowschodniej
zniewolonej przez Sowiety, w pierwszych latach po wojnie, od 1945 r. do smierci
Stalina w 1953 roku. Otoz Gross stara sie tak manipulowac faktami, przede
wszystkim antydatujac wydarzenia, aby pokazac zydowskich dzialaczy
komunistycznych wylacznie jako ofiary stalinizmu, zacierajac prawde o
wczesniejszych wydarzeniach, gdy te same pozniejsze ofiary byly czestokroc
bezwzglednymi katami.
Ofiary czy kaci
Jednym z
najjaskrawszych oszustw Grossa jest swiadome antydatowanie przez niego o dwa
lata antyzydowskiej kampanii w Europie Srodkowej, przedstawianie jakoby
rozpoczela sie ona juz pod koniec lat 40. (in the late 1940 - wg. "Fear", s.
223). Gross pisze tam: "Niewiele jest watpliwosci co do tego, ze Stalin
zaspokajal i instrumentalizowal antysemityzm w swych ostatnich latach.
Podstawowy antysemicki impet aresztowania Anny Pauker w Rumunii, procesu Rajka
na Wegrzech i w szczegolnosci procesu Slanskyego w Czechoslowacji zaznaczal sie
wyraznie". Otoz z tych trzech wydarzen wyliczonych przez Grossa tylko jedno
- proces Rajka - mialo miejsce "pod koniec lat 40." - w 1949 roku. Tylko ze
zaliczenie sfabrykowanego procesu czolowego komunisty pochodzenia wegierskiego
L. Rajka, ofiary terroru komunistow zydowskich, do przesladowan antysemickich
jest - jak juz pisalem - wierutnym klamstwem. Dwa pozostale wydarzenia mialy
miejsce trzy lata pozniej. W 1952 r. doszlo do procesu Slanskyego, usunietego z
czolowej funkcji w partii we wrzesniu 1951 roku. Takze dopiero w 1952 r. doszlo
do usuniecia A. Pauker z jej dyktatorskiej pozycji, pozbawienie jej czlonkostwa
Biura Politycznego i Sekretariatu KC rumunskiej partii komunistycznej (por.
Sowietskij enciklopediczeskij slowar, Moskwa 1987, s. 977).
Falsz tego
antydatowania dokonanego przez Grossa ma bardzo istotne znaczenie. W 1949 r.
bowiem w najlepsze trwal jeszcze proces niszczenia rodzimych komunistow z
Wegier, Polski, Czechoslowacji i Rumunii przy ogromnym udziale i zaangazowaniu
komunistow pochodzenia zydowskiego. Na Wegrzech osiagnal on kulminacje w 1949
r., czego wyrazem bylo powieszenie najbardziej wplywowego komunisty pochodzenia
wegierskiego L. Rajka. W 1950 r. doszlo na Wegrzech do kolejnej czystki i
aresztowan komunistow nie-zydowskiego pochodzenia na czele z J. Kádárem. Z kolei
fanatyczny sekretarz generalny KP Czechoslowacji Slansky (Salzmann) byl w latach
1949-1950 szczegolnie gorliwy w tropieniu czeskich i slowackich "narodowych
odchylencow" i przynaglal do jak najszybszego wykrycia czechoslowackiego Rajka.
W Polsce w tym samym czasie pod kierownictwem Bermana et consortes, przy
wsparciu Bieruta, w najlepsze rozwijala sie polityczno-bezpieczniacka rozprawa z
tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym.
Aby przedstawic zydowskich
komunistow w roli ofiar stalinizmu, Gross ukazuje faktycznie dopiero trzeci etap
powojennych walk wewnetrznych i czystek, swiadome przemilczajac pierwsze dwa
etapy, kiedy zydowscy komunisci nie byli zadnymi ofiarami, a wielu z nich
odgrywalo wylacznie role katow. Pierwszy z tych etapow to okres lat 1945-1947,
gdy zydowscy komunisci dyrygowali terrorem wymierzonym w prozachodnie sily
niepodleglosciowe (typu PSL i jego odpowiednikow w Europie Srodkowej) oraz w
podziemie niepodleglosciowe w Polsce; drugi etap - lata 1948-1950, ze
szczegolnym natezeniem od 1949 r., oznaczal czas, gdy zydowscy komunisci
rozprawiali sie pod haslami walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym" z
komunistami polskiego, wegierskiego, czeskiego, slowackiego czy rumunskiego
pochodzenia. Dopiero na trzecim etapie (w latach 1951-1952) zaczeto uderzac w
kierowniczych zydowskich dzialaczy komunistycznych (zarzuty syjonizmu).
Jaskrawym falszem Grossa jest jednak sugerowanie, ze kampania antyzydowska
zdominowala atmosfere w calej Europie Srodkowej w sytuacji, gdy jej skutki
uderzyly bolesnie komunistow pochodzenia zydowskiego tylko w dwoch krajach: w
Czechoslowacji i w Rumunii. Zupelnie odmiennie bylo na Wegrzech i w Polsce. Na
Wegrzech az do jesieni 1956 r. dominowaly rzady zydowskich komunistow
najbezwgledniejszego typu, depczacych z furia wegierskie uczucia narodowe. Takze
w Polsce do 1956 r. nie doszlo ani do oslabienia pozycji zydowskich politykow na
szczytach wladzy, ani do antyzydowskiej czystki w MBP czy MSZ.
Wymowne pod
tym wzgledem sa informacje podane przez prof. Andrzeja Paczkowskiego, skadinad
chetnie cytowanego przez Grossa, ale akurat nie w tej sprawie. Profesor
Paczkowski, piszac o ponawianych przez ambasadora sowieckiego w Warszawie
Wiktora Lebiediewa alarmujacych raportach na temat calkowitego zdominowania
bezpieki w Polsce przez Zydow, stwierdzil, ze w 1950 r. do ambasady sowieckiej
dochodzily niechetne Zydom glosy, takie jak np. Wladyslawa Wolskiego,
pietnujacego istnienie "zydowskiej kliki w partii" (por. A. Paczkowski, Zydzi w
UB: proba weryfikacji stereotypu [w:] Komunizm. Ideologia, system, ludzie, pod
red. T. Szaroty, Warszawa 2001,
s. 203). Jak komentowal prof. Paczkowski:
"Tak wiec na fali narastajacego juz od 1948 r. w WKP/b/ i aparacie sowieckim
antysemityzmu pojawili sie w Polsce pierwsi chetni do poplyniecia na niej ku
najwyzszym stanowiskom. Zaden z nich jednak nic nie zyskal, a Wolski poniosl
wrecz sromotna kleske
- niebawem po zlozeniu swego (kolejnego) donosu zostal
usuniety nie tylko z KC, ale w ogole z PZPR (por. tamze,
s. 203). Tak
wygladala sytuacja w polskiej partii komunistycznej w 1950 roku! Jak to sie ma
do ewidentnych klamstw Grossa o rzekomym nasileniu antysemityzmu juz od konca
lat 40.? Paczkowski pisze dalej (op. cit., s. 203-204): "Choc Lebiediew jeszcze
w lutym 1950 r. przekazal Stalinowi swoja opinie o koniecznosci 'wymiany'
kierownictwa MBP, trzon bezpieki pozostal nienaruszony i wszyscy dyrektorzy
departamentow wytrwali na swoich - lub rownorzednych stanowiskach. Az do 1956 r.
zadne powazniejsze zmiany w MBP nie mialy zwiazku z kampania antysemicka. (...)
'Baroni' bezpieki, dyrektorzy departamentow i szefowie WUBP niezaleznie od
pochodzenia pozostali na swych stanowiskach. Nie znaczy to, ze aparat
bezpieczenstwa skladal sie wylacznie z Zydow lub filosemitow, jednak postawy
antysemickie nie ujawnialy sie. Zapewne dlatego, ze nie bylo na nie przyzwolenia
kierownictwa partii, ktore dobrze kontrolowalo bezpieke" [podkr. - J.R.N.].
Usadowieni w Biurze Politycznym KC PZPR do 1956 r. tacy ludzie, jak Berman czy
Minc dobrze dbali o swych towarzyszy w bezpiece. Podobnie bylo w MSZ, gdzie mimo
nadreprezentacji zydowskich komunistow takze nie doszlo do zadnych zmian skladu
narodowosciowego (por. A. Paczkowski, op. cit., s. 204).
Gross calkowicie
zaciera prawde o takiej sytuacji na Wegrzech i w Polsce, piszac o tym, jak to w
Europie Srodkowej nasilal sie "impet antysyjonistyczny". Pomija rowniez
calkowitym milczeniem fakt, ze antyzydowskie dzialania w Czechoslowacji i w
Rumunii czesciowo uderzyly w te same osoby, ktore do niedawna gorliwie
wypelnialy role stalinowskich katow (od Slanskyego po Pauker). Gross calkowicie
przemilcza rowniez sprawe przewodniej roli zydowskich funkcjonariuszy partii czy
bezpieki w rozprawianiu sie z nie-zydowskimi dzialaczami komunistycznymi w
ramach walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym". Na przyklad role
Bermana i Minca w kampanii przeciw Gomulce i jego zwolennikom. Wedlug zeznan
Fejgina, zlozonych w 1957 r. na rozprawie sadowej, w 1951 r. Minc na jego uwage,
ze nie ma materialow uzasadniajacych aresztowanie Gomulki, zareplikowal z calym
cynizmem: "Jak bedzie potrzeba, to bedziesz go 10 lat bez materialow trzymal"
(cyt. za A. Werblan, Stalinizm w Polsce, Warszawa 1991, s. 59).
Warto tu
zacytowac jakze wymowny fragment tekstu Wladyslawa Bienkowskiego, przez pewien
czas ministra kultury w PRL-u, autentycznego partyjnego reformatora. Pokazuje on
wyraznie, jak bardzo wlasnie zydowscy komunisci skorzystali na rozbiciu skrzydla
gomulkowskiego w PZPR i na walce z "prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem". W
wydanej w 1969 r. w wydawnictwie paryskiej "Kultury" ksiazce "Motory i hamulce
socjalizmu" (Paryz 1969, s. 46-47) Bienkowski pisal: "(...) Zwrot, jaki dokonal
sie po 1948 r. po 'zdemaskowaniu' odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego
stworzyl nowa sytuacje, w pewnej mierze przypominajaca przedwojenne perypetie
KPP. Poniewaz najwiekszym zagrozeniem dla mlodego socjalistycznego panstwa
okazaly sie tendencje nacjonalistyczne w partii, reprezentowane przez grupe
dzialaczy (nb. nie-Zydow), usunietych i poddanych represjom - rola aktywu
zydowskiego, jako nie podejrzanego o polski nacjonalizm wzrosla, w calym
aparacie [podkr. - J.R.N.] Szczegolnie rzucajacy sie w oczy byl ich udzial w
niektorych sluzbach wymagajacych wiekszego politycznego zaufania - w placowkach
sluzby zagranicznej, zarowno dyplomatycznej, jak i handlowej, a nawet wojskowej.
W powaznym stopniu na klimacie, jaki w spoleczenstwie wytworzyl sie dokola
nielicznej ocalalej ludnosci zydowskiej, zaciazyl fakt szerokiego uzycia Zydow w
rozbudowywanym aparacie bezpieczenstwa (...)".
Zdaniem prof. Paczkowskiego
"Byc moze przeprowadzenie czystki antysemickiej w Polsce utrudnione bylo przez
fakt, ze rozpoczeto od walki z polskim 'odchyleniem nacjonalistycznym'" (por. A.
Paczkowski, op. cit., s. 203).
Dodajmy, ze wbrew apokaliptycznym obrazom
kreslonym przez Grossa nawet w samym ZSRS nie bylo jakiejs calosciowej czystki
antyzydowskiej. Do ostatnich dni Stalina przetrwal u jego boku jako czlonek
najwyzszych wladz komunistycznych - Prezydium KC KPZR, czolowy komunista
zydowskiego pochodzenia Lazar Kaganowicz, jeden z glownych organizatorow
represji w latach 30. i na poczatku lat 50., kat Ukrainy, glowny odpowiedzialny
za potworna kleske glodu na Ukrainie w latach 30. W koncu stycznia 1953 r., wiec
na krotko przed smiercia Stalina, urzadzono ogromnie uroczysty pogrzeb bardzo
bliskiemu Stalinowi zydowskiemu komuniscie Lwowi Zacharewiczowi Mechlisowi,
szefowi Glownego Zarzadu Politycznego wojska w latach 1937-1940, szczegolnie
odpowiedzialnemu za stalinowskie represje w wojsku w 1937 roku. Niezadlugo potem
przyznano Stalinowska Nagrode Pokoju czolowemu pisarzowi zydowskiego pochodzenia
Ilii Erenburgowi. To wszystko nie wyklucza oczywiscie mozliwosci, ze Stalin juz
wtedy zmierzal do skoordynowanego calosciowego uderzenia przeciwko komunistom
pochodzenia zydowskiego w ZSRS i krajach Europy Srodkowej. Nalezy pokazywac
jednak pelnie obrazu sytuacji. I tak np. Gross pisze na s. 210, ze "wielu ze
starych bolszewikow, ktorych zniszczono w czasie Wielkiego Terroru lat 30. bylo
zydowskiego pochodzenia". To prawda. Szkoda jednak, ze Gross ani slowem nie
wspomina, ze w morderczych czystkach lat 30. uczestniczylo rowniez niemalo
komunistow zydowskiego pochodzenia. Takich chocby jak Kaganowicz czy Mechlis
(nb. obaj zawsze deklarowali w ankietach partyjnych swoje zydowskie
pochodzenie).
Brednie o fuzji "komunistow z faszystami"
Gross
nie zadowala sie antydatowaniem o dwa lata kampanii antysyjonistycznej w Europie
Srodkowej z 1951 r. na 1949 r. i calkowitym przemilczeniem pierwszych dwoch
okresow powojennej historii: 1945-1947 i 1948-1950, gdy zydowscy komunisci
bezapelacyjnie przodowali w roli stalinowskich przesladowcow we wszystkich
czterech omawianych krajach: Polsce, na Wegrzech, w Rumunii i w Czechoslowacji.
W pewnym momencie Gross idzie doslownie na calosc, oskarzajac partie
komunistyczne, ze rzekomo od poczatku postawily na wspoldzialanie z faszystami.
Wszystko oczywiscie kosztem biednych Zydow! Jest to tak potworna brednia, ze
trudno zrozumiec, jak ktos wypisujacy ja moze byc profesorem historii na
renomowanym amerykanskim uniwersytecie czy w ogole profesorem.
Na s. 223-224
Gross twierdzi: "Nie ma watpliwosci co do antysemickiego impetu uwiezienia Anny
Pauker w Rumunii, procesu Rajka na Wegrzech i w szczegolnosci procesu Slanskyego
w Czechoslowacji. Ktos moze wskazac, ze te epizody nastapily pod koniec lat 40.
i na poczatku lat 50., ale juz we wczesniejszej fazie komunistycznego siegania
po wladze w Europie Wschodniej partia zrobila jasny wybor miedzy Zydami a ich
miejscowymi wrogami. Natychmiast po zakonczeniu wojny komunistyczne partie w
calej Europie Wschodniej zaczely sie umizgiwac do czlonkow przedwojennych partii
faszystowskich" [podkr. - J.R.N.].
Czytelnicy "Naszego Dziennika" musza mi
wybaczyc, ze zacytuje za oryginalem podkreslony fragment tej niesamowitej
brechty Grossa. Chodzi o to, by nawet najbardziej niewierni Tomasze przekonali
sie, jak cynicznie klamie Gross, jak bezgraniczne sa mozliwosci wymyslania przez
niego nawet najbardziej niewiarygodnych bredni w imie raz przyjetej absurdalnej
tezy. Zacytujmy dokladnie ten fragment tekstu Grossa ze s. 223-224, poprzednio
podkreslony w przekladzie polskim: "(...) even as far back as the earliest phase
of the Communist reach for power in Eastern Europe, the Party had made a clear
choice between Jews and their local enemies. Immediately after the war ended,
Communist parties all over Eastern Europe began to court former members of
prewar fascist movements". Tekst jest przykladem skrajnej glupoty czy raczej
niewiarygodnego wprost cynizmu autora. Jak mozna wytlumaczyc, ze kierownictwa
partii zdominowanych przez zydowskich komunistow mogly pojsc na "jasny wybor" na
rzecz faszystow i na szkode Zydow? Mozna, jesli sie przemilczy wyjatkowo wielka
role Zydow w tych kierownictwach! Tak, jak to robi Gross, calkowicie
przemilczajac zydowskie pochodzenie Rákosiego i jego czolowych wspolnikow we
wladzy, czy milczac o tak poteznej pozycji Zydow w kierownictwie polskiej partii
komunistycznej.
Gross na dowod swego twierdzenia powoluje sie na wypowiedzi
przywodcy komunistow na Wegrzech M. Rákosiego w odniesieniu do dawnych faszystow
nilaszowskich i przywodczyni komunistow w Rumunii A. Pauker w odniesieniu do
dawnych faszystowskich czlonkow Zelaznej Gwardii. Przypomnijmy wiec, ze na
Wegrzech w latach 1945-1946 stracono ponad 600 osob oskarzonych o faszyzm, w tym
obok czterech bylych premierow wielu bardziej wplywowych faszystow
nilaszowskich. Starano sie natomiast dac wolny dostep do partii komunistycznej
dawnym czlonkom partii nilaszowskiej wsrod robotnikow, gloszac teorie o drobnych
zblakanych nilaszowcach. Robiono tak tylko ze wzgledu na ogromna slabosc
wegierskiej partii komunistycznej, ktora starala sie usilnie powiekszyc swa
liczebnosc. Podobnie bylo w przypadku rumunskiej partii komunistycznej,
przyjmujacej "drobnych" robotniczych czlonkow dawnej faszystowskiej Zelaznej
Gwardii. Co najlepsze, z inicjatywami tego typu wystepowali za kazdym razem
przywodcy zydowskiego pochodzenia (Rákosi na Wegrzech i Pauker w Rumunii).
Zydowscy przywodcy w pelni kontrolowali sytuacje w swoich partiach i przyjmowali
na ich szeregowych czlonkow wielu prostych robotnikow b. czlonkow partii
faszystowskich, wiedzac, ze i tak nie beda oni nic mieli do gadania po
zamienieniu faszystowskich führerow na komunistycznych. Uwagi Grossa, ze partia
"zrobila jasny wybor miedzy Zydami a ich lokalnymi wrogami", umizgujac sie do
tych ostatnich, jest wiec totalna brechta! Partia, a wiec Zydzi; Rákosi i
Pauker?! Zeby bylo zabawniej, na s. 225 Gross pisze nawet o ostroznie
przeprowadzonym "polaczeniu miedzy komunistami i faszystami" (fusion between
Communists and fascists) w powojennej wschodniej Europie. Polaczeniu, ktore
dokonywalo sie akurat pod kierownictwem tak slawetnych zydowskich komunistow,
jak Rákosi czy Pauker (sic!). Gross wychodzi jednak z zalozenia, ze ignoranccy
Amerykanie wszystko przelkna. I jak dotad sie nie mylil, sadzac po
entuzjastycznych recenzjach Amerykanow, a scislej amerykanskich Zydow typu E.
Wiesela. No... i takich "polskich naukowcow" jak profesor P. Wrobel z
Toronto!
Zupelnym nonsensem jest przytoczenie zaraz potem jako dowodu
"polityki uwodzenia faszystow" w Polsce sprawy uwolnienia z wiezienia B.
Piaseckiego i stworzenia przezen PAX-u. Odosobniony przyklad postawienia na
grupe Piaseckiego w celu rozbijania Kosciola nie zmienial sytuacji w Polsce,
zdominowanej przez bardzo duze wplywy zydowskich komunistow w bezpiece,
gospodarce czy propagandzie. Coz to mialo wspolnego z twierdzeniami o dokonaniu
przez partie "jasnego wyboru miedzy Zydami a ich miejscowymi wrogami" na korzysc
tych ostatnich? Jaki wplyw mial w owczesnej Polsce stalinowskiej B. Piasecki w
porownaniu z J. Bermanem, H. Mincem czy chocby J. Rozanskim? Odwolam sie w tym
momencie do bardzo swiezego tekstu piora Antoniego Zambrowskiego pt. "Obrona
nieslawy" ("Gazeta Polska" z 9 sierpnia). Autor pisze tam, iz: "(...) gdy Moskwa
sobie tego zyczyla, Boleslaw Piasecki jadal Zydom z reki, o czym swiadczy
wieloletnia wspolpraca i zazylosc z pulkownikiem bezpieczenstwa Luna
Brystygierowa (...)".
Ani mi w glowie wybranianie komunistow! Byli oni zdolni
do wszelkich podlosci, jak dowiodlo chocby wydawanie przez nich w czasie wojny
AK-owcow w rece gestapo, co pierwszy ujawnil J. Swiatlo w swoich "wyznaniach" w
Radiu Wolna Europa. Tyle ze zdominowani przez Zydow komunisci nie mieli zadnej
potrzeby "fuzji z faszystami", i to jeszcze wybierajac na ich korzysc przeciw
Zydom. Owszem, komunisci wykorzystywali niektore osoby z zabagniona przeszloscia
na zaleznych od nich stanowiskach (np. B. Piaseckiego), a najczesciej zwyklych
robociarzy-faszystow na Wegrzech lub w Rumunii. Trzymali jednak wszystkie klucze
do wladzy. Nie bylo mowy o zadnej fuzji (polaczeniu) komunistow i faszystow, jak
sugeruje Gross, by dowodzic antysemityzmu partii komunistycznych w Europie
Srodkowej i wynikajacej z tego rzekomej roli Zydow jako ofiar
komunizmu.
Ciekawe, co o tym oblednym, a tak kompromitujacym komunistow
pomysle Grossa sadza popularyzujacy go tak skwapliwie komunisci z redakcji
"Polityki"? Moze wypowie sie na ten temat Daniel Passent lub inny janczar
jaruzelszczyzny z postkomunistycznego "Przegladu" - Krzysztof Teodor Toeplitz! A
moze zabierze glos w tej sprawie tak holubiony przez Michnika komunista M.F.
Rakowski. Czy inny holubiony przez Michnika komunista, przedstawiony przezen
jako "czlowiek honoru" - C. Kiszczak. Wywoluje tych komunistow do tablicy
nieprzypadkowo. Jesli juz nie maja ani krzty szacunku dla godnosci narodowej
Polakow, to moze zdobeda sie chociaz na zaprotestowanie przeciwko pomowieniu,
doprawdy glupawemu pomowieniu Grossa o rzekomym "polaczeniu komunistow i
faszystow" w Polsce po 1944 roku!
Berman jako "polski
patriota"?!
Szczegolnie groteskowe, wrecz zabawne jest sugerowanie przez
Grossa na
s. 240-241, jakoby sam oslawiony Jakub Berman ulegal wplywom
"polskiego nacjonalizmu". Gross cytuje tam jedno zdanie z wystapienia Bermana z
wrzesnia 1945 r. mowiace o tym, ze historia, ruchu robotniczego nabiera "krwi i
ciala", gdy umieszcza sie ja w caloksztalcie narodowej historii, a potem z
triumfem komentuje, ze oto taki "symbol 'zydokomuny' dla oponentow rezimu" jak
Berman staral sie legitymizowac partie komunistyczna przez wydzwiek tego typu.
Oznaczalo to wedlug Grossa, jakoby partia komunistyczna "miala mala przestrzen
(jesli w ogole miala jakas wole) dla rownoczesnej obrony zydowskich interesow,
jakkolwiek rozumianych" (s. 241). Jedno wyrwane zdanie z wystapienia Bermana
jesienia 1945 r. ma sluzyc tu jako dowod rzekomego stawiania tego polityka na
polskie narodowe cele, przy rownoczesnym rzekomym zaniedbywaniu przez niego
zydowskich interesow. Gross oczywiscie swiadomie przemilcza wyjatkowo wielka
role, jaka tenze Berman odegral w walce z polskimi tradycjami narodowymi, nawet
z komunistami polskiego pochodzenia, takimi jak Gomulka, w walce z
"prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem". Poslugiwanie sie jednym wyrwanym
zdaniem dla uogolniania calej postawy politycznej jest rownie wiarygodnym
zabiegiem badawczym jak ewentualne uzasadnianie religijnosci B. Bieruta tym, ze
szedl uroczyscie w procesji Bozego Ciala w 1946 roku. Dodajmy przy okazji, ze
brat J. Bermana Adolf Berman, zanim wyjechal do Izraela, odgrywal czolowa role w
organizacjach syjonistycznych i Centralnym Komitecie Zydow w Polsce.
Wielokrotnie wystepowal przy tym na rzecz zaostrzenia walki z polskim
"antysemityzmem i nacjonalizmem".
Niedoszle przeprosiny
Gross
mialby duzo wiecej trudnosci w rozpowszechnianiu klamst, gdyby we wzajemnym
dialogu polsko-zydowskim panowala rzeczywista wzajemnosc. Ze strony polskiej
niejednokrotnie wystepowano do Zydow z gestami ekspiacji za gorsze chwile z
przeszlosci. Ze strony zydowskiej natomiast nie wystapiono z zadna podobna proba
ekspiacji, choc nie brakowalo ku temu powodow i choc czasem skladano w tym
wzgledzie pewne obietnice. Na tle oskarzycielskiej furii antypolskiej J.T.
Grossa warto tym mocniej przypomniec powtarzajace sie co pewien czas glosy, ze i
Zydzi maja w swej przeszlosci sprawy, za ktore powinni przeprosic Polakow.
Kilkakrotnie wystepowal w tej sprawie m.in. tak wnikliwy zagraniczny obserwator
polskich spraw, jak Bernard Margueritte, od paru dziesiecioleci francuski
korespondent w Polsce. Byly to swiadectwa czlowieka patrzacego z zewnatrz, z
pozycji niezaleznej, na stosunki polsko-zydowskie. Przypomnijmy tu pare jego
ocen. Juz w 1995 r., wystepujac w programie "Europe 1", Margueritte stwierdzil
m.in.: "Na koniec musi byc powiedziane i to, ze Polska - zarowno przez swego
prezydenta, jak i Episkopat - przepraszala za wszelkie krzywdy uczynione w
historii Zydom przez Polakow. Polska jednak nadal czeka na to, by izraelskie
wladze wyrazily zal za zbrodnie popelnione przez Zydow wspolpracujacych ze
Stalinem i zbrodnie popelnione na milionach ludzi w krajach komunistycznych w
okresie stalinowskim. Czy tego typu oswiadczenie nie byloby niezbedne dla
zwalczania antysemityzmu, i czy brak tego typu oswiadczenia nie prowokuje
antysemityzmu (...)" (cyt. za "Warsaw Voice", nr 27 z 1995 r. i za: Kto
prowokuje Polakow. Z innych szpalt, "Slowo - dziennik katolicki", 30 lipca
1995).
Trzy lata pozniej Margueritte wystapil z bardzo podobnymi
stwierdzeniami na lamach "Tygodnika Solidarnosc" z 10 lipca 1998 roku.
Przypomnial tam, ze Kosciol katolicki w Polsce stanowczo przeciwstawil sie
przejawom antysemityzmu w oswiadczeniu z 1990 r., ze powinno to spotkac sie z
podobnym postepowaniem z drugiej strony. Jak pisal Margueritte: "Nie tylko
katolicy jednak musza mowic o swoich grzechach. Wciaz nasi zydowscy przyjaciele
nie potrafia zrozumiec, jak waznym zrodlem nienawisci byl fakt, ze tylu Zydow
dzialalo u boku Stalina i w NKWD czy w polskim UB. Histeryczne reakcje na uwagi
ojca Chrostowskiego na ten drazliwy temat na lamach 'Tygodnika Powszechnego',
lacznie z oskarzeniem tego czlowieka zasluzonego dla zblizenia
polsko-zydowskiego o antysemityzm, pokazuja, niestety, ze czas na rzeczowe i
szczere omowienie wspoldzialania niektorych Zydow ze stalinizmem jeszcze nie
nadszedl".
W 2001 r. uparty francuski korespondent kolejny raz ponowil swoj
apel do Zydow, aby i oni przyjrzeli sie duzo bardziej krytycznie swoim
dzialaniom wobec Polakow w przeszlosci. Jak pisal Margueritte w tekscie
"Polsko-zydowska prawda, cala prawda" ("Tygodnik Solidarnosc" z 29 czerwca 2001
r.): "Marze rowniez o tym, aby Zydzi zamiast atakowac Polakow przy kazdej
okazji, mowili o nich dobrze i zaczeli wreszcie pokutowac za wlasne grzechy.
Tylko ta droga stana sie naprawde wielkimi i tylko ta droga zbuduja pojednanie.
Dlaczego nie wspominac, ze tylu Zydow zamieszkalo na ziemiach polskich dlatego,
ze wyrzucani ze Wschodu i z Zachodu znalezli wlasnie tu ziemie tolerancji? Niech
Zydzi, a nie tylko Polacy oddaja pelniejszy niz dotychczas hold Polakom, ktorzy
ich ratowali! A o wlasnych grzechach czy nasi bracia Zydzi nie maja nic do
powiedzenia? Dlaczego nie przypomniec, ze czesto na wschodzie Polski Zydzi
witali z entuzjazmem stalinowskiego najezdzce, na oczach zbolalych polskich
wspolobywateli? Dlaczego nie przypomniec, po tylu latach, o haniebnym udziale
tylu Zydow w szeregach NKWD (czy UB), odpowiedzialnego za inny holocaust? (...)
Okazuje sie jeszcze raz, ze nie wystarczy mowic prawde, trzeba mowic cala
prawde, odkryc wszystkie jej aspekty. Niech wiec Polacy mowia o wielkosci narodu
zydowskiego o holocauscie i pokutuja za swoje winy, niech Zydzi oddaja hold
Polakom i zechca zauwazyc wlasne, czasem potworne, grzechy. Wtedy i tylko wtedy
stana sie mozliwe pojednanie, rozumienie, a moze nawet milosc miedzy tymi dwoma
narodami, ktore przeciez tak wiele laczy!".
Niestety, nadzieje na takie
wystapienie ze strony zydowskiej okazaly sie az nadto zludne. Zamiast
krytycznej, obiektywnej rewaluacji przeszlosci w stosunkach z Polakami doszlo do
wydania kolejnego szczegolnie obrzydliwego paszkwilu - "Strachu" Grossa. A
przeciez z postulatami wyjscia z przeprosinami (po kilku inicjatywach tego typu
ze strony polskiej) wychodzili rowniez niektorzy Zydzi i Polacy zydowskiego
pochodzenia. By przypomniec chocby, juz dzis zapomniana, wypowiedz Stanislawa
Krajewskiego, obecnego wspolprzewodniczacego Rady Chrzescijan i Zydow, z 1994
roku. Wystepujac na miedzynarodowej konferencji, Krajewski zdobyl sie wowczas na
publiczne przyznanie: "Czuje sie zawstydzony z powodu przestepstw popelnionych
przez zydowskich komunistow" (por. "Gazeta Wyborcza" z 16 lipca 1994
r.).
Przypomnijmy tu rowniez wystapienie 7 lat pozniej Polaka zydowskiego
pochodzenia Anatola Lawiny, niegdys wiezionego za udzial w anty-PRL-owskiej
opozycji. W nawiazujacym do sprawy zbrodni Morela tekscie publikowanym na lamach
"Rzeczpospolitej" z 5 czerwca 2001 r. Lawina jednoznacznie wystapil przeciwko
tym, ktorzy probuja zanegowac koniecznosc rownoczesnych przeprosin przez Zydow
za popelnione przez ich ziomkow zbrodnie. Pisal m.in.: "(...) jestem gotow
przeprosic za tych Zydow, ktorzy jak Lila Potok, Szlomo Morel, Pinka Maka,
przezyli obozy hitlerowskie i przyznajac sobie prawo odwetu, sami stali sie
okrutnymi oprawcami, wrecz zbrodniarzami, bedac komendantami w obozach przez
siebie zorganizowanych, w Gliwicach, w Swietochlowicach i innych miejscowosciach
na Slasku". Przypomnijmy tez, co mowil w wywiadzie z 2001 r. architekt i
dzialacz polityczny zydowskiego pochodzenia Czeslaw Bielecki, wowczas
przewodniczacy sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. W wywiadzie udzielonym
"Najwyzszemu Czasowi" z 7 lipca 2001 r. Bielecki powiedzial m.in.: "Sa sprawy,
za ktore tez Zydzi musza przepraszac. Nie moze byc tak, ze jezeli prokurator
Helena Wolinska zabila sadowo naszego bohatera, gen. Emila Fieldorfa, to
spolecznosc zydowska nie jest za to odpowiedzialna".
Na koniec rzecz ciekawa
i wazna, a dzis tak nieslusznie zapomniana. Otoz nawet Michael Schudrich, rabin
Warszawy i Lodzi, czolowa postac religijna wsrod polskich Zydow, wystapil w
swoim czasie (w 2002 r.!) z obietnica przeproszenia za "zlo popelnione przez
zydowskich komunistow na Polakach". W wywiadzie opublikowanym przez KAI
Schudrich powiedzial m.in.: "Jestesmy winni naszym niezydowskim wspolobywatelom
jasne stwierdzenie, ze komunisci pochodzenia zydowskiego nie dzialali w naszym
imieniu, z nasza aprobata czy w naszym interesie. Zlo, ktore popelnili, budzi we
mnie odraze i pragne dac temu wyraz. Dyskutujemy o tym juz od dawna i wiem, ze
nasze dyskusje zaowocuja konkretnym dzialaniem".
Obietnica rabina Schudricha
pozostala jednak sprawa nigdy niezrealizowana i najwyrazniej o niej calkowicie
zapomniano. Moze warto ja tym mocniej przypomniec w czasie, gdy wzajemne
stosunki polsko-zydowskie zatruwa nowa brudna skaza - oszczercza ksiazka Grossa
polaczona z polakozerczymi pohukiwaniami jego klakierow w USA. Ciekawe, czy
szybko znajda sie Zydzi lub Polacy zydowskiego pochodzenia gotowi do odciecia
sie od plugawej ksiazki Grossa, a nawet przeproszenia za nia Polakow? Nie moge
zrozumiec ich dotychczasowego milczenia w sprawie tak niebezpiecznej dla
wzajemnego dialogu dwoch nacji, tak ciezko wstrzasnietych przez XX-wieczna
historie: Polakow i Zydow!
Prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik
2006.08.26.
Nowe falsze Grossa (14) - Zabijali
piórem!
Rozmiary klamstw Grossa
dobrze ilustruje metoda zastosowana przez niego w ponad 50-stronicowej czesci
"Strachu" poswieconej "Zydokomunie". Starajac sie zanegowac ogromna role
zydowskich komunistow w stalinizacji Polski, Gross robi to niemal wylacznie
poprzez skrajnie klamliwe pomniejszanie roli Zydow ubekow. Zupelnie nie wspomina
natomiast na ponad 50 stronach wspomnianego tekstu o bardzo wielkiej roli
zydowskich komunistow w komunistycznej propagandzie, stalinizacji kultury i
nauki, w gospodarce, wojsku czy Ministerstwie Spraw Zagranicznych i dyplomacji.
Nie zajaknal sie o tym wszystkim nawet jednym zdaniem. I gdzie tu jest chociaz
cien rzetelnosci naukowej? Gross nie omawia rowniez sprawy tak wielkiej roli
zydowskich komunistow w aparacie partyjnym, poczawszy od centralnego
kierownictwa PPR, a pozniej PZPR. Gross najwyrazniej liczy znow na totalna
naiwnosc swoich amerykanskich czytelnikow. Sadzi, ze czytelnicy ci, nic nie
wiedzac o wielkich wplywach zydowskich komunistow w tak licznych dziedzinach
stalinizowanej Polski, nie upomna sie o ich pominiecie. Przypomnijmy tu wiec
skrotowo tak cynicznie zatajane przez Grossa fakty, poczynajac od spraw
propagandy i stalinizacji kultury i nauki. W caloksztalcie zniewalania Polski
bowiem bardzo znaczaca role odegralo "zabijanie piorem" w sluzbie
rezimu.
Wbrew klamstwom i przemilczeniom Grossa trzeba tu przypomniec, ze z
sowieckiego punktu widzenia zydowscy komunisci byli wprost bezcenni przy
obsadzaniu roznych ogniw tzw. frontu ideologicznego. Byli bezcenni jako "nie
skazeni polskoscia i katolicyzmem", a wiec gwarantujacy calkowity brak wahan i
jakichkolwiek skrupulow w sprawach narodowych i religijnych, gotowi do
bezwzglednego wykonywania sowieckich zalecen w tych sprawach.
Ludzmi takimi
mogly byc tylko osoby z gruntu obce polskiemu patriotyzmowi i religii
katolickiej albo nawet, jesli byly w nich wychowane, gotowe do calkowitego
zaparcia sie zarowno polskiego patriotyzmu, jak i wiary.
Nieprzypadkowe wiec
wydaje sie powierzenie wlasnie Jakubowi Bermanowi, komuniscie zydowskiego
pochodzenia w Biurze Politycznym KC partii komunistycznej, rownoczesnego nadzoru
nad sprawami bezpieczenstwa i kultura. Podobnie jak to, ze dyktatorem
komunistycznej prasy i wydawnictw zostal inny komunista zydowskiego pochodzenia,
Jerzy Borejsza (Goldberg). Nadzorcy polskiej kultury i nauki stworzyli klimat, w
ktorym najwieksze szanse awansu, forowania jako nowe "a." mieli
"internacjonalisci" pochodzenia zydowskiego. Nader znamienne oceny na ten temat
znajdujemy w wydrukowanym posmiertnie dzienniku Leszka Proroka, pisarza i
eseisty, bylego wieznia stalinizmu, wiceprezesa Zwiazku Literatow Polskich w
okresie solidarnosciowej odnowy, poczawszy od grudnia 1980 roku. Prorok, piszac
o tym, co przyspieszalo awanse ludzi ze srodowisk intelektualnych, stwierdzil
wprost: "No i wreszcie najwazniejszy zadatek kariery: byc Zydem lub wplecionym w
zydowskie koligacje" (L. Prorok, Dziennik 1949-1984, Krakow
1998).
Przygotowania do wyjatkowo duzej roli zydowskich komunistow w
sowietyzowaniu Polski zaczely sie juz w czasie wojny, szczegolnie mocno
przybraly na sile, poczawszy od 1943 r. w ramach quislingowskiego Zwiazku
Patriotow Polskich. Zostal on wyraznie zdominowany przez komunistow zydowskiego
pochodzenia. Warto tu przypomniec ocene Zygmunta Berlinga, postaci skadinad malo
swietlanej, ale skloconej z zydowskimi rywalami w zabiegach o przychylnosc
Kremla. Bezskutecznie liczacy na wieksze fawory u sowieckich mocodawcow Berling
pisal z rozgoryczeniem: "(...) wszystkie kierownicze stanowiska w ZPP zostaly
obsadzone przez nie-Polakow, a proby zmian personalnych wywolywaly natychmiast
bardzo halasliwe protesty, oskarzenia o antysemityzm, przy czym nie cofano sie
nawet przed polakozerczymi atakami" (por. Z. Berling, Wspomnienia, t. II
"Przeciw 17 Republice", Warszawa 1991, s. 103. Por. rowniez uwagi w tomie III
pt. "Wolnosc na przetarg", Warszawa 1991, s. 120). Juz wtedy zaznaczyla sie
ogromnie duza rola zydowskich komunistow na wszystkich stanowiskach zwiazanych
ze sprawami ideologicznymi. Historyk z Tel Awiwu Klemens Nussbaum pisal, ze w
redakcji organu ZPP "Wolna Polska" Zydami byli wszyscy (poza W. Wasilewska)
pracownicy redakcji: W. Grosz, H. Minc, P. Hofman, S. Wierblowski, J.
Stryjkowski i R. Jurys (por. Jews in Eastern Europe and the USSR, 1939-1946, N.
Davies and A. Polonsky, Nowy Jork 1991, s. 184). Wedlug wspomnianej ksiazki N.
Daviesa i A. Polonsky'ego, wszystkie najwazniejsze funkcje w aparacie
politycznym byly piastowane przez Zydow. Szefami politycznego departamentu byli
najpierw major Hilary Minc, a pozniej kapitan Roman Zambrowski. W 4 z 5 pulkow
dywizji Zydzi piastowali funkcje zastepcow komendanta do spraw politycznych:
kpt. Juliusz Hibner w 1. pulku piechoty, kpt. Leonard Borkowski w 2. pulku
piechoty, major Witold Grosz w 1. pulku lekkiej artylerii i kpt. Witold Konopka
w 1. pulku czolgow. Zydzi byli takze zastepcami komendantow do spraw
politycznych w 12 z 21 batalionow. W gazecie dywizyjnej "Zolnierz Wolnosci"
Zydzi stanowili wiekszosc redakcji, lacznie z jej naczelnym (Adam Wazyk, Lucjan
Szenwald, Arnold Sluck i Krzysztof Gruszczynski, Leon Pasternak). Dyrektorem
teatru zorganizowanego w dywizji byl Leon Pasternak, a wiekszosc aktorow
stanowili Zydzi (miedzy innymi Jerzy Walden, Ryszarda Hanin, Halina Billig). W
filmowej "Czolowce" niemal wszyscy zatrudnieni - tak producenci, jak kamerzysci
- byli Zydami (wszystkie dane za: N. Davies, A. Polonsky, op. cit., s.
195).
Uksztaltowana juz w poczatkach tworzenia tzw. ludowej armii polskiej
sytuacja - tj. zdominowanie aparatu politycznego przez komunistow zydowskich -
utrzymala sie i w nastepnych latach. Szczegolnie negatywne konsekwencje dla
Polski mial fakt, ze zydowscy komunisci na czolowych stanowiskach politrukow
odgrywali niebywale destruktywna role wobec wszystkiego, co bylo zwiazane z
polskimi tradycjami narodowymi i polskoscia. Przyjrzyjmy sie temu na niektorych
jakze wymownych przykladach.
Polakozerczy politrucy
Do
najbardziej polakozerczych politrukow pierwszego okresu powojennego nalezal szef
Glownego Zarzadu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego w latach 1944-1945
Wiktor Grosz (Izaak Medres). Mysle nawet, ze wlasnie on odegral wowczas
najwieksza role w "zabijaniu piorem", zwlaszcza w odniesieniu do Armii Krajowej.
Grosz nalezal do licznej skadinad grupy komunistow zydowskich, ktorzy
postawiwszy na stalinizm, zrobili zadziwiajace, iscie napoleonskie kariery - w
ciagu zaledwie czterech lat (od 1941 do 1945 r.) awansowal z szeregowca na
generala. Tak blyskawiczna kariere zawdzieczal fanatycznej gorliwosci w plwaniu
na polskosc i polskie sily niepodleglosciowe. To on inspirowal najohydniejsze
antyakowskie plakaty w stylu "AK - zapluty karzel reakcji" i zajadle szkalowal
Powstanie Warszawskie. Juz w pazdzierniku 1944 r. dal sygnal do rozpoczecia
najskrajniejszej kampanii oszczerstw przeciw Armii Krajowej. W poufnej
instrukcji zalecal: "Mamy liczne dowody zbieznosci hasel gloszonych przez AK i
propagande Goebbelsa, mamy liczne dowody wspolpracy AK-NSZ z bandami bulbowskimi
i gestapo, nie pora wiec okazywac im 'zrozumienie', 'szacunek' i tolerowac
'przywiazanie do przeszlosci'". (...) Kazdy pracownik pol-wychu musi pojac, ze
dzisiaj nie ma miejsca na zadne kompromisy z AK w wojsku. Jesli byli akowcy chca
pracowac z nami, nie zawieramy z nimi zadnych ukladow o nieagresji w stosunku do
ich dawnej ideologii. Oni musza ze swoja przeszloscia zerwac, potepic ja i
odgrodzic sie od niej, a wtedy bedzie dla nich miejsce w Wojsku Polskim. To nie
jest uklad rownych z rownymi (...) zwolennikow 'neutralnego' czy pojednawczego
stosunku do AK traktowac jak akowcow, dopoki sie nie wykaza w najblizszym czasie
aktywna walka przeciw AK (...)" (cyt. za: J. Slaski, Skrobow (2), "Tygodnik
Solidarnosc" z 1 wrzesnia 1989 r.). 8 grudnia 1944 r. w pogadance dla "nowego"
wojska Grosz glosil: "Zdrajcy spod znaku NSZ i AK stosuja swoja stara
wyprobowana metode prowokacji i szpiegowania... Zniszczyc to, co jest duma
narodu, co jest jego sila - Wojsko Polskie - oto wspolny cel Hitlera i AK" (cyt.
za: T. Zenczykowski, Polska Lubelska 1944, Warszawa 1990, s. 193). W wydanej w
1945 r. broszurze "Na drogach powrotu" Grosz glosil, ze wybuch Powstania
Warszawskiego spowodowala "egoistyczna awanturniczosc garstki bankrutow",
twierdzil, ze byla to chyba "najwieksza zbrodnia sanacyjnej kliki".
Antyakowskim atakom Grosza zajadle wtorowali inni wplywowi komunisci
zydowskiego pochodzenia. Znamienny byl fakt, ze Jakub Berman, niewatpliwie
najbardziej wplywowy komunista zydowski w Polsce, jako pierwszy w 1944 roku
zaczal publicznie oskarzac AK o rzekoma wspolprace z gestapo i nazwal akowcow
bandytami. Inny zydowski komunista, pplk Antoni Alster (pozniej miedzy innymi
wiceminister spraw wewnetrznych po 1956 roku), stwierdzil na odprawie partyjnej
komendanta krajowego MO w dniu 10 listopada 1944 r.: "Komenda Glowna nie docenia
niebezpieczenstwa grozacego ze strony AK. Procent AK-owcow w MO jest za duzy.
Zadaniem czystki powinno byc usuniecie AK-owcow (...)" (cyt. za: T.
Zenczykowski, op. cit., s. 302). Warto tu rowniez przypomniec szczegolnie
haniebna role odegrana przez tajnego sowieckiego agenta w Londynie, przez wiele
lat korespondenta Polskiej Agencji Telegraficznej Stefana Litauera. Ten
przebiegly falszerz historii jako pierwszy wystapil w Londynie juz w poczatkach
sierpnia 1944 r. z atakiem na Powstanie Warszawskie (na lamach brytyjskiego
"News Chronicle"). Brutalnie atakowal powstanie, twierdzac, ze jest to rzekomo
"antysowiecka awantura polityczna".
Na czele mediow
Zwiazany z
Jerzym Giedroyciem Instytut Literacki w Paryzu byl jak najdalszy od
antyzydowskosci. Tym wymowniejsza w tej sytuacji byla nader szokujaca informacja
zawarta w wydanej przez ten Instytut w 1967 r. ksiazce Georga Fleminga "Polska
malo znana": "W okresie stalinowskim na przeszlo sto dziennikow, tygodnikow i
miesiecznikow, wychodzacych w samej tylko Warszawie, bylo tylko dwoch naczelnych
nie-Zydow" (cyt. za: G. Fleming, Polska malo znana, Paris 1967, s. 199).
W
oparciu o rozne konkretne informacje na temat sytuacji w prasie tamtego okresu
mozna uznac, ze Fleming zasadniczo trafnie ujal problem skrajnej dominacji
jednej waskiej grupy narodowosciowej w mediach. Nawet jesli pomylil sie o kilka
osob, jesli nie-Zydow jako redaktorow naczelnych bylo nie dwoch na stu, jak
pisze Fleming, a byc moze pieciu, siedmiu czy dziesieciu.
Juz tylko lektura
ponad 2000 stron biogramow Slownika dzialaczy polskiego ruchu robotniczego (tomy
I, II, III, A-K), gdzie podawane sa zarowno pozniejsze nazwiska roznych
dzialaczy, jak i ich pierwotne zydowskie nazwiska, uprzytamnia niesamowita
przewage dzialaczy pochodzenia zydowskiego w wyzszych kadrach owczesnego
partyjnego frontu ideologicznego, wsrod redaktorow naczelnych, szefow wydawnictw
etc. A oto niektore, jakze wymowne, przyklady ilustrujace skale tej dominacji.
Roman Chaim Werfel, czolowy ideolog okresu stalinowskiego w Polsce, syn
rabina, ktory pozniej zateizowal sie i zostal bankierem (wedlug wyznan samego
Werfla w rozmowie z Teresa Toranska) byl miedzy innymi redaktorem naczelnym
"Glosu Ludu" i redaktorem naczelnym teoretycznego organu KC PZPR "Nowe Drogi" od
stycznia 1952 do 1959 roku. "Nowe Drogi" byly konsekwentnie w rekach zydowskich
towarzyszy. Przed Werflem ich redaktorem naczelnym w latach 1947-1952 byl
Franciszek Fiedler (Efroim Truskier), po Werflu od 1959 Stefan Wierblowski,
znany z fanatycznego protegowania swych zydowskich rodakow (pisal o tym wybitny
nonkonformistyczny dzialacz polityczny i publicysta zydowskiego pochodzenia
Feliks Mantel w publikowanych na emigracji wspomnieniach). Redaktorem naczelnym
organu KC PZPR "Trybuna Ludu" byl przez 16 lat (z paroletnia przerwa) Leon
Kasman. Tenze Kasman byl w 1945 r. redaktorem naczelnym organu KC PPR "Trybuna
Wolnosci". Po nim funkcje redaktora naczelnego tego organu (w latach 1945-1947)
przejal Franciszek Fiedler. Pozniej redaktorem naczelnym "Trybuny Wolnosci" (w
latach 1947-1948 i ponownie od 1954 byl Jozef Kowalczyk (poprzednie nazwisko
Schneider vel Rotenberg). Redaktorem naczelnym organu centralnego partii
komunistycznej "Glos Ludu" byl od 1945 Ostap Dluski (Adolf Langer). Jego
zastepca w "Glosie Ludu" byl od 1946 J. Kowalczyk (Schneider vel Rotenberg).
Pozniej naczelnym "Glosu Ludu" w latach 1947-1948 byl Juliusz Burgin, syn
Mojzesza, poprzednio naczelnik wydzialu w Ministerstwie Bezpieczenstwa
Publicznego. Wiktor Borowski (poprzednie nazwisko Aron Berman) byl redaktorem
naczelnym "Zycia Warszawy" (1944-1951), a od 15 kwietnia 1951 r. do 19 grudnia
1967 r. zastepca naczelnego "Trybuny Ludu" Leona Kasmana. Innym zastepca
redaktora naczelnego "Trybuny Ludu" w latach 1957-1959 byl Jerzy Baumritter.
Wczesniej, w roku 1948, zastepca redaktora naczelnego "Trybuny Ludu" zostal
Stefan Arski (Appelbaum).
Przedstawicielem KC PPR w redakcji organu Biura
Informacyjnego Partii Komunistycznych i Robotniczych - pisma "O trwaly pokoj i
demokracje ludowa" - byl Juliusz (Eliasz) Finkelsztajn, od 1949 r. pierwszy
redaktor naczelny "Zycia Partii". Jerzy (Benjamin) Borejsza (Goldberg) byl w
latach 1944-1945 naczelnym redaktorem "Rzeczpospolitej", a w latach 1947-1950
"Odrodzenia". Boleslaw Gebert (ojciec Dawida Warszawskiego) byl w latach
1950-1960 naczelnym redaktorem organu skrajnie serwilistycznych zwiazkow
zawodowych "Glos Pracy". Dodajmy, ze ten sam Gebert byl przedtem przez wiele lat
wyprobowanym agenturalnym dzialaczem komunistycznym w USA. Jego role jako bardzo
aktywnego agenta KGB szeroko opisano w wydanej w 1999 r. w USA ksiazce Johna
Earla Haynesa i Harveya Klehra: "Venona - zdemaskowanie sowieckich agentow w
Ameryce" (por. szerzej: J.R. Nowak, Czerwone dynastie, Warszawa 2004, s. 41-43).
Ciekawe, ze zastepca B. Geberta jako redaktora naczelnego "Glosu Pracy" byl w
okresie od 1 stycznia 1951 r. do 11 marca 1965 r. Ozjasz Szechter, ojciec Adama
Michnika.
Pawel Hoffman, syn Izaaka, byl od kwietnia 1945 r. do 1948 r.
redaktorem naczelnym "Rzeczpospolitej", od grudnia 1948 r. do marca 1950 r.
naczelnym redaktorem czasopisma marksistowskich fanatykow "Kuznica", a od 1950
do 1954 r. naczelnym redaktorem "Nowej Kultury". Adam Wazyk (Wagman) byl
naczelnym redaktorem "Tworczosci" (1950-1954). Rafal Praga - naczelnym
redaktorem "Expressu Wieczornego", Benedykt (Bencjon) Hirszowicz, podpulkownik
WP - redaktorem naczelnym "Zycia Gospodarczego". Ojciec Marka Borowskiego -
Wiktor Borowski (wlasc. Aron Berman) jeden z najgorszych stalinizatorow polskiej
prasy, byl naczelnym redaktorem "Zycia Warszawy", a od 1951 r. zastepca
redaktora naczelnego glownego dziennika komunistycznego "Trybuna Ludu".
Naczelnym redaktorem "Trybuny Ludu" byl przez 16 lat (1948-1954 i 1957-1967)
Leon Kasman, znany z wyjatkowego sluzalstwa wobec Sowietow. Redaktorem naczelnym
"Swiata" byl Stefan Arski (Appelbaum). Przyklady tego typu mozna by jeszcze
mnozyc, ale ta wyliczanka moglaby w koncu az nadto znuzyc Czytelnikow. Sapienti
sat.
Nawet na czele czasopism rolniczych stawiano osoby pochodzenia
zydowskiego, przedtem niemajace nic wspolnego z rolnictwem. Na przyklad
naczelnym redaktorem chlopskiego tygodnika "Gromada" od 2 lutego 1949 r. do 30
marca 1952 r. byla Maria Kaminska (Eiger), poprzednio organizatorka i dyrektor
Departamentu Szkolenia Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego (od 1 lipca 1947
r. do 1 marca 1949 r.). Z kolei zastepca naczelnego redaktora gazety "Rolnik
Polski", a od 1949 r. do 1971 r. redaktorem naczelnym tej gazety (od 1952 r. pod
nazwa "Gromada Rolnik Polski" byla Irena Grosz z domu Sznajberg, zona Wiktora
Grosza (Izaaka Medresa)).
Podobna jak w mediach prasowych dominacja
komunistow zydowskich zaznaczyla sie takze w roznych stacjach radiowych. Stefan
Bratkowski, zwiazany od wielu lat ze srodowiskami Unii Demokratycznej, a pozniej
Unii Wolnosci i znany ze zdecydowanego filosemityzmu, przyznal w jednym ze swych
tekstow wyjatkowo powazne wplywy zydowskich komunistow w roznych sferach
polskiego zycia publicznego doby stalinowskiej. Pisal: "Udzial Zydow w elicie
rezimu byl tak duzy, tak ostentacyjny, jakby chciano ostatecznie rezim z nimi
utozsamic. Nie tylko we wladzach partii i nie tylko w aparacie represji. Kiedy
moja mloda wtedy przyjaciolka, dziennikarka radiowa, w roku 1955 weszla na
posiedzenie kolegium krakowskiego radia, kilkanascie osob zaczelo ze smiechem
bic brawo; piekna dziewczyna myslala, ze to dla jej urody; zazenowana, spytala,
skad te brawa, uslyszala, ze zebrani postanowili bic brawo, kiedy pierwszy goj
wejdzie na sale" (S. Bratkowski, Pod wspolnym niebem, "Rzeczpospolita" 27
stycznia 2001 r.)
W czolowce propagandy
Brak miejsca nie
pozwala tu na wyliczenie jakze licznych zydowskich prominentow w kierownictwach
wydzialu prasy, propagandy i agitacji etc. Ogranicze sie tu do przypomnienia
kilku dosc charakterystycznych postaci. Zastepca, a pozniej kierownikiem
wydzialu prasy KC PPR do 1948 r., a pozniej kierownikiem wydzialu prasy KC PZPR
az do 1954 r. byl Stefan Staszewski.
Dal sie w tym czasie poznac
dziennikarzom jako "jeden z najciezszych satrapow" (jak go okreslil Jerzy
Andrzejewski w "Literaturze" z 24 wrzesnia 1981 r.). Z kolei Artur Starewicz byl
kierownikiem wydzialu propagandy masowej KC PZPR (od grudnia 1948 r. do maja
1953 r.), a od maja 1953 r. do stycznia 1954 r. kierownikiem Wydzialu Propagandy
i Agitacji, a od grudnia 1956 r. do lipca 1963 r. kierownikiem Biura Prasy KC
PZPR. Do najgorszych stalinizatorow prasy polskiej nalezal Kornecki, zastepca
kierownika wydzialu prasy i wydawnictw KC PZPR od 28 lutego 1951 r. do 24
listopada 1953 r., a wiec w najczarniejszym okresie stalinizmu. Poprzednio
Kornecki od grudnia 1948 r. do 1951 r. byl naczelnym redaktorem "Trybuny
Wolnosci". O roli Korneckiego w klamliwej propagandzie owych lat przypomniano
niedawno na lamach "Biuletynu IPN" (nr 7 z lipca 2006 r.) w zwiazku z wywiadem
przeprowadzonym z filmowym rezyserem L. Bugajskim. Chodzilo o to, ze Kornecki,
zydowski komunista, ktory przybyl do Polski z Francji, jest ojcem rezysera
filmowego Marcelego Lozinskiego, autora filmu "Swiadkowie", bardzo tendencyjnie
przedstawiajacego zajscia antyzydowskie z lipca 1946 r. w Kielcach. Jak widac,
zarysowuje sie niekiedy jakas sklonnosc do dziedziczenia po ojcach nawyku
klamstw (vide Gebertowie: ojciec i syn).
Szefowa PAP byla przez wiele lat
Julia Minc, niedouczona dzialaczka o mentalnosci kucharki, zona jednego z
czolowych zydowskich prominentow doby stalinowskiej, dyktatora gospodarki
Hilarego Minca. Jej poziom umyslowy w kompromitujacy sposob obnazyla rozmowa
przeprowadzona z nia przez Terese Toranska dla ksiazki "Oni".
Dominacji
zydowskich politrukow w mediach towarzyszyla ich szczegolna "uslugowosc" w
sowietyzacji Polski i niszczeniu ostatnich redut polskiego patriotyzmu.
Charakterystyczna pod tym wzgledem byla rola odgrywana przez Jerzego Borejsze
(Goldberga), szefa komunistycznego koncernu prasowo-wydawniczego w pierwszych
latach powojennych. Borejsza, stary agent NKWD, zostal z sowieckiego nadania
dyrektorem Ossolineum we Lwowie po aneksji wschodnich kresow Rzeczypospolitej
przez ZSRS. Jak wspominal o tym Aleksander Wat w ksiazce "Moj wiek", Borejsza
spowodowal swoimi donosami uwiezienie szeregu polskich profesorow. Pozniej,
poczawszy od redagowania pierwszej gazety rezimowej - "Rzeczpospolitej", poprzez
prezesure poteznej spoldzielni wydawniczej "Czytelnik", Borejsza zdobyl
dominujace wplywy w prasie. Wplywy tym silniejsze, ze korzystal z cichego, a
wszechmocnego poparcia brata, oslawionego dyrektora departamentu sledczego
Jozefa Rozanskiego (Goldberga). Jakze znamienny pod tym wzgledem jest zapis
Marii Dabrowskiej na temat jej spotkania z Borejsza 20 lutego 1948 r.: "(...)
Okolo pierwszej przyszlo auto 'Czytelnika' i zabralo mnie do Borejszy. Jechalam
w zlym humorze. Zawsze, gdy mam sie spotkac z tymi ludzmi, uprzytamniam sobie,
ilu najszlachetniejszych ludzi unurzali moda rosyjska w kale, zrobili szpiclami,
obcymi agentami (...). Ilu szlachetnych ludzi, swietych niemal, jak Szturm de
Strem, stara Krzeczkowska (stracila wszystko w walce z Niemcami), malarka.
Krzyzanowska, meczy sie w tej chwili w wiezieniach, gdy ci uzurpatorzy
prosperuja (...)" (por. M. Dabrowska, Dzienniki powojenne 1945-1965, Warszawa
1966, s. 197). Dabrowska przyznawala Borejszy wielka zrecznosc i dynamizm, ale
dobrze dostrzegala jego prawdziwe dlugofalowe cele. Pisala, ze Borejsza
"stworzyl olbrzymia machine, maszyne wydawniczo-prasowo-ksiegarsko-czytelnicza z
rozmachem niemal amerykanskim. Ale intencja calej tej dzialalnosci jest wyrazne
i powolne sowietyzowanie i rusyfikowanie polskiej kultury".
Inny sowiecki
sluzalec Leon Kasman, przez 16 lat naczelny redaktor "Trybuny Ludu", przybyl w
1944 r. na tereny Lubelszczyzny jako agent moskiewski. Nie tyle zajmowal sie
walka, ile zbieraniem informacji dla Moskwy o poczynaniach podejrzanych
"krajowcow" z PPR-u. Dzialania Kasmana byly scisle powiazane z powstalym z
inicjatywy Bermana w styczniu 1944 roku w ZSRS Centralnym Biurem Komunistow
Polskich, zdominowanym przez dzialaczy pochodzenia zydowskiego. Dazylo ono do
przejecia kierownictwa nad POR. Zdobywane przez Kasmana informacje mialy sluzyc
dyskredytowaniu krajowych dzialaczy PPR polskiego pochodzenia wobec wladz
sowieckich i reklamowaniu swojej grupy towarzyszy jako najbardziej poslusznego
narzedzia w realizacji polityki sowieckiej w Polsce (por. szerzej: W.
Wazniewski, Walka polityczna w kierownictwie PPR i PZPR 1944-1964, Torun 1991,
s. 13-14). W pozniejszym okresie Kasman jako naczelny "Trybuny Ludu" stal sie
prawdziwym symbolem najskrajniejszego betonu i postrachem wszystkich myslacych
dziennikarzy. Gdy po paroletniej przerwie w redagowaniu "Trybuny Ludu" 2 marca
1957 r. znow zostal mianowany jej naczelnym przez Gomulke, w dzienniku partyjnym
wybuchl bunt: osmiu czolowych publicystow "Trybuny Ludu" podalo sie do dymisji
przeciw nominacji tak twardoglowego dzialacza (por. uwagi zwiazanej z
liberalnymi kregami zydowskimi Alicji Wetz-Zawadzkiej, Refleksje pewnego zycia,
Paryz 1967, s. 173-174).
Liczni towarzysze zydowskiego pochodzenia mieli
szczegolne sklonnosci do cenzury i niszczenia wszelkich przejawow
swobodniejszych mysli. Stanowili trzon urzedow kontroli prasy od poczatku
sowietyzacji Polski. Symbolicznie wprost pierwszym komunistycznym cenzorem w
Polsce byl wspomniany juz Jerzy Borejsza (Goldberg), brat oslawionego kata UB J.
Rozanskiego. O jego roli jako pierwszego cenzora, juz w 1944 roku, przypomniano
w "Rzeczpospolitej" z 23 lipca 1994 r. (G. Jaszunski "Kto byl pierwszym
cenzorem"). Andrzej Wroblewski w ksiazce "Byc Zydem" (Warszawa 1992, s. 156)
pisze o wiceprezesie cenzury, niejakim Laziebniku, ktory "po prostu nie umial po
polsku". Nie przeszkadzalo mu to w wydawaniu wytycznych zmierzajacych do
bezwzglednego niszczenia wszystkiego, co polskie i narodowe.
Zydowscy
komunisci w roli cenzorow bez wahania tepili wszystko, co wiazalo sie z polskimi
tradycjami niepodleglosciowymi, a zwlaszcza z historia ciemiezenia Polakow przez
imperium carskie. Jakze wymowne pod tym wzgledem sa zwierzenia tego typu
cenzorki - Sabiny Lewi, kierowniczki cenzury w Bialostockiem. Podczas zjazdu
delegatow wojewodzkich i miejskich biur kontroli prasy w dniach 23-25 maja 1945
r. Lewi chwalila sie tym, ze czujnie zabronila wystawien sztuki Gabrieli
Zapolskiej "Tamten". Jak mowila Lewi: "Sztuka ta jest stara - z 1902 r. i omawia
warunki zycia w Rosji, Sybir, kajdany itp. Na wystawienie tej sztuki nie
zezwolilam. Jako cenzor zajelam stanowisko, ze jakkolwiek potepiam ucisk carski
i potepia go rowniez Zwiazek Sowiecki, ale w tym momencie wysuwac momenty
przeciw narodowi rosyjskiemu (sic!). My chcemy dzis nasze stosunki umocnic,
chcemy miec stosunki przyjemne i nie lezy w interesach demokracji, zeby
przypomniec rany jatrzace (...)" (cyt. za: Glowny Urzad Kontroli Prasy
1945-1949, oprac. D. Nalecz, Warszawa 1994, s. 52).
Walczac z tym, co bylo
najdrozsze dla Polakow, posuwano sie do najnikczemniejszych zohydzen. Na
przyklad w 1945 r. pojawil sie propagandowy plakat z napisem "Precz z
faszyzmem", umieszczony pod rysunkiem czlowieka z miotla, wymiatajacego kawalki
papieru z wielkimi literami skrotow: SS, SA, a takze AK. Umieszczenie AK w tak
ohydnym zestawieniu oznaczalo zniewazenie najbardziej bohaterskich srodowisk
polskich patriotow, ale o to wlasnie chodzilo ludziom z kuzni klamstw spod znaku
Wiktora Grosza (Izaaka Medresa). Cytowalem juz wyzej Andrzeja Wroblewskiego,
jednego z najuczciwszych intelektualnie autorow zydowskiego pochodzenia,
piszacych o stosunkach polsko-zydowskich. W ksiazce "Byc Zydem" Wroblewski
opisal miedzy innymi dobrze mu znana z autopsji sytuacje w redakcji, w ktorej
byl sekretarzem, wspominajac: "Po polaczeniu partii zostalem sekretarzem
redakcji tygodnika ideowo-politycznego 'Trybuna Wolnosci'. Tytul nawiazywal do
jakiejs publikacji okupacyjnej. Redaktorem byl koszmarny stalinowiec, dogmatyk,
Zyd, do tego niezbyt madry (...) Na jakiejs dyskusji wewnatrzredakcyjnej na
temat okupacji i AK stwierdzil bezapelacyjnie: nasz robotnik jest tak wychowany,
ze jak ktos jest z AK, to go w leb. Takie poglady lansowali komunisci w kraju,
gdzie dziewiecdziesiat procent mlodziezy nalezalo i walczylo w ramach tej
formacji. Nie trafilo mu do przekonania, ze kolega redakcyjny Wojtek Barcz
odsiedzial kilka lat w Oswiecimiu za przynaleznosc do AK. Nieszczesny Barcz,
Niemiec z pochodzenia, PPS-owiec, nie potrafil sobie poradzic ani z redaktorem,
ani z sytuacja, zapil sie i popelnil samobojstwo" (por. A. Wroblewski, Byc
Zydem... Rozmowa z Dagiem Halvorsenem o Zydach i antysemityzmie Polakow,
Warszawa 1992, s. 175).
Zydowscy politrucy nachalnie pchali sie do
najbrudniejszych odcinkow rezimowej propagandy. To ich nazwiska glownie dominuja
wsrod dziennikarzy obslugujacych sfabrykowane procesy. To oni szkalowali
niewinne ofiary tych procesow, wypisujac najhaniebniejsze brednie o ludziach
stajacych przed stalinowskimi sadami po miesiacach katowan w celach UB i MBP. Do
tego typu haniebnych publikacji poprocesowych nalezala na przyklad ksiazka
glownego ideologa PZPR Romana Werfla, syna rabina, pt. "Trzy kleski reakcji
polskiej. Na marginesie procesu grupy szpiegowsko-dywersyjnej Tatara,
Kirchmayera i innych" (Warszawa 1951). Werfel z fanatyczna gorliwoscia pilnowal
skazanych za niewinnosc polskich oficerow, a przy okazji dokladal jak mogl
agenturze Tito i jego "klice" oraz "prawicowo-nacjonalistycznej grupie Gomulki".
Wychwalal madrego Stalina, ktory wiedzial, jak rozbic "wrogie knowania
trockistowskich agentow imperializmu". Szkalowal Powstanie Warszawskie AK i PSL.
O PSL-owskiej "Gazecie Ludowej" mozna bylo sie dowiedziec u Werfla, ze liczyla
ona "na bylych kapitalistow i bylych obszarnikow, na WIN-owskie bandy lesne,
najemnych palkarzy na sluzbie wyzyskiwaczy".
Najplodniejszym sposrod
zydowskich politrukow byl Stefan Arski (Apfelbaum). Wydal m.in. trzy ksiazki
szkalujace polska emigracje polityczna na Zachodzie: "Targowica lezy nad
Atlantykiem" (1952), "Wspolczesna Targowica" (1953) i "Pasazerowie martwej wizy"
(1954). Najbardziej znana byla jednak jego ksiega oszczerstw o Pilsudskim: "My
pierwsza brygada" (1962). Do najskrajniejszych prokomunistycznych politrukow
nalezal Grzegorz Jaszunski, po 1989 r. znany glownie jako "maz swojej zony",
czyli wicemarszalek Sejmu, a pozniej ambsador RP w RPA Zofii Kuratowskiej,
jednej z liderek lewego skrzydla Unii Wolnosci i znanej obronczyni praw lesbijek
i homoseksualistow. W tekscie do ksiazki Ruty Pragier: "Zydzi i Polacy",
przedstawiajacej wywiady z roznymi znanymi osobami zydowskiego pochodzenia,
Jaszunski probowal sugerowac, ze ma bardzo czyste sumienie, akcentujac:
"Pisalem, co chcialem". A co chcial, swiadcza m.in. trzy ksiazki Jaszunskiego,
specjalisty od falszowania spraw miedzynarodowych, pelne skrajnych atakow na
USA. Jedna z nich juz w tytule zapowiadala, o co chodzi: "Amerykanska odmiana
faszyzmu" (Warszawa 1951). Mozna sie z niej bylo dowiedziec, ze najaktywniejsi w
upowszechnianiu faszyzmu w Stanach Zjednoczonych sa bankierzy z Wall Street (!).
Jaszunski byl tez autorem ksiazki "Z polityki niedostatecznie", obrzydliwego
paszkwilu na polityke II Rzeczypospolitej.
Nowe falsze Grossa (15) - Stalinisci w
literaturze!
Juz w pierwszych latach
powojennych rozpoczely sie skrajne ataki na wiele cennych tradycji polskiej
literatury. Szczegolnie haniebna role w tej sprawie odegrala marksistowska
"Kuznica", specjalizujaca sie - jak pisala Maria Dabrowska - w "plugawych
napasciach na bardziej niezaleznych pisarzy". Przewazajaca czesc redakcji
"Kultury" stanowili rozni wsciekli "czerwoni encyklopedysci" zydowskiego
pochodzenia, m.in. Adam Wazyk (Wagman), Jan Kott, Mieczyslaw Jastrun, Kazimierz
Brandys.
Szczegolnie wielkie szkody dla literatury przyniosla dzialalnosc
poety politruka, kapitana WP Adama Wazyka, zapamietalego w niszczeniu polskich
wartosci patriotycznych. Poczatki dzialan Wazyka przypadly na czasy lwowskiej
targowicy literackiej lat 1939-1941. Juz wtedy zamienil on dawne sklonnosci do
awangardowych eksperymentow literackich na skrajny prosowiecki serwilizm. Szedl
on u niego w parze z pelnymi jadu strofami, szkalujacymi rozbite przez dwoch
agresorow panstwo polskie. Juz 5 listopada 1939 roku Wazyk "popisal sie" godnym
najgorszych targowiczan wierszem "Do inteligenta polskiego". Wiersz ten zaczynal
sie od gwaltownego, oszczerczego ataku na polska armie i jej dowodcow:
To
stalo sie tak nagle, rozbite pociagi, /zdarte druty, na torach wydrazone leje.
/Zamiast wodzow - polglowki, zamiast armii - wloczegi, /widma noca ciagnace, by
skryc sie, gdy zadnieje. (...)
W kolejnych wierszach Wazyk wyslawial Zwiazek
Sowiecki jako jedyna, upragniona ojczyzne ("Biografia", "Radosc radziecka").
Dawny awangardowy poeta bez zenady tworzyl najskrajniejsze produkcyjniaki
("Konsomolki przyjezdzajace do Lwowa", "Do robotnicy"). Najwieksze szkody
przyniosly jednak dzialania Wazyka w pierwszym dziesiecioleciu powojennym. Jako
sekretarz generalny ZLP, redaktor naczelny "Tworczosci" (1950-1954), a okresowo
nawet czlonek KC, stal sie glownym partyjnym autorytetem w sferze kultury.
Pisarz Andrzej Braun wspominal w "Hanbie domowej" Trznadla: "To, co powiedzial
Wazyk, mialo znaczenie i Bierut czy Berman natychmiast nadawali praktyczny
ksztalt koncepcjom Wazyka". Jako oficjalny "teoretyk literatury" (tak go nazywal
historyk literatury Tadeusz Drewnowski) Wazyk "wslawil sie" m.in. bezprzykladna
napascia na tak droga wszystkim czujacym po polsku poezje Cypriana Norwida,
piszac, ze "blizsze obcowanie z Norwidem dziala uwsteczniajaco na wyobraznie".
Posunal sie do nazwania poezji Norwida "napuszona nedza mysli" (A. Wazyk, W
strone humanizmu, Warszawa 1949). Do najobrzydliwszych "wyczynow" Wazyka nalezal
jego bezpardonowy atak na poezje Konstantego Ildefonsa Galczynskiego w
oficjalnym referacie podczas zjazdu ZLP w czerwcu 1950 roku. "Zachecil" w nim
Galczynskiego, aby wreszcie "ukrecil leb temu rozwydrzonemu kanarkowi, ktory
zagniezdzil sie w jego wierszach". Za najpilniejsze zadanie Wazyk uznal
"oczyszczenie poezji ze smaczkow i pieknostek burzuazyjnej poetyki z czasow
imperializmu". Galczynski skomentowal atak Wazyka wypowiedzia w kuluarach: "Coz,
kanarkowi leb mozna ukrecic, ale wtedy wszyscy zobacza klatke. Co zrobic z
klatka, koledzy?". Ten pelen gorzkiej ironii komentarz nie pomogl Galczynskiemu,
ktory w rezultacie ataku Wazyka z oficjalnej trybuny nagle poczul skrajna
izolacje we wszystkich redakcjach i wydawnictwach, calkowita blokade publikacji.
Najwiekszy autorytet oficjalnej literatury poza terroryzowaniem innych pisarzy
nie zapominal o tworzeniu wlasnych wierszy. Wyprodukowal m.in. chyba najbardziej
groteskowy utwor wsrod poetyckiej produkcji polskiego stalinizmu - wiersz
demaskujacy "imperialistyczna" Coca-Cole. W "Piosence o Coca-Cola" stwierdzal z
przejeciem:
(...) Po Coca-Cola blogo, rozowo /za pare centow amerykanskich
/sniliscie nasza smierc atomowa /Po Coca-Cola blogo, rozowo! /My, co pijemy wode
nadziei, /wiemy, gdzie siega dzis nasza wola: /wyszliscie z Chin, wyjdziecie z
Korei, /my wam przerwiemy sen Coca-Cola, /my, co pijemy wode nadziei.
W
wierszu "Morderstwo" demaskowal "wroga", ktory zabil traktorzyste "za jedno
slowo: spoldzielnia"; w utworze "Lud wejdzie do srodmiescia"
deklamowal:
Patrz, jak stoi uparta /na rusztowaniach partia, /rozpala sie
klasowa /bitwa - nasza budowa. /Niech wiedza ludzie, komu /rodzi sie dom po
domu, /czy magnatom stalowym, /wariatom atomowym, /czy sobie i ludowi /Warszawa
sie sposobi. (...)
Nie zabraklo w tworczosci Wazyka i wielkiego panegiryku na
czesc generalissimusa Stalina - "Rzeka":
Madrosc Stalina /rzeka szeroka, /w
ciezkich turbinach /przetacza wody, /plynac wysiewa /pszenice w tundrach,
/zalesia stepy, /stawia ogrody.
W 1954 r. Wazyk zrealizowal jedno ze swych
najbardziej grafomanskich przedsiewziec - napisal scenariusz do filmu "Niedaleko
od Warszawy" o amerykanskim szpiegu sabotazyscie.
Jednym z najgorliwszych
poetow dworskich
na uslugach Bieruta
byl znany tworca
starszego pokolenia Mieczyslaw Jastrun. Pomimo wielostronnej pomocy udzielonej
mu ze strony polskich znajomych w czasie wojny, gdy ukrywal sie na "aryjskich
papierach", po wojnie wyroznil sie szczegolnie skrajnymi, oszczerczymi atakami
na rzekomy polski antysemityzm. W opublikowanym 17 czerwca 1945 r. w krakowskim
"Odrodzeniu" tekscie "Potega ciemnoty" twierdzil, ze za wymordowanie ponad
trzech milionow Zydow ponosi odpowiedzialnosc na rowni z hitlerowskim okupantem
cale bez mala polskie spoleczenstwo. W czasie gdy do ujarzmienia Polski w
interesie Sowietow przystepowaly cale falangi ubekow i politrukow zydowskiego
pochodzenia na czele z Bermanem, Rozanskim, Borejsza, Romkowskim, Brystygierowa
czy Fejginem, Jastrun pietnowal polskie "zbrodnicze", "reakcyjne" organizacje,
ktore jakoby wciaz "kontynuuja krwawa robote hitlerowska", dybiac na ocalala z
zaglady "grupke inteligencji pochodzenia zydowskiego".
Gross w "Strachu" (s.
129, 172) nader chetnie powoluje sie na wspomniany tekst Jastruna, stanowiacy
skrajny atak na spoleczenstwo polskie za jego rzekomo wyjatkowo silny
"antysemityzm". Gross tytuluje Jastruna (na s. 172) "wielkim poeta polskim",
calkowicie przemilczajac jego rzeczywiscie wielka role jako jednego ze
stalinizatorow polskiej literatury. Warto tu przypomniec, ze Jastrun, zgodnie z
wymogami owczesnej stalinowskiej "poetyki", z furia pietnowal polskich
partyzantow walczacych o niepodleglosc Polski, przeciw Sowietom i polskiej
targowicy. W wierszu "Ballada o Puszczy Swietokrzyskiej" spotwarzal zolnierzy
AK, rzekomo degenerujacych sie w bandy. Podobna wymowe miala rowniez "Ballada
zimowa" Jastruna, pietnujaca zolnierzy antykomunistycznego podziemia i
wspieranie ich przez Kosciol. W wierszu "Wlasnosc" gromil "wrogow klasowych" -
kulakow. Z energia wlaczyl sie tez w propagande antykoscielna rezimu, produkujac
wiersz "W bazylice swietego Piotra", w wyrafinowany sposob atakujacy Watykan za
rzekomy sojusz z Hitlerem. Wyslawial roznych komunistycznych idolow, osobny
wiersz poswiecajac pamieci jednego z przywodcow PPR-u w dobie wojny, Pawla
Findera. W poswieconym Leninowi "Wspomnieniu z Poronina" opiewal z patosem:
Mysl jego w klebach sniezycy i w dymie /Nadlatywala, aby siasc na naszym
brzegu. (...)
Po smierci Stalina Jastrun opublikowal tekst rzewnie oplakujacy
pamiec zmarlego generalissimusa, piszac m.in.: "Umarl czlowiek, ale kazda nasza
mysl o nim zwiazana jest z zyciem. Imie jego poniosa rozwiniete sztandary klasy
robotniczej, Partii, dalej, w przyszlosc".
Warto dodac, ze jego syn Tomasz
Jastrun nalezy dzis do najskrajniejszych tropicieli rzekomego "polskiego
antysemityzmu" i przeciwnikow tradycyjnego polskiego patriotyzmu. "Wslawil sie"
jakze wielu atakami na polskosc i tradycje narodowe, grubianskim znieslawianiem
najwiekszych tworcow narodowych, m.in. haniebnym brutalnym atakiem na Zbigniewa
Herberta wkrotce po jego smierci. Nazwano go z powodu tych jego niegodnych
wyczynow "chorym z nienawisci". Godny uwagi jest fakt, ze T. Jastrun, syn
jednego z tworcow najbardziej obciazonych "hanba domowa" doby stalinizmu, ze
szczegolna wsciekloscia reagowal na kazde przypominanie lajdactw roznych
pseudoautorytetow czasow stalinowskich.
Trzeba przyznac, ze w tej sprawie
Mieczyslaw Jastrun, dawny stalinista, okazal sie o wiele uczciwszy. Jak przyznal
sam Tomasz Jastrun na lamach "Res Publiki", jego ojciec z obrzydzenia swoja
dzialalnoscia i moralnego kaca za lata 1944-1955 nie otrzasnal sie do smierci.
Jednym z czolowych stalinizatorow polskiej literatury byl pisarz Kazimierz
Brandys. Nalezal do najbardziej agresywnych redaktorow marksistowskiej "Kuznicy"
wsciekle atakujacej przeciwnikow wladzy. Miedzy innymi "wslawil sie" skrajnie
oszczerczym atakiem na PSL mikolajczykowskie, ktore nazwal "groznym przewodem
dla faszyzmu w Polsce". W latach 1948-1951 wydal 4-tomowy cykl "Miedzy wojnami",
ktory mial obnazyc "nicosc" przedwojennej Polski i przeciwstawic jej obraz
"szczesliwych" powojennych przemian. Juz pierwsza powiesc cyklu pokazywala w
sposob zdeformowany obraz grozby "antysemityzmu" w Polsce przed 1939 rokiem.
Kolejny tom pt. "Antygona" mial dac klasowy osad "nikczemnych" burzujow,
buszujacych w Polsce miedzywojennej. Najbardziej antypolska wymowe mial
4.
tom "Czlowiek nie umiera"; zaczynal sie od "odpowiednio" wycyzelowanego
jadowitego ataku na akowskie dowodztwo Powstania Warszawskiego: "5 pazdziernika
hrabia Bor-Komorowski, wystraszony skutkami zbrodni, sploszony jak szczur dymem
plonacego miasta i widokiem podstepnie przelanej krwi, ktorej byl hojnym
szafarzem, rozwscieczony wreszcie niemila sytuacja, obnazajaca zbyt jaskrawo
zdrade 'londynskiego dowodztwa' - ktore pod haslem powstania przeciwko okupantom
usilowalo pchnac mlodziez warszawska przeciwko wyzwolenczym armiom, radzieckiej
i polskiej - wystraszony, sploszony i rozwscieczony tym wszystkim, pojechal
hrabia Bor do Ozarowa. Tam w kwaterze dowodcy SS von dem Bacha, po
przyjacielskiej gawedzie, w ktorej obydwaj generalowie odnalezli wspolnych
przodkow po kadzieli - podpisano akt kapitulacji".
Ksiazka Brandysa
spelniala wszystkie wymogi najbardziej agresywnego socrealizmu, pietnowala
dywersje "wrogow ludu" i roznych lancuchowych "psow imperializmu". Ludowe wladze
zadbaly o odpowiednie spopularyzowanie tak zarliwego pisarza. Jak po latach
wspominal sam Brandys w "Miesiacach", w jednej ze spoldzielni kazdy, kto chcial
kupic wiadro, musial obowiazkowo kupic ktorys z tomow wiekopomnego cyklu "Miedzy
wojnami". Po latach mocno wyszydzil te sprzedaz wiazana Herbert. W sluchowisku
radiowym "Lalek" dal obraz wielobranzowego sklepu, w ktorym smola jest
przemieszana z Brandysem, zgrzeblami, lancuchami i butami. W kolejnej ksiazce,
"Obywatele", Brandys doslownie poszedl na calosc w tropieniu i demaskowaniu
roznych "wrogow ludu". Najczarniej narysowal postaci deprawujacego mlodziez
reakcyjnymi pogladami ksiedza katechety Lesniarza i jeszcze niebezpieczniejszego
od niego wroga klasowego, nauczyciela Dzialynca. Jako wzor dzialania dla
czytelnikow postawieni zostali w powiesci Brandysa czujni zetempowcy, ktorzy
gorliwie szli po tropach antyludowej zdrady. Nie zabraklo i odpowiednio
nakreslonego "szczesliwego" konca calej epopei. Byl nim w ksiazce Brandysa
proces "pieciu bankrutow politycznych, pieciu zajadlych wrogow Polski Ludowej".
Wena "ideowa" Brandysa przejawila sie rowniez w jego zalosnych lkaniach po
smierci Stalina. Pisal: "Wiesc o smierci Stalina porazila serca nasze
najokrutniejszym bolem". I wzywal wszystkich tak jak on rozpaczajacych, aby
pamietali, ze jedyne, co pozostaje do zrobienia, "gdy odchodza ludzie najblizsi
i najbardziej kochani, (...) to przysiega zlozona w duszy: przysiega wiernosci
dla ich mysli i pragnien".
We wrzesniu 1955 r. Brandys opublikowal jeden z
najbardziej kompromitujacych wytworow swej "tworczosci" - opowiadanie "Nim
bedzie zapomniany". Byl to bardzo nikczemny w stylu atak na Czeslawa Milosza,
ktoremu Brandys zapowiadal szybkie zapomnienie, czyli cos, co oznaczalo
najciezsza w obyczaju zydowskim klatwe. Tekst opowiadania roil sie od
najskrajniejszych inwektyw pod adresem Milosza, portretowanego pod nazwiskiem
Wejmonta: "Ta mysz uciekla z prawdziwie trudnego kursu. Nie robcie z niego
ideologa. To mysz (...). Za rok nie starczy mu sliny, by na nas pluc. Juz nas
nie obejmie rozumem ta mysz. Nic z niego zostanie".
W lewicowych mediach
jako rzekomy autorytet czesto wystepowal Jan Kott, bez watpienia jeden ze
sprawcow najgorszych spustoszen w sferze kultury w czasach stalinowskich. Prawde
o jego owczesnej niszczycielskiej dzialalnosci probowano odsylac w niepamiec,
tym mocniej za to eksponujac walory jego pozniejszej tworczosci (zwlaszcza
esejow "Szekspir wspolczesny"). Adam Michnik poswiecil Kottowi ogromny artykul w
Magazynie "Gazety Wyborczej" (luty 1995), juz na wstepie anonsujac: "Jak
rozumiec zakrety tworczosci Jana Kotta? Kim jest w polskiej kulturze ten
fechmistrz slowa i awanturnik, Don Juan i globtroter, anarchista i ateista, Zyd
i komunista, liberal i gorszyciel, emigrant i prowokator? Pisarstwo Kotta i jego
biografia sa rodzajem lamiglowki". Jednak dla wielu osob biografia Kotta nie
byla zadna lamiglowka; widziano w nim ucielesnienie nieuczciwosci i cynicznego
karierowiczostwa; do takiej oceny przychylali sie m.in. A. Hertz oraz Jerzy
Giedroyc, ktory w liscie do Witolda Gombrowicza (18 V 1963 r.) pisal, ze Jan
Kott jest jednym z tych, ktorzy "stali sie szmatami i bezwolnymi narzedziami
nieinteligentnego systemu". Leopold Tyrmand pisal o "lokajskim Jana Kotta
ukorzeniu sie przed nieodwracalna Brutalnoscia Historii". Kott, tak
bezkrytycznie fetowany w "Gazecie Wyborczej", w przeszlosci niejednokrotnie
chetnie siegal do idei zmitologizowanego postepu, by usprawiedliwiac wszelkie
stalinowskie zbrodnie. Gustaw Herling-Grudzinski opisal swa rozmowe z Kottem:
"Zgadalo sie o Katyniu, nie obral oficjalnej linii postepowania. Wydal tylko
wargi i syknal z usmiechem: 'Coz znaczy kilka tysiecy oficerow wobec Historii w
marszu'" (G. Herling-Grudzinski, Dziennik pisany noca, Warszawa 1990).
W
swym zadaniu radykalnego przeksztalcenia literatury i humanistyki jako jednego z
imperatywow wychowawczych nowego ustroju Kott byl bardzo bezwzgledny. Odrzucal
do lamusa Zygmunta Krasinskiego i Stanislawa Wyspianskiego, Stefana Zeromskiego,
Henryka Sienkiewicza i Josepha Conrada. Wydana przez Kotta wspolnie z Wazykiem
antologia wierszy polskich od Reja po Staffa (Wiersze, ktore lubimy. Antologia,
Warszawa 1951) stala sie wzorcowym przykladem niewrazliwosci stalinowskiej
krytyki literackiej na autentyczne piekno i wielkosc poezji. Juz w przedmowie
Kott i Wazyk zdyskredytowali dorobek "reakcyjnych" polskich poetow na czele z
Krasinskim, stwierdzajac m.in.: "Krasinski pisal wiersze nieporadne,
egzaltowane, wytrawione z ziemskiej materii. Tych kilku wierszy Krasinskiego,
ktore mozemy polubic, szukalismy ze swieczka w reku". Wierszom Krasinskiego
poswiecono tylko dwie strony, szesc razy wiecej miejsca przeznaczono na zupelnie
zapomniane wiersze Wladyslawa Syrokomli, np. "Powrot Janka z targowiska", widzac
w nich wspanialy wzor demaskowania "systemu feudalizmu panszczyznianego".
Bedac jednym z filarow marksistowskiej "Kuznicy", pierwszego wielkiego forum
sowietyzacji kultury polskiej, Kott wystapil m.in. z gwaltownym atakiem na
wymowe "Lorda Jima" Conrada, widzac w gloszonych w nim idealach heroizmu i
honoru wzor "niebezpiecznej" ideologii, wyznawanej pozniej przez zolnierzy Armii
Krajowej. Witold Wirpsza wspomnial w rozmowie z Trznadlem: "Pamietam oblakany
atak Kotta na Conrada, jego teza bylo (...), ze Conrad byl ulubiona lektura
mlodziezy akowskiej, mlodziez akowska byla faszyzujaca, ergo - Conrad byl
prefaszystowski". Wirpsza wspomnial rowniez swa rozmowe z Kottem po latach: "Ja
sie go wrecz zapytalem: po cos ty te wszystkie glupstwa pisal? To on mi
odpowiedzial bardzo prosto, w co nie wierze: bo sie balem.
Ja sobie tak
mysle: atakowac Conrada dlatego, ze sie bal? Czego?" (J. Trznadel, Hanba
domowa). "Bojazliwy" Kott przez lata atakowal wielu roznych "wrogow" socjalizmu,
od Kosciola katolickiego, zbrojnego podziemia i gen. Andersa, po roznych
"reakcyjnych" tworcow. Szczegolnie gwaltownie pietnowal Kott "Kamienie na
szaniec" Aleksandra Kaminskiego. Stwierdzil: "To jest grozna ksiazka. Tak
wychowano pokolenie kondotierow".
Stalinowskie lkania Artura
Miedzyrzeckiego
Znany autorytet intelektualny, pisarz i poeta Artur
Miedzyrzecki, od 1991 r. przez wiele lat prezes polskiego Pen-Clubu, "wslawil
sie" w 1953 r. zalobnym poematem "Marzec 1953", oplakujacym smierc
generalissimusa wszech czasow Josifa Wisarionowicza Stalina. Miedzyrzecki lkal z
ogromna sila:
Przyszlo, za gardlo scisnelo, /Mijaly doby; /Sluchalismy, nie
rozumiejac, /O smierci, mece choroby. /Sluchalismy do rozpaczy /Bolejacy niemi
/Stalin. Duma dni naszych. /Najwiekszy z ludzi na ziemi. /Wrocil nam wolnosc.
Byl dla nas /Najlepszym z przyjaciol. /Nauczyl nas mestwa i trwania. /Nawet w
bolu i placzu. (...) /Plakalismy w Warszawie, /Na Slasku, na dumnym Helu, /I
przysiegalismy sprawie, /I przysiegalismy dzielu. (...) /Wybudujemy nad Wisla
/Piekna, szczesliwa ziemie. /Wrogow zmieciemy. Przyszlosc /Nazwiemy Jego
imieniem. (...)
Miedzyrzecki byl "zaangazowany" rowniez w liczne inne
poetyckie popularyzacje stalinowskich klamstw komunistycznych. Byl m.in. autorem
wiersza "Dzieci Juliusza i Ethel", wybielajacego jako rzekome niewinne ofiary
sowieckich szpiegow atomowych Juliusza i Ethel Rosenbergow. Szkalujac wladze
amerykanskie, ktore wydaly wyrok na sowieckich szpiclow, Miedzyrzecki apelowal:
"Uczcie sie nienawidzic knebla, co usta zatyka". Bohdan Urbankowski tak
komentowal w ksiazce "Czerwona msza albo usmiech Stalina" wymowe wiersza
Miedzyrzeckiego: "Zostalo wymuszone potepienie 'imperializmu', wymuszona zostala
nienawisc. Organizowanie nienawisci to zarazem szczyt mozliwosci propagandy
komunizmu, szczyt mozliwosci tej poezji".
Jednym z najbardziej popieranych
faworytow komunistycznej wladzy byl znany poeta zydowskiego pochodzenia z grupy
Skamandrytow Julian Tuwim. Jeszcze podczas wojennego pobytu na Zachodzie dawal
on dowody skrajnej prosowieckosci. Jan Lechon tlumaczyl swoje zerwanie z Tuwimem
w maju 1942 r. jego "slepa miloscia do bolszewizmu". Po powrocie do kraju Tuwim
nalezal do tworcow szczegolnie mocno zaprzyjaznionych z komunistyczna elita
wladzy i byl odpowiednio forowany (za prorezimowe zaangazowanie obdarowano go
m.in. willa w Aninie). Na zamowienie wladz wypisywal serwilistyczne wiersze w
stylu "Do narodu radzieckiego", wyslawiajacego "wiecznie zywego herosa Stalina".
W paszkwilanckim wierszu "We mgle" Tuwim kreslil potwornie czarny obraz
"zdegenerowanych" polskich emigrantow, snujacych pijackie mrzonki o wojennej
pozodze atomowej. Zgodnie z owczesna ideologia haslem "Kto nie jest z nami,
przeciw nam" Tuwim pietnowal apolitycznosc jako dowod ukrytej wrogiej niecheci
do systemu. W wierszu "Archaniol" atakowal "stara swinie reakcyjna, absolutnie
apolityczna i zupelnie bezpartyjna".
Jakze wielu z tych
"antynacjonalistycznych" tworcow lgnelo do rezimu bez najmniejszych nawet
ociagan, ba, bez poczucia smiesznosci pewnych gestow. By przypomniec chocby
opisane przez Irene Krzywicka zdarzenie na "fajfiku" u Tuwima. W pewnym momencie
Tuwim zerwal sie i glosem pelnym emocji wzniosl toast "za zdrowie naszego
ukochanego, jedynego, niezastapionego prezydenta Bieruta". Wszyscy wstali i z
pelna powaga zaczeli tracac sie kieliszkami. Irena Krzywicka opisala tez inna
scene na "fajfiku" u Tuwima. Poeta zaprosil w goscine samego Bermana i odnosil
sie do niego z ogromna sluzalczoscia. Przypomnijmy, ze Milosz wyszydzal kiedys
Tuwima wlasnie za jego obecnosc "na balu w UB".
Dla pelniejszego obrazu
warto dodac jednak, ze ten sam dworski, rezimowy poeta J. Tuwim zdobyl sie w
1947 r. na piekny gest, bardzo nietypowy dla calego jego otoczenia. Jak pisze
historyk Marek J. Chodakiewicz, w 1947 roku Tuwim wstawil sie u Bieruta za
kapitanem Jerzym Kozarzewskim i jego piecioma towarzyszami z NSZ. Grozila im
kara smierci. Interwencja Tuwima uratowala im zycie (wg: M.J. Chodakiewicz,
Zydzi i Polacy 1918, 1955, Warszawa 2004, s. 430). W 1951 r. Tuwim kolejny raz
wstawil sie za Kozarzewskim (por.: tamze, s. 430-431).
Inny sluzalczy tworca
doby stalinizmu Jozef Hen, byly oficer polityczny, przebil wszystkich ekstaza
radosci z powodu "powrotu" rzekomego "warszawiaka", rosyjskiego marszalka
Konstantego Rokossowskiego do Polski. Napisal wowczas w marksistowskiej
"Kuznicy" dytyramb ku czci Rokossowskiego ze slowami: "Wrocil orzel. Orzel,
ktoremu skrzydla przypiela Rewolucja. (...) Wrocil Konstanty Rokossowski. Nasz
Rokossowski".
Jedna z najhaniebniejszych kart literatury doby stalinizmu
stanowila owczesna tworczosc bardzo znanego autora tekstow dla dzieci: "Kaczka
dziwaczka", "Akademia Pana Kleksa" itp., Jana Brzechwy (J. Lesmana). Niestety, w
latach stalinowskich wyroznil sie on szczegolnie grafomanskimi wierszami
politycznymi. Atakowal "pasibrzuchow wiejskich" i innych "wrogow klasowych",
"Ameryke gieldziarzy, lgarzy i szalbierzy". Pisal z emfaza:
Leza imperialisci
na pokladach yachtow, /Chca agresji, chca wojny, zyskownych konszachtow. /A tu
Apel Sztokholmski: stek zlosliwych szykan! /Watykan cud uczyni i Hitlera
wskrzesi.
Atakowal "amerykanski imperializm", Zachod jako zbior podzegaczy
wojennych, pietnowal rzekome zwiazki emigracji polskiej z hitlerowcami. Napisal
pelne socrealistycznego patosu "Strofy o planie 6-letnim". W odrebnej ksiazeczce
"Stonka i bronka" "zdemaskowal" amerykanska stonke ziemniaczana niszczaca
podstepnie plony w Polsce. Nie zwazajac na to wszystko jacys lewacy
-
ignoranci, postanowili uczcic mianem poety kolaboranta wiejska szkole w
Dmosinie. Gdy czesc miejscowej ludnosci, lacznie z proboszczem ks. Tadeuszem
Piotrowskim, wystapila przeciw takiemu nobilitowaniu stalinowskiego kolaboranta,
natychmiast w "Wyborczej" i gdzie indziej oskarzono ich o "antysemityzm", bo
Brzechwa (Lesman) byl Zydem. Wystepowalem w obronie oskarzanych o rzekomy
antysemityzm parafian z Dmosina i ks. Piotrowskiego, przypominajac m.in.
znakomity wiersz slynnego patriotycznego polskiego poety zydowskiego pochodzenia
Mariana Hemara "Odpowiedz Brzechwie". Hemar wysmial tam bezlitosnie kolaborancka
sluzalczosc Brzechwy, piszac m.in.:
(...) Panie poeto, co w kraju Traugutta,
/Okrzei, Ziuka i ksiedza Skorupki, /Stajesz w obronie jakiegos Bieruta
/Wykpiwasz wrogow jakiegos Osubki /I to ci starcza za wolnosc! I taka /Twoja
poety duma i Polaka. (...)
(por. szerzej: J.R. Nowak, Spor o kolaboranta
Brzechwe, Warszawa 2001, s. 18-22).
Dla tych, ktorzy zachwycali sie swietnym
piorem Antoniego Slonimskiego (przez wiele lat swymi felietonami stanowil
ogromny atut "Wiadomosci Literackich"), prawdziwym szokiem bylo jego
zaangazowanie sie w stalinizacje polskiej kultury. Slonimski poczatkowo byl z
dala od glownego frontu polityki kulturalnej; mial wygodna synekure na Zachodzie
jako etatowy pracownik UNESCO (1944-1948), a do 1951 r. jako dyrektor Instytutu
Kultury Polskiej w Londynie. Powrocil do kraju w 1951 r. i od razu wlaczyl sie w
stalinowska propagande. 4 listopada 1951 r. opublikowal w PZPR-owskiej "Trybunie
Ludu" atak na Milosza w zwiazku z jego "wybraniem wolnosci" na Zachodzie. Tekst
Slonimskiego roil sie od wyzwisk i insynuacji: "Wrogiem jestes naszej
terazniejszosci, ale co cie przeraza najwiecej, to nasza przyszlosc (...) nie
chcesz wyzwolenia wlasnego narodu z jarzma kapitalistycznego. Czego chcesz?
(...) Badzmy szczerzy. Chcesz jednej tylko rzeczy. Chcesz wojny. (...) Na
trupach nowych milionow dzieci, kobiet i mezczyzn (...) opierasz swoje nadzieje.
(...) Sprzymierzencami twoimi sa przywrocone do zycia upiory hitlerowskie".
Tworca, ktory niegdys nalezal do najoryginalniejszych indywidualnosci
polskiego zycia kulturalnego, posunal sie do stworzenia jednego z najbardziej
serwilistycznych panegirykow na czesc Bieruta. Jego "Portret Prezydenta" Bohdan
Urbankowski nie bez racji nazwal "szczytem polsko-sowieckiej poezji dworskiej".
Sluzalstwo Slonimskiego wobec rezymu sprowokowalo wiersz ("Do poety rezymu")
slynnego poety emigracyjnego Mariana Hemara:
(...) Patrzeciez na tego
Slonimskiego /To on, sympatyk lewicowiec /Od Saint Simona i Steckiego, /Byly
Beckowiec i ludowiec /Co 'lubil lud, lecz w lemoniadzie' /(Jak kiedys pisal w
swej 'Paradzie') /I byly Mikolajczykowiec, /Adiutant Kota i praporszczyk, /Byly
kosynier i liberal, /Byly Pilsudczyk i Sikorszczyk. (...) /Wczoraj
ziemiansko-cukierniczy, /Dzisiaj wlosciansko-robotniczy. /Przechrzta co tydzien,
na wyscigi, /Co z wszystkich sobie wzial religii /Jedna religie: Oportunizm
/Dzis sie obrzezal na komunizm. (...) /Poecie wolno szkod przyczynic /Wolno sie
zalgac i zeswinic, /Merdac ogonem i uciekac, /Pod stol wlezc i hau-hau,
odszczekac, /Wolno ze slowa zrobic lajno - /Jak tylko wierszem, to juz fajno!
(...).
Poczawszy od tzw. odwilzy Slonimski zrobil bardzo wiele dla
zrehabilitowania sie za teksty z poczatku lat 50. Stal sie sztandarowa postacia
odnowy w zyciu literackim, przewodzac Zwiazkowi Literatow Polskich (1956-1959) w
walce o swobody tworcze; byl inicjatorem slynnego listu 34 intelektualistow
(1964), protestujacego przeciw cenzurze.
Do apologetow stalinizmu w Polsce
nalezal pisarz Julian Stryjkowski (Pesach Stark), wieloletni wspolredaktor
czolowego czasopisma literackiego "Tworczosc", laureat nagrody panstwowej
(1952). Byl m.in. wspolpracownikiem gadzinowki "Czerwony Sztandar" w czasie
okupacji sowieckiej we Lwowie (1939-1941). W 1945 r. jako wspolpracownik organu
Zwiazku Patriotow Polskich "Wolna Polska" w Moskwie publikowal prosowieckie
teksty, m.in.: "Walka trwa. Jest to walka oczyszczajaca. W Polsce dzialal nie
tylko okupant. Pomagala agentura z zagranicy, mieniaca sie do niedawna 'rzadem
polskim'... Okupant budowal obozy smierci, rzad kazal na to patrzec bezczynnie,
a nawolywal do walki bratobojczej". Stryjkowski w owym czasie pisal o rzadzie w
Londynie jako "wilkolaczym pomiocie, ktorzy trzeba wytepic"; o sanacyjnych
spadkobiercach propagandy Goebbelsa, ktorzy przyszli w sukurs Hitlerowi w
prowokacji katynskiej; o "nienawisci polskich marionetek, protestujacych
przeciwko reformie rolnej, gdy za sznurki pociagaja przemyslowi magnaci i
ziemscy wlasciciele"; o Pilsudskim, ze szykowal sie do wspolpracy z Hitlerem; o
Andersie, ze "tworzyl obozy koncentracyjne w Palestynie i Wloszech, by nie
pozwolic zolnierzom na powrot do Ojczyzny". Pozniej Stryjkowski jako pracownik
Polskiej Agenci Prasowej byl autorem rozlicznych klamliwych tekstow pisanych na
zamowienie rezymowej propagandy, az wreszcie osiagnal najwiekszy sukces. Zostal
nagrodzony nagroda panstwowa za "demaskujaca" kapitalizm powiesc "Bieg do
Tragala".
Stryjkowski nigdy nie zdobyl sie na samorozliczenie ze swymi
haniebnymi klamstwami na temat Polski. Przeciwnie, pieczolowicie eksponowal sie
jako rzekoma ofiara "polskiego antysemityzmu", ktora przesladowano na ulicy juz
za sam wyglad, pokrzykujac za nim "Mosiek". Marianowi Brandysowi wyznal wprost:
"Nienawidze tego kraju" (tj. Polski - wg: M. Brandys, Dziennik 1972, Warszawa
1996, s. 97). ND 2006.09.06.
Nowe klamstwa Grossa (16) - Sowietyzacja nauki!
W miejsce
usuwanych przez władze znakomitych uczonych błyskawicznie awansowano różnych
młodych "janczarów" reżimu, gotowych na maksymalne szkalowanie polskości i
panegiryczne wysławianie Związku Sowieckiego. Nader typowa pod tym względem była
przyśpieszona kariera Włodzimierza Brusa.
Ten przebywający na emigracji od
1968 r. ekonomista należy dziś do najbardziej fetowanych przez lewicowe media
pseudoautorytetów. Warto przypomnieć początki jego awansów w czasie, gdy do dziś
próbuje się tuszować bardzo ciemne plamy w życiorysie Brusa w czasach
stalinowskich. Jeszcze 25 marca 1996 r. Marek Beylin gwałtownie zaatakował w
"Gazecie Wyborczej" ówczesnego prezesa Sądu Najwyższego prof. Adama Strzembosza
za wymienienie w "Rzeczpospolitej" z 18 marca 1996 r. Włodzimierza Brusa wśród
najgorszych propagandystów PRL-u, którzy za swą rolę w totalitaryzacji kraju
powinni być pozbawieni tytułów i stopni naukowych. Wybielając Brusa, Beylin
zaakcentował, że w latach 50. i 60. był on jedną z czołowych postaci
opozycyjnego środowiska rewizjonistów partyjnych, a w 1968 r. "faktycznie został
wygnany z kraju". Beylin "dziwnie" jakoś pominął wielkie "zasługi" bronionego
przez siebie autorytetu dla walki z polskością i panegirycznego propagowania
stalinowskiej Rosji w latach 40. i 50.
Urodzony w 1921 r. Włodzimierz Brus
już w wieku dwudziestu paru lat został majorem WP, a po oddelegowaniu go na
uczelnię w wieku 28 lat (w 1949 r.) błyskawicznie został profesorem Szkoły
Głównej Planowania i Statystyki. Za jakież to zasługi zrobił tak olśniewającą
karierę naukową?! Otóż nie miał w tym czasie na swym koncie żadnej liczącej się
pracy ekonomicznej, lecz za to sporo broszur - niewybrednych paszkwili na Polskę
niepodległą 1918-1939. Już w 1945 r. wydał w "Bibliotece Żołnierza" (pod nr. 27)
w Wydawnictwie Oddziału Propagandy Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego
Wojska Polskiego broszurę "Urojenia i rzeczywistość. Prawda o ZSRR". Wychwalał w
niej sowiecką demokrację (!), sowiecki rozkwit gospodarczy (!) i rewolucję
kulturalną. Na stronie 24. broszury można było przeczytać, że "obywatel ZSRR
posiada ogromne prawa polityczne". Równocześnie Brus z ogromną werwą szkalował
historię Polski niepodległej 1918-1939, pisząc o "straszliwej zgniliźnie
ówczesnej Polski".
Uzasadniał również sowieckie kłamstwa o Katyniu. W 1945
r. wydał inną paszkwilancką antypolską broszurę "Polska 1918-26". Wśród morza
fałszów w niej zawartych wciąż przewijało się twierdzenie o "bezwzględnej
faszystowskiej dyktaturze sanacji". W ślad za tym poszły kolejne potworki
propagandowe Brusa: "ZSRR a wojna polsko-niemiecka 1939 r.". Za tego typu
"odkrycia naukowe" Brusa nagrodzono tytułem profesora. Dysponując tego typu
dorobkiem, wystąpił jako główny "ustawiacz" nauk ekonomicznych na tzw. I
Kongresie Nauki Polskiej w 1951 roku. Akcentując, że nauki ekonomiczne są "z
istoty swej partyjne", z całej ekonomii burżuazyjnej gotów był wykorzystać
jedynie materiał faktyczny, który "może być wyzyskany dla zdemaskowania
stosunków panujących w Polsce kapitalistyczno-obszarniczej". Autorytetami nowej
ekonomii byli według referenta Bierut i Minc.
Po wyemigrowaniu z Polski po
marcu 1968 r. wraz z żoną, byłą stalinowską prokurator Heleną Wolińską,
odpowiedzialną za różne mordy sądowe (m.in. na generale Fieldorfie), Brus
prezentował się jako ofiara walki o demokrację w Polsce, skrupulatnie milcząc o
swej dawnej roli w jej niszczeniu. Wykładał jako profesor na uniwersytetach w
Rzymie, Louvain, Glasgow i Oxfordzie. Ciągle zbyt mało znany jest pewien bardzo
istotny element z czasów zachodniej kariery W. Brusa, opisany po raz pierwszy
kilka lat temu w renomowanych krakowskich "Arcanach". Otóż w połowie lat 70.
wysłannicy niemieckiej bezpieki - Stasi
- przyłapali Brusa na gorącym "sam
na sam" w hotelu z kochanką. Brus tak bał się skutków wyjawienia całej sprawy
przed jego znaną z bezwzględności żoną, że bez wahania zgodził się na współpracę
z szantażującymi go ludźmi ze Stasi. I nader gorliwie wykonywał powierzone mu
zadania.
Podobnie przebiegała kariera innego "autorytetu", wybielanego w
"Gazecie Wyborczej" i podobnych mediach - socjologa Zygmunta Baumana, którego
przedstawia się głównie jako ofiarę wydarzeń marcowych 1968 roku. Tymczasem jest
on m.in. współautorem (z Jerzym Wiatrem, a w latach 1996-1997 SLD-owskim
ministrem edukacji) publikacji pt. "Obiektywny charakter praw przyrody i
społeczeństwa w świetle pracy J.W. Stalina 'Ekonomiczne problemy socjalizmu w
ZSRR'" (Warszawa 1953). Autorzy już na pierwszej stronie tekstu wychwalali
"ostatnią pracę Towarzysza Józefa Stalina" jako "potężną dźwignię rozwoju
wszystkich nauk, które z bezcennej skarbnicy stalinowskiej filozofii czerpią i
czerpać będą".
"Sowieckimi kolbami nauczymy myśleć"
Tadeusz
Kotarbiński już w 1937 r. przestrzegał przed skutkami narzucania siłą zależności
naukowców od zwierzchności władz, pisząc, że przekształci się ona w końcu w
"orgię płatnego kłamstwa". Do takiego stanu doprowadzili po 1945 r. polską naukę
liczni politrucy nauki, którym przewodził Adam Schaff. Zajmował on szczególnie
wpływowe pozycje w nauce jako członek KC PPR, a później PZPR, dyrektor Instytutu
Nauk Społecznych przy KC PZPR, redaktor naczelny "Myśli Filozoficznej", później
dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii (do 1968 r.), członek PAN. Już w 1947
r. Schaff wystąpił z gloryfikacją relatywizmu moralnego, stwierdzając na łamach
"Odrodzenia": "Dla marksizmu moralne jest to, co odpowiada interesom klasy
robotniczej". W 1948 roku w artykule "Klasowy charakter filozofii" dekretował:
"Kto milczy, ten popiera obiektywnie istniejący stan rzeczy, kto nie opowiada
się za postępem, ten jest obiektywnie przeciw niemu". W artykule "Dziesięć lat
walki o zwycięstwo filozofii marksistowskiej" ("Myśl Filozoficzna" 3 (1954))
Schaff stwierdzał m.in.: "Nie ulega wątpliwości, że filozofia katolicka zarówno
ze względu na swój szeroki zasięg, jak też i na bojowo-reakcyjny charakter jest
dziś głównym przeciwnikiem naukowej filozofii". Za tego typu "rozpoznaniem" ze
strony Schaffa następowały konkretne administracyjne uderzenia w "upartych"
katolickich filozofów. W swych napastliwych tekstach Schaff nie oszczędzał także
dawno nieżyjących myślicieli, np. w książce "Rozwój wpływów filozofii
marksistowskiej w Polsce" pisał: "Antykomunista, wróg socjalizmu, nacjonalista i
prekursor idei faszystowskiej w Polsce - oto właściwe oblicze ideologiczne
Stanisława Brzozowskiego".
Schaff należał równocześnie do najbardziej
niewybrednych pochlebców generalissimusa Stalina. Po jego śmierci zapewniał w
"Myśli Filozoficznej" nr 2 (1953): "Umarł Stalin, ale dzieło Jego żyje i jest
nieśmiertelne (...). Odszedł od nas Stalin - gigant myśli i czynu. (...) Naszym
wielkim zadaniem jest walka o szczytne miano uczniów Wielkiego Stalina".
Schaff - ideolog, który odegrał tak ponurą rolę w niszczeniu polskiej nauki
- jeszcze wiele lat po upadku stalinizmu próbował uzasadniać rządy totalitaryzmu
w Polsce, głosząc na spotkaniu w Oxfordzie, że "tylko komunizm chroni Polaków
przed faszyzmem" (cyt. za: A. Walicki, Zniewolony umysł po latach, Warszawa
1993, s. 205). W okresie stanu wojennego "wsławił się" szczególnie brutalnymi
atakami na "Solidarność" i prawdziwie groteskową propozycją przyznania Pokojowej
Nagrody Nobla gen. W. Jaruzelskiemu (por. wywiad z J. Szpotańskim w "Tygodniku
Solidarność" z 10 marca 1995 r., przeprowadzony przez A. Zambrowskiego na temat
książki A. Schaffa, Pora na spowiedź). Schaff nigdy nie przeprosił za szkody
wyrządzone przez niego polskiej filozofii i całej polskiej nauce. Przeciwnie, w
latach 80. i 90. opublikował szereg książek, w których zawarł apologię swego
życia, wysławiając siebie samego jako wielkiego uczonego i wizjonera; to
samouwielbienie łączy on z antypolskim urazem. W 1995 r. pisał w książce
"Notatki kłopotnika", że polski Naród "jest chory na antysemityzm"; w innej
książce: "Pora na spowiedź" (Warszawa 1993), twierdził, że Belweder w nocy z 4
na 5 czerwca 1992 r. uratował Polskę przed "faszystoidalnym przewrotem - który
byłby początkiem Finis Poloniae".
Do najgorliwszych stalinizatorów nauki
polskiej i szczególnie zajadłych wrogów patriotyzmu polskiego i katolicyzmu
należał filozof Tadeusz Kroński, który kierował Katedrą Historii Filozofii
Nowożytnej Uniwersytetu Warszawskiego. W liście do Miłosza z 7 grudnia 1948 r.
zapowiadał: "My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć
racjonalnie, bez alienacji" (Cz. Miłosz, Zaraz po wojnie. Korespondencja z
pisarzami 1945-1950, Kraków 1998). Kroński, skądinąd bardzo bliski przyjaciel
Miłosza, będący jego "filozoficzną gwiazdą", szczególnie gwałtownie atakował w
swym liście "nikczemną do szpiku kości prawicową inteligencję polską".
Zapowiadał, że musi być "zdławiony" polski romantyzm i katolicyzm.
Z kolei
socjolog Julian Hochfeld, obecnie przedstawiany jako jeden z wybitniejszych
rzeczników "socjalizmu z ludzką twarzą" (wybielany m.in. przez Andrzeja
Friszkego, autora pełnej zafałszowań historii opozycji politycznej PRL), był
m.in. autorem tekstu przeciw podziemiu politycznemu opublikowanego na łamach
PPS-owskiego "Robotnika" (18 VI 1946). Artykuł ukazał się kilka tygodni po
ogłoszeniu komunikatu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zarzucającego
siedmiu czołowym działaczom PPS-WRN rzekomą ścisłą współpracę z wywiadem
andersowskim, szpiegostwo i współdziałanie w aktach terroru. Hochfeld w swym
tekście wtórował tezom oskarżeń ukutych przez kierownictwo komunistycznej
bezpieki, pisząc: "Podziemie - także, a nawet przede wszystkim to, które się
stroi w socjalistyczne piórka lub które infiltruje w szeregi ruchu robotniczego
- jest narzędziem zbrodni politycznej, którą zwalczamy i zwalczać będziemy z
całą nieustępliwością. (...) Niech nikt z nas nie liczy na pobłażliwość.
Organizm partyjny jest w zasadzie zdrowy. Ale to, co narosło na nim, co jest
chore - zostanie wycięte, by zdrowego organizmu nie zakaziło". Maria Dąbrowska z
oburzeniem pisała o schematycznej marksistowskiej przedmowie, którą Hochfeld
napisał do przełożonych przez nią dzienników XVII-wiecznego angielskiego
pamiętnikarza Samuela Pepysa. Według Dąbrowskiej, Hochfeld twierdził m.in., że
całe dotychczasowe dzieje ludzkości były prehistorią, w której "właściwie
wszystko było małe, a prawdziwa historia zaczyna się dopiero od rewolucji
październikowej".
Zniewolone umysły
Historię próbowała
"skomunizować" Żanna Kormanowa (z domu Zelikman). W czasie wojny jeszcze tylko
dyrektorka szkoły średniej, po wojnie (1949) została mianowana profesorem i
objęła kierownictwo działu historycznego w organie KC PZPR "Nowe Drogi".
Prowadząc inkwizytorską kampanię przeciw starym, zasłużonym historykom polskim,
oskarżając ich "o ideologiczną aprobatę... polskiego faszyzmu", Kormanowa
stawiała swoisty wzór pisania o historii; był nim według niej "Krótki kurs
historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików)" - "niezawodny i
nieodłączny doradca każdego historyka XIX i XX wieku, niezastąpiona skarbnica
teorii dla każdego badacza przeszłości" (P. Hübner, Nauki społeczne i
humanistyka - mechanizmy zniewolenia w: Politycy wobec przemocy 1944-1956,
Warszawa 1996).W referacie na Zjeździe Historyków w dniach 30 czerwca
- 1
lipca 1950 r. Kormanowa zaatakowała "dywersję antyradziecką" w historii i
"agenturę Watykanu" wśród historyków, podkreślając, że "Historia nie oparta o
metodologię marksistowską (...) jest naukowo bezpłodna, nie jest naukową w
pełnym tego słowa znaczeniu". Niszczycielska rola Kormanowej w dziedzinie
polskiej historii była postrzegana przez bardzo wiele osób, nawet spoza sfery
naukowców. Dąbrowska już w lutym 1948 r. nazwała Kormanową w swym dzienniku
"jawnym wrogiem wszelkiej polskości".
W walce przeciw starej profesurze
bardzo przydatni byli nowi, skrajnie niekompetentni pseudonaukowcy, jak np.
krewny J. Bermana - Rafał Gerber. Zrobił błyskawiczną karierę naukową (doktorat
1950 r., profesura 1954 r.), choć nie napisał żadnej własnej książki. Przez
kilka lat pełnił funkcję dyrektora centralnego archiwum państwowego, wyrządzając
swoją działalnością niepowetowane szkody. Była pracownica podległego mu archiwum
Klara Mirska, ogromnie ceniąca Polaków Żydówka, w wydanej na emigracji w Paryżu
w 1980 r. książce "W cieniu wielkiego strachu" zarzuca Gerberowi świadome
zaprzepaszczenie zbieranych przez nią całymi latami wielkich zbiorów relacji
Żydów uratowanych przez Polaków. Gerber uznał te relacje za rzekomo
bezwartościowe z punktu widzenia naukowego.
Szczególnie niszczycielską rolę
odgrywali różnego typu "marksistowscy" krytycy i teoretycy literatury, np.
sławna niegdyś, a obecnie całkowicie zapomniana "krwawa Melania" - Melania
Kierczyńska (Cukier). W 1949 r. wystąpiła ona w "Kuźnicy" ze swoistą wykładnią
patriotyzmu, ściśle wiążąc go ze stosunkiem do ZSRR: "Prawdziwy patriotyzm
Polaka, Francuza czy Anglika zakłada przyjaźń i podziw dla państwa, które
przoduje ludzkości w obronie pokoju, na drodze do społecznego i narodowego
wyzwolenia, do socjalizmu".
Prawdziwie dyktatorską pozycję w muzykologii
sprawowała Zofia Lissa, która już w latach 1939-1941 "wyróżniła się" prosowiecką
gorliwością we Lwowie. Od 1951 r. była profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, a
od 1954 r. dyrektorem Instytutu Muzykologii na tym uniwersytecie. Wydała ona
m.in. 140-stronicową kuriozalną pracę o potrzebie przeniesienia ekonomicznych
wskazań Stalina na teren muzyki. W traktacie zatytułowanym "O obiektywności praw
w historii i teorii muzyki. Na marginesie pracy J.W. Stalina 'Ekonomiczne
problemy socjalizmu w ZSRR'" (Warszawa 1954) Lissa pisała: "To, co Stalin mówi o
odkryciu i zastosowaniu nowych praw ekonomicznych, godzących w interesy klas
ginących i to, co mówi o oporze tych klas przeciw tym prawom, daje się również
przenieść i na teren walki o nowe metody twórcze w muzyce polskiej. Źródła oporu
są te same i perspektywy ich likwidacji - również te same". Tego rodzaju
absurdalne teksty wypełniały całą pracę tego czołowego marksistowskiego
autorytetu w dziedzinie muzyki. Lissa przewyższała wszystkich innych
konsekwencją w propagowaniu leninizmu-stalinizmu w muzyce, np. już w 1950 r.
wygłosiła referat "Leninowska teoria odbicia a estetyka muzyczna". Za ten
dorobek i szczery upór w dążeniu do likwidacji "reakcyjnego" oporu w muzyce
została nagrodzona w lipcu 1953 r. Nagrodą Państwową II
stopnia.
Stalinowski dyktator polskiego filmu
Główną osobą
nadzorującą stalinizację polskiego kina był Aleksander Ford. Już przed wojną
należał do wojujących lewicowców. We wrześniu 1939 r. okazał swą targowicką
postawę, stawiając się w Mińsku do dyspozycji ekip, kręcących materiał z
triumfalnego pochodu Armii Czerwonej na ziemiach polskich, po sławetnym "ciosie
w plecy" II RP (por. J. Skawińska: "Sowiecka propaganda filmowa" w: "Myśl
Polska" z 18 września 1994 r.)
W 1943 r. zorganizował w ZSRR pod kuratelą
Związku Patriotów Polskich tzw. Czołówkę Filmową Wojska Polskiego. Po wojnie
przejął kierownictwo wytwórni Film Polski. Znany był ze swej niechęci do
patriotycznych twórców. Odegrał wielką rolę w zaszczuciu jednego z większych
talentów polskiego kina - reżysera Jerzego Gabryelskiego, byłego asystenta Jeana
Renoira i René Claira. Gabryelski kręcił tuż po wojnie filmy o obronie Warszawy
i Powstaniu Warszawskim. W 1946 r. został zadenuncjowany przez Forda i
aresztowany przez NKWD, spędził trzy miesiące w więzieniu jako "czarny
reakcjonista" i "antysemita" (wg J. Skwara: "Dramat Jerzego Gabryelskiego",
"Słowo Narodowe", 1990, styczeń, nr 1).
Leopold Tyrmand tak scharakteryzował
w swym "Dzienniku 1953" metody postępowania Forda: "Ford spełnia każde nakazy
kursu czy etapu, a jego jedynym celem są nagrody, wyjazdy do Cannes, dobra
materialne, własne możnowładztwo w Łodzi, polsko-komunistycznym Hollywoodzie na
jego miarę. Ford ma metodę: potrafi tak skumulować fałsz, że nic się odkłamać
nie daje, trzeba umieć przekreślić całość, a to dla prostego człowieka nie takie
proste, bowiem Ford tu i ówdzie wsadzi jakiś ozdobnik, jakieś wesele, jakiś
korowód pełen filmowej dynamiki, i szary człowiek macha ręką na cuchnące
kłamstwo, zadowolony, że coś miga, coś się kręci".
Pod kierownictwem Forda
konsekwentnie pomniejszano znaczenie polskiego czynu zbrojnego w czasie wojny,
oczerniając Polskę i Polaków. Maria Dąbrowska pod datą 13 kwietnia 1948 r.
odnotowała w swych "Dziennikach" uwagi o fałszerstwach filmu "Ostatni etap",
zrealizowanego przez jedną z najbardziej skompromitowanych postaci
kinematografii okresu stalinizmu (autorkę osławionego "Żołnierza Zwycięstwa")
Wandę Jakubowską: "Wszystko, co w obozie [w Oświęcimiu - J.R.N.] jest
sympatyczne to Rosjanki i Żydówki - oczywiście komunistki. Wszystko, co w obozie
zdeprawowane i łajdackie, to Polki (...). Polka - szalbierka aptekarzowa udająca
lekarkę, idiotka i nikczemnica kradnąca chorym lekarstwa (...). Patrząc na ten
skłamany film i na tę łajdacką 'polską doktorkę', myślałam ze łzami o
Garlickiej, jak sama już śmiertelnie chora, jeszcze czołgała się do chorych, aby
ich ratować. Takie były polskie doktorki w Oświęcimiu" (Dzienniki 1945-1950,
Warszawa 1988).
W styczniu 1949 r. Dąbrowska opisywała swe wrażenia z
mówiącego o tragedii Żydów z getta warszawskiego filmu "Ulica graniczna" w
reżyserii Forda, obejrzanego na wewnętrznym przedpremierowym pokazie: "Film ten
podobno dostał w Wenecji nagrodę, ale boją się go puścić w Polsce, gdyż strona
polska została pokazana tak, że już parę razy to przerabiają, jeszcze boją się
puścić. Po mnie, jak po papierku lakmusowym, chcą poznać jak zareaguje
społeczeństwo". Pisarka oglądała ten film w wąskim gronie (Ford, Jerzy Toeplitz,
żona ministra bezpieczeństwa Ruta Radkiewicz, Zofia Hofmanowa). O swoich
odczuciach pisała: "Cała tragedia żydowska pokazana jest świetnie i robi
wstrząsające wrażenie, bo robiąc ją żydowscy marksiści zapomnieli o marksizmie i
robili to ze zwyczajnie ludzką miłością. Cała strona polska jest rażąco
wypaczona, gdyż robiona jest z niechęcią, zaledwie powściąganą. (...) ten film,
zwłaszcza jako przedsięwzięcie państwowe, jest skandalem, stanowi zamaskowaną
propagandę antypolską (...). Uważam niektóre szczegóły tego filmu za wielki
skandal moralny i polityczny. Przez te szczegóły jest to film antypolski, a jest
wypadkiem chyba bez precedensu, żeby instytucja państwowa szerzyła propagandę
przeciwko narodowi, którym dane państwo rządzi. Ten film ukazuje najoczywiściej,
że jesteśmy rządzeni nie tylko przez obcych, ale przez zdecydowanych wrogów
narodu polskiego" (Dzienniki powojenne 1945-1949, Warszawa 1996).
W 1954 r.
Ford wyreżyserował jeden z najbardziej zakłamanych polskich filmów okresu
stalinowskiego - "Piątka z ulicy Barskiej", sugerujący, że "reakcyjne" podziemie
polityczne jest głównym inspiratorem przestępczości.
Ford udał się na
emigrację po marcu 1968 r.
Waldemar Łysiak przypomniał w szkicu: "Blaski i
nędze 'intelektualistów' ("Najwyższy Czas" 1 października 1994), iż większość
"intelektualistów" lat 50. "pracowała piórem i mikrofonem, przekonując
społeczeństwo, że Stalin to największy geniusz i dobroczyńca w dziejach
ludzkości, że AK była filią Gestapo, że kablowanie do UB na rodzinę i sąsiadów
to cnota obywatelska, że komunizm to raj ziemski, a socjalizm to szczyt
estetyki, itd.".
Zbigniew Herbert tak wyjaśniał w rozmowie z Jackiem
Trznadlem motywy działania stalinizujących intelektualistów: "System ten
zakładali ludzie, można ich wymienić po nazwiskach. Na początku była mała grupka
agentów, którzy uczepili się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na
cześć 'nowego' symfonie patetyczną... To było małe, głupie, nędzne, zakłamane.
(...) Artystów podniecała nowa władza, że taka prosta, przystępna i swojska.
Zaproszenie do Belwederu, nagrody, rozmowa z Bierutem. Surowy pan, ale
sprawiedliwy, podziemie wytłukł, ale nas kocha. (...) Oczywiście, to targowisko
próżności jest wpisane w atmosferę Warszawki, której nie lubię. To znaczy
towarzyskie kontakty, stoliczek w PIW-ie, stoliczek w Czytelniku, duże nakłady i
podpisywanie książek, kwiatek w celofanie, wieczór autorski, pięć tysięcy
ospałych, zmęczonych robotników przychodzi i bije brawo towarzyszowi pisarzowi.
Pycha rosła. Nigdzie w świecie realnego kapitalizmu nie powodziło się pisarzowi
tak dobrze (...) Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligencji, elity, czegoś
co było w tej sferze odpowiednikiem obecnej nomenklatury. Co oferowała ta
władza? Boską rangę, role demiurga. (...) Więc uczuli nagle, jak ster historii
jest także w ich rękach, i że opłaca się nawet w jakimś sensie okłamywać ten
zbełkotany naród, na który patrzyli z pogardą, na tę masę" (cyt. za: J.
Trznadel, Hańba domowa, Lublin 1993, s. 182-183). Prof.dr Jerzy Robert Nowak,
Nasz Dziennik 2006.09.09.
Nowe falsze Grossa (17) - Gdy awansowaly miernoty!
We wczesniejszych artykulach cyklu przedstawilem rozliczne fakty
ilustrujace bardzo duze wplywy zydowskich komunistow na przerozne sfery zycia
publicznego w Polsce po 1944 roku. Fakty te jakze wymownie przecza klamstwom
Grossa, skrajnie pomniejszajacym role zydowskich komunistow w Polsce, wrecz
probujacym wmowic amerykanskim czytelnikom, ze Zydzi w Polsce byli wowczas
dyskryminowani ("Fear", s. 222, 237, 238 i in.). W rzeczywistosci po 1944 r.
Zydzi w Polsce stanowili srodowiska szczegolnie uprzywilejowane z gory, niejako
a priori cieszace sie zaufaniem komunistycznych wladz i je popierajace. O
prawdziwym dyskryminowaniu mogly mowic natomiast ogromne rzesze Polakow, ktore
dzieki usadowieniu sie wojsk sowieckich w Polsce stracily wszelkie szanse na tak
oczekiwana niepodleglosc i suwerennosc.
Jakze falszywie brzmia w tym
kontekscie gloszone przez Grossa do amerykanskich czytelnikow zapewnienia o
rzekomym "wyzwoleniu Polski przez Armie Czerwona", o tym, ze po 1944 r. Polska
byla krajem "niepodleglym" (independent Poland, s. 82). Atmosfere tego
"wyzwalania" przez Sowietow przypomina ogromny zbior wstrzasajacych relacji o
sowieckich pacyfikacjach, mordach i wywozkach Polakow zawarty w V tomie
znakomitego dokumentalnego wydawnictwa "Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945".
Zacytuje tylko jeden meldunek z tego tomu (s. 329) - z Sarn, 13 marca 1945 r.:
"Krwawa okupacja sowiecka bestialstwem przewyzszyla niemiecka. Aresztowania w
kazdej wsi, mordy, gwalcenie dziewczat, grabiez. Aresztowanych dziesiatki
tysiecy; wywoza w nieznanym kierunku na amerykanskich samochodach lub torturuja
nagich w lochach z woda. Za posiadanie badz sluchanie radia prywatnie - kula w
leb. Wolno sluchac urzedowe 'szczekaczki', zwane obecnie 'uzlami swiazi'
(...)".
Szczegolnie spektakularnym klamstwem Grossa jest twierdzenie ("Fear",
s. 246), ze "w wiekszosci ludzie pogodzili sie z nowymi wladzami, dalej
urzadzali swe zycie tak dobrze jak tylko mogli i nie zywili w sobie palacej
nienawisci do komunizmu, gotowej do eksplodowania przy nadarzajacej sie
sposobnosci".
Moze przypomne, jak wygladalo to rzekome "pogodzenie sie z
nowymi wladzami" w przypadku okrutnie spacyfikowanej przez KBW i Armie Czerwona
w nocy 23 maja 1945 r. wioski Czysta Debina (woj. zamojskie). Uratowana z rzezi
Zofia Strzepa opisywala: "Tak witalismy wolnosc. Dokonano podpalenia wsi ze
wszystkich stron. Do zaskoczonych i uciekajacych mieszkancow zaciekle strzelano.
(...) Zraniono tez moja siostre stryjeczna, ktora z rocznym dzieckiem uciekala
przez pola. Ja rowniez, trzymajac za reke osmioletniego synka, bieglam polami.
Na szczescie kule nie dosiegly nas. (...) Popalone krowy i konie lezaly nogami
do gory, widok straszny i pelen grozy" (cyt. za: Ojczyzne wolna racz zwrocic,
Warszawa 1998, s. 39-40).
Klamstwa Grossa o rzekomym pogodzeniu sie
wiekszosci Polakow z rezimem sa szczegolnie oburzajace w odniesieniu do Narodu,
ktorego przewazajaca czesc byla nastawiona zdecydowanie antykomunistycznie i
antysowiecko. Najlepiej dowiodly tego prawdziwe wyniki referendum z 1946 r. i
wyborow z 1947 r., sfalszowanych przez wladze. Tak Gross falszuje historie
Narodu, ktory zniewalano i sowietyzowano najbrutalniejszym terrorem, aresztujac
i mordujac tysiace ludzi. Dosc przypomniec formy rozprawy owczesnego rezimu z
kilkusettysieczna rzesza bylych czlonkow oddzialow AK, NSZ czy BCh, formy
przesladowania najpotezniejszej partii demokratycznej - PSL-u, zamordowanie
wielu jej dzialaczy. Doszla do tego bezwzgledna rozprawa ze srodowiskami
zdziesiatkowanych przez niemieckie i sowieckie wladze dawnych polskich warstw
posiadajacych: ziemianstwa, kupiectwa, wlascicieli fabryk. Przeprowadzona pod
kierownictwem jednego z czolowych zydowskich komunistow - Hilarego Minca - tzw.
bitwa o handel zniszczyla trzon polskiej prywatnej inicjatywy w handlu,
przemysle i rzemiosle. Do tego doszla pozniej walka z tzw. kulactwem, niszczaca
nie tylko zamoznych chlopow, ale wszystkie bardziej prezne i przedsiebiorcze
elementy na polskiej wsi. O tym wszystkim Gross nie pisze nawet jednym zdaniem,
choc tyle miejsca poswieca na przedstawienie "zalosnego losu" Zydow "ograbionych
przez Polakow".
Numerus nullus dla polskich
patriotow
Szczegolnie wielkie ciosy zadal system komunistycznej wladzy
srodowiskom tradycyjnej polskiej inteligencji patriotycznej, i tak ogromnie
mocno zdziesiatkowanej przez obu okupantow. Ciagle zbyt rzadko wspomina sie o
katastrofalnych skutkach polityki wladz komunistycznych, stosujacych skrajne
praktyki dyskryminacyjne przy przyjmowaniu na studia, do pracy na uczelniach, w
instytucjach naukowych i kulturalnych. Czestokroc miala tu zastosowanie zasada
numerus nullus, calkowicie uniemozliwiajaca dostep na studia dzieciom ze
srodowisk dawnych warstw posiadajacych, z kregow urzednikow czy oficerow II RP
czy z rodzin czlonkow takich formacji niepodleglosciowych, jak AK, a wiec tych
szczegolnie mocno zasluzonych w walce o prawdziwa Polske. Tylko stopniowo
lagodzono te restrykcje, dopuszczajac do zastepowania zasady numerus nullus
przez zasade numerus clausus, selektywnie ograniczajaca dzieciom ze wspomnianych
wyzej srodowisk dostep na studia, zwlaszcza te, ktore uznawano za szczegolnie
wazne pod wzgledem polityczno-ideowym, np. prawo. "Zle pochodzenie spoleczne"
czestokroc stawalo sie jednak przeszkoda w przyjmowaniu nawet na najbardziej
neutralne politycznie wydzialy. Historyk Marek J. Chodakiewicz podawal np. na
dowod tego typu praktyk fakt, ze Teresa Strzembosz, "corka sanacyjnego
urzednika", pieciokrotnie zdawala egzamin na medycyne i pieciokrotnie odmowiono
jej przyjecia ze wzgledu na pochodzenie (por. M.J Chodakiewicz, Zydzi i Polacy
1918-1955, Warszawa 2000, s. 404). Przy tak szerokiej dyskryminacji osob
wywodzacych sie ze srodowisk pietnowanych jako "reakcyjne" tym mocniej
uprzywilejowywano specjalnymi punktami za pochodzenie dzieci wywodzace sie z
"postepowych" klas spolecznych czy dzieci ludzi z aparatu wladzy. Wysuwano juz
czasem postulat zbadania, jak wielkie rozmiary przyjelo to zablokowanie szans na
ukonczenie studiow ludziom z dawnych tzw. warstw posiadajacych (bylych ziemian
etc.) czy srodowisk niepodleglosciowych, ale nigdy go nie zrealizowano. Mysle,
ze powinno to byc jednym z pilniejszych postulatow badawczych dla IPN. Podobnie
jak pokazanie calej skali rozmiarow przesladowan nonkonformistycznych osob w
srodowiskach naukowych i kulturalnych, tych, ktorzy swiadomie wybierali
emigracje wewnetrzna i przymieranie glodem, tak jak Zbigniew Herbert. Czas, aby
pokazac szerzej i te postawy na tle historii upodlonych
pseudoautorytetow.
Czystki w nauce i kulturze
Jest niezbedne,
aby w pelni zrozumiec niebywale rozmiary opisanej przeze mnie wczesniej
"rewolucji kadrowej", szczegolnie promujacej w nauce i kulturze osoby z
komunistycznych srodowisk zydowskich. Otoz trzeba ciagle pamietac o
rownoczesnej, wciaz konsekwentnie prowadzonej czystce godzacej w polskie
srodowiska patriotyczne na uczelniach. W tym samym czasie, gdy brylowali na nich
blyskawicznie awansowani zydowscy marksisci, czasami skrajne miernoty, inni
padali ofiarami brutalnej dyskryminacji. Z wyzszych uczelni bezwzglednie usuwano
wielu doswiadczonych starych profesorow, nierzadko ludzi z ogromnym dorobkiem
naukowym. Towarzyszylo temu haslo wyparcia z uniwersytetow "kulakow nauki".
Przypomnijmy, ze wsrod usunietych z wyzszych uczelni znalezli sie m.in.:
estetyk, filozof i historyk filozofii prof. Wladyslaw Tatarkiewicz, wychowawca
kilku pokolen polskich filozofow, w latach 1933-1945 przewodniczacy Zarzadu
Glownego Towarzystwa Szkol Wyzszych i Srednich, autor ogromnie cenionych
"Historii filozofii" (1931) i "Historii estetyki" (1960); jeden z
najslynniejszych logikow polskich prof. Kazimierz Ajdukiewicz, tworca
semantycznej teorii jezyka, redaktor naczelny czasopisma "Studia Logica";
historyk prof. Wladyslaw Konopczynski, inicjator i wieloletni redaktor Polskiego
Slownika Biograficznego, autor "Dziejow Polski nowozytnej" (1936) i
"Konfederacji Barskiej" (1936-1938); prof. Edward Taylor, wspolzalozyciel
Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (1922), wychowawca kilku pokolen polskich
ekonomistow, autor "Historii rozwoju ekonomiki" (1957-1958); jeden z
najslynniejszych antropologow polskich prof. Jan Czekanowski, tworca lwowskiej
szkoly antropologicznej; filozof i estetyk prof. Roman Ingarden, tworca teorii
literatury, autor glosnego dziela "Spor o istnienie swiata" (1947-1948);
archeolog prof. Jozef Kostrzewski, prezes Polskiego Towarzystwa
Prehistorycznego, pozniej (od 1955 r.) prezes Polskiego Towarzystwa
Archeologicznego; autor ponad 700 prac naukowych, wychowawca kilku pokolen
archeologow polskich; filozof i historyk filozofii prof. Henryk Elzenberg, autor
glosnej ksiazki "Wartosc i czlowiek"; historyk prof. Ludwik Kolankowski, prezes
Polskiego Towarzystwa Historycznego (1937-1947); etnolog i socjolog prof. Jan
Bystron, autor "Dziejow obyczajow w dawnej Polsce" (1932); historyk i teoretyk
literatury polskiej prof. Konrad Gorski. Wybitnego historyka literatury
pochodzenia zydowskiego prof. Juliusza Kleinera pozbawiono prawa nauczania za
otwarty sprzeciw wobec "postepowej" metodologii.
Gwaltowne ataki ze strony
marksistowskich "naukowcow" uderzyly w slynnego mickiewiczologa i swietnego
znawce poezji polskiej XVIII w. prof. Waclawa Borowego. W 1950 r. prof. Borowy
zostal obelzywie zaatakowany na Uniwersytecie Warszawskim przez grupe ZMP-owcow.
Dziesiec dni pozniej zmarl na atak serca. Administracyjne represje wladz
komunistycznych uderzyly rowniez w jednego z najwybitniejszych ekonomistow
polskich prof. Adama Krzyzanowskiego.
Jego krytyczny stosunek do postepujacej
stalinizacji kraju i odwaga, z jaka wyrazal swoje poglady, sprawily, ze decyzja
ministra zostal - wbrew stanowisku Rady Wydzialu i Senatu UJ - przeniesiony 31
grudnia 1948 r. na emeryture. Profesor Krzyzanowski, autor m.in. glosnych dziel:
"Wiek XX" (1947) i "Chrzescijanska moralnosc polityczna" (1948), dziekan
Wydzialu Prawa UJ, byl zarazem jednym ze wspoltworcow Polskiego Towarzystwa
Ekonomicznego (w 1957 r. zostal wybrany na jego prezesa) oraz doktorem honoris
causa UJ.
Najwazniejsza cecha represji wobec naukowcow byl fakt, ze uderzaly
w prawdziwa elite polskiej profesury, ludzi najwybitniejszych pod wzgledem
dorobku naukowego, a zarazem stanowiacych prawdziwe autorytety
moralne.
Niektorych naukowcow dotknely jeszcze wieksze represje. W
komunistycznym wiezieniu zostal osadzony m.in. pedagog Ludwik Jaxa Bykowski,
jeden z pionierow pedagogiki eksperymentalnej, profesor Uniwersytetu
Warszawskiego, w czasie wojny organizator i rektor Tajnego Uniwersytetu Ziem
Zachodnich. Aresztowano go pod zarzutem przynaleznosci do nielegalnego
Stronnictwa Narodowego. Schorowanego 67-letniego naukowca sad skazal na 6 lat
wiezienia. Po kilku miesiacach zwolniono go na podstawie przepisow o amnestii.
Przejscia wiezienne tak bardzo odbily sie jednak na jego zdrowiu, ze wkrotce po
uwolnieniu zmarl w szpitalu. W kazamatach Ministerstwa Bezpieczenstwa
Publicznego kryje sie tajemnica smierci swiatowej slawy dermatologa prof.
Mariana Grzybowskiego. Aresztowany 26 listopada 1949 r., byl wieziony w areszcie
przy ul. Koszykowej w Warszawie. Wedlug oficjalnej wersji, popelnil samobojstwo
po 16 dniach przebywania w areszcie. Wedlug innych, duzo bardziej
prawdopodobnych relacji, zginal w wiezieniu. Zatrudniony w owym czasie jako
fotograf Moczulski twierdzi, powolujac sie na swoich znajomych z UB, ze prof.
Grzybowskiego zbyt mocno uderzono w "zapale" sledczym. Zdaniem brata prof.
Grzybowskiego - inz. Jana Grzybowskiego: "Profesor M. Grzybowski aresztowany byl
na podstawie miedzy innymi doniesien dr S. Jablonskiej (...), ktora bedac
asystentka mego brata, pracowala jednoczesnie dla Bezpieki. (...) Niedlugo potem
dr S. Jablonska mianowana zostala na katedre, ktora tak dlugo i chlubnie
zajmowal prof. Grzybowski" (por. tekst. J. Grzybowskiego w paryskiej "Kulturze"
nr 4/234 z 1967 r.). Oskarzenia o zadenuncjowanie prof. Grzybowskiego do
bezpieki byly podnoszone m.in. przez prof. Zbigniewa A. Zawadzkiego, Leszka
Zebrowskiego i historyka Marka J. Chodakiewicza. Sama Jablonska gwaltowie
zaprzeczala zarzutom (na lamach "Tygodnika Powszechnego"). Warto dodac, ze
Stefanie Jablonska (a poprzednio Szeli Ginsburg, nazwiska Jablonska zaczela
uzywac od 1947 r.) oskarzano rowniez o przejecie po smierci prof. Grzybowskiego
jego podrecznika dermatologii i opublikowanie go pod wlasnym
nazwiskiem.
Wsrod represjonowanych naukowcow jednym z najsurowiej
potraktowanych byl biolog prof. Eugeniusz Ralski. Poczatkowo skazano go na kare
smierci (we wrzesniu 1947 r.). Ostatecznie jednak wyrok ten zamieniono na kare
dozywotniego wiezienia. Ralskiemu udalo sie wyjsc na wolnosc - po prawie 9
latach wiezienia - w czerwcu 1956 roku. Gorszy los spotkal znakomitego angliste,
historyka literatury i tlumacza literatury angielskiej, w tym wszystkich dziel
Szekspira - prof. Wladyslawa Tarnawskiego. W 1951 r. zostal on zakatowany w
wiezieniu (aresztowano go pod zarzutem zwiazkow z podziemiem Stronnictwa
Narodowego). W grudniu 1946 r. aresztowano profesora historii
spoleczno-gospodarczej na Uniwersytecie Poznanskim Stefana Inglota, pozniejszego
wspolautora "Historii chlopow polskich" (1970). Represje dotknely go jako
kierownika wydzialu prasy i wydawnictw Polskiego Stronnictwa Ludowego w Poznaniu
i redaktora miesiecznika "Wies i Panstwo". Kilka lat spedzil w wiezieniu znany
historyk sztuki, profesor Akademii Sztuk Pieknych i Uniwersytetu Warszawskiego
Michal Walicki, wspolautor wydanych pozniej w 1971 r. "Dziejow sztuki polskiej".
Profesora Walickiego aresztowano za wojenna dzialalnosc w strukturach Polskiego
Panstwa Podziemnego.
Czystki uderzaly w reprezentujacych nonkonformistyczne
poglady wybitnych polskich uczonych, nie oszczedzajac przy tym rowniez
broniacych tradycyjnych wartosci profesorow zydowskiego pochodzenia typu J.
Kleinera. Niestety, takie plynace pod prad postacie wsrod intelektualistow
pochodzenia zydowskiego nie byly zbyt liczne (zamierzam o nich osobno napisac w
podrozdziale "Sprawiedliwi posrod Zydow"). Na miejsce usuwanych lub
represjonowanych nonkonformistycznych naukowcow wchodzily cale watahy zydowskich
komunistycznych "oczyszczaczy nauki" z "pozostalosci burzuazyjnych". Przewodzili
im m.in. tacy specjalisci od stalinizacji nauki, jak Adam Schaff, Wlodzimierz
Brus, Zygmunt Bauman, Marek Fritzhand, Bronislaw Baczko, Zanna Kormanowa, Maria
Turlejska, slawetna donosicielka do bezpieki (pseudonim "Ksenia"), Tadeusz
Daniszewski (pierwotnie David Kirszbraun), "krwawa Melania" Kierczynska
(Cukier), Zofia Lissa.
Przedstawiony przeze mnie wczesniej obraz stalinizacji
polskiej literatury byc moze zasmucil wielu Czytelnikow rozmiarami unurzania w
stalinizmie niektorych osob slawionych jako domniemane autorytety. Tym bardziej
wiec warto przypomniec pewna prawidlowosc z czasow, gdy windowano, czestokroc
skrajnie ponad miare, niektorych komunizujacych tworcow pochodzenia zydowskiego,
od Brandysa, Jastruna i Stryjkowskiego po Wazyka i Kotta. Otoz w tym samym
czasie niezwykle bezwzglednie uderzano represjami w licznych
nonkonformistycznych polskich tworcow katolickich i patriotycznych. Tego tez nie
dowiemy sie od Grossa, choc w swej ksiazce o Polsce po 1944 r. nie omieszkal
poswiecic paru stron na opisy przesladowan ludzi z zydowskich srodowisk
kulturalnych w ZSRS (por. "Fear", s. 204-205).
Przypomnijmy tu, ze znaczna
czesc polskich tworcow oparla sie stalinizacji, ponoszac nieraz ciezkie
konsekwencje. Na przyklad katolicki poeta i filozof Jerzy Braun, wspolredaktor
zlikwidowanego w 1948 r. "Tygodnika Warszawskiego", byl 9 lat wieziony z powodu
sfabrykowanych oskarzen, a w trakcie sledztwa stracil oko. Oskarzano go m.in. o
rzekomy "polski nacjonalizm". Wojciech Bak, jeden z najwybitniejszych poetow
katolickich, laureat nagrody "Wiadomosci Literackich" (1934), odznaczony
Srebrnym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury (1938), laureat nagrody
Episkopatu Polski za tworczosc poetycka (1949), poddawany byl dlugotrwalym
represjom. W 1946 r. pozbawiono go kierownictwa redakcji poznanskiego "Zycia
Literackiego". Pozniej zabrano mu wydawnictwo, wreszcie usunieto z mieszkania.
Po probie opozycyjnego wystapienia na Zjezdzie Literatow zostal zatrzymany, a
potem zamkniety w zakladzie psychiatrycznym. W koncu popelnil samobojstwo.
Siedem lat przebywal w wiezieniu zwiazany z kregiem "Tygodnika Warszawskiego"
poeta Andrzej Madej. Dwukrotnie wieziony przez UB (1945-1947 i 1949-1951) byl
Leszek Prorok, byly zolnierz AK, prozaik, eseista i dramaturg. Przez dziewiec
lat wieziony byl przez komunistow (1947-1956) Janusz Krasinski, jeden z
najwybitniejszych polskich powiesciopisarzy, dzis prezes Stowarzyszenia Pisarzy
Polskich, byly zolnierz AK i wiezien obozow koncentracyjnych. W wiezieniach
stalinowskich przebywali rowniez m.in.: prozaik i krytyk literacki Tadeusz
Kudlinski, byla wicedyrektor Polskiego Radia (do wrzesnia 1939 r.) Halina
Sosnowska, poetka Irena Tomalakowa. Wsrod uwiezionych przez UB znalazl sie
rowniez Pawel Jasienica, pozniej slynny eseista historyczny. Przejsciowo grozila
mu nawet kara smierci.
Bohdan Urbankowski przypomnial w "Czerwonej mszy", ze
"Emigracje wewnetrzna dobrowolnie wybierali - w roznych okresach -
Illakowiczowna i Morstin, Truchanowski i Parandowski, takze Staff, czesto
uciekajacy w chorobe. (...) Jak prawdziwy arystokrata zachowal sie Jerzy
Szaniawski. Nasz najlepszy dramaturg nie poszedl na kolaboracje". Prawdziwym
symbolem nonkonformizmu w dobie stalinowskiej byl wegetujacy w glodowych
warunkach Zbigniew Herbert. Wegetacje na marginesie zycia wybral pisarz
Stanislaw Rembek. Warto pamietac, ze bardzo liczni Polscy tworcy pozostali na
emigracji. By przypomniec chocby takie nazwiska, jak Jan Lechon, Kazimierz
Wierzynski, Jozef Lobodowski, Jozef Mackiewicz, Stanislaw Cat-Mackiewicz, Witold
Gombrowicz, Melchior Wankowicz, Zofia Kossak-Szczucka, Jozef Czapski, Zygmunt
Nowakowski, Teodor Parnicki, Ferdynand Goetel, Gustaw Herling-Grudzinski. Zerwal
z komunizmem po kilku latach kolaboracji Czeslaw Milosz. Warto tu szczegolnie
podkreslic, ze na emigracji pozostalo kilku wybitnych tworcow pochodzenia
zydowskiego na czele z mistrzem kabaretu politycznego Marianem Hemarem i
swietnym redaktorem naczelnym "Wiadomosci Literackich", a pozniej londynskich
"Wiadomosci" Mieczyslawem Grydzewskim. W latach 60. emigrowal na Zachod
niewatpliwie najwybitniejszy z tworcow pochodzenia zydowskiego, ktorych rozkwit
tworczy nastapil po wojnie - Leopold Tyrmand. Zdobyl szczegolne zaslugi jako
demaskator komunizmu i prosowieckiej lewicy.
Gross oczywiscie calkowicie
milczy o fali dyskryminacji i represji, jaka uderzyla w stalinowskiej Polsce w
wielu wybitnych polskich patriotycznych naukowcow i tworcow. Wyslawia (na s.
171) jako rzekomy "wielki polityczno-literacki tygodnik ery powojennej"
marksistowska "Kuznice" nazwana przez pisarke M. Dabrowska "plugawa" ze wzgledu
na wyjatkowa brutalnosc jej atakow na wszystko, co polskie i patriotyczne.
Rownoczesnie Gross calkowicie milczy na temat bezwzglednych represji, jakimi
likwidowano katolickie reduty polskosci typu "Tygodnik Warszawski". Czlonkow
redakcji uwieziono, a jej redaktor naczelny ks. Zygmunt Kaczynski zmarl po 5
latach przebywania w wiezieniu mokotowskim.
Blyskawiczne
kariery
Zablokowanie jakichkolwiek drog awansu setkom tysiecy ludzi
wywodzacych sie z tradycyjnych warstw posiadajacych w Polsce, z roznych
srodowisk patriotycznych i katolickich, szlo w parze ze stworzeniem ogromnej
szansy blyskawicznych karier dla stawiajacych na komunizm ludzi ze srodowisk
zydowskich. Dosc typowa pod tym wzgledem byla iscie napoleonska kariera w wojsku
zrobiona przez Jakuba Prawina (wuja Daniela Passenta). Prawin w ciagu zaledwie 5
lat, od 1941 r. do 1946 r., awansowal z szeregowca do stopnia generala brygady!
W 1941 r. byl jeszcze szeregowym zolnierzem-ochotnikiem, w 1943 r. - majorem, w
lipcu 1944 r. - podpulkownikiem, a w 1946 r. - generalem brygady i szefem
Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie.
Czestokroc wspomniane blyskawiczne
kariery wiazaly sie z wedrowaniem po kolejnych wysokich stanowiskach w
przeroznych odmiennych od siebie dziedzinach. Szczegolnie znamienne byly
wzajemne przeplywy miedzy sluzba w wojsku czy bezpiece a propaganda, cenzura czy
tworzeniem od podstaw "nowej" marksistowskiej nauki. Wspominalem juz jakze
charakterystyczny przyklad Wlodzimierza Brusa, ktory w wieku dwudziestu paru lat
jako oficer polityczny zostal majorem WP, a po oddelegowaniu na uczelnie w wieku
zaledwie 28 lat (w 1949 r.) blyskawicznie zostal profesorem Szkoly Glownej
Planowania i Statystyki. Bez jakiegokolwiek dorobku naukowego! Podobnie
blyskawiczna kariere naukowa zrobil Zygmunt Bauman, w czasie wojny inspektor
milicji w Moskwie, pozniej w Polsce oficer "wojska ubeckiego", jak nazywano
Korpus Bezpieczenstwa Wewnetrznego. Doszedl tam do rangi majora. Zwolniony z KBW
w 1953 r., przeszedl do nauki. Zrobil kariere jako profesor socjologii. Inny
politruk (tzw. oficer pol-wychu) - podpulkownik Bronislaw Baczko - zostal
oddelegowany na Wydzial Filozofii. Na tym wydziale jako profesor ponosi lwia
czesc odpowiedzialnosci za stalinizacje prac nad polska filozofia i mysla
spoleczna doby powstan (wg A. Walickiego, Umysl zniewolony po latach).
Przyspieszona kariere naukowa zrobil rowniez inny politruk - Marek Fritzhand,
przed wojna skromny nauczyciel w szkole podstawowej w ukrainskiej wiosce.
Opuscil wojsko w 1948 r. w stopniu podpulkownika i uzyskal prace w katedrze
glownego tropiciela "bledow ideologicznych" w nauce, Adama Schaffa. W 1954 r., a
wiec zaledwie szesc lat po odejsciu z wojska i przejsciu do pracy naukowej,
Fritzhand zostal mianowany profesorem nadzwyczajnym. Blyskawiczna kariere zrobil
Adam Bromberg, byly oficer polityczny w marynarce wojennej. Skierowano go na
stanowisko szefa Panstwowego Wydawnictwa Naukowego, ktorego ster dzierzyl przez
wiele lat.
Czestokroc nowo kreowanymi naukowcami stawali sie pracownicy
ministerstwa bezpieczenstwa i poszczegolnych urzedow bezpieczenstwa. Na przyklad
podpulkownik bezpieki Wiktor Herer, przez kilka lat naczelnik w Departamencie V
Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego, "pod skrzydlami" oslawionej Julii
Brystygierowej, zrobil pozniej kariere profesorska w ekonomii, dochodzac do
stopnia wicedyrektora Instytutu Planowania przy Radzie Ministrow. Kazimierz
Laski (Cygier), w latach 1945-1950 major w Ministerstwie Bezpieczenstwa
Publicznego, od 1950 r. w Wyzszej Szkole Nauk Spolecznych przy KC PZPR, a
pozniej w Szkole Glownej Planowania i Statystyki, zrobil kariere profesorska,
dochodzac nawet do stanowiska prodziekana. Matka Ludwiki Wujec - Regina Okrent,
z zawodu krawcowa, w latach 1946-1949 pracownik Urzedu Bezpieczenstwa w Lodzi,
zostala pozniej dyrektorem Biura Kadr w Radiokomitecie (z wyksztalceniem
podstawowym!). Przypomnijmy tu, ze Gross uskarzal sie ("Fear", s. 222), jakoby w
przypadku Zydow "Ich etniczne pochodzenie bylo kolosalnym obciazeniem i
przeszkoda dla ich karier, z kazdego punktu widzenia".
"Owocna" wymiana kadr
trwala rowniez miedzy bezpieka a aparatem partyjnym i propaganda. Wezmy chocby
przyklad pulkownika Juliusza Burgina. Od czerwca 1945 r. do czerwca 1947 r. byl
on naczelnikiem Wydzialu II Samodzielnego w Ministerstwie Bezpieczenstwa
Publicznego (MBP), potem przez rok redaktorem naczelnym organu KC PPR "Glos
Ludu", aby od 15 lipca 1948 r. wrocic do bezpieki jako dyrektor gabinetu
ministra bezpieczenstwa publicznego.
Inny ciekawy przyklad przeplywu kadr z
bezpieki stanowi kariera Jozefa (Szai) Krakowskiego. Ten absolwent osrodka NKWD
w Kujbyszewie od stycznia 1945 r. byl zastepca szefa Wojewodzkiego Urzedu
Bezpieczenstwa Publicznego (WUBP) w Lodzi, potem zastepca szefa WUBP w Gdansku,
wreszcie od listopada 1945 r. do listopada 1948 r. zastepca szefa WUBP w
Warszawie. Zostal zdemobilizowany w 1948 r. w stopniu pulkownika (prawdziwie
blyskawiczny awans na pulkownika w ciagu pieciu lat, od 1943 do 1948 r.). W 1949
r. zostal dyrektorem naczelnym Polskiego Biura Podrozy Orbis. Pracowal na tym
stanowisku ponad 7 lat, do 1 stycznia 1957 roku. Nastepnie zostalo odkryte jego
wielkie "zamilowanie do filmu" - zostal szefem produkcji filmowego zespolu
"Kamera" w przedsiebiorstwie Film Polski. Nie przeszkadzala mu w tym szefowaniu
nawet decyzja Zespolu Orzekajacego CKKP PZPR z 9 lutego 1959 r., karzaca go
nagana z ostrzezeniem m.in. za wykorzystywanie stanowiska sluzbowego w celu
osiagniecia "osobistych korzysci, kumoterska polityke kadrowa i brak nadzoru nad
gospodarka podleglych mu przedsiebiorstw" (wg opracowanego przez J. Fronczaka
hasla biograficznego w Slowniku biograficznym dzialaczy polskiego ruchu
robotniczego, Warszawa 1992, t. III, s. 412). Krakowski stracil intratna prace w
filmie dopiero w 1968 r., po 11 latach od jej rozpoczecia, bez posiadania
jakichkolwiek kwalifikacji ku temu.
Warto dodac, ze syn plk. J. Krakowskiego
- Andrzej Krakowski, student "filmowki" w Lodzi, wyemigrowal w 1968 r. do USA,
gdzie zostal rezyserem i scenarzysta filmowym. Byl m.in. rezyserem antypolskiego
filmu "Prominent" z Donaldem Sutherlandem w roli glownej.
Zaufani zydowscy
towarzysze partyjni wedrowali z jednego kierowniczego stanowiska na drugie.
Mozna by tu przytoczyc ogromna ilosc przykladow. Taki np. ideolog partyjny jak
Roman Werfel byl dwukrotnie redaktorem naczelnym organu KC PPR "Glos Ludu" (od
grudnia 1944 r. do wrzesnia 1945 r. i od wrzesnia 1946 r. do pazdziernika 1947
r.). Po pazdzierniku 1947 r. byl dyrektorem partyjnego wydawnictwa "Wiedza", po
zjezdzie zjednoczeniowym w grudniu 1948 r. zostal dyrektorem wydawnictwa
"Ksiazka i Wiedza" (do 31 grudnia 1951 r.), od 1 stycznia 1952 r. byl redaktorem
naczelnym teoretycznego organu KC PZPR "Nowe Drogi" (do 1 marca 1954 r.), od
kwietnia 1954 r. do maja 1956 r. byl redaktorem naczelnym organu KC PZPR
"Trybuna Ludu", od lipca 1956 r. do 30 listopada 1958 r. byl znowu redaktorem
naczelnym "Nowych Drog". Dodajmy, ze jego zona Edda Werfel byla w latach
1944-1948 zastepca redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej".
Zaufani dzialacze
czestokroc przechodzili z jednej dziedziny do drugiej na kierownicze stanowiska
bez odpowiedniego przygotowania zawodowego. Na przyklad Leonard Borkowicz,
skadinad rzadki przyklad zydowskiego komunisty zyczliwie wspominanego w
"Dziennikach" Marii Dabrowskiej, ze stanowiska wojewody szczecinskiego przeszedl
na stanowisko ambasadora w Pradze czeskiej, a stad na stanowisko prezesa
Centralnego Zarzadu Kinematografii, bardzo silnie zdominowanego przez zydowskich
towarzyszy partyjnych. Inny zydowski komunista, Jerzy Panski, w latach 1946-1948
byl dyrektorem Polskiego Radia, w latach 1948-1950 - prezesem Spoldzielni
Wydawniczej "Czytelnik", w latach 1951-1953 - dyrektorem Centralnego Zarzadu
Teatrow, a od 1956 do 1962 - dyrektorem programowym TV. Swietny krytyk literacki
i filmowy Krzysztof Metrak odnotowal w swym dzienniku dowcipny dialog z Panskim:
"Ile macie Zydow w telewizji? - Jakies 25% - A reszta? - Zydowki" (K. Metrak,
Dziennik 1969-1979, Warszawa 1997, s. 246).
Awanse
miernot
Przytaczalem juz w "Naszym Dzienniku" opinie prof. Stefana
Morawskiego, bylego dziekana Wydzialu Filozoficznego UW, odsunietego po marcu
1968 r., ze wiekszosc osob pochodzenia zydowskiego, wysunietych tuz po wojnie na
wysokie stanowiska w Sluzbie Bezpieczenstwa i wojsku, na te stanowiska nie
zaslugiwala, gdyz "(...) ludzie ci czestokroc nie mieli odpowiednich
kwalifikacji, to byl za duzy kapelusz na owe glowy". Otoz tego typu nazbyt
wysokie awanse, bez odpowiednich umiejetnosci, masowo wystepowaly w przeroznych
dziedzinach. Jakze czesto prowadzily nawet do promowania skrajnych miernot, typu
opisanego przez Andrzeja Wroblewskiego przypadku cenzora Laziebnika, wiceprezesa
cenzury, "ktory po prostu nie umial po polsku" (A. Wroblewski, Byc zydem,
Warszawa 1992, s. 156). Wroblewski wspominal w swej ksiazce o "malo trafnym"
(dosc eufemistyczne okreslenie) awansie spolecznym wielu Zydow przybylych do
Polski po pobycie w Rosji, ze "(...) awans odnosil sie do nizszych szczebli, do
ludzi z nizin, bez wyksztalcenia i kwalifikacji. Wiec fryzjer ze Stryja zostal
inspektorem Najwyzszej Izby Kontroli. Wlasciciel malego handlu metalami
awansowal na naczelnika wydzialu w Ministerstwie Przemyslu. Nie wszyscy byli
dawnymi czlonkami partii. Wystarczylo, ze przeszli przez Sowiety, ze poznawszy
tamtejszy rygor, byli dyspozycyjni i podporzadkowani, bo wiedzieli, ze
nieposluszenstwo grozi zepchnieciem w dol i calkowitym unicestwieniem. A co to
znaczy, doskonale sobie uswiadamiali, napatrzyli sie niemalo 'liszencow' w
czasie wojny w Rosji. To zaufanie jednak nie odnosilo sie do tubylcow" (tamze,
s. 167).
Wroblewski, skadinad sam bedacy dziennikarzem pochodzenia
zydowskiego, ubolewal nad dosc szczegolna negatywna selekcja kadr aktywistow
PPR-u, piszac: "(...) rownoczesnie rzucalo sie w oczy, ze aktywistami ze strony
PPR-u byli w wiekszosci Zydzi [podkr. J.R.N.], ktorym braklo czesto taktu,
inteligencji, umiejetnosci przekonywania, liczenia sie z ludzka godnoscia,
zwlaszcza w stosunku do zwyklego czlowieka, do robotnika, w imieniu ktorego
wszak wystepowali. Wracajac pamiecia w owe czasy, mysle, ze o wiele bardziej
rozjatrzalo ludzi to, ze stykali sie z brakiem kompetencji, z lekcewazeniem
partnera, z demonstrowaniem swojej wyzszosci, ktora byla oparta tylko na
nominacji partyjnej, na przekonaniu, ze partia to sila, ktora ma za nic
prawdziwa sile, uosobiona w klasie robotniczej. Nienazwana jeszcze nomenklatura
byla - moim zdaniem - jedna z przyczyn rodzenia sie problemu zydowskiego. (...)
Jestem jednak przekonany, ze tak znaczne skupienie ludzi zydowskiego pochodzenia
wokol osrodka wladzy bylo bledem - co powtarzam za Talleyrandem - gorsze jest
niz zbrodnia" (tamze, s. 166, 168).
Podobne gromadne awanse ludzi
pochodzenia zydowskiego, nierzadko skrajnych miernot, ale uznawanych przez
Sowietow za duzo bardziej godnych zaufania od nie-Zydow, wystepowaly rowniez na
Wegrzech, w Czechoslowacji czy Rumunii. Na Wegrzech zreszta w stopniu jeszcze
gorszym niz w Polsce, prowadzac do niemal calkowitego wyeliminowania rodzimych
wegierskich elit. Popularny dowcip wegierski glosil, ze "(...) jezeli fabryka
zatrudni trzech Zydow, jeden zostaje zaraz dyrektorem, drugi ksiegowym, a trzeci
sekretarzem komorki partyjnej" (cyt. za tekstem J.Z. Mullera w amerykanskim
czasopismie "Commentary", przedrukowanym w zbiorze: Arabowie i Zydzi, red. I.
Lasota, Warszawa 1990, s. 42).
Nowe falsze Grossa (18) - Inne sfery stalinizacji!
Akcentowalem juz jako jeden z najbardziej
ordynarnych falszow Grossa jego probe maksymalnego pomniejszenia roli zydowskich
komunistow w sowietyzacji Polski, dokonana w ponad 50-stronicowej czesci
"Strachu" poswieconej "zydokomunie". Gross skupil sie tam wylacznie na
manipulacyjnych dzialaniach dla klamliwego zbagatelizowania roli Zydow w MBP i
UB. Warto przypomniec, ze kilka lat wczesniej w tekscie zamieszczonym w wydanej
w 2000 r. w Princeton pracy zbiorowej "Politics of Retribution" (p. 73 do s.
125) Gross klamal w tej sprawie szczegolnie bezczelnie, piszac, ze liczba osob
zydowskiego pochodzenia w aparacie represji w Polsce miescila sie w granicach
"kilku tuzinow", co bylo "bez znaczenia" (w oryginale
"trivial").
Przypomnialem juz Czytelnikom "Naszego Dziennika" nazwiska
kilkudziesieciu Zydow z wladz Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego,
wiceministrow i dyrektorow departamentow. Warto tu jednak dodac dane z wydanej
przez M. Piotrowskiego ksiazki "Ludzie bezpieki" - przedruku tajnego informatora
opracowanego w 1978 r. przez zespol oficerow Biura "C" - Ewidencji i Archiwum
MSW. Znajdujemy tam m.in. - jak policzylem - nazwiska 105 naczelnikow wydzialow
narodowosci zydowskiej w roznych departamentach MBP. Podaje tu tylko tych,
ktorzy zadeklarowali narodowosc zydowska, bo niektorzy - jak Guttenbaum czy
Schonborn - deklarowali narodowosc polska. W wykazie opracowanym przez
Piotrowskiego nie znalazly sie tez liczne osoby narodowosci zydowskiej z wywiadu
i kontrwywiadu, bardzo silnie opanowanych przez komunistow zydowskich. Dodajmy
do tego jeszcze rozlicznych pracownikow Wojewodzkich i Powiatowych Urzedow
Bezpieczenstwa narodowosci zydowskiej, by zobaczyc, jak bardzo zanizona byla
liczba "kilku tuzinow Zydow", podana przez Grossa z typowa dlan "scisloscia".
Przy okazji musze dodac jeszcze jedna uwage. Wyrazalem w jednym z odcinkow cyklu
watpliwosci co do wiarygodnosci podanej przez Grossa uwagi o zydowskim
pochodzeniu Adama Humera. Okazalo sie jednak teraz, ze Humera zaliczyl do grupy
bezpieczniakow zydowskiego pochodzenia rowniez prof. IPN Jerzy Eisler w nowej
ksiazce "Polski rok 1968" (Warszawa 2006, s. 99). No coz, Jerzy Eisler znany
jest z eksponowania racji zydowskich w roznych spornych kwestiach z tematyki
polsko-zydowskiej. Jesli wiec on, profesor IPN, twierdzi teraz, ze Humer byl
Zydem, to na pewno ma dostateczne dowody na to.
Wspomnialem juz, ze Gross,
swiadomie oszukujac amerykanskich czytelnikow, przemilczal jakze wielka role
zydowskich komunistow w sowietyzacji innych dziedzin polskiego zycia. Opisalem
juz, przynajmniej skrotowo, rozmiary stalinizacji kultury, nauki i mediow przez
zydowskich komunistow, ich role w rezimowej propagandzie. Dzis chcialbym
przypomniec role zydowskich komunistow w stalinizacji innych sfer polskiego
zycia, poczawszy od gospodarki, po MSZ, wojsko czy wymiar
sprawiedliwosci.
Stalinizacja gospodarki
Szczegolnie szkodliwe
skutki dla Polski przyniosla polityka gospodarcza Hilarego Minca, jednej z
trzech osob wywierajacych najwiekszy wplyw na rzady w Polsce doby stalinizmu
(obok Bermana i Bieruta). Minc, dyktator gospodarczy, "wslawil sie" m.in.
przeprowadzeniem tzw. bitwy o handel. "Bitwy", ktora w katastrofalny sposob
zdruzgotala polski handel i prywatna inicjatywe. To Minc wywarl decydujacy wplyw
na wprowadzenie we wrzesniu 1948 roku nowej, skrajnie sekciarskiej polityki
rolnej, niszczacej szanse realnego rozwoju wsi. Maria Dabrowska zapisala w swym
dzienniku pod data 8 wrzesnia 1948 r. nastepujacy komentarz do gloszacego
calkowita zmiane polityki wobec wsi referatu Minca: "(...) Dzis znow Hilary Minc
wypowiedzial wielka wojne 'bogatym chlopom'. W mowie tej pelno niewiarygodnych
glupstw, nienawisci do Polski, balwochwalczej czci dla Rosji, pelno takich
klamstw o tym kraju, ze kon by sie usmial (...)" (M. Dabrowska: "Dzienniki
powojenne 1945-1949", Warszawa 1996, s. 278).
Wyjatkowo szkodliwy dla kraju
realizowany pod kierownictwem Minca tzw. plan 6-letni, ze skrajnie zawyzonymi,
nierealnymi zadaniami, ktore wciaz podnoszono pod haslem umocnienia "obronnosci"
kraju przed "imperialistami". W rezultacie wyciskano z ludnosci wszystko, co
tylko sie dalo, w przyspieszonym tempie spadala stopa zyciowa, a zwlaszcza
konsumpcja przetworow zbozowych i miesa. Coraz powszechniejsze wowczas nastroje
totalnego przygnebienia i frustracji w spoleczenstwie dobrze wyrazal popularny
wsrod slaskich gornikow dwuwiersz:
"Panie Truman, spusc ta bania
Bo tu
nie do wytrzymania!".
Szkoly i internaty obiegal inny popularny dwuwiersz:
"Wieczor kasza, rano kluski.
Narod polski, a rzad ruski".
Niszczacy
gospodarke polska dyktator Minc konsekwentnie stosowal w praktyce jedna zasade -
otaczania sie na kazdym kroku "swoimi" narodowosciowo towarzyszami. Dominowalo
dosc szczegolne kryterium awansow, o ktorym tak wspominal cytowany juz przeze
mnie publicysta zydowskiego pochodzenia Andrzej Wroblewski w ksiazce "Byc
Zydem": "(...) Sztab Minca, jego otoczenie skladalo sie w wiekszosci z ludzi
pochodzenia zydowskiego. Jednym z jego wiceministrow byl pan, ktorego rozpoznano
jako syna jakiegos wielkiego przedsiebiorcy z Sosnowca. (...) Byc moze jego
fabrykanckie doswiadczenie stanowilo gwarancje kompetencji, ale przedwojennych
przemyslowcow, menedzerow big businessu, niekoniecznie Zydow, bylo w Polsce
wiecej. Wciagnieci do przemyslu realizowaliby narzucone im zadania z rowna,
jesli nie wyzsza znajomoscia rzeczy. Dlaczego czlowiekiem zaufania mogl zostac
syn wielkiego przemyslowca i dygnitarza sanacyjnego Waclawa Wislickiego, a
odmawiano tego zaufania przedwojennemu dyrektorowi Zakladow Starachowickich?
Zlosliwi odpowiadali ironicznie: decydowalo nie pochodzenie klasowe, lecz rasowe
(...)" (A. Wroblewski: "Byc Zydem...", Warszawa 1992, s. 166).
Protegowanie
"swoich" Minc zaczynal od wlasnej rodziny. Zbigniew Blazynski pisal w ksiazce
"Mowi Jozef Swiatlo. Za kulisami bezpieki i partii" (Londyn 1985, s. 40), ze
jeden z braci Hilarego Minca - Bronislaw - wyladowal jako dyrektor zakladu Nauk
Ekonomicznych w PAN, inny brat, dr Henryk Minc, byl poslem PRL w Budapeszcie, a
zona Hilarego Minca - Julia - szefowa PAP.
Popieranie za wszelka cene
"swoich" pochodzeniowo jako duzo godniejszych zaufania od polskich "krajowcow"
mialo swoisty efekt w totalnym zdewastowaniu polskiej gospodarki w czasie tzw.
planu 6-letniego przez Hilarego Minca i jego ekipe. Do najgorszych szkodnikow
gospodarczych nalezal podopieczny Minca Eugeniusz Szyr (tesc Marcina
Swiecickiego, bylego sekretarza KC PZPR, a pozniej prezydenta Warszawy z
ramienia Unii Wolnosci; por. J.R. Nowak: "Czerwone dynastie", Warszawa 2004, s.
19-20). Szyr byl wiceministrem przemyslu i handlu w latach 1946-1949, pozniej, w
latach 1949-1953, zastepca przewodniczacego Panstwowej Komisji Planowania
Gospodarczego (PKPG), w latach 1954-1956 zas przewodniczacym PKPG. Instytucja ta
okazala sie nader szkodliwa dla Polski, przyniosla skrajne umocnienie
biurokracji i centralizacji gospodarki. Szyr "wyroznil sie" m.in. bardzo groznym
w skutkach apelem o jak najsurowsze karanie tzw. sabotazystow w gospodarce.
Pisal na lamach teoretycznego organu KC PZPR "Nowe Drogi", iz "gospodarka to
takze front walki partyjnej. W walce tej nalezy uzyc wszelkich drastycznych
srodkow (do kary smierci wlacznie)".
Nader wielkie szkody w niszczeniu
inicjatywy gospodarczej przyniosl jeden z czolowych owczesnych przywodcow
komunistycznych Roman
Zambrowski, czlonek Biura Politycznego KC PZPR i
sekretarz KC PZPR. Od listopada 1945 r. do grudnia 1954 r. stal on na czele
Komisji Specjalnej do Walki z Naduzyciami i Szkodnictwem Gospodarczym.
Przypomnijmy, co pisal na temat tej Komisji i R. Zambrowskiego Zbigniew
Blazynski, z ramienia Radia Wolna Europa rozmowca bylego wicedyrektora
departamentu w MBP Jozefa Swiatly, komentujacy jego wyznania radiowe. Wedlug
Blazynskiego, w 1945 r. "Rzad Tymczasowy wydal dekret oficjalnie tworzacy (...)
tzw. Komisje Specjalna. Komisja rozpoczela akcje terroru pod przewodnictwem
Romana Zambrowskiego. Komisja mogla skazac na nieokreslony przeciag czasu na
prace przymusowa kazdego, ktorego dzialalnosc sprzeczna byla z socjalnym
interesem panstwa. Wylacznie czlonkowie aparatu bezpieczenstwa wyznaczeni przez
Zambrowskiego decydowali, kto bedzie oskarzony, i oni precyzowali, co podpada
pod pojecie 'socjalnego interesu panstwa'. Oskarzony nie mial prawa obrony
(...)" (por. Z. Blazynski, op.cit., s. 116). W ksiazce Bohdana Urbankowskiego
"Czerwona msza" (Warszawa 1995, s. 248-249) czytamy o kierowanej przez
Zambrowskiego Komisji: "Dekret o Komisji Specjalnej przewidywal utworzenie
obozow dla 'przestepcow gospodarczych' (...) i do roku 1949 Komisja zajmowala
sie przewaznie walka na tym froncie - 'bitwa o handel', wywozeniem do obozow
kupcow, dzialaczy spoldzielczych i chlopow. Od roku 1949 Komisja Specjalna
zajmuje sie glownie sprawami politycznymi, uzupelniajac dzialania represyjne UB
- m.in. przez administracyjne zsylanie do 'obozow pracy' tych podejrzanych,
przeciwko ktorym ubowcy nie zgromadzili dowodow winy. (...) W obozach przebywaly
rowniez kobiety - nawet ciezarne i z niemowletami. (...) Jesli w pierwszej
polowie (do roku 1949) dzialalnosci Komisja skazala na obozy 16,5 tysiaca
wiezniow, to w drugiej - ponad 10 razy tyle, ponad 180 tysiecy. Ogolem wydano
460 tysiecy wyrokow, co oznacza, ze co 50. Polak byl ofiara Komisji
Specjalnej".
Do znaczacych dewastatorow polskiej gospodarki nalezal komunista
zydowskiego pochodzenia Julian Kole, od 15 grudnia 1948 r. do 5 czerwca 1951 r.
kierownik wydzialu ekonomicznego KC PZPR i wiceminister finansow od czerwca 1951
r. do stycznia 1969 r. Warto dodac, ze zona Kolego, Magdalena Tremblinska,
"wslawila sie" od 1945 r. nadzorowaniem specjalnej tajnej grupy likwidacyjnej
dzialajacej przy KC PPR. Zadaniem tej grupy bylo likwidowanie "niewygodnych"
czlonkow partii komunistycznej, czlonkow PPS i oczywiscie PSL. Sprawe szerzej
opisal J. Swiatlo w swych wyznaniach dla RWE (por. Z. Blazynski: op. cit., s.
77-78, i P. Siergiejczyk: Opowiesc o prawdziwym stalinowcu, "Nasza Polska", 23
grudnia 1998).
Wsrod wplywowych niszczycieli polskiego zycia gospodarczego
warto wymienic pierwszego przewodniczacego Panstwowej Komisji Cen (od kwietnia
1953 r. do sierpnia 1968 r.) Juliusza Struminskiego. Warto tu zacytowac rowniez
fragment dosc znamiennego wyznania jego syna, Wladimira Struminskiego,
opublikowany w 1987 r. na lamach anglojezycznej gazety izraelskiej "Jerusalem
Post". Zdaniem Struminskiego: "(...) Polska powojenna nie byla gruntem pod
zydowskie domy. Dotyczy to takze zydowskich urzednikow i pracownikow
komunistycznej administracji, rzadu, partii i srodkow masowego przekazu - krotko
mowiac: rzadzacej kasty, do ktorej nalezeli takze moi rodzice. Ale udzial w
rzadach nie zastapi domu. Wladza polityczna byla dla wielu zydowskich urzednikow
azylem, sciany ich biur byly jeszcze jednym gettem, a ich praca - najsilniejsza,
byc moze nawet jedyna prawdziwa (podkreslenie J. Rema) wiezia z krajem, w ktorym
mieszkali (...)" (cyt. za J. Rem (J. Urban): Brudzenie bialej plamy, "Polityka",
20 czerwca 1987). Rem (J. Urban) cytowal te slowa W. Struminskiego, by je
skrytykowac, twierdzac, wbrew prawdziwemu morzu faktow, jakoby w latach
1944-1968 wewnatrz grupy komunistow zydowskiego pochodzenia przebiegal "proces
narastajacego wzmacniania sie wiezi z Polska i polskim interesem narodowym".
Dziwnym trafem na towarzyszy zydowskiego pochodzenia natrafiamy bardzo
czesto przy najskrajniejszych, najglupszych przejawach praktyki polityki
gospodarczej doby stalinizmu. Zachowywali sie jak slonie w skladzie porcelany w
roznych dziedzinach pracy, do ktorej byli kierowani. Ogromna niekompetencje
bardzo czesto nadrabiali wielka pewnoscia siebie i buta. Ich "uszczesliwiajace"
dzialania szczegolnie odczuli na swej skorze chlopi. Na przyklad Jan Kozlowski
(pierwotne nazwisko Spiegel) byl sprawca najohydniejszego bezprawia na wsi,
znanego pod nazwa "sprawy gryfickiej". Kozlowski, gdy byl pierwszym sekretarzem
KW PZPR na terenie wojewodztwa koszalinskiego, chcial zablysnac w calej Polsce
tempem rugowania gospodarstw indywidualnych i tzw. uspoldzielczan wsi. W tym
celu patronowal nagminnemu stosowaniu terroru i gwaltu wobec opornych chlopow,
zwlaszcza w powiatach drawskim i bialogardzkim. Wywolalo to tak powszechne
wzburzenie ludnosci, ze przerazono sie nawet w KC PZPR i uznano za konieczne
publicznie odciac sie od bezprawia Kozlowskiego. Jego samego pospiesznie
odwolano ze stanowiska pierwszego sekretarza KW, a pozniej uchwala KC PZPR z 15
czerwca 1952 r. wykluczono z partii. Nie przeszkodzilo mu to jednak w zajmowaniu
w nastepnych latach kierowniczych stanowisk w przemysle spozywczym.
W
terroryzowaniu wsi szczegolnie zla slawe zyskal wspolodpowiedzialny za tzw.
sprawe gryficka Henryk Grossinger. Wyslano go jako pelnomocnika KC PZPR na
powiat gryficki, z wielkimi kompetencjami i przy wsparciu funkcjonariuszy
organow bezpieczenstwa. Dazac do przyspieszenia kolektywizacji wsi, Grossinger
stosowal wobec chlopow najskrajniejsze represje, niszczac ich dobytek. Wobec
tych, ktorzy "marudzili" z wstepowaniem do spoldzielni, ludzie Grossingera
stosowali zawalanie piecow w ich domach. Pod wplywem masowego oburzenia chlopow
centralne wladze partyjne musialy publicznie odciac sie od organizatorow
akcji.
W terroryzowaniu chlopow haniebna role odegral wczesniej przez lata
dzialajacy jako satrapa prasowy (kierownik wydzialu prasy KC PZPR) Stefan
Staszewski (Gustaw Szusterman). Kiedy mianowano go pelnomocnikiem KC w
Poznanskiem, "organizowal" przymusowy skup zboza od tamtejszych chlopow. W
ramach zastraszania aresztowano tam 8 tysiecy chlopow (por. rozmowa ze S.
Staszewskim w: Toranska, Oni, s. 90-91). Jego fanatyczne i pelne barbarzynskiej
wrecz niekompetencji decyzje znaczaco ulatwial fakt, ze nie mial zielonego
pojecia o rolnictwie. Nie przeszkodzilo mu to w byciu przez ponad poltora roku
(od stycznia 1954 r. do wrzesnia 1955 r.) wiceministrem rolnictwa. Sam wyznawal
(T. Toranska, op. cit., s. 89): "(...) zostalem wiceministrem rolnictwa,
zupelnie nie znajac sie na rolnictwie, jak typowy mieszczuch i ze zona mnie
uczyla odrozniac zyto od pszenicy (...)".
Szkoda ze Gross, tak szeroko i
klamliwie rozpisujacy sie na temat grabienia mienia zydowskiego przez Polakow,
nie wspomnial nawet jednym zdaniem o rozmiarach szkod wyrzadzonych polskiej
gospodarce przez H. Minca i jego sztab oraz innych zydowskich komunistow,
sowietyzujacych Polske.
Od MSZ do wojska
Bardzo wielkie wplywy uzyskali
dzialacze zydowskiego pochodzenia w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i przy
obsadzie placowek dyplomatycznych. Zydowski publicysta ze Stanow Zjednoczonych
Jonathan Kaufman pisal: "Lata tuz po wojnie byly wspanialym okresem dla
komunistow zydowskich. Zydow i innych lojalnych komunistow usadowiano na
czolowych stanowiskach w calym kraju, pomimo tego, ze niektorzy z nich mieli
niewiele ponad dwadziescia lat. Zydzi specjalizowali sie w handlu zagranicznym i
sprawach miedzynarodowych, dlatego ze sposrod znajacych jezyki obce byli
jedynymi ludzmi uwazanymi za godnych zaufania" (por. J. Kaufman: "A Hole in the
Heart of the World. Being Jewish in Eastern Europe", New York 1997, s. 109).
Dowodem tego wyjatkowego zaufania do towarzyszy zydowskich bylo obsadzanie
przez nich najwyzszych stanowisk w MSZ. Warto przypomniec w tym kontekscie m.in.
swiadectwo jednego z czolowych przywodcow Polski podziemnej w dobie wojny,
delegata rzadu RP w Londynie na kraj Stefana Korbonskiego, odznaczonego w 1980
r. przez Yad Vashem odznaczeniem "Sprawiedliwy wsrod Narodow Swiata". W ksiazce
"Polacy, Zydzi i Holocaust" (Warszawa-Komorow 1999, s. 95) pisal on:
"Najwazniejsze stanowiska w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zajmowali Zydzi,
czesto przyjmujac polsko brzmiace nazwiska. Wincenty Rzymowski, Polak, byl osoba
z pierwszego rzedu, ale faktyczna kontrole sprawowal Zygmunt Modzelewski". Sam
Modzelewski (Fischer) pozniej rowniez pelnil funkcje ministra spraw
zagranicznych w latach 1947-1951. O zydowskim pochodzeniu Modzelewskiego pisal
rowniez Marek J. Chodakiewicz w ksiazce "Zydzi i Polacy 1918-1955" (Warszawa
2000, s. 399-539). Inny zydowski komunista, Stanislaw Skrzeszewski, syn Oskara
Fokenmana i Rozalii Majewskiej, zajmowal stanowisko ministra spraw zagranicznych
po Modzelewskim w latach 1951-1956. Jego zona, Bronislawa z domu Mandelbaum,
pracowala w bezpiece. Do najbardziej wplywowych komunistow zydowskich w MSZ
nalezal plk Stefan Wierblowski, wiceminister spraw zagranicznych od kwietnia
1951 r. do wrzesnia 1954 r. (poprzednio m.in. wiceminister informacji i
propagandy w 1945 r.). Wierblowski nalezal do fanatycznych nacjonalistow
zydowskich. Jeden z najrzetelniejszych zydowskich badaczy stosunkow
polsko-zydowskich Feliks Mantel z przekasem pisal o tym nacjonalizmie, iz
Wierblowski "u siebie w praskim poselstwie urzadzil mala placowke
zakamuflowanych wspolwyznawcow" (F. Mantel: "Wachlarz wspomnien", Paryz 1980, s.
220). Do najbardziej wplywowych komunistow zydowskich w MSZ nalezal Juliusz
Katz-Suchy, przez lata przedstawiciel Polski w ONZ, skadinad znany z
niekompetencji i zafalszowania brakow w wyksztalceniu. Takze w tej sferze zycia
patrzono jednak przez palce na razace nawet braki zaufanych zydowskich
towarzyszy.
Rozmiary wplywow oficjeli zydowskich w MSZ, poza czolowymi
stanowiskami ministerialnymi, ilustrowala skierowana do kierownictwa PZPR
"Notatka o stanie kadr MSZ i wnioskach w sprawie zmian personalnych". Wynikalo z
niej, ze "na 8 urzedujacych dyrektorow departamentow bylo 5 Zydow, na 4
urzedujacych wicedyrektorow - 3, na 28 urzedujacych naczelnikow wydzialow - 18"
(cyt. za: Andrzej Paczkowski: "Zydzi w UB: proba weryfikacji stereotypu", w:
"Komunizm. Ideologia, system, ludzie", Warszawa 2001, s. 204). Zadnych zmian nie
dokonano.
W wojsku bardzo duze wplywy komunistow narodowosci zydowskiej
zaczely sie juz w czasie formowania pierwszych polskich jednostek wojskowych
przy armii sowieckiej w 1943 roku. Szczegolnie zdominowane przez nich zostaly
funkcje w aparacie politycznym armii tworzonej w ZSRS, gdzie blyskawicznie
zdobywali wyzsze stopnie oficerskie, od kapitanow i majorow do podpulkownikow i
pulkownikow. Sytuacja ta utrzymala sie w nastepnych latach. Marek J.
Chodakiewicz przytacza raport oficera Armii Czerwonej oddelegowanego do
"ludowego" Wojska Polskiego z 1944 roku: "Zgodnie z dyrektywa (szefa Zarzadu
Politycznego podpulkownika Mojzesza Bobrowickiego vel Mieczyslawa Mietkowskiego)
wszyscy Zydzi pracujacy w aparacie politycznym (a Zydow w aparacie politycznym
jest zdecydowana wiekszosc) podaja w ankietach i wszedzie prezentuja sie jako
Polacy. W niektorych przypadkach Zydzi - pracownicy polityczni chodza nawet do
kosciola na nabozenstwa i zegnaja sie (...). W sprawozdaniach, ktore Mietkowski
przesyla do organow kierowniczych, fakt przesycenia aparatu politycznego Zydami
rowniez jest starannie ukryty. W rzeczywistosci sklad narodowosciowy aparatu
(politycznego) Armii Polskiej na dzien 1 czerwca 1944 roku wyglada nastepujaco:
na 44 oficerow Zarzadu Politycznego (lacznie z redakcja gazety wojskowej i
kierownictwem Domu Armii Polskiej) - 34 Zydow, 5 Polakow z ZSRR oraz 5 Polakow z
Polski, przy czym wszystkie stanowiska kierownicze (szef Zarzadu Politycznego,
jego zastepca, szefowie wydzialow, redaktor gazety) sa obsadzone przez Zydow.
Zastepcami dowodcy dywizji oraz brygad sa Zydzi, z wyjatkiem jednego Polaka.
(...) W wydzialach politycznych dywizji na 28 odpowiedzialnych pracownikow
politycznych - 17 Zydow, na 43 pracownikow politycznych na szczeblu pulku - 31
Zydow. W pulkowym aparacie politycznym poszczegolnych pulkow (...) nie ma ani
jednego Polaka. Na 86 zastepcow dowodcow batalionow - 57 Zydow. (...)
Nauczycielka ludowa Jozefa Kancarowna (...) w rozmowie ze mna 3 czerwca
zaznaczyla, ze Polakow - pracownikow politycznych wyzej niz kompania na
stanowiska nie mianuja, poniewaz wszystkie stanowiska zajete sa przez Zydow
(...) (M.J. Chodakiewicz: op. cit., s. 392-393; za: G.A. Bordiugow i in.:
"Polska - ZSRR: Struktury podleglosci. Dokumenty WKP (B) 1944-1949", Warszawa
1995, s. 75-76).
M.J. Chodakiewicz pisal (op. cit., s. 399), ze "Zydem z
pochodzenia byl general Karol Swierczewski", co z kolei budzilo watpliwosci paru
moich rozmowcow. Wsrod bardziej wplywowych dowodcow pochodzenia zydowskiego byl
m.in. Leszek Krzemien (Maksymilian Wolf, ojciec Edwarda Krzemienia z "Gazety
Wyborczej"). Pelnil on kolejno funkcje: szefa Wydzialu Wojskowego ZPP, szefa
Gabinetu Wojskowego Bieruta i pelnomocnika do spraw pobytu wojsk sowieckich w
PRL. Zostal generalem brygady. Szczegolnym epizodem w jego karierze bylo
ekspresowe skonczenie studiow (uzyskal tytul magistra historii po
kilkutygodniowej nauce na kursach w szkole leninowskiej w Moskwie).
Jak
bardzo atmosfera owych czasow sprzyjala przyspieszonym awansom osob pochodzenia
zydowskiego, najlepiej swiadczy zrodlowa analiza Zbigniewa Palskiego "Kadry
organow Informacji Wojska Polskiego", opublikowana w "Przegladzie Historycznym"
(z. IV z 1993 r., s. 464-465). Pokazuje ona, w jak wielkim stopniu w
kierowniczych organach Informacji WP (kontrwywiadu) usadowili sie oficerowie
pochodzenia zydowskiego. Uznano ich za najbardziej godnych zaufania dla
zastapienia oficerow sowieckich, ktorzy opuscili Polske w latach 1945-1948.
Przypomnijmy, ze Informacja Wojskowa byla najbardziej szkodliwa struktura w
wojsku, sluzaca do "tropienia wrogow ludu" w interesie Sowietow. Wedlug
Palskiego, doszlo do nastepujacych zmian na czolowych stanowiskach w Glownym
Zarzadzie Informacji (GZI) Wojska Polskiego:
- szefowie GZI - plk. Kozuszke
zastapili kolejno: plk J. Rutkiewicz (pochodzenia zydowskiego) i plk Stefan Kuhl
(pochodzenia zydowskiego),
- szefa Wydzialu (Oddzialu I) - plk. Curanowa
zastapil plk Aleksander Kokoszyn (pochodzenia zydowskiego),
- szefa Wydzialu
(Oddzialu II) - plk. Gajewskiego zastapil plk Ignacy Krzemien (pochodzenia
zydowskiego),
- szefa Wydzialu (Oddzialu III) - pplk. Prystupe zastapil plk
Jerzy Fonkowicz (pochodzenia zydowskiego),
- szefa Wydzialu (Oddzialu IV) -
plk. Malkowskiego zastapil plk Wladyslaw Kochan (narodowosci polskiej),
-
szefa Wydzialu (Oddzialu V) - plk. Zajasznikowa zastapil pplk Wincenty Klupinski
(pochodzenia zydowskiego).
Zdaniem Palskiego, tego typu nominacje wynikaly z
"alienacji wladz komunistycznych, ktore kluczowe stanowiska (m.in. w
kontrwywiadzie) musialy obsadzac ludzmi pewnymi, rekrutujacymi sie akurat
sposrod czlonkow tej grupy narodowosciowej".
W ministerstwie
sprawiedliwosci
Dominujaca role w resorcie sprawiedliwosci odgrywali
zydowscy komunisci na czele z wiceministrem sprawiedliwosci Leonem Chajnem,
ktory faktycznie, w niczym nie liczac sie z ministrem figurantem H.
Swiatkowskim, trzasl calym resortem. Jak wspominal Waclaw Barcikowski w swych
wspomnieniach z owych lat "W kregu prawa i polityki" (Katowice 1988, s. 142):
"(...) faktycznym kierownikiem Ministerstwa Sprawiedliwosci byl Leon Chajn".
Chajn, ktory samowolnie podporzadkowal sobie sady i prokuratury, ponosi ogromna
odpowiedzialnosc za dyktowanie bezwzglednych wyrokow w sfabrykowanych procesach.
Nader typowe pod tym wzgledem byly jego kategoryczne stwierdzenia w broszurce
wydanej w 1947 r.: "Sa jeszcze prokuratorzy, ktorzy zdradzaja zbytek gorliwosci
formalnej przy przetrzymywaniu zbirow z NSZ. Najwyzszy czas skonczyc z tym
marazmem i dobrym sercem w stosunku do bratobojcow!" (L. Chajn: "Trzy lata
demokratyzacji prawa i wymiaru sprawiedliwosci", Warszawa 1947, s. 76-77).
Zaiste, ladna byla to demokratyzacja!
Aby przerwac "niepotrzebne" liczenie
sie ze zbednymi formalnosciami (czytaj: regulami prawa), Chajn wzywal do
przyspieszonych czystek. Juz w kwietniu 1946 r. podczas dyskusji w KRN gromko
pietnowal to, ze w polskim sadownictwie jest zbyt wiele starych kadr
sedziowskich i prokuratorskich, akcentujac: "Chcielibysmy (...) wprowadzic do
sadownictwa nowy strumien krwi spolecznej" (cyt. za: A. Rzeplinski: "Sadownictwo
w PRL", Londyn 1990, s. 31). I rzeczywiscie wprowadzono cala mase nowych sedziow
"doksztalcanych" w przyspieszonym trybie, ktorzy bez skrupulow wydawali
krwiozercze wyroki zgodnie z zyczeniami zwierzchnikow. W latach 1946-1952 prawie
440 nowych sedziow dolaczylo do wymiaru sprawiedliwosci po ukonczeniu
pietnastomiesiecznych kursow sedziowskich. Jeszcze w 1969 r. 100 sedziow
posiadalo jedynie wyksztalcenie srednie (tamze, s. 34). Dodajmy, ze i tak bardzo
zdziesiatkowanych podczas wojny pracownikow wymiaru sprawiedliwosci poddano w
pierwszych latach po wojnie kolejnym represjom. By przypomniec chocby, co
zrobiono w Kielcach. Wedlug Marii Turlejskiej, sowiecki komendant kielecki
wezwal wszystkich pracownikow wymiaru sprawiedliwosci na rzekome spotkanie z
przedstawicielem rzadu tymczasowego. Jak pisala Turlejska: "Tlumnie przybyli
sedziowie, prokuratorzy, urzednicy, aplikanci, adwokaci, notariusze, nawet wozni
sadowi. Wszyscy zostali wyaresztowani i wywiezieni. To samo spotkalo
magistrature radomska" (M. Turlejska: Przyczynek do losow prawnikow polskich w
latach 1935-1953, "Zeszyty Historyczne" 1996, nr 115, s. 28). Sama M. Turlejska
byla donosicielka do bezpieki w czasach stalinowskich i jedna z najbardziej
dogmatycznych postaci w srodowisku historykow. Pozniej, poczawszy od lat 80.,
starala sie zacierac swa dawna przeszlosc tekstami rozliczeniowymi ze zbrodniami
stalinizmu.
Na miejsca oproznione przez uwiezionych wchodzili nowi
towarzysze, chcacy jak najgorliwiej wprowadzac idee sowieckiego sadownictwa i
wzorzec rozpraw z wrogami ludu, zgodny z koncepcjami stalinowskiego
oberprokuratora Andrieja Wyszynskiego. Jaskrawym przykladem takiego "prawnika" z
awansu byl Marian Muszkat, pulkownik WP zydowskiego pochodzenia (wyemigrowal do
Izraela w 1968 r., a w 1992 r. opublikowal pelna oszczerstw ksiazke o rzekomym
polskim "antysemityzmie" w dobie powojennej). Stefan Korbonski opisal w swej
znakomitej ksiazce "W imieniu Kremla" wystapienie Muszkata na walnym
zgromadzeniu Zrzeszenia Prawnikow Demokratow. Muszkat stwierdzil tam, ze sad
winien zrozumiec, iz do kazdego przepisu nalezy stosowac marksistowska
wykladnie, wedlug ktorej dobro demokracji ludowej jest naczelnym nakazem i jesli
pewien przepis temu warunkowi nie odpowiada, to nie moze byc stosowany. Muszkat
zazadal wyposazenia prokuratury w nadzwyczajne uprawnienia w nowej rewolucyjnej
sytuacji. Wedlug Korbonskiego, w mysl koncepcji Muszkata prokuratorzy mieli
zostac panami zycia i smierci kazdego czlowieka. Adwokat zas winien zapomniec o
przedwojennej zasadzie, ze jego zadaniem jest obrona oskarzonego przed kara. W
ludowym wymiarze sprawiedliwosci mial on teraz stac sie - obok sadu i
prokuratury - trzecim organem, ktorego zadaniem jest wykrycie przestepcy, chocby
byl nim jego wlasny klient! Adwokat mial wiec stac sie pomocniczym
funkcjonariuszem policji sledczej (por. S. Korbonski: "W imieniu Kremla", Paryz
1956, s. 181).
Godne przypomnienia sa rowniez haniebne "innowacje" prawne
wyszle spod piora Leona Schaffa, mlodszego brata oslawionego stalinizatora
polskiej nauki, filozofa Adama Schaffa. Leon Schaff wystapil z szeroka wykladnia
terroru wobec wszystkich warstw i klas uznanych za niechetne wobec
komunistycznego rezimu. W wydanym w 1950 r. podreczniku "Polityczne zalozenia
wymiaru sprawiedliwosci w Polsce Ludowej" L. Schaff postulowal "pozbawienie tych
klas praw obywatelskich" i jak najszersze zastosowanie wobec nich "metod
pozasadowych". Leon Schaff byl rowniez zarliwym zwolennikiem stosowania
"procesow pokazowych" wobec "wrogow ludu". W cytowanej juz pracy z 1950 r.
akcentowal: "Tego typu procesy jak grup bylej AK, NSZ, WiN, jak proces
Doboszynskiego, demaskowaly istotne oblicze polskiej reakcji. Procesy te
ujawnialy nikczemna role tych ugrupowan, wykazaly ich bezideowosc polityczna,
wykazaly ich scisly zwiazek z obcym wywiadem. Procesy te spelnialy niewatpliwie
doniosla role w zakresie mobilizacji spoleczenstwa; wzrostu jego czujnosci
politycznej, odizolowaly reakcje od mas ludowych".
Inny zydowski teoretyk
prawa i zarazem sedzia Najwyzszego Sadu Wojskowego plk Leo Hochberg "wslawil
sie" jako tworca prawa, wedlug ktorego szeptana propagande uznano za zbrodnie
stanu. Upowszechnial w Polsce "nowinki prawne" rodem z ZSRS, przede wszystkim
prace A. Wyszynskiego, gloszace m.in., ze "przyznanie sie oskarzonego do winy
moze stanowic decydujacy dowod winy" (por. T.M. Pluzanski, Prawnicy II RP,
komunistyczni zbrodniarze, "Najwyzszy Czas", 27 pazdziernika 2001, w nawiazaniu
do uwag J. Poksinskiego o roli Hochberga, wyrazonych w ksiazce "TUN"). Sam Leo
Hochberg nalezal do najbezwzgledniejszych komunistycznych zbrodniarzy - wydal 27
wyrokow smierci (wg: Zbrodniarze w togach, "Glos", 13 stycznia 2001). Tym
bardziej szokujace bylo publikowane po smierci L. Hochberga stwierdzenie w
apologetycznym wspomnieniu zamieszczonym w Biuletynie Zydowskiego Instytutu
Historycznego (kwiecien-czerwiec 1978 r. nr 2/1061): "Odszedl od nas wybitny
erudyta, madry doradca (...) czlowiek wielkiego serca i dobroci". Te wielka
dobroc mial ucielesniac kat, ktory wydal 27 wyrokow smierci w sfabrykowanych
stalinowskich procesach!
Przypomnijmy, ze Gross, tak wiele piszacy o
okrucienstwach Polakow wobec Zydow, ani zdaniem nie wspomnial o dzialalnosci
"pelnych dobroci" katow Polakow narodowosci zydowskiej.
Nowe falsze Grossa (19) -
Prokomunistyczna mniejszosc!
Przeciwstawiajac sie pogladom o roli
"zydokomuny", Gross zapewnia z wielka werwa, jakoby sympatia dla komunizmu byla
"minimalna wsrod Zydow" ("Fear", s. 21). Jak wiec mozna na tle tego twierdzenia
Grossa wytlumaczyc nieslychanie prokomunistyczne kolejne wystapienia glownej
reprezentacji Zydow w Polsce - Centralnego Komitetu Zydow w Polsce (CKZP)?
Powolany 4 listopada 1944 r. CKZP stal sie bardzo reprezentatywny dla szerokich
rzesz Zydow w Polsce. Dosc powiedziec, ze w jego sklad po reorganizacji w lutym
1945 r. weszli przedstawiciele PPR, Bundu, Poalej Syjon-Prawicy, Poalej
Syjon-Lewicy, Ichudu ZOB-u, HeChaluc Pionier, HaSzomer Ha Cair i Zwiazku
Partyzantow w Polsce (wg N. Aleksiun, Od autonomii do asymilacji, [w:] "Jidele.
Zydowskie pismo otwarte", wyd. specjalne pt. "Zydzi i komunizm", wiosna 2000, s.
84). Rzecz znamienna.
CKZP jako
glowna reprezentacja Zydow w Polsce od poczatku swej dzialalnosci stal sie
jednym z narzedzi sowietyzacji naszego kraju, gwaltownie pietnujac w swych
wystapieniach glowne sily przeciwstawiajace sie tej sowietyzacji, na czele z
Armia Krajowa. Historyk dr hab. Jan Zaryn, dyrektor Biura Edukacji Publicznej
IPN, stwierdzil bez ogrodek: "Dzialacze CKZP od czasow Polski Lubelskiej
wypisywali haniebne teksty, negujac niepodleglosciowe aspiracje Polakow" (por.
wywiad W. Zyszkiewicza z J. Zarynem pt. Przeciac kielecki wezel, "Tygodnik
Solidarnosc" z 14 lipca 2006 r.).
W wystapieniach CKZP z 1945 r. po stronie
nowych wladz komunistycznych ze szczegolna furia atakowano glowna sile Polskiego
Panstwa Podziemnego doby wojny - Armie Krajowa. Pisano o rzekomym "zwyrodnieniu
i zgniliznie moralnej band z AK" (wg A. Grabski, Zydzi skazani na komune,
"Gazeta Wyborcza" z 16-17 wrzesnia 2006 r.). Pietnowano "elementy
reakcyjno-faszystowskie spod znaku NSZ i AK", oskarzajac, ze "wzorem hitlerowcow
pragna lowic ryby w metnej wodzie nacjonalizmu i antysemityzmu" (tamze).
Do
szczegolnie obrzydliwych wystapien CKZP przeciwko obozowi niepodleglosciowemu i
wladzom polskim na emigracji nalezala odezwa CKZP z 4 lutego 1945 r., gloszaca
m.in.: "Zwycieska Armia Czerwona i Wojsko Polskie uwolnily rowniez tysiace Zydow
z bunkrow, lasow i obozow smierci. (...) Uratowana ludnosc zydowska nigdy nie
zapomni pomocy, jakiej udzielili jej przyjaciele. (...) Nie zapomni ona rowniez
nigdy zbrodniarzy spod znaku NSZ i AK, ktorzy wyslugujac sie bandytom
hitlerowskim, brali czynny udzial w mordowaniu bezbronnej ludnosci zydowskiej,
zabijali partyzantow zydowskich. Na ich sumieniu krew wielu Zydow. Ludnosc
zydowska nie zapomni, ze zbrodniarze ci pozostawali w scislym zwiazku z rzadem
londynskim i dzialali wedlug jego wskazan" (cyt. za: J. Zaryn, Hierarchia
Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:]
Wokol pogromu kieleckiego, Warszawa 2006, s. 110).
Z innym haniebnym
antypolskim oszczerstwem Centralny Komitet Zydow wystapil w Polsce w depeszy
wystosowanej do nowojorskiej Federacji Zydow w Polsce w maju 1945 roku.
Twierdzil tam, ze sumienie "polskiej reakcji" jest jakoby "splamione krwia setek
tysiecy ofiar" (podkr. J.R.N.) i oskarzal, ze reakcja ta obecnie "realizuje
swoje haslo calkowitej eksterminacji Zydow z Polski" (cyt. za K. Kersten, Pogrom
kielecki - znaki zapytania, [w:] Polska - Polacy - mniejszosci narodowe, Wroclaw
1992, s. 166-167). Z gwaltownym atakiem na Armie Krajowa wystapil 25 marca 1945
r. podczas posiedzenia CKZP jeden z czolowych przywodcow mlodziezy
syjonistycznej Icchak Cukierman (Antek), twierdzac: "W roznych miastach i
miasteczkach gina prawie codziennie Zydzi, mordowani przez nieznanych sprawcow,
najprawdopodobniej przez bandy AK" (wg K. Kersten, Polacy. Zydzi. Komunizm.
Anatomia polprawd 1939-68, Warszawa 1992, s. 106). Cukierman postulowal, aby
"(...) delegacja CK udala sie do premiera z zadaniem, by akcja przeciw AK stala
sie intensywniejsza (...)" (tamze, s. 106). Jak widac, Centralny Komitet Zydow w
Polsce konsekwentnie upowszechnial zlowieszczy mit o ludziach z AK jako
rzekomych "mordercach Zydow". Na tym samym posiedzeniu CKZP z jednoznacznym
atakiem przeciw podziemiu niepodleglosciowemu wystapil rowniez przewodniczacy
CKZP, wielokrotny posel na Sejm RP, Emil Sommerstein, twierdzac: "Akcja przeciw
Zydom prowadzona jest przez wielkie grupy partyzantow, ktore sa dobrze uzbrojone
(...) nalezy nacisnac na wladze, aby rzad przygotowal akcje na szeroka skale.
(...) Oddajac hold zmarlemu w tym czasie Franklinowi D. Rooseveltowi,
Sommerstein powiazal to z uczczeniem ostatnio pomordowanych Zydow przez AK-owcow
w roznych miejscowosciach Polski" (tamze, s. 106). Dodajmy, ze Sommerstein na
tymze posiedzeniu CKZP podal do wiadomosci "radosny fakt zawarcia sojuszu miedzy
Polska i Zwiazkiem Radzieckim", wyrazajac nadzieje, ze "sojusz ten zabezpieczy
rowniez spokojne zycie pozostalej resztki ludnosci zydowskiej" (tamze, s. 106).
Tak wiec przywodca CKZP wyrazal jednoznaczne poparcie dla dosc szczegolnego
"ladu", narzucanego Polsce bagnetami armii sowieckiej i NKWD.
Zwrocmy uwage w
tym kontekscie na kolejny przyklad manipulacji J.T. Grossa. Autor "Strachu"
wielokrotnie cynicznie szkaluje w swojej ksiazce malowany nader czarnymi barwami
Kosciol katolicki, szkaluje glowna polityczna sile antykomunistyczna - PSL,
szkaluje wyraznie antyrezimowe wowczas harcerstwo. Rownoczesnie zas przedstawia
w "Strachu" ogromnie wyidealizowany panegiryczny obraz skrajnie prorezimowego
Centralnego Komitetu Zydow w Polsce. Wielokrotnie cytuje z namaszczeniem
oswiadczenia i raporty CKZP, nigdy nawet jednym zdaniem nie zajaknawszy sie na
temat roznych, haniebnie wprost prokomunistycznych wystapien tej organizacji,
chocby tych z 1945 r., ktore cytowalem juz powyzej. Tak skwapliwie powolujacy
sie na materialy CKZP, demaskujace rozne domniemane przejawy "polskiego
antysemityzmu", Gross ani razu nie skrytykowal niezwykle jadowitych napasci na
Armie Krajowa, armie generala Andersa czy polskie wladze na emigracji.
Po
1945 r. doszlo do dalszego, maksymalnego wrecz umocnienia elementow
prokomunistycznych w wystapieniach CKZP. CKZP wielokrotnie wystepowal - nie
przebierajac w slowach - z atakami przeciwko niepodleglosciowemu podziemiu,
polskiej emigracji na Zachodzie i armii Andersa. Typowe pod tym wzgledem byly
stwierdzenia zawarte w wystosowanym 2 marca 1946 r. memorandum CKZP do Komisji
Anglo-Amerykanskiej dla spraw Palestyny: "Faktem niezaprzeczonym jest to, ze w
obecnej chwili w kraju zdarzaja sie jeszcze wypadki mordow na dzialaczach
demokratycznych, posterunki wladz bezpieczenstwa i na ludnosc zydowska. Akty te
sa inspirowane i dokonywane przez reakcyjne grupy podziemne, ktore znajduja sie
w stalym kontakcie z reakcyjnym generalem Andersem we Wloszech i z resztkami
bylego londynskiego Rzadu Emigracyjnego. Ta sama zbrodnicza reka, ktora prowadzi
dzialalnosc antysemicka, godzi rowniez w dzialaczy partii demokratycznej,
oficerow Wojska Polskiego" (cyt. za: Antyzydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca
1946 roku, t. II, oprac. S. Meducki, Kielce 1994, s. 70). Memorandum podpisali
m.in. prezes CKZP E. Sommerstein i wiceprezes A. Berman. Dodajmy, ze CKZP
konsekwentnie wystepowal rowniez za jak najwieksza intensyfikacja represji
przeciw silom opozycyjnym. Juz 15 marca 1946 r. CKZP w memoriale przekazanym
premierowi Edwardowi Osobce-Morawskiemu pietnowal "nowa fale terroru
antyzydowskiego" jako "czesci ataku faszyzmu i reakcji na demokracje w Polsce".
I akcentowal: "Uwazamy, ze jedynym srodkiem, ktory moglby ukrocic fale
morderstw, byloby wydanie i wykonanie wiekszej ilosci wyrokow smierci,
opublikowanie w prasie krajowej i rozplakatowanie ich w calym kraju" (wg K.
Kersten, op. cit., s. 105). 10 lipca 1946 r. prawnik Michal Szuldenfrei,
ubolewal podczas posiedzenia Prezydium CKZP, ze nie bylo prawie zadnych represji
po "pogromie w Krakowie" (tamze, s. 107). Szuldenfrei opowiedzial sie zwlaszcza
za stosowaniem sadow doraznych w punkcie dotyczacym kar za szerzenie nienawisci
rasowej i religijnej. Nawet tak stronniczo prozydowska K. Kersten komentowala w
kontekscie powyzszych wypowiedzi: "Byla to polityka blednego kola. Domagajac sie
drakonskich represji i pokazowych procesow, wyrokow smierci, Zydzi tylko
poglebiali istniejacy antagonizm" (tamze, s. 107).
Natychmiast po zbrodni
kieleckiej z 4 lipca 1946 r. Centralny Komitet Zydow w Polsce rozwinal bardzo
szeroko zakrojona kampanie propagandowa majaca na celu obciazenie polskiej
"reakcji" cala wina za zbrodnie. Juz 4 lipca 1946 r. wiceprezes CKZP Adolf
Berman (brat Jakuba), wystepujac na posiedzeniu Prezydium CKZP i informujac o
antyzydowskich zajsciach w Kielcach, okreslil je jako probe "odlamu
faszystowskiego podburzenia spoleczenstwa przeciw rzadowi. Jest to rezultat
przegranego przez nich referendum" (tamze, s. 103). W wydanym przez CKZP
komunikacie z ogromna pewnoscia siebie gloszono, jakoby "pogrom kielecki" byl
przeprowadzony pod haslami: "Bij Zyda" i "Niech zyje Anders" (tamze, s. 103).
Podczas kolejnych posiedzen CKZP mnozono oskarzenia gloszace, ze zbrodnia
kielecka zostala przygotowana przez "sily reakcyjne". Przedstawiciel PPR w
Prezydium CKZP Pawel Zelicki podkreslil, ze "w kampanii za granica przeciw
osrodkom, ktore inspirowaly i przeprowadzaly akcje, nalezy wskazac na udzial
wsrod kieleckich napastnikow wojskowych w mundurach z napisem Poland oraz na
zachowanie sie kleru" (tamze, s. 104). Poinformowano, ze CK Bund przeslal
depesze do Amerykanow z apelem o "zwalczanie bandy Andersa".
Latem 1946 r.
kierownictwo CKZP powolalo tzw. Centralna Komisje Specjalna - instytucje, ktora
bezposrednio wspolpracowala z bezpieka w swej praktyce dzialania na co dzien.
Miala ona zapewniac ochrone instytucji zydowskich dzieki broni otrzymanej od
wladz bezpieczenstwa (por. N. Aleksiun, Ruch syjonistyczny wobec systemu rzadow
w Polsce, [w:] Komunizm. Ideologia. System. Ludzie, red. T. Szarota, Warszawa
2001, s. 245-246). Powstalo okolo 200 lokalnych oddzialow Komisji Specjalnej z
udzialem okolo 2500 uzbrojonych Zydow. Dzialalnosc oddzialow Komisji Specjalnych
miala szeroki zakres - od donoszenia na przejawy domniemanego antysemityzmu w
zyciu publicznym (m.in. w kazaniach ksiezy, w bibliotekach etc.), do
infiltrowania podziemia. Na przyklad zadenuncjowano do UB kierowniczke
biblioteki publicznej we Wloclawku, gdzie znaleziono "antysemicka" ksiazke.
Biblioteke zamknieto, a kierowniczke aresztowano (wg M.J. Chodakiewicz, Zydzi i
Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 425). Jak widzimy, dzialania Centralnej
Komisji Specjalnej sluzyly nie tylko obronie instytucji zydowskich, lecz takze
zastraszaniu wszystkich, ktorych uznano za "antysemitow". Korzystano przy tym
wciaz ze wsparcia UB, pomagajac bezpiece swoimi "uslugami" na co dzien. W
sprawozdaniu Centralnej Komisji Specjalnej przy CKZP chwalono sie na przyklad:
podczas zebrania przedwyborczego "zostal przez czlonka naszej grupy zatrzymany
osobnik, czlonek bandy NSZ Chrobrego i oddany w rece Wladz Bezpieczenstwa" (wg
N. Aleksiun, op. cit., s. 249).
Jeden z czolowych dzialaczy CKZP, pozniej
jego prezes od 1949 r. Hersz Smolar (ojciec zwiazanych po 1989 r. z UD, a
pozniej Unia Wolnosci Aleksandra i Eugeniusza Smolarow), pysznil sie ogromnym
poparciem spolecznosci zydowskiej dla zdominowanego przez komunistow Bloku
Demokratycznego w czasie wyborow do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 roku,
piszac: "(...) cale spoleczenstwo zydowskie, wszystkie jego ugrupowania
polityczne wypowiedzialy sie bez zastrzezen za jak najbardziej czynnym poparciem
Bloku Wyborczego Stronnictw Demokratycznych i Zwiazkow Zawodowych. (...) Na
wezwanie CKZP we wszystkich osrodkach zydowskich powstaly obywatelskie komitety
wyborcze, oparte na jeszcze szerszej podstawie niz Komitety Zydowskie. W ich
sklad weszli przedstawiciele religijnych Zydow (Mizrachi Religijne Kongregacje).
(...) Masowe zebrania odbywaly sie w synagogach, gdzie obok przedstawicieli
zydowskich partii demokratycznych wystepowali rabini i przedstawiciele
kongregacji religijnych. (...) Cala bez wyjatku ludnosc zydowska poszla do urn
wyborczych i oddala swoje glosy na Blok Stronnictw Demokratycznych i Zwiazkow
Zawodowych. (...) Jest to zaufanie do Rzadu, ktory wykazuje coraz twardsza
postawe wobec lesnych bandytow - pogromowcow spod znaku Andersa i Bora" (tamze,
s. 249, 248).
Jak widzimy, dzialania CKZP pokazywaly niebywaly wrecz stopien
zaangazowania tej organizacji po stronie wladzy komunistycznej, tym wazniejszego
w sytuacji, gdy CKZP byla glowna reprezentacja mniejszosci zydowskiej w Polsce,
obejmujaca jej bardzo szerokie spektrum. Jak na tym tle mozna wytlumaczyc
twierdzenia Grossa o tym, ze sympatie dla komunizmu "byly minimalne wsrod
Zydow"? Czytelnicy amerykanscy moga oczywiscie zawierzyc tym pogladom Grossa,
nie znajac cynicznie przemilczanych przez niego rozlicznych wiernopoddanczo
prorezimowych oswiadczen Centralnego Komitetu Zydow w Polsce!
Trzeba tu
dodac, ze slowa Grossa negujace powiazania wielkiej czesci Zydow z komunizmem
znajduja sie w jaskrawej sprzecznosci nawet z opiniami licznych historykow
eksponujacych zydowski punkt widzenia na rozne sporne sprawy polsko-zydowskie.
Przypomnijmy tu np. fakt, ze nawet Krystyna Kersten, znana z niebywalej
konsekwencji w akcentowaniu skrajnie filosemickiej wizji historii, zwracala
uwage na potrzebe opisania i zglebienia przyczyn, ktore sprawily, ze: "(...)
srodowiska zydowskie w kraju i na zachodzie - tak bezbolesnie i - rzec by sie
chcialo - z takim zaslepieniem opowiedzialy sie za wladza podporzadkowana
Sowietom, ustanowiona z mandatu Stalina, za pomoca masowych represji z
pogwalceniem podstawowych praw i wolnosci obywatelskich" (wstep K. Kersten do
ksiazki B. Szaynok "Pogrom Zydow w Kielcach. 4 lipca 1946", Warszawa 1992, s.
19). W tym samym tekscie z 1992 r. K. Kersten tak pisala o stosunku polskich
Zydow do formacji opozycyjnych, reprezentujacych przeciez podstawowy trzon
polskiego spoleczenstwa: "Zydzi jednak, podobnie jak i sprawujacy wladze
komunisci, czesto postrzegali owa "reakcje" bardzo szeroko, obejmujac tym mianem
w istocie rzeczy wszystkich, ktorzy wystepowali przeciw stworzonemu porzadkowi,
obok NSZ takze AK i formacje proakowskie, Kosciol, czesc inteligencji" (tamze,
s. 10).
Warto tu zacytowac rowniez wymowny komentarz historyk Bozeny Szaynok,
zwiazanej ze srodowiskiem "Gazety Wyborczej": "Deklaracje instytucji zydowskich
wobec komunistow czy zaangazowanie sie czesci ludnosci zydowskiej w struktury
nowej wladzy tworzyly sytuacje, ktora socjolog Helena Datner tak oceniala:
'Postawa spolecznosci zydowskiej rozmijala sie z odczuciem wiekszosci
spoleczenstwa, w ktorym zyli (podkr. J.R.N.). Byla to sytuacja w pelnym,
slownikowym tego slowa znaczeniu tragiczna'" (por. B. Szaynok, Polacy i Zydzi
lipiec 1944 - lipiec 1946, [w:] Wokol pogromu..., s. 24).
Godny podkreslenia
jest dosc smutny fakt, ze skrajne uprzedzenia wielkiej czesci polskich Zydow
wobec Armii Krajowej, armii Andersa czy wladz polskich w Londynie byly niestety
podzielane rowniez przez duza czesc wplywowych kol zydowskich na Zachodzie.
Mozna by dlugo cytowac np. skrajnie oszczercze wystapienia prezesa Amerykanskiej
Federacji Zydow Polskich Josepha Tenenbauma z owych lat. By przypomniec chocby
jedna z najobrzydliwszych jego wypowiedzi, wygloszona podczas kongresu polskich
Zydow w Paryzu w maju 1946 roku: "Glownym winowajca mordow na Zydach w Polsce
jest general Anders", ktory "wysyla emisariuszy do Polski, aby wszczynali oni
niepokoje przeciwko demokratycznemu rzadowi i jednoczesnie zachecali do krwawych
mordow przeciwko ostatnim ocalalym Zydom. (...) Miejsce Andersa jest w
Norymberdze, na tej samej lawie, na ktorej siedza jego ideowi bracia - Göring,
Rosenberg, Keitel i Streicher" (cyt. za: A. Grabski, Zydzi skazani na
komune...).
Sprawiedliwi posrod Zydow
Polemizujac z Grossem,
chcialbym, abysmy uchronili sie od nasladowania jego stylu pelnego narodowych
fobii i uprzedzen, przypisywania zawsze tylko jak najgorszych rzeczy ogromnej
czesci sposrod tak znienawidzonych przez niego Polakow. Dlatego pragne bardzo
silnie podkreslic, ze tak dominujacy bardzo silny wplyw postaw prorezimowych
wsrod Zydow polskich wynikal z dosc fatalnego zbiegu okolicznosci. Otoz,
wykorzystujac stworzone przez wladze w latach 1945-1947 mozliwosci wyjazdu Zydow
z Polski, nasz kraj opuszczaly wielkie rzesze Zydow prodemokratycznych i
prokapitalistycznych, "wolnorynkowych", jak by to napisal Janusz Korwin-Mikke.
Tak powstawala fatalna selekcja negatywna, ktora sprawiala, ze Zydzi pozostali w
kraju zostali zdominowani przez te czesc Zydow, ktora z karierowiczostwa lub
glupoty wybierala komunizm. Pisalem juz o tym szerzej w "Naszej Polsce" w 1996
roku. Podobnie potraktowal te sprawe kilka lat pozniej historyk Marek J.
Chodakiewicz, piszac: "Jeszcze wieksza grupa Zydow dazyla do asymilacji na
gruncie rzekomej rownosci wprowadzonej przez komunizm. Oni tez stanowili
wiekszosc z 90 tysiecy Zydow, ktorzy po 1947 roku pozostali w Polsce. 'Przede
wszystkim komunisci zostali. Wszyscy inni, ktorzy nie byli glupi, wyjechali' -
stwierdzila w wywiadzie z Markiem Kurlanskym kobieta 'wywodzaca sie z zydowskiej
rodziny komunistycznej w Warszawie'. Podobna opinie wyrazil Wlodzimierz
Rozenbaum w opublikowanym w 1991 roku eseju o zydowskich komunistach z Polski.
Historyk amerykanski Michael C. Steinlauf stwierdzil wprost, ze 'wielu tych,
ktorzy zostali, mialo powody polityczne ku temu; profil ich grupy coraz bardziej
przypominal mityczna zydokomune'" (M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955,
Warszawa 2000, s. 390).
Na tle klamstw Grossa tym wazniejsze jest
przypominanie o Zydach postepujacych inaczej niz oszczerczy autor "Strachu" i
"Sasiadow", o Zydach dajacych swiadectwo prawdzie. Dlatego kilkakrotnie juz
przypominalem cenne swiadectwa Zydow lub Polakow zydowskiego pochodzenia
przychylnych Polsce (od F. Mantela, O. Rufeisena, K. Mirskiej, I. Lewina, po L.
Tyrmanda i D. Kacnelson i in.), ktorzy przeciwstawiali sie oszczerczym
oskarzeniom przeciw Polakom. Przypominalem jakze odmienne od Grossa swiadectwa
na temat stosunku Polakow do powstania w getcie warszawskim, historii stosunkow
polsko-zydowskich w dobie wojny czy w dobie stalinizmu. Warto rowniez poswiecic
wiecej uwagi przypadkom tych Zydow, ktorzy ratowali Polakow w dobie stalinizmu.
Nieraz ubolewamy nad zapomnieniem nazwisk jakze wielu Polakow, ktorzy dali z
siebie bardzo duzo, by pomoc Zydom w czasie wojny, nieraz nawet placac za to
wlasnym zyciem. Rownie wazne jest to, bysmy pamietali o tych Zydach, ktorzy
pomagali Polakom w nieludzkich stalinowskich czasach. Choc nie ryzykowali
zyciem, ich pomoc byla nieraz bardzo cenna, zwlaszcza gdy zdarzaly sie przypadki
uratowania Polakow dzieki swiadectwom zydowskim od niechybnej smierci. (Bylbym
wdzieczny Czytelnikom za informacje o nieznanych dotad historiach takich
"Sprawiedliwych posrod Zydow").
W tej sprawie odsylam przede wszystkim do
udokumentowanego omowienia tej kwestii w cytowanej juz ksiazce M.J.
Chodakiewicza (s. 426-432). Podaje on kilkanascie przykladow pomocy Zydow dla
Polakow, glownie tych, ktorzy uratowali owych Zydow w czasie wojny. Na przyklad
Chodakiewicz pisze (s. 427) o prawdopodobnym uratowaniu od smierci wiosna 1945
r. z rak UB zolnierza AK Pawla Golabka (uratowal go Aleksander
Skotnicki-Zajdman). Chodakiewicz wspomina rowniez, ze siostra A. Zajdmana Renata
przypuszczalnie uchronila przed natychmiastowym aresztowaniem, a byc moze nawet
egzekucja, hrabiego Czerniakowskiego, dzieki swemu swiadectwu o uratowaniu jej w
czasie holokaustu. Najprawdopodobniej pod wplywem prosb ocalonych Zydow
zamieniono kare smierci na 15 lat wiezienia dla porucznika NSZ Slawomira
Modzelewskiego "Lanca" (tamze, s. 428). Gorace wstawiennictwo Zyda doktora
Juliusza Kaminskiego spowodowalo zamienienie na dozywocie kary smierci
wymierzonej porucznikowi Boguslawowi Denkiewiczowi (tamze, s. 429).
Wstawiennictwo adwokat zydowskiego pochodzenia Anieli Steinbergowej (obok
ksiedza Prymasa Augusta Hlonda) zapewnilo uratowanie zycia oficerowi NSZ i
dzialaczowi ONR Miroslawowi Ostromeckiemu (tamze, s. 430). Z kolei wg historyka
Jana Zaryna, zeznanie rodziny Hercbergow uratowanej przez rodzine Kemnitzow,
ojca i syna, ocalilo od smierci Edwarda Kemnitza, zolnierza NSZ i tajnej
Organizacji Polskiej (wg J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec
relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego,
Warszawa 2006, s. 90). Z kolei Czeslawa Fabisiaka, dowodce druzyny NSZ ze wsi
Olszewka, uchronil od smierci nadeszly z Izraela list od rodziny zydowskiej
uratowanej przez niego w czasie wojny (tamze, s. 90).
Kapitana NSZ Jerzego
Konarzewskiego i pieciu jego kolegow z lawy sadowej przed grozba smierci
uratowalo w sierpniu 1946 r. wstawiennictwo Juliana Tuwima (por. tekst J.
Konarzewskiego W imie pojednania, "Gazeta Wyborcza" z 26 marca 1993 r.). W
styczniu 1956 r. dzieki zeznaniom zydowskich swiadkow odstapiono od zasadzenia
wyrokow smierci na oficerow NSZ Stefana Karpinskiego i Klemensa Jedrzejczyka (wg
M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 432). Ksiadz Szczepan Sobalkowski, naczelny
kapelan Okregu Kielce NSZ, w wyniku procesu wytoczonego mu w 1954 roku otrzymal
stosunkowo niski wyrok siedmiu lat. Pomoglo mu podanie jako okolicznosci
lagodzacej faktu, ze w czasie wojny ukrywal i ocalil zydowska rodzine Walterow
(tamze, s. 431).
Jesienia 1945 r. dwoch mlodych ludzi z WiN - Stas Gajewski i
Jozef Wyrostek - zdolalo uciec dzieki znajomemu Zydowi Dawidowi, ktory opuscil
karabin, nie strzelajac do uciekajacych (tamze, s. 428). W 1946 r. w obronie
aresztowanej przez UB z powodu przynaleznosci do NSZ Marii Nachtman wystapila do
Bieruta Charlota Frank-Oltramare, przypominajac znaczenie pomocy p. Nachtman dla
Zydow ukrywajacych sie w czasie wojny (tamze, s. 430). Wstawiennictwo
zydowskiego prominenta Jozefa Parnasa umozliwilo zapobiezenie aresztowaniu
podchorazego Bohdana Szuckiego z NSZ (tamze, s. 432). Ksiadz Rudolf Adamczyk we
wspomnieniach pt. "Czysciec" (Warszawa 1988, s. 21) pisal o bylym wiezniu PRL,
patriotycznym Zydzie, ktory po ucieczce z obozu koncentracyjnego w czasie wojny
byl w AK, znal polskie piesni religijne i spiewal je razem ze wspolwiezniami.
Ojciec Tomasz Rostworowski w ksiazce "Zaraz po wojnie. Wspomnienia duszpasterza"
(Paryz 1986, s. 91) cieplo wspominal swego wspolwieznia, Zyda Ignacego
Jacobsona. Warto odwolac sie rowniez do relacji Jerzego Lecha Rolskiego,
wygloszonej na ogolnopolskim sympozjum "Zbrodnie stalinowskie wobec Polski" w
1990 roku. Rolski z sympatia wspomnial postac straznika wieziennego - Zyda.
Zaprzyjaznil sie z nim, zanim ten nie wyjechal do Izraela. Rolski wspominal:
straznik "wyjezdzajac powiedzial, ze nie chce odpowiadac za zbrodnie, jakich
Zydzi dokonuja na AK-owcach" (cyt. za: Tropem zbrodni stalinowskich, Staszow
1992, s. 160). Inny godny uwagi przyklad "sprawiedliwego" podal Henryk Nakielski
w ksiazce "Jako i my odpuszczamy" (Warszawa 1980, s. 140-141). Opisal tam postac
Abrama Josifowicza Margolisa z obozu Wierchotnyje kolo Swierdlowska, wiele
pomagajacego Polakom. Wedlug Chodakiewicza (op. cit., s. 432), wniosek lekarzy
wieziennych, bedacych z pochodzenia Zydami, umozliwil przeniesienie z wieziennej
celi do lazaretu doktora Zygmunta Klukowskiego, dogorywajacego po
przesluchaniach. Dzieki temu doszlo do radykalnej poprawy stanu zdrowia dr.
Klukowskiego, ktory pozniej zaslynal cytowanymi juz przeze mnie znakomitymi
zapiskami wspomnieniowymi z Zamojszczyzny.
Warto wspomniec rowniez o dwoch
siostrach, Jasi i Krysi Necman vel Bychawskich, ktore przezyly wojne dzieki
pomocy NSZ, a pozniej pomagaly NSZ-owcom, juz jesienia 1944 r. udostepniajac
swoje mieszkanie w Lublinie na tajne spotkania NSZ (M.J. Chodakiewicz, op. cit.,
s. 427).
Pamietac nalezy rowniez o postaciach zydowskiego pochodzenia ze
srodowisk naukowych i kulturalnych, ktore odmowily plyniecia "z pradem"
sowietyzacji. W kregu naukowcow szczegolnie mocno zaznaczyl sie taka postawa
znakomity znawca romantyzmu, historyk literatury prof. Juliusz Kleiner. Zostal
on pozbawiony prawa nauczania za otwarte oponowanie przeciwko narzucaniu
"postepowej" metodologii. Wsrod ludzi kultury szczegolnie wyroznili sie swa
walka przeciw komunizmowi (ale na emigracji) Mieczyslaw Grydzewski i Marian
Hemar. Grydzewski juz w czasie wojny zaslynal z upartego nadawania redagowanym
przez siebie "Wiadomosciom" londynskim wyraznego nastawienia antykomunistycznego
i antysowieckiego. Takze po wojnie, jako naczelny "Wiadomosci", byl powszechnie
uznawany za "niezlomnego z Londynu" ze wzgledu na nadzwyczaj twardy kurs wobec
wszelkich przejawow kolaboracji z komunizmem. Marian Hemar wpisal sie na zawsze
w pamiec sluchaczy Radia Wolna Europa jako tworca i realizator slynnego
antykomunistycznego kabaretu politycznego. Jedna z najwiekszych postaci
tworczych emigracji byl pisarz i eseista pochodzenia zydowskiego Gustaw
Herling-Grudzinski. Identyfikowal sie on w pelni z polskoscia, ostro odrzucajac
nachalna probe przypomnienia mu o "korzeniach zydowskich" przez redaktorki
"Gazety Wyborczej". Swoja wspaniala tworczoscia zasluzyl sobie na szczegolnie
piekne wspomnienia u polskich czytelnikow.
Ze wzgledu na wspomniana juz
selekcje negatywna wsrod Zydow pozostalych w kraju nie byla zbyt liczna grupa
osob przesladowanych za opozycyjnosc (historyk z Zydowskiego Instytutu
Historycznego August Grabski pisal o "nielicznych przykladach Zydow w Polsce po
holocauscie o pogladach wrogich komunizmowi" w "Gazecie Wyborczej" z 16-17
wrzesnia 2006).
Warto docenic jednak rowniez i te osoby posrod Zydow i
Polakow zydowskiego pochodzenia, ktore maksymalnie staraly sie unikac
zaangazowania po stronie rezimu. Tym samym rezygnowaly one bowiem z bardzo
duzych szans przyspieszenia kariery w czasach ogromnie ulatwiajacych takie
kariery prorezimowym Zydom. Szczegolnie wymowne pod tym wzgledem bylo zachowanie
najwiekszego talentu posrod zydowskich tworcow literackich po wojnie - Leopolda
Tyrmanda. Pomimo wszelkich namow Tyrmand konsekwentnie odrzucal wszelkie proby
wciagniecia go na prorezimowe sciezki stalinowskich "inzynierow dusz". Takiej
"bezkompromisowej postawy za nic mu nie mogli darowac twardzi zydowscy
towarzysze. Wedlug wspomnien Ireny Szymanskiej, kiedys sam Jerzy Borejsza,
chwyciwszy Tyrmanda za krawat, zaczal wrzeszczec: "Jak czlowiek jest Zyd, to ma
byc madry, a nie glupi!" (cyt. za: K. Kakolewski, W obronie Tyrmanda, wywiad
udzielony Krystianowi Brodackiemu, "Tygodnik Solidarnosc" z 17 grudnia 1993 r.).
Tyrmand pozostal konsekwentny. Po wydostaniu sie z Polski na Zachod opublikowal
tam m.in. bardzo ostro antykomunistyczna ksiazke "Cywilizacja komunizmu", m.in.
gwaltownie pietnujaca Zydow politrukow i ubekow.
Choc dzis najblizsze sa nam
na pewno postacie opozycji niepodleglosciowej, warto wspomniec o majacym
wyraznie nonkonformistyczne poglady wsrod partyjnych towarzyszy plk. Leonie
Gecowie, publikujacemu wczesniej humanistyczne teksty pod pseudonimem Pawel
Konrad (zostal on podobno zatluczony na smierc w czasie sledztwa).
Niedawno
rozmawialem z bardzo inteligentnym obserwatorem wydarzen powojennych,
pochodzacym wprawdzie z rodziny zydowskiej, ale w pelni czujacym sie duchowo
wylacznie Polakiem i gorliwym katolikiem. Dosc zlosliwie okreslil on bardzo
slaba pozycje ludzi pochodzenia zydowskiego w antyrezimowej opozycji
niepodleglosciowej, mowiac: "Bylo tej opozycji tyle, co kot naplakal". Na pewno
przesadzil z az takim lekcewazeniem tej czesci opozycji, ale rzeczywiscie
niewiele jest znanych nazwisk osob pochodzenia zydowskiego wsrod kregow opozycji
niepodleglosciowej pierwszych lat powojennych. Marek J. Chodakiewicz zalicza do
tego typu osob m.in. skazanego w listopadzie 1948 r. na 6 lat wiezienia
dzialacza PPS-WRN Ludwika Kohna, dlugo wiezionego w PRL-u AK-owca Kazimierza
Leskiego ("Bradla") i zolnierza AK, sekretarke Mikolajczyka, Marie Hulewicz,
skazana na wieloletnie wiezienie (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s.
437).
Chodakiewicz pisze rowniez o dzialajacym w konspiracji az do rozbicia w
1950 r. przez UB antykomunistyczym syjonistyczno-rewizjonistycznym Zydowskim
Zwiazku Wojskowym. Tym samym, ktory odegral najwieksza role w czasie powstania w
getcie warszawskim, by potem zostac calkowicie przemilczanym na korzysc
lewicowej Zydowskiej Organizacji Bojowej M. Anielewicza. Generalnie, opozycja
antyrezimowa osob wywodzacych sie ze srodowisk zydowskich byla jednak bardzo
niewielka. Gdyby bylo inaczej, Gross na pewno zrobilby z niej glowna sile
opozycji antykomunistycznej po 1944 roku. A tak calkowicie o niej
milczy.
Nowe falsze Grossa (20) - Antypolski
separatyzm!
Mozna doprawdy
podziwiac latwosc, z jaka Gross wypowiada najabsurdalniejsze, najbardziej
odlegle od prawdy sady. By przypomniec tu chocby jego tak bezczelne lgarstwo na
temat Zydow w II RP.
Wedlug Grossa (s. 242): "Polscy Zydzi byli najbardziej
przestrzegajaca prawo i wspierajaca panstwo spolecznoscia w Polsce
miedzywojennej". Wczesniej na s. 198 Gross twierdzil, ze po 1918 r. Zydzi w ich
politycznym zachowaniu ucielesniali "panstwowotworczy element". Klamliwe
uogolnienie Grossa wywolalo sprzeciw nawet u jego panegirysty prof. Piotra
Wrobla z Toronto, znanego ze skrajnej prozydowskiej tendencyjnosci. Tak sie
zlozylo jednak, ze Wrobel sam zajmowal sie niegdys badaniem historii Polski po
1918 r. Stad szybko dostrzegl, jak mocno przeholowal Gross, i napisal: "Gross
nazywa mniejszosc zydowska jednym z najbardziej 'panstwowotworczych elementow'
II RP. Nie wiem, czy zgodzilaby sie z tym ludnosc zydowska z niektorych regionow
- np. z Wilenszczyzny, Bialegostoku i ze Slaska - ktora, szczegolnie na poczatku
okresu miedzywojennego, nie ukrywala, ze nie chce nalezec do Polski" (P. Wrobel:
Mord i strach, "Gazeta Wyborcza", 29-30 lipca 2006).
"Krajowi
cudzoziemcy"
Uogolnienia Grossa o Zydach jako "jednym z najbardziej
panstwowotworczych elementow" po 1918 r. warto porownac np. z opinia
przebywajacego od 1940 r. w USA wybitnego socjologa zydowskiego pochodzenia
Aleksandra Hertza: "Masy tego zydostwa przyjely fakt powstania panstwa polskiego
jako cos nieoczekiwanego, niezbyt zrozumialego, przyjely go nieufnie,
powatpiewajaco. W tym sensie Zydzi w roku 1918 byli krajowymi cudzoziemcami" (A.
Hertz: "Zydzi w kulturze polskiej", Paryz 1961, s. 194).
Warto przypomniec,
ze juz w czasie I wojny swiatowej - w 1914 r. - w srodowiskach Zydow polskich i
niemieckich powstal projekt Judeopolonii, tj. buforowego panstewka, zaleznego od
Niemcow i zdominowanego przez Zydow, rozczlonkowujacego ludnosc polska. (por.
J.R. Nowak: Dzieje grzechow (I), "Nasza Polska" z 28 marca 1996 r.). Jeszcze w
1919 r. ten projekt zostal z prawdziwym oburzeniem potepiony podczas I Zjazdu
Zjednoczenia Polakow Wyznania Mojzeszowego w referacie inz. Kazimierza Sterlinga
(por. J.R. Nowak, "Przemilczani obroncy Polski", Warszawa 2002, s. 32-33).
Niestety, tacy patrioci polscy jak Sterling - tzw. asymilatorzy, nalezeli do
wyraznej mniejszosci; stanowili tylko 10 proc. ogolu polskich Zydow. Wydali
jednak wiele pieknych postaci zasluzonych w walkach o niepodleglosc Polski,
glownie w Legionach Pilsudskiego. Pisze o tym szerzej w tomiku "Przemilczani
obroncy Polski". Niestety, postawa wielkiej czesci Zydow uderzala w polskie
interesy narodowe w czasie walk o granice w latach 1918-1920. Wyrazilo sie to w
poparciu przez wiekszosc z nich dla Niemcow w Poznanskiem, dla Litwinow w Wilnie
czy nawet w Bialymstoku, a we Lwowie dla Ukraincow.
Przypomnijmy najpierw za
slynnym zydowskim historykiem Ezra Mendelsohnem postawe Zydow w Poznanskiem.
Zgermanizowani syjonisci utworzyli w Poznaniu narodowa rade (Volksrat) w 1918
roku. Niechetnie nastawieni do nowego ukladu wladzy w Poznanskiem, w ktorym
rzady przechodzily do Polakow, domagali sie narodowej autonomii dla malej
mniejszosci zydowskiej w bylym zaborze pruskim (por. E. Mendelsohn: "Zionism in
Poland. The Formative Years, 1915-1926", New Heaven, London 1981, s. 105). Warto
tu przypomniec, ze jeszcze w 1910 roku w Poznanskiem na 26 tys. 422 Zydow 26
tys. 400 podalo sie przy spisie ludnosci za Niemcow, a tylko 22 za Polakow (wg
M. Steckiej: "Zydzi w Polsce", Warszawa 1921, s. 45).
Odebrac
Bialystok Polsce!
Dla Polakow szczegolnie oburzajace bylo zachowanie
Zydow w Bialymstoku, przeciwstawiajace sie przynaleznosci tego miasta do Polski.
Historyk Zbigniew Zaporowski pisal w wydanej w 1992 roku ksiazce o Sejmie RP
1919-1939: "Niepodlegla Polska - jak sie wydaje - byla szokiem dla szerokich
rzesz spoleczenstwa zydowskiego, zwlaszcza tzw. litwakow, wychowywanych przez
rosyjska szkole i administracje w duchu co najmniej obojetnosci, zeby nie
powiedziec wrogosci do Polski i Polakow" (Z. Zaporowski, "Sejm Rzeczypospolitej
Polskiej 1919-1939", Lublin 1992, s. 159). Zaporowski stwierdzal, ze
niezadowolenie wspomnianej czesci Zydow z powstania niepodleglej Polski
"owocowalo malo sensownymi, a drazniacymi projektami, np. postulatem wysunietym
przez gmine bialostocka przylaczenia Bialegostoku do Litwy, czy tez protestem
zydowskich mieszkancow tego miasta przeciwko uznaniu ich za obywateli polskich,
poniewaz uznali, ze przynaleznosc tego miasta nie jest jeszcze zadecydowana
(1919 r.)" (tamze, s.160).
Wspomniany juz historyk P. Wrobel pisal: "Jeszcze
w 1918 roku, a pozniej w pierwszych miesiacach 1919 r. (...) grupa dzialaczy
zydowskich wysunela idee stworzenia z Bialegostoku wolnego miasta lub wlaczenia
go do Litwy, tak jak to bylo w granicach wytyczonych przez traktat brzeski.
Niektorzy politycy zydowscy uwazali, ze wewnatrz panstwa litewskiego byliby
rownorzedna grupa etniczna wobec niewiele liczniejszych Polakow i Litwinow" (P.
Wrobel, Na rowni pochylej. Zydzi Bialegostoku w latach 1918-1939: demografia,
ekonomika, dezintegracja, konflikty z Polakami, "Studia Podlaskie" 1989, t. II,
s. 192-193).
Zajadla niechec bialostockich srodowisk zydowskich do
pozostawania ich miasta w obrebie granic Rzeczypospolitej wyrazala sie na
przerozne sposoby. Znalazla np. wyraz jesienia 1919 r. w ostrym protescie
skierowanym do Ministerstwa Spraw Wojskowych przeciw poborowi do armii polskiej.
Jako argument numer jeden podano stwierdzenie: "Wschodnie granice Polski nie sa
jeszcze ostatecznie ustalone i los Bialegostoku nie jest przesadzony" (tamze, s.
193). Innym wyrazem niepogodzenia sie ludnosci zydowskiej Bialegostoku z
przynaleznoscia tego miasta do Polski bylo zbojkotowanie przez Zydow wyborow do
bialostockich wladz miejskich w 1919 roku (por. tamze, s. 196). Jeszcze 7
pazdziernika 1919 r. zydowska gazeta "Naje Lebn" twierdzila w artykule "Los
Bialegostoku", ze pomimo zatwierdzenia przez polski Sejm przynaleznosci
Bialegostoku do Polski sprawa ta wcale nie jest rozstrzygnieta (por. tamze, s.
193).
Szczegolnie szokujace byly wydarzenia w 1920 roku po wkroczeniu wojsk
sowieckich do Bialegostoku, gdzie natychmiast zabrano sie do dyskryminowania
Polakow na rzecz zydowskich nacjonalistow. Swiadczy o tym swiadek, ktorego
trudno zakwestionowac - sam Julian Marchlewski, przewodniczacy samozwanczego
rzadu prosowieckiego. Marchlewski, znany z ostrego potepienia wszelkich form
antysemityzmu, autor ksiazeczki "Antysemityzm a robotnicy" (1913), nie ukrywal
zniesmaczenia zachowaniem sie duzej czesci bialostockich Zydow w pierwszych
dniach po wejsciu tam armii sowieckiej. Jak pisal w tekscie "Rosja proletariacka
a Polska burzuazyjna": "Po wkroczeniu Armii Czerwonej [do Bialegostoku - J.R.N.]
popelniono tu jeden (...) z bledow (...) w miescie, w ktorym niewatpliwie
ludnosc polska stanowi wiekszosc, w pierwszych dniach w urzedach uznawano tylko
jezyk rosyjski i zydowski, powierzano stanowiska tylko tym, ktorzy tym jezykiem
wladali (...). Zle tez bylo pod tym wzgledem, ze przed przybyciem TKRP
[Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polskiego - J.R.N.] wydzial oswiaty zostal
chwilowo opanowany przez nacjonalistow zydowskich, ktorzy tam wyprawiali rozne
brewerie. Dowiedzieli sie oni o statucie Ludowego Komisariatu Oswiaty w Rosji, w
ktorym przewidziane jest istnienie sekcji 'mniejszosci narodowych', wiec
urzadzili sobie w Bialymstoku 'sekcje polska', uwazajac widocznie, ze Polacy
maja tu byc traktowani jako owa 'mniejszosc'; czy 'wiekszoscia' w ich mniemaniu
mieli byc Zydzi, czy moze wyobrazali sobie, ze za jezyk 'wiekszosci' bedzie
uwazany jezyk rosyjski, nie wiadomo" (cyt. za J. Marchlewski, "Pisma wybrane",
Warszawa 1956, tom II, s. 768, 773).
Warto porownac ten opis zachowania
zbolszewizowanych Zydow w Bialymstoku w 1920 r. z klamliwym uogolnieniem Grossa
("Fear", s. 62): "Zydzi byli zawsze lojalnymi obywatelami. Tradycyjnie
traktowali panstwo jako obronce przeciw potencjalnym agresjom ksenofobicznych
sasiadow".
Dlaczego poparli Ukraincow?
Z kolei wsrod Zydow w
Galicji wyraznie dominowaly nastroje proukrainskie i niechetne Polsce. Czolowym
rzecznikiem opcji proukrainskiej byl Israel Waldman. Zarowno on, jak i inny
wybitny polityk galicyjski Leo Reich (prezes Rady Narodowej Zydowskiej
Wschodniej Galicji, wielokrotny posel do parlamentu) glosili, ze zarowno Zydzi,
jak i syjonizm zyskaja lepsze warunki rozwoju wewnatrz ukrainskiej struktury
panstwowej. Leo Reich tak wyjasnial 4 kwietnia 1919 r. na lamach "Izraelitischen
Wochenblatt für Schweis" przyczyny proukrainskich sympatii wsrod Zydow: "(...)
Musimy jednak nalegac, aby zamieszkane w wiekszosci przez Ukraincow obszary
nalezaly do Ukrainy, nie tylko w imie sprawiedliwosci, lecz i we wlasnym
interesie. Sytuacja nasza na Ukrainie bedzie bowiem o wiele lepsza niz w Polsce,
gdyz Ukraincy nas potrzebuja. Bedzie to mialo miejsce zwlaszcza w najblizszych
40-50 latach. Ukraincy, majac malo inteligencji, beda nas potrzebowali do
handlu, bankowosci, urzedow itd. We wlasnym interesie musza wiec protegowac
zydowska inteligencje. (...) W Polsce moga ulec Zydzi o wiele latwiej
asymilacji, poniewaz kultura polska jest badz co badz silna. Inaczej ma sie
rzecz na Ukrainie, gdyz ukrainska kultura w stosunku do zydowskiej jest
minimalna. Zadnemu Zydowi nie przyszloby do glowy zasymilowac sie z
Ukraincami".
Nawet po decydujacej klesce Ukraincow w bojach z Polakami wielu
Zydow galicyjskich odnosilo sie z niechecia do propolskiej orientacji. Jak pisal
Ezra Mendelsohn: "Niemalo syjonistow mialo nadzieje na niepodlegly okrag
Wschodniej Galicji pod kontrola Ligi Narodow czy w charakterze mandatu jednego z
Wielkich Mocarstw zamiast bezposredniego zwiazku z Warszawa (...)" (E.
Mendelsohn, "Zionism...", s. 99).
Warto w tym kontekscie przypomniec uwagi
dyplomaty wloskiego Eugenio Realego, znanego z wnikliwosci jego polskich
obserwacji (Reale byl w 1945 r. wloskim ministrem spraw zagranicznych, a od
wrzesnia 1945 do lutego 1947 r. ambasadorem Wloch w Warszawie). W skierowanym do
wloskiego MSZ obszernym opracowaniu na temat problemu zydowskiego w Polsce (z 5
lipca 1946 r.) Reale pisal m.in.: "Po zawarciu pokoju w Brzesciu Litewskim Zydzi
polscy prowadzili w dalszym ciagu akcje antynarodowa, popierajac niepodleglosc
Ukrainy i przylaczenie do niej polskiego terytorium Chelma. Po zakonczeniu wojny
wystepowali przeciwko zajeciu przez Polakow Gdanska, Poznania, Opola, Cieszyna,
Lwowa, Wilna (...) Antysemityzm polski jest przede wszystkim uczuciowy i wsrod
przyczyn, ktore wywolaly jego powstanie, moze najwazniejsze bylo owo obojetne, a
nawet wrogie stanowisko Zydow wobec problemow narodowych Polski; tego rodzaju
postawa musiala z koniecznosci budzic oburzenie narodu tak sentymentalnego, jak
narod polski" (E. Reale, "Raporty. Polska 1945-1946", Paryz 1968, s.
200-201).
Jakze smutny byl fakt, ze tylko mniejszosc polskich Zydow, glownie
z nurtu tzw. asymilatorow, aktywnie wspierala polskie boje o granice. Jak wynika
z przeroznych zrodel, przewazajaca czesc polskich Zydow zachowywala obojetne lub
wrecz niechetne stanowisko wobec wizji niepodleglosci Polski. By przytoczyc tu
chocby tak wymowna relacje z pamietnikow Jozefa Dominika Kloczowskiego (ojca
znanego dzis historyka, prof. KUL-u Jerzego Kloczowskiego). Czytamy tam o
sytuacji w Warszawie w pazdzierniku 1918 roku: "U nas w SGGW nie bylo przeciw
wstapieniu do wojska opozycji (...) Gdy dyskusja trwala, przyniesiono wiesc z
miasta, ze ogromna czesc mlodziezy - wszyscy Zydzi i czesc zagorzalych
socjalistow - nie chce absolutnie isc do wojska, nie chce uchwalic wniosku o
zawieszenie studiow". Zapytajmy p. Grossa: czy to byla postawa
"panstwowotworcza"? Wielka czesc polskich Zydow nie widziala zadnej motywacji do
walki o Polske, giniecia za granice panstwa, z ktorego interesami sie nie
utozsamiala. Szokujaco pod tym wzgledem wygladaly informacje podane przez
profesora Waclawa Sobieskiego, czlonka Polskiej Akademii Umiejetnosci, w III
tomie jego glosnych "Dziejow Polski". Otoz wsrod zbieglych na Gorny Slask, a
nastepnie wydanych wladzom polskim bylo 202 dezerterow, w tym 193 Zydow, 411
uchylajacych sie od poboru wojskowego, w tym 398 Zydow, 328 dzialajacych na
szkode panstwa polskiego, w tym 325 Zydow (por. W. Sobieski, "Dzieje Polski", t.
III 1864-1938, Warszawa 1938, s. 251).
Dodajmy do tego nader destrukcyjna
role przywodcy poslow zydowskich z Kongresowki Icchaka Grünbauma. W odroznieniu
od szukajacych porozumienia z polskimi politykami poslow zydowskich z Galicji,
zajmowal on wciaz skrajnie nieprzejednana postawe. Wlasnie Grünbaum odegral
szczegolnie duza role w stworzeniu, glownie we wspoldzialaniu z dzialaczami z
niemieckiej mniejszosci,
tzw. Bloku Mniejszosci Narodowych. W zadnym razie
nie bylo to nic "panstwowotworczego", wrecz przeciwnie. Wspomniany juz historyk
zydowski E. Mendelsohn twierdzi w odniesieniu do czasow II RP, ze "najbardziej
naturalnym sojusznikiem Zydow" byla inna rozproszona w Polsce narodowosc -
Niemcy (E. Mendelsohn, "Zionism...", s. 135). Otoz tego typu sojusznik Zydow
mogl budzic tylko tym wieksza zrozumiala nieufnosc po stronie polskiej i
podejrzenia co do sily poczucia "panstwowotworczego" wsrod Zydow.
Mit
o biednych Zydach
Gross przedstawia Amerykanom Zydow polskich z
pierwszych lat po 1944 r. jako wyjatkowo nieszczesliwa, wybiedzona, wegetujaca
spolecznosc, wciaz przesladowana przez grabiezczych Polakow, nieznajacych granic
w swej chciwosci. Na s. 125 "Strachu" Gross pisze, ze "zydowska ludnosc w
powojennej Polsce zyla w ubostwie, byla wychudzona, chora i pelna urazu". Wedlug
Grossa, sprawy osiagnely stan krytyczny, gdy doszlo do naglego naplywu
zydowskich repatriantow ze Zwiazku Sowieckiego, "rownie wybiedzonych i
wyczerpanych" (s. 125). Gross powtarza dalej stwierdzenia o "smutnych,
przygnebionych, przybitych" Zydach, "zyjacej w nedzy i chorej ludnosci" (s.
126). Te generalizacje Grossa maja sluzyc do wywolania tym wiekszego wspolczucia
Amerykanow dla "biednych, wynedznialych Zydow", przesladowanych przez Polakow.
Warto je porownac z zupelnie odmiennymi ocenami, opartymi na udokumentowanych
relacjach z owych lat. Wedlug tych swiadectw, przynajmniej czesc Zydow w tamtym
okresie nie nalezala wcale do szczegolnie wybiedzonych, lecz cieszyla sie
uprzywilejowanym statusem. Na przyklad historyk Jedrzej Chominski pisze, iz: "W
wielu zakladach wrogosc robotnikow wobec Zydow wynikala z ostentacyjnego
preferowania ich na stanowiska kierownicze" (J. Chominski, Strajki robotnicze w
Polsce 1945-1948, w: "Studia i materialy z dziejow opozycji i oporu
spolecznego", t. 1 pod red. L. Kaminskiego, Wroclaw 1998, s. 20). Historyk z IPN
Lukasz Kaminski pisze: "Niechec do Zydow nie wyplywala przewaznie z uprzedzen
rasowych czy religijnych. Stali sie w oczach polskiego spoleczenstwa symbolami
obcej, narzuconej wladzy. Zydzi ucielesniali jej przedstawicieli - oficera UB
czy PPR-owca. Niechec te poglebial wyzszy status ekonomiczny Zydow,
otrzymujacych wsparcie od licznych organizacji diaspory" [podkr. - J.R.N.] (cyt.
za: L. Kaminski, "Strajki robotnicze w Polsce w latach 1945-1948", Wroclaw 1999,
s. 46). Inny historyk - Stefan Ciesielski - pisal, iz: "Robotnicy (...) pragneli
widziec kolo siebie Zyda jako partnera, wspolpracownika przy warsztacie
produkcyjnym, a nie jako dyrektora, administratora, wysokiego funkcjonariusza
panstwowego, handlowca czy wreszcie niepracujacego, nieproduktywnego osobnika,
ktory pobieral z roznych instytucji miedzynarodowych, czy tez rodzimych
panstwowych, roznorodne zasilki, ktorych wielkosc byla otoczona z zasady
tajemnica. (...) W odczuciu polskich sasiadow rodzin zydowskich, prowadzily one
zywot pasozytniczy. W sierpniu 1945 roku w Lodzi na przeszlo 20 tysiecy
zamieszkujacych wowczas Zydow, wedlug informacji KL PPR, ani jeden nie byl
zatrudniony bezposrednio przy warsztacie produkcyjnym w fabryce. Jezeli
niektorzy pracowali w przemysle, to na stanowiskach kierowniczych albo w
administracji zakladowej. Sposrod tej liczby 9 tysiecy, szczegolnie mlodziezy
zydowskiej, bylo zarejestrowanych jako bezrobotni. W tym samym czasie wladze
szkolne wysylaly dzieci do akcji zniwnej, co wywolywalo komentarze typu - a
dlaczego zamiast dzieci nie zatrudniano bezrobotnych Zydow?" (por. S.
Ciesielski, Nastroje strajkowe wsrod robotnikow w Polsce w latach 1945-1946,
"Dzieje Najnowsze", 1989, nr 1, s. 112-115). Ciesielski pisal rowniez: "Razila
tez szerokie rzesze rzucajaca sie na zewnatrz wyzsza stopa zyciowa ludnosci
zydowskiej [podkr. - J.R.N.]. Potocznie sadzono, ze jest ona efektem bezkarnych
naduzyc gospodarczych popelnianych przez Zydow. (...) Powracajacy Zydzi
izolowali sie czesto od srodowisk polskich, zajmujac wydzielone specjalnie dla
nich kompleksy zabudowan, nie podejmowali natomiast pracy zarobkowej" (por.
tamze, s. 116). Znamienne, ze Gross calkowicie pomija sprawe napiec wynikajacych
z powyzej opisanego statusu ekonomicznego duzej czesci Zydow, wszystko zrzucajac
na karb rzekomego "polskiego antysemityzmu".
Marek J. Chodakiewicz powoluje
sie na "dokument komunistyczny" - sprawozdanie instruktora Wydzialu Okr. Org. KC
St. Brodzinskiego z przeprowadzonej w dniach 12-18 sierpnia 1945 r. inspekcji na
terenie miasta Lodzi. W sprawozdaniu tym mozna bylo przeczytac m.in.:
"Kierownicy wydzialow personalnych w wiekszosci sa Zydami, ktorzy usuwaja z
lepszych stanowisk Polakow i wsadzaja Zydow. (...) Jest faktem, ze Zydzi na
terenie Lodzi otrzymali wszyscy karty zywnosciowe pierwszej kategorii (w
odroznieniu od Polakow. Zostala rowniez wybrana komisja do sprawdzenia naduzyc w
Opiece Spolecznej, ktora wyplacila Kom(itetowi) Zydowskiemu na polecenie
Ministerstwa 1 milion zl(otych), ktory zostal podzielony przez tenze Kom(itet)
Zydowski miedzy 64 rodziny zydowskie. Natomiast z tej samej Opieki Spolecznej
nie mozna otrzymac pieniedzy dla sierot i powracajacych z obozu" (cyt. za M.J.
Chodakiewicz, "Zydzi i Polacy 1918-1945", Warszawa 2000, s.
511).
Chodakiewicz powolal sie rowniez na raport zydowskiej organizacji w
odniesieniu do sytuacji na Slasku w sierpniu 1945 r. Mozna tam bylo przeczytac,
iz: "Wszyscy prawie Zydzi zyja z dnia na dzien, nie interesuja ich piekne
mieszkania, komfortowe meble, drogie maszyny, jakie otrzymywali bezplatnie,
mysla o tym, jak najlepiej spieniezyc to wszystko i wyjechac albo za granice,
albo tez do drugiej miejscowosci w Polsce, azeby ten szaber powtorzyc" (tamze,
s. 514). Chodakiewicz powolal sie rowniez na ocene doktora Hermana Parnasa,
wypowiedziana podczas narady przewodniczacych, zawarta w materialach CKZP z
lipca 1946 r.: "My sami Zydzi jestesmy wspolwinni w potegowaniu antysemityzmu.
Zachowanie sie nasze jest czasem razace. Mam tu na mysli zydowskich waluciarzy,
spekulantow, szabrownikow, bawiacych sie wesolo w najdrozszych lokalach
wiekszych miast, co, rzecz jasna, rzuca sie w oczy. Zydzi potrafia sprzedawac
cudze zydowskie domy... A wiec upadek moralnosci i etyki" (cyt. tamze, s.
514).
Warto tu wspomniec o dzis znanej juz szerzej aferze nielegalnego
przejmowania i sprzedawania pozydowskich domow w Jedwabnem na rzecz szajki
aferzystow zorganizowanej przez Eliasza Gradowskiego, Chaima Sroszke i Tadeusza
Zarzeckiego (por. szerzej: "Wokol Jedwabnego", pod red. P. Machcewicza i K.
Persaka, Warszawa 2002, t. 2, s. 379-388, 392-413, 422-424). W aferach
posredniczyl Eliasz Trokenheim, kierownik referatu sledczego w Lodzi (por.
tamze, s. 379). Do podobnej afery z udzialem grupy zlozonej przewaznie z Zydow,
w tym funkcjonariusza WUBP w Bialymstoku Samuela Fabera, doszlo na terenie
Bialegostoku (por. tamze, s. 379-380).
Od Kresow po
Kielce
Przedstawione w moim cyklu artykuly wcale nie wyczerpaly pelnego
opisu rozmiarow zafalszowan i cynicznych przemilczen J.T. Grossa w jego
"Strachu". Niektore sprawy podejmowane w cyklu omowie znacznie szerzej w
przygotowywanej do druku ksiazce "Nowe falsze Grossa", m.in. sprawe dzialan
policji zydowskiej i Judenratow, roli komunistow zydowskich w stalinizacji
Polski i innych krajow Europy Srodkowowschodniej. Tam tez znajdzie sie opis tej
czesci falszow Grossa, ktore postanowilem pominac w moim cyklu artykulow
prasowych. Mysle tu przede wszystkim o opisywanej przeze mnie juz kilka lat temu
w "Naszym Dzienniku" sprawie calkowicie przemilczanej przez Grossa kolaboracji
wielkiej czesci Zydow na Kresach z Sowietami w latach 1939-1941. Kolaboracja ta
miala bardzo znaczacy wplyw na pogorszenie stosunku Polakow do Zydow, i na tym
tle tym bardziej skandaliczne jest calkowite przemilczenie jej w ksiazce Grossa.
Ksiazce majacej rzekomo tlumaczyc zrodla wzajemnej niecheci miedzy Polakami a
Zydami. Przypomne tu tylko jakze wymowne stwierdzenia prof. Normana Daviesa z
1987 r.: "Wsrod kolaborantow, ktorzy przybyli, aby pomagac sowieckim silom
bezpieczenstwa w wywozce wielkiej liczby niewinnych mezczyzn, kobiet i dzieci na
odlegle zeslanie i przypuszczalnie smierc, byla nieproporcjonalnie wielka liczba
Zydow. Po drugie zas wiesci o okolicznosciach towarzyszacych deportacjom
przyczynily sie do pogorszenia stosunkow polsko-zydowskich w innych czesciach
okupowanej Polski" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: N. Davies: An Exchange, "The New
York Review of Books", 9 kwietnia 1987).
Pomine tu rowniez opis zafalszowan
bardzo szeroko omawianej przez Grossa w "Strachu" zbrodni kieleckiej z 4 lipca
1946 r. Kulisy tej zbrodni szczegolowo omawialem juz na lamach "Naszego
Dziennika" na przelomie czerwca i lipca biezacego roku. W wersji ksiazkowej
odniose sie szerzej do twierdzen Grossa, zawierajacych bardzo tendencyjny opis
zbrodni kieleckiej jako rzekomego krwawego wybuchu polskiego antysemityzmu.
Gross pomija przy tym na ogol jakze liczne dowody na to, ze zbrodnia kielecka
byla zbrodnia komunistyczna. Wspomne tu tylko pare opinii o zbrodni kieleckiej,
ktore nie byly przedstawiane w moim czerwcowym cyklu. Pierwsza z nich to opinia
znanego dzialacza syjonistycznego, jednego z tworcow Zydowskiej Organizacji
Bojowej - Icchaka Cukiermana "Antka". Na wiesc o popelnionej na Zydach zbrodni w
Kielcach Cukierman natychmiast udal sie do tego miasta i mogl bezposrednio
przeprowadzic liczne rozmowy na temat domniemanych kulis zbrodni. W swoich
wspomnieniach Cukierman stwierdzil: "Mysle, ze w Kielcach odpowiedzialnymi za
pogrom byli miejscowi komunisci (...) O udziale UB w pogromie moglem wnioskowac,
bez watpliwosci, z symptomow braku reakcji ze strony sil bezpieczenstwa. To
znaczy, oni byli wsrod czynnikow odpowiedzialnych za te rzez (...) Ow Sobczynski
i jego ludzie, ktorzy pomogli przygotowac pogrom, nie staneli nigdy przed sadem"
(por. I. Cukierman "Antek": "Nadmiar pamieci. Siedem owych lat. Wspomnienia
1939-1946", Warszawa 2000, s. 397, 419). Znamienne, ze Gross, chetnie powolujacy
sie na wspomnienia Cukiermana na temat zbrodni kieleckiej, calkowicie przemilcza
jego twierdzenia o odpowiedzialnosci komunistow i UB za te
zbrodnie.
Przypomne tu rowniez dzis juz zupelnie zapomniana, a dosc znamienna
opinie dziennikarza zydowskiego pochodzenia Kazimierza Zyberta, przytoczona w
wydanej w 1992 r. ksiazce Ruty Pragier: "Zydzi czy Polacy": "Pogrom kielecki.
Nie ma dowodow, ale wiele poszlak na to wskazuje, ze byla to ubecka prowokacja.
A kto byl na wierchuszce w UB? Podobno Zydzi (...) Rzecz w tym, ze ci ludzie w
ogole nie mieli skrupulow - zwyczajni bandyci". (R. Pragier, "Zydzi czy Polacy",
Warszawa 1992, s. 179-180).
I jeszcze jedna ocena wyszla spod piora
publicysty Stefana Bratkowskiego, znanego skadinad ze skrajnego filosemityzmu,
rzecznika tezy o zbrodni kieleckiej jako wyniku dzialan NKWD. W poswieconej
dziejom stosunkow polsko-zydowskich ksiazce "Pod wspolnym niebem" Bratkowski
powolal sie na film dokumentalny Andrzeja Milosza "Henio", jednoznacznie
akcentujacy wersje o komunistycznych sprawcach zbrodni - w oparciu o relacje
rzekomo porwanego w 1946 r. syna konfidenta bezpieki Henryka Blaszczyka. Warto
tu przypomniec swego rodzaju puente S. Bratkowskiego na temat kulis zbrodni
kieleckiej z 1946 roku. "Zachod przyznajmy, uwierzyl we wszystko. Chcial
uwierzyc. Pogrom kielecki udowodnil, ze Polacy zasluzyli na swoj los i nalezalo
ich zostawic Sowietom" (S. Bratkowski, "Pod wspolnym niebem", Warszawa 2001, s.
198).
Zdumiewa fakt, ze prokurator Krzysztof Falkiewicz, decydujac o
umorzeniu sledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej i twierdzac, ze
najprawdopodobniej byla ona wynikiem spontanicznego wybuchu antysemityzmu,
calkowicie przemilczal niektore niepasujace mu fakty. Przypomne tu jeden z nich
bardzo znamienny, a dzis dziwnie przemilczany. Mam oto przed soba wycinek z
"Zycia" z 4 lipca 2001 r. Zawiera on informacje zatytulowana: "Mowi swiadek:
Mord zaplanowali ubecy". W podtytule dodawano: "Instytut Pamieci Narodowej
bedzie kontynuowac sledztwo w sprawie pogromu kieleckiego". W tekscie czytamy
m.in.: "Sledztwo bylo kontynuowane podczas zawieszenia dzialalnosci Glownej
Komisji. W tym czasie 'gromadzono nieznane wczesniej dowody, m.in. przesluchano
swiadka - bylego kierowce Wojewodzkiego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego w
Kielcach, ktory poinformowal o tresci rozmow, ktore uslyszal, wozac samochodem
sluzbowym funkcjonariuszy tego urzedu. Z relacji swiadka wynika, ze zdarzenia w
budynku przy ul. Planty 7 mialy zostac zaplanowane i wywolane przez
funkcjonariuszy Urzedu Bezpieczenstwa w Kielcach, a nastepnie wymknely sie spod
ich kontroli' - pisze IPN". Zapytajmy prokuratora Falkiewicza, dlaczego
calkowicie pominal sprawe zeznania tak waznego swiadka w swym umorzeniu sledztwa
z 21 pazdziernika 2004 r.? Czy zrobil tak dlatego, ze tego typu zeznania
sprzeczne byly z odpowiednia "poprawna politycznie" wizja zbrodni kieleckiej,
jakiej przypuszczalnie oczekiwali zarzadzajacy wowczas resortem sprawiedliwosci
politycy postkomunistyczni? Ciekawe, co o tym sadza dzisiejsi szefowie
IPN?
Jak gen. Jaruzelski donosil na "antysemitow"
Inna sprawa
ogromnie zafalszowana przez Grossa. Ukazuje on Zydow jako nieszczesliwe ofiary
systemu komunistycznego w Polsce, przedstawiajac jako koncowy etap rzekomej
"gehenny" w PRL wygnanie Zydow z Polski przez Gomulke w latach 1968-1969
("Fear", s. 243). Pisze, ze uczynilo to Polske Judenrein (czysta od Zydow).
Gross przemilcza, ze historia Zydow w PRL wcale nie skonczyla sie na latach
1968-1969. Przemilcza, ze w tym samym PRL za rzadow gen. Jaruzelskiego,
poczawszy od stanu wojennego, nastapil okres niebywalego holubienia Zydow przez
wladze komunistyczne. Wspominal o tym m.in. Chone Shmeruk, profesor literatury
jidysz Uniwersytetu Hebrajskiego w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z 19 kwietnia
1995 r.: "Wladze PRL w latach 80. tez popieraly sprawy zydowskie. Bylo wtedy
takie powiedzonko: Co sie nosi w Polsce? Zydow na rekach (...)". Wczesniej, bo
jeszcze w 1983 r. zydowski publicysta Abel Kainer (Stanislaw Krajewski) pisal na
lamach podziemnej "Krytyki" (nr 15 z 1983 r., s. 202): "WRON grala role wielkiej
opiekunki Zydow. Rzad wojskowych puczystow, toczacych wojne z Narodem" w
atmosferze wrogosci przewazajacej czesci srodowisk inteligenckich, zyskal sobie
szczegolnie wielkie poparcie w mocnym zydowskim lobby w aparacie propagandy i
mediach, na czele z J. Urbanem i K.T. Toeplitzem. Wsrod najgorecej wspierajacych
gen. Jaruzelskiego znalazl sie m.in. krytyk Artur Sandauer; ktory byl jednym z
glownych smakoszy oslawionej zupy z kotla podczas wizyty prorezimowych "tworcow"
u wojskowych puczystow na poligonie. Z kolei dawny stalinowiec, filozof Adam
Schaff popisal sie arcygroteskowym pomyslem przyznania gen. Jaruzelskiemu
Pokojowej Nagrody Nobla!
Sam gen. W. Jaruzelski, starajac sie o przelamanie
izolacji PRL na Zachodzie, niezwykle przymilnie zabiegal o wzgledy roznych
wplywowych kregow zydowskich na swiecie. W tym celu prezentowal sie jako wielki
przyjaciel Zydow i pogromca rzekomo szerzonego przez "Solidarnosc" polskiego
"nacjonalizmu" i "antysemityzmu". W zabiegach o poparcie swiatowego lobby
zydowskiego gen. Jaruzelski nie wahal sie wychodzic za granice z
najordynarniejszymi "donosami na Polske i Polakow". W rozmowie z przywodcami
Zydow amerykanskich na spotkaniu w Nowym Jorku jesienia 1985 roku Jaruzelski z
calym cynizmem oskarzyl "Solidarnosc" o rzekomy "antysemityzm" (wspominal o tym
znany "Europejczyk" Aleksander Smolar na lamach podziemnego "Aneksu" z 1986 r.,
nr 41-42, s. 123). Pamiec o tym, jak ludzie Jaruzelskiego donosili zagranicznym
Zydom na rzekomo "antysemicka" "Solidarnosc" zachowala sie rowniez we
fragmentach ksiazkowej relacji z Polski zapisanej przez zydowskiego publicyste z
USA Michaela T. Kaufmana. Opisal on, jak w czasie wizyty w Polsce prezesa
Swiatowego Kongresu Zydow Edgara Bronfmana "rzadowi oficjele wciaz powtarzali
oskarzenia, ze Solidarnosc wyrazala antysemickie poglady i postawy" (M.T.
Kaufman, "Mad dreams, saving graces. Poland: A Nation in Conspiracy", New York
1989, s. 171).

Nowe falsze Grossa (21) - Jak walczyc z
klamstwami?
W prezentowanym tu ostatnim odcinku cyklu
chcialbym zwrocic uwage na pewne ogolniejsze sprawy w zwiazku z ogromnym zbiorem
falszow Grossa. Chcialbym przede wszystkim zaakcentowac, ze "Strach" jest tylko
swoista kulminacja dlugotrwalych dzialan Grossa dla przyczernienia polskiej
historii. Tym bardziej oburzajaca jest ciagla bezkarnosc, a nierzadko nawet
fetowanie falszerza recydywisty. Stad glowna czesc tego tekstu stanowi probe
refleksji nad metodami przeciwdzialania falszom Grossa i jego
klakierow.
Oszust recydywista
Minelo juz ponad 25 lat
od chwili, gdy Gross zapoczatkowal swe zabiegi w celu spotwarzania polskiej
historii. Dokladnie w 1979 roku po raz pierwszy zaznaczyl swoje sklonnosci do
eksponowania ponad wszystko martyrologii Zydow kosztem rownoczesnego
maksymalnego pomniejszania polskiej martyrologii i polskiego heroizmu. Zrobil to
w wydanej w 1979 r. w Stanach Zjednoczonych ksiazce "Polish Society under German
Occupation". Gross napisal swa ksiazke dla amerykanskich czytelnikow, na ogol
zupelnie nieznajacych polskiej historii wojennej. Tym usilniej staral sie wmowic
czytajacym go Amerykanom, ze dzialalnosc polskiej konspiracji nie byla wcale
ryzykowna, wrecz przeciwnie - podejmowano ja w warunkach zdumiewajacej wolnosci.
Kulminacja tych lgarstw byly podane na stronie 240 ksiazki Grossa twierdzenia:
"Tak, paradoksalnie Polacy cieszyli sie wieksza wolnoscia w okresie 1939-1944
niz w ciagu calego stulecia [podkr. - J.R.N.]... Sadze, iz mozna slusznie
przyjac, ze rozmnozenie sie organizacji podziemnych i obfitosc konspiracyjnych
inicjatyw nalezy zawdzieczac w znacznej mierze istnieniu w Generalnej Guberni w
czasie wojny swobody politycznej. Trudno przypuscic, by podziemne organizacje
mogly powstac i istniec w takiej liczbie, gdyby bylo inaczej".
Jak z tego
wynika, mozna by bylo powiedziec: "Prawdziwa sielanka za rzadow Hansa Franka!".
Tak sie zlozylo, ze dzieki tej niemieckiej "wolnosci" zginal moj ojciec,
podobnie jak kilka milionow innych Polakow. Czytajac tego typu stwierdzenia
Grossa, nie moglem wiec nie uznac, ze mamy tu do czynienia nie z prawdziwym
naukowcem, lecz z oszustem i hochsztaplerem, niegodnym podania reki.
Jako
pierwszy obnazyl antypolska wymowe wspomnianej ksiazki Grossa Stefan Korbonski,
jeden z przywodcow Polskiego Panstwa Podziemnego (byly delegat rzadu RP na
kraj). W artykule opublikowanym na lamach paryskich "Zeszytow Historycznych" (nr
58, s. 176-184) bardzo ostro napietnowal on rozne klamstwa Grossa. Korbonski
szczegolnie mocno polemizowal z ujawniajacym sie w ksiazce Grossa oskarzaniem
calego polskiego spoleczenstwa o antysemityzm i obojetnosc wobec zaglady Zydow.
Podsumowujac swe uwagi krytyczne, napisal, ze "prof. Gross wlaczyl sie do grona
tych autorow amerykanskich, ktorzy za swoj swiety obowiazek uwazaja obciazanie
narodu polskiego niepopelnionymi winami".
Korbonski wystapil z krytyczna
ocena wymowy "pisarstwa" J.T. Grossa rowniez w wydanej w 1989 roku w Nowym Jorku
ksiazce "The Jews and Poles in World War II". Zaliczyl Grossa do tych przybyszow
z Polski do USA, ktorzy uznali, ze oskarzanie Polakow o antysemityzm, a nawet
wspolprace z Niemcami "przyniesie im korzysci osobiste" (wg polskiego wydania
ksiazki S. Korbonskiego "Polacy, Zydzi i Holocaust", Warszawa - Komorow 1999, s.
105, 106, 111).
Warto dodac cos, o czym - o ile wiem - nikt jeszcze przede
mna nie przypomnial. Otoz jedna z pierwszych osob, ktore "poznaly sie" na
Grossie, byl naczelny redaktor paryskiej "Kultury" Jerzy Giedroyc. Juz 3
kwietnia 1981 roku pisal on w liscie do Jana Nowaka-Jezioranskiego, ze J.T.
Gross i jego zona to osoby "nafaszerowane kompleksami", a ich wyklady
"uniwersyteckie" "maja w kraju (poza kregiem ich przyjaciol) jak najgorsza
opinie" (J. Nowak-Jezioranski, J. Giedroyc, Listy 1952-1998, Wroclaw 2001, s.
566).
Z kolejnymi skrajnymi uogolnieniami na temat "polskiego antysemityzmu"
Gross wystapil na lamach "Aneksu" (nr 41-42 z 1986 r.) w eseju: "Ten jest z
Ojczyzny mojej... ale go nie lubie". Twierdzil tam, jakoby podczas okupacji
hitlerowskiej "znakomita wiekszosc polskiego spoleczenstwa odczuwala brak
sympatii dla Zydow", jakoby postawy Polakow "byly... na ogol antyzydowskie".
Tekst Grossa wywolal ostra polemike na lamach rocznika "Polin" poswieconego
stosunkom polsko-zydowskim. Podjal ja historyk Wladyslaw Teofil Bartoszewski,
wykladajacy historie na uniwersytecie w Oksfordzie, syn Wladyslawa
Bartoszewskiego, pozniejszego ministra III RP. W tekscie opublikowanym na lamach
"Polin" pt. "Jews as a Polish Problem" (Oxford 1987, t. II, s. 399-403)
Bartoszewski zarzucil Grossowi swiadome znieksztalcanie tekstow, w celu
oczernienia Polakow jako antysemitow.
Skrytykowanie Grossa przez
Bartoszewskiego pozostalo bez efektu. Gross coraz dalej posuwal sie w manii
tropienia "polskiego antysemityzmu" (vide ksiazki: "Upiorna dekada" i
"Sasiedzi"). Pisarstwo Grossa coraz bardziej stawalo sie doslowna ilustracja
slow zydowskiego noblisty pisarza Isaaca Bashevisa Singera: "Zydzi potrzebuja
antysemityzmu jak powietrza. (...) Zyd jest to taki czlowiek, ktory nawet na
bezludnej wyspie znajdzie antysemite".
Na prozno coraz wiecej krytykow Grossa
zwracalo uwage na jego skrajna tendencyjnosc, ewidentne zafalszowania i fatalne
braki warsztatu naukowego. Mozna by tu przytoczyc mnostwo znaczacych autorow, od
prof. I.C. Pogonowskiego, prof. M.K. Dziewanowskiego, prof. T. Strzembosza, ks.
prof. W. Chrostowskiego po prof. N. Finkelsteina, prof. R.C. Lukasa, dr D.
Kacnelson po niemieckiego badacza dr. B. Musiala. Opinie ich szerzej przedstawie
w ksiazkowej wersji cyklu. Tu przypomne tylko, ze nawet w tak wyslawiajacym
Grossa "Tygodniku Powszechnym" (nr z 28 kwietnia 2002 r.) ukazaly sie w koncu
bardzo krytyczne slowa o nim - w wywiadzie prof. Tomasza Szaroty. Powiedzial on
m.in.: "Gross (...) nie ma fachowego przygotowania do napisania pracy
historycznej spelniajacej wymagania warsztatowe tej dyscypliny. On jest
socjologiem i nigdy nie nauczyl sie warsztatu historyka: poszukiwania zrodel i
ich oceny. Tymczasem nasze, tzn. historykow zarzuty i uwagi krytyczne odczytuje
jako przejaw zakorzenionego w Polakach antysemityzmu". Glosny publicysta
emigracyjny Karol Zbyszewski pisal kiedys: "Im glupszy Zyd, tym bardziej
dopatruje sie wszedzie antysemityzmu". W przypadku Grossa, wypisujacego tak
wiele nonsensow o rzekomym "polskim antysemityzmie", nie chodzi jednak o
przejawy glupoty. Mamy po prostu do czynienia z cynicznym hochsztaplerem, ktory
zorientowal sie, ze moze swietnie zarobic na atakowaniu Polakow w imieniu
"przedsiebiorstwa holokaust" i korzysta z okazji. Money, money, money - oto
glowny klucz do "pisarstwa" Grossa. Pewna role w stachanowskim antypolonizmie
Grossa byc moze odgrywa rowniez nadgorliwosc wynikla z checi zamazania pewnej
bardzo brzydkiej skazy sprzed lat. Warto przypomniec tu, na co wskazywal jako na
przypuszczalne zrodlo antypolskich obsesji Grossa Antoni Zambrowski. Po marcu
1968 roku byl on jednym z wiezniow Moczarowskiego SB - skazano go w
sfabrykowanym procesie na dwa lata wiezienia. Z tamtego czasu zapamietal Grossa
z jak najgorszej strony - jako jedna z osob, ktore fatalnie zalamaly sie podczas
przesluchan. Wedlug Zambrowskiego, Gross haniebnie wrecz sypal na swych kolegow
wspolwiezniow. Zambrowski niejednokrotnie juz wspominal w swych artykulach
niegodne zachowanie Grossa w wiezieniu po marcu 1968 roku. Ostatnio znow
przypomnial te sprawe w wywiadzie "Lze jak Gross" dla "Gazety Polskiej" z 19
lipca 2006 r. i w artykule publikowanym na lamach "Najwyzszego Czasu" 15 lipca
2006 r. pt. "Cenzura pogromu?". W tym ostatnim artykule Zambrowski napisal
m.in.: "Jan Tomasz Gross byl w 1968 roku wiezniem marcowym, zalamal sie w
sledztwie i obciazyl swoich kolegow. Czytalem jego zeznania w materialach
wlasnego sledztwa i pamietam obrzydliwosci, jakie ze strachu opowiadal
przesluchujacym go oficerom. Dzis odreagowuje swoje frustracje, obciazajac
odpowiedzialnoscia za owczesny komunistyczny antysemityzm Bogu ducha winny narod
polski".
Dlaczego nie reaguja
W "Gazecie Wyborczej" z 16-17
wrzesnia 2006 r. zaatakowano mnie (po raz 17. w tej gazecie od poczatku roku).
Zostalem zaatakowany w dobrym towarzystwie. Zarzucajac Radiu Maryja rzekoma
jednostronna tendencyjnosc w doborze prelegentow, napisano: "W ostatnich
tygodniach w 'Rozmowach niedokonczonych' pojawili sie m.in. Zbigniew Wassermann,
Kazimierz Marcinkiewicz i znany z antysemickich publikacji Jerzy Robert Nowak".
Nie bylem zaskoczony metoda dzialania gazety, tak skorej do oszczerczych
pomowien. Atakuja mnie z pomoca oszczerczego pejoratywnego uogolnienia, podczas
gdy przez pare miesiecy nie zdobyli sie nawet na jedno zdanie konkretnej
rzeczowej polemiki z moim tak dlugim cyklem artykulow w "Naszym Dzienniku".
Cyklem tak sprzecznym ze wszystkim, co wielbia koryfeusze "Gazety Wyborczej". W
kolejnych 20 pozycjach cyklu bezlitosnie wyszydzalem ulubienca "Wyborczej" J.T.
Grossa, tak szumnie windowanego niegdys przez A. Michnika do rangi rzekomego
spadkobiercy Mickiewicza i Slowackiego. Rozbijalem kolejne jego klamstwa, a
"Wyborcza" nawet nie pisnela. Zadnej proby polemiki. Bo jakze maja michnikowcy
polemizowac z twardymi, niepodwazalnymi faktami, jakze czesto przywolywanymi w
oparciu o swiadectwa uczciwych Zydow, jak najdalszych od tego, co sie na co
dzien bajdurzy w organie Michnika (vide teksty F. Mantela, O. Rufeisena, K.
Mirskiej i in.). "Wyborczej" pozostaje wiec tylko rzucanie od czasu do czasu
obelzywymi epitetami.
Doszlo do tego, ze z wyrazna krytyka Grossa wystapila
zwiazana ze srodowiskiem "Gazety Wyborczej" historyk Bozena Szaynok, byla
stypendystka Fundacji Batorego. W recenzji opublikowanej 25 sierpnia 2006 r. na
lamach "Przegladu Polskiego" (tygodniowego dodatku nowojorskiego "Nowego
Dziennika") Szaynok napisala m.in.: "Przyczyny antysemityzmu byly jednak duzo
bardziej zlozone od przedstawionych w 'Fear' przez prof. Grossa. Przyczyny
niecheci czesci Polakow do ludnosci zydowskiej lokuja sie bowiem i w charakterze
relacji polsko-zydowskich przed wojna, i w doswiadczeniu lat 1939-1945, i w
powojennej sytuacji politycznej. I w polityce, i w psychologii. (...) Proba
zrozumienia niechetnych i wrogich Zydom postaw wsrod czesci powojennego
spoleczenstwa polskiego nie da sie wyjasnic jedna czy dwiema prostymi tezami.
(...) Ksiazka Jana T. Grossa wprowadza niestety kolejne uproszczenia do tej
debaty (polsko-zydowskiej). Pojawiaja sie one w tekscie, ale takze na poziomie
zasadniczych tez lokujacych przyczyny antysemityzmu powojennego w poczuciu winy
Polakow za kolaboracje z Niemcami, w mordowaniu Zydow czy obawie Polakow przed
utrata korzysci materialnych czerpanych z przejetego w czasie wojny mienia
pozydowskiego. Ta teza nie znajduje potwierdzenia w zrodlach z tego okresu.
Pojawia sie w nich, co prawda, problem mordow ludnosci zydowskiej i rabunkow z
powodu mienia przejetego przez Polakow w czasie wojny, ale wlasnosc zydowska
jest tylko jedna z wielu przyczyn wspomnianych zachowan.
Inny zasadniczy
zarzut dotyczy sposobu wykorzystywania materialu zrodlowego czy literatury.
Autor wykorzystuje z nich te fragmenty, ktore dotycza tylko antysemickich postaw
Polakow [podkr. - J.R.N.], tworzac wrazenie, ze antysemityzm jest zasadnicza
cecha relacji polsko-zydowskich. I tak np. znajdujemy tylko zapis negatywnych
reakcji Polakow na powstanie w getcie warszawskim. W innym miejscu z zapisu
wspomnien niemieckich zolnierzy o postawach Polakow wobec Zydow autor wybiera
jedynie te, ktore ilustruja kolaboracje Polakow z nazistami, mimo ze obok nich
pojawiaja sie informacje o udzielaniu pomocy ukrywajacym sie Zydom, jak i o
zwiekszeniu represji wobec Polakow za taka wlasnie dzialalnosc. (...)
Czytelnik po lekturze ksiazki zostaje z przeswiadczeniem, ze opisywane
postawy negatywnych, agresywnych zachowan wobec Zydow dotycza wiekszosci
Polakow. (...) Brak podkreslenia, ze mowimy tylko o czesci spoleczenstwa, np. w
przypadku Kielc, jak wynika z ustalen prokuratury po zakonczeniu sledztwa w
sprawie pogromu, na miejscu zdarzen mialo byc okolo 500 osob (Kielce w tym
czasie liczyly okolo 50 tys. mieszkancow)".
Jak widzimy, nawet B. Szaynok -
historyk zwiazana ze srodowiskiem "Gazety Wyborczej" - potwierdza zarzuty
skrajnej tendencyjnosci "Strachu" Grossa, potwierdza niektore konkretne zarzuty
wysuwane przeze mnie w "Naszym Dzienniku", choc mnie oczywiscie nie
cytuje.
Na tym tle tym bardziej klopotliwa wydaje sie sytuacja Znaku, ktory
podjal sie wydania "Strachu" w Polsce. Czyz nie jest rzecza wprost szokujaca, ze
takie wydawnictwo jak Znak chce wydac ksiazke o wyjatkowo obrzydliwej
antypolskiej i antykatolickiej wymowie? Co prawda zapowiedziano, ze Znak wyda te
ksiazke za rok, co jest okresem wielokrotnie dluzszym niz bylby potrzebny do
przelozenia "Strachu". Czytelnik z Piotrkowa Antoni Akerman przeslal mi kopie
swojej korespondencji do wydawnictwa Znak w sprawie nowej ksiazki Grossa. W
odpowiedzi na bardzo mocne zastrzezenia wyrazone przez A. Akermana w liscie do
Znaku co do wydania takiej ksiazki wydawnictwo to bronilo swej decyzji o
publikacji "Strachu", stwierdzajac m.in.: "Jesli chcemy byc dumni z naszej
tradycji i naszej historii, musimy sine ira zmierzyc sie z jej ciemnymi
kartami". Pan Akerman odpowiedzial m.in.: "Nieobca mi jest prawda, chce sie z
nia zmierzyc, ale powielanie klamstw, insynuacji, nie sluzy temu. (...) Wydajac
te ksiazke, sluzycie ludziom, ktorzy nienawidza Polski i Polakow".
Ciekaw
jestem, czy tak dlugi, roczny termin, oddzielajacy wydanie "Strachu" w Polsce od
wydania jego anglojezycznego oryginalu, nie ma przypadkiem na celu dokonania
przez Grossa rozlicznych ciec, zlagodzen i innych manipulacji w tekscie ksiazki,
aby usunac z niej najbardziej razace fragmenty antykatolickie i antypolskie.
Gross lubi stosowac tego typu chwyty (np. wydanie jego ksiazki "W czterdziestym
nas, Matko, na Sibir zeslali" znaczaco roznilo sie od wersji anglojezycznej, w
ktorej nie bylo zadnych krytycznych relacji o zachowaniach Zydow po 1939 roku.
Bylo za to wiecej stwierdzen o rzekomej sile "polskiego antysemityzmu" w II RP.
Kanadyjski klakier Grossa Piotr Wrobel juz wyraznie zachecal do publikacji
takiej zmienionej wersji "Strachu" w Polsce, "dostosowujacej argumenty" do
"wrazliwosci roznych czytelnikow" (por. tekst Wrobla w "Gazecie Wyborczej" z 29
lipca 2006 r.). Z gory zapowiadam, ze natychmiast publicznie obnazymy wszelkie
manipulacje tego typu.
Zdumiewajace zaniechania
Podczas gdy w
kraju klakierzy Grossa wyraznie zostali zepchnieci do naroznika, hochsztapler
zza oceanu dalej jest naglasniany w USA, w tym przez wywiady udzielane w
audycjach radiowych, docierajacych do milionow sluchaczy. Przynosi to ogromne
szkody wizerunkowi Polski i Polakow. Nieprzypadkowo z bardzo ostra krytyka
falszow Grossa szczegolnie szybko wystapili liczni polscy autorzy ze Stanow
Zjednoczonych i Kanady (m.in. Ryszard Tyndorf, prof. John Radzilowski, Marek J.
Chodakiewicz, Wojciech Wierzewski czy warszawski korespondent prasy polonijnej
Robert Strybel). Tym bardziej zdumiewa jednak calkowita biernosc w tej sprawie
okazywana przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i ambasade polska w
Waszyngtonie. Ambasada ta kieruje wywodzacy sie z grona dyplomatow
Geremkowskiego chowu Janusz Reiter, bardzo zle wspominany za fatalne
klajstrowanie spraw juz w czasie gdy byl ambasadorem Polski w Niemczech. Nie
zdobyto sie na publiczne potepienie tak licznych i obrzydliwych spotwarzen
Polski przez Grossa, choc wczesniej ostro reagowano na duzo mniej znaczace pod
wzgledem zasiegu sprawy, typu napastliwego antypolskiego tekstu w niemieckiej
gazecie "Tageszeitung".
Nie zrobiono przez te pare miesiecy nawet rzeczy
najprostszej, choc tak podstawowej. Otoz nie zatroszczono sie nawet o szybkie
wydanie krotkiej broszury prostujacej najohydniejsze klamstwa Grossa w oparciu o
rzetelne swiadectwa Zydow lub Polakow zydowskiego pochodzenia - swiadkow epoki.
Broszury, w ktorej znalazlyby sie np. liczne jakze przeciwstawne Grossowi
relacje na temat poparcia Polakow dla walk zydowskich powstancow getta. Zdumiewa
fakt, ze jak dotad, o ile wiem, zaden z politykow (poza listem czterech
senatorow) nie wystapil z publiczna krytyka szczegolnie niebezpiecznego
antypolonizmu w wydaniu Grossa i jego klakierow. Nie zatroszczono sie rowniez o
uzyskanie na forum miedzynarodowym przeciwdzialania klamstwom Grossa poprzez
zwrocenie sie do tak wybitnych i obiektywnych zagranicznych badaczy polskiej
historii jak prof. Norman Davies z Anglii, prof. Richard C. Lukas z USA czy
prof. Jakub Goldberg z Izraela. A przeciez chodzi o przeciwdzialanie jakze
niebezpiecznym presjom na Polske. Inicjowana przez Grossa fala antypolskich
oszczerstw, majacych oczernic Polske, sluzy az nazbyt konkretnym celom -
ulatwieniu wymuszenia na biednej Polsce jak najwiekszych odszkodowan za mienie
zydowskie. Pierwszym krokiem w tym kierunku ma byc stwarzanie wokol Polakow
wizerunku "katow", wspolsprawcow zydowskiego holokaustu. Przypomnijmy, co juz
kilka lat temu prof. Norman Finkelstein pisal w zwiazku z "Sasiadami" Grossa: "Z
blogoslawienstwem Grossa 'Sasiedzi' stali sie kolejnym orezem 'przedsiebiorstwa
holokaust' w jego dazeniu do ograbienia Polski" (N. Finkelstein,
Przedsiebiorstwo holokaust, Warszawa 2001, s. 198). Nasza biernosc i chowanie po
strusiemu glowy w piasek - tak to dzis robi MSZ - nie usunie narastajacych
zagrozen i bedzie tylko sprzyjac dalszej kulminacji nagonki na Polske. Premier
Jaroslaw Kaczynski po tylekroc wyrazal swe zatroskanie slabosciami obecnego
wizerunku Polski w swiecie - niech wreszcie i podwladni premiera dostosuja sie
do jego zalecen! Mysle, ze w obecnej sytuacji bardzo przydalby sie apel
myslacych po polsku przedstawicieli roznych partii politycznych i organizacji
spolecznych do prezydenta i premiera RP o jak najszybsze podjecie dzialan
zmierzajacych do pomniejszenia szkod wyrzadzonych Polsce przez ksiazke Grossa i
jej klakierow.
Zdumiewajacy jest fakt, do jakiego stopnia w calej sprawie
nabraly wody w usta rozne redakcje telewizji publicznej (o TVN czy Polsacie nie
warto nawet wspominac), zamiast przeprowadzic prawdziwie porzadna debate wokol
ksiazki Grossa. Jak widac, "odnowa wildsteinowska" ciagle nie poszla zbyt
daleko!
I jeszcze jedna sprawa. Czy polskie wladze w koncu zdecyduja sie na
wystapienie z pozwem sadowym przeciwko oszczercy Grossowi, ktory z tak ewidentna
zla wola upowszechnia najbardziej ordynarne klamstwa antypolskie, narazajac nasz
Narod na oskarzenia o mordercze wspoldzialania z nazistowskimi ludobojcami?
Zdemaskowanie klamstw Grossa na forum miedzynarodowym ulatwiloby zamkniecie ust
takze innym oszczercom tego typu.
Nagradzajmy sojusznikow, nie
wrogow!
Niejednokrotnie pisalem w swoich publikacjach o postaciach
sprawiedliwych posrod Zydow, ktorzy nie chcieli sie pogodzic z nikczemnym
oczernianiem Polakow. Zwalczajac z cala sila Zydow anty-Polakow, zawsze
opowiadalem sie za rownie silnym naglasnianiem wszystkich postaci propolskich
Zydow, ich wyrazow sympatii dla Polski czy wystapien w naszej obronie. Nie bylo
po 1945 r. w Polsce nikogo, kto by napisal wiecej ode mnie o postaciach
propolskich Zydow lub polskich patriotow zydowskiego pochodzenia. Poza odrebnymi
artykulami na ten temat pisalem o tym w osobnych rozdzialach w kilku ksiazkach
(por. rozdzialy: "Przemilczani rzecznicy polsko-zydowskiego dialogu" i
"Przemilczani Zydzi antykomunisci" w ksiazce "Zagrozenia dla Polski i
polskosci", Warszawa 1998, t. I, s. 300-310, czy rozdzial "Sprawiedliwi posrod
kresowych Zydow" w "Przemilczanych zbrodniach", Warszawa 1999, s. 195-205;
rozdzial "Zydowscy rzecznicy dialogu" w tomie "Antypolonizm - zdzieranie masek",
Warszawa 2005, t. II, s. 58-60). W 2002 roku wydalem w Bibliotece ksiazek
"niepoprawnych politycznie" 70-stronicowy tomik "Przemilczani obroncy Polski" o
polskich patriotach zydowskiego pochodzenia. Przypomne tu jedna z dawniejszych
moich konkluzji na powyzszy temat, wyrazonych w ksiazce "Zagrozenia dla Polski i
polskosci"
(s. 311): "Ciezkim bledem polskiego obozu niepodleglosciowego sa
ciagle zbyt male kontakty z Zydami polonofilami ze swiata. Nie umiemy w
dostatecznym stopniu odwolywac sie do ich argumentow w polemice z polakozerczymi
klamstwami, nie umiemy docenic ich znaczenia. Nie rozumiem, dalibog, na
przyklad, dlaczego na uroczystosci 50-lecia obozu w Oswiecimiu zaproszono tylko
prezydentow i laureatow Nobla (w tym polakozerczego Elie Wiesela, znanego z
oszczerstw na temat chrzescijanstwa i Ojca Swietego Jana Pawla II). Dlaczego zas
nie zaproszono tam kilkudziesieciu Zydow polonofilow, w tym profesora Israela
Shahaka i Oswalda Rufeisena z Izraela czy Dory Kacnelson z Drohobycza. Ta
ostatnia by sama najlepiej powiedziala rabinowi Weissowi, co mysli o jego walce
z krzyzem".
Mysle, ze cytowane powyzej uwagi sa nadal az nadto aktualne. W
walce z tak niebezpiecznymi nowymi falszami Grossa powinnismy sie tym silniej
odwolac do naszych "przyjaciol Zydow" z roznych krajow swiata. Poczawszy od
prof. Normana Finkelsteina i prof. Harolda B. Segela (autora swietnej ksiazki
"Image of Jew in Polish Literature", wyd. w 1996 r.) oraz rabina Byrona Sherwina
z USA, poprzez prof. Jakuba Goldberga (doktora honoris causa na UW), Stanislawa
Aronsona (b. ppor. AK "Ryska"), generalnego sekretarza Towarzystwa
Korczakowskiego w Izraelu Beniamina Anolika i Abrahama Wagemana z Izraela, ktory
niejednokrotnie wystepowal w obronie Polakow, m.in. w zwiazku z Jedwabnem, po
propolskiego Zyda z Düsseldorfu z Niemiec Samuela Dombrowskiego, konsekwetnie
wystepujacego w obronie Polakow. Zaapelujmy o ich wystapienia przeciw plugawym
oszczerstwom Grossa i odpowiednio je naglosnijmy. A przy tym wszystkim nauczmy
sie bardziej nagradzac zydowskich przyjaciol naszych wrogow. (Przypomnijmy tu,
ze A. Kwasniewski posunal sie do odznaczenia J.T. Grossa wysokim polskim
odznaczeniem, ze na Uniwersytecie Warszawskim nagrodzono kiedys doktoratem
honoris causa Israela Gutmana, znanego z oszczerczych publikacji na temat
historii polsko-zydowskich stosunkow w drugiej wojnie swiatowej i spotwarzania
Armii Krajowej!). Dlaczego nie wyroznimy wreszcie polskimi odznaczeniami takich
przyjaciol Polski, jak prof. N. Finkelstein, S. Aronson, A. Wageman czy S.
Dombrowski? Dlaczego polski Sejm lub Senat nie moglyby sie wreszcie zdobyc na
zaproszenie prof. N. Finkelsteina na specjalna sesje polskiego parlamentu, na
ktorej moglby wystapic ze swym tak waznym przeslaniem krytykujacym szantaze
zydowskiego "przedsiebiorstwa holocaust" wobec Polski i Polakow? Dlaczego prof.
N. Finkelsteina - tak zdecydowanie wystepujacego w obronie polskich interesow
narodowych (przeciw rabowaniu biednego polskiego Narodu przez wymuszane
"odszkodowania"), nie uhonoruje sie wreszcie tak mocno przez niego zasluzonym
doktoratem honoris causa na czolowej polskiej uczelni?
A przede wszystkim
nauczmy sie wreszcie czesciej siegac do roznych swiadectw propolskich Zydow i
polskich patriotow zydowskiego pochodzenia. Wznawiajmy i popularyzujmy ich
ciagle swiadomie przemilczane ksiazki, od Mantela i Shahaka po Hirszfelda i
Grydzewskiego. Postarajmy sie tez bardziej o przypominanie ich wystapien z
protestami przeciw tym Zydom, ktorzy zdradzali Polske, najczesciej na rzecz
sowieckiego Wielkiego Brata. Jakze niewiele osob wie dzis na przyklad o tym, ze
patriotyczni Polacy zydowskiego pochodzenia juz w pierwszych latach wojny
wystepowali z postulatami ukarania wszystkich Zydow na Kresach winnych
kolaboracji i zdrady. Szczegolnie wymowny byl fakt, ze z postulatem tego typu
wystapiono na lamach wychodzacego na terenie getta warszawskiego organu Zydow
asymilatorow - konspiracyjnego pisma "Zagiew" (numer 2 z poczatkow kwietnia 1942
r.). Omawiajacy ten numer "Zagwi" w meldunku z 13 maja 1942 r. "Waclaw" (Henryk
Wolinski) pisal, ze autorzy na czele obowiazkow Zydow wobec panstwa polskiego
postawili lojalnosc i wiernosc, w zwiazku z czym "pismo poswieca stosunkowo
sporo miejsca uzasadnieniu koniecznosci pociagniecia do odpowiedzialnosci Zydow
z Kresow Wschodnich za ich stosunek do okupacji sowieckiej" [podkr. - J.R.N.]
(cyt. za: Eksterminacja Zydow w latach 1941-1943. Dokumenty Biura Informacji i
Propagandy Komendy Glownej Armii Krajowej ze zbiorow oddzialu rekopisow
Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, opr. M. Tyszkowa, "Biuletyn Zydowskiego
Instytutu Historycznego" 1992, nr 2-3, s. 59). Czyz cytowany powyzej tekst z
"Zagwi" nie jest najlepszym argumentem w rozbijaniu klamstw J.T. Grossa,
przemilczajacego prawde o kolaboracji z Sowietami na Kresach tak duzej czesci
Zydow?! Przypomne wreszcie inny, jakze nieslusznie zapoznany, a tak wzruszajacy
"List Zydow z Izraela do Zydow w Polsce listopad 1946". Podpisany przez 120
Zydow izraelskich list znajdujacy sie w Arch. Deleg. WIN. Dzial II, A, zawieral
m.in. slowa: "(...) Nie mozemy jednak oprzec sie stwierdzeniu, ze rzadzace dzis
w Polsce komunistyczne sfery zydowskie nie nauczyly sie niczego od czasu
rewolucji carskiej. Nie nauczyly sie wielkiej i praktycznej prawdy, ze do
szczescia i niepodleglosci wlasnego narodu nie mozna zdazac przez nieszczescie i
niewole drugiego narodu.
Zydzi rzadzacy w Polsce, a nalezacy do partii
komunistycznej mysla o sobie, a nie o ludnosci zydowskiej w Polsce i dlatego
powiazali sie z tymi obcymi czynnikami, ktorym zalezy na tym, aby Polska
pozostala krajem malym, slabym i bezwolnym narzedziem w ich reku. Niech nad tym
postepowaniem komunistycznej zydowskiej gory w Polsce zastanowia sie prawdziwi
zydowscy patrioci. (...) Moze przyjsc zawierucha i zamieszanie w Europie, i
Zydzi beda tak przyparci do muru, ze nie znajda innego wyjscia, jak szukac
schronienia w Polsce i u Polakow. Wtedy moze byc za pozno" (cyt. za "Mysl
Polska" z 17 czerwca 2001 r.).
O polska szkole
historyczna
Omawiane wyzej sprawy powinny byc o wiele bardziej
naglasniane, nierzadko zas wydobywane z prawdziwego zapomnienia. Bedzie tak,
jesli wreszcie powstanie polska szkola historyczna badania stosunkow
polsko-zydowskich. Bardzo zle wyglada obecna sytuacja, gdy badanie stosunkow
polsko-zydowskich jest niemal zmonopolizowane przez Zydowski Instytut
Historyczny. Instytut, na ktorego czele stoi znany ze skrajnego dogmatyzmu swych
dawnych prac o ruchu robotniczym ziec Jakuba Bermana, Feliks Tych. Przypomnijmy
tu, ze slynny historyk prof. Stefan Kieniewicz juz w 1984 r. bil na alarm z
powodu braku polskich badan nad tematyka stosunkow polsko-zydowskich, piszac
m.in.: "Jest faktem, ze dziejami polskich Zydow zajmowali sie i nadal zajmuja
niemal wylacznie badacze z zydostwem zwiazani. (...) Niezydowscy autorzy (...)
wola wymijac te problematyke, zaslaniajac sie brakiem kompetencji. Wynika stad
jednostronnosc spojrzenia" (S. Kieniewicz, Polacy i Zydzi w XIX wieku,
"Polityka" z 15 grudnia 1984 r.). Jako wyraz tej jednostronnosci prof.
Kieniewicz podal to, ze zydowscy badacze zwykli podejmowac glownie dwa watki
badawcze. Jeden to wklad Zydow w dzieje Polski: gospodarczy, polityczny (udzial
w walkach o niepodleglosc) i kulturalny. Drugim zas byl watek dyskryminacji
Zydow w Polsce przez chrzescijan. Jak widzimy, taka "selekcja" tematow badan
stosunkow polsko-zydowskich byla i jest az nadto uproszczona.
Dlatego tak
potrzebne jest powstanie polskiej szkoly badan stosunkow polsko-zydowskich,
podejmujacej jak najbardziej wielostronnie tematy dotad przemilczane. Byc moze
jej zalazkiem mogloby stac sie powstanie Instytutu obrony dobrego imienia Polski
czy Instytutu obrony prawdy o Polsce. Instytut taki moglby wziac na warsztat w
pierwszej kolejnosci najbardziej sporne sprawy z dziejow stosunkow
polsko-zydowskich w XX wieku.
Slynny polski historyk prof. Wladyslaw
Konopczynski pisal kiedys: "Narody musza sie bronic przed obca pogarda i wlasnym
zwatpieniem". Czy wezmiemy sobie do serca te maksyme i nauczymy sie wreszcie
skutecznie bronic prawdy o polskiej historii, majacej tyle wielkich kart i tak
czesto szkalowanej przez karly?! Profesor dr hab.Jerzy Robert Nowak, 2006 , www.naszdziennik.pl i www.radiomaryja.pl