Gross i jego falsze (01-21) Profesor dr hab. Jerzy Robert Nowak

140 views
Skip to first unread message

Polska Prawda

unread,
Nov 30, 2006, 4:12:41 AM11/30/06
to 1P
Gross i jego falsze (01-21) Profesor dr hab. Jerzy Robert Nowak
Nowe falsze Grossa (01) - Obrzydliwy paszkwil Grossa!!
 
Pare tygodni temu nakladem wydawnictwa Random House w USA ukazal sie szczegolnie obrzydliwy paszkwil Jana Tomasza Grossa "Fear. Anti-semitism in Poland after Auschwitz" ("Strach. Antysemityzm w Polsce po Auschwitz"). Jest to ksiazka, ktora zaszokuje nawet najbardziej upartych i naiwnych zwolennikow "Sasiadow" Grossa. Odslania bowiem tym razem otwarcie juz niczym niezakamuflowane oblicze tego autora jako fanatycznego wroga Polski i Polakow, pelnego jednoznacznej zlej woli. W "Sasiadach" Gross atakowal Polakow na tle zdeformowanego obrazu spolecznosci polskiej w jednym malym miasteczku - Jedwabnem. W "Strachu" idzie o wiele dalej, snujac wciaz pelne zacietrzewienia i nienawisci uogolnienia o Polakach jako narodzie. Oszczerstwa Grossa az nadto potwierdzaja prawdziwy obraz jego intencji, jaki kreslilismy 5 lat temu w "Naszym Dzienniku". Obraz, ktoremu probowano sie przeciwstawiac w najbardziej wplywowych mediach, od "Wyborczej" i "Rzeczpospolitej" po "Polityke" i "Tygodnik Powszechny". Wszedzie tam probowano kreowac Grossa na rzekomy wielki autorytet moralny, z pasja rozliczajacy niegodziwosci w wojennej historii Polski.
Przedstawiano przy tym zydowskiego socjologa Grossa jako rzekomego historyka i polskiego patriote, dokonujacego narodowego samorozrachunku. Przeciwstawilem sie tym manipulacjom w "100 klamstwach Grossa" (Warszawa 2001, s. 299), przytaczajac tekst ogloszonej w maju 1990 r. deklaracji grupy zydowskich intelektualistow z 9 krajow - tzw. deklaracji z Yarnton. Gross byl tam podpisany m.in. obok prof. M. Goldsteina z Belgii, rabina M. Schudricha z USA, rabina dr. N. Solomona z Wielkiej Brytanii. Najdalej w chwalbie Grossa poszedl Adam Michnik, przedstawiajac go w swym wstepie do niemieckiego wydania "Sasiadow" jako kontynuatora Mickiewicza, Slowackiego, Gombrowicza i Milosza, obnazajacych "zaklamanie i powierzchownosc" panujace w "rozleglych czesciach polskiej kultury narodowej".
Juz wtedy jednak w debacie wokol ksiazki Grossa w latach 2001-2002 z ostra krytyka jego klamstw wystapili tak wybitni autorzy jak prof. T. Strzembosz, prof. I.C. Pogonowski, prof. B. Wolniewicz, prof. Z. Musial, prof. K. Kawalec,
dr P. Gontarczyk, slynny zydowski prof. z USA N. Finkelstein, najwybitniejszy amerykanski znawca historii Polski prof. R.C. Lukas, niemiecki historyk dr B. Musial, slynna polska patriotka zydowskiego pochodzenia D. Kacnelson. Przewazajaca czesc krytyk Grossa zostala jednak starannie przemilczana w najbardziej wplywowych mediach, ktore najwyrazniej wspieraly antypolskie uogolnienia wspomnianego autora. Dodajmy, ze Gross cieszyl sie tez jednoznacznym poparciem postkomunistycznych wladz RP na czele z A. Kwasniewskim i L. Millerem i owczesnego prezesa IPN L. Kieresa. Wciaz starano sie przedstawiac Grossa jako godny nasladowania wzor rzekomego gleboko uczciwego rozrachunku z ciemnymi kartami polskich dziejow.

Polscy "kaci" i zydowskie "ofiary"
Dzis ten tak szczodrze wyslawiany kilka lat temu Gross w pelni odslonil sie w sposob prawdziwie kompromitujacy dla wszystkich jego niedawnych cynicznych lub naiwnych chwalcow. W ksiazce "Strach" bez zenady pokazal, jak daleka jest mu jakakolwiek elementarna uczciwosc w spojrzeniu na Polske i Polakow. Narod Polski, ktory tak bardzo ucierpial w czasie wojny, Gross przedstawil w swej nowej ksiazce jako znikczemnialy narod dzikich antysemitow, krwiozercow i rabusiow. Narod, w ktorym rzekomo tylko nieliczna mniejszosc umiala zachowac uczciwosc w czas wyzwania, podczas gdy ogromna czesc nacji byla pozbawiona wspolczucia dla mordowanych Zydow. Wedlug Grossa, "polskie spoleczenstwo bylo niezdolne do oplakiwania smierci swych zydowskich sasiadow" ("Polish society was unable to mourn its Jewish neighbours deaths", "Fear", s. 258, zob. rowniez
s. 247). Co wiecej, rzekomo "powszechnie" kolaborowano z Niemcami, do spolki z nimi grabiac Zydow, a czestokroc nawet ich mordujac. Ksiazka Grossa jest przy tym oparta na jednym wyraznie dominujacym schemacie - przeciwstawianiu "nikczemnych" Polakow - "katow", ich niewinnym, wrecz anielskim "ofiarom" - Zydom.
Temu podstawowemu celowi Grossa sluzy niezwykle tendencyjny dobor cytowanych zrodel. Gross z ogromna konsekwencja dobiera wylacznie takie cytaty, ktore dowodza niezwyklego okrucienstwa Polakow wobec Zydow i polskiej ogromnej pazernosci na grabione zydowskie mienie. Jednoczesnie zas rownie konsekwentnie i starannie przemilcza wszystko to, co swiadczylo dobrze o Polakach, przerozne przyklady ich pomocy w ratowaniu Zydow z narazeniem smierci, przychylne Polakom swiadectwa Zydow i obserwatorow zachodnich. W ksiazce Grossa wielokrotnie czytamy roznorodne, czasem dosc niewiarygodne opisy domniemanych okrucienstw polskich wobec Zydow. Autor niejednokrotnie uzala sie na rzekomy calkowity brak litosci dla losu Zydow w czasie wojny u ogromnej czesci Polakow. Rownoczesnie zas nigdzie, ale to nigdzie, nie spotykamy u Grossa jakiejkolwiek informacji o konkretnym przykladzie ratowania Zydow przez Polakow w dobie wojny (chocby o przypadku Ireny Sendlerowej, ktora uratowala kilka tysiecy Zydow). Czytamy za to wielokrotnie powtarzane pomstowania Grossa na temat rzekomego "szeroko rozpowszechnionego" wspolnictwa Polakow z Niemcami w eksterminacji Zydow lub co najmniej powszechnego zobojetnienia Polakow na ich los. Juz w "Upiornej dekadzie" Gross pisal, ze Zydom pomagala jedynie "drobna garstka Polakow". Teraz w "Strachu" pisze, ze Polacy ratujacy Zydow stanowili tylko "mala mniejszosc" (s. 261). Jak bardzo klamliwe jest to stwierdzenie, mozna zauwazyc przez porownanie go z opinia jednego z czolowych historykow IPN, Jana Zaryna: "W roznorodna pomoc Zydom moglo byc zaangazowanych nawet do 1 mln Polakow zyjacych pod okupacja niemiecka i sowiecka" (cyt. za: J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego, IPN, Warszawa 2006, s. 81). Pomagalo do miliona Polakow, choc kazdy przypadek pomocy narazal na natychmiastowy wyrok smierci z rak niemieckich okupantow, a czesto takze nawet na wymordowanie calej rodziny pomagajacego. Bylismy przeciez jedynym krajem w Europie, gdzie za pomaganie Zydom grozila smierc. Przypominal o tym m.in. znany zydowski dzialacz spoleczny Adolf Berman (brat Jakuba Bermana) w wystapieniu na sesji poswieconej ratowaniu Zydow w dobie wojny, zorganizowanej w Jerozolimie w dniach 8-11 kwietnia 1974 r. (por. Rescue Attempts during the Holocaust, Yad Vashem, Jerusalem 1977, s. 453). Gross calkowicie przemilcza w swej pisanej dla Amerykanow ksiazce ten tak wazny fakt o Polsce jako jedynym kraju, gdzie grozila kara smierci za pomoc Zydom. Rownie konsekwentnie przemilcza liczone na tysiace przyklady Polakow zamordowanych za pomoc Zydom.

Grabienie Zydow jako polska "specjalnosc"
Glowna teza Grossa jest to, ze Polacy w pierwszych latach po wojnie z wielka pasja i zajadloscia mordowali Zydow, bo czuli sie winni pomagania Niemcom w holokauscie, tego, ze razem z Niemcami zabijali Zydow w czasie wojny. Jako wylaczny powod mordowania Zydow w Polsce Gross podaje polska pazernosc i zadze rabunku, ktore jakoby doprowadzily wielkie rzesze Polakow do kolaboracji z Niemcami. Po wojnie zas Polacy dalej mordowali Zydow, by uniemozliwic im odzyskanie zagrabionego mienia. Na s. 256 "Strachu" czytamy: "Innymi slowy Zydzi bardzo mocno budzili strach i byli niebezpieczni, nie z powodu tego, co zrobili i mogli zrobic dla Polakow, lecz z powodu tego, co Polacy zrobili dla Zydow. Powszechne wplatanie w morderstwa i rabowanie Zydow odkrywalo w kazdej spolecznosci, w ktorej mialy miejsce napasci i rabunki, sklonnosc do morderczego gwaltu, na ktora w zasadzie nikt nie byl uodporniony". W ksiazce niejednokrotnie czytamy o "szeroko rozpowszechnionej zmowie przecietnych Polakow z realizowana przez nazistow eksterminacja Zydow" ("ordinary Poles widespread collusion with the Nazi-driven extermination of the Jews", s. 247-248). Juz we wstepie (s. XIV) Gross twierdzil, ze ta "szeroko rozpowszechniona zmowa z realizowana przez nazistow grabieza i ewentualnym rabowaniem Zydow byla tym, co wywolywalo polski antysemityzm po wojnie". Na s. 249 czytamy, ze "masy ludzi w Polsce staly sie wspolnikami w eksploatowaniu Zydow i w doprowadzeniu ich do smierci". Na temat rzekomej "polskiej kolaboracji" i rzekomego wspolnictwa "szerokich warstw" polskiego spoleczenstwa z nazistami w grabieniu, a nawet mordowaniu Zydow czytamy u Grossa rowniez w wielu innych miejscach jego ksiazki (por. np. s. 185, 186, 247, 250, 260).
Gross najwyrazniej stara sie poprzez wielokrotne powtarzanie antypolskich oskarzen, by one maksymalnie utrwalily sie w umyslach jego amerykanskich czytelnikow. Przypomnijmy, ze juz ponad piec lat temu w zwiazku z "Sasiadami" Grossa znany historyk IPN, dyrektor w tym Instytucie Pawel Machcewicz krytykowal to, iz: "Sa tez w pracach Grossa stwierdzenia rownie nie do przyjecia, choc nie odnoszace sie bezposrednio do wydarzen w Jedwabnem - na przyklad konstatacja, ze Polacy na Kresach Wschodnich masowo kolaborowali z wkraczajacym Wehrmachtem. Jest to nic innego jak tylko stereotyp kreowany przez Grossa. Autor protestuje przeciw stereotypowi przypisujacemu Zydom wspolprace z NKWD, ale w to miejsce chce wprowadzic stereotyp rzekomej masowej wspolpracy Polakow z Niemcami. Uwagi Grossa w rodzaju tej, ze Polacy, gdyby chcieli, mogli wbrew gestapo uratowac znacznie wiecej Zydow, sa takze niezwykle ryzykowne" (por. Co sie stalo w Jedwabnem, rozmowa P. Paliwody z P. Machcewiczem, "Zycie", 30 stycznia 2001 r.).
Gross nie tylko nie wyciagnal zadnych wnioskow z udokumentowanych krytyk jego uogolnien ze strony licznych polskich historykow, lecz jeszcze w skrajnym stopniu nasilil swe uogolnienia. Szczegolnie mocno znalazlo to odbicie w maksymalnym wyeksponowaniu w "Strachu" grabienia Zydow jako rzekomo szczegolnie rozpowszechnionej w Polsce "specjalnosci" Polakow. Wedlug Grossa (s. 252), "grabienie Zydow bylo spolecznie akceptowana norma w Polsce" ("spoliation of the Jews become a community-accepted norm"). Na s. 47 Gross twierdzi, ze ok. 2,5 mln Polakow uleglo demoralizacji w konsekwencji grabienia mienia zydowskiego.
Porownajmy twierdzenia Grossa o rzekomej ogromnej skali grabiezy mienia zydowskiego przez Polakow z uksztaltowanymi na podstawie wieloletnich badan ocenami historyka (a nie socjologa jak Gross) Teresy Prekerowej, zwiazanej z Zydowskim Instytutem Historycznym. W "Najnowszych dziejach Zydow w Polsce" (Warszawa 1993, s. 306), ksiazce powstalej w zwiazku z pracami prowadzonymi w Centrum Badania i Nauczania Dziejow i Kultury Zydow w Polsce, Prekerowa pisze, ze z uderzenia gospodarczego w Zydow "korzysci materialne" "odnosila niewielka badz co badz grupa ludnosci polskiej". Piszac do amerykanskich czytelnikow, Gross klamliwie przemilcza, ze grabiez mienia zydowskiego byla dokonywana glownie przez Niemcow, a nie Polakow. A takze to, ze sami Polacy padali na wielka skale ofiarami grabiezy ze strony Niemcow. O tej grabiezy mienia polskiego przez Niemcow nie przeczytamy u Grossa doslownie ani slowa. Porownajmy wiec jego wywody z udokumentowanymi, opartymi na wieloletniej pracy w zawodzie historyka stwierdzeniami T. Prekerowej (op. cit., s. 280): "Kolejna represja, ktora dotknela ludnosc zydowska (a w duzym stopniu rowniez polska) [podkr. JRN] byla grabiez mienia. Rozpoczeta od polowy wrzesnia, w pazdzierniku i listopadzie przyjela formy zorganizowane, a w grudniu 1939 r. zostala gwaltownie zintensyfikowana. Wladze niemieckie przejely cala wlasnosc panstwowa [podkr. JRN] oraz majatek zlikwidowanych polskich i zydowskich organizacji politycznych, spolecznych i kulturalnych, jak tez cale mienie zydowskich zrzeszen religijnych i znaczna czesc majatku Kosciola katolickiego [podkr. JRN]. Na ziemiach wcielonych skonfiskowano wszystkie prywatne polskie [podkr. JRN] i zydowskie przedsiebiorstwa przemyslowe, transportowe i inne, hurtownie, czesc warsztatow rzemieslniczych i sklepow oraz duze i srednie gospodarstwa rolne. W GG Polakom odebrano wieksze przedsiebiorstwa [podkr. JRN] i ustanowiono niemieckich zarzadcow w duzych gospodarstwach rolnych, Zydom zas zabrano prawie wszystko, zostawiajac jedynie najmniejsze sklepiki i warsztaty rzemieslnicze. Zaklady zydowskie na ogol przekazywano Niemcom [podkr. JRN], niektore mniejsze sklepy i warsztaty oddawano w zarzad lub uzytkowanie Polakom wysiedlonym z wcielonego do Rzeszy 'kraju Warty' (Wartheland) (...) w praktyce ograbiono wszystkie bogatsze mieszkania zydowskie i wiele polskich [podkr. JRN]".
Calkowita nieuczciwosc Grossa doskonale ilustruje fakt, ze piszac do na ogol kompletnie niezorientowanych w historii Polski doby wojny czytelnikow amerykanskich, cynicznie przemilcza fakt, ze bardzo duza czesc Polakow padla ofiara niemieckiej grabiezy. A takze to, ze w wyniku tej grabiezy bezpowrotnie przepadla bardzo duza czesc polskiego majatku narodowego, przemyslu, skarbow kultury i sztuki. O tym wszystkim Gross swiadomie nie informuje amerykanskich czytelnikow, tym chetniej za to zapewniajac, jak to na holokauscie wzbogacila sie polska burzuazja i chlopi, jak dzieki temu rozwinela sie polska klasa srednia (np. s. 39-40).

Przemilczana polska martyrologia
Trzeba przyznac, ze Gross jest niebywale konsekwentny w portretowaniu Polakow jako grabiezcow i "katow", wspolsprawcow holokaustu. W swej ponad 300-stronicowej ksiazce, poswieconej przedstawieniu tragicznych losow Zydow mordowanych z zadzy rabunku przez Polakow w czasie wojny i w pierwszych latach powojennych, niemal calkowicie przemilcza wojenna martyrologie Polakow. Niemal calkowicie, poza dwoma zdaniami (!). Jedno zdanie (s. 11) to informacja o smierci paruset tysiecy mieszkancow Warszawy podczas Powstania Warszawskiego. Drugie zdanie (s. 4) to skadinad niezgodna z faktami informacja wydatnie pomniejszajaca rozmiary polskiej martyrologii. Wedlug Grossa, w czasie wojny zginelo nie ponad 3 mln Polakow, jak to jest powszechnie przyjete, lecz tylko 1,5-2 mln (Gross podaje, ze w czasie wojny zginelo miedzy 4,5 mln a 5 mln polskich obywateli, w tym 3 mln Zydow). Poza tymi dwoma zdaniami w calej ksiazce Grossa nie ma doslownie ani jednego slowa wiecej o spowodowanej przez Niemcow polskiej gehennie doby wojny.
Za to wielokrotnie czytamy o polskim wspolnictwie z Niemcami w eksterminowaniu Zydow, w grabiezy ich mienia. Niedoinformowany czytelnik amerykanski (takich jest przypuszczalnie 99 proc. czytelnikow ksiazki Grossa) nie bedzie mial po takiej lekturze pojecia, ze Polacy byli faktycznymi ofiarami tej wojny, przeciwnie - bedzie mial odczucie, ze Polacy cynicznie i bezwzglednie wykorzystali okupacje niemiecka do niesamowitego wzbogacenia sie kosztem Zydow. Na s. 5 Gross pisze, ze odmiennie niz w odniesieniu do Zydow Niemcy nie przewidywali eksterminacji Polakow, lecz chcieli ich uczynic niewolnikami wykorzystywanymi do pracy fizycznej. Przemilcza istnienie planow niemieckich przewidujacych przyszla eksterminacje milionow Polakow. Konsekwentnie przemilcza rozmiary strat polskiej inteligencji, ktora niemiecki okupant chcial wyeliminowac w calosci. Przemilcza fakt, ze Oswiecim byl poczatkowo obozem glownie dla Polakow, milczy o takich katowniach niemieckich dla Polakow, jak Pawiak czy wiezienie na al. Szucha.
Zarzucajac wielokrotnie Polakom rzekoma obojetnosc wobec losu zydowskich ofiar zaglady, "brak oplakiwania zydowskich zmarlych", Gross konsekwentnie milczy przed amerykanskimi czytelnikami na temat polskich ofiar niemieckich zbrodni. Motywy tego milczenia sa az nadto jednoznaczne. Jego ksiazka ma spelnic swoj cel jako potezna maczuga wymierzona w polskich "katow" i "rabusiow", ktorzy zagarneli zydowskie mienie. Temu celowi jest podporzadkowane doslownie wszystko w ksiazce Grossa. Pokazanie czegokolwiek o tym, jak Polacy ucierpieli w czasie wojny, mogloby niepotrzebnie "oslabic" podstawowy cel - wywolanie jak najwiekszego wspolczucia dla "nikczemnie obrabowanych" przez Polakow Zydow. Wspolczucia, ktore potem wykorzysta odpowiednie lobby w USA dla maksymalnego zintensyfikowania naciskow w celu wymuszenia na Polsce jak najwiekszych odszkodowan dla Zydow. Intencje Grossa swietnie wyczul juz wczesniej slynny zydowski profesor z USA Norman Finkelstein na podstawie jednego z rozdzialow "Sasiadow". Finkelstein pisal, ze: "Z blogoslawienstwem Grossa 'Sasiedzi' stali sie kolejnym orezem 'przedsiebiorstwa holokaust' w jego dazeniu do ograbienia Polski (...) 'przedsiebiorstwo holokaust' wysuwa roszczenia wobec setek tysiecy parceli w Polsce, ktorych wartosc szacuje sie na kilkadziesiat miliardow dolarow.
Co wiecej, nawet spelnienie tych astronomicznych zadan i tak nigdy nie przyniosloby prawdziwego pojednania. 'Przedsiebiorstwo holokaust' nie reprezentuje bowiem ani 'tych, ktorzy zostali zamordowani', ani ocalalych Zydow, ani ich spadkobiercow. Jest to najzwyklejsze wyludzanie zakamuflowane pod sztandarem zydowskiego cierpienia. (...) Gross pisze, ze 'chodzi tu o kwestie moralna, a nie materialna'. Tak naprawde zas mamy tu do czynienia ze zwyklym chuliganstwem 'przedsiebiorstwa holokaust'". (N. Finkelstein, Przedsiebiorstwo holokaust, Warszawa 2001, s. 198, 199-200).
Przypomnijmy tu, ze Gross w swojej ksiazce "Strach" wielokrotnie atakuje "pazerne" polskie chlopstwo, ktore mordowalo Zydow z zadzy rabunku. W calej jego ponad 300-stronicowej ksiazce nie znajdzie sie natomiast ani jednego zdania o jakichkolwiek przejawach pelnych poswiecenia dzialan ze strony czesci mieszkancow polskich wsi - dzialan, za ktore wielu polskich chlopow ratujacych Zydow zaplacilo wlasnym zyciem. Odwolam sie tu znow do informacji zawartej w ksiazce historyk Teresy Prekerowej, zwiazanej z Zydowskim Instytutem Historycznym. W cytowanej juz ksiazce "Najnowsze dzieje Zydow w Polsce" pisala ona na ss. 353-354: "Mieszkancy wsi byli najbardziej narazeni na represje ze wzgledu na nieznajomosc zasad konspiracji. (...) Na wsiach tez Niemcy stosowali najczesciej - dla odstraszenia - zasady odpowiedzialnosci zbiorowej, mordujac nie tylko osoby przechowujace, ale rowniez bliskich sasiadow. Do najwiekszych egzekucji na tym tle doszlo wiosna 1943 r. w wojewodztwie rzeszowskim, gdzie we wsi Przewrotne zamordowano 13 marca za ukrywanie Zydow 30 Polakow, a 5 maja dalszych 16, 20 czerwca zas w pobliskiej wsi Hucisko 21 jej polskich mieszkancow (spalono tez 17 domow i kilkanascie zabudowan gospodarczych). Do pacyfikacji doszlo w czerwcu takze w Ceglowie w wojewodztwie siedleckim. Objela ona 25 Polakow, ktorzy w sasiedniej wsi Cisie przechowywali grupe Zydow z Ceglowa. Niektorzy z Zydow ocaleli. We wsi Ciepielow i pobliskiej Reklowce (woj. radomskie) w grudniu 1942 r. spalono zywcem 31 osob (miejscowych rolnikow i ich rodziny) wraz z ukrywanymi przez nich Zydami (...) We wszystkich tych egzekucjach gineli zarowno dorosli, jak i niemowleta i paroletnie dzieci".
Zapytajmy: co wspolnego z wymogami elementarnej uczciwosci ma przemilczenie przez Grossa tych faktow w ksiazce adresowanej do amerykanskich czytelnikow, w ktorej przedstawia arcyponury obraz pazernych i krwiozerczych polskich chlopow? Notabene Rzeszowskie, ktore bylo miejscem tak okrutnych kazni na rozlicznych chlopach ukrywajacych Zydow, jest w ksiazce Grossa przedstawione wylacznie jako teren, gdzie doszlo do antyzydowskiego pogromu w 1945 roku (s. 73-80).
Gross pomija fakty swiadczace o tym, ze w pierwszym okresie okupacji niemieckiej w Polsce Polacy byli nacja bardziej bezwzglednie traktowana niz Zydzi. Bylo tak w latach 1939-1941, az do poczatkow 1942 roku, gdy Niemcy podjeli decyzje o "ostatecznym rozwiazaniu kwestii zydowskiej". Nader wymowne pod tym wzgledem sa dane zawarte w "Dzienniku lat okupacji" dr. Zygmunta Klukowskiego, ktorego skadinad cytuje rowniez Gross, choc bardzo wybiorczo i tendencyjnie. Czytajac ksiazke Klukowskiego (por. np. s. 80, 86, 92, 93, 97), wyraznie widac, ze poczatkowo Niemcy, choc szykanowali i ponizali Zydow, to najbardziej brutalne represje rezerwowali dla Polakow, w nich widzac najwieksze niebezpieczenstwo dla siebie, a przede wszystkim grozbe konspiracji. W opinii dr. Klukowskiego, w tych pierwszych latach okupacji to nie Zydzi, lecz Polacy stanowia wyrazne gros osob aresztowanych przez Niemcow. Sa to przy tym ludzie z miejscowej elity. Na tle wielokrotnie wyliczanych nazwisk Polakow rozstrzelanych lub wywiezionych do obozow na pierwszych paruset stronach ksiazki Klukowskiego nader rzadko pojawiaja sie informacje o jakichkolwiek ostrzejszych represjach wobec Zydow. Rzecz znamienna - oboz w Auschwitz Niemcy stworzyli najpierw dla Polakow, i to niemal wylacznie oni byli tam kierowani w poczatkowym okresie. Zydow zaczeto tam kierowac znacznie pozniej. Godne uwagi jest tu to, co pisala na ten temat cytowana juz historyk T. Prekerowa w ksiazce "Najnowsze dzieje Zydow w Polsce" (ss. 304-305): "W ciagu pierwszego roku okupacji, a nawet dluzej, ludnosc polska nie miala wrazenia, ze Zydzi sa bardziej uciskani od niej. Wprost przeciwnie. To przeciez glownie Polacy byli aresztowani, torturowani w wiezieniach Gestapo, rozstrzeliwani, zsylani do obozow koncentracyjnych w Oswiecimiu, Buchenwaldzie czy Sachsenhausen. Zydow bardziej ograniczano pod wzgledem ekonomicznym, odsuwano coraz ostrzej od udzialu w zyciu gospodarczym, ale wiekszosc ludnosci polskiej uwazala to za mniejsze zlo".

Opisy polskich okrucienstw
Calkowicie przemilczajac jakiekolwiek opisy polskiej martyrologii, Gross poswieca bardzo duzo miejsca na dosadne opisy roznych polskich okrucienstw na Zydach. Chodzi o to, by amerykanskim czytelnikom jak najsilniej utkwila w umyslach rola Polakow jako okrutnych katow, sadystycznie pastwiacych sie nad Zydami. I tak np. na s. 60 czytamy o podrzynaniu Zydom gardel w pociagach, o wyrzucaniu Zydow z pedzacego pociagu. Na s. 41 czytamy, ze Zydowke torturowano, przypalajac, aby dowiedziec sie, gdzie ukryla zloto i kosztownosci. Na tejze 41 stronie czytamy, jak w listopadzie 1945 r. w okolicy obozu w Treblince liczni polscy rabusie z lopatami wsrod kosci i innych czesci cial pomordowanych Zydow szukali kosztownosci i zlotych zebow etc. Na s. 103 czytamy o tlumie Polakow kamienujacych Zydow. Na s. 101 czytamy potworna opowiesc o tym, jak jakis polski wojskowy, uslyszawszy, ze w grupie Zydow sa dzieci, powiedzial: "Nie wiesz, co robic z dziecmi, chwyc je za nogi i rozciagaj w przeciwnych kierunkach". Na s. 106 czytamy, jak to polski milicjant bezlitosnie zabil kobiete i niemowle. Zapytany pozniej przez sedziego, jak mogl zabic malenkie dziecko, czy nie czul zadnej litosci, milicjant odpowiedzial: "Oczywiscie, ze czulem litosc, ale nawet jesli ktos odczuwa litosc, to co moze zrobic, gdy dziecko juz i tak nie ma matki. Dziecko mogloby plakac". Potem czytamy na s. 108, jak to po dokonaniu mordu milicjant wraz ze swymi polskimi wspolnikami spokojnie, z poczuciem satysfakcji spozywali wykwintny posilek, dzielac lupy zrabowane przy swojej ofierze. Na s. 109 czytamy, jak to Polacy rabowali ciala zamordowanych Zydow, na s. 111 - o tym, jak rozbijali glowy Zydow kawalkami zelaza. Na ss. 112 powracaja opisy Zydow wyrzucanych z pedzacych pociagow. Na ss. 172-173 czytamy o tym, jak to Polki rzekomo cieszyly sie z tragedii Zydow plonacych w getcie, mowiac, ze "smaza sie kotlety z Zydow".
Wedlug opowiesci Grossa, Polacy mordowali Zydow niemal wylacznie z chciwosci i zadzy rabunku. Zdarzaly sie jednak i inne przypadki, brzmiace raczej dosc niewiarygodnie. Oto na przyklad na s. 52 czytamy, ze niemajacy dzieci Polak zabil jakiejs Zydowce brata i szwagierke i przejal dziecko zamordowanych. Traktuje je dobrze i nie chce go oddac. Zdaniem Zydowki, Polak przypuszczalnie zabil rodzicow dziecka dla jego przejecia pod swoja opieke. Na s. 82 czytamy o dosc szczegolnym dowodzie "krwiozerczosci" polskich mas. Otoz Gross powoluje sie na jakas Zydowke z Krakowa, ktora jakoby podsluchala wypowiedz polskiego kolejarza, ktory powiedzial: "To skandal, zeby Polak nie mial cywilnej odwagi uderzyc bezbronnego czlowieka". Kazdy, kto wie, jakie idealy byly kreowane przez wieki w Polsce, w odroznieniu od Rosji carskiej i Prus, musi zdac sobie sprawe z tego, jak absurdalnie brzmi tego typu rzekoma wypowiedz, wlozona w usta polskiego kolejarza.
Przekonani przez Grossa o niebywalym sadyzmie Polakow amerykanscy czytelnicy nie beda sobie w ogole zdawac sprawy z tego, ze Polacy padali masowo ofiarami okrutnych kazni niemieckich. A takze bestialskich mordow z rak Sowietow czy nacjonalistow ukrainskich. A takze z rak komunistow zydowskich (chocby w latach 1939-1941 na Kresach dawnej II RP, pozniej w Nalibokach czy Koniuchach, czy po 1944 r. z rak zydowskich oficerow UB). Profesor Jerzy Robert  Nowak , www.naszdziennik.pl  i  www.radiomaryja.pl , 060729.
 
Nowe falsze Grossa (02) - Przeciw Polsce i Kosciolowi!
 
Przytaczane przeze mnie w pierwszej czesci "Nowych falszow Grossa" ("Nasz Dziennik", 29-30 lipca) fragmenty ksiazki "Strach" J. T. Grossa dowodza, ze mamy tu do czynienia z klinicznym przykladem antypolonizmu. Jest to zarazem przyklad szczegolnie wyrachowanego antypolonizmu. Autor doskonale wie, ze prawda byla calkowicie odmienna niz to, co podaje w swym obrazie Polski i Polakow. Podszedl do tematu, zajmujac postawe skrajnie cynicznego utylitaryzmu. Wszystkie stosowane przezen antypolskie kalumnie maja uswiecic glowny cel - maksymalne skompromitowanie Polakow w opinii wplywowych srodowisk amerykanskich. Tak, aby poparly one w pelni plany wyduszenia na Polakach jako narodzie "krwiozercow" i "grabiezcow" postulowanych kilkudziesieciu miliardow dolarow za mienie zydowskie. Temu celowi sluzy opisane w poprzednim odcinku swiadome przemilczenie przez Grossa rozmiarow martyrologii polskiej czasow wojny czy ogromnych rozmiarow strat materialnych poniesionych przez Narod Polski.

Grossa pod sad!
Szczegolnie skandaliczny jest fakt, ze Gross w pewnym miejscu swej ksiazki (s. 248) uskarza sie na to, ze obok zydowskiej takze niemiecka wlasnosc w Polsce ulegla "olbrzymiemu rabunkowi" ("only Jewish and German property were ever massively plundered in Poland"). Jak pogodzic to z faktem, ze ten sam Gross nigdzie w swej calej ponad 300-stronicowej ksiazce, pisanej dla Amerykanow, nawet jednym zdaniem nie wspomina o naprawde olbrzymim rabunku Polski przez Niemcow! Ani o olbrzymich zniszczeniach polskiego majatku narodowego, ktore o kilka dziesiecioleci cofnely nas w rozwoju gospodarczym. Gross wszystko przemilcza z niebywala konsekwencja. Nazbyt bowiem klociloby sie to z tak starannie saczona przez niego wizja Polakow jako narodu "grabiezcow" i "katow". Robi w swej ksiazce doslownie wszystko, aby przekonac nie majacych pojecia o historii Europy Amerykanow, ze czas wreszcie maksymalnie ukarac Polakow za ich rzekome "haniebne grabieze i mordy". Niech zaplaca za nie Zydom prawdziwie slona cene!
Przy okazji ostatniego cytatu z ksiazki Grossa konieczne jest jedno bardzo wazne podkreslenie. Uwazam, ze juz sam fakt napisania przez Grossa o "olbrzymim rabunku" niemieckiej wlasnosci w Polsce przy rownoczesnym calkowitym pominieciu zrujnowania na tak wielka skale polskiego majatku narodowego i jego grabiezy przez Niemcow powinien byc jednym z powodow wytoczenia Grossowi sprawy sadowej przez polskie wladze. Czy rzad PiS sie na to zdobedzie?
Dobrze sie stalo, ze najwyrazniej z mysla o takich jak Gross wstawiono nowy zapis do ustawy lustracyjnej pozwalajacy skazac na trzy lata wiezienia osoby, ktore napisza o wspolodpowiedzialnosci Polakow za zbrodnie nazistowskie. Mysle, ze ten zapis w ustawie powinien odnosic sie rowniez do polskich klakierow polakozerczych ksiazek i do redakcji, ktore drukuja ich peany na czesc polakozercow. Mamy oto swiezy, az nadto jaskrawy przyklad niegodnej postawy tego typu. Oto w "Gazecie Wyborczej" z 29-30 lipca 2006 r. ukazal sie tekst Piotra Wrobla, wykladowcy z Toronto. Jest on od dawna znany tamtejszym Polakom jak zly szelag z powodu swej zapieklej niecheci do prawdziwej polskosci i polskiego patriotyzmu. Wrobel pozostaje najwyrazniej wierny swoim oszczerczym uprzedzeniom do polskiej historii. W publikowanym w "Gazecie Wyborczej" tekscie wyslawia nowa ksiazke Grossa; mimo pewnych zastrzezen twierdzi, ze "Strach" to lektura obowiazkowa dla wszystkich, ktorzy interesuja sie najnowsza historia Polski, ze "podziwia Grossa za przenikliwosc i odwage". Nizej chyba nie mozna bylo upasc, piszac takie brednie po polsku! Jak ocenic redakcje, ktora drukuje panegiryk o fanatycznej polakozerczej ksiazce? Najlepiej zrobilby to sad w oparciu o dokladne, udokumentowane analizy ekspertow.
W tym kontekscie nalezy zauwazyc, ze wlasnie w najnowszym biuletynie IPN ukazaly sie dwie obszerne, miazdzace ksiazke Grossa recenzje znawcow problematyki z Polonii kanadyjskiej i amerykanskiej: R. Tyndorfa i J. Radzilowskiego. Wydrukowanie takich wlasnie dwoch tekstow w biuletynie IPN jest tym bardziej warte zauwazenia, ze to wlasnie byly, tak niegodny prezes IPN Leon Kieres byl przez lata glownym polskim protektorem Grossa (obok A. Kwasniewskiego). Dodam, ze wlasnie w tych dniach otrzymalem z Kanady inna miazdzaca recenzje ksiazki Grossa. Jest to tekst znanego publicysty polonijnego Jana Czekajewskiego zatytulowany "Polacy! Obrzydliwe plemie", ktory ukazal sie w tygodniku "Goniec" (Mississauga, Kanada) 28 lipca 2006 roku.
Stare przyslowie mowi: Uderz w stol, a nozyce sie odezwa! Zaledwie przeglosowano w Sejmie projekt ustawy lustracyjnej z zapisem o karaniu oszczerstw o wspolodpowiedzialnosci Polakow za zbrodnie nazistowskie, a juz pojawilo sie w zwiazku z nim donosne bicie na alarm. Znany liberal Wojciech Sadurski w obszernym tekscie w "Gazecie Wyborczej" z 31 lipca 2006 r. z furia protestuje przeciw niemu. Coz, "Gazeta Wyborcza" ma az nadto czego sie bac w przypadku ostatecznego zaakceptowania ustawy z takim zapisem. Podobnie jak jej ulubiency z J.T. Grossem na czele!

Jak Gross deformuje fakty
Panegirysci Grossa typu dosc szczegolnego naukowca profesora (!) Piotra Wrobla przemilczaja to, ze Gross ordynarnie falszuje podstawowe fakty, wciaz zachowujac sie jak hochsztapler i manipulator. Oto kilka jakze wymownych przykladow. Na stronie 37 swojej ksiazki klamliwie pisze o 1600 Zydach zamordowanych w Jedwabnem. Zamieszcza te tak falszywe, zawyzone dane pomimo jednoznacznych ustalen IPN w czasie niepelnej ekshumacji w Jedwabnem. Dowiodly one, ze w Jedwabnem zamordowano ok. 300 Zydow, a wiec ponad 5 razy mniej, niz podaje Gross.
Typowym przykladem swiadomego oczerniania Polakow przez Grossa jest umieszczenie przez niego na obwolucie ksiazki twierdzenia, jakoby "pogrom" w Kielcach byl "najkrwawszym pogromem europejskim w czasach pokojowych w dwudziestym wieku". To ordynarne falszerstwo zostaje powtorzone rowniez na stronie 156 ksiazki Grossa. Jak wiadomo, w 1946 r. w Kielcach zginelo 37 Zydow i 3 Polakow. Tymczasem w czterodniowym pogromie w Odessie w 1905 r. zamordowano ponad 400 Zydow, a wiec ponad 10-krotnie wiecej (por. P. Johnson, Historia Zydow, Krakow 1993,
s. 389; Najnowsze dzieje Zydow w Polsce, Warszawa 1993, s. 43). W pogromie w Kiszyniowie w 1903 r. zamordowano blisko 45 Zydow, poraniono 600, ograbiono 1500 domow (wedlug polskiej edycji Encyklopedii Britannica, t. 32, s. 390). W czasie zorganizowanego przez nazistow w 1938 r. pogromu, tzw. nocy krysztalowej, zginelo 91 Zydow (Britannica, edycja polska, t. 29, s. 121).
Powielajac klamliwe tezy komunistycznej propagandy o rzekomych wielkich tlumach antysemickich w Kielcach, Gross pisze na s. 94, ze w "pogromie" uczestniczyla jakoby jedna czwarta ludnosci Kielc [wowczas prawie 50-tysiecznego miasta - J.R.N.]. W rzeczywistosci "grupa osob znajdujacych sie na ul. Planty i wokol budynku Komitetu Zydowskiego w apogeum swojej liczebnosci - po dojsciu na miejsce robotnikow - liczyla nie wiecej jak 500 osob" (wg raportu prokuratora K. Falkiewicza o umorzeniu sledztwa - por.: Wokol pogromu kieleckiego, Warszawa 2006, s. 480). Dodajmy, ze podobne oceny liczebnosci tlumu byly juz znacznie wczesniej definitywnie okreslone w latach 90. (np. w czasie sledztwa prowadzonego przez sedziego A. Jankowskiego). Tym bardziej szokuje upor Grossa, wielokrotnie zawyzajacego faktyczna liczbe uczestnikow tlumu w imie swojej przyjetej z gory tezy.
Na s. 81 Gross podaje, ze w "pogromie" w Krakowie zginelo od jednej do pieciu osob. Nie przeszkadza mu to w twierdzeniu juz na nastepnej stronie, za S. Hartmanem, ze "pogrom" w Krakowie byl straszniejszy niz pogrom we Lwowie w 1941 r., gdzie zabito kilka tysiecy Zydow (!). Na s. 172 Gross powtarza twierdzenia z wiersza Czeslawa Milosza "Campo di Fiori", opisujacego wymyslona przez poete rzekoma radosna zabawe Polakow na karuzeli przy murach getta, w ktorym ploneli mordowani przez Niemcow Zydzi. Takiej radosnej zabawy nie bylo i byc nie moglo, chocby dlatego ze karuzela byla unieruchomiona od poczatku pacyfikacji getta przez Niemcow, jak stwierdzali autentyczni swiadkowie wydarzen. Nie kto inny jak slynny kurier Polskiego Panstwa Podziemnego Jerzy Lerski pisal w swych wspomnieniach o "wozkach zastyglej w bezruchu karuzeli" (por. omawiajacy te wspomnienia tekst W. Bartoszewskiego "Wierny krajowi", "Zeszyty Historyczne", Paryz 1985, z. 71, s. 229). Co wiecej, inny swiadek owczesnych wydarzen - wspomniany Wladyslaw Bartoszewski - calkowicie potwierdzal faktograficzna informacje Lerskiego, akcentujac: "Tak bylo! Karuzela byla nieczynna od chwili wybuchu walk w getcie" (tamze, s. 229). Przyklady roznych deformacji faktow przez Grossa mozna by dlugo mnozyc. Powroce do nich przy opisie poszczegolnych przeklamanych tematow.

Szkalowanie Kosciola katolickiego
Jadowitemu antypolonizmowi Grossa towarzysza rownie jadowite ataki na Kosciol katolicki w Polsce w dobie wojny i w pierwszych latach powojennych. Gross zajadle szkaluje Kosciol katolicki, przedstawiajac go jako do cna przezarty antysemityzmem. Na s. 151 pisze wprost o "kanibalicznej teologii, jaka sprawowala kontrole nad umyslami polskiego kleru". Starannie przemilczajac role zorganizowanej pomocy polskich duchownych katolickich dla Zydow, Gross tym skwapliwiej stara sie maksymalnie przyczernic obraz stosunku Kosciola katolickiego w Polsce do Zydow w czasie wojny. Na s. 46 pisze o wyrazanej jakoby przez Kosciol "antysemickiej ideologii". Na s. 140 dodaje, ze "polski kler byl tak razaco antysemicki". Na s. 261 zarzuca "fundamentalnie antysemickiemu duchowienstwu" Polski, ze dowiodlo "swej niecheci do wystapienia i przeszkodzenia swej trzodce w zaangazowaniu po stronie nazistow". Na tej samej stronie Gross twierdzi, ze "ratujacy [Zydow - J.R.N.] reprezentowali mala mniejszosc, poddawana ostracyzmowi w ich wlasnym srodowisku, podczas gdy warstewka religijnosci cechujaca polskie duchowienstwo byla cienka, latwo rozpadala sie na skutek uprzedzen i chciwosci, ktore podzielali wraz z przecietnymi ludzmi" (prejudice and greed, they shared with the common folk). Na tejze 261 stronie Gross pisze, ze reprezentanci Kosciola mogli zabronic swym parafianom udzialu w zabijaniu Zydow i ze mogli to zrobic jakoby bez narazenia zycia. Jakby nie bylo w ogole faktu zamordowania przez Niemcow kilku tysiecy polskich duchownych, w tym kilku biskupow. Gross twierdzi, ze w kazdym takim regionie, gdzie nie slychac bylo glosu reprezentantow Kosciola w tej sprawie [tj. mordowania Zydow - J.R.N.], Kosciol stawal sie "faktycznie wspolnikiem w morderczych napasciach polskich katolikow przeciwko ich zydowskim sasiadom" (in each district, where the voice of its representatives was not heard on this issue, the Church become complitious in murderous assaults by Polish Catholics against their Jewish neighbours).

Oczernianie kardynala Sapiehy
Gross zupelnie zaciera prawdziwy, a nieznany amerykanskim czytelnikom rzeczywisty obraz sytuacji w okupowanej Polsce. Wystapienia ksiezy przeciwko mordowaniu Zydow bylyby faktycznym samobojstwem w owczesnej sytuacji, grozilyby natychmiastowym aresztowaniem duchownych i ich straceniem. Duzo efektywniejsza byla droga ukrytej konspiracyjnej pomocy Zydom. Taka, jaka konsekwentnie realizowal w oburzajacy sposob oszkalowany przez Grossa metropolita krakowski, arcybiskup, a od 1946 r. ksiaze kardynal Adam Sapieha, jeden z najwiekszych polskich duchownych XX wieku. Gross oszczerczo pisze, ze kardynal Sapieha "podzielal niechec swych kolegow do Zydow" (s. 139), przytacza w odniesieniu do niego epitet "antysemita" (s. 139). Przypomnijmy wiec tu, ze tak oczerniony przez Grossa metropolita krakowski A. Sapieha byl glownym organizatorem potajemnej akcji pomocy Zydom w Malopolsce w czasie wojny. Autor glosnej kilkutomowej ksiazki "Polska walczaca 1939-1945" Jerzy Slaski (Warszawa 1986, t. 3-4, s. 518) tak pisal o znaczeniu pomocy metropolity krakowskiego dla Zydow: "Wzorem dla duchowienstwa byl takze w tym zakresie [pomocy dla Zydow
- J.R.N.] metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha, ktory wielokrotnie apelowal do Franka o zaprzestanie terroru wobec ludnosci zydowskiej, a gdy apele pozostawaly bez skutku, osobiscie stanal na czele akcji ratunkowej. Zaopatrywal Zydow w metryki, zlecal to duchowienstwu archidiecezji, otwieral przed nimi wrota klasztorow, umieszczal zydowskie dzieci w prowadzonych przez zgromadzenia zakonne internatach i sierocincach. Prawa reka arcybiskupa w tej pracy byl znany dzialacz spoleczny i kaznodzieja, ks. dr Franciszek Machay [...] w kosciele Najswietszego Sakramentu na krakowskim Zwierzyncu".
O interweniowaniu metropolity krakowskiego A. Sapiehy w obronie Zydow u wladz niemieckich juz w 1940 r. pisal m.in. zydowski lekarz, dyrektor zydowskiego szpitala zakaznego w getcie krakowskim Aleksander Biberstein w ksiazce "Zaglada Zydow w Krakowie" (Krakow 1985, s. 38). Niestety, jedyna reakcja na te interwencje bylo - jak pisze Biberstein, op. cit., s. 223 - uwiezienie w Oswiecimiu trzech rabinow, ktorzy osmielili sie prosic o interwencje metropolity. Prawa reka Papieza Piusa XII mons. Tardini tak pisal w nocie z 18 maja 1942 r. o wyjatkowo ciezkiej sytuacji arcybiskupa Sapiehy: "Az do teraz biskup Krakowa byl wsparciem episkopatu i katolikow: jego niezlomna i nieustraszona postawa zyskala mu sympatie oraz szacunek wszystkich, ale jak bylo do przewidzenia, sciagnela na niego rowniez ciosy Niemcow, ktorzy otaczaja go przez gestapo, szpieguja go, ustawiaja na niego pulapki, pozbawiaja go, zamykajac w wiezieniu, wspolpracownikow: jednym slowem, tworzac wokol niego atmosfere duszenia sie" (cyt. za: P. Blet SJ, Pius XII i druga wojna swiatowa w tajnych archiwach watykanskich, Katowice 2000, s. 141).
Pomimo tej atmosfery osaczania metropolita krakowski kontynuowal tak niebezpieczna akcje ratowania Zydow z Malopolski. O jego zaslugach w tym wzgledzie pisze m.in. dr hab. Jan Zaryn w swej najnowszej pracy publikowanej w ksiazce "Wokol pogromu kieleckiego" (Warszawa 2006, IPN, s. 82): "Arcybiskup krakowski wbrew zakazom niemieckim zezwalal swoim kaplanom na potajemne udzielanie chrztu Zydom i falszowanie metryk oraz interweniowal osobiscie w sprawie zydowskich katolikow. Zob. przede wszystkim 'Ksiega Sapiezynska', t. 1-2, red. J. Wolny, Krakow 1982-1986. Por. najnowsza biografia kardynala: T. Pawlikowski: 'Kardynal Sapieha', Warszawa 2004, s. 82-86".
Wedlug wspomnianego studium J. Zaryna (Wokol pogromu, s. 78): "Stosunek Kosciola katolickiego do zaglady Zydow byl, nie tylko w sferze deklaratywnej, jednoznaczny. Kaplani, a takze siostry zakonne (w tym ze zgromadzen bezhabitowych) niesli pomoc ludnosci zydowskiej, modlac sie, przemycajac zywnosc do getta, falszujac metryki chrztu sw., wspierajac materialnie uciekajacych, a przede wszystkim przechowujac dzieci zydowskie, np. podrzucane pod furte klasztorna przez przesladowanych rodzicow". Zaryn zwraca uwage (s. 81) na ryzyko podejmowane przez zakony, gdyz caly dom zakonny odpowiadal przed Niemcami za podjecie przez siostre przelozona decyzji o ukryciu dziecka zydowskiego. To grozilo natychmiastowa egzekucja osob duchownych ratujacych Zydow.
Historyk Marek Jan Chodakiewicz pisal: "Ksiadz profesor Franciszek Stopniak ustalil wstepnie, ze w akcji pomocy Zydom bralo udzial 769 ksiezy (w tym 17 biskupow), zakonnic i zakonnikow w 389 miejscowosciach w Polsce. Historyk Ewa Kurek uwaza, ze same zakonnice uratowaly co najmniej 1,5 tysiaca dzieci zydowskich w okolo 200 domach zakonnych" (por. M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 306). Znamienne dla skrajnej tendencyjnosci Grossa jest to, ze calkowicie przemilcza fakt, iz niektorzy polscy duchowni i zakonnice zaplacili zyciem za pomoc Zydom w czasie wojny, przypomnijmy tu chocby postaci beatyfikowanych przez Jana Pawla II trzech zakonnic:
E. Noiszewskiej, M. Wolowskiej i K. Staszewskiej, oraz ks. J. Pawlowskiego, straconych przez Niemcow za ratowanie Zydow (por. J. Zaryn, op. cit., s. 79).
Gross konsekwentnie przemilcza rozliczne swiadectwa polskich Zydow i autorow zagranicznych na temat pomocy Kosciola katolickiego w Polsce dla Zydow w dobie wojny. Za to, jak zwykle wierny swej skrajnie tendencyjnej selektywnosci, wielokrotnie przywoluje pelne zacietrzewienia opinie niechetnego wobec Kosciola katolickiego w Polsce brytyjskiego ambasadora Victora Cavendisha-Bentincka (por. s. 138-139, 140, 141, 151, 152, 261).
A przeciez w samej Wielkiej Brytanii Gross znalazlby wrecz przeciwstawne swiadectwa, chocby wyszle spod piora swietnego znawcy Polski Stewarta Stevena, autora glosnej ksiazki "The Poles" (Polacy). S. Steven pisal tam m.in.: "Kosciol zachowywal sie z nadzwyczajna odwaga, pomimo tego, ze nawet zakonnice i ksieza nie byli wolni od przesladowan przez wladze. Ustalono, ze kazdy klasztor w Polsce zajmowal sie Zydami w swej okolicy ukrywajac tysiace osob, glownie kobiet i dzieci (...) Indywidualne akty heroizmu polskich duchownych sa zbyt liczne, by moc je wszystkie wymienic. Ojciec Andrzej Gdowski z Wilna nie tylko ukrywal Zydow w swym kosciele, lecz udostepnil im pokoj odpowiednio zakonspirowany, by mogli go uzywac jako swa synagoge. Ojciec Urbanowicz z Brzescia nad Bugiem zostal rozstrzelany przez Niemcow w 1943 roku za pomaganie Zydom. Rektor Akademii Teologicznej w Warszawie zostal poslany za te sama "zbrodnie" do obozu koncentracyjnego w Majdanku, gdzie zmarl od tortur w pazdzierniku 1943 roku. Dziekan parafii w Grodnie i przeor zakonu franciszkanskiego zostali rozstrzelani za pomaganie Zydom" (S. Steven, The Poles, New York 1982, s. 318-319).
Rozliczne przyklady polskich duchownych zamordowanych za pomoc Zydom mozemy znalezc w niemal calkowicie przemilczanej w Polsce ksiazce Waclawa Zajaczkowskiego "Martyrs of Charity" ("Meczennicy milosierdzia"), wydanej w 1988 r. w Waszyngtonie w wydawnictwie Fundacji sw. Maksymiliana Kolbe.
Tak szkalujacemu polskich katolikow Grossowi warto przypomniec niezwykle piekne i wzruszajace wspomnienia wybitnego polskiego matematyka zydowskiego pochodzenia Stefana Chaskielewicza "Ukrywalem sie w Warszawie. Styczen 1943 - styczen 1945" (Krakow 1988). Na s. 171 swych wspomnien Chaskielewicz pisal: "Ukrywajac sie zrozumialem, jak gleboko humanitarna jest rola religii, jak bardzo nauki Kosciola katolickiego wplywaja na ksztaltowanie sie tego, co najpiekniejsze i najszlachetniejsze jest u ludzi wierzacych. Tak jak w momentach krytycznych wiekszosc ludzi nawet nie wierzacych gleboko zwraca sie o pomoc do Boga, tak samo mysl o Bogu dyktuje im potrzebe pomagania bliznim bedacym w niebezpieczenstwie".
Gross wielokrotnie z tendencyjna selektywnoscia powoluje sie na rozne zapiski w IPN-owskim wydawnictwie "Wokol Jedwabnego", by udowodnic swe uogolnienia na temat sily antysemityzmu wsrod Polakow na Podlasiu. Szkoda, ze calkowicie przemilcza znajdujace sie tam rowniez informacje o pomocy zagrozonym Zydom ze strony miejscowych duchownych. Chocby np. nastepujace dane. Wedlug relacji Nachmana Rappa, w Grajewie "miejscowy ksiadz Aleksander Peza w czasie codziennych mszy wzywal parafian do opamietania, by nie wspolpracowali z Niemcami i nie uczestniczyli w ich antysemickich prowokacjach". Zaplacil za to zyciem (por.: Wokol Jedwabnego, Warszawa 2002, t. I, s. 183). O pomocy dla Zydow ze strony ksiezy w roznych miejscowosciach Podlasia czytamy rowniez w tym samym tomie na s. 119-122, 123, 124, 126, 127, 181, 197, 202, 207, 225, 409.

Szkalowanie opozycyjnego PSL i harcerstwa
Prawdziwie rzetelny badacz stosuje zasade bardzo dokladnego sprawdzania informacji faktograficznych, porownywania roznych zrodel odnoszacych sie do tego samego tematu. Szczegolnie mocno ta zasada musi sie odnosic do informacji szokujacych i budzacych podejrzenia co do ich wiarygodnosci. Dla Grossa nie ma jednak zadnych informacji zbyt niewiarygodnych w odniesieniu do szkalowanych przezen Polakow. Wystarczy, by te informacje sluzyly jego podstawowemu celowi - podlemu oczernienieniu Polakow jako narodu, maksymalnemu utytlaniu ich w blocie pomowien. Skwapliwie siega nawet do niczym nieudokumentowanych anonimowych doniesien, byle tylko dowiesc rzekomych ogromnych rozmiarow "dzikiego polskiego antysemityzmu". Na przyklad Gross bardzo chetnie korzysta z wywodzacych sie z kregow rezimowych najbzdurniejszych nawet pomowien na temat glownej owczesnej sily opozycyjnej - PSL. Bardzo wymowne pod tym wzgledem jest przytoczone przez Grossa na s. 225-226 omowienie zebrania okolo 1000 delegatow PSL, zgromadzonych 19 sierpnia 1945 r. w kinie "Raj" w Bochni. Zebrani, wg Grossa, byli "lokalnymi aktywistami, elita politycznej opozycji Stanislawa Mikolajczyka". Jak pisze Gross, "Anonimowy sprawozdawca przedlozyl relacje ze spotkania do urzedu wojewodzkiego w Krakowie, piszac co nastepuje: 'Z kolei trzeci mowca (nazwisko nieznane) [...] wystapil z rezolucja, aby Zydow wypedzic z Polski i zaznaczyl rowniez, ze Hitlerowi nalezaloby podziekowac za zniszczenie Zydow (burzliwa owacja i aplauz)'" (s. 226). Tego typu szokujacy opis zawarty w meldunku wrogiego wobec PSL "anonimowego" informatora nie jest poparty zadnym sprawdzeniem w jakimkolwiek innym zrodle. Pomimo tego jest on dla Grossa wyrazem "przytlaczajacego popularnego uczucia w kwestii zydowskiej" w owczesnej Polsce (s. 225). Rzetelny badacz musialby uznac, ze w przypadku prawdziwosci cytowanego zydozerczego wystapienia na zebraniu PSL byloby ono natychmiast naglosniane we wszystkich rezimowych tubach propagandowych jako koronny dowod skrajnego rasizmu i glupoty PSL. Ciagle naglasniano by je takze w propagandzie anty-PSL-owskiej kierowanej na Zachod. To, ze tego nie zrobiono, moze dowodzic tylko jednego. Tego, ze cala informacja o tym dzikim antysemickim wystapieniu zostala wyssana z palca.
Klimatowi oczerniania Polakow odpowiednio sluzy rowniez przytoczone na s. 246 przez Grossa twierdzenie, ze wielu pamietnikarzy slyszalo uwage, iz Hitlerowi nalezaloby zbudowac w Polsce pomnik za pozbycie sie wiekszosci Zydow. Gross nie podaje na dowod konkretnego swiadectwa ani jednego pamietnikarza.
Za komunistami Gross przejmuje rowniez oszczercze oskarzenia pod adresem owczesnego harcerstwa. Przypomnijmy, ze bylo ono w pierwszych latach powojennych organizacja nastawiona szczegolnie silnie opozycyjnie do rezimu komunistycznego. W kwietniu 1946 r. tlumnie zgromadzona mlodziez harcerska (ok. 15 tys. harcerzy) podczas uroczystosci w Szczecinie "Trzymamy straz nad Odra" gromadnie zademonstrowala swa niechec do komunizmu i do usilujacego przemawiac B. Bieruta. 3 maja 1946 r. srodowiska harcerskie masowo uczestniczyly w zabronionych przez wladze obchodach majowego swieta narodowego. Nieprzypadkowo wiec komunistyczna propaganda wystapila po zbrodni kieleckiej z gwaltownymi oskarzeniami pod adresem harcerstwa, oskarzajac je o rzekomy masowy udzial w tej zbrodni. Historyk Ryszard Smietanko-Kruszelnicki pisal, ze w rezolucji kieleckich wojewodzkich komitetow PPR i PPS z 7 lipca 1946 r. oskarzajacych "reakcje" za "pogrom", dorzucono "watek harcerski", nie wiadomo na jakiej podstawie stwierdzajac, iz w "pogromie" mial miejsce "masowy udzial mlodziezy harcerskiej" (por. R. Smietanko-Kruszelnicki, "Pogrom w Kielcach - podziemie w roli oskarzonego", w: "Wokol pogromu kieleckiego", IPN, Warszawa 2006, s. 29). Wedlug Smietanko-Kruszelnickiego: "Brak jednak wiarygodnych dokumentow, ktore wskazywalyby na jakikolwiek zorganizowany udzial mlodziezy harcerskiej w wydarzeniach kieleckich. Wydaje sie, ze jedynym logicznym uzasadnieniem naglasniania 'watku harcerskiego' byla chec propagandowego wykorzystania sytuacji do brutalnego zaatakowania (w ramach ogolnej nagonki na antysemicka 'reakcje') jeszcze jednego srodowiska starajacego sie zachowac swoja niezaleznosc, a niechetnego wladzy komunistycznej".
Gross bez skrupulow przejmuje jako rzekomo prawdziwe niczym nieudokumentowane ataki propagandy komunistycznej przeciw owczesnemu harcerstwu. Prezentuje je w dwoch miejscach swej ksiazki (na s. 72 i na s. 114). W pierwszym przypadku, piszac o rozpowszechnieniu antysemityzmu w polskich szkolach, powoluje sie na wspomniane juz rezolucje wojewodzkich komitetow PPR i PPS, potepiajace rzekomy "masowy udzial mlodziezy harcerskiej w dniu pogromu" i "liczny udzial harcerzy w roli podzegaczy do ekscesow". Na s. 114 Gross cytuje fragment wspomnianej rezolucji komitetow PPR i PPS stwierdzajacy, ze: "Masowy udzial mlodziezy harcerskiej w dniu pogromu dowiodl, ze wychowanie tej mlodziezy znajduje sie w rekach osob nieodpowiedzialnych, pielegnujacych wsrod mlodziezy nienawisc rasowa i religijna". Dalej Gross przypomina, ze "Trzecie i ostatnie zalecenie zawarte we wspolnej rezolucji wzywalo do zawieszenia miejscowego kierownictwa harcerskiego za liczny udzial harcerzy w roli podzegaczy do ekscesow".
Gross dodaje do tego wszystkiego swoj komentarz: "Najwidoczniej nastolatkowie przyczynili sie bardziej od ich ilosciowego udzialu do gorszacego widoku jednostek w uniformach bioracych udzial w zabijaniu swych wspolobywateli. Rzucajaca sie w oczy rola harcerzy w tych makabrycznych wydarzeniach byla szczegolnie niepokojaca, poniewaz reprezentowali oni, ze sie tak wyraze; forme czystosci: jako 'ministranci' narodu" (s. 114).
W zwiazku z tymi uwagami Grossa warto przypomniec cytowane juz stwierdzenia historyka R. Smietanko-Kruszelnickiego, krytykujacego falsz komunistycznych oskarzen przeciw harcerstwu i komentujacego: "Oskarzenie kieleckiego srodowiska harcerskiego o udzial w zajsciach antyzydowskich mialo doprowadzic do podwazenia ideowego wizerunku organizacji tak zasluzonej dla Polskiego Panstwa Podziemnego" (s. 55).
W swoich wywodach pietnujacych "antysemickich" harcerzy Gross strzelil sobie kolejnego kompromitujacego samobojczego gola. Powolal sie (s. 114) jako na koronny dowod "antysemityzmu" harcerzy na przyklad zachowania 16-letniego harcerza Kazimierza Redlinskiego. Byl on oskarzony o wyrzucanie Zydow z pociagu w rece tlumu, ktory "rabowal ich i zabijal, najczesciej kamienujac na smierc". Otoz wlasnie przypadek harcerza K. Redlinskiego jest jednym z najbardziej skandalicznych przykladow wymuszania przez wladze torturami nieprawdziwych przyznan sie do popelnionych rzekomo przestepstw. Jak pisal na ten temat Smietanko-Kruszelnicki (op. cit., s. 55): "Przypadek szesnastoletniego harcerza Kazimierza Redlinskiego oskarzonego o udzial w zajsciach 4 lipca 1946 r. w pociagu relacji Lublin - Wroclaw (na odcinku Kielce - Czestochowa) udowodnil ponadto, ze materialy sledcze sporzadzone przez funkcjonariuszy UB sa zupelnie niewiarygodne dla odtworzenia wydarzen w pociagu". Smietanko-Kruszelnicki przytoczyl na s. 55 w przypisie do swego opracowania fragment z przesluchania swiadka Kazimierza Redlinskiege w dniu 6 lipca 1994 r. tak opisujacego przebieg swego wczesniejszego brutalnego przesluchania z lipca 1946 r.: "W czasie przesluchania bito mnie po twarzy i kazano mi siadac na odwroconym do gory nogami taborecie (...) na jednej z tych nog (...). W ten sposob wymuszono na mnie przyznanie sie do mojego udzialu w zajsciach antyzydowskich w pociagu. Po kolejnym takim przesluchaniu, gdy noga od stolka uszkodzila mi odbytnice, powiedzialem, ze przyznam sie do wszystkiego, czego chca ode mnie. Nie pamietam, co wtedy mowilem (...). Podczas rozprawy (...) odwolalem moje przyznanie sie do udzialu w zajsciach w pociagu (...) i powiedzialem, ze do przyznania sie do tego zostalem zmuszony (...). Mimo tego stwierdzenia zostalem skazany (...) na dwa lata wiezienia z warunkowym zawieszeniem na trzy lata".

Nowe falsze Grossa (03) - "anielscy" Zydzi i "diabelscy" Polacy!
 
Przyjrzyjmy sie blizej wizji Polakow w pierwszych latach powojennych, tak jak ona wyglada w najnowszej ksiazce J.T. Grossa "Fear" ("Strach"). Pisalem juz wczesniej o nakreslonym przez niego skrajnie negatywnym obrazie polskiego chlopstwa i klasy sredniej, jako tych warstw, ktore "zbrodniczo" wzbogacily sie na rabunku zydowskiego mienia. Pisalem o zgodnym z dawnymi komunistycznymi stereotypami szkalowaniu Kosciola katolickiego, glownej partii opozycyjnej - PSL, i dawnego harcerstwa. Z ksiazki Grossa "dowiadujemy sie" jednak rowniez o rzekomym "antysemityzmie" w lokalnej administracji ("Fear", s. 58-63), rzekomej dyskryminacji Zydow w zatrudnieniu (s. 64-66), "antysemityzmie" w szkolach (s. 66-73), "antysemityzmie" wsrod polskich robotnikow (s. 120-126), o "przesladowaniu Zydow" przez polska milicje (s. 237-238), a nawet UB (s. 238-239). To samo UB - tak zdominowane przez Zydow, ktory to fakt Gross usilnie probuje zanegowac i zafalszowac.
Wielokrotnie padaja u Grossa rowniez skargi na polska partie komunistyczna - PPR, jako rzekomo dystansujaca sie od Zydow, niedajaca im nalezytej obrony, a nawet bedaca jakoby w zmowie z reszta antysemickiego narodu (s. 51, 63, 128 i in.). Zmowie majacej przeciwdzialac odzyskaniu przez Zydow mienia zagrabionego przez Polakow.

"Antysemiccy" robotnicy
Na s. 120-124 Gross rozpisuje sie na temat rzekomego "antysemityzmu" polskich robotnikow, oskarza "masy" robotnicze, ze nawet po antyzydowskich zajsciach kieleckich w 1946 r. "nie czuly sympatii do Zydow, nawet w obliczu straszliwych zbrodni, jakich ofiarami padli Zydzi". Jako koronny dowod tego robotniczego "antysemityzmu" Gross podaje to, ze robotnicy zastrajkowali w licznych zakladach Lodzi, protestujac przeciw narzucanym im rezolucjom w sprawie potepienia sprawcow antyzydowskich zajsc w Kielcach w lipcu 1946 roku. Oczywiscie nic nie pisze na temat tresci tych rezolucji, ktore chciano narzucic robotnikom, choc ma to bardzo istotne znaczenie dla calej sprawy. Otoz w rezolucjach tych na ogol starano sie obciazyc wina za krwawe zajscia antyzydowskie "reakcje", "andersowcow", etc., a czestokroc mowiono nawet o rzekomej odpowiedzialnosci calego Narodu Polskiego za mord kielecki. Przypomnijmy na przyklad, jak wygladala rezolucja przedstawiona w partyjnym dzienniku "Glos Robotniczy" jako rzekomo podjeta przez robotnikow lodzkiej Fabryki Nici: "My, robotnicy, zdalismy egzamin dojrzalosci politycznej w dniu Referendum Ludowego. Nie ustapimy ani na krok w walce o utrwalenie naszych zdobyczy, o ktore cale lata walczylismy tak za czasow Polski sanacyjnej, jak i podczas krwawej okupacji hitlerowskiej.
Wszyscy zjednoczymy sie w tej walce przeciwko zdrajcom narodu spod znaku 'trzy razy nein', ktorych dzielem jest pogrom w Kielcach - hanba okrywajacy dobre imie Polski.
Pamietamy czasy przedwrzesniowe, kiedy to sanacja starala sie utrzymac przy wladzy przy pomocy antysemityzmu, przy pomocy judzenia jednych Polakow przeciwko drugim. Te czasy juz nie wroca - nie dopuscimy reakcji do wladzy! Wypadki w Kielcach - to zamach na spokoj wewnetrzny Polski. Domagamy sie od naszego Rzadu wprowadzenia publicznych sadow doraznych, ktore skazywac beda wrogow ludu spod znaku NSZ, WiN, spod znaku Andersa.
W nowej Polsce Ludowej zniszczymy wroga, odbudujemy nasz kraj, w ktorym zapanuje spokoj i dobrobyt" (por. "Robotnicy polscy pietnuja mordercow czarnosecinnych z Kielc", "Glos Robotniczy", 10 lipca 1946 r.).
Czyz ktos o zdrowych zmyslach moze sie dziwic, ze robotnicy lodzcy, nastawieni antykomunistycznie, jak przewazajaca czesc Narodu, nie chcieli zaakceptowac ulozonej poza ich plecami, w ich imieniu tak tendencyjnej stalinowskiej rezolucji? Rezolucji porownujacej sanacje z czasami hitlerowskimi i zadajacej nawet sadow doraznych dla ludzi z WiN-u, NSZ-u, Armii Andersa. Gross udaje, ze nie rozumie wlasciwej przyczyny sprzeciwu robotnikow, traktujac go jako wyraz zajadlego "antysemityzmu". I powoluje sie na s. 128 na potepienie protestu robotnikow w sejmowej mowie Adolfa Bermana, brata slawetnego Jakuba, z 21 wrzesnia I946 r.: "Dla nas, przedstawicieli robotnikow zydowskich, wydarzenia w Lodzi i Ostrowcu Kieleckim na szeregu fabryk po wyroku w procesie kieleckim to byl wielki wstrzas, to byl drugi pogrom kielecki". Glupszego komentarza nie mozna bylo dac w odniesieniu do robotniczych strajkow. I na ten wlasnie komentarz, nazywajacy strajki robotnicze "drugim pogromem kieleckim", powoluje sie aprobujaco uparty tropiciel "polskiego antysemityzmu" - J.T. Gross!
Podsumowujac, wedlug Grossa, poza niewielka liczba osob z polskiej elity intelektualnej i pewna niewielka czescia przedstawicieli wyzszej administracji panstwowej i partyjnej oraz biskupem Teodorem Kubina wszyscy inni Polacy byli zarazeni glebokim antysemityzmem. Duza czesc z nich okazala sie przy tym przesiaknieta najdziksza forma tegoz antysemityzmu, co w polaczeniu z pazernoscia na zydowskie mienie prowadzilo ich do masowej aprobaty mordowania Zydow.
Co wiecej, wedlug Grossa, przewazajaca czesc Polakow traktowala jako "wyrzutkow spoleczenstwa" tych rodakow, ktorzy pomogli Zydom w czasie wojny.

Lze jak Gross!
Niedawno Antoni Zambrowski juz w tytule swego wywiadu dla "Gazety Polskiej" uzyl zwrotu: "lze jak Gross". Przypomnial przy tym, ze juz w 2001 r. w niektorych srodowiskach uzywano go dla charakteryzowania ludzi o wyjatkowych "talentach" hochsztaplerskich. Ja sam pisalem o "100 klamstwach Grossa". Dzis, po lekturze "Strachu" Grossa musialbym te liczbe zwiekszyc przynajmniej w dwojnasob. Skad wynika ta niebywala sklonnosc Grossa do klamstw i kalumnii? Gross po prostu jest bardzo konsekwentny w swej fanatycznej nienawisci do Polski i Polakow. Ogromnie pracowicie zbiera wszystko, mozliwie wszystko, co tylko najgorszego napisano w Polsce i za granica o stosunku Polakow do Zydow, stara sie nic z tego nie uronic. Byle lepiej dolozyc Polakom. Byle mocniej zmieszac ich z blotem w oczach Amerykanow, na trwale zaszufladkowac Polakow jako "najdzikszych antysemitow" i utrwalic ten stereotyp. Nawet najbardziej niewiarygodne oszczerstwa o Polakach maja absolutne szanse na wykorzystanie w skladance Grossa. Byle tylko pokazywaly nas w najczarniejszych kolorach jako "krwiozerczych rabusiow"!
W najnowszej ksiazce Grossa spotykamy sie doslownie z setkami oszczerczych uogolnien na temat Polakow, Kosciola katolickiego. Czasami na jednej i tej samej stronie (np. s. 247, 261) spotykamy po piec i wiecej oszczerczych uogolnien na temat Polakow, ich rzekomego "wspolnictwa" (complicity) z nazistami w mordowaniu i rabowaniu Zydow. Gross powtarza wielokrotnie, wrecz lopatologicznie, te same stwierdzenia, zeby tym silniej wbic w glowy naiwnym czytelnikom amerykanskim nieodparte przekonanie o wyjatkowej "krwiozerczosci, dzikim antysemityzmie i podlej chciwosci" Polakow. I to najwyrazniej skutkuje, jak pokazuja oblakancze tezy recenzji z ksiazki Grossa w "Baltimore Sun", gdzie stawia sie na rowni rzekoma "krwiozerczosc" Polakow z najgorszymi okrucienstwami dawnych handlarzy niewolnikow.
Temu wszystkiemu towarzyszy niezwykle tendencyjny wybor zrodel. Zadalem sobie trud bardzo szczegolowego przyjrzenia sie dobranym przez Grossa zrodlom. I coz sie okazalo? Otoz az blisko sto cytowanych przez niego swiadectw zydowskich: dokumentow, oswiadczen, wypowiedzi, zeznan, zawiera tresci o wymowie nieprzychylnej dla Polakow. Podobnie jest w odniesieniu do 115 swiadectw: dokumentow, zeznan, wypowiedzi, artykulow pochodzacych od Polakow lub obserwatorow z Zachodu. Zaledwie w kilkunastu przypadkach znajdujemy jakies bardziej pozytywne, najczesciej bardzo zdawkowe, informacje o jakichs zachowaniach polskich, glownie o sprzeciwieniu sie jakims dzialaniom antyzydowskim. Do tego dochodzi garsc cytatow z artykulow polskich intelektualistow, najczesciej w sposob skrajny potepiajacych "polski antysemityzm", i informacje o wypowiedziach ks. bp. Teodora Kubiny, potepiajacych zbrodnie kielecka. To wszystko jest jednak tylko malym ulamkiem na tle setek negatywnych uogolnien Grossa o polskim zachowaniu i podobnie negatywnej wymowy ponad 200 odpowiednio dobranych "swiadectw" zydowskich, polskich i zachodnich. Rownoczesnie zas, co jest bardzo znamienne, tylko w czterech miejscach znalazlem bardzo zdawkowe zreszta uwagi o negatywnych zachowaniach jakichs grup Zydow (por. s. 44, 226 i dwukrotnie na s. 256). Na przyklad na s. 226 Gross pisze, ze grupa wysokich funkcjonariuszy bezpieczenstwa pochodzenia zydowskiego to byli rzeczywiscie "zli ludzie" ("bad people"). Porownajmy "ostrosc" tego okreslenia np. z atakami Grossa na "kanibalistyczna teologie, kontrolujaca umysly polskiego duchowienstwa" (s. 151), na "wspolnictwo Kosciola z morderczymi atakami polskich katolikow przeciwko ich zydowskim sasiadom" (s. 261).
Zastanowmy sie nad tym, co ta stylistyka i te niebywale dysproporcje maja wspolnego z prawdziwa wiedza, z wymogami warsztatu naukowego?! To sa po prostu metody godne najgorszych propagandystow komunistycznych, ktorzy starannie odrzucali lub zatajali wszystko, co mogloby w najmniejszym nawet stopniu wzbudzic watpliwosci co do ich tez.

Przemilczenia Grossa
Mamy wiec u Grossa setki informacji i uogolnien ukazujacych Polakow jako "diabolicznie zlych" i zaledwie cztery zdawkowe (trzy jednozdaniowe i jedno dwuzdaniowe) stwierdzenia pokazujace jakies zle cechy u pewnych grup Zydow, generalnie przedstawianych jako niewinne, "anielskie" ofiary polskich "nikczemnych dzialan". Jakim sposobem udalo sie Grossowi uzyskac tak niesamowita dysproporcje w obrazie dwoch nacji? Zrobil to w bardzo prosty sposob. Po pierwsze, starannie przemilczal wszystkie zrodlowe swiadectwa polskich Zydow i swiadectwa zagraniczne pokazujace rozmiary polskiej martyrologii pod okupacja niemiecka i sowiecka. Calkowicie przemilczal rowniez rozliczne swiadectwa zydowskie o pomocy Polakow dla Zydow w czasie wojny. Po drugie, konsekwentnie przemilczal wszystkie informacje zrodlowe pokazujace konkretne niegodziwe zachowania jakichkolwiek pojedynczych Zydow czy srodowisk zydowskich. I tak na przyklad calkowicie przemilczal sprawe antypolskich zachowan duzej czesci Zydow na kresach wschodnich RP w latach 1939-1941, majowej kolaboracji wielu srodowisk zydowskich z Sowietami, w tym niemalo przypadkow zabijania Polakow przez zydowskich komunistow (np. w Grodnie, Brzostowicy Malej, Czortkowie i in.). Calkowicie przemilczal sprawe zbrodniczej kolaboracji z Niemcami ze strony wielu czlonkow wladz Judenratow i policji zydowskiej. Calkowicie przemilczal wymordowanie polskiej ludnosci wsi Naliboki i Koniuchy przez zydowskich partyzantow sowieckich. Calkowicie pominal podanie jakiegokolwiek konkretnego przykladu zbrodni popelnionych przez wplywowych Zydow z UB (typu zbrodni S. Morela w Swietochlowicach w 1945 r., zbrodni J. Rozanskiego, A Fejgina etc.). Calkowicie przemilczal informacje o bardzo znaczacej roli wplywowych Zydow w niszczacej sowietyzacji polskiej gospodarki (rola H. Minca i in.), kultury i prasy, w oszczerczej walce propagandowej z niepodleglosciowym podziemiem, Kosciolem, tradycjami narodowymi. Calkowicie przemilczal liczne swiadectwa Zydow lub Polakow zydowskiego pochodzenia krytykujacych role niektorych srodowisk zydowskich w sowietyzowaniu Polski.
Calkowicie przemilczal fakty dowodzace bezwstydnego prorezimowego sluzalstwa kierownictwa Centralnego Komitetu Zydow Polskich (CKZP), na ktorego oswiadczenia wielokrotnie powoluje sie w swej ksiazce. Calkowicie pominal informacje o prawdziwie kompromitujacych w swym prokomunistycznym i antypolskim zacietrzewieniu wystapieniach przewodniczacego swiatowego Kongresu Zydow Polskich Jozefa Tenenbauma. Gross rozpisuje sie na parunastu stronach o dyskryminacji rosyjskich Zydow w ZSRS w okresie wojny i w okresie powojennym. Nie znalazl natomiast ani jednego zdania na informacje o wyjatkowo duzej roli Zydow w tworzeniu i rozwijaniu komunizmu w ZSRS w latach 20. i 30., w sowieckim aparacie terroru, w walce z Kosciolem, etc.
Dlaczego to wszystko przemilczal? Intencje Grossa byly az nadto wyrazne. Jesli Amerykanie nie beda nic wiedziec o jakichkolwiek szczegolach odbiegajacych od glownych tez Grossa, to przelkna z tym wiekszym namaszczeniem wszystkie klamstwa, ktore on im podsunie. Nie beda mieli zadnych watpliwosci. Gross zas ulatwi im slepa wiare we wszystkie jego zmyslenia poprzez swa niebywala pewnosc siebie, uparte saczenie kabotynskiego przekonania o swojej nieomylnosci.
Piszac o Zydach polskich, Gross wielokrotnie uzywa zwrotow wychwalajacych ich zachowanie jako calosci. Klamliwie twierdzi, ze Zydzi byli rzekomo "panstwowotworczym elementem" w Polsce miedzywojennej (s. 198), "najbardziej przestrzegajaca prawo i wspierajaca panstwo spolecznoscia" w owym okresie (s. 198, 242). Spotykamy u Grossa jednoznacznie sprzeczne z prawda uogolnienia o Zydach jako calosci: "Zydzi byli zawsze lojalnymi obywatelami" (s. 62). Aby wzbudzic szczegolne wspolczucie Amerykanow dla losu rzekomo gnebionych przez Polakow Zydow. Gross podaje na s. 125 nieprawdziwe twierdzenie, jakoby zydowska ludnosc w powojennej Polsce zyla w nedzy, byla wyniszczona i chora. Na s. 164 "dowiadujemy sie", jakoby Zydzi "byli gnebieni przez swych polskich sasiadow - przez stulecia, ale specjalnie w czasie nazistowskiej okupacji" ("they had been victimized by their Polish neighbors - for centuries, but especially during the Nazi occupation"). Ta Grossowa kalumnia jest szczegolnie oburzajaca w swietle faktu, ze przez cale stulecia Polska byla jedynym schronieniem dla Zydow przepedzanych przesladowaniami z reszty krajow europejskich. Nieprzypadkowo nawet w osiemnastowiecznej Wielkiej Encyklopedii Francuskiej nazywano Polske "paradisus Judeorum" (rajem dla Zydow). Tak "gnebilismy Zydow", ze az slynny mysliciel, krakowski rabin Mojzesz Isserless pisal w XVI w.: "Jesliby Bog nie dal nam tego kraju [tj. Polski - J.R.N.] za schronienie, to los Zydow bylby nie do zniesienia". Tak "przesladowalismy" Zydow, ze w XIX wieku na terenach bylej Rzeczypospolitej Obojga Narodow zyly cztery piate ogolu Zydow swiata (wg Normana Daviesa). Przypomnijmy, ze wspolczesny historyk zydowski Barnett Litvinoff ocenil w swym monumentalnym dziele "The Burning Bush. Antisemitism and World History" (London 1988, s. 90), ze "przypuszczalnie Polska uratowala Zydow od calkowitego wyniszczenia" (w okresie sredniowiecza i odrodzenia). Trudno wiec nie uznac oszczerstwa o Polakach "gnebiacych Zydow przez stulecia", podawanego przez Grossa zupelnie nieznajacym historii Europy Amerykanom, jako przykladu wyjatkowej podlosci!
Z klamliwymi uogolnieniami wybielajacymi role Zydow polskich jako calej spolecznosci czy przedstawiajacymi ich jako "ofiary" Polakow od zawsze ida w parze negatywne uogolnienia o przewazajacej czesci Polakow, a czasem nawet o calym Polskim Narodzie. Jaki mialo sens np. aprobujace przytoczenie przez Grossa na s. 132 wyjatkowo bzdurnego uogolnienia wyszlego spod piora Jerzego Andrzejewskiego w "Odrodzeniu" z 1946 r.: "nie moge dojsc do innego wniosku, ze narod polski we wszystkich warstwach i na wszystkich poziomach intelektualnych, od samych szczytow az do dolu, byl antysemickim i takim pozostaje po wojnie".

Falsze o masowej kolaboracji z Niemcami
Gross wielokrotnie powtarza oszczerstwa o rzekomo szeroko rozpowszechnionej "polskiej kolaboracji" z niemieckim okupantem. Tezie tej wtoruje u Grossa kilkakrotne powtorzenie - w sposob typowy dla lopatologicznych metod Grossa - zwrotu o rozpetanej przez Polakow wielkiej fali mordowania Zydow na Podlasiu (s. 40-41, 54, 57, 181, 250). Na przyklad na s. 40-41 Gross pisze: "Wydaje sie, ze polskie napasci przeciw Zydom w lecie 1941 r. byly powszechnie stosowane w calym wojewodztwie bialostockim, ze mordowania trwaly przez kilka miesiecy i ze pochlonely one rozlegle terytorium obejmujace dwa tuziny miast i spowodowaly tysiace ofiar". Gross unika przy tym podawania konkretnych liczb co do zabojstw Zydow w poszczegolnych miejscowosciach. Zwrot o "tysiacach" Zydow zabitych rzekomo przez Polakow jest przy tym calkowicie nieprawdziwy, niepotwierdzony przez udokumentowane zrodla. Jest on rownie nieprawdziwy jak podana przez Grossa na s. 37 liczba 1600 Zydow rzekomo zamordowanych w Jedwabnem. Na dowod, ze zamordowano "tysiace Zydow" na Podlasiu Gross odsyla do liczacego ponad 50 stron tekstu dr. hab. Pawla Machcewicza w IPN-owskim wydawnictwie "Wokol Jedwabnego" (Warszawa 2002, t. I). Tylko ze za pierwszym powolaniem sie na wstep Machcewicza ("Fear", s. 41) Gross nie podaje w ogole strony, na ktorej ma sie znajdowac rzekoma informacja o wymordowaniu przez Polakow "tysiecy Zydow". Za drugim razem (s. 57 i 279) autor "Strachu" podaje odpowiedni odnosnik do s. 21-22 wstepu Machcewicza. Tyle, ze na wspomnianych stronach tekstu nie ma w rzeczywistosci zadnych informacji tego typu. Na s. 31 natomiast Machcewicz pisze: "W niektorych miejscowosciach zabito kilka-kilkanascie osob, w innych - przede wszystkim w Jedwabnem i Radzilowie - ofiara masowych mordow padlo kilkaset osob". Nie ma wiec zadnej mowy o tysiacach zamordowanych Zydow - jak pisze Gross - powolujac sie na rzekome dane Machcewicza. Gross calkowicie milczy przy tym o roli Niemcow w zbrodniach na Podlasiu. Nie wszystkie relacje zydowskie o tych zbrodniach zostaly w pelni podkreslone, a niektore ze swiadectw zydowskich budza spore watpliwosci (np. S. Wassersteina czy M. Finkelsztejna). Ciagle nie jest calkowicie pewne, ilu Zydow padlo z rak niemieckich, a ilu z polskich. Gross za wszystko tym skwapliwiej oskarza Polakow, ich chce wyeksponowac jako katow. Znamienne, ze w pisanej dla Amerykanow ksiazce Gross calkowicie przemilcza fakt popelnienia w tym samym czasie na Podlasiu zbrodni niemieckich na znacznie wieksza skale. Chocby wspomnianej przez Machcewicza ("Wokol Jedwabnego", t. I, s. 52) sprawy spalenia juz 27 czerwca 1941 r. w synagodze bialostockiej 700-800 Zydow. Fakt spalenia Zydow w synagodze przez Niemcow na szereg dni przed spaleniem Zydow w Jedwabnem sklania do szukania wlasnie w Niemcach organizatorow jedwabienskiej zbrodni.
Nierzetelnosc naukowa Grossa ilustruje fakt calkowitego przemilczenia przez niego wystepujacych niejednokrotnie na Podlasiu motywow zemsty za role czesci Zydow w czasie okupacji sowieckiej. Pisal o tym niejednokrotnie wlasnie P. Machcewicz, byly dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN. We wstepie do "Wokol Jedwabnego" P. Machcewicz wielokrotnie powtarza twierdzenia o motywie zemsty za role czesci Zydow w czasie okupacji sowieckiej (por. "Wokol Jedwabnego"... op. cit, t. I, s. 34, 35, 36, 38, 39, 40, 41, 42, 44, 45). O tym wszystkim calkowicie milczy Gross, tlumaczac udzial Polakow w wystapieniach przeciwko Zydom ogromna polska pazernoscia na zydowskie mienie.
Wbrew faktom historycznym Gross chce przedstawic przypadki radosnego powitania wojsk niemieckich przez czesc polskich spolecznosci na Podlasiu, cieszacych sie z obalenia rzadow sowieckich, jako dowod rzekomej masowej kolaboracji polskiej z Niemcami. Szczegolnie oburzajace jest przedstawienie przez Grossa krotkotrwalego epizodu z Podlasia w lecie 1941 r. jako dowodu na trwala kolaboracje w tym regionie, choc nastroje ludnosci polskiej szybko sie zmienily. Juz ponad miesiac po wkroczeniu Niemcow na tereny Bialostocczyzny - w meldunku z pierwszej polowy sierpnia 1941 r. pisano, ze ludnosc juz sie zrazila do Niemcow (por. "Wokol Jedwabnego"... op. cit, t. 2, s. 135). Jeszcze bardziej nieprawdziwe jest uogolnianie przez Grossa krotkotrwalych wydarzen z Podlasia na inne regiony Polski. Na s. 250 Gross posuwa sie do niepopartych zadnymi dowodami zrodlowymi, calkowicie wyssanych z palca oskarzen, jakoby w centralnej i zachodniej Polsce doszlo, tyle ze znacznie wolniej niz na Podlasiu, do wspoludzialu (complicity) Polakow w masowym zabijaniu Zydow. Twierdzi tam (s. 250), ze "Polacy, ktorzy znalezli 'szczere porozumienie' z Niemcami w eksploatacji Zydow (...) poczatkowo nie przewidywali, ze dojdzie do zabijania ich zydowskich rodakow na olbrzymia skale. W zachodnich i centralnych czesciach Polski miejscowa ludnosc byla wciagana do wspoludzialu (complicity), w tym krok po kroku. Tylko na terytoriach zdobytych na Sowietach po 22 czerwca 1941 r. doszlo do szybkiej brutalizacji". Przypomnijmy w tym kontekscie ocene Macieja Kozlowskiego w "Rzeczpospolitej" z 15-16 lipca 2006 r., iz: "(...) antyzydowskie wystapienia, w ktorych uczestniczyli polscy mieszkancy kilku wiosek i miasteczek na Podlasiu, trwaly bardzo krotko, praktycznie kilka dni, i ograniczyly sie do garstki osiedli na malym skrawku Polski, ktory w dodatku znalazl sie w wyjatkowej sytuacji przejscia spod jednej okupacji w druga. Nigdzie, podkreslam, nigdzie poza tym szczegolnym skrawkiem kraju (podkr. - J.R.N.), gdzie przemieszana ludnosc polska i zydowska znalazla sie pod okupacja sowiecka, do zajsc antyzydowskich, w ktorych braliby udzial Polacy, nie dochodzilo". Kozlowski z cala racja oskarzyl Grossa o "manipulacje faktami" za to, ze ten twierdzil, jakoby sytuacja calej Polski wygladala tak, "jak to, co sie wydarzylo w Jedwabnem i okolicach".
Warto przypomniec, ze juz w 2001 r. prof. Tomasz Strzembosz zwrocil uwage na skrajna hipokryzje twierdzen Grossa, ktory z jednej strony maksymalnie usprawiedliwial kolaborowanie zbolszewizowanych Zydow z Sowietami przeciw Polakom po 17 wrzesnia 1939 r., a z drugiej strony atakowal wlasnie Polakow za rzekome masowe kolaborowanie z Niemcami, powolujac sie przy tym glownie na to, ze ludnosc polska na Kresach radosnie witala wejscie Niemcow na swe tereny. Jak pisal prof. Strzembosz: "(...) na Boga, czym innym jest radosne witanie Niemcow, ktorzy przybywaja w samym srodku strasznej deportacji, umozliwiajac setkom ludzi opuszczenie okrutnych miejsc kazni - wiezien (m.in. w Brzesciu, Lomzy, Bialymstoku i w Jedwabnem), czym innym atakowanie czerwonoarmistow, do wczoraj naszych okupantow, a czym innym zabijanie zolnierzy WP. Rzeczywiscie, Zydom w Polsce nie dzialo sie najlepiej, istnialy niewatpliwie 'rachunki krzywd', zeby zacytowac wiersz Broniewskiego, ale wszak nie wywozono Zydow na Sybir, nie rozstrzeliwano, nie zsylano do obozow koncentracyjnych, nie zabijano glodem i katorznicza praca. Jesli Polski nie uwazali za swoja ojczyzne, nie musieli wszak jej traktowac jak okupanta i wspolnie z jej smiertelnym wrogiem zabijac polskich zolnierzy, mordowac uciekajacych na wschod polskich cywilow. Nie musieli takze brac udzialu w typowaniu swoich sasiadow do wywozek, owych strasznych aktow odpowiedzialnosci zbiorowej (...).
Czy polscy mieszkancy Jedwabnego i wsi okolicznych witali Niemcow z entuzjazmem i jako zbawcow? Tak! Witali! Jezeli ktos wyciaga mnie z plonacego domu, w ktorym moge sie spalic za chwile, rzuce mu sie na szyje i bede dziekowal. Chocbym jutro mial uznac go za kolejnego smiertelnego wroga. Niemcy uratowali bowiem wowczas setki mieszkancow wsi okolicznych (a moze i Jedwabnego?), kryjacych sie od kilku dni w zbozu i w krzakach nad Biebrza. Uratowali od wywiezienia na smierc, gdzies na pustynie kazachska czy do syberyjskiej tajgi" (T. Strzembosz: "Przemilczana kolaboracja", "Rzeczpospolita" z 27-28 stycznia 2001 r.).
Takze inny historyk, zwiazany z IPN-em dr Marek Wierzbicki, stanowczo przeciwstawial sie zacieraniu kontekstu historycznego, w ktorym Polacy na Kresach z zadowoleniem witali wejscie na ich tereny wojsk niemieckich na miejsce wojsk sowieckich. Przypomnial o tym, ze Polacy "po dwoch latach okrutnej eksterminacji sowieckiej - wywlaszczen, usuwania z pracy, tortur i deportacji, traktowali Sowietow jak smiertelnego wroga. Zyczliwy stosunek Polakow do wkraczajacych wojsk niemieckich byl wynikiem ulgi, ze skonczyla sie okupacja sowiecka, a nie radosci z nowej okupacji niemieckiej" (por. "Wybiorcze traktowanie zrodel". Rozmowa T.M. Pluzanskiego z M. Wierzbickim, "Tygodnik Solidarnosc" z 27-28 stycznia 2001 r.). Stanowczo polemizowal z twierdzeniami Grossa o rzekomej masowej wspolpracy Polakow z Wehrmachtem dyrektor IPN dr hab. Pawel Machcewicz (por. "Zycie" z 30 stycznia 2001 r.).
Cytowane wyzej argumenty historykow polskich ulegly jednak calkowitemu przemilczeniu w ksiazce Grossa, ktory za wszelka cene - wbrew faktom - postanowil obciazyc Polakow oskarzeniami o rzekome masowe kolaborowanie z niemieckimi okupantami. Hucpiarska klamliwosc wspomnianych oskarzen Grossa mozemy tym lepiej zauwazyc na tle niektorych swiadectw zydowskich z czasow wojny, np. ze slynnych zapiskow bylego dyrektora szkoly hebrajskiej w Warszawie Chaima A. Kaplana (por. C.A. Kaplan: "Scroll of Agony. The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan", New York 1973, s. 206). Pod data 8 pazdziernika 1940 r. Kaplan zapisal m.in.: "(...) To jest znak, ze Polacy maja wyczucie polityki. Pomimo wielkich zmian militarnych i politycznych zle wrozacych dla ich przyszlosci oni pozostaja upartymi. Nie znajdzie sie posrod nich ani jednego znanego obywatela, ktory chcialby byc przedstawicielem zdobywcow, mowic do swego narodu i przekonywac go do uznania, ze nie mozna zmienic rzeczywistosci i trzeba zaakceptowac jarzmo niemieckich rzadow - tak jak Hacha w Czechoslowacji i Quisling w Norwegii. Mozemy rowniez dodac Pétaina we Francji (...)". Takze w pozniejszych o poltora roku zapiskach - z 2 maja 1942 r. (por. C.A. Kaplan: op. cit., s. 322) Kaplan chwalil polska ludnosc za to, ze nie zachowala sie tak jak Quisling.
Takie byly wowczas powszechne wizje Polakow jako narodu niechetnego kolaboracji, ktore dzisiaj probuje zafalszowac Gross.
Przepojona wrogoscia do Polakow "inwencja" Grossa nie ma granic. Na przyklad na s. 254-255 Gross porownuje postawy Polakow, rzekomo pelne nienawisci do zydowskich sasiadow, do "podobnych" zachowan grupy szympansow Kahana, zaobserwowanych w czasie badan socjologicznych.

Nowe falsze Grossa (04) - Niewiniatka z Judenratow!
 
Wielokrotnie wysuwajac donosne, choc nieprawdziwe, oskarzenia przeciw Polakom o rzekomo szeroko rozpowszechniona kolaboracje z Niemcami, Gross konsekwentnie milczy o dwoch bardzo wstydliwych kolaboracjach, w ktorych uczestniczyly niektore srodowiska zydowskie. O kolaboracji duzej czesci Zydow z Sowietami w latach 1939-1941 (bede o niej szerzej pisal w nastepnym odcinku cyklu, poswieconym sporom o "zydokomune"). I o kolaboracji Judenratow i zydowskiej policji z Niemcami, kolaboracji bedacej swoista zydowska "hanba domowa". I to nie tylko w Polsce, ale rowniez w wielu innych krajach okupowanej przez Niemcow Europy.

Ta kolaboracja czesci Zydow z Niemcami byla tym bardziej szokujaca i wstydliwa ze wzgledu na spoleczny charakter jej uczestnikow. W przeciwienstwie bowiem do Polakow, wsrod ktorych z Niemcami godzili sie na ogol kolaborowac glownie ludzie z marginesu spolecznego, mety, wsrod Zydow na kolaboracje poszla duza czesc elit z tzw. Judenratow (rad zydowskich). Przypomnijmy tu, z jak ostrym potepieniem tej kolaboracji wystapila najslynniejsza zydowska myslicielka XX wieku Hannah Arendt w ksiazce "Eichmann w Jerozolimie" (Krakow 1987). Napisala tam m.in. (s. 151): "Dla Zydow rola, jaka przywodcy zydowscy odegrali w unicestwieniu wlasnego narodu, stanowi niewatpliwie najczarniejszy rozdzial calej historii". Uleglosc Judenratow wobec nazistow oznaczala skrajna kompromitacje zydowskich elit w panstwach okupowanych przez III Rzesze. Arend stwierdzila wprost: "O ile jednak czlonkowie rzadow typu quislingowskiego pochodzili zazwyczaj z partii opozycyjnych, czlonkami rad zydowskich byli z reguly cieszacy sie uznaniem miejscowi przywodcy zydowscy, ktorym nazisci nadawali ogromna wladze do chwili, gdy ich takze deportowano" (tamze, s. 151). Arendt pisala, ze bez pomocy Judenratow w zarejestrowaniu Zydow, zebraniu ich w gettach, a potem pomocy w skierowaniu do obozow zaglady zgineloby duzo mniej Zydow. Niemcy mieliby bowiem duzo wiecej klopotow ze spisaniem i wyszukaniem Zydow. W roznych krajach okupowanej Europy powtarzal sie ten sam perfidny schemat: funkcjonariusze zydowscy sporzadzali wykazy imienne wraz z informacjami o majatku Zydow, zapewniali Niemcom pomoc w chwytaniu Zydow i ladowaniu ich do pociagow, ktore wiozly ich do obozow zaglady. Takze w Polsce doszlo do potwornego skompromitowania duzej czesci zydowskich elit poprzez ich uczestnictwo w Judenratach i posluszne wykonywanie niemieckich rozkazow godzacych w ich wspolrodakow. O tym wszystkim Gross milczy jak grob w swej ksiazce pelnej tak wielu oszczerczych tyrad oskarzycielskich przeciw Polakom. Postarajmy sie wiec odswiezyc pamiec o sprawach tej kolaboracji Judenratow i zydowskiej policji, od lat tak gorliwie przemilczanej - wbrew prawdzie historycznej - przez rozne wplywowe dzis w Polsce media i wydawnictwa. Zeby uniknac zarzutow stronniczosci, ogranicze sie tu do podania przykladow wylacznie w oparciu o autorow wywodzacych sie z zydowskich srodowisk. Oto niektore z nich.
Zydowski autor Baruch Milch tak pisal w przejmujacej relacji o losach Zydow na bylych wschodnich kresach Rzeczypospolitej (woj. lwowskie i tarnopolskie): "W kazdym razie Judenrat stal sie narzedziem w rekach gestapo do niszczenia Zydow, a jak sami czlonkowie pozniej sie wyrazali, sa 'Gestapem na ulicy zydowskiej'. Powolali Ordnungsdienst [sluzbe porzadkowa - J.R.N.] jako organ wykonawczy skladajacy sie z najgorszych elementow (...) w gruncie rzeczy Judenrat zaczal prowadzic polityke rabunkowa w celu napelnienia wlasnych kieszeni, by tymi pieniedzmi przekupic wladze i gestapo, ale tylko w celu zabezpieczenia losu swoich i najblizszej rodziny. Nie znam ani jednego wypadku, zeby Judenrat bezinteresownie pomogl ktoremus Zydowi (...). Do wykonania swoich niecnych czynow, jak sciaganie ogromnych podatkow i nalozonych kontrybucji, lapanie do lagrow i napadow na domy zydowskie, Judenraty uzywaly swojej Ordnungsdienst, ktorej dawali procent z lupu, a ci ludzie w liczbie dziesieciu-pietnastu napadali na ludzi, bijac w okrutny sposob, niszczac i rabujac, cokolwiek sie dalo, i to ze straszna bezwzglednoscia" (Por. B. Milch: "Testament", Warszawa 2001, s. 106-107).
Pytanie, czemu Gross nawet jednym zdaniem nie wspomnial w swej przeznaczonej dla Amerykanow ponad 300-stronicowej ksiazce o rabunkach na Zydach dokonywanych przez zydowska policje na zlecenie Judenratu? Czyz to kolejne przemilczenie nie jest jaskrawym dowodem braku u Grossa nawet cienia elementarnej uczciwosci intelektualnej?
W tejze ksiazce Milcha czytamy na s. 126-127: "(...) Judenrat zalatwil z tymi mordercami, ze do trzech godzin dostarczy im zadane trzysta osob. Sami Zydzi musieli lapac i wydawac braci i siostry w rece katow, ktorzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjeli palkami albo nahajkami, a pozniej wywiezli na rzez do Belzca (...) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukrainskiej policji i kilku Niemcow, ktorym jeszcze zaplacono, by predko pracowali, gonili po ulicach, jak wsciekle psy czy opetancy, a pot sie z nich lal strumieniami (...). Straszny to byl widok, jak Zyd Zyda prowadzil na smierc (...)".
Szczegolnie haniebna role w wysylaniu wlasnych zydowskich rodakow na smierc odegral Chaim Rumkowski, prezes Rady Zydowskiej w Lodzi, "krol" getta lodzkiego na uslugach Niemcow. Byl on absolutnym wladca getta, w ktorym kursowaly specjalne pieniadze "chaimki" i "rumki" oraz znaczki pocztowe z jego podobizna. Rumkowski urzadzil sobie harem w jednej willi i wciaz sprowadzal nowe piekne kobiety. W zamian za przyzwolenie Niemcow na jego tyranie nad mieszkancami getta arcygorliwie wykonywal wszystkie niemieckie rozkazy i wyekspediowal olbrzymia wiekszosc swych poddanych do obozow zaglady. W koncu jednak i jego Niemcy wyslali do Oswiecimia. Podobno natychmiast padl ofiara swych zydowskich wspolwiezniow, ktorzy nie zwlekajac ani chwili, natychmiast po przywiezieniu go do obozu spalili go zywcem w obozowym piecu (Por. E. Reicher: "W ostrym swietle dnia. Dziennik zydowskiego lekarza 1939-1945", oprac. R. Jablonska, Londyn 1989, s. 29).

Zydowscy policjanci okrutniejsi od Niemcow
Najslynniejszy kronikarz warszawskiego getta Emanuel Ringelblum tak pisal o zydowskiej policji, ktora nawet jednym zdaniem nie zostala wspomniana w "naukowym dziele" Grossa: "Policja zydowska miala bardzo zla opinie jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwienstwie do policji polskiej, ktora nie brala udzialu w lapankach do obozu pracy, policja zydowska parala sie ta ohydna robota. Wyrozniala sie rowniez straszliwa korupcja i demoralizacja. Dno podlosci osiagnela ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padlo ani jedno slowo protestu przeciwko odrazajacej funkcji, polegajacej na prowadzeniu swych braci na rzez. Policja byla duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ja wykonala. Obecnie mozg sili sie nad rozwiazaniem zagadki: jak to sie stalo, ze Zydzi - przewaznie inteligenci, byli adwokaci (wiekszosc oficerow byla przed wojna adwokatami) - sami przykladali reke do zaglady swych braci. Jak doszlo do tego, ze Zydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starcow i chorych, wiedzac, ze wszyscy ida na rzez (...). Okrucienstwo policji zydowskiej bylo bardzo czesto wieksze niz Niemcow, Ukraincow, Lotyszy [podkr. - J.R.N.]. Niejedna kryjowka zostala 'nakryta' przez policje zydowska, ktora zawsze chciala byc plus catholique que le pape, by przypodobac sie okupantowi. Ofiary, ktore znikly z oczu Niemca, wylapywal policjant zydowski (...). Policja zydowska dala w ogole dowody niezrozumialej, dzikiej brutalnosci. Skad taka wscieklosc u naszych Zydow? Kiedy wyhodowalismy tyle setek zabojcow, ktorzy na ulicach lapia dzieci, ciskaja je na wozy i ciagna na Umschlag? Do powszechnych po prostu zjawisk nalezalo, ze ci zbojcy za rece i nogi wrzucali kobiety na wozy (...). Kazdy Zyd warszawski, kazda kobieta i dziecko moga przytoczyc tysiace faktow nieludzkiego okrucienstwa i wscieklosci policji zydowskiej" (E. Ringelblum: "Kronika getta warszawskiego wrzesien 1939 - styczen 1943", Warszawa 1988, s. 426, 427, 428).

Wydawali na smierc rodzicow
Nader bezwzgledne swiadectwo na temat poczynan zydowskiej policji w Warszawie dostarczyl Baruch Goldstein, przed wojna wspolorganizator bojowek Bundu. Wspominajac lata wojny, Goldstein pisal bez ogrodek: "Z poczuciem bolu i wstretu wspominam zydowska policje, te hanbe dla pol miliona nieszczesliwych Zydow w warszawskim getcie (...). Zydowska policja, kierowana przez ludzi z SS i zandarmow, spadala na getto jak banda dzikich zwierzat [podkr. J.R.N.]. Kazdego dnia, by uratowac wlasna skore, kazdy policjant zydowski przyprowadzal siedem osob, by je poswiecic na oltarzu eksterminacji. Przyprowadzal ze soba kogokolwiek mogl schwytac - przyjaciol, krewnych, nawet czlonkow najblizszej rodziny. Byli policjanci, ktorzy ofiarowywali swych wlasnych wiekowych rodzicow z usprawiedliwieniem, ze ci i tak szybko umra" [podkr. J.R.N.] (Por. B. Goldstein: "The Star Bear Witness", New York 1949, s. 66, 106, 129).
Klara Mirska, Zydowka, ktora opuscila Polske w 1968 roku, nie miala w swych wspomnieniach dosc zlych slow dla odmalowania niegodziwosci niektorych przedstawicieli srodowisk zydowskich w czasie wojny. Opisala np. nastepujaca historie: "Syn przewodniczacego Judenratu jednego z gett zostal skazany przez Niemcow na smierc. Przyprowadzil go na egzekucje jego ojciec. On mial go powiesic w ciagu kilku minut. Gdyby tego nie uczynil, mial sam zostac powieszony. Taki niesamowity zart wymyslili Niemcy. Ojciec, ktoremu chec pozostania przy zyciu przyslonila wszelkie uczucia milosci rodzicielskiej, zaczal poganiac syna. Czynil to na oczach rozbawionych Niemcow i stojacych w milczeniu przy tej scenie Zydow: 'No, predko rozbieraj buty! No, pospiesz sie, i tak ci nic nie pomoze'" (Wg K. Mirska: "W cieniu wielkiego strachu", Paryz 1980, s. 447). W sierpniu 1942 r. zydowski policjant Calel Perechodnik w getcie w Otwocku wyciagnal z bezpiecznej kryjowki swoja zone i coreczke i odprowadzil je do transportu smierci.
Czemu o takich przypadkach zezwierzecenia niektorych Zydow nie informuje Amerykanow Gross, tak gorliwie rozpisujacy sie na temat sadyzmu Polakow? Warto przytoczyc, co ten sam Perechodnik, skadinad nienawidzacy bez reszty Polakow, wypisywal na temat swych wlasnych kolegow z zydowskiej policji: "Nie ma zadnego usprawiedliwienia dla policjantow zydowskich w Warszawie (...). Skamienialy im serca, obce staly sie wszelkie ludzkie uczucia. Lapali ludzi, na rekach znosili z mieszkan niemowleta, przy okazji rabowali. Nic tez dziwnego, ze Zydzi nienawidzili swojej policji bardziej niz Niemcow, bardziej niz Ukraincow" (C. Perechodnik: "Czy ja jestem morderca?", Warszawa 1993, s. 112-113).
Nader bezwzgledny jest osad Judenratu i zydowskiej policji, zawarty w dzienniku bylego dyrektora szkoly hebrajskiej w Warszawie Chaima A. Kaplana. W swym dzienniku Kaplan nazwal wprost Judenraty "hanba spolecznosci warszawskiej". Wielokrotnie pietnowal zbrodnicza dzialalnosc zydowskiej policji, piszac m.in.: "Zydowska policja, ktorej okrucienstwo jest nie mniejsze od nazistow, dostarczala do punktu przenosin na ulicy Stawki wiecej [osob - przyp. J.R.N.] niz bylo w normie, do ktorej zobowiazala sie Rada Zydowska (...). Nazisci sa zadowoleni, ze eksterminacja Zydow jest realizowana z cala niezbedna efektywnoscia. Czyn ten jest dokonywany przez zydowskich siepaczy (Jewish slaughterers) (...). To zydowska policja jest najokrutniejsza wobec skazanych (...). Nazisci sa usatysfakcjonowani robota zydowskiej policji, tej plagi zydowskiego organizmu (...). Wczoraj, trzeciego sierpnia, oni wyrzneli ulice Zamenhofa i Pawia (...). SS-owscy mordercy stali na strazy, podczas gdy zydowska policja pracowala na dziedzincach. To byla rzez w odpowiednim stylu - oni nie mieli litosci nawet dla dzieci i niemowlat [podkr. J.R.N.]. Wszystkich z nich, bez wyjatku, zabrano do wrot smierci" (Por. "Scroll of Agony. The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan", New York 1973, s. 384, 386, 389, 399). Na s. 231 swej ksiazki Kaplan cytuje jakze gorzki owczesny dowcip zydowski. Mial on forme krotkiej modlitwy: "Pozwol nam wpasc w rece agentow gojow, tylko nie pozwol nam wpasc w rece zydowskiego agenta".
Nader podobne w wymowne byly zapiski Aleksandra Bibersteina, dyrektora zydowskiego szpitala zakaznego w krakowskim getcie. W swoich wspomnieniach o zydowskiej sluzbie OD (Ordnungsdienst) Biberstein pisal: "Przez caly czas okupacji Ordnungsdienst byl narzedziem w reku gestapo, na jego polecenie odemani [tj. czlonkowie Ordnungsdienst - przyp. J.R.N.] wykonywali bez zastrzezen najpodlejsze czynnosci, przescigajac czesto bezwzglednoscia Niemcow" (A. Biberstein: "Zaglada Zydow w Krakowie", Krakow 1985, s. 165).
Rabowali swych rodakow
Warto przypomniec rowniez zapiski Henryka Makowera na temat dzialan Ordnungsdienst - zydowskiej Sluzby Porzadkowej (SP): "Opowiadano mi o roznych scenach w trakcie blokad domow. Niektorzy z oficerow [zydowskiej Sluzby Porzadkowej - przyp. J.R.N.] zachowywali sie skandalicznie, nie uznajac nawet dobrych zaswiadczen. W rezultacie na Umschlag szli ludzie, ktorzy byli zupelnie pewni, ze zaswiadczenie ich chroni, i nie wiedzac, co ich czeka, sami sie oddawali w rece swych wspolrodakow. W innych wypadkach zwalniano ludzi za lapowki, lapownictwo sie szerzylo (...). Blokady wyzwolily cala mase lajdactwa i dranstwa. Opornych bito palkami, nie gorzej od Niemcow. Do tego dolaczylo sie rabowanie opuszczonych mieszkan pod jakims pretekstem, np. zeby nie zostawiac rzeczy Niemcom. Wielu 'porzadnych' wyzszych funkcjonariuszy SP dorobilo sie na roznych tego rodzaju praktykach duzych majatkow. Bylo to zjawisko tak masowe, ze nawet tzw. przyzwoici ludzie sie chwalili - 'ja sie na tej akcji dorobilem' - lub - 'moj maz nie nadaje sie do dzisiejszych czasow, nic nie zarobil na akcji'" (Por. H. Makower: "Pamietnik z getta warszawskiego pazdziernik 1940 - styczen 1943", Wroclaw 1987, s. 62). Szkoda, ze Gross pominal to jakze wazne swiadectwo profesora mikrobiologii Makowera w swoich, zajmujacych tak wiele stron, dywagacjach o rabowaniu Zydow przez Polakow, zbrodniczej "moralnosci" polskich grabiezcow itp.
Warto dodac, ze spora czesc uratowanych Zydow stanowili akurat zydowscy policjanci, a wiec mozliwie najgorszy, najpodlejszy element posrod owczesnych Zydow; ci wlasnie ludzie, ktorzy dorabiali sie na rabowaniu swych rodakow w ich momentach najwyzszego zagrozenia. Pisal o tym slynny matematyk zydowskiego pochodzenia Stefan Chaskielewicz we wstrzasajacych pamietnikach pt. "Ukrywalem sie w Warszawie. Styczen 1943 - styczen 1945" (Krakow 1988, s. 191-192): "Wsrod Zydow, ktorym pomoglo przezyc posiadanie znaczniejszych funduszy, byli i dawni funkcjonariusze policji zydowskiej, a nawet slawnej ekspozytury gestapo w getcie. Ci ludzie bowiem oblowili sie podczas akcji wysiedlenczej. Trudno tu podac jakiekolwiek scisle dane liczbowe. Moge jedynie powtorzyc stwierdzenie dwoch bylych policjantow, ktorzy po wojnie, w mojej obecnosci, mowili, ze uratowalo sie co najmniej 200 ich kolegow".
Skrajnie glupawym rasistowskim wyczynom Grossa, ktory za wszelka cene chce wybielic "anielskich" Zydow i dokopac "diabelskim" Polakom, warto przeciwstawic madre slowa slynnego izraelskiego intelektualisty profesora Israela Shahaka, publikowane na lamach "The New York Review of the Book" 29 stycznia 1987 roku. Przeciwstawiajac sie tendencjom do skrajnego idealizowania wojennych postaw Zydow kosztem Polakow, Shahak pisal: "Oczywiscie, ze byli polscy policjanci, ktorzy przeprowadzali lapanki Zydow, i oczywiscie byli Polacy, ktorzy szantazowali Zydow (...). Byli jednak takze (...) zydowscy szantazysci, wielu znanych nawet z imion, mieszkajacych poza gettem, ktorzy nie byli ani lepsi, ani gorsi niz polscy. Byli takze zydowscy policjanci w getcie. Do obowiazkow kazdego z nich w pierwszych tygodniach eksterminacji latem 1942 roku nalezalo dostarczenie odpowiedniej ilosci Zydow przeznaczonych na smierc. Dzisiaj, po latach, uwazam, ze polscy i zydowscy wspolnicy zbrodniarzy sa sobie rowni w ogromie zla i najwyzsza odraza, z jaka sie ich wspomina, nie zalezy od narodowosci. Moja jednak pamiec, pamiec wszystkich ocalonych Zydow, kiedy uczciwie rozmawiaja 'w swoim gronie', nie pozwala zapominac, ze w owym czasie my, Zydzi, nienawidzilismy zydowskich policjantow i zydowskich szpiegow bardziej niz kogokolwiek innego" [oba podkreslenia J.R.N.].
Cytowane tu relacje jedenastu autorow zydowskich stanowia faktycznie tylko czubek gory lodowej. Mozna by cytowac jeszcze wielokrotnie dluzej zapiski pokazujace stopien skrajnego zezwierzecenia wielu czlonkow Judenratow i policjantow zydowskich kolaborujacych z nazistami, ktorych niegodna "dzialalnosc" tak skrupulatnie przemilczal Gross. A moze jednym z najlepszych sposobow polemiki z antypolskimi kalumniami Grossa byloby przygotowanie w Polsce parusetstronicowego wyboru relacji autorow zydowskich (Ringelbluma, Goldsteina, Kaplana i in.) o zbrodniczych dzialaniach Judenratow i policji zydowskiej w roznych regionach okupowanej Polski. Wybor taki mozna by bylo wydac w roznych jezykach, co pomogloby w sprowokowaniu prawdziwie zapladniajacej debaty na temat tego, jak ludzie roznych nacji zachowywali sie w czasach niezwykle trudnych wyborow narzucanych przez totalitarnych zbrodniarzy.
W wyborze mozna by rowniez umiescic uczciwe zydowskie relacje na temat historii dzialan Zydow-agentow gestapo. Historyk Marek J. Chodakiewicz wspomina w swej ksiazce, ze w 1944 r. dzialala w Warszawie czterdziestoosobowa brygada gestapo skladajaca sie z Zydow pod kierownictwem Leona Skosowskiego ("Lolek") i innych (M.J. Chodakiewicz: "Zydzi i Polacy 1918-1955", Warszawa 2000, s. 205). W innym miejscu Chodakiewicz pisze (op. cit., s. 206), ze w Krakowie dzialal glowny zydowski agent gestapo Diamant, "ktoremu podlegalo okolo 60 konfidentow". Wedlug Chodakiewicza (op. cit., s. 207): "Swiadkowie zydowscy opisuja dzialalnosc zydowskich agentow, konfidentow, denuncjatorow w Dzialoszycach, Zdunskiej Woli, Bransku, Sosnowcu, Lidzie, Wilnie, Krakowie, Lwowie, Warszawie i w innych miejscowosciach. Emanuel Ringelblum oszacowal, ze w samym getcie warszawskim pracowalo okolo 400 konfidentow gestapo. Ich ofiara padali glownie inni Zydzi. W rezultacie Zydzi bali sie Zydow. Na poczatku chodzilo o zdradzanie Niemcom miejsc ukrycia pieniedzy, kosztownosci i towarow. Potem zaczynal sie szantaz ukrywajacych sie po stronie aryjskiej rodakow. Po zupelnym ogoloceniu rodakow z gotowki zwykle nastepowala ich denuncjacja na policje. Zydowscy agenci infiltrowali tez zydowskie grupy lesne i oddzialy partyzanckie".

Radosne zabawy w getcie
Wspominalem juz, jak Gross powiela w swojej ksiazce slawetne antypolskie oszczerstwo, ze Polacy radosnie bawili sie na karuzeli pod murami plonacego getta. Warto wiec moze przypomniec nie klamstwo, ale rzeczywiste fakty, jak to spora czesc Zydow radosnie bawila sie w getcie i plawila w luksusach w tym samym czasie, gdy ich ubozsi ziomkowie umierali z glodu. Z licznych zapiskow na te tematy mozemy dowiedziec sie, ze w czasach potwornej nedzy przewazajacej czesci mieszkancow getta warszawskiego inni Zydzi, glownie agenci gestapo, urzednicy Judenratow, czlonkowie zydowskiej policji, bogaci kupcy, robiacy biznesy z Niemcami czy szmuglerzy, bawili sie w najdrozszych restauracjach. Jak opisywal dzialacz Bundu Baruch Goldstein: "Na tych samych ulicach, gdzie za dnia obserwowalo sie sceny horroru, wsrod mrowia dzieci chorych na gruzlice i wymierajacych jak muchy, wzdluz cial czekajacych na wozki zamiataczy ulic natrafialo sie na sklepy pelne najwspanialszych dan, restauracje i kawiarnie, w ktorych serwowano najkosztowniejsze dania i trunki. Najgorszym gniazdem pijanstwa i rozpusty byla Britania. Godzina policyjna nie byla przestrzegana wobec klientow tego lokalu. Oni mieli wesole cale noce. Ucztowaniu, pijanstwu i hulankom towarzyszyly rytmy jazz-bandu. O swicie, gdy rewelersi odchodzili, ulice byly juz pelne nagich cial przykrytych gazetami. Pijacy niemal nie zwracali na nie uwagi, potykajac sie o tego typu przeszkody na swej drodze (...). Hitlerowcy nakrecali filmy z takich wesolych scen, aby pokazac 'swiatu', jak dobrze zyli Zydzi w getcie" (Wg B. Goldstein: op. cit., s. 91).
Ringelblum zapisal w swej kronice: "Szal zabaw przechodzi wszelkie granice. Opowiadaja mi, ze codziennie o godzinie szostej, siodmej z rana widzi sie ludzi powracajacych z sal tanecznych, z balow, z balonikami w reku, na wpol pijanych (...)" (E. Ringelblum: op. cit., s. 228). Profesor Czeslaw Madajczyk pisal w swym glosnym dziele: "Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce" (Warszawa 1970, t. I, s. 222): "W getcie spotykalo sie najwytworniejsze restauracje. Niewiarygodny wydaje sie dzis komfort panujacy wowczas w 'Palais de Dance' braci Frontow. Chleb byl tu znacznie drozszy niz w polskich dzielnicach, lecz wino tansze. Wypada tylko powtorzyc 'uczta w czasie pomoru'. Taki stan rzeczy w getcie sprzyjal pozadanej przez okupanta dezintegracji spolecznosci zydowskiej, utrzymywal sie wbrew bundowskiej prasie, zadajacej zamkniecia sal tanca, burdelu i licznych klubow".

Przemilczane zydowskie swiadectwa
Do szczegolnie oburzajacych praktyk zastosowanych w ksiazce Grossa "Strach" nalezy calkowite pominiecie przez niego rozlicznych swiadectw zydowskich, ktore pokazywaly bardzo sympatyczny obraz zachowan Polakow wobec Zydow w czasie wojny, calkowicie sprzeczny z lekcewazacymi uogolnieniami Grossa, sugerujacymi, ze Zydom pomagala tylko "drobna garstka Polakow" ("Upiorna dekada") czy "mala mniejszosc" ("Strach").
Oto niektore z jakze wymownych przykladow tych zydowskich swiadectw przemilczanych przez Grossa:
- Prezes Stowarzyszenia Kombatantow Zydowskich Arnold Mostowicz stwierdzil w publikowanym 25 lutego 1998 r. w "Zyciu" tekscie: "Zaden narod nie zlozyl na oltarzu pomocy Zydom takiej hekatomby ofiar jak Polacy, bowiem w wielu krajach okupowanych pomoc ta nie niosla za soba takiego ryzyka".
- Zydowska autorka Klara Mirska pisala w wydanej w Paryzu w 1980 r. ksiazce "W cieniu wielkiego strachu": "Zebralam wiele zeznan o Polakach, ktorzy ratowali Zydow, i nieraz mysle: Polacy sa dziwni. Potrafia byc zapalczywi i niesprawiedliwi. Ale nie wiem, czy w jakimkolwiek innym narodzie znalazloby sie tylu romantykow, tylu ludzi szlachetnych, tylu ludzi bez skazy, tylu aniolow, ktorzy by z takim poswieceniem, a takim lekcewazeniem wlasnego zycia, tak ratowali obcych".
- Inna Zydowka Janina Altman, piszac do Marka Arczynskiego o Polakach, ktorzy narazali swe zycie dla ratowania Zydow w czasie wojny, stwierdzila: "Nie wiem, czy my, Zydzi, wobec tragedii innego narodu, zdolni bylibysmy do takiego poswiecenia" (Cyt. za M. Arczynski i W. Balcerak: "Kryptonim Zegota", Warszawa 1983, s. 264).
- Krakowski filozof zydowskiego pochodzenia Jan Hartman napisal, ze wlasnie w Polsce "Zydzi spotkali sie z bohaterska pomoca na najwieksza w Europie skale" ("Gazeta Wyborcza", 5 maja 2005 r.).
- Wybitny zydowski literaturoznawca, profesor uniwersytetu w Tel Awiwie Gabriel Moked powiedzial w wywiadzie udzielonym "Wprost" 28 czerwca 1992 r. m.in.: "Jestem przekonany, ze odpowiedzialnosc za zaglade polskich Zydow ponosza Niemcy, scislej mowiac hitlerowcy. Nawet jezeli czesc polskiego spoleczenstwa Zydom nie pomagala albo latwo godzila sie na ich zaglade, to wieksza czesc narodu Zydom bardzo pomogla".
- Do najbardziej wzruszajacych propolskich swiadectw doby wojny nalezala ocena zapisana przez nauczyciela hebrajskiego Abrahama Lewina, ktory zyl w makabrycznych warunkach warszawskiego getta. Zapisal on w swoim pamietniku pod data 7 czerwca 1942 r.: "(...) Wielu Zydow uwaza, ze wplyw wojny i strasznych ciosow, ktore kraj i jego mieszkancy - Zydzi i Polacy, przyjeli z rak Niemcow, w wielkim stopniu zmienil stosunki miedzy Polakami a Niemcami, a wiekszosc Polakow zostala opanowana przez uczucia filosemickie. Ci, ktorzy glosza te opinie, opieraja swoj punkt widzenia na znaczacej ilosci zdarzen, ktore ilustruja, jak od pierwszych miesiecy wojny Polacy pokazali i dalej pokazuja swe wspolczucie i uprzejmosc dla Zydow, pozbawionych srodkow do zycia, a w szczegolnosci dla zebrzacych dzieci. Slyszalem wiele historii o Zydach, ktorzy uciekli z Warszawy tego znaczacego dnia 6 wrzesnia 1939 i otrzymali schronienie, goscinnosc i zywnosc od polskich chlopow, ktorzy nie zadali zadnej zaplaty za ich pomoc. Jest rowniez znane, ze nasze dzieci, ktore ida zebrac i pojawiaja sie dziesiatkami i setkami na ulicach chrzescijanskich, dostaja wielkie ilosci chleba i ziemniakow i przez to udaje im sie wyzywic i ich rodzinom w getcie (...). Ja widze stosunki polsko-zydowskie w jasnym swietle" (A. Lewin: "A cup of tears. A Diary of the Warsaw Ghetto", Ed. by A. Polonszky, New York 1988, s. 123-124).
- Zyd karmelita (ojciec Daniel) Oswald Rufeisen, jeden z najodwazniejszych zydowskich partyzantow doby wojny, powiedzial w wywiadzie dla "Polityki" z 29 maja 1983 r.: "Nigdy nie mowie o polskim antysemityzmie i gdzie tylko moge, walcze z tym, bo to jest przesad, to jest zabobon (...). Wydaje mi sie, ze o antysemityzmie mowia nie ludzie, ktorzy przezyli czas holocaustu w Polsce, ale ci, ktorzy przyjechali do Izraela z Polski przed wojna. Tak mi sie wydaje. Ludzie, ktorzy byli odcieci od spoleczenstwa polskiego, ktorzy przeniesli swoje koncepcje psychologiczne na sytuacje wojenna (...). Mam juz ponad 70 lat, zylem w Polsce przed wojna, przezylem wojne na wschodnich terytoriach polskich (...) nie widzialem tam Polakow mordujacych, natomiast widzialem Bialorusinow, widzialem Lotyszow, Estonczykow, Ukraincow, ktorzy mordowali, a polskich jednostek, ktore by mordowaly, nie widzialem. Ale tego wszystkiego ci idioci tutaj nie widza. Im sie tego nie mowi. Tak jest, niech mi nie opowiadaja, Ja wiem, jak bylo".
- Uratowana przez Polakow Laura Kaufman, profesor, czlonek PAN, wspominala: "Jak wynika z tego, co napisalam, pomoc niesli mi przedstawiciele roznych warstw spoleczenstwa; nie bylam tez szczegolnie uprzywilejowanym wyjatkiem. Przed wojna radzono mi, bym w razie wojny wyjechala za granice. Bylo to mozliwe nawet jeszcze w r. 1940. Nigdy nie zalowalam, ze tego nie zrobilam. Zylam przez 5 lat w ciaglym niebezpieczenstwie, przezylam chwile grozy, ale trzeba bylo przezyc wsrod spoleczenstwa polskiego, by poznac lepiej jego walory" (Cyt. za: Ten jest z ojczyzny mojej", oprac. W. Bartoszewski i Z. Lewinowna, Krakow 1966, s. 241.)
Dyrektor amerykanskiego Urzedu ds. Sledztw Specjalnych, "tropiciel nazistow" Rosenbaum powiedzial wiosna 1995 r. w wywiadzie dla dziennika "Newsday": "Podobnie jak wiele dzieci zydowskich dorastalem, slyszac, ze Polacy byli najgorszymi antysemitami. Moja praca jednak bez przerwy dostarczala mi dowodow, ze niezliczeni polscy chlopi ryzykowali swoje zycie po to, by ukrywac Zydow. I trzeba pamietac, ze Polacy ukrywajacy Zydow wiedzieli, jakie konsekwencje moga ich spotkac za to. Ich wlasne dzieci zostalyby zabite na ich oczach, a potem zamordowano by ich rowniez. Ja sam, bedac ojcem malych corek, nie wiem, czy bylbym az tak heroiczny w podobnej sytuacji".
Porownajmy to wyznanie Rosenbauma z nikczemnym spotwarzaniem obrazu polskiego chlopstwa zawartym w ksiazce Grossa! Myslac o podlych zachowaniach polakozerczych Zydow takich jak Gross, mimo woli przypomina sie ocena slynnego polskiego uczonego zydowskiego pochodzenia Ludwika Hirszfelda. W malo dzis przypominanym liscie do Jerzego Borejszy z 27 pazdziernika 1947 r. Hirszfeld ubolewal, ze "nacjonalisci zydowscy nienawidza Polakow wiecej niz Niemcow, i ze swiadomie ida w kierunku proniemieckim, tak jak zreszta to przewidzialem w mojej ksiazce (...). Jesli nie podkreslam tych spraw publicznie, to dlatego tylko, by Zydom nie szkodzic i nie poglebiac przepasci, ktora kopie nacjonalizm zydowski pomiedzy Zydami i Polakami" (Cyt. za B. Fijalkowska: "Borejsza i Rozanski. Przyczynek do dziejow stalinizmu w Polsce", Olsztyn 1995, s. 139).

Nowe falsze Grossa (05) - Jak klamie Gross!
 
Znakomity polski naukowiec w USA prof. Iwo Cyprian Pogonowski mowil mi juz ponad piec lat temu o jakze niepokojacym zjawisku zauwazalnym na wielu uczelniach amerykanskich. Chodzilo o to, ze liczni wykladowcy i studenci polskiego pochodzenia wstydzili sie przyznawac do polskosci z powodu szalejacej juz wtedy fali antypolonizmu, oskarzen Polakow o "dziki antysemityzm", wspoludzial w mordowaniu Zydow w dobie wojny etc. Nowa ksiazka J.T. Grossa ma wszelkie "szanse", aby doprowadzic do lawinowego wrecz pogorszenia wizerunku Polski i Polakow u nieznajacych faktow Amerykanow. Stad nieprzypadkowe tak liczne w ostatnich tygodniach teksty polskich autorow z USA i Kanady, alarmistycznie wrecz ostrzegajace przed rozmiarami polakozerczych bredni Grossa.
28 lipca 2006 r. na lamach czolowego dziennika polonijnego w USA - "Dziennika Zwiazkowego" - ukazala sie prawdziwie miazdzaca recenzja "Strachu", wyszla spod piora Wojciecha A. Wierzewskiego, autora bardzo popularnego polonijnego programu radiowego w Chicago "Dialog 2000". Wierzewski, znany m.in. z licznych owocnych prob wspierania dialogu ze strona zydowska, tym ostrzej napietnowal nowa ksiazke Grossa, widzac w niej zamierzenie niszczace wszelkie szanse dialogu miedzy Polakami a Zydami. Oskarza paszkwil Grossa, ze stara sie "zapobiec jakiejkolwiek probie porozumienia i sluzaca tylko antagonizowaniu stron, podsycaniu wzajemnej niecheci". Wedlug Wierzewskiego, "Strach" Grossa to ksiazka, ktora "wywoluje wylacznie zle emocje, nie buduje, lecz tylko rujnuje to, co sie juz udalo osiagnac we wzajemnym dialogu".
Z rownie ostra recenzja ksiazki Grossa, niewyrazajaca doslownie ani jednego pozytywnego zdania o "Strachu", wystapil historyk polski ze Stanow Zjednoczonych Marek Jan Chodakiewicz w obszernym tekscie opublikowanym na lamach "Niezaleznej Gazety Polskiej" z 4 sierpnia 2006 roku. Wedlug Chodakiewicza: "Autor "Sasiadow" i "Strachu" dokonuje zawoalowanej proby zaoferowania wspolczesnej inteligencji polskiej faustowskiego ukladu: potepcie polski lud, a szczegolnie odetnijcie sie od Kosciola katolickiego, od religii chrzescijanskiej, od patriotyzmu i tradycji, odrzuccie Stary lad, czyli to, co - wedlug Grossa - spowodowalo antyzydowska przemoc".
Wtedy bedziecie tak jak ci jedynie Sprawiedliwi polscy intelektualisci, ktorzy potepili mord kielecki, bowiem natychmiast rozpoznali jego "reakcyjne" zrodla: Kosciol, harcerstwo, "andersowcow", powstancow antykomunistycznych, "drobnomieszczanstwo".
Na tym tle z ogromnym zdumieniem obserwuje przerazajaca bezczynnosc MSZ w sprawie Grossa, i to zarowno na szczeblu kierowniczym, jak i w ambasadzie RP w Waszyngtonie. Nie tak dawno przeciez Jaroslaw Kaczynski, ktorego ogromnie cenie, powiedzial, ze "MSZ zostalo odzyskane". Czy rzeczywiscie? Nasuwa sie rowniez pytanie, dlaczego dotad w calej sprawie milcza wybitni przedstawiciele patriotycznych partii polskich na czele z PiS? Idzmy dalej, zapytujac, dlaczego nie protestuja przeciwko plugawemu polakozerstwu Grossa czolowi przedstawiciele spolecznosci zydowskiej w Polsce? Przeciez liczni z nich znaja jezyk angielski i mogli naocznie przekonac sie o potwornosci zoologicznego wrecz polakozerstwa zydowskiego hochsztaplera z USA. Do rangi skandalu urasta wyrazne poparcie dla Grossa ze strony zwiazanego z Zydowskim Instytutem Historycznym i IPN (!) Andrzeja Zbikowskiego (wedlug "Przekroju" z 13 lipca 2006 r.). Wyraznie "odslonil sie" udajacy dotad propolskie sentymenty byly ambasador Izraela w Warszawie Szewach Weiss, ktory wyraznie poparl oszczerstwa Grossa w tekscie "Polska zdrada" ("Wprost" z 9 lipca 2006 r.). Komentujac, ze Gross dokonuje "swego rodzaju rozliczenia z Polska", Weiss klamliwie twierdzi: "Wiem jednak, ze wielu polskich naukowcow prowadzi podobne badania i dochodzi do podobnych jak Gross wnioskow" (!).
Zapytajmy, dlaczego trwoznie milczy tak nieslusznie eksponowany jako "autorytet" znawca stosunkow polsko-zydowskich byly minister spraw zagranicznych Wladyslaw Bartoszewski. Zachowuje sie w calej sprawie w stylu - jak by powiedzial L. Walesa - "ani be, ani me, ani kukuryku!". Tak jak niegdys w czasie nieszczesnej wizyty w Knesecie, gdy nie zareagowal nawet jednym zdaniem na ohydne polakozercze wystapienia kilku poslow izraelskich.
Mysle, ze cala sprawa jest swego rodzaju papierkiem lakmusowym na to, kto prawdziwie chce bronic prawdy o stosunkach polsko-zydowskich, kto naprawde pragnie uczciwego dialogu miedzy obu nacjami. Tu potrzebne jest otwarte wyrazenie stanowiska, a nie tchorzliwe milczenie!

Zhanbili sie po stronie Grossa!
Jednym z glownych celow mojego tak szeroko udokumentowanego cyklu artykulow w "Naszym Dzienniku" o nowym paszkwilu Grossa jest ulatwienie Czytelnikom dostrzezenia pelnej skali tolerancji dla najbardziej nawet klinicznego antypolonizmu, wystepujacej w bardzo wplywowych mediach. Mysle, ze w swietle przytaczanego przeze mnie obrazu rozmiarow polakozerczych kalumnii Grossa tylko ktos kompletnie slepy i gluchy w sprawach naszej Ojczyzny, ktos bez jakiegokolwiek poczucia polskiej godnosci narodowej moze jeszcze teraz chwalic lub usprawiedliwiac Grossa. Nader jednoznaczny wydaje sie rowniez osad moralny takich "polskich" gazet czy tygodnikow, ktore jeszcze teraz posuwaja sie do chwalby lub obrony Grossa. W ten sposob dzialaja one "na szkode Polski" - jak slusznie stwierdzili sygnatariusze oswiadczenia Niezaleznego Zespolu ds. Etyki Mediow, opublikowanego w "Naszym Dzienniku" z 5-6 sierpnia 2006 roku.
Warto dobrze zapamietac nazwiska wszystkich progrossowych dziennikarzy i naukowcow, ktorzy sa faktycznie wspolwinni dzisiejszej "hanby domowej". Przypomnijmy, ze wsrod gazet codziennych najbardziej niegodnie zachowala sie "Gazeta Wyborcza", drukujac 29-30 lipca 2006 r. artykul Piotra Wrobla, "naukowca" z Toronto, panegirycznie wychwalajacy Grossa. Wsrod tygodnikow najbardziej jak dotad, chyba nieprzypadkowo, skompromitowal sie katolewicowy "Tygodnik Powszechny", potocznie "Obludnikiem Powszechnym" zwany. To w nim 16 lipca 2006 r. wystapiono z haniebnym, iscie targowickim pomyslem przyznania Grossowi polskiego panstwowego wyroznienia (w tekscie Agnieszki Sabor). To w "Tygodniku Powszechnym" z 9 lipca ogromnie wyeksponowano, bez jakiegokolwiek krytycznego komentarza, bardzo obszerny tekst wykladu Grossa, wygloszonego w Krakowie 4 lipca 2006 roku. Nie sprostowano tam nawet tak ewidentnych bzdur jak przejete od komunistow klamstwo Grossa o wielotysiecznym tlumie, ktory uczestniczyl w "pogromie" kieleckim, czy twierdzenie, ze "jedna czwarta mieszkancow miasta brala udzial w pogromie". "Tygodnik Powszechny" powinien przeprosic mieszkancow Kielc za to oszczerstwo! Nie sprostowano kretynskiej insynuacji Grossa, ze w Lodzi strajkowalo 15 tys. robotnikow, "oburzonych, ze mozna ich posadzic o wspolczucie dla wymordowanych Zydow".
Wyjasnialem juz w "Naszym Dzienniku", ze robotnicy lodzcy byli oburzeni wydrukowaniem podpisanych rzekomo w ich imieniu rezolucji, przygotowanych w najgorszym stalinowskim stylu i potepiajacych "reakcje", "podziemie", "andersowcow". Skompromitowal sie - nie po raz pierwszy - tygodnik "Newsweek" z 6 sierpnia 2006 r. tekstem "analityka stosunkow miedzynarodowych" Bartlomieja Sienkiewicza, z werwa wybraniajacego Grossa przed krytykami jego ksiazki. Dodajmy, ze Sienkiewicz przyznal, iz "Strachu" nie czytal (!). Pogratulowac odwagi w bronieniu "na slepo" patologicznego polakozercy! Skompromitowala sie po raz kolejny z rzedu znana i tak z rozlicznych wsparc dla wyskokow antypolonizmu postkomunistyczna "Polityka". 15 lipca 2006 r. ukazal sie w niej ogromniasty wywiad popularyzujacy Grossa, przeprowadzony przez Adama Szostkiewicza. Dodac tu nalezy wreszcie znana z roznych wypadow przeciw polskim tradycjom narodowym i Kosciolowi komercyjna stacje telewizyjna TVN, ktora 6 lipca 2006 r. splamila sie popularyzujaca J.T. Grossa okologodzinna debata z tendencyjnie dobranymi uczestnikami, w tym z oslawiona fanatyczna tropicielka antysemityzmu A. Bikont z "Gazety Wyborczej". Grossowi w Polsce nalezy sie tylko sad, a nie popularyzacja!
W szczegolnie paskudnej sytuacji, doprawdy nie do pozazdroszczenia, znalazlo sie liberalno-lewicowe wydawnictwo Znak sugerujace swoj zwiazek z Kosciolem. Nazbyt pochopnie polakomilo sie na polakozerczy "Strach". Podobno podsunal go im jakis filar dawnej opozycji laickiej, zapewniajac, ze znajda w tej ksiazce wyjatkowy cymes intelektualny. Teraz zas juz nadto wyraznie widza, ze znalezli sie w zalosnej sytuacji, bez jakiegokolwiek dobrego wyjscia. Jesli bowiem wycofaja sie z druku ksiazki Grossa pod wplywem nacisku opinii publicznej, to bedzie raczej bardzo przykra rejterada! Jesli zas wydrukuja Grossa, to sie haniebnie skompromituja jako protektorzy ksiazki dziko antypolskiej i antykatolickiej (!). Wpadna jak sliwka w kompot, dowodzac braku elementarnego rozeznania merytorycznego i "czucia po polsku". Podana niedawno w "Rzeczpospolitej" informacja, ze Znak ma wydac ksiazke Grossa dopiero w polowie przyszlego roku, byc moze oznacza, ze wydawnictwo zamierza powoli, po cichu, rakiem wycofac sie z calego tak kompromitujacego przedsiewziecia (przeciez przeklad "Strachu" moze zajac pare miesiecy, a nie rok!). A moze Znak chce przygotowac wyraznie zmieniona wersje ksiazki Grossa dla Polakow. Cos w tym rodzaju zalecal juz w "Gazecie Wyborczej" stary spec od deformowania historii Polski - "naukowiec" P. Wrobel z Toronto. Tyle ze taki manewr jednak nie przejdzie, wlasnie dzieki "Naszemu Dziennikowi", ktory juz teraz szczegolowo ujawnia pelny katalog polakozerczych "wyczynow" Grossa. Czytelnicy natychmiast odkryja wszystkie "kosmetyczne zabiegi i ciecia". Inna sprawa, ze tych ciec musialoby byc tak wiele, ze ponad 300-stronicowa ksiazka Grossa musialaby skurczyc sie do malenkiej broszury!

Klamstwa o powstaniu w getcie
Wsrod najpodlejszych klamstw zawartych w "Strachu" Grossa poczesne miejsce zajmuja oszczerstwa na temat stosunku Polakow do powstania w getcie warszawskim. Na stronach 171-173 Gross kresli dla Amerykanow ponury, jednowymiarowy obraz Polakow jako prawdziwych "potworow moralnych".
Pokazuje, jak Polacy rzekomo ogromnie ciesza sie z tragedii Zydow, ginacych w plonacym getcie, wolajac, ze oto "smaza sie kotlety z Zydow"! Na dowod Gross podaje oceny wyszle spod piora pisarzy zydowskiego pochodzenia - Adolfa Rudnickiego i Mieczyslawa Jastruna, wiersz Czeslawa Milosza "Campo di Fiori" i zapis jakiejs malo znanej Zydowki Fanki Gaerber. Rownoczesnie zas Gross cynicznie przemilcza liczne jakze odmienne swiadectwa wyszle spod pior prawdziwie wielostronnych i wnikliwych komentatorow tego wszystkiego, co sie dzialo z Zydami w Warszawie. Calkowicie przemilcza np. ogromnie cenne zapiski z "Kroniki lat wojny i okupacji" Ludwika Landaua. Ten wybitny zydowski ekonomista dal w swej kronice chyba najpelniejszy i zarazem najobiektywniejszy opis losow zydowskich doby wojny. Tym wymowniejszy wiec jest fakt, ze zapiski Landaua na temat polskich postaw wobec powstania w getcie warszawskim roznia sie wprost diametralnie od oszczerczego czarnego obrazu kreslonego w ksiazce Grossa. I tak np. pod data 20 kwietnia 1943 r. Landau pisze o dominujacym w calej Warszawie uczuciu wspolczucia i aprobaty dla zydowskich powstancow, a 22 kwietnia 1943 r. zauwaza, ze postawa roznych grup spoleczenstwa wobec Zydow korzystnie zmienila sie w czasie walk: w kierunku aprobaty dla zydowskiego oporu, a nawet jeszcze wiekszego wspolczucia odtad odczuwanego. Pod data 27 kwietnia 1943 r. czytamy u Landaua, ze walki Zydow w getcie spotykaja sie z aprobata nawet najbardziej antysemickich grup. 30 kwietnia 1943 r. Landau zanotowal na temat walki powstancow w getcie: "Walka ta spotkala sie wszedzie z uznaniem, obudzila wspolczucie, nawet w malo dostepnych dla niego w stosunku do Zydow srodowiskach, zwlaszcza wobec jednoznacznego stanowiska calej tajnej prasy" (por. L. Landau, Kronika lat wojny i okupacji, t. 2, grudzien 1942 - czerwiec 1943, Warszawa 1962, s. 355, 358, 362, 370, 380).
Inny przyklad pochlebnych dla Polakow swiadectw, swiadomie zatajonych w dostarczonej przez Grossa tendencyjnej skladance cytatow, to opinia Icchaka Zuckermana "Antka". Ten skadinad niesklonny do idealizowania Polakow ideowy przywodca mlodziezy syjonistycznej zapisal w swym pamietniku: "Mozemy powiedziec, ze polska ulica w tych dniach byla prozydowska. Ja nie mowie tu o skrajnych grupach, ktore byly rozemocjonowane tym, ze Zydzi plona w getcie... to, co sie dzialo w getcie, wzbudzilo nadzwyczajny respekt dla zydowskich bojownikow. Polska (podziemna) prasa byla pelna podniecenia i podziwu, nie tylko ze strony niektorych przywodcow lewicowych i liberalnych, lecz jako wyraz prostej sympatii mas" (por. I. Zuckerman "Antek", A Surplus of Memory: Chronicle of the Warsaw Ghetto Uprising, Berkeley, London and Oxford 1993, s. 374).
Przytaczam tu kreslony przez Landaua i Zuckermana obraz jednoznacznego poparcia polskiej prasy podziemnej dla powstania w getcie warszawskim. Jest on tym wazniejszy, ze Gross juz w jednej ze swych wczesniejszych ksiazek - w "Upiornej dekadzie", wydanej w 1998 r., pisal na s. 44: "W bardzo waznej ksiazce "Wojna niemiecko-polska" (Aneks, 1989) Pawel Szapiro przytacza pelny zestaw tekstow na temat powstania w getcie warszawskim. Jak widac z tego zbioru, antysemityzm byl regula wyrazana w opinii publicznej polskiego spoleczenstwa, od ktorej oczywiscie nalezy odnotowac wazne, bardzo szlachetne i wplywowe odstepstwa". Kazdy z Czytelnikow tego tekstu moze z latwoscia sie przekonac, do jakiego stopnia falszerz recydywista Gross swiadomie zdeformowal rzeczywista wymowe ksiazki P. Szapiry, historyka zwiazanego z Zydowskim Instytutem Historycznym w Warszawie. Otoz wybor Szapiry przekonywajaco pokazywal, ze ogromna czesc polskiej prasy konspiracyjnej sympatyzowala z walka Zydow w getcie, a rzadkimi odstepstwami od tej reguly byly wlasnie teksty antyzydowskie. Przypomnijmy, ze na ten temat rowniez Baruch Goldstein, dzialacz Bundu i organizator jego bojowek przed wojna, jednoznacznie stwierdzil: "Cala polska prasa podziemna, niezaleznie od politycznej ideologii, powitala z entuzjazmem bitwe 18 stycznia [1943 - pierwsza probe obrony getta przed niemiecka pacyfikacja
- J.R.N.] (por. B. Goldstein, The Star bear Witness, New York 1949, s. 177).
Cytowane wczesniej zydowskie swiadectwa, przemilczane przez Grossa, warto uzupelnic o opinie wybitnego matematyka zydowskiego pochodzenia Stefana Chaskielewicza. W swych wspomnieniach napisal on m.in.: "O walkach w getcie mowiono powszechnie w calej Warszawie. Staralem sie pilnie sluchac wypowiedzi na ten temat (...). Nie uslyszalem ani jednej wypowiedzi pochwalajacej bestialskie mordowanie Zydow czy tez lekcewazacej dzialalnosc obroncow getta. Opowiadano mi jedynie o tym, ze jakis pasazer wyrazal swa radosc z tego, ze nie bedzie wiecej Zydow w Warszawie. To mialo sie jakoby spotkac z powszechnym oburzeniem innych pasazerow, ktorzy jednak nie reagowali slownie, bo sadzili, ze jest to prowokacja. Wieczorami sasiedzi wychodzili na dach domu, w ktorym mieszkalem, by obserwowac dymy palacych sie domow getta. Ja takze tam sie znalazlem.
Patrzono ze zgroza i wyrazano przekonanie, ze "jak skoncza z Zydami, to zabiora sie za nas". Bylem do glebi wstrzasniety wydarzeniami w getcie. Zdawalem sobie sprawe, ze powszechnie powtarzane wiesci o niezwyklych sukcesach getta i o wielkich stratach Niemcow sa na pewno przesadzone" (S. Chaskielewicz, Ukrywalem sie w Warszawie: styczen 1943-1945, Krakow 1988, s. 42).
Dodajmy do tego tak oburzajacy fakt calkowitego przemilczenia przez Grossa kilkunastu prob udzielenia zbrojnej pomocy dla powstancow zydowskich ze strony zolnierzy Polski Podziemnej. Gross cynicznie milczy o Polakach poleglych lub rannych w czasie tych prob. Pisala o tej polskiej pomocy m.in. Teresa Prekerowa w "Najnowszych dziejach Zydow w Polsce" (Warszawa 1993, s. 339): "Oddzialy AK, GL i innych polskich ugrupowan probowaly przyjsc z pomoca walczacemu gettu, jednak mimo poniesionych ofiar w ludziach zadnemu nie udalo sie dokonac wylomu w murze". Ksiazka ta byla chetnie cytowana przez Grossa. Nie moze wiec udawac, ze nie wiedzial o tych zbrojnych probach pomocy polskiej dla zydowskiego powstania. Dlaczego wiec calkowicie przemilczal to w pisanej dla Amerykanow ksiazce, wypelniajac prawie dwie strony swego tekstu wylacznie obrazami rzekomej jadowitej nienawisci Polakow do ginacych w getcie Zydow? Rzetelny historyk jest zobowiazany do pokazywania przedstawianego przez siebie obrazu wydarzen w calej jego zlozonosci, porownywania roznorodnych, czestokroc nawet sprzecznych ze soba swiadectw. Coz wspolnego z tym wymogiem rzetelnosci ma cyniczny falszerz zza oceanu? Moze sprobuja wyjasnic te postawe uparci obroncy i popularyzatorzy Grossa z "Gazety Wyborczej", "Tygodnika Powszechnego", "Newsweeka" czy "Polityki".
 
Nowe falsze Grossa (06) - Z komunistami przeciw Kosciolowi!
 
Uwaznie czytajac "Strach" Grossa, co chwila zauwaza sie, do jakiego stopnia powiela on rozne dawne schematy propagandy komunistycznej, wyrazane w atakach przeciw polskiej tradycji patriotycznej, Kosciolowi, opozycyjnemu PSL-owi czy harcerstwu. Gross szokuje panegirycznym wrecz wybielaniem motywacji Zydow, ktorzy poparli ludobojczy system komunistyczny. Na s. 193 zapewnia nieswiadomych rzeczy amerykanskich czytelnikow, iz: "Motywacja mlodych, nawroconych na komunizm w tym czasie [w II RP - J.R.N.] byla pozbawiona egoizmu i altruistyczna (...). Komunizm oferowal obietnice jasnej, szczesliwej przyszlosci dla nastepnych pokolen".

Zaskakuje skwapliwosc, z jaka Gross powoluje sie w swoich twierdzeniach na opinie unurzanych wowczas po szyje w stalinowskiej mazi propagandowej socrealistycznych pisarzy typu Jana Kotta, Mieczyslawa Jastruna czy Jerzego Andrzejewskiego. Swiadomie przemilcza oswiadczenie emigracyjnych intelektualistow polskich i zydowskich z Nowego Jorku z 7 lipca 1946 r., pietnujacych zbrodnie kielecka jako prowokacje rezimowa. Tym chetniej powoluje sie za to na wojujacych marksistow z miesiecznika "Kuznica", ktorzy za wszystko winili "reakcyjny" i "antysemicki" narod.

Wymowne przemilczenia
Szczegolnie ochoczo, doslownie calymi garsciami Gross czerpie argumenty z dawnych tez propagandy komunistycznej, oskarzajacych Kosciol katolicki w Polsce, a zwlaszcza jego czolowych hierarchow, o rzekomy antysemityzm i calkowite znieczulenie na los mordowanych w Polsce Zydow. Calkowicie przemilcza przy tym fakty dowodzace, jak trudna byla sytuacja hierarchow katolickich w owczesnym rezimie w warunkach szalejacej propagandy komunistycznej i cenzury. Polscy hierarchowie na czele z Prymasem Augustem Hlondem musieli sie ciagle liczyc, ze ich jakiekolwiek oswiadczenie w sprawie stosunkow polsko-zydowskich zostanie calkowicie zdeformowane. Obawiali sie zwlaszcza uzycia takiego oswiadczenia w sposob spreparowany dla potepienia niepodleglosciowego podziemia jako rzekomej sily antysemickiej i stworzenia sfingowanego poparcia Kosciola dla rzadzacego rezimu. Hierarchowie mieli az nadto uzasadnione powody do takich obaw. Chocby przyklad zmanipulowania przebiegu rozmowy przedstawiciela Zydowskich Zrzeszen Religijnych profesora Michala Zylberberga z Prymasem Polski Augustem Hlondem w styczniu 1946 roku. Polska Agencja Prasowa falszywie poinformowala wowczas, jakoby Prymas w rozmowie z prof. Zylberbergiem "potepil" napasci na Zydow w "wyzwolonej" Polsce i nazwal je zbrodnicza dzialalnoscia konspiratorow, ktorzy napadajac na Zydow, zwalczaja rzad (wg: J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego, IPN, Warszawa 2006, s. 92). Uniemozliwiono wydrukowanie sprostowania klamstw na lamach czestochowskiej "Niedzieli" (tamze, s. 92). W rzeczywistosci autentyczna wypowiedz Prymasa brzmiala zupelnie inaczej niz to, co podala PAP. Na pytanie prof. Zylberberga "Czy znane sa Jego Eminencji wypadki napasci na Zydow juz po wyzwoleniu Polski?" Prymas odpowiedzial: "Przejmuja mnie one smutkiem. Nie widze atoli w tym objawu antysemityzmu, ile zawzieta gre polityczna, ktorej ofiara pada nierownie wiecej Polakow. Zasady chrzescijanskie nie dopuszczaja mordu politycznego" (por. tamze, s. 93). To przykre doswiadczenie nie pozostalo bez wplywu na pozniejsze zachowanie Prymasa w jego kontaktach z przedstawicielami Zydow. Jak pisal Jan Zaryn, (op. cit., s. 93): "Doswiadczenie uczylo: kazdy kontakt z oficjalnymi przedstawicielami strony zydowskiej zmuszal strone koscielna do wyjatkowej czujnosci. Gdy zatem w kilka miesiecy pozniej - w maju 1946 r. - ten sam prof. Zylberberg przeslal prymasowi specjalne memorandum, prymas nie zgodzil sie na audiencje i nie dal zadnej odpowiedzi na dokument" (tamze, s. 93). Gross przytacza to zachowanie Prymasa Polski w maju 1946 r. jako rzekomy dowod swiadomego unikania poznania problemow nekajacych Zydow, wymigiwanie sie od rozmow z nimi. Rownoczesnie jednak autor "Strachu" calkowicie przemilcza powod takiego zachowania Prymasa Polski, to, ze poprzednio grubiansko zafalszowano przebieg jego styczniowej rozmowy z M. Zylberbergiem. Dodajmy tu znow przemilczany przez Grossa fakt, ze jeszcze w styczniu 1946 r. przed wspomnianym zafalszowaniem Prymas Polski byl pelen absolutnej dobrej woli w rozmowie z przedstawicielem Zydow. Jak zanotowal prof. Zylberberg: "(...) widac bylo [w trakcie rozmowy], ze nieslychana tragedia narodu zydowskiego do glebi przejmuje glowe Kosciola katolickiego w Polsce" (tamze, s. 83).
Innym dowodem braku reakcji Prymasa Hlonda na prosby o interwencje w obronie Zydow ma byc opisany przez Grossa na stronach 134-135 przypadek dr. Josepha Tenenbauma, prezesa Amerykanskiej Federacji Zydow Polskich. Wedlug Grossa, Tenenbaum zostal przyjety przez Prymasa 3 czerwca 1946 r.
- na miesiac przed zbrodnia kielecka. W czasie rozmowy Tenenbaum poinformowal Prymasa, ze ponad tysiac Zydow zostalo zamordowanych w okresie "po wyzwoleniu Polski". Apel Tenenbauma o list pasterski w sprawie zydowskiej okazal sie jednak bezowocny. Gross calkowicie przemilcza powody, dla ktorych Prymas Hlond odrzucil nalegania Tenenbauma o wystapienie w sprawie zydowskiej. Otoz w czasie rozmowy z Tenenbaumem Prymas jednoznacznie zaprzeczyl twierdzeniom, ze w Polsce istnieje antysemityzm, akcentujac: "Zydzi nie sa mordowani jako Zydzi. Oni sa zabijani w odwecie za morderstwa dokonywane na chrzescijanach przez zydowskich komunistow w rzadzie Polski Ludowej" (wg: J. Zaryn, op. cit., s. 93). Prymas stwierdzil rowniez, ze nie moze "wystapic publicznie w kwestii zydowskiej, poniewaz we wladzach znajduje sie wielu Zydow, ktorzy staraja sie narzucic system wrogi wiekszosci narodu" (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 490). Z powodu tej wypowiedzi Tenenbaum oskarzyl pozniej Prymasa o antysemityzm. Gross ani slowem nie wspomina, ze przywolywany przezen jako "swiadek" przeciwko Prymasowi Tenenbaum byl dzialaczem komunistycznym (wg: J. Zaryn, op. cit., s. 104), znanym ze skrajnego antypolskiego zacietrzewienia. Juz 2 maja 1945 r. Tenenbaum publicznie stwierdzil, jakoby "dziesiatki tysiecy Polakow pomogly Niemcom eksterminowac Zydow" (wg: M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 280). Byl on rowniez az nadto dobrze znany jako fanatyczny tropiciel "polskiego antysemityzmu" i "polskiej reakcji" przy rownoczesnym pianiu peanow na temat rzekomych dobrodziejstw "demokratycznych" rzadow Bierutowskich w Polsce (tamze, s. 535-536). Tenenbaum "wslawil sie" okazaniem radosci na wiesc, ze sowieckie czolgi rozbily studencka demonstracje niepodleglosciowa w Krakowie 3 maja 1946 roku. Potepil ja jako rzekomy "pogrom" antysemicki (tamze, s. 536). Wedlug Tenenbauma, ksieza nagminnie walczyli w "bandach" oraz ostrzeliwali UB z karabinow maszynowych zamontowanych na wiezach koscielnych (tamze, s. 536). Dodajmy, ze Tenenbaum, ten tak szczegolny komunistyczny prezes Amerykanskiej Federacji Zydow Polskich, w czasie spotkania z Bierutem namawial go, by zazadal ekstradycji gen. Andersa jako "zbrodniarza wojennego" z powodu jego "antysemityzmu" (wg: J. Zaryn, op. cit., s. 94). I coz mial poczac Prymas Polski z tak fanatycznym zydowskim rozmowca? Gross ani slowem nie wspomina o tym komunistycznym zacietrzewieniu Tenenbauma.
Oskarzajac polska hierarchie katolicka o brak publicznej reakcji na zbrodnie kielecka, Gross przemilcza caly zlozony kontekst sytuacji w tej sprawie. Przemilcza przede wszystkim rzecz podstawowa - ze hierarchowie musieli sie liczyc na kazdym kroku z tym, iz ich ewentualne oswiadczenie zostanie cynicznie spreparowane na uzytek rezimu w mediach, a oni nie beda mieli zadnych szans na sprostowanie w tej sprawie. Komunistyczne wladze zas wyraznie chcialy decydowac, w jakim ksztalcie dopuszcza do druku oswiadczenia hierarchow. Rzecz znamienna, calkowicie przemilczana przez Grossa - ze komunistyczne wladze uniemozliwily w maju 1946 r. druk komunikatu Episkopatu, apelujacego o wyeliminowanie zagrozenia dla bezpieczenstwa jednostek i zaprzestanie gwaltow. Gross skwapliwie powoluje sie na publiczne wystapienie biskupa Teodora Kubiny przeciwko antysemityzmowi i mordowi na Zydach, przedstawia go jako swego rodzaju "jedynego sprawiedliwego" wsrod polskich biskupow. Tylko ze calkowicie przemilcza przy tym fakt, iz odezwa Kubiny zostala w druku sfalszowana przez wladze dla celow propagandowych. Dopisano do niej bez wiedzy biskupa Kubiny polityczne prorezimowe stwierdzenia, godzace w niepodleglosciowe podziemie i wyrazajace poparcie dla wladz. Znalazly sie tam m.in. stwierdzenia: "Ogol spoleczenstwa musi dzisiaj juz wyraznie powiedziec, ze dalszych zbrodni i walk bratobojczych nie chce i obce mu sa intencje i cele tych nieodpowiedzialnych czynnikow politycznych, ktore stwarzaja podatny grunt dla mordow, ekscesow i zamieszek w kraju. Czynnikom tym przeciwstawi wszystkie rozporzadzalne sily dla obrony ladu wewnetrznego w panstwie, dla obrony zycia wspolobywateli i rozpoczetego dziela odbudowy Ojczyzny" (wg: J. Zaryn, op. cit., s. 99). Nic dziwnego, ze wskutek takiego doswiadczenia ze sfalszowaniem odezwy biskupa T. Kubiny hierarchowie odniesli sie krytycznie do propozycji jakichkolwiek publicznych wypowiedzi ze strony ludzi Kosciola w sprawie zbrodni kieleckiej (tamze, s. 99). Znamienne, ze o sfalszowaniu przez wladze odezwy Kubiny cynicznie milczy Gross i ci wszyscy, ktorzy podobnie jak on do dzis usiluja przeciwstawiac "dobrego" biskupa Kubine wszystkim hierarchom jako "zlym".

Zafalszowanie wypowiedzi Prymasa Polski
Metody falszerstw Grossa dobrze ilustruje jego skrajnie tendencyjny komentarz w odniesieniu do glosnego oswiadczenia Prymasa Polski A. Hlonda dla dziennikarzy z USA w dniu 11 lipca 1946 r., w tydzien po zbrodni kieleckiej. Prymas powiedzial w tym oswiadczeniu m.in.:
"1. Kosciol katolicki zawsze i wszedzie potepia wszelkie mordy. Potepia je tez w Polsce bez wzgledu na to, przez kogo sa popelniane, i bez wzgledu na to, czy popelniane sa na Polakach czy na Zydach, w Kielcach lub innych zakatkach Rzeczypospolitej.
2. Przebieg nieszczesnych i ubolewania godnych wypadkow kieleckich wykazuje, ze nie mozna ich przypisac rasizmowi. Wyrosly one na podlozu calkiem odmiennym, bolesnym, a tragicznym. Wypadki sa potwornym nieszczesciem, ktore mnie napelnia smutkiem i zalem (...).
[3. punkt opisywal zachowanie ludzi w Kielcach 4 lipca 1946 r. - J.R.N.]
4. W czasie eksterminacyjnej okupacji niemieckiej Polacy, mimo ze sami byli tepieni, wspierali, ukrywali i ratowali Zydow z narazeniem wlasnego zycia. Niejeden Zyd w Polsce zawdziecza swe zycie Polakom i polskim ksiezom. Ze ten dobry stosunek sie psuje, za to w wielkiej mierze ponosza odpowiedzialnosc Zydzi stojacy w Polsce na przodujacych stanowiskach w zyciu panstwowym, a dazacy do narzucenia form ustrojowych, ktorych ogromna wiekszosc narodu nie chce. Jest to gra szkodliwa, bo powstaja stad niebezpieczne napiecia. W fatalnych starciach oreznych na bojowym froncie politycznym w Polsce gina niestety niektorzy Zydzi, ale ginie nierownie wiecej Polakow.
5. Moje osobiste stanowisko do Zydow jest znane chocby z mych przedwojennych wypowiedzi. W czasie wygnania zas we Francji w latach 1940-1944 ratowalem niejednego Zyda polskiego, niemieckiego, francuskiego przed wywiezieniem do obozow smierci. Ulatwialem im wyjazd do Ameryki, umieszczalem ich w bezpiecznych schronieniach, staralem sie dla nich o dokumenty, dzieki ktorym ocaleli. Pragne serdecznie, by sprawa zydowska w swiecie powojennym znalazla wreszcie swe wlasciwe rozwiazanie" (cyt. za: J. Sledzianowski, Pytania nad pogromem kieleckim, Kielce 1999, s. 167-168).
Gross ordynarnie zafalszowal wymowe oswiadczenia Prymasa, piszac w swym komentarzu (s. 138): "Kardynal (...) wydal otwarta i jednoznaczna opinie o wydarzeniach z 4 lipca 1946 r.: cokolwiek zdarzylo sie tego dnia w Kielcach, bylo epizodem zbrojnej... politycznej walki przeciw rezimowi, ktory byl odrzucony przez wiekszosc narodu do tego stopnia, ze jesli byly tam zydowskie ofiary, to one same ponosza za to wine. W kazdym razie prawdziwymi ofiarami walk biezacych dni w Polsce byli Polacy" ("In any case, the real victims of present-day struggles in Poland were the Poles").
Komentarz Grossa swiadomie zafalszowuje prawde o oswiadczeniu Prymasa Hlonda, ktore wyrazalo potepienie dla mordu i jednoznacznie okreslalo go jako "potworne nieszczescie, ktore mnie napelnia smutkiem i zalem". Calkowitym falszem bylo wiec przedstawianie oswiadczenia Prymasa Hlonda jako rzekomego usprawiedliwiania tego, co sie zdarzylo w Kielcach jako "epizodu zbrojnej... politycznej walki przeciw rezimowi odrzucanemu przez wiekszosc narodu" i rzekomego obciazania zydowskich ofiar wina za to, co sie z nimi stalo. Szczegolnie jaskrawym zafalszowaniem slow Prymasa Polski jest stwierdzenie: "W kazdym razie prawdziwymi ofiarami walk biezacych dni w Polsce byli Polacy".
Przypomnijmy, ze Prymas powiedzial: "(...) w Polsce gina niestety niektorzy Zydzi, ale ginie nierownie wiecej Polakow". Widomy przyklad, jak Gross falszuje teksty. Dodajmy, ze Gross calkowicie przemilczal slowa Prymasa wspominajace o jego konkretnych dzialaniach dla ratowania Zydow w czasie wojny. Najwyrazniej uznal, ze niepotrzebnie przeszkadzaloby to amerykanskim czytelnikom w uwierzeniu w pracowicie urabiany przezen obraz Prymasa Hlonda jako "antysemity". Kropke nad "i" do tych oczernian Prymasa Hlonda przez Grossa postawil recenzent "Baltimore Sun", ktory rzucil oskarzenie, ze kardynal Hlond i jego biskupi wspolnie ze starym ustrojem, wojskiem i nowym komunistycznym aparatem "konspirowali, aby zabic pozostalych w Polsce Zydow (zginelo juz 90 proc.) albo wygonic ich z kraju raz na zawsze".
Warto przypomniec na koniec dosc szczegolne oskarzycielskie podsumowanie roli Kosciola katolickiego w Polsce w 1946 r., jakie Gross daje na s. 152 swego tekstu. Pisze tam m.in.: "To jest ksiazka historyczna, a nie moralitet. Ze wzgledu na to jednak, ze Kosciol katolicki ma swoj biznes zwiazany z Dziesiecioma Przykazaniami [the Catholic Church's business is with ten Commandments], kazdy moze ocenic dzialania jego funkcjonariuszy w swietle kryteriow moralnych bez koniecznosci wydawania nieodpowiednich sadow. Wypada tu odnotowac, ze instytucjonalna elita Kosciola wybrala kompletne ignorowanie powojennego antysemityzmu w Polsce. Nie odpowiedziala nan nawet wtedy, gdy zostala postawiona naprzeciw zapierajacej dech gwaltownosci pogromu w Kielcach. Skonfrontowani z masowym mordem popelnionym przez ludzi, ktorzy wedlug swego mniemania bronili religii katolickiej, pasterze trzodki, ktora wpadla w szal, ograniczyli sie wylacznie do apelu o spokoj. W czasie gdy ludnosc Kielc zagubila droge, hierarchia Kosciola katolickiego abdykowala ze swej odpowiedzialnosci zaoferowania duchowego przewodnictwa (...) Symbolika urzednikow 'umywajacych rece' podczas gdy niewinni Zydzi byli zabijani w meczarniach, pozostala stracona dla tego duchowienstwa katolickiego, zaslepionego przez uprzedzenia".
W rzeczywistosci komentarz Grossa jest wyrazem fanatycznego zacietrzewienia antykatolickiego ze strony autora, ktory za wszelka cene chcial jednostronnie zrzucic wine za komunistyczna zbrodnie, dokonana przez ludzi z formacji rezimowych, na kieleckich chrzescijan. Szczegolnie oburzajaca byla sugestia Grossa, ze mordu na Zydach dokonali ludzie wierzacy, ze w ten sposob "bronia religii katolickiej".

 
Nowe falsze Grossa (07) - Kogo boja sie sprawiedliwi?!
 
"Pomyslowosc" Grossa w wymyslaniu dowodow istnienia "skrajnego polskiego antysemityzmu" nie ma granic. Jedna z jego najbardziej oblednych polakozerczych tez dowodzi rzekomego powszechnego polskiego ostracyzmu wobec Sprawiedliwych, tj. ludzi, ktorzy ratowali Zydow w czasie wojny. Ten "ostracyzm" i "pogarda" wobec tych ludzi mialy, wedlug Grossa, wynikac z rzekomego bardzo wielkiego wplywu w Polsce nastrojow antysemickich. Mialy one byc szczegolnie mocno upowszechniane przez tych, ktorzy wzbogacili sie na mieniu zagrabionym Zydom, nierzadko dzieki ich mordowaniu. Efektem sily tego polskiego antysemityzmu mialo byc doprowadzenie do tego, ze wszystkich tych, ktorzy nie dolaczali do rabowania Zydow, traktowano jako wyrzutkow spolecznych (social outcasts, por. s. 251).

Wedlug Grossa, udzielanie Zydom pomocy sprawialo, ze pomagajacy byli rzekomo wyrzucani poza nawias polskiego spoleczenstwa. Te antypolska teze Gross wielokrotnie powtarza, starajac sie ja maksymalnie naglosnic z typowa dla siebie lopatologia, poczawszy od pierwszych stron ksiazki (s. IX, X, XI, XII), po koncowe strony ksiazki (por. np. s. 251, 252, 260, 261).
Aby pokazac, jak straszny jakoby byl i jest "polski antysemityzm", Gross powoluje sie na rzekome powszechne obawy przed przyznaniem sie do pomagania Zydom, zauwazalne u bardzo wielu osob juz w pierwszych latach powojennych. Skrzetnie milczy przy tym o tym, jakie byly rzeczywiste powody przemilczania roli odegranej w ukrywaniu Zydow. Otoz wcale nie wynikaly one z rzekomego powszechnego antysemityzmu otoczenia (sasiadow), lecz ze strachu przed ewentualnymi represjami komunistycznych wladz. Bardzo szybko zauwazono, ze NKWD i polska bezpieka konsekwentnie aresztuja te osoby, ktore pomagaly Zydom. Co bylo przyczyna tych aresztowan? Otoz komunistyczne wladze wychodzily z dosc szczegolnego zalozenia. Pomagal Zydom w czasie wojny i nie zostal przy tym zlapany... To znaczy, ze dobrze zna sie na konspirowaniu i organizowaniu tajnych kryjowek. Wtedy skutecznie pomagal Zydom, to teraz rownie skutecznie moze pomagac ludziom z niepodleglosciowego podziemia.
Innym zrodlem strachu przed przyznawaniem sie do wojennej pomocy Zydom byly obawy przed ewentualnym ujawnieniem swoich wojennych zwiazkow z tak przesladowana wowczas glowna sila konspiracyjna doby wojny - Armia Krajowa, czy z innymi organizacjami patriotycznymi Panstwa Podziemnego. Pisal o tym historyk Marek Jan Chodakiewicz, wskazujac na metody stosowane przez Urzad Bezpieczenstwa w latach 40. czy 50.: "Wowczas dobroczynca Zydow mogl sie spodziewac pytan w rodzaju:
'A jaka organizacja kazala wam pomagac Zydom? Co z tego macie, dolary czy zloto?' Jak wiemy, w tym okresie tylko PPR uchodzila za 'politycznie poprawna' organizacje. Udzial w innych strukturach rownal sie zbrodni. Rowniez posiadanie dolarow bylo przestepstwem, nawet jezeli nie pochodzily one od Zydow, tylko z wlasnych oszczednosci. Kazde podejrzenie o wspolprace z podziemiem niepodleglosciowym moglo prowadzic do rewizji badz aresztowania. Bylo to jednym z powodow, dla ktorych natychmiast po wojnie Polacy - dobroczyncy nie chcieli sie przyznawac do tego, ze pomagali Zydom" (M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 230-231).
Przypomnijmy tu, ze UB aresztowalo jako rzekomych "kolaborantow" licznych czlonkow Zegoty, glownej struktury pomocy Zydom, zorganizowanej przez AK (por. I. Tomaszewski, T. Werbowski, Zegota. The Rescue of Jews in Wartime Poland, Montreal 1994, s. 105, 155-156).
Gloszona przez Grossa tak usilnie teoria o rzekomym strachu tych, ktorzy ratowali niegdys Zydow, przed ujawnianiem tego, zostala ostatnio mocno podwazona, i to z dosc nieoczekiwanej strony. Mam na mysli tekst w najnowszym "Newsweeku" (nr z 13 sierpnia), a wiec w tym samym tygodniku, ktory tak niedawno z werwa wybranial Grossa przed krytykami. Ukazal sie tam tekst Jerzego Danilewicza "Bali sie, ale ratowali", opisujacy rozmowy z mieszkancami wsi Mulawicze, polozonej 15 kilometrow od Bielska Podlaskiego. O tej wiosce pisal Gross we wstepie (s. XI-XII), powolujac sie na prowadzone w latach 70. badania dr Aliny Calej, skadinad jednej z najzajadlejszych tropicielek "polskiego antysemityzmu". Doktor Cala glosila, jakoby mieszkancy Mulawicz, ktorzy uratowali zydowskiego chlopca przed smiercia, do dzis "z lekiem ukrywaja" ten fakt z obawy przed spolecznym ostracyzmem. Dziennikarz "Newsweeka", Danilewicz, przekonal sie w czasie swych rozmow w wiosce Mulawicze, ze jej "mieszkancy zaprzeczaja, aby kiedykolwiek po wojnie obawiali sie czy wstydzili udzielania pomocy Zydom". Zacytowal rowniez wypowiedz soltysa Mulawicz, Lachowskiego, ktory stwierdzil, ze "trudno mu uwierzyc, aby kiedykolwiek ktos w wiosce mial opory przed opowiadaniem historii ocalenia. - U nas ludzie opowiadali i opowiadaja ja wszystkim dookola, po wielokroc" - przekonuje i tlumaczy, ze to byla jedna z najdonioslejszych rzeczy, jaka zdarzyla sie w historii Mulawicz.
Przyparta do muru dr Cala probowala w rozmowie z "Newsweekiem" wyjasnic swa "wpadke" slowami: "Nalezy sie cieszyc, ze tak zmienily sie nastroje". Powolujacy sie na rzekomy wynik badan dr Calej Gross niedawno kolejny raz naglosnil swa wyssana z palca teze. Powiedzial podczas debaty w TVN 24 6 lipca 2006 r., jakoby nadal "bardzo wiele osob boi sie przyznac do tego, ze pomagalo Zydom, bojac sie ostracyzmu spolecznego. Ja to badam". "Wpadka" z Mulawiczami pokazuje, jak "szczegolne" sa to badania i jak mizerna ich rzekoma wartosc naukowa!

Falszerz "selekcjoner"
Jedna z najbardziej patologicznych metod pracy Grossa jest oparcie jego "pisarstwa" na tendencyjnej selekcji materialow, dobieranych wylacznie pod katem zgodnosci z gory podjeta teza. W imie tej selekcji Gross niezwykle czesto ucieka sie do polprawd, a nawet pelnych klamstw, swiadomie manipulujac cytatami. Na przyklad z zelazna konsekwencja cytuje ze zrodel wylacznie to, co potwierdza tylko jedna, nachalnie eksponowana przez niego strone medalu, przemilczajac wszystko to, co pokazywaloby inne, nielubiane przez niego prawdy. Za szczegolnie oburzajaca praktyke pisania Grossa trzeba uznac wybiorcze wyjmowanie z danego zrodla tylko tego, co ma potwierdzic antypolskie fobie autora, zarzuty antysemityzmu. Towarzyszy temu cyniczne swiadome przemilczanie wystepujacych w tym samym zrodle nawet najszerzej omawianych rzeczy, ale niewygodnych dla Grossa. Chocby takich jak pokazanie przyczyn nasilania sie antyzydowskosci, wyniklych z konkretnego niegodnego zachowania sie jakichs srodowisk zydowskich. Wedlug Grossa, Zydzi musza byc pokazywani wylacznie w tonacji niewinnych gnebionych ofiar i basta. Jesli zas jakies fakty wyrazaja rzeczy z gruntu odmienne na ten temat, to tym gorzej dla takich faktow. Oto cala podstawowa istota pisarstwa Grossa jako fanatycznie tendencyjnego falszerza historii, po orwellowsku przemilczajacego wszystkie niewygodne fakty. Przytocze tu kilka jakze wymownych przykladow tej oszukanczej wybiorczosci.
Na przyklad Gross pieciokrotnie lopatologicznie powoluje sie na ten sam fragment drugiej czesci raportu kuriera Jana Karskiego z lutego 1940 r., zwracajacy uwage na niechec znaczacej czesci Polakow do Zydow i gotowosc do wspoldzialania przeciw Zydom nawet z niemieckim okupantem (por. Fear, s. 133, 176, 177, 247, 250). Powolywanie sie na raport Karskiego jako slynnego kuriera Polskiego Panstwa Podziemnego jest najwyrazniej wykorzystywane przez Grossa jako wielka maczuga przeciw "polskiemu antysemityzmowi", ma byc jednym z koronnych dowodow sily tego antysemityzmu. Tak, aby tym mocniej ostrzec przed nim amerykanskich czytelnikow. Tylko ze... i tu mamy kolejny przyklad glebokiej nieuczciwosci moralnej - autor "Strachu" calkowicie przemilcza szeroko opisane przez Karskiego przyczyny nasilenia sie nastrojow antyzydowskich w Polsce. Karski przedstawil je bardzo konkretnie w pierwszej czesci tego samego raportu z lutego 1940 r., na ktory po tylekroc powoluje sie Gross w swojej ksiazce. Jakze wymowne i podle zarazem w tej sytuacji jest zastosowane przez Grossa przemilczenie tak waznych, tak wiele tlumaczacych twierdzen Karskiego na temat kolaborowania duzej czesci Zydow z Sowietami na Kresach Wschodnich po 17 wrzesnia 1939 r.: "(...) Stosunek Zydow do bolszewikow uwazany jest przez polskie spoleczenstwo za bardzo pozytywny. Uwaza sie powszechnie, ze Zydzi zdradzili Polske i Polakow, ze w zasadzie sa komunistami, ze przeszli do bolszewikow z rozwinietymi sztandarami. Istotnie w wiekszosci miast bolszewikow witali Zydzi bukietami czerwonych roz, przemowieniami, uleglymi oswiadczeniami itp. (...). Gorzej juz jest np. gdy denuncjuja oni Polakow, polskich narodowych studentow, polskich dzialaczy politycznych, gdy kieruja praca milicji bolszewickich zza biurek lub sa czlonkami tej milicji, gdy niezgodnie z prawda szkaluja stosunki w dawnej Polsce.
Niestety trzeba stwierdzic, ze wypadki te sa bardzo czeste, duzo czestsze niz wypadki wskazujace na ich lojalnosc wobec Polakow czy sentyment wobec Polski (...). W zasadzie jednak w masie Zydzi stworzyli tu sytuacje, w ktorej Polacy uznaja ich za oddanych bolszewikom i - smialo mozna powiedziec - czekaja na moment, w ktorym beda mogli po prostu zemscic sie na Zydach. W zasadzie wszyscy Polacy sa rozzaleni i rozczarowani w stosunku do Zydow (...)" (por. szerzej tekst tej czesci raportu J. Karskiego w: J.R. Nowak, Przemilczane zbrodnie, Warszawa 1999, s. 235-236).
Gross przedstawil amerykanskim czytelnikom opisane przez Karskiego w drugiej czesci jego raportu nasilenie antyzydowskosci, czyli to, co bylo skutkiem opisanego w pierwszej czesci raportu gromadnego kolaborowania Zydow z Sowietami na Kresach Wschodnich. Cynicznie przemilczal wobec nieswiadomych faktow amerykanskich czytelnikow konkretne przyczyny wzrostu nastrojow antyzydowskich wsrod Polakow. Jak ocenic taki sposob zafalszowywania wydarzen? Chyba tylko jako podlosc, dowodzaca lamania przez Grossa podstawowych zasad etyki naukowca. Przypomnijmy tu, ze Gross jest swego rodzaju recydywista w zafalszowywaniu pelnej wymowy raportu Karskiego. Pierwszy raz zrobil to juz w ksiazce "Upiorna dekada", gdzie calkowicie przemilczal cala te czesc raportu Karskiego, ktora pokazywala zydowska kolaboracje na Kresach. Tego typu metoda zirytowala nawet uczestniczke dyskusji o jego ksiazce na lamach filosemickiej "Wiezi" Agnieszke Magdziak-Miszewska. Stwierdzila ona jedznoznacznie pod adresem Grossa: "Jesli pragnie sie obalic mit powszechnej wspolpracy Zydow z Sowietami, to trudno to zrobic w sposob przekonujacy, wybiorczo traktujac na przyklad relacje Karskiego, cytujac te fragmenty, kiedy pisze on o antysemickich nastrojach w polskim spoleczenstwie i opuszczajac te, w ktorych opisuje agresywne zachowanie Zydow wobec Polakow pod okupacja sowiecka. To jest po prostu kontrproduktywne" (por. Polacy i Zydzi w upiornej dekadzie, "Wiez" 1999, lipiec, s. 5). W "Strachu" - ksiazce dla Amerykanow - Gross poszedl "na calosc" w falszach, calkowicie przemilczajac sprawe kolaboracji duzej czesci Zydow z Sowietami.
Falszerz "selekcjoner" Gross powtorzyl swoj sposob zafalszowywania obrazu wydarzen takze i przy cytowaniu raportu generala Stefana Roweckiego "Grota" do Londynu z 25 wrzesnia 1941 r. Na s. 176 "Strachu" posluzyl sie cytatem z tego raportu dla poinformowania amerykanskich czytelnikow o nastrojach antyzydowskich w wielkiej czesci spoleczenstwa polskiego. Tylko ze znow calkowicie przemilczal, zgodnie ze swa "etyka" falszerza historii podane w tym samym raporcie przez gen. Roweckiego bardzo jednoznaczne wyjasnienie przyczyn nasilenia sie powyzszych nastrojow wsrod Polakow. Otoz gen. Rowecki "Grot" pisal tam m.in.: "Kiedy w koncu 1939 r. wrocilo z tulaczki wielu swiadkow z roznych sfer spolecznych, to opowiadania ich o zachowaniu sie nie tyle wojsk sowieckich, ile wyslugujacych sie bolszewikom Zydow wywolaly w spoleczenstwie polskim oburzenie i nienawisc do Zydow. Ujawnilo sie, ze ogol zydowski we wszystkich miejscowosciach, a juz szczegolnie na Wolyniu, Polesiu i Podlasiu, zanim jeszcze ustapily polskie oddzialy, wywiesil flagi czerwone i ustawil bramy triumfalne na powitanie wojsk bolszewickich, ze zorganizowal samorzutnie rewkomy i czerwona milicje, ze po wkroczeniu bolszewikow rzucil sie z cala furia na urzedy polskie, urzadzal masowe samosady nad funkcjonariuszami panstwa polskiego, dzialaczami polskimi, masowo wylapujac ich (...)" (cyt. za A. Zbikowski, w: Studia z dziejow Zydow w Polsce, Warszawa 1995, t. 2, s. 63). Dodajmy, ze gen. Rowecki kilka dni pozniej - 30 wrzesnia 1941 r. - pisal w meldunku do rzadu w Londynie, ze wspolczucie dla Zydow zmalalo "po zlaniu sie obu okupacji i zaznajomieniu sie przez ogol z zachowaniem Zydow na Wschodzie" (cyt. za K. Kersten, Narodziny systemu wladzy. Polska 1943-1948", Paris 1986, s. 172).
Czytelnikow chyba nie zaskakuje przemilczenie tak wymownego fragmentu raportu gen. Roweckiego, jaki zacytowalem powyzej. Jakze zaklocilby on bowiem malowany przez Grossa snieznobialy obraz niewinnych Zydow, gnebionych przez antysemickich Polakow. Na cos takiego wyrafinowany "poprawiacz" historii nie mogl sobie przeciez pozwolic!
Inny przyklad "wybiorczego", a faktycznie zafalszowujacego selekcjonerstwa Grossa. Na s. 40, 179 i 180 odwoluje sie on do zapiskow dr. Zygmunta Klukowskiego z jego "Dziennika lat okupacji", zawierajacego bardzo obiektywny, realistyczny opis wydarzen wojennych "czasow pogardy" w jego rodzinnym Szczebrzeszynie. I znowu Gross siega do Klukowskiego wylacznie po to, by selektywnie przytoczyc opinie negatywne o zachowaniu Polakow, calkowicie pomijajac jakze liczne zapiski dr. Klukowskiego o przejawach polskich zachowan szlachetnych i heroicznych. Na s. 40 czytamy u Grossa fragment z ksiazki dr. Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chlopow mieszkan zydowskich. Na
s. 180 dowiadujemy sie za dr. Klukowskim o udziale polskich mieszkancow - obok niemieckich zandarmow - w tropieniu ukrywajacych sie Zydow. Na s. 179 Gross pisze, ze dr Klukowski nie oszczedzil w swych zapiskach roli odegranej w rabowaniu zydowskiej wlasnosci przez chlopow z terenu znanego jako Zamojszczyzna. Gross "oczywiscie" nic nie pisze amerykanskim czytelnikom o przezytej akurat przez te Zamojszczyzne w czasie wojny wielkiej tragedii przymusowych wysiedlen polskich mieszkancow, ofiar niemieckiego terroru, o tragedii tysiecy polskich dzieci z tego regionu zabranych polskim rodzicom w celach germanizacji. Nie pisze, bo to pokazywaloby jakis fragment polskiej martyrologii doby wojny, a Gross rezerwuje martyrologie wylacznie dla Zydow. Przytaczajac zapiski dr. Klukowskiego o rabowaniu przez polskich chlopow mienia zydowskiego, Gross starannie przemilcza inne zapiski tegoz lekarza, pokazujace, jak wielka cene placili Polacy za ukrywanie Zydow. Na przyklad jakze wstrzasajacy jest zapis dr. Klukowskiego z 22 marca 1943 r.: "Przywiezli mi wczoraj ciezko rannego chlopa z Gruszki Zaporskiej. Przechowywal on u siebie szesciu Zydow z Radecznicy. Gdy zjawila sie policja, zaczal uciekac i wowczas zostal postrzelony. Dzis w nocy umarl. Zandarmeria nie pozwolila wydac rodzinie zwlok i polecila magistratowi pochowac go jak bandyte (...) zandarmi (...) wkrotce po wypadku pojawili sie w Gruszce i tu rozstrzelali zone tego chlopa i dwoje dzieci: osmioletnia dziewczynke i trzyletniego chlopca". Jak juz wczesniej pisalem, calkowicie przemilczal wobec amerykanskich czytelnikow, jak straszna cene - wlasnego zycia - placili jako jedyni w Europie Polacy zlapani przez Niemcow na ukrywaniu Zydow. Notabene, tak chetnie wyszukujacy u dr. Klukowskiego zapiski negatywnie swiadczace o zachowaniu Polakow Gross skrzetnie zataja zapiski tegoz lekarza dotyczace niegodziwych zachowan niektorych Zydow. Na przyklad zapis z 31 pazdziernika 1942 r. o czterech wyrostkach zydowskich wyspecjalizowanych w tropieniu kryjowek swych zydowskich wspolbraci. Demaskujac grabieze dokonane przez polskich chlopow, Gross jakos nie zauwaza opisanych przez dr. Klukowskiego przejawow bandytyzmu zydowskiego. Na przyklad pod data
26 listopada 1942 r. dr Klukowski zapisal: "Wsrod 'bandytow' sporo jest Zydow". Pod data 17 maja 1942 r. zanotowal: "Wciaz slyszymy o napadach bandyckich, dywersyjnych itd. Pozawczoraj wieczorem byl napad na palac ordynata Zamoyskiego w Zwierzyncu. Podobno bralo w nim udzial 8 uzbrojonych ludzi, wsrod nich jeden Zyd z opaska na ramieniu". Warto tu dodac, ze Gross, tak czesto pietnujacy polskie "rabunki", calkowicie przemilczal mocno wystepujacy od 1942 r. problem udzialu wielu Zydow ukrywajacych sie po lasach w bandach rabusiow, grabiacych polskich chlopow. Odsylam w tym kontekscie do kilkunastu stron ksiazki historyka Marka Jana Chodakiewicza, piszacego o tych bandach zydowskich rabusiow w oparciu o wspomnienia samych Zydow oraz raporty AK (por. M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 250-264).
"Wybiorczosc" Grossa dobrze ilustruje to, co cytuje z prozy znanego zydowskiego pisarza Adolfa Rudnickiego. Chetnie siega do negatywnych wobec Polakow zapiskow Rudnickiego z doby stalinowskiej, czasu, gdy pisarz ow pelnil niezbyt chwalebna role wsrod roznych owczesnych "inzynierow dusz" na uslugach rezimu. Przemilcza zas calkowicie jego pozniejsze zapiski z okresu po 1956 r., kiedy ten sam Rudnicki wystepowal w obronie Polakow przed negatywnymi generalizacjami. Odsylam tu chocby do wydanej w 1960 r. ksiazki Rudnickiego "Obraz z kotem i psem". Na s. 63 i 65 Rudnicki ostro sprzeciwial sie wystepujacym juz wowczas za granica probom wybielania okupacyjnych zachowan Niemcow kosztem Polakow. Na s. 65 Rudnicki pisal: "Europa moze nie czuc sie odpowiedzialna za Hitlera, ale jest odpowiedzialna (...) i za naszych rodzimych hitlerowcow takze, ktorych, co prawda, mozna bylo znacznie taniej kupic, za lach, za szmate. Ale trzeba pamietac, ze jedna menda, jak zawsze w podobnych czasach, mogla wiecej napsuc, anizeli 1000 uczciwych ludzi naprawic. To wszystko nie stanowi usprawiedliwienia, ale usprawiedliwia nas i legitymuje fakt, iz z wyjatkiem faszystow i ONR, cale polskie olbrzymie podziemie polityczne [podkr. A.R.] pomagalo Zydom, zwlaszcza po roku 1942, choc nie bylo pomocy ponizej kary smierci". Mozna sobie oczywiscie bez trudu wyobrazic, ze taki tekst Rudnickiego swiadczacy o gotowosci wielkiej czesci Polakow do poswiecen przy ratowaniu Zydow, bardzo nie odpowiadal antypolskiemu selekcjonerowi zza oceanu.

Falsze o mieniu zydowskim
Redaktor Wojciech A. Wierzewski przypomnial w swej swiezej recenzji "Strachu" Grossa zachowanie tegoz autora przed kilkunastu laty, podczas spotkania w Nowym Jorku. Mowiac tam o stosunkach polsko-zydowskich, Gross uzasadnil swa negatywna ocene stosunku Polakow do Zydow dosc obrazowo teoria wartosciowania "do polowy zapelnionej szklanki". "Dla jednych - twierdzil Gross - polowa szklanki to powod do radosnej satysfakcji - ze jest w niej az tyle. Dla mnie - podkreslil swoja sceptyczna ocene wielkosci pomocy Polakow dla Zydow - to raptem tylko tyle". Faktycznie nie ma takiej omawianej przez Grossa sfery stosunkow polsko-zydowskich, ktorej autor "Strachu" nie przedstawialby wedlug skrajnie przyczernionej wizji. Tej wizji, ktora kaze mu wszedzie dopatrywac sie, ze ta szklanka jest "tylko na wpol pusta". Typowym pod tym wzgledem jest kreslony przez Grossa obraz sprawy mienia zydowskiego w Polsce. Gross twierdzi, jakoby partia komunistyczna gotowa byla dostarczyc immunitet dla tych, ktorzy "byli zamieszani w grabiez zydowskiego mienia" i "nigdzie nie umiescila na swej agendzie sprawy zwrotu prywatnej wlasnosci dla prawowitych wlascicieli" (s. 259, por. rowniez s. 51). Tezy swej dowodzi jednak wylacznie przez przytoczenie na s. 47-51 przykladow przejecia zydowskiej wlasnosci komunalnej takiej jak budynki gminy zydowskiej, synagogi, cmentarze itp. i odmow jej zwrotu. Rownoczesnie jednak calkowicie przemilcza konkretne przyklady zachowan w sprawie zadania zwrotu prywatnej wlasnosci poszczegolnych Zydow.
Przemilcza te sprawy swiadomie i nieprzypadkowo, poniewaz ksztaltujacy sie tu obraz bylby czestokroc calkowicie odmienny od kreslonej przez niego czarnej wizji zachowan polskiego spoleczenstwa. Na przyklad historyk Stanislaw Meducki wspominal, ze na mocy ustawy z 6 maja 1945 r. Zydzi mogli latwo i szybko odzyskiwac swoje majatki. Widoczne bylo to np. w Kielcach, gdzie bardzo szybko zalatwiano kazdy wniosek w sprawie zwrotu mienia zydowskiego (por. M. Pawlina-Meducka, Z kroniki utraconego sasiedztwa: Kielce - wrzesien 2000, Kielce 2001, s. 202). S. Goldberg w wydanych w Tel Awiwie wspomnieniach bardzo chwali dogodne dla Zydow polskie rozstrzygniecia prawne w owym czasie. Zachwala rowniez wsparcie w tej sprawie dla Zydow okazywane przez Zyda ministra Emila Sommersteina (por. S. Goldberg, The Undefeated, Tel Aviv 1985, s. 215, 220). Historyk Marek Jan Chodakiewicz pisal o przypadkach, gdy proby odzyskania przez Zydow wlasnosci natrafialy na opor uzytkujacych ja polskich wlascicieli: "Zydzi zmuszeni byli zwracac sie do wladz komunistycznych i sowieckich o pomoc. Czasami komunisci rozwiazywali takie konflikty silowo na korzysc prawowitych wlascicieli" (M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 464). Gross calkowicie przemilcza takie fakty jako sprzeczne z jego teoria o rzekomej zmowie komunistycznej wladzy z polskimi "grabiezcami" mienia Zydow.
W wielu ksiazkach czytamy o szybkich zwrotach mienia zydowskiego i ewentualnym pozniejszym sprzedawaniu go przez zydowskich wlascicieli. Na przyklad Barbara Stanislawczyk pisze w ksiazce "Czterdziesci twardych" (Warszawa 1997, s. 251): "(...) Rottenbergowie wrocili do Radomia, probujac odzyskac swoje mienie. Na razie, dzieki poparciu zalogi, Marian zostal dyrektorem fabryki, ktora byla kiedys jego wlasnoscia. Sprzedal domy (...)". Przyklady tego typu mozna mnozyc. Profesor John Radzilowski przypomnial w swej bardzo krytycznej recenzji ksiazki Grossa, ze na przyklad "archiwum miejskie w Kielcach posiada ponad 279 tomow dokumentow tyczacych staran Zydow o odzyskanie wlasnosci prywatnej. Wstepna analiza takich przypadkow wskazuje, ze niekomunistyczni sedziowie podchodzili do nich bardzo zyczliwie i uznali 90 proc. z nich, chociaz wielu zydowskich wlascicieli nastepnie sprzedawalo swa wlasnosc, poniewaz albo mieli zamiar opuscic Polske, albo chcieli zapobiec mozliwej konfiskacie ze strony wladz komunistycznych" (J. Radzilowski, Sasiadow ciag dalszy, "Biuletyn IPN", nr 7, 2006 r., s. 100).
Marek J. Chodakiewicz (op. cit., s. 524) pisze, jak to w zdominowanej przez "niepodleglosciowcow" gminnej radzie narodowej glosowano za zwrotem tartaku Zydowce Chanie Kotlarz. Jak komentowal Chodakiewicz: "Wedlug obowiazujacych dogmatow historycznych, takie zdarzenie nie powinno bylo miec miejsca. Zaklikow byl przeciez twierdza 'reakcji' i 'polskiego antysemityzmu'" (tamze, s. 524). W gminie Zakrzowek, powiat Krasnik, w ciagu pol roku od ucieczki Niemcow w lipcu 1944 r., szesciu zydowskich spadkobiercow odzyskalo wlasnosc swoich krewnych dzieki zyczliwosci gminnych wladz, wsrod ktorych bylo wielu "niepodleglosciowcow" - Zakrzowek nazywano popularnie "Londynem" (tamze, s. 527). Chodakiewicz komentowal, iz korzystnie na sprawach zwrotow mienia odbijal sie fakt, ze przynajmniej do 1949 r. w sadach najnizszej instancji pracowalo wielu przedwojennych sedziow, prawnikow i urzednikow sektora sprawiedliwosci wystepujacych na rzecz poszanowania praw prywatnej wlasnosci. Sprzyjalo to korzystnym dla wlascicieli zydowskich rozstrzygnieciom w wielu miejscowosciach, m.in. w Kielcach, Mielcu, Gorlicach, Nisku, Chelmie i Radomiu (tamze, s. 527-528).
Porownajmy przytoczone przez prof. J. Radzilowskiego i M.J. Chodakiewicza dane o korzystnych dla Zydow rozstrzygnieciach wielu polskich sadow z uderzajacymi w owczesne polskie sadownictwo oszczerczymi oskarzeniami Grossa. Na s. XV wstepu pisze on, ze "aparat sadowniczy w zdominowanej przez komunistyczna partie Polsce manifestowal cos, co musi byc uznane jako zinstytucjonalizowany antysemityzm". Czyz nie jest to kolejny przyklad wyjatkowej nikczemnosci Grossa, wyrazanej w cynicznym zafalszowywaniu faktow?!
Na tle fali zwrotow mienia Zydom czasami dochodzilo nawet do mafijnych naduzyc. Tak jak w regionie Bialegostoku, gdzie szeroko rozgaleziona zydowska mafia we wspoldzialaniu z Zydami z miejscowego UB oszukanczo "odzyskiwala" mienie po zmarlych Zydach. Potem sprzedawala je szybko Polakom, a uzyskane w ten sposob pieniadze rozdzielano miedzy czlonkow mafii (por. K. Persak, Akta postepowan cywilnych z lat 1947-1949 w sprawach dotyczacych zmarlych zydowskich mieszkancow Jedwabnego, w: Wokol Jedwabnego, IPN, Warszawa 2002, t. 2, s. 379-387).
Stopniowe zwroty mienia Zydom zaczely byc blokowane przez wladze komunistyczne, i to nie z zadnego antysemityzmu, lecz z doktrynalnej niecheci do umacniania wlasnosci prywatnej (vide przytoczona przez M.J. Chodakiewicza: op. cit., s. 521-522, postawa jednego z szefow UB Mojzesza Bobrowickiego vel Mieczyslawa Mietkowskiego). Warto tu jednak przytoczyc fakt swiezo przypomniany przez Ryszarda Tyndorfa z Kanady w jego bardzo krytycznej recenzji "Strachu" Grossa: "Przyczynek do recepcji pewnej ksiazki" (Biuletyn IPN, nr 7 z 2006 r., s. 102). Otoz wedlug tak powaznego zrodla zydowskiego jak amerykanski rocznik zydowski (American Jewish Year Book 1947-1948, Philadelphia 1947, s. 390), w Polsce "zwrot mienia zydowskiego, jesli podjety [zostal] przez wlasciciela lub potomka, i nie byl on pod kontrola panstwa, odbywa sie bez wiekszych problemow". ("The return of Jewish property, if claimed by the owner or his descendant, and if not subject to state control, proceed more or less smoothly").
Profesor John Radzilowski przypomnial w swej recenzji o calkowicie przemilczanym przez Grossa fakcie, ze w Polsce "miliony nie-Zydow rowniez utracily mienie lub zostalo ono ukradzione w wyniku masowych przemieszczen spoleczenstwa polskiego" (J. Radzilowski, op. cit., s. 100). Dodajmy jeszcze jeden bardzo wazny fakt, calkowicie przemilczany przez Grossa, ze glownym dyktatorem gospodarki polskiej w dobie stalinizmu byl czlonek Biura Politycznego KC PPR, a pozniej KC PZPR Hilary Minc, ten, ktory w zabojczy dla Polakow sposob wygral "bitwe o handel", niszczac gros prywatnej inicjatywy. To wlasnie ekipa zydowskich komunistow na czele z H. Mincem byla szczegolnie odpowiedzialna za rozgrabienie polskiej prywatnej wlasnosci w gospodarce, handlu itp. Przypomne tu, ze Andrzej Wroblewski, krytyk teatralny pochodzenia zydowskiego i autor szczegolnie uczciwej ksiazki wspomnieniowej o stosunkach polsko-zydowskich - wywiadu-rzeki pt. "Byc Zydem", stwierdzal w niej bez ogrodek, ze: "Sztab Minca, jego otoczenie skladalo sie w wiekszosci z ludzi pochodzenia zydowskiego" (por. A. Wroblewski, Byc Zydem. Rozmowa z Dagiem Halvorsenem o Zydach i antysemityzmie Polakow, Warszawa 1992).
O tych wszystkich sprawach Gross skrupulatnie milczy zgodnie z konsekwentnie stosowana przez niego zasada przypisywania Polakom niemal wylacznie jak najgorszych intencji i obciazania ich wina za wszystko. Przypomnijmy tu jeszcze raz, ze Gross wielokrotnie oskarza Polakow w swej ksiazce, iz zagrabili jakoby cale mienie polskich Zydow. Rownoczesnie nigdy ani jednym zdaniem nie wspomnial w swej ksiazce, jak wielka czesc tego mienia zostala przez Zydow odzyskana, a pozniej sprzedana w inne rece. Calkowicie przemilczal rowniez udzial czesci komunistycznych Zydow w grabiezy polskiego mienia na Kresach Wschodnich w latach 1939-1941. Przemilczal rozmiary grabienia polskiej wlasnosci przez Hilarego Minca i jego otoczenie. Przemilczal role policjantow zydowskich w grabieniu swoich rodakow z gett. Calkowicie przemilczal rowniez takie przestepcze dzialania, jak wspomnianej wyzej zydowskiej mafii bialostockiej, choc musial dobrze o niej wiedziec z ksiazki "Wokol Jedwabnego". Mozna sobie tylko wyobrazic, do jakich antypolskich generalizacji posunalby sie za to, gdyby czlonkowie wspomnianej mafii byli Polakami.

 
Nowe falsze Grossa (08) - Spor o "zydokomune"!
 
Jedna z glownych czesci ksiazki Grossa jest ogromnie klamliwe, ponad 50-stronicowe opracowanie poswiecone "zydokomunie" (s. 192-243). Gross dokonuje tu wrecz karkolomnych wyczynow, by za wszelka cene zaprzeczyc powszechnie przyjmowanej tezie o nadreprezentacji Zydow w polskim zyciu publicznym po 1944 r. Wedlug Grossa (s. 243), w Polsce upowszechniany jest mit "zydokomuny", ktory stanowi podejmowana przez odpowiedzialnych za komunizm Polakow probe "odwrocenia uwagi od ich wlasnej winy za przyczynienie sie do triumfu komunizmu".

Szczegolnie usilnie Gross probuje pomniejszyc i wybielic zarazem role Zydow w represjach UB, przemilczajac fakt, ze wlasnie Zydzi maksymalnie dominowali w kierowniczych instancjach stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego w Polsce. Sugeruje, ze w bezpiece, podobnie jak i w reszcie aparatu przemocy, byly rzekomo bardzo szerokie wplywy postaw antysemickich. Na s. 139 swojej ksiazki "Strach" Gross pisze: "Aparat przemocy w powojennej komunistycznej Polsce - regularna policja (MO), sluzba bezpieczenstwa (UB) i wojsko byly zlozone w przewazajacej mierze z etnicznych Polakow. Rekrutowani oni byli mniej wiecej na chybil trafil (...), skupiajac razem grono mlodziezy z nizszej klasy spolecznej, ktorzy w swoich pogladach osobistych nie mogli odzwierciedlac niczego innego niz antysemityzm szeroko rozpowszechniony w ich srodowisku spolecznym".
Jednym z najbezczelniejszych klamstw Grossa jest podane na s. 222 twierdzenie, ze dla Zydow ich "korzenie etniczne" byly kolosalnym obciazeniem i przeszkoda w ich karierach, z kazdego punktu widzenia. (they were Jewish. Their ethnic background was a colossal liability and an impediment to their careers, from every point of view). To stwierdzenie Grossa wydaje sie szczegolnie groteskowe dla kazdego, kto pamieta tysiace owczesnych przyspieszonych karier Zydow, nawet tych malo zdolnych i niewyksztalconych. Podobnie groteskowe jest inne stwierdzenie Grossa (na s. 221), iz rzekomo sympatia dla komunizmu "byla minimalna wsrod Zydow". Dosc przypomniec w kontekscie tego falszu Grossa, ze reprezentujacy przewazajaca czesc Zydow w Polsce Centralny Komitet Zydow Polskich (CKZP) "wyroznial sie" wrecz fanatycznie prokomunistycznymi oswiadczeniami i potepieniami podziemia niepodleglosciowego oraz patriotycznej emigracji.
Warto tu zwrocic uwage na pewna dosc szczegolna przypadlosc ksiazki Grossa - jego staranie sie o przedstawianie Zydow jako ofiar komunizmu. Przy zastosowanym przez Grossa calkowitym przemilczeniu faktu kolaboracji duzej czesci Zydow z Sowietami czytelnik amerykanski moze wnioskowac, ze to wlasnie Zydzi byli "jedyna" ofiara sowieckich represji po 1939 roku. Na s. 5 Gross pisze, mocno zawyzajac liczbe Zydow deportowanych w latach 1940-1941, ze zeslano ich ok. 100-120 tys. Juz wczesniej z informacjami Grossa na temat skali tej deportacji polemizowal niemiecki historyk Bogdan Musial, oceniajac liczbe deportowanych Zydow na mniej wiecej 70 tys. (por. B. Musial: Stosunki polsko-zydowskie na kresach wschodnich RP pod okupacja sowiecka (1939-1941), "Biuletyn Kwartalny Radomskiego Towarzystwa Naukowego", tom XXXIV, zeszyt 1, 1999 r., s. 119). Gross, zgodnie ze swa zasada zacierania pamieci o polskiej martyrologii, calkowicie przemilcza fakt, ze w tym samym czasie zeslano w ZSRS o wiele wieksza liczbe Polakow. Wielokrotnie powtarza rozne twierdzenia majace uzasadnic tezy o przesladowaniu lub dyskryminowaniu Zydow w komunistycznej Polsce. Pisze juz we wstepie (s. XV) o rzekomym "zinstytucjonalizowanym antysemityzmie w aparacie administracyjnym i sadowniczym w zdominowanej przez Partie Komunistyczna Polsce". Na s. 225 Gross twierdzi, ze komunisci mieli do wyboru albo ignorowac przewazajace w narodzie rozmiary antysemityzmu, albo zwalczac go na wlasna zgube. W innych miejscach ksiazki daje wyraznie do zrozumienia, ze w tej sytuacji komunisci woleli wybrac calkowita biernosc w tej sprawie. Na przyklad na s. 99 pisze, ze rzekomo wladze komunistyczne baly sie bronic Zydow przed "ludem" (people). Na s. 153 utrzymuje, ze "najwyzsze decyzyjnie organy Partii i aparatu bezpieczenstwa nie reagowaly na elokwentny antysemityzm i powtarzajace sie napasci na Zydow". Na s. 63 czytamy, ze "MBP nie odpowiadalo na swiadectwa naplywajace z calego kraju wskazujace na wszechobecnosc napasci antyzydowskich".

Przemilczani kaci
W kresleniu obrazu Zydow jako "ofiar komunizmu" szczegolna role odgrywa wprowadzona u Grossa kilkunastostronicowa opowiesc (s. 199-212) o dyskryminowaniu Zydow w ZSRS w czasie wojny i w pierwszych latach powojennych, oraz generalnie o tamtejszym antysemityzmie. Snujac te rzewna opowiesc o pogarszaniu sie losu sowieckich Zydow, Gross calkowicie przemilcza bardzo wydatna role odegrana przedtem przez Zydow bolszewikow w budowie i rozwoju ustroju komunistycznego w Zwiazku Sowieckim. Grossowi jak zwykle zalezy na tym, aby nieswiadomi faktow amerykanscy czytelnicy postrzegali Zydow wylacznie jako biedne, przesladowane ofiary, a nie wiedzieli nic o tym, ze czesc Zydow zapisala sie w swoim czasie niechlubnie w roli katow. Skrzetnie przemilcza wiec na przyklad fakt, ze jeszcze w 1934 roku Zydzi stanowili az 38,5 proc. kierowniczych kadr NKWD, podczas gdy etniczni Rosjanie tylko 31,2 proc. (wg wydanego w 1999 r. podstawowego informacyjnego opracowania N.W. Pietrowa i K.W. Skorkina "Kto rukowodil NKWD 1934-1941", na ktore powoluje sie historyk A. Paczkowski w tekscie "Zydzi w UB: proba weryfikacji stereotypu", zamieszczonym w ksiazce "Komunizm. Ideologia, system, ludzie" pod red. T. Szaroty, Warszawa 2001, s. 194). O roli niektorych Zydow jako katow w ZSRS pisze nieprzypadkowo. Dosc przypomniec tu za Aleksandrem Solzenicynem ("Archipelag Gulag 1918-1956", wyd. podziemne "Pomost", Warszawa 1988, t. 3-4, s. 65), ze caly ogromny system lagrow - Gulagow stworzyl i nadzorowal turecki Zyd Naftali Aronowicz Frenkel. Ze mial do pomocy takich zydowskich "specjalistow" od terroru, jak naczelnik Gulagu Mateusz Berman i naczelnik budowy Kanalu Bialomorskiego Lazarz Kagan. Przewodniczacy rosyjskiej komisji partyjnej, badajacej zbrodnie stalinowskie, byly czlonek Biura Politycznego KC KPZR Aleksander Jakowlew ujawnil w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej", ze na czele 11 sposrod 12 istniejacych w Sowietach kompleksow lagrow stali Zydzi (12., minski, kierowany byl przez Ormianina). O tym wszystkim Gross nie wspomina nawet jednym zdaniem!
Gross milczy zupelnie o tym, ze w 1917 r. Zydzi wzieli bardzo licznie udzial w przewrocie bolszewickim i wywarli nader znaczacy wplyw na tworzenie panstwa sowieckiego i jego organow terroru (Czeka). Zydami byly m.in. tak znaczace w skali miedzynarodowej postacie jak Lew Trocki (Bronstein) - komisarz spraw zagranicznych w pierwszym rzadzie Lenina, glowny organizator przewrotu bolszewickiego, organizator Armii Czerwonej i faktyczny jej dowodca w czasie wojny domowej, przywodca Miedzynarodowki Komunistycznej, czlonek triumwiratu po smierci Lenina Grigorij Zinowjew (Radomyslski), przewodniczacy Rady Najwyzszej Sowietu Jakow Swierdlow (Solomon), przewodniczacy Ogolnorosyjskiego Komitetu Wykonawczego (WCIK), najwyzszego organu wladzy prawodawczej, wykonawczej i kontrolujacej w Rosyjskiej RSFR, czlonek triumwiratu rzadzacego ZSRS po smierci Lenina Lew Kamieniew (Rosenfeld), kierownik centralnej europejskiej sekcji Komisariatu Ludowego Spraw Zagranicznych, czlonek wladz Miedzynarodowki Komunistycznej Karol Radek (Sobelsohn), ludowy komisarz spraw zagranicznych Maksim Litwinow (Mojsiejewicz Wallach) i wicepremier ZSRS, dlugoletni czlonek Biura Politycznego KC KPZR Lazar Kaganowicz, glowny odpowiedzialny za swiadome doprowadzenie do straszliwego glodu na Ukrainie, ktory pochlonal 6 milionow ofiar. Jeden z najslynniejszych zydowskich autorow okresu powojennego Isaac Deutscher przypomnial w wygloszonym w 1964 r. w Londynie wykladzie, ze: "Na czele przymusowej kolektywizacji na Ukrainie, ktora przebiegala z zastosowaniem bardzo okrutnych i krwawych metod, stanal Zyd Kaganowicz. I tu mamy do czynienia z tragicznym impasem, w ktory wpadli Zydzi (...) na wsi nienawidzili ich chlopi, ktorzy widzieli w bolszewiku Zydzie Kaganowiczu swego glownego dreczyciela" (cyt. za: I. Deutscher: Rewolucja rosyjska a kwestia zydowska, w: Zydzi. Komunizm, pod red. M. Bilewicza i E. Pawlisz, drukowany w zydowskim czasopismie "Jidele", wyd. specjalne, wiosna 2000, s. 97).
Piszacy az na 12 stronach o antysemityzmie w ZSRS w latach 40. Gross ani jednym zdaniem nie wspomina o takich przyczynach nasilania sie nastrojow antyzydowskich w ZSRS, jak chocby ludobojcza dzialalnosc Kaganowicza w latach 30. Do tych nastrojow nadzwyczaj perfidnie odwolywal sie Stalin, wszczynajac na poczatku lat 50. swoj atak przeciwko "syjonizmowi". Warto przy okazji wiedziec, ze sam Lenin byl synem Zydowki, corki lekarza policyjnego Blanca.
Przypomnijmy tu pelne najwyzszego niepokoju z powodu roli Zydow w przewrocie bolszewickim zapiski najwybitniejszego zydowskiego historyka w Rosji Szymona Dubnowa. Reagujac na dominacje srodowisk zydowskich w bolszewickim aparacie wladzy, Dubnow zapisal w swym dzienniku pod data 7 stycznia 1918 r.: "Rewolucja utonela w blocie niskich instynktow... Kiedys chyba wyjdziemy z epoki blota, epoki przejsciowej, ale nigdy nam nie wybacza, ze zydowscy spekulanci rewolucji wzieli udzial w bolszewickim terrorze. Zydowscy towarzysze i wspolpracownicy Lenina: Troccy, Uriccy, zacmiewaja swego mistrza. Instytut Smolny po cichu nazywaja Centrozydem. Pozniej o tym beda mowic glosno i antysemityzm u wszystkich warstw rosyjskiego spoleczenstwa zapusci glebokie korzenie". Podobne jak Dubnow niepokoje wyrazali rowniez inni, bardziej dalekowzroczni Zydzi. Na przyklad rabin Moskwy powiedzial Trockiemu: "Troccy robia rewolucje, rachunki placa Bronszteinowie".
Szczegolnie duzo nienawisci do Zydow wzbudzala w Rosji rola odgrywana przez Zydow w kolejnych odmianach organizacji sowieckiego terroru (Czeka, GPU, NKWD). Wedlug zydowskiego historyka S. Barona, "bezgranicznie nieproporcjonalna liczba Zydow weszla do sowieckiej tajnej policji Czeka". Paul Johnson pisal w glosnej "Historii Zydow" (Krakow 1993, s. 481): "Zydowscy bolszewicy byli liczni w Czeka jako komisarze, inspektorzy podatkowi i biurokraci. Odgrywali wiodaca role w rajdach organizowanych przez Lenina i Trockiego, by wydobyc ziarno od gromadzacych zapasy chlopow. Nienawidzono ich z powodu tej dzialalnosci (...) Jedyne sowieckie archiwum, ktorego zawartosc znana jest na Zachodzie, dotyczace spraw Smolenska w latach 1917-1938 przekonuje, ze chlopi utozsamiali rezim sowiecki i zydowskich posrednikow". Sposrod bolszewikow zydowskiego pochodzenia wywodzil sie znany ze szczegolnie okrutnego terroru szef piotrogrodzkiej Czeka Mojzesz Salomonowicz Uricki. Slynny pisarz polski, przez wiele lat prezes polskiego Pen-Clubu, Jan Parandowski, pisal w swej wczesniejszej, wydanej juz w kilka lat po bolszewickim przewrocie ksiazce "Bolszewicy i bolszewizm w Rosji", iz Uricki: "Przechwalal sie, ze kaze wiezic wszystkich, ktorych chce, i nie otrzymuje na to zlecenia od nikogo. Byl to okrutnik bezwzgledny, ktory potrzebowal krwi cudzej, tak jak inni potrzebuja narkotykow, by sie upic".
Do najokrutniejszych katow bolszewickich zydowskiego pochodzenia nalezal sowiecki dowodca wojskowy komandarm, pozniej marszalek ZSRS Iona E. Jakir. Wiktor Suworow w wydanej w Warszawie w 1988 r. w polskim przekladzie ksiazce "Oczyszczenie" pokazal, jak okrutnie Jakir pacyfikowal w 1918 r. Odesse rekami tysiecy chinskich najemnikow, ktorzy swoje ofiary smazyli w piecach okretowych czy topili w morzu, przywiazujac im do szyi ciezary. Krzysztof Maslon pisze w swej recenzji ksiazki Suworowa (w "Rzeczpospolitej" z 27 stycznia 1999 r.), iz: "Nie maja racji ci - powiada Suworow - ktorzy nazywaja Jakira hitlerowcem, to Hitler byl jakirowcem". Jednym z najokrutniejszych katow zydowskiego pochodzenia byl oslawiony Jakow Jurowski, ktory nadzorowal okrutne wymordowanie rodziny carskiej i zwiazanej z nia sluzby w Jekaterynburgu.
Szczegolnym okrucienstwem "wyroznil sie" na Krymie w czasie wojny domowej w Rosji byly zydowski przywodca Wegierskiej Republiki Rad Bela Kuhn (Kon). Wedlug ksiazki Zbigniewa Krasnowskiego "Socjalizm, komunizm, anarchizm" (Warszawa 1936, s. 142): "(...) w maju 1928 r. 'Journal de Genéve' podal informacje bylego dyrektora Czerwonego Krzyza (dr. Jerzego Ladygianskiego), w ktorej czytamy, ze Bela Kuhn kazal stracic: w Teodozji 7500 osob, w Symferopolu - 12 000, w Sewastopolu przeszlo 10 000, w Kerczu 6000, w Jalcie przeszlo 5000. Ogolem liczbe zamordowanych z rozkazu Beli Kuhna na Krymie Rosjan i Tatarow obliczaja na 60 do 70 tysiecy".

Czy komunisci pozostawali Zydami?
Niektorzy w odpowiedzi na przypominanie zbrodni popelnionych przez zydowskich czekistow, enkawudzistow i ubekow lubia podkreslac, ze i my, Polacy, mamy na swym koncie slynnego bolszewickiego kata - Feliksa Dzierzynskiego. To prawda, jest czego sie wstydzic! Na szczescie jednak Dzierzynski byl tylko jeden, podczas gdy zydowscy komunisci dostarczyli jakze licznych zbrodniarzy komunistycznych, wcale nie mniejszych pod wzgledem rozmiarow zbrodniczosci od "krwawego Feliksa". By przypomniec chocby oslawionego Gienricha G. Jagode (podobno urodzonego na lodzkich Balutach), ludowego komisarza spraw wewnetrznych oraz glownego inicjatora i nadzorce masowych represji w ramach "wielkiej czystki", ktora spowodowala smierc milionow ludzi. Pisalem juz o zydowskich tworcach systemu Gulagow z A. Frenklem na czele. Moglbym dlugo jeszcze pisac o roznych szczegolnie "wyrozniajacych sie" zydowskich organizatorach sowieckiego aparatu terroru, chocby takich jak general NKWD Leonid Reichman, preparujacy procesy moskiewskie i jeden z organizatorow zbrodni w Katyniu. Czytelnikow chcialbym jednak w tym przypadku odeslac do szerszej informacji na ten temat w przygotowywanym wlasnie ksiazkowym wydaniu "Nowych falszow Grossa".
Byly ambasador Izraela w Warszawie Szewach Weiss probowal kiedys zanegowac potrzebe przepraszania przez Zydow za zbrodnie Zydow ubekow etc., gloszac, ze Zyd, ktory staje sie komunista, przestaje jakoby byc Zydem. Ciekawe wiec, jak wytlumaczy, ze oslawiony okrutnik Jozef Rozanski (Goldberg) zostal zgodnie z zyczeniem pochowany na cmentarzu zydowskim (por. A. Paczkowski op. cit., s. 200). Czy to, ze zgodnie z zydowskim rytualem religijnym zostal pochowany - rowniez na wczesniej wyrazone zyczenie - najwiekszy kat bezpieki wegierskiej, odpowiedzialny za bezpieczenstwo czlonek Biura Politycznego KC wegierskiej partii komunistycznej, Mihály Farkas. Warto rowniez zapytac S. Weissa, jak to sie dzieje, ze rozni Zydzi - komunistyczni kaci, byli KGB-owcy czy ubecy jak Salomon Morel, tak chetnie szukaja schronienia dla siebie wlasnie w Izraelu. Czy to oznacza, ze dopiero na starosc znowu odkryli, ze sa Zydami? Troche to dziwne, zwlaszcza w swietle faktu, ze do Izraela - jako do ojczyzny - zawedrowala cala chmara bylych ubekow i jeszcze wieksza liczba b. KGB-owcow. Znany pisarz izraelski Amos Oz mowil w wywiadzie dla tygodnika "Wprost" z 2 pazdziernika 1994 r., iz "Nagle zjechalo do Izraela szesciuset wykladowcow marksizmu-leninizmu. Wedlug moich ocen znalazlo sie tez u nas co najmniej dwadziescia tysiecy oficerow KGB. Co mozna z nimi zrobic?" - zapytal Amos Oz i ironizujac, sam sobie tak odpowiedzial: "Najprosciej byloby zlecic im sledzenie profesorow marksizmu - wtedy czuliby sie bardziej swojsko". Szkoda, ze Gross, tak rozpisujacy sie na temat roli Zydow jako ofiar komunizmu w ZSRS, nie przypomnial jakos niektorych Zydow w roli przesladowcow. Chocby wspomnianych przez Amosa Oza tak licznych Zydow KGB-owcow!
Jedna z najczarniejszych kart, obciazajacych zydowskich komunistow w Sowietach, stanowi wyjatkowo znaczaca rola odegrana przez nich w walce z religia, a zwlaszcza z roznymi Kosciolami chrzescijanskimi. Pisze o tym szerzej w ksiazce "Walka z Kosciolem wczoraj i dzis". Jak silna byla niechec do zydowskich komunistow w Rosji na skutek ich wyjatkowo gorliwego zaangazowania w walce z religia chrzescijanska, najlepiej swiadczy informacja w ksiazce "Historia Zydow" autorstwa skadinad przychylnego Zydom historyka Paula Johnsona. Wedlug niego (op. cit., s. 481), juz "w 1922 r. pojawily sie grozby, ze jesli komisarze zabiora z cerkwi zlote ozdoby, to zaden Zyd nie przezyje, wszystkich zabijemy jednej nocy".
Przypomnijmy tu, ze wedlug oficjalnego raportu wspomnianego juz b. czlonka Biura Politycznego KC KPZR Aleksandra Jakowlewa, od 1917 r. zamordowano w Zwiazku Sowieckim az 200 tysiecy duchownych roznych wyznan, a dalsze 300 tysiecy uwieziono. W tej walce z religia szczegolnie mocno "wyroznili sie" rozni zydowscy bolszewicy z oslawionym J. Jaroslawskim (Miniejem Izrailewiczem Gubelmanem) na czele. Przez wiele lat przewodniczyl on niezwykle agresywnemu kilkumilionowemu Zwiazkowi Bezboznikow i organizowal kolejne fazy bezwzglednego terroru uderzajacego w Koscioly chrzescijanskie. Historyk Andrzej Grajewski, pierwszy przewodniczacy Kolegium Instytutu Pamieci Narodowej, tak pisal o Gubelmanie (Jaroslawskim) w ksiazce "Rosja i krzyz" (Wroclaw 1990): "Ten zawodowy rewolucjonista, syn zydowskich zeslancow w czasach caratu, stworzyl wielki system prasy ateistycznej oraz opracowal system wychowania ateistycznego oraz plan zniszczenia Cerkwi i innych grup religijnych (...) uzasadnial koniecznosc bezwzglednej ateizacji wszystkimi dostepnymi panstwu srodkami. Ten morderca zza biurka byl odpowiedzialny za katorge tysiecy duchownych i ludzi swieckich, zniszczenia bezcennych zabytkow starej kultury rosyjskiej, ruiny tysiecy cerkwi". Warto dodac, ze zydowscy bolszewicy szczegolnie zaznaczyli sie w walce z Kosciolem katolickim i w grabiezy mienia koscielnego na b. Kresach Wschodnich II RP. Pisalem o tym szerzej w "Przemilczanych zbrodniach" (Warszawa 1999, s. 156-163). Gross o tym wszystkim skrzetnie milczy, choc wlasnie ta rola komunistow zydowskich w walce z religia na terenie ZSRS nie pozostala bez wplywu na tak pietnowana przez niego nieufnosc polskich duchownych katolickich do komunizujacych Polske Zydow.

Falsze o krajach Europy Srodkowowschodniej
Jedna z najperfidniejszych manipulacji Grossa, zastosowanych dla otumanienia nieznajacych historii Europy Wschodniej amerykanskich czytelnikow, jest sugerowanie, jakoby "antysemita" Stalin od poczatku kierowal sie zasadami antysemickimi przy tworzeniu komunizmu w krajach Europy Srodkowowschodniej. Omowienie na parunastu stronach przykladow dyskryminowania Zydow w okresie wojny i po wojnie w ZSRS mialo Grossowi faktycznie sluzyc tylko do zmanipulowania obrazu sytuacji w krajach naszego regionu, a w szczegolnosci w Polsce. Przyjrzyjmy sie tym jego zabiegom. Na s. 206 autor "Strachu" pisze, ze "antysemityzm sowieckiej biurokracji wyprzedzil o kilka lat powojenny podboj Europy Wschodniej (...)". Juz w dalszym ciagu tego samego ogromniastego zdania na s. 206 Gross powoluje sie na ksiazke Jurija Slezkina, gloszaca, ze tworzenie sie stalinowskich rezimow w Europie Srodkowowschodniej "zbieglo sie w czasie z odkryciem przez Stalina braku zaufania do Zydow". Na s. 212 Gross usiluje juz otwarcie sugerowac, ze w zwiazku z pogorszeniem sytuacji Zydow w ZSRS w latach 40. jakoby nie bylo mozliwe jakiekolwiek uprzywilejowane traktowanie Zydow w calym regionie Europy Wschodniej. Sama mysl o tym z lekcewazeniem odrzuca jako rzekoma fantazje, polityczna "science fiction".
Twierdzenie Grossa nie ma zadnego pokrycia w historycznej rzeczywistosci: pogorszenie pozycji Zydow w pierwszej polowie lat 40. w ZSRS nie mialo zadnego znaczenia dla polityki Stalina na zewnatrz. Az do poczatku lat 50. polityka ta nader chetnie stawiala na komunizujacych Zydow w roznych krajach Europy. Zgodnie ze swa stala zasada: dziel i rzadz, Stalin niezwykle chetnie wykorzystywal mniejszosci narodowe w krajach Europy Srodkowej do tym lepszego podporzadkowania zamieszkujacych w nich narodow, niszczenia ich uczuc narodowych i religii, ktora wyznawali. Do tego zas najlepiej nadawali sie ludzie jak najdalsi od patriotyzmu polskiego, wegierskiego, rumunskiego, czeskiego czy litewskiego, a takze od religii chrzescijanskiej, a wiec komunisci zydowscy.
Przypomnijmy tu, co pisal na ten temat przemilczany przez Grossa slynny polski intelektualista Leopold Tyrmand w jakze trafnej w osadach ksiazce "Cywilizacja komunizmu": "Gdy Armia Czerwona przystepowala do sowietyzowania Europy Wschodniej, na czele czechoslowackiej ekipy partyjnej stal Zyd [R. Slansky - sekretarz generalny partii komunistycznej - J.R.N.]. Wegry kneblowal Zyd [M. Rakosi - J.R.N.], w Rumunii rzadzila Zydowka [A. Pauker - J.R.N.], a Polska miala u wladzy figuranta Polaka, za ktorym na wezlowych pozycjach stali zydowscy komunisci wypelniajacy z fanatycznym oddaniem najbezwzgledniejsze rozkazy Kremla [podkr. J.R.N.].
Za przywodcami zas staly lojalne szeregi komunistow zydowskiego pochodzenia, ktorzy jedynie byli w stanie uruchomic gospodarke i administracje w Polsce, Rumunii, na Wegrzech, czyli w krajach drobnomieszczanskich, w ktorych antykomunizm byl rodzajem ogolnonarodowej religii, o czym Stalin wiedzial. Wiedzial, ze tylko fanatycznie oddani komunistyczni Zydzi moga zrobic dlan te wstepna i niezbyt czysta robote, co bylo czescia nr 1 planu. Z nadgorliwym zapalem rzucili sie [Zydzi - J.R.N.] do sowietyzowania wschodnioeuropejskich spoleczenstw, do budowania socjalizmu, do zaciesniania komunistycznej petli na szyjach narodow starych, odpornych na przemoc i doswiadczonych w walce o psychiczna niepodleglosc. Swym zelanctwem przekreslili najwieksza szanse, jaka mieli Zydzi na tych terenach od sredniowiecza (...) eksponowany serwilizm Zydow-komunistow w sluzbie sowieckiego imperializmu sprawial wrazenie samobojczego obledu".
Ten tekst Leopolda Tyrmanda najlepiej wyjasnia to, czego nie rozumie rzekomo Gross. To jest, dlaczego "antysemita" Stalin tak chetnie siegnal do pomocy zydowskich komunistow przy sowietyzowaniu narodow Europy Srodkowej i dlaczego tak silnie obsadzil nimi wierzcholki wladzy w krajach tego regionu. Grossowi udajacemu z takim sukcesem glupiego warto rowniez zalecic lekture pracy Paula Lendvaiego, znakomitego historyka i sowietologa zydowskiego pochodzenia, zyjacego w Austrii. W odroznieniu od Grossa jest on naukowcem rzetelnym, wiec czyms niedoscignionym dla autora "Strachu". Przypomnijmy tu wiec, co napisal Lendvai w ksiazce "Antysemityzm bez Zydow" (cz. 1, wyd. podziemne "Los", 1987, s. 63, 70) w kwestii tak zafalszowywanej przez Grossa: "Na narody tradycyjnie uczulone na kwestie swej niezawislosci i prestizu spadl wkrotce po wojnie podwojny cios: komunizm i sowietyzacja. A Zydzi znajdowali sie wowczas na stanowiskach premierow, pierwszych sekretarzy, ministrow i szefow policji w tym samych krajach, gdzie ich ojcowie byli zaledwie tolerowanymi intruzami (...). Urazy poglebiala swiadomosc, ze to obcy, pozostajacy w sluzbie obcego mocarstwa, narzucaja obcy system. Nic dziwnego, ze wzbudzali jeszcze wieksza nienawisc i pogarde niz ich przodkowie (...). Czlonek wspolnoty zydowskiej spotykal sie na tych terenach z nienawiscia nie tylko jako czlonek wspolnoty komunistow, lecz takze jako symbol wladzy typu kolonialnego, namiestnik sowiecki. Co gorsza, niecierpiani Zydzi zdali sie byc coraz silniejsi i coraz bardziej na swieczniku - w odwrotnej proporcji do ich tak przerzedzonych szeregow (...). Nieuchronny proces utozsamiania Zydow z wladza przybral po przewrocie komunistycznym rozmiary bezprecedensowe. Logiczna tego konsekwencja bylo skupienie sie powszechnego niezadowolenia na 'Zydach Nadwornych' stalinowskiego imperium: na Rakosich, Slanskich i Bermanach".
Dodajmy do tych uwag zapis pisarki Marii Dabrowskiej w jej "Dziennikach" pod data 30 listopada 1948 r. Znalazla sie tam uwaga o "malenkiej Europie, nad ktora zwisa straszliwy rekin rosyjski, gotowy wszystko polknac. Zydzi odgrywaja role kucharzy, przyrzadzajacych z nas wszystkich potrawe dla paszczy wieloryba" (M. Dabrowska "Dzienniki powojenne 1945-1948", Warszawa 1996, s. 339).
Grossa nie obchodza fakty, nie obchodza opinie tak wybitnych badaczy jak Lendvai, ktorzy o wiele dluzej od niego badali historie Europy Srodkowowschodniej przy rzetelnym wykorzystaniu typowego aparatu naukowego pracy historyka, na czym socjolog Gross wyraznie sie nie zna. Wciaz udaje, ze nie wie, na czym polegala wyjatkowa rola zydowskich komunistow w ich zajadlej walce z polskim patriotyzmem i religia, tak ulatwiajaca Stalinowi sowietyzacje Polski. Wedlug niego (por. s. 230): "Funkcjonowanie tajnej policji komunistycznej nie mialo nic wspolnego z tym, czy byli to Zydzi (czy Polacy) (...)". Gdzie indziej pisze, ze narzucenie stalinizmu Polsce nie zalezalo w koncu od tych paru tuzinow (czy 6 czy 131, czy nawet 438) Zydow dzialajacych jako pacholki Stalina (por. s. 236). Przypomnijmy, ze ten sam Gross, ktory stara sie maksymalnie pomniejszyc role Zydow w UB i generalnie usprawiedliwic ich zaangazowanie po stronie wladzy komunistycznej, nigdzie w calej ponad 300-stronicowej ksiazce nie stara sie Amerykanom wyjasnic przyczyn narastania niecheci u Polakow do Zydow. Raczej wszystko robi, by te przyczyny jak najmocniej zataic. Jedynym kluczem do wyjasnienia polskich niecheci do Zydow ma byc to, ze rabowali i mordowali Zydow w czasie wojny. No i to, co pisze bez jakichkolwiek dowodow juz we wstepie do swojej ksiazki (s. XIII), iz: "W polsko-katolickiej wyobrazni Zydzi sa mordercami Boga i uzywaja dzieci do przygotowania macy". Oto, czego Amerykanie dowiedza sie w pierwszym rzedzie o Polakach katolikach od Grossa!
Czytalem swieza swietna recenzje "Strachu" Grossa polonijnego korespondenta Roberta Strybela. Zwraca on uwage, ze poswiecona polskiemu antysemityzmowi ksiazka Grossa faktycznie pomija wyjasnienie, jakie byly przyczyny nastrojow antyzydowskich w Polsce, za to ciagle zmienia sie w perorowanie na temat tego, jak Polacy byli zle widziani "przez Zydow lub gojow sympatyzujacych z zydowskimi interesami". Nie dowiemy sie wiec - wedlug Strybela - o przyczynach zatargow Polakow z Zydami w XIX wieku, o zarzutach, ze Zydzi wydawali polskich powstancow w rece wladz carskich. Nie dowiemy sie o faktycznej dywersyjnej antypolskiej roli KPP, w ktorej Zydzi mieli tak mocne wplywy. O wsparciu hord sowieckich w 1920 r. przez wielu Zydow, o roli czesci Zydow w kolaboracji z Sowietami w latach 1939-1941. I o konkretnych zarzutach sluzalstwa czesci Zydow w zniewalaniu Polski przez Sowietow po 1944 r. Wedlug R. Strybela: "Jest metoda w szalenstwie Grossa. Zydowsko-amerykanskie srodowisko czytelnicze stanowi duzo bardziej lukratywny rynek niz Polonia. Stad musialo sie wydac duzo bardziej zyskowna kariera zaspokajac juz istniejace zydowskie uprzedzenia. Wsrod nich jest przekonanie, ze Polacy sa niezmiennie podli, podczas gdy Zydzi sa zawsze tylko ofiarami, nigdy lotrami".
 
Nowe falsze Grossa (09) - Zydzi w Urzedzie Bezpieczenstwa!
 
Przy okazji uogolnien Grossa na temat polityki sowieckiego tyrana wobec Zydow dodajmy jeden bardzo istotny fakt. Otoz tak eksponowany przez Grossa "antysemityzm" Stalina wcale nie przeszkadzal mu w konsekwentnym popieraniu dzialan Zydow palestynskich. Stalin wyraznie stawial na zwyciestwo Zydow palestynskich, zmierzajacych do stworzenia wlasnego panstwa wbrew Wielkiej Brytanii. Mocno liczyl na to, i sie przeliczyl, ze Zydzi palestynscy stworza panstwo zdominowane przez lewice i beda faktyczna forpoczta polityki sowieckiej na Bliskim Wschodzie. Warto przypomniec, co stwierdzal na ten temat autor zydowski o wiele lepiej jak dotad znany i ceniony od Grossa, a mianowicie cytowany juz wczesniej Isaak Deutscher. W przywolywanym juz wczesniej wykladzie w Londynie, wygloszonym w 1964 roku, Deutscher powiedzial: "Jakie by nie byly zamiary Stalina, jest paradoksem, ze wlasnie jemu Izrael zawdziecza swe niezalezne istnienie. To wlasnie ze stalinowskiej Czechoslowacji, od czeskiej zbrojeniowki pochodzil glowny arsenal Hagany. Ta 'splamiona' bronia Zydzi w Palestynie zadali ostateczny cios Brytyjczykom i Arabom. Poparcie Stalina i skuteczna pomoc materialna, ktorych Stalin udzielal Zydom, wydawala sie zachodnim mezom stanu nie na miejscu, wywolywala irytacje i powodowala calkiem zauwazalne wrogie uczucia wobec Zydow" (por. I. Deutscher, op. cit., s. 100).

Klamstwa Grossa a opinie innych Zydow
Doprawdy pusty smiech niejednokrotnie ogarnia czytelnika, gdy czyta przerozne tyrady Grossa wybielajace role Zydow w Polsce, a w szczegolnosci absolutnie pomniejszajace ich role w UB, wzglednie przedstawiajace Zydow jako biedne ofiary oddane na zer dzikich antysemickich przesladowcow na skutek szokujacej biernosci partii komunistycznej. Pozwole sobie poza cytowanym juz Leopoldem Tyrmandem przytoczyc niektore tylko z jakze licznych zydowskich swiadectw, calkowicie sprzecznych z obrazem Grossa. Zacznijmy od oceny jednego z czolowych intelektualistow zydowskiego pochodzenia na emigracji, Zygmunta Hertza, wspolzalozyciela Instytutu Literackiego w Paryzu. Znany skadinad ze sklonnosci do idealizowania Zydow i ostrego dokladania przy roznych okazjach "Polaczyskom" Hertz zdobyl sie jednak na bardziej obiektywna refleksje na tle wydarzen marcowych z 1968 roku. Pisal wowczas 26 marca w liscie do Czeslawa Milosza: "Antysemityzm wypuscil nie tylko nowe liscie, ale zakwitl roza. I tez ja sie nie dziwie. Zydzi grali od poczatku glupio - po coz byl ten run na ube i posady. Jakas niegodnosc w tym narodzie. Przykro mi to stwierdzic, ale dali antysemitom znakomita bron do reki" (cyt. za Z. Hertz, Listy do Czeslawa Milosza 1952-1979, s. 268). Przytoczmy inne wymowne swiadectwo - opinie zapisana w dzienniku wybitnego tworcy pochodzenia zydowskiego Mariana Brandysa: "Zydzi, ktorzy pozostali, weszli niemal w calosci do klasy rzadzacej (...) Zydzi garneli sie do wladzy jak cmy do ognia" (M. Brandys, Dziennik 1976-1977, Warszawa 1996, s. 235, 244).
Porownajmy te ocene M. Brandysa z powtarzanymi przez Grossa pojekiwaniami o tym, ze "zydowska ludnosc zyla w ubostwie, byla wychudzona, chora i pelna urazu" (s. 125). Wszystko to ma wzbudzic u amerykanskich czytelnikow jak najwieksze wspolczucie dla "biednych, przygnebionych, przybitych Zydow, zyjacych w nedzy" (s. 126), a na dodatek jeszcze wciaz okrutnie przesladowanych przez nigdy nienasyconych w swym sadyzmie Polakow.
Przypomnijmy kolejne swiadectwo o "biednych" Zydach - notatke w dzienniku slynnego matematyka Hugona Steinhausa pod data 18 marca 1945 roku: "(...) w prezydium Rady Ministrow Zydzi maja 80 proc. posad. To samo na innych wyzszych stanowiskach" (H. Steinhaus, Wspomnienia i zapiski, Londyn 1992, s. 298). Inne nader ciekawe swiadectwo - zwierzenia zydowskiej lekarki Adiny Blady Szwajgier w rozmowie z Anka Grupinska: "Prosze nie zapominac, jaka byla rola Zydow w okresie powojennym. Kiedy dzis rozlicza sie zbrodnie stalinizmu.
A nie moge powiedziec, zeby tam Zydow nie bylo (...) Niech pani pamieta, ze wiekszosc tych Zydow, ktorzy wrocili po wojnie z Rosji, zajela natychmiast najlepsze stanowiska, ktorych nie mogliby zajac przed wojna. Latwiej bylo Zydowi o to stanowisko niz Polakowi. Bardzo madra polityka Stalina (...) Zydom bardziej wierzono niz Polakom (...) Ja mysle, ze Polacy po wojnie, wielu z nich przezylo potworny koszmar, i niestety utozsamiane jest to z Zydami" (por. A. Grupinska, Ciagle po kole. Rozmowy z zolnierzami getta warszawskiego, Warszawa 2000,
s. 184). Porownajmy te uwagi zydowskiej lekarki - swiadka wydarzen - z uogolnieniami Grossa na temat tego, jak to "antysemita" Stalin nie mial zadnego zamiaru preferowania Zydow. W tej samej relacji Adina Blady Szwajgier dodala: "Ta ojczyzna byla niedobra nie tylko dla Zydow, prawda? Zreszta po wojnie byla najmniej niedobra dla Zydow" (tamze, s. 186). Porownajmy te uwagi z roztaczanym przez Grossa obrazem nieszczesnych Zydow przesladowanych przez krwiozerczych Polakow. Uczciwy naukowiec, majacy inne zdanie od powyzszych swiadectw, ustosunkowalby sie do nich, przedstawilby powody, dla ktorych uwaza, ze ich autorzy sie mylili. Gross wybiera inna droge - totalnego przemilczenia wszystkich swiadectw, ktore nie pasuja do jego arcytendencyjnej skladanki swiadectw nienawisci. A moze wreszcie polscy luminarze z IPN czy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wzglednie z MSZ, zdobeda sie na jak najszerszy mozliwie wybor odmiennych od Grossa swiadectw zydowskich i wydadza je po angielsku, by skorygowac klamstwa Grossa. Tylko ze jak dotad nic a nic nie slyszymy o takiej inicjatywie, mimo ponawianych przeze mnie apelow w Radiu Maryja. A zdawaloby sie, ze jest to sprawa az nadto prosta i ewidentna, zwlaszcza w sytuacji, gdy mamy premiera, ktory tak mocno zaakcentowal potrzebe troski o wizerunek Polakow.
Postaram sie przytoczyc jeszcze kilka swiadectw zydowskich calkowicie sprzecznych z bredniami Grossa (duzo szerszy wybor zaprezentuje w formie ksiazkowej). Oto jak pisal na ten temat wybitny zydowski historyk i publicysta Feliks Mantel, ktory przez pewien czas po 1944 roku uczestniczyl w zyciu publicznym Polski zwanej ludowa. Po latach bardzo ostro wspominal obserwowany w Polsce po 1944 roku run na posady ze strony roznych osob zydowskiego pochodzenia, piszac: "Faktycznie Zydzi byli tylko instrumentem w rekach politykow sowieckich (...) Wina niezaprzeczona tych Zydow, polskich komunistow, jest to, ze dali sie uzyc jako instrument polityki sowieckiej, drogi dazacej do ujarzmienia narodu polskiego" (F. Mantel, Stosunki polsko-zydowskie. Proba analizy, Paryz 1986, s. 11). Gross oczywiscie przemilczal i to stanowisko wybitnego zydowskiego historyka i swiadka wydarzen od wewnatrz (jako wiceminister). Podobnie ocenia role jakze wielu Zydow komunistow znany naukowiec zydowskiego pochodzenia, byly dziekan Wydzialu Filozoficznego UW, odsuniety po marcu 1968 r. profesor Stefan Morawski. W tekscie publikowanym w ksiazce "Krajobraz po szoku" (Warszawa 1989,
s. 20) Morawski wyznawal: "(...) popelniono mnostwo bledow, wysuwajac tuz po wojnie ludzi pochodzenia zydowskiego na wysokie stanowiska w Sluzbie Bezpieczenstwa i wojsku.
A wiekszosc z nich na nie chyba nie zaslugiwala (...) Jestem przekonany, ze ta spolecznosc dala sie w niecny sposob wykorzystac jako instrument w dlugoletniej krucjacie ujarzmiania Polski przez Stalina [podkr.
- J.R.N.]. W swietle tego: nie to zawazylo, ze w polskiej partii komunistycznej - tak jak w ogole w historii ruchu komunistycznego - byl ogromny procent ludzi pochodzenia zydowskiego. Zawazylo to, ze tymi wlasnie ludzmi, poniewaz innych nie bylo, obsadzano najwyzsze i najlepsze stanowiska. A ludzie ci czestokroc nie mieli odpowiednich kwalifikacji, to byl za duzy kapelusz na owe glowy". Dodajmy do tych uwag prof. S. Morawskiego ocene zydowskiego publicysty z USA Jonathana Kaufmana z 1997 roku. Pisal on: "(...) gdy komunisci wzieli wladze po II wojnie swiatowej, potrzebowali lojalnych czlonkow partii, aby zapewnic czolowe stanowiska w rzadzie. Polityczne posluszenstwo liczylo sie bardziej niz wiek czy doswiadczenie. Lata zaraz po wojnie byly wspanialym okresem dla zydowskich komunistow [podkr. - J.R.N.]. Zydzi i inni lojalni komunisci zostali umieszczeni na czolowych stanowiskach w calym kraju, mimo ze niektorzy z nich mieli tylko niewiele ponad dwadziescia lat (...) (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 401).
Ciekawe, ze cytowany z namaszczeniem przez Grossa jako autor wysmienitego studium zydowski naukowiec Jaff Schatz ma bardzo odmienna od autora "Strachu" ocene szans kariery Zydow w Polsce pierwszych lat powojennych. Wedlug Schatza: "Z punktu widzenia nowego rezimu ci Zydzi byli zapleczem, na ktorym mozna bylo polegac i zmobilizowac do odbudowy kraju (...) Nie byli oni zwiazani ze srodowiskami [polskiego] spoleczenstwa antykomunistycznego, byli outsiderami w stosunku do uksztaltowanych przez Historie tradycji [polskich], bez zwiazkow z Kosciolem katolickim i znienawidzeni przez tych, ktorzy nienawidzili rezimu [komunistycznego]" (por. tamze, s. 402).
Porownajmy te uwagi prof. S. Morawskiego, J. Kaufmana czy J. Schatza z klamliwymi utyskiwaniami Grossa
(s. 222), jakoby zydowskie korzenie etniczne byly kolosalnym obciazeniem i przeszkoda w karierach Zydow w powojennej Polsce! Zreszta Gross w ogole o niezdolnych Zydach nie pisze. On wciaz zauwaza tylko tych "bardzo utalentowanych" i "przenikliwych", ktorym "zli Polacy", zarowno przyjaciele, jak i wrogowie, "nie chcieli za nic zapomniec ich zydowskosci" (por. s. 222).
Jeszcze dwa swiadectwa na koniec tego miniwyboru. Pierwsze to opinia slynnego zydowskiego partyzanta doby wojny, pozniej zakonnika Daniela Ruffeisena: "(...) i jeszcze do tego po wojnie Zydzi zle przysluzyli sie sprawom Polski" (cyt. za A. Tuszynska, Kilka portretow z Polska w tle, Gdansk 1993, s. 138). Drugie to opinia profesor zydowskiej literatury Ruth R. Weintraub, ktora przypomniala na lamach elitarnego zydowskiego czasopisma "Commentary" w styczniu 1987 roku, ze: "Sowieci maja dlugie doswiadczenie w wykorzystywaniu Zydow na swoja korzysc. Bardzo zrecznie pomogli oni w zatruciu stosunkow polsko-zydowskich po wojnie przez wyznaczenie wielu Zydow na widoczne pozycje wladzy w niepopularnym rzadzie komunistycznym".

Wybielanie Zydow w UB
Przejdzmy teraz do roli Zydow w bezpiece, skrajnie pomniejszanej przez Grossa. Oto, co pisze on na stronie 227: "Byle entuzjasta historii w Polsce moze wymienic z pol tuzina wysokich zydowskich funkcjonariuszy w Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego z tego okresu: Jozef Rozanski i jego zastepca Adam Humer z departamentu sledczego, dwoch wiceministrow
- Roman Romkowski i Mieczyslaw Mietkowski, Julia Brystygierowa, ktora kierowala departamentem nadzorujacym Kosciol katolicki i miala na oku intelektualistow, Anatol Fejgin i jego zastepca Jozef Swiatlo z arcysekretnego departamentu, ktory nadzorowal polityczna ortodoksje czolowych kadr komunistycznych. Ministerstwo Bezpieczenstwa Publicznego mialo o wiele wiecej zydowskich pracownikow, w szczegolnosci w kontrwywiadzie (Marcel Reich-Ranicki, ktorego cytuje we wstepie, byl tam zatrudniony krotko jako mlody czlowiek) i w Urzedzie Cenzury, i w roznych 'technicznych' departamentach (...)".
Czytajac to zestawienie, od razu trudno nie zdumiec sie z powodu pominiecia w nim czlowieka z samego szczytu - tj. Jakuba Bermana, odpowiedzialnego za bezpieczenstwo... i kulture w Biurze Politycznym KC PPR, a pozniej w BP KC PZPR. Uzupelnijmy tez podane przez Grossa "pol tuzina wysokich funkcjonariuszy" duzo pelniejsza galeria wysokich stopniem zydowskich "specow" od bezpieczenstwa. Znalezc sie w niej powinny chocby takie osoby, jak dowodca Korpusu Bezpieczenstwa Wewnetrznego Juliusz Hibner, dyrektor Gabinetu Ministra BP, pozniej m.in. p.o. dyrektor Departamentu III MBP Leon Ajzen-Andrzejewski, p.o. dyrektor Gabinetu Ministra BP Zygmunt Braude, dyrektor Centralnej Szkoly MBP w Lodzi, pozniej dyrektor Departamentu Spoleczno-Administracyjnego MSW Mieczyslaw Broniatowski, dyrektor Gabinetu Ministra BP Juliusz Burgin, dyrektor Departamentu VII, a pozniej dyrektor Departamentu III MBP Jozef Czaplicki, potocznie nazywany "Akowerem", bo wyspecjalizowal sie w przesladowaniu akowcow, dyrektor Gabinetu Ministra BP Michal Drzewiecki, dyrektor Departamentu Organizacji i Planowania MBP Michal Hakman, dyrektor Departamentu Szkolenia MBP Maria Kaminska, dyrektor Departamentu IV MBP Jozef Kratko, dyrektor Departamentu Wieziennictwa MBP Dagobert Jerzy Lancut, dyrektor Departamentu Centralnego Archiwum MBP Zygmunt Okret, dyrektor Departamentu II Leon Rubinsztejn (pozniej rownoczesnie dyrektor Departamentu Ochrony Rzadu), dyrektor Departamentu IV MBP Aleksander Wolski-Dyszko, p.o. dyrektor Departamentu II MBP Michal Taboryski, dyrektor Departamentu Sluzby Zdrowia MBP Leon Gangel, dyrektor Centralnych Konsumow MBP Feliks Goldsztajn, wicedyrektor Departamentu Finansowego MBP Edward Kalecki, dyrektor Departamentu Sluzby Zdrowia MBP Ludwik Przysuski, wicedyrektor Departamentu Sluzby Zdrowia MBP Leon Stach, wicedyrektor Departamentu VII MBP Marek Fink, wicedyrektor Departamentu Szkolenia MBP Helena Gruda, wicedyrektor Departamentu IV MBP Bernard Konieczny, wicedyrektor Departamentu III Czeslaw Runger, dyrektor Departamentu VII MBP Waclaw Komar, dyrektor Biura Wojskowego MBP Roman Garbowski, wicedyrektor Departamentu I MBP Julian Konar, szef Sluzby Zdrowia MBP Kamil Warman (por. kolejne "Listy bezpiecznikow", "Gazeta Polska" 6.06.1996, 13.06.1996, 20.06.1996, 27.06.1996, 18.07.1996, 1.08.1996, 26.09.1996; L. Zebrowski, Zydzi w UB, "Gazeta Polska" z 22.06.1995).
Prawdziwa Liga Dyrektorow. Przyklady tego typu osob narodowosci zydowskiej na kluczowych stanowiskach w bezpiece mozna by jeszcze bardzo dlugo mnozyc (por. szerzej zrodlowe opracowanie M. Piotrowskiego, Ludzie bezpieki w walce z Narodem i Kosciolem. Sluzba Bezpieczenstwa w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w latach 1944-1978 - Centrala, Lublin 2000,
s. 313-345). Przypomnijmy tu, ze ambasador sowiecki w Warszawie Wiktor Lebiediew, ktory "niezle znal Polske" (w ocenie historyka prof. A. Paczkowskiego), w raporcie wyslanym do Moskwy 10 lipca 1949 r. zwrocil uwage, ze w MBP, poczynajac od wiceministrow poprzez dyrektorow departamentow, nie ma ani jednego Polaka. Wszyscy sa Zydami" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: A. Paczkowski, Zydzi w UB: proba weryfikacji stereotypu, [w:] Komunizm. Ideologia, system, ludzie, red.
T. Szarota, Warszawa 2001, s. 202). Warto tu dodac, ze sam prof. A. Paczkowski stwierdzil w cytowanym wyzej opracowaniu (op. cit., s. 198), ze: "Zachowujac niezbedna ostroznosc wolno chyba stwierdzic, iz w istocie, czemu nikt zreszta nie zaprzecza, w aparacie bezpieczenstwa istniala populacyjna nadreprezentacja Zydow, ze zajmowali raczej wyzsze niz niskie stanowiska oraz ze im wyzej w hierarchii, tym odsetek ich byl wiekszy". Profesor A. Paczkowski wyraznie nie docenil Grossa, ktory juz w kilka lat po jego opracowaniu z werwa probuje w "Strachu" zaprzeczac tezom o "nadreprezentacji Zydow".
Ostatnim rozpaczliwym argumentem niektorych osob probujacych przeciwstawic sie twierdzeniom o przemoznej roli Zydow w UB jest powolywanie sie na fakt, ze jednak na czele Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego stal Polak - minister Stanislaw Radkiewicz. Tylko ze osoby powolujace sie na to jakos dziwnie nie dodaja podstawowej informacji, niegdys powszechnie znanej - o tym, ze ten jedyny Polak na wysokim stanowisku w MBP byl w swym ministerstwie zalosnym figurantem wobec swoich zydowskich podwladnych. Gral dokladnie te sama podrzedna marginesowa role co inny Polak figurant - minister sprawiedliwosci Swiatkowski - wobec swego wszechmocnego zastepcy Leona Chajna, faktycznie kierujacego resortem sprawiedliwosci. Radkiewicz byl ozeniony z Zydowka Ruta Teitsch (por. glosna ksiazke zydowskiego autora Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995, s. 299). Wedlug samokrytyki zastepcy Radkiewicza, wiceministra R. Romkowskiego (Natana Grünspan-Kikiela): "Kierownictwo partyjne dobrze wiedzialo, co soba przedstawia Radkiewicz - czlowiek, z ktorym najlepiej mozna bylo rozmawiac na tematy jeleni, saren, dzikow, polowania, czlowiek, ktory nazajutrz najczesciej zapominal referowana mu sprawe operacyjna, ktory nigdy nie przeczytal ani jednej sprawy operacyjnej czy sledczej" (cyt. za: S. Marat, J. Snopkiewicz, Ludzie bezpieki, Warszawa 1990, s. 140). Nici wszystkich spraw w bezpiece znajdowaly sie w rekach zydowskich podwladnych Radkiewicza. Wiedzieli oni, podobnie jak na gorze J. Berman, o bardzo kompromitujacej tajemnicy Radkiewicza, ktora ulatwiala calkowite trzymanie go w reku. Chodzilo o to, ze Radkiewicz po aresztowaniu przed wojna jako sekretarz KZMP podpisal na policji tzw. lojalke (por. tamze, s. 141 - z notatek Romkowskiego).
Do typowych manipulacji Grossa nalezy proba maksymalnego zanizenia roli Zydow w UB przez wyeksponowanie danych z dwoch wojewodztw, gdzie bylo najmniej Zydow w UB: lubelskiego i rzeszowskiego (s. 229), idaca w parze z rownoczesna proba podwazenia wiarygodnosci informacji na temat danych z paru wojewodztw o wielkim procencie Zydow w UB. Chodzilo m.in. o raport glownego doradcy sowieckiego przy MBP Nikolaja Seliwanowskiego, wyslany do Berii 20 pazdziernika 1945 r., wedlug ktorego Zydzi stanowili 82,3 proc. pracownikow UB w Radomiu (por. s. 228-229). Gross podwaza rowniez dane raportu inspektora KC PZPR z sierpnia 1945 r., stwierdzajacego, ze Zydzi stanowili polowe lodzkiego UB. Jedynym argumentem dla podwazenia tych informacji - bez dowodu - jest przejeta od A. Paczkowskiego ocena, ze dane o tak wysokiej nadreprezentacji Zydow w UB w Radomiu wydaja sie "mniej prawdopodobne". Za pewnik oczywiscie przyjmuje dane z dwoch okregow, gdzie podano niewielka liczbe Zydow.
Gross calkowicie przemilcza bardzo niewygodne dla niego dane zebrane przez amerykanskiego korespondenta wojennego i reportera pochodzenia zydowskiego Johna Sacka w czasie siedmiu lat pracy nad ksiazka "Oko za oko". W ksiazce tej, poswieconej sprawie ludobojczych zbrodni Zyda Salomona Morela i jego podwladnych w UB w obozie w Swietochlowicach w 1945 r., Sack powolywal sie m.in. na informacje Pinka Maki, bylego sekretarza urzedu Bezpieczenstwa Publicznego na terenie Slaska, ze w podleglym mu regionie liczba zydowskich oficerow bezpieczenstwa wynosila od 150 do 225. Wedlug Sacka, od 70 do 75 procent oficerow bezpieczenstwa na tym terenie bylo Zydami (por. J. Sack, Oko za oko, Gliwice 1995, s. 292).
Gross swiadomie pomija szczegolnie istotny dla oceny znaczenia Zydow w terenowych organizacjach UB stopien zajmowania przez nich glownych funkcji kierowniczych. Tym cenniejsze na tym tle sa informacje Sacka, ktory podaje na stronie 95, ze Zyd z pochodzenia major Josef Jurkowski byl szefem Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego. Z kolei na stronach 227 i 344 Sack informuje, ze we Wroclawiu Zydami byli dowodca policji, szef zajmujacej sie Niemcami sekcji UB, szef korpusu Bezpieczenstwa Wewnetrznego pulkownik Rubinsztejn z Lodzi i burmistrz miasta Boleslaw Drobner. Wczesniej pisalem juz w "Naszym Dzienniku" o ogromnej nadreprezentacji Zydow w Kielcach, poczawszy od postaci szefa tamtejszego Wojewodzkiego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego Andrzeja Korneckiego (Dawida Kornhendlera) i zastepcy szefa Powiatowego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego Alberta Grünbauma. Warto zaznaczyc, ze Henryk Pajak i Stanislaw Zochowski w ksiazce "Rzady zbirow 1940-1990" (Lublin 1996, s. 141), wymieniajac najbardziej eksponowanych zbirow UB, wyliczyli miedzy innymi nastepujacych wojewodzkich szefow UB zydowskiego pochodzenia: Jana Tataja, szefa WUBP w Kielcach, Tadeusza Paszte, szefa WUBP w Warszawie, Jozefa Mrozka, szefa WUBP w Gdansku, Jozefa Plute, zastepce szefa UB w Bialymstoku, Jana Olkowskiego, szefa WUBP w Krakowie, Zbigniewa Paszkowskiego, szefa UBP na miasto Warszawe, plk. Korneckiego, szefa WUBP w Poznaniu.
 
Nowe falsze Grossa (10) - Zbrodnie bezpieki i sadownictwa!
 
Negowanie przez Grossa znaczenia roli Zydow w UB jest sprzeczne z podstawowymi faktami ustalanymi przez historykow. Cytowalem juz w poprzednim szkicu uwagi o - lagodnie mowiac - "nadreprezentacji Zydow w UB", sformulowane przez historyka prof. Andrzeja Paczkowskiego. Gross, skadinad chetnie cytujacy akurat prof. Paczkowskiego, calkowicie pominal jego ocene na temat "nadreprezentacji Zydow". Jednoznacznie pisze o "nadreprezentatywnosci Zydow w UB" inny czolowy historyk IPN-owski dr hab. Jan Zaryn w swym najnowszym opracowaniu ksiazce "Wokol pogromu kieleckiego" (Warszawa 2006, s. 86). O bardzo niefortunnych dysproporcjach, wynikajacych z nadmiernej liczebnosci Zydow w UB, pisali rowniez niejednokrotnie duzo rzetelniejsi od Grossa autorzy zydowscy, np. Michael Checinski, byly funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w 1982 r. w Nowym Jorku ksiazce "Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism" (s. 63-64). Zydowski autor wydanej w Paryzu w 1984 r. ksiazki "Les Juifs en Pologne et Solidarnosc" ("Zydzi w Polsce i Solidarnosc") Michel Wiewiorka pisal na s. 122: "Ministerstwo spraw wewnetrznych, zwlaszcza za wyjatkiem samego ministra, bylo kierowane w roznych departamentach przez Zydow, podczas gdy doradcy sowieccy zapewniali kontrole jego dzialalnosci".

Zwrocmy przy tym uwage na inna bardzo znaczaca manipulacje Grossa. Na szeregu stron "Strachu" stara sie on calkowicie zanegowac wobec amerykanskich czytelnikow jakiekolwiek znaczenie roli Zydow w UB. Rownoczesnie jednak Gross calkowicie przemilcza bardzo duze wplywy, wrecz dominacje zydowskich komunistow w innych sferach wladzy, takich jak sadownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad 50-stronicowej czesci ksiazki poswieconej "zydokomunie" nawet jednym zdaniem nie wspomina o tym amerykanskim czytelnikom, cynicznie utrzymujac ich w totalnej nieswiadomosci na ten temat. Typowy przyklad "uczciwosci" pisarskiej Grossa! Powrocmy jednak do sprawy roli Zydow w bezpiece. Gross przemilcza fakt, ze jej wyjatkowosc polegala nie tylko na tak usilnie podwazanej przez niego nadmiernej liczebnosci, lecz takze na splamieniu sie przez zydowskich funkcjonariuszy UB bardzo wielu przykladami ogromnego okrucienstwa, brakiem jakichkolwiek skrupulow i brutalnym lamaniem prawa wobec polskich wiezniow politycznych. Rzecz znamienna - zlowieszcza rola zydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w kazdej bardziej znaczacej zbrodni UB, od ludobojczych mordow w obozie w Swietochlowicach poczawszy, poprzez sadowe mordy na generale Fieldorfie "Nilu" i rotmistrzu Pileckim po proces gen. Tatara i wspoloskarzonych wyzszych wojskowych. Czy to byl przypadek?

Zbrodnie bezpieki
Pomine tu dokladne relacjonowanie jednej z najhaniebniejszych zbrodni UB na gen. "Nilu" (Emilu Auguscie Fieldorfie), szeroko opisanej przeze mnie w "Naszym Dzienniku" z 2 i 16 grudnia 2002 roku. Przypomne tylko, ze glowni winowajcy zabojstwa tego polskiego bohatera to w przewazajacej czesci zydowscy komunisci. Byla wsrod nich czerwona prokurator Helena Wolinska (Fajga Mindla-Danielak), ktora zadecydowala o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a pozniej rownie bezprawnie przedluzala czas jego aresztowania. Wyrok smierci na generala w sfabrykowanym procesie wydala sedzina komunistka zydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand, corka Moryca i Frajdy z domu Einseman. Dodajmy do tego zydowskie pochodzenie trzech z czterech osob wchodzacych w sklad kolegium Sadu Najwyzszego, ktore zatwierdzily wyrok smierci na polskiego bohatera (sedziego dr. Emila Merza, sedziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cala trojka pozniej dozywala ostatnich lat swego zycia w Izraelu. Przypomnijmy rowniez, ze wczesniej w rozprawie pierwszej instancji oskarzal gen. "Nila" jeden z najbezwzgledniejszych prokuratorow zydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech. Dodajmy, ze prawdopodobnie sam Jozef Rozanski (Goldberg) wreczal przesluchujacemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Gorskiemu tzw. pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytan, ktore mial zadawac wiezniowi (wg P. Lipinski, Temat zycia: wina, Magazyn "Gazety Wyborczej", 18 listopada 1994 r.). Warto przypomniec w tym kontekscie fragment rozmowy Slawomira Bilaka z Maria Fieldorf-Czarska, corka zamordowanego generala. Powiedziala ona m.in.: "Pytam sie dlaczego nikt nie mowi, ze w sprawie mego ojca wystepowali wylacznie sami Zydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarzali i sadzili Zydzi" (cyt. za: Temida oczy ma zamkniete. Nikt nie odpowie za smierc mojego ojca, "Nasza Polska", 24 lutego 1999 r.).
Przypomnijmy teraz jakze haniebna sprawe wydania wyroku smierci na jednego z najwiekszych polskich bohaterow rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w 1948 roku. Czlowieka, ktory dobrowolnie dal sie aresztowac, aby trafic do Oswiecimia i zbadac prawde o sytuacji w obozie, a pozniej stal sie tam tworca pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, ktorego wybitny angielski historyk Michael Foot nazwal "sumieniem walczacej przeciw hitlerowcom Europy" i jedna z kilku najwybitniejszych i najodwazniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu. Otoz - jak pisal na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i wspoloskarzonych z nim w procesie Tadeusz M. Pluzanski: "Wyroki zapadly juz wczesniej - wydal je dyrektor departamentu sledczego MBP Jozef Goldberg Rozanski [podkr. J.R.N.]. Podczas jednego z przesluchan powiedzial Pluzanskiemu: "Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki smierci. Przyjda, wyprowadza, pieprzna ci w leb, i to bedzie taka zwykla ludzka smierc" (por. T.M. Pluzanski, Prokurator zadan specjalnych, "Najwyzszy Czas", 5 pazdziernika 2002 r.). Warto przy okazji stwierdzic, ze jednym z czlonkow kolegium Najwyzszego Sadu Wojskowego, ktory 3 maja 1948 r. zatwierdzil wyrok smierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., byl sedzia Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Pluzanski, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, "Najwyzszy Czas", 27 pazdziernika 2001 r.).
Pomine tu szersze relacjonowanie jednej z najczesciej przypominanych zbrodni - ludobojczego wymordowania okolo 1650 niewinnych wiezniow w ciagu niecalego roku przez Salomona Morela i podleglych mu zydowskich oprawcow z UB (zob. na ten temat szerzej ksiazke autora jakze rzetelnego zydowskiego samorozrachunku Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995). Przypomne tu tylko jedna z ulubionych "zabaw" ludobojczego "kata ze Swietochlowic" S. Morela, polegajaca na ustawianiu piramid z ludzi, ktorym kazal sie klasc czworkami jedni na drugich. Gdy stos cial byl juz dostatecznie duzy, wskakiwal na nich, by jeszcze zwiekszyc ciezar. Po takich "zabawach" ludzie z gornych czesci stosu wychodzili w najlepszym wypadku z polamanymi zebrami, natomiast dolna czworka ladowala w kostnicy. Duzo mniej znane sa pozniejsze zbrodnie, popelnione przez Morela na mlodocianych polskich wiezniach politycznych "reedukowanych" w obozie w Jaworznie. Morel zastapil tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W ksiazce Marka J. Chodakiewicza, Zydzi i Polacy 1918-1945 (Warszawa 2000, s. 410), czytamy: "Miedzy 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarlo okolo 10 tysiecy wiezniow". Te az tak przerazajace dane liczbowe brzmia wprost niewiarygodnie i wymagaja gruntownego sprawdzenia, choc Chodakiewicz przytacza je za zrodlowa praca M. Wyrwicha, (Lagier Jaworzno, Warszawa 1995). Rozne relacje potwierdzaja w kazdym razie wyjatkowe okrucienstwo okazywane wobec mlodocianych polskich wiezniow przez komendanta Morela. Poczawszy od witania przez niego kolejnych transportow mlodocianych wiezniow typowym dlan powitaniem: "Popatrzcie na slonce, bo niektorzy widza je po raz ostatni!". Czy slowami: "Jestescie bandytami, pokazemy wam tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko wladzy ludowej". (Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczyslawa Wiele "Listu otwartego do premiera rzadu RP" ("Jaworzniacy" nr 2/29 z lutego 1999 r.). Poza katuszami fizycznymi Morel lubil zadawac swoim ofiarom rozne udreki psychiczne. Na przyklad kazal pisac po tysiac razy: "Nienawidze Pilsudskiego" (wg M. Wyrwich, Lagier Jaworzno, Warszawa 1995, s. 90). Ludobojczy zbrodniarz S. Morel dostaje wciaz polska rente - mniej wiecej 5 tys. zl.
Czolowy historyk IPN dr hab. Jan Zaryn pisal niedawno: "Doswiadczenia z lat 1944-1945 jedynie utrwalaly stereotyp zydokomuny. 'NKWD przy pomocy pozostalych Zydow urzadza krwawe orgie' - meldowal Wladyslaw Liniarski 'Mscislaw', komendant Okregu AK w Bialymstoku w styczniu 1945 r. do 'polskiego Londynu'. (...) Polacy po wojnie, uzywajac hasla 'zydokomuna', poslugiwali sie zatem stereotypem wytworzonym przez samych Zydow komunistow. Zydzi stawali sie zatem wspolodpowiedzialnymi za cierpienia Polakow, w tym za utrate - po raz kolejny - niepodleglosci panstwowej. Do rodzin docieraly szczegoly tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach ich najblizsi - czesto zolnierze podziemia niepodleglosciowego. 'Gdy wyszedlem z karceru, zaraz wzieli mnie na gore i enkawudzista Faber [Samuel Faber - przypis J. Zaryna], (kto on byl, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Zyd) (...) kazal mnie zwiazac. Zawiazali mi usta szmata i miedzy rece i nogi wsadzili mi kij, na ktorym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczeli mi wlewac chyba rope. Po jakims czasie przestali. Przytomnosci nie stracilem, wiec wszystko do konca czulem. Dostalem od tego krwotoku (...)' - wspominal Jakub Gorski 'Jurand', zolnierz AK (...). Inny dzialacz podziemia niepodleglosciowego, Mieczyslaw Grygorcewicz, tak zapamietal pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie: (...) Na pytania zadawane przez Swiatle - szefa Wojewodzkiego Urzedu Bezpieczenstwa poczatkowo nie odpowiadalem, bylem obojetny na wszystkie grozby i krzyki, opanowala mnie apatia, przede mna stanela wizja smierci. Przeciez jestem w rekach wroga, i to w rekach zydowskich, ktorych w UB nie brakowalo. Poczulem do nich ogromny wstret, przeciez mialem do czynienia z szumowina spoleczna, przewaznie wychowana w rynsztoku nalewkowskim. Swiatlo - Zyd z pochodzenia, majac pistolet w reku, oswiadczyl mi, ze jezeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli mi w leb (...) Swiatlo przyprowadzil Halickiego, kierownika sekcji sledczej, ktory rowniez byl Zydem, i ten rozpoczal sledztwo wstepne (...) Oficerowie ubowscy zmieniali sie czesto (...). Szczegolnie jeden z nich brutalnie i ordynarnie do mnie sie odzywal, grozil kara smierci bez sadu. Jak sie pozniej dowiedzialem od sledczego porucznika Lojki - byl to sam Rozanski, zastepca Radkiewicza, ministra bezpieczenstwa. W takiej sytuacji i wsrod tej zgrai zydowskiej bylem przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (...)". (cyt. za J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, we: "Wokol pogromu kieleckiego", Warszawa 2006, s. 86-88).
Przypomnijmy, ze wymieniony tu Jozef Rozanski (Goldberg), dyrektor Departamentu Sledczego w MBP zyskal sobie zasluzona slawe najokrutniejszego kata bezpieki. Od bylego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, ktory byl jedna z ofiar "piekielnego sledztwa" prowadzonego pod nadzorem Rozanskiego, wiemy, jakie byly metody katowania wiezniow przesluchiwanych w MBP. Sposrod 49 rodzajow maltretacji i tortur, ktorym go poddawano, Moczarski wymienil m.in.:
"1. bicie palka gumowa specjalnie uczulonych miejsc ciala (np. nasady nosa, podbrodka i gruczolow sluzowych, wystajacych czesci lopatek itp.);
2. bicie batem, obciagnietym w tzw. lepka gume, wierzchniej czesci nagich stop - szczegolnie bolesna operacja torturowa;
3. bicie palka gumowa w piety (seria po 10 uderzen na piete - kilka razy dziennie);
4. wyrywanie wlosow ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gesi), z brody, z piersi oraz z krocza i narzadow plciowych;
5. miazdzenie palcow miedzy trzema olowkami (...);
6. przypalanie rozzarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (...)
8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (...)" (cyt. za K. Moczarski, Piekielne sledztwo, "Odrodzenie", 21 stycznia 1989 r.).
Inny zydowski dygnitarz MBP - Jozef Swiatlo nadzorowal tajne wiezienie w Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznan nalezalo m.in. skazywanie na kleczenie na podlodze z cegiel z podniesionymi do gory rekami przez 5 godzin, przepedzanie nago korytarzami z jednoczesnym chlostaniem stalowymi pretami, bicie palka spleciona ze stalowych drutow (wg T. Grotowicz, Jozef Swiatlo, "Nasza Polska", 22 lipca 1998 r.). O tych wszystkich okrucienstwach i zbrodniach zydowskich katow z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w ksiazce Grossa, tak chetnie i obszernie rozpisujacego sie o zbrodniach popelnionych przez Polakow na Zydach.
Warto przypomniec, ze Rozanski (Goldberg) byl odpowiedzialny za dzialanie tajnej grupy ubeckich mordercow, ktorzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie wybranych zolnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu bylego kapelana 27. dywizji AK ksiedza Antoniego Dabrowskiego.
Wsrod skrytobojczo zamordowanych po wywiezieniu z wiezienia do lasu byl m.in. pulkownik AK Aleksander Bielecki, na ktorym bezpiece nie udalo sie wymusic oczekiwanych zeznan, oraz jego zona.
Warto przypomniec, ze zydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor naczelny organu KC PZPR "Trybuny Ludu", byl tym dzialaczem, ktory najgwaltowniej gardlowal za zaostrzeniem represji wobec przeciwnikow politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w pazdzierniku 1944 roku. "Wslawil sie" wowczas powiedzeniem: "Przerazenie ogarnia, ze w tej Polsce, w ktorej partia jest hegemonem, nie spadla nawet jedna glowa" (cyt. za P. Lipinski, Boleslaw Niejasny, Magazyn "Gazety Wyborczej", 3 maja 2000 r.). I glowy polskich patriotow, glownie AK-owcow, zaczely spadac w przyspieszonym tempie na skutek rozpetanej wowczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw Narodowi. I tak np. w grudniu 1944 r. doszlo do rozstrzelania pieciu AK-owcow w piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawe prowadzil prokurator wojskowy narodowosci zydowskiej (wg: Mgr Marek Kolasinski, sedzia Sadu Apelacyjnego w Lublinie, Raport o sadowych morderstwach, Warszawa 1994, s. 108).
Jaskrawe przyklady okrucienstwa zydowskich sledczych wobec przesluchiwanych polskich oficerow znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej. Jerzy Poksinski opisal np., jak to "kpt. Mateusz Frydman chwytal przesluchiwanych oficerow za gardlo i tlukl ich glowa o sciany, powiedzial do majora Krzysika: "Zastrzele cie, a grob zaorze, aby ci Anders nie mogl pomnika wystawic" (por. J. Poksinski, TUN. Tatar - Utnik - Nowicki, Warszawa 1992, s. 38). W sprawie bydgoskiej zmarl zameczony plk Jozef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych oficerow, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarl zameczony w wiezieniu plk Julian Zaleski. Stracil on zycie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez jednego z najbezwzgledniejszych zydowskich oprawcow - szefa Glownego Zarzadu Informacji Wojska Polskiego plk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem" (por. A.K. Kunert - J. Poksinski, Plk Stefan Kuhl, "Zycie Warszawy", 24 lutego 1993 r.).
Dyrektor departamentu V MBP zydowska komunistke Lune Brystygierowa, wyspecjalizowana w przesladowaniu Kosciola katolickiego i inteligencji patriotycznej, nazywano "krwawa Luna" z powodu wyjatkowej bezwzglednosci, z jaka przesluchiwala wiezniow. Zolnierz AK i byly wiezien polityczny Anna Roszkiewicz-Litwinowiczowa pisala w swych wspomnieniach, iz: "Julia Brystygierowa slynela z sadystycznych tortur zadawanych mlodym wiezniom, byla zdaje sie zboczona na punkcie seksualnym, i tu miala pole do popisu" (por. A. Roszkiewicz-Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okregu Warszawa AK 1943-1944. Wiezienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).
Do najhaniebniejszych spraw nalezalo aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych oskarzen majora Mieczyslawa Slabego, bylego lekarza westerplatczykow, najslynniejszej bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku. Major Slaby juz po kilku miesiacach przesluchan zmarl w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych podczas sledztwa. Jego sprawe prowadzil wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojzeszowicz), Zyd z pochodzenia. On to napisal wlasnoreczne rzekome "zeznania" mjr. Slabego, przyznajacego sie w nich do tego, jakoby "dzialal na szkode panstwa polskiego". Majora Slabego nakloniono zas odpowiednimi metodami do podpisania sformulowanych przez prokuratora Mojsezona zeznan. Skatowany major umarl przed skazaniem i wyrokiem.
Na wyjasnienie ciagle czeka po dwukrotnych umorzeniach sledztwa (w 1993 i 1995 r.) sprawa kulisow smierci w gmachu Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego jednego z bohaterow ksiazki Aleksandra Kaminskiego z batalionu "Zoska" - Jana Rodowicza ps. "Anoda". Byl jedna z postaci slynnych z niewiarygodnej wrecz odwagi, poswiecenia i zdolnosci do ryzyka. Za swe wojenne zaslugi byl odznaczony Krzyzem Walecznych (dwukrotnie) i Krzyzem Virtuti Militari. Wszechstronnie uzdolniony, studiowal na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy padl ofiara represji. Aresztowano go w wigilie Bozego Narodzenia 1948 r. i zabrano do ubeckiej katowni. Jego przesluchiwaniami kierowal naczelnik V Departamentu MBP major zydowskiego pochodzenia Wiktor Herer (pozniej profesor ekonomii). Zaledwie w dwa tygodnie po aresztowaniu legendarny "Anoda" zginal w gmachu MBP. Z informacji zlozonych w prokuraturze przez innego czlonka batalionu "Zoska", uwiezionego w tym samym czasie, co "Anoda", Rodowicz zostal zastrzelony przez Bronislawa K. z MBP. Byly naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczyl wersji o zamordowaniu "Anody". Podtrzymal stara oficjalna wersje, jakoby "Anoda" popelnil samobojstwo, skaczac na parapet otwartego okna i wyskakujac z czwartego pietra. Wersja ta wydaje sie dosc nieprawdopodobna, chocby ze wzgledu na to, ze byl wowczas srodek zimy - 7 stycznia 1949 r. Jak wiec wytlumaczyc twierdzenie, ze w takim czasie w budynku MBP na czwartym pietrze bylo otwarte okno?
Generalnie ciagle za malo znane sa liczne zbrodnie popelnione w roznych wojewodztwach na polecenie i pod dowodztwem miejscowych zydowskich ubekow. Typowym przykladem pod tym wzgledem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach - zdemobilizowanych zolnierzach AK i NSZ dokonanej w Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku. W toku postepowania prokuratorskiego w labach 90. bezspornie udowodniono, ze mordu dokonali pracownicy Powiatowego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem owczesnego UB w Siedlcach byl por. Edward Slowik, oficer narodowosci zydowskiej, majacy za "doradce" oficera NKWD - majora Timoszenke. W momencie zbrodni w calym owczesnym siedleckim UB na okolo 50 pracownikow, okolo 20 bylo narodowosci zydowskiej. Wedlug historyka Marka J. Chodakiewicza, wiekszosc uczestnikow porwan i zabojstw 16 bylych zolnierzy podziemia niepodleglosciowego w Siedlcach, a wsrod nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, zostala przeniesiona sluzbowo do innych miejscowosci (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 466).
Sposrod zbrodniczych oficerow sledczych zydowskiego pochodzenia warto osobno wymienic majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastepce szefa Wydzialu IV GZI w latach 1949-1951. Wedlug raportu komisji Mazura prowadzil on sledztwo wymierzone przeciw gen. Tatarowi, plk. Uzieblo, plk. Sidorskiemu, plk. Barbasiewiczowi, plk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy uzyciu bardzo brutalnych metod przesluchan. Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerow po przyznaniu sie do "win" zostalo skazanych przez stalinowskie sady na kare smierci plk Scibor, plk Barbasiewicz i plk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy Maciechowski, "Nasza Polska" z 10 lutego 1999).

Mordercy sadowi
Osobny obszerny temat, ktory tu przedstawiam bardzo skrotowo, to sprawa rozlicznych odpowiedzialnych sedziow zydowskiego pochodzenia typu wspomnianej juz prokurator Heleny Wolinskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sedziny Marii Gurowskiej. Wymienmy tu m.in. takie osoby, jak zastepce prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastepce szefa Najwyzszego Sadu Wojskowego i szefa Zarzadu Wojskowego Oskara Szyje Karlinera (doprowadzil on do takiego opanowania stanowisk w tym zarzadzie przez oficerow zydowskiego pochodzenia, ze instytucje te zlosliwie nazywano "Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego"), szefa Glownego Zarzadu Informacji Wojska Polskiego plk. Stefana Kuhla, prokuratora Benjamina Wajsblecha, sedziego Stefana Michnika, pplk. Filipa Barskiego (Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka (Nataniela Trau), prokuratora Henryka Holdera, sedziego Najwyzszego Sadu Wojskowego Marcina Danziga, sedziego plk. Zygmunta Wizelberga, sedziego Aleksandra Wareckiego (Weishaupta), prokuratora plk. Kazimierza Graffa, sedziego Emila Merza, plk. Jozefa Feldmana, plk. Maksymiliana Litynskiego, plk. Mariana Frenkla, plk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorow w Prokuraturze Generalnej: Benedykta Jodelisa, Pauline Kern, plk. Feliksa Aspisa, plk. Eugeniusza Landsberga, etc., etc. Dosc przypomniec, ze tylko w 1968 r. wyjechalo okolo 1000 osob z dawnego aparatu wladzy, skompromitowanych udzialem w sluzbach specjalnych UB, etc. (wedlug informacji podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej przez wybitnego badacza najnowszej historii plk. J. Poksinskiego). A przypomnijmy, ze czesc zydowskich ubekow i mordercow sadowych, najbardziej skompromitowanych dzialaniami w aparacie terroru, opuscila Polske juz wczesniej, w pierwszych latach po 1956 r. Porownajmy te dane ze skrajnie probujacym pomniejszyc role Zydow w aparacie represji J.T. Grossem, wypisujacym na s. 236 uwagi o "paru tuzinach Zydow" (czy 67, 131, czy nawet 438), "dzialajacych jako pacholki Stalina".
Wspomne tu tylko bardzo skrotowo o kilku malo swietlanych postaciach z kregu sadownictwa. Do najbardziej bezwzglednych prokuratorow zydowskiego pochodzenia nalezal Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy Simoberg, byly przewodniczacy Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego w latach 1937-1938. 26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydzialu do Spraw Doraznych Sadu Okregowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokolowie Podlaskim doprowadzil do skazania na kare smierci 10 zolnierzy AK. Juz nastepnego dnia Graff wydal rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owcow, "aby nie zdazyli zlozyc przyslugujacej im z mocy prawa prosby o ulaskawienie" (wg: T.M. Pluzanski, Przypadek prokuratora Graffa, "Najwyzszy Czas", 6 lipca 2002 r.). Dzieki swej bezwzglednosci po serii mordow sadowych Graff szybko awansowal do rangi zastepcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pulkownika. Byl glownym oskarzycielem w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanislawa Sojczynskiego "Warszyca", doprowadzajac do wydania wyrokow smierci na "Warszyca" i szereg innych wspoloskarzonych. Glowna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu ustalila, ze w sprawie tej "mialo miejsce morderstwo sadowe" (por. tamze). Graff "zaslynal" m.in. jako wspolautor aktu oskarzenia w sfabrykowanym procesie gen. S. Tatara i innych wyzszych wojskowych, majacym wykryc "spisek w wojsku" (por. tamze). Opracowany przezen akt oskarzenia uznany zostal jednak za zawierajacy wiele oskarzen "zbyt naiwnych i musieli go przerabiac dwaj duzo bardziej doswiadczeni od Graffa spece od stalinowskich sledztw - A. Fejgin i J. Rozanski.
Morderca sadowy Stefan Michnik, brat obecnego redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, blyskawicznie awansowal w wieku zaledwie 27 lat do rangi kapitana, mimo ze nie posiadal matury. "Zasluzyl sie" tak swa gorliwoscia w sfabrykowanych procesach politycznych. Juz jako podporucznik byl sedzia wydajacym wyroki w sfabrykowanych procesach mjr. Zefiryna Machalli, plk. Maksymiliana Chojeckiego, mjr. Jerzego Lewandowskiego, plk. Stanislawa Weckiego, mjr. Zenona Tarasiewicza, pplk. Romualda Sidorskiego, pplk. Aleksandra Kowalskiego. 10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na smierc przez S. Michnika mjr. Z. Machalle (zostal zrehabilitowany posmiertnie 4 maja 1956 r.). 8 grudnia 1954 r. zmarl w niecaly miesiac po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary wiezienia skazany przez Michnika na kare 13 lat wiezienia plk Stanislaw Wecki. Na szczescie nie wykonano wyrokow smierci na skazanych przez S. Michnika na smierc plk. M. Chojeckim i mjr. J. Lewandowskim. W 1951 r. zostal stracony z wyroku S. Michnika mjr Karol Sek (w procesie podlaskiego NSZ). W tym samym procesie podlaskiego NSZ Michnik wydal jeszcze dwa wyroki smierci: jeden wykonano (na Stanislawie Okuninskim), inny (na Tadeuszu Moniuszce) zlagodzono na dozywocie. W "Zyciu" z 11 lutego 1999 r. pisano, ze wedlug informacji redakcji S. Michnik wydal okolo 20 wyrokow smierci w procesach politycznych.
A swoja droga, ciekawe, w jaki sposob Kieresowski IPN wycofal sie po cichu, rakiem, z szumnie zapowiedzianej obietnicy wystapienia do Szwecji o ekstradycje Stefana Michnika. Mam przed soba numer "Zycia Warszawy" z 10 sierpnia 2000 roku, w ktorym nie kto inny, jak prof. Witold Kulesza, po dzis dzien szef pionu sledczego w IPN, szumnie zapowiadal, ze Instytut Pamieci Narodowej bedzie sie domagal ekstradycji Stefana Michnika. Ciekawe, jakie to wzgledy (czyzby troska o to, zeby nie oslabiac "autorytetu" Adama Michnika?) zdecydowaly o wycofaniu sie z tej zapowiedzi? Warto przy tym zapytac, dlaczego Kieresowskim wladzom IPN zabraklo elementarnej uczciwosci i odwagi do publicznego poinformowania o motywach wycofania sie z zapowiedzianych zadan ekstradycji S. Michnika? Czy IPN pod nowym kierownictwem zdobedzie sie na wystapienie o wydanie Polsce tego mordercy sadowego?
Wsrod innych mordercow sadowych warto wspomniec m.in. o przypadku szefa Prokuratury Wojskowej w Warszawie plk. Eugeniusza Landsberga. Zostal on uratowany w czasie wojny dzieki schronieniu danym mu przy kosciele katolickim. Odplacil sie za nie licznymi wyrokami smierci na polskich patriotow w sfabrykowanych procesach politycznych.
Obsadzenie bardzo wielu wplywowych stanowisk w UB, prokuraturze i sadach osobami zydowskiego pochodzenia, niezwiazanymi z polskoscia, z polskimi tradycjami narodowymi i patriotyzmem, stawalo sie dla sterujacych sprawami w Polsce stalinowskich dygnitarzy sowieckich najlepsza gwarancja zdecydowania w walce z polskimi patriotami z podziemia niepodleglosciowego. I pod tym wzgledem sie nie zawiedziono. Sposrod ubekow, sedziow i prokuratorow zydowskiego pochodzenia wywodzila sie szczegolnie duza liczba najbardziej nieublaganych "pogromcow" polskiego AK-owskiego podziemia gotowych do konstruowania przeciw niemu najbardziej absurdalnych oskarzen. Typowy pod tym wzgledem byl sedzia Dawid Rozenfeld, ktory uzasadnial wyrok skazujacy tylko na dozywocie agentke gestapo winna zadenuncjowania i smierci wielu zolnierzy i oficerow AK, wspolwinna wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego "Grota". Jako okolicznosc lagodzaca sedzia Rozenfeld uznal w przypadku tej agentki to, iz: "Zdaniem Sadu Wojewodzkiego oskarzona jest ofiara zbrodniczej dzialalnosci kierownictwa AK, ktore jak wiemy obecnie, wspolpracowalo z Gestapo, bylo na uslugach Gestapo i wraz z Gestapo walczylo przeciw wiekszej czesci Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i spoleczne wyzwolenie" (cyt. za: J. Pilek, Stalinowcy sa wsrod nas, w: "Gazeta Polska", 4 sierpnia 1994).

Adwo-kaci
Dodajmy do powyzszych opisow jeszcze role niektorych adwokatow pochodzenia zydowskiego. Szczegolny typ "obroncy" w procesach politycznych reprezentowal np. adwokat zydowskiego pochodzenia Mieczyslaw (Mojzesz) Maslanko. Tak "bronil" swych podopiecznych, ze porownal grupe Moczarskiego do gestapo i Abwehry, twierdzac, ze "wszystkie te instytucje zostaly powolane przez klasy posiadajace, ktore chca zatrzymac kolo historii" (wg: T.M. Pluzanski, Adwo-kaci, w: "Najwyzszy Czas", 26 stycznia 2003 r.). W podobny sposob Maslanko "bronil" - oskarzajac szefa II Zarzadu Glownego WiN plk. Franciszka Niepokolczyckiego, slynnego "Lupaszke", czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowodce V Wilenskiej Brygady AK, narodowca Adama Doboszynskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i wspoloskarzonych, gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" (Maslanko zgodzil sie z wiekszoscia rzekomych dowodow "winy" gen. "Nila"). Wedlug ostatniego delegata Rzadu w Londynie na Kraj Stefana Korbonskiego, w sprawie Pileckiego i wspoloskarzonych "Rozanski postawil sprawe jasno: obowiazkiem rady obroncow [ktorej przewodniczyl Maslanko - przypis T.M. Pluzanskiego] jest gromadzenie dowodow przeciw oskarzonym" (por. tamze). Niegodne zachowanie M. Maslanki, robiacego wszystko, by pograzyc oskarzonych, ktorych mial bronic, bylo tym bardziej oburzajace, ze on sam zostal uratowany od smierci w Oswiecimiu przez slynnego narodowca Jana Mosdorfa.
Podobnym do Maslanki "obronca", a raczej "adwo-katem" w sprawach politycznych byl inny adwokat zydowskiego pochodzenia, pracujacy we wspolnej kancelarii z Maslanka - Edward Rettinger. "Bronil" on Moczarskiego i jego kolegow slowami: "(...) to bylo bajoro zbrodni, ktorego miazmaty dzis nam truja jeszcze dusze. To bylo bajoro zbrodni, gdzie zastygla krew lepi sie jeszcze do rak" (por. tamze). Innym tego typu pseudoobronca byl Marian Rozenblitt, ktory dzialal juz w sadownictwie polskiej armii w ZSRS.  Profesor dr Jerzy Robert Nowak.
 
Nowe falsze Grossa (11) - Przemilczane swiadectwa!
 
Teksty prezentowanego tu cyklu artykulow maja byc w zamierzeniu proba jak najpelniejszego wyrazenia, w sposob maksymalnie udokumentowany faktograficznie, prawdy o sprawach oszczerczo deformowanych przez Grossa. Byc moze niektore osoby zdumiewa, ze poswiecam az tak wiele miejsca nowej ksiazce Grossa, ksiazce zalosnie zlej i pisanej w podlych intencjach. Uwazam jednak, iz taka gruntowna, szczegolowa odpowiedz jest potrzebna, dlatego ze ksiazka Grossa jest prawdziwie klinicznym przykladem antypolonizmu, wyjatkowo "wielostronnym" zbiorem obiegowo kursujacych oszczerstw na temat Polski i Polakow. Gross bardzo czesto tworzy swe antypolskie uogolnienia bez zadnego pokrycia w faktach lub poprzez skrajne eksponowanie zupelnie odosobnionych przykladow. W przeciwienstwie do Grossa ja staram sie maksymalnie udokumentowac swoje tezy wieloma przykladami, szczegolnie chetnie siegajac do przemilczanych w "Strachu" obiektywnych swiadectw zydowskich. Chodzi o to, by uderzajac w jadowite oszczerstwa Grossa, zarazem raz na zawsze wyeliminowac u kolejnych polakozercow w jego stylu chec uciekania sie do podobnych kalumnii. A zarazem pokazac, jak zalosnie ograniczeni umyslowo w swych uprzedzeniach sa wszyscy klakierzy Grossa na czele z Adamem Michnikiem. Publicysta, ktory jeszcze pare lat temu wypisywal duby smalone na temat Grossa jako rzekomego spadkobiercy Mickiewicza i Slowackiego w ich rozrachunku z Polska. W "Strachu" Gross do konca obnazyl swoj prymitywizm i fanatyzm, powiem nawet wiecej - glupote! Glupote czlowieka zacietrzewionego, szowinisty i rasisty, ktory pedzac za fobiami, zatraca nawet pozory jakiejkolwiek logiki.

Zajadle nienawidzili polskosci
Od lat ulubiona metoda negowania odpowiedzialnosci Zydow za zbrodnie stalinizmu w Polsce stala sie formula gloszaca, ze Zyd komunista i ubek jakims dziwnym sposobem przestawal byc Zydem, bo przechodzac na komunizm, wyrzekal sie religii zydowskiej. Co ciekawsze, glownymi glosicielami tego typu teorii sa najczesciej osoby sklonne do rownoczesnych najskrajniejszych oskarzen dotyczacych zbrodni "polskiego antysemityzmu" wobec Zydow, ba, doszukiwania sie ich rzekomego chrzescijanskiego rodowodu. Nader typowa pod tym wzgledem jest postawa Grossa, tak fanatycznie atakujacego Polske i Kosciol katolicki. Probujac zatrzec prawde o roli odegranej przez zydowskich komunistow w UB, Gross powtarza wymyslone juz duzo wczesniej twierdzenie o tym, jakoby zydowscy komunisci, zrywajac z judaizmem, przestawali byc Zydami (s. 241), odrywali sie od swej narodowej tozsamosci, a nawet czuli do niej pogarde (s. 242). Jest to stary wykret, gloszony m.in. przez Jana Jozefa Lipskiego, ktory w 1981 roku wystapil z podobna proba uwolnienia Zydow od odpowiedzialnosci za role w UB czy w ogole w budowaniu zydowskiego totalitaryzmu. Przemawiajac na sesji UW "Marzec 1968", stwierdzil on, ze "komunizm oznacza odejscie od religii zydowskiej i w podobny sposob odrywal od narodu zydowskiego". Jakiez to proste wyjasnienie! A wiec Zyd, ubek, kat czy oprawca, nie byl Zydem, bo Zydem jest jakoby tylko Zyd wierzacy w religie mojzeszowa. I tego typu wyjasnienie glosil sam jak najdalszy od religijnosci mason Jan Jozef Lipski. Jest to wyjatkowy nonsens, jakze sprzeczny z umocnionym przez tysiaclecia niezwyklym stopniem zydowskiej identyfikacji narodowej, ktorej inne narody moga Zydom tylko zazdroscic. Warto przypomniec w tym kontekscie chocby to, co mowil jeden z najslynniejszych zydowskich myslicieli XX wieku lord Isaiach Berlin w wywiadzie udzielonym "Gazecie Wyborczej" w 1995 roku: "Jestem Zydem po prostu dlatego, ze nie mozna przestac byc Zydem" (por.: Dobrzy ludzie buduja gilotyne, rozmowa A. Michnika z sir I. Berlinem, "Gazeta Wyborcza" z 12-13 sierpnia 1995 r.).
Wbrew roznym groteskowym wybielaniom Zydzi katujacy Polakow w wiezieniach czy skazujacy innych na stracenie, Zydzi komunisci, wcale nie przestawali byc zydowskimi szowinistami, srozacymi sie na Polakach z powodu skrajnej narodowej nienawisci do nich. Przyznawalo to w prawdziwie uczciwych intelektualnie wypowiedziach szereg autorow polskich zydowskiego pochodzenia lub Zydow, od Feliksa Mantela, Leopolda Tyrmanda, Stanislawa Krajewskiego, Andrzeja Wroblewskiego, po Oswalda Rufeisena i Stanislawa Aronsona z Izraela.
Szczegolnie wymownym zaprzeczeniem klamstw o Zydach ubekach jako rzekomych nie-Zydach wydaje sie swiadectwo Feliksa Mantela, piszacego wprost o zydowskich elementach rewanzystowskich, skoncentrowanych w bezpiece. Mantel, jeden z najbardziej obiektywnych autorow zydowskich prac o stosunkach polsko-zydowskich, sam z bliska obserwowal narodziny komunistycznej wladzy w Polsce i dlatego jest tym cenniejszym swiadkiem. Byl podsekretarzem stanu w PKWN, w Rzadzie Tymczasowym i w Rzadzie Jednosci Narodowej, a potem oficjalnym przedstawicielem tzw. Polski Ludowej jako minister pelnomocny w Wiedniu. Poznal sie jednak szybko na zbrodniczosci komunizmu i nie majac checi robienia dalszej kariery w takim systemie, juz w 1948 roku "wybral wolnosc", zostajac na Zachodzie. W swej ksiazeczce o stosunkach polsko-zydowskich Mantel pisal jak najnegatywniej wlasnie o tej wplywowej grupie Zydow, ktorzy "mysla kategoriami zydowskimi, mimo ze przyznaja sie do polskiego komunizmu. Nie znalezli rownowagi pomiedzy doktryna, polskoscia i zydowskim pochodzeniem. Sa to elementy rewanzystowskie, skoncentrowane przewaznie w bezpieczenstwie, ktore chcialy zrobic z doktryny komunistycznej uzytek dla wykorzenienia i unicestwienia wojujacego antysemityzmu" (F. Mantel, Stosunki polsko-zydowskie, Paryz 1986, s. 13). A wiec nie jacys wyzbyci z zydowskosci komunisci, jak sugerowal Lipski czy Gross, lecz "rewanzysci", ktorych zydowskie poczucie narodowe sluzylo im jako wzmocnienie brutalnych szowinistycznych dzialan wobec wiezionych przez nich Polakow. Przytoczmy tu konkretne przyklady zbrodniczego "rewanzyzmu" wobec Polakow ze strony czolowych komunistow zydowskich odpowiedzialnych za nadzor nad bezpieka w zniewolonej Polsce.
Skrajnym zydowskim szowinista, tropicielem "polskiego nacjonalizmu i antysemityzmu", byl glowny odpowiedzialny za zbrodnie stalinowskie w Polsce Jakub Berman, ktory odpowiedzialnosc w Biurze Politycznym KC PPR, a pozniej KC PZPR za sprawy bezpieki laczyl z faktycznym ogromnym wplywem w sferze zycia ideologicznego i kultury. Berman konsekwentnie prowadzil nieublagana walke z wieloma sferami polskiego dziedzictwa narodowego. Robil to zgodnie z gloszona przez siebie zasada, ze "wszelki flirt z polskim uczuciem narodowym" doprowadzi do "wypuszczenia zlych duchow Polski" z antysemityzmem wlacznie (por. ksiazke filozofa Andrzeja Walickiego, skadinad bardzo zaprzyjaznionego z naszymi czolowymi "Europejczykami", pt. "Zniewolony umysl po latach", Warszawa 1993, s. 329). To Berman jako pierwszy juz w 1944 roku zaczal publicznie oskarzac AK o rzekoma wspolprace z gestapo i nazywal akowcow bandytami. Koordynowal przygotowania setek procesow politycznych, przesladowania kilkusettysiecznej rzeszy Armii Krajowej, Batalionow Chlopskich i NSZ oraz bezwzgledna systematyczna walke z Kosciolem. Dyrektorom departamentow w Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego wielokrotnie zarzucal, ze nie doceniaja "roli kleru w dywersji przeciw naszej Partii". Znany byl ze szczegolnej bezwzglednosci i okrucienstwa wobec wiezniow politycznych. Zapamietano powiedzenie Bermana w odniesieniu do ulaskawionych wiezniow, ktorzy pozniej rzekomo gineli smiercia "samobojcza": "Towarzysz Bierut was ulaskawil, ale ja was nie ulaskawie" (cyt. za: Pamiec ofiar, "Tygodnik Solidarnosc" z 14 marca 2003 r.). Berman zwalczal zdecydowanie wszelkie proby uwzglednienia narodowej specyfiki w polityce PPR, szczegolnie ostro przeciwstawiajac sie tego typu przejawom w dzialalnosci Wladyslawa Gomulki. Nalezal do glownych rzecznikow rozprawy z gomulkowszczyzna, atakujac ja jako niebezpieczne "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne" w Polsce. Prowadzac konsekwentna polityke sowietyzacji i rusyfikacji polskiej kultury, dazyl do calkowitego wytrzebienia polskiego narodowo-katolickiego sposobu myslenia. Berman, ktory powinien przykladnie zawisnac na szubienicy za swe zbrodnie wobec Polakow, jeszcze w 1981 roku przekonywal T. Toranska, ze "polskie spoleczenstwo jest w swojej konsystencji bardzo antysemickie". Jako koronny dowod na to podawal, ze jego corke wielokrotnie przezywano w szkole sledziara. Istnieje dosc duzo szczegolowych swiadectw, takze piora obiektywnych aktorow zydowskich, dowodzacych, ze dominujacy w stalinowskim UB Zydzi byli zydowskimi szowinistami-polakozercami, ktorzy po prostu dawali upust swej fanatycznej nienawisci wobec bezbronnych Polakow. By przypomniec chocby opinie Teofili Weintraub, Zydowki z pochodzenia, wypowiedziana w zbiorze wywiadow Ruty Pragier "Zydzi czy Polacy" (Warszawa 1992, s. 120): "Rozanski. Jego sekretarka mowila, ze byl polakozerca. Nienawidzil ludzi". Oslawiony wicedyrektor departamentu sledczego MBP Jozef Swiatlo (Fleischarb) osobiscie torturowal wielu polskich patriotow, szczegolnie okrutnie zachowujac sie podczas przesluchan dzialaczy dawnego Stronnictwa Narodowego. Mowil: "Teraz popamietacie, co to jest antysemityzm", katujac ich do omdlenia. Znany byl fakt, ze jeden z przesluchiwanych przez Swiatle i towarzyszy Polakow, polany zimna woda po omdleniu z bolu, wracajac do przytomnosci, powiedzial: "(...) antysemityzm nigdy u nas nie prowadzil do tortur, jak wasz antypolonizm" (wg: C. Leopold, K. Lechicki, Wiezniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956, wyd. podziemne, Gdansk 1981, s. 15).
Zwierzchnik Swiatly, Roman Romkowski (Natan Grünspan-Kikiel), w oswiadczeniu zlozonym 10 pazdziernika 1954 r. stwierdzil, ze w roznych wynurzeniach Swiatly wystepowal coraz silniej nacjonalistyczno-zydowski sposob reagowania na niektore posuniecia personalne (por. S. Marat, J. Snopkiewicz, Ludzie bezpieki, Warszawa 1990, s. 23).
Inny z waskiej grupy dyrygentow ubeckiego terroru, dyrektor departamentu sledczego Anatol Fejgin, syn Mojzesza, znany byl z rozlicznych donosow na "polskich nacjonalistow" juz w okresie lwowskim 1939-1941. "Trzeba zabic polska dume, rozstrzelac patriotyzm" - zwykl mawiac Anatol Fejgin w bliskim gronie partyjnych kolegow (wg tekstu M. Wyrwicha, Mord w kosciele, "Tygodnik Solidarnosc" z 27 wrzesnia 2002 r.). Autorzy wydanego w 1981 roku podziemnego samizdatu o wiezniach politycznych w Polsce lat 1945-1956 C. Leopold i K. Lechicki pisali: "Ilustracja tego uczucia nienawisci funkcjonariuszy zydowskiego pochodzenia do narodowcow bylo oswiadczenie majora bezpieki Wiktora Herrera, naczelnika wydzialu w MBP, ktory z pasja mowil: 'Zadaniem naszym jest nie tylko zniszczyc was fizycznie, ale musimy zniszczyc was moralnie'" (por. C. Leopold, K. Lechicki, op. cit., s. 8). Antypolska postawe "czerwonej prokurator" Heleny Wolinskiej (Fajgi Mindlak-Danielak) dobrze scharakteryzowal protokolant sadowy Zygmunt Maczynski w poswieconej Wolinskiej audycji w programie TVP: "Lena Wolinska wyjatkowo brutalnie odnosila sie do akowcow (...), ona nienawidzila Polakow bardziej niz Niemcow" (Rewizja nadzwyczajna - "Prokurator w czerwonej spodnicy", program I TVP, 11 stycznia 1999 r.). Warto przypomniec w tym kontekscie stwierdzenia slynnego lekarza polskiego zydowskiego pochodzenia Ludwika Hirszfelda w jego malo znanym liscie do Jerzego Borejszy z dnia 27 pazdziernika 1947 roku. Hirszfeld ubolewal w tym liscie, ze "nacjonalisci zydowscy nienawidza Polakow bardziej niz Niemcow i ze swiadomie lub nieswiadomie ida w kierunku proniemieckim, tak jak to zreszta przewidzialem w mojej ksiazce. (...) Jesli nie podkreslam tych spraw publicznie, to dlatego tylko, by Zydom nie szkodzic i nie poglebiac przepasci, ktora kopie nacjonalizm zydowski pomiedzy Zydami i Polakami" (cyt. za B. Fijalkowska, Borejsza i Rozanski. Przyczynek do dziejow stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1996, s. 139). Jeszcze inny przyklad. Pulkownik Mateusz Frydman lzyl bitego przez siebie wieznia slowami: "Jakim prawem wam Polakom zachciewa sie niepodleglosci Polski?" (wg: Trzy dokumenty ujawniajace mechanizmy przemocy i gwaltu w latach 1945-1947, paryskie "Zeszyty Historyczne" 1984, nr 47, s. 55).
Byl jeszcze jeden cel atakow szczegolnie nienawistnych ze strony zydowskich ubekow i politrukow - walka z Kosciolem katolickim, zarowno w imie ateizmu, jak i ze wzgledu na wrogosc do tej niejednokrotnie ostatniej barykady polskosci. Na zawsze utkwila mi w pamieci jakze symptomatyczna, ponura scena tej walki, zrelacjonowana w zbiorze wspomnien "Polacy w Rosji" przez Jozefa Brancewicza z Bialegostoku. Opisal on, jak 16 stycznia 1945 roku zostal aresztowany za przynaleznosc do AK i oddany w miasteczku Swira w rece miejscowej milicji, skladajacej sie w 50 proc. z Zydow. I wtedy doszlo do rzeczy szczegolnie obrzydliwej. Jozef Brancewicz wspominal: "Rozpoznalem w niej [w milicji - J.R.N.] mego kolege ze szkoly podstawowej. Podszedl do mnie, uderzyl kilkakrotnie w twarz, zerwal z szyi lancuszek z medalikiem Matki Boskiej Ostrobramskiej i podeptal go nogami". Byly tez oczywiscie rzeczy duzo drastyczniejsze - rozliczne przejawy bezwzglednego terroru przeciw katolickiej mysli i przeciw katolickiemu duchowienstwu: duchowni skazywani na smierc, szkalowani i wiezieni biskupi i sam Prymas Tysiaclecia. I wszystko to pod batuta najzajadlejszego wroga Kosciola w Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego - oslawionej Luny Brystygierowej, dyrektor V departamentu MBP. Jak na tle tych faktow wyglada inne twierdzenie Grossa, jakoby zydowskosc roznych funkcjonariuszy UB, ich liczebnosc nie mialy zadnego znaczenia?! Gdyby ich bowiem nie bylo, Polacy robiliby dokladnie to samo co oni (por.: Fear, s. 230-236). Gross calkowicie pomija tu tak wielkie znaczenie sily antypolonizmu czolowych bezpieczniakow zydowskich. Antypolonizmu, ktory uczynil z nich szczegolnie skuteczne narzedzie Stalina w walce z polskim patriotyzmem, tradycjami narodowymi, polskoscia. I w walce z Kosciolem katolickim. Podobnej zajadlosci antypolskiej i antykatolickiej na ogol trudno bylo oczekiwac od rdzennych Polakow, poza skrajnymi renegatami. Tym cenniejszymi dla Sowietow w tej sytuacji stawaly sie setki bezpieczniakow zydowskiego pochodzenia, pozbawionych jakichkolwiek skrupulow w zwalczaniu polskosci i katolicyzmu.

Swiadectwa przeciw falszom Grossa
Wyjatkowa hucpa, z jaka Gross stara sie - wbrew prawdzie historycznej - maksymalnie pomniejszyc role Zydow w UB i w ogole w caloksztalcie zycia publicznego Polski zwanej ludowa, zmusza do kolejnego siegniecia do wiekszej liczby swiadectw roznych autorow. Swiadectw na ten sam temat, o ktorym pisze Gross, ale o jakze odmiennym, wrecz przeciwstawnym wydzwieku!
Przypomnijmy najpierw jakze wymowne oceny emigranta z 1968 roku, bylego oficera informacji wojskowej zydowskiego pochodzenia Michala Checinskiego. Autor ten, swietnie znajacy - z autopsji - sytuacje w Polsce po 1944 roku, jednoznacznie pisal o wykorzystaniu przez Sowietow komunizujacych Zydow w akcji zniewalania Polski. Juz na poczatku ksiazki Checinski zwracal uwage na bardzo istotny czynnik sprzyjajacy awansowi zydowskich komunistow wsrod kadr szkolonych w latach 1942-1944 na Polske: "(...) oficerowie NKWD, zajmujacy sie szkoleniem i indoktrynacja polskich kadr, czesto faworyzowali Zydow, uwazanych za mniej zagrozonych polskimi odchyleniami nacjonalistycznymi czy uprzedzeniami antyrosyjskimi" (M. Checinski, Poland. Communism. Nationalism. Antisemitism, New York 1982, s. 11).
W dalszej czesci ksiazki (s. 63) Checinski akcentowal m.in.: "Narodowe mniejszosci, a mianowicie Zydzi, Ukraincy i Bialorusini w przypadku polskim, graly wyrozniajaca sie role w brutalnym dlawieniu krajowcow przez polska tajna policje. (...). Zydzi, a specjalnie ci z zydowskimi nazwiskami czy uderzajacymi cechami zydowskimi, mogli byc umieszczani na najbardziej kontrowersyjnych stanowiskach (na przyklad tych zajmujacych sie sprawami Kosciola czy kampania przeciw politycznemu podziemiu) i w ten sposob przeksztalcac antyrezimowe uczucia w antysemickie. Taka polityka byla realizowana nie tylko w Polsce, lecz wszedzie w Europie Wschodniej, gdzie nowe rzady, rzadzace tylko dzieki wojskowemu poparciu armii sowieckiej, byly traktowane jako marionetkowe przez podlegle im narody". Checinski podkreslal przy tym (op. cit., s. 64), ze Zydzi w bezpiece wydawali sie "mniej podatni na przynety polskiego nacjonalizmu, od ktorego nie wydawali sie byc w pelni wolni nawet najbardziej nieposzlakowani polscy komunisci". Dodajmy w tym kontekscie, ze Stalin nieprzypadkowo wolal postawic na zydowskich komunistow w Polsce przeciw Gomulce w 1948 roku.
Wskazujac na to, ze Zydzi wracajacy do Polski byli pozbawieni rodzin i wlasnosci, Checinski pisal (op. cit., s. 64): "Ich osobista lojalnosc szla do ludzi, ktorzy dali im nie tylko cenne przywileje materialne, lecz rowniez i okazje zemszczenia sie na kazdym, kogo podejrzewali o to, ze wspoldzialal w katastrofach, ktore spadly na ich rodziny".
Warto przypomniec tu rowniez wazne oceny innego autora zydowskiego pochodzenia, Stanislawa Krajewskiego, jednego z czolowych przedstawicieli mniejszosci zydowskiej w dzisiejszej Polsce, wspolprzewodniczacego Rady Chrzescijan i Zydow. W tekscie publikowanym pod pseudonimem Abel Kainer w KOR-owskiej podziemnej "Krytyce" Krajewski pisal m.in.: "Wiekszosc Zydow pozostajacych w Polsce akceptowala 'budowe socjalizmu'. Wiekszosc nie-Zydow nie godzila sie na to. Jakkolwiek duza jest ta dysproporcja, wynikala ona glownie z tego, ze spolecznosc zydowska miala szczegolna wlasciwosc: antykomunisci sie w niej nie utrzymywali. Bo wyjezdzali (...)" (por. tekst A. Kainera: Zydzi a komunizm, "Krytyka" 1983, nr 15, s. 194). Porownajmy te uwagi Kainera (Krajewskiego) z nachalnym klamstwem Grossa (s. 221), jakoby sympatie dla komunizmu "byly minimalne" wsrod Zydow w Polsce.
Nieco dalej A. Kainer pisal: "(...) W praktyce realizacja reform przeradzala sie w sowietyzacje, propaganda uniwersalizmu - w rusyfikacje. Wsrod Polakow wywolywalo to opory natury narodowej i religijnej. Otoz wydaje sie, ze wsrod Zydow byly one - przecietnie rzecz biorac - stosunkowo mniejsze. Asymilujacy sie Zydzi byli mniej od Polakow uczuleni na utrate niezawislosci panstwowej i na zagrozenie polskich tradycji narodowych" (por. A. Kainer, op. cit., s. 195).
Kainer (Krajewski) podjal w swym tekscie rowniez sprawe tak znaczacej obecnosci Zydow w bezpiece, piszac m.in.: "Istotnie, powazna czesc kierowniczych stanowisk w MBP za czasow Bieruta zajmowali Zydzi czy ludzie pochodzenia zydowskiego. Jest to fakt, ktorego nie wolno pomijac, fakt malo znany na Zachodzie, niezbyt chetnie wspominany przez Zydow w Polsce. Jedni i drudzy chetniej niz o tym mowia o antysemityzmie Stalina (sprawa lekarzy itp.)" (por.: tamze, s. 196). Dokladnie to samo, co dzisiaj robi Gross, starajac sie maksymalnie zanegowac role Zydow w UB. Kainer przypomnial w swoim tekscie rowniez, jak to "pewien rabin rzucil jednemu z przesluchujacych go oprawcow w urzedzie bezpieczenstwa: 'Przez takich jak ty beda w Polsce pogromy' (...)" (tamze, s. 198). W dalszej czesci tekstu A. Kainer akcentowal: "Pamietajmy jednak, ze na atmosfere stosunkow polsko-zydowskich wplywaly takie okolicznosci jak zwiazki Zydow z bolszewikami, a potem z wojskami radzieckimi. Udzial Zydow w elicie wladzy i w aparacie represji, 'rzady melamedow', niejednakowo rzetelny stosunek do rewolty getta warszawskiego i do powstania warszawskiego, procesy ateizacji i rusyfikacji (wiazane z Zydami, ktorzy istotnie rzadziej mieli opory wobec tych dazen), wreszcie nie pozbawione domieszki spraw zydowskich zjawiska walki z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym (...)" (por.: tamze, s. 198).
Dziwne, ze tak dobrze znajacy prawde o stosunkach w dobie stalinowskiej Stanislaw Krajewski jak dotad nie zaprotestowal przeciwko antypolskim potwarzom Grossa. Rownie dziwny jest dla mnie brak publicznego protestu przeciwko klamstwom Grossa na temat stosunku Kosciola katolickiego do Zydow w czasie wojny ze strony Adama Daniela Rottfelda. Przypomnijmy, ze ten ostatni minister spraw zagranicznych w rzadach postkomunistycznych w czasie wojny zostal uratowany dzieki schronieniu w klasztorze. Znalazl czas na sygnowanie niegodnego listu atakujacego obecnego prezydenta RP, a jakos nie moze znalezc czasu na danie swiadectwa o tych, ktorzy go uratowali w czasie wojny. A przeciez jako zajmujacy sie tematyka miedzynarodowa przez dziesieciolecia i byly minister spraw zagranicznych najlepiej wie, jakie szkody wizerunkowi Polski przynosza tak naglasniane kalumnie Grossa.
Przypomnijmy tu takze oceny zawarte w ksiazce slynnego dziennikarza zydowskiego z USA Johna Sacka, zawarte w jego tak waznej, a tak niegodnie przemilczanej ksiazce glebokiego zydowskiego samorozrachunku - "oko za oko": "W miejscach takich jak Gliwice Polacy stawali przy wieziennych scianach, a ludzie z Wydzialu Wykonawczego przywiazywali ich do wielkich zelaznych pierscieni, mowili: 'Gotow! Cel! Pal!', zabijali ich i ostrzegali polskich straznikow: 'Trzymajcie jezyk za zebami!'. Straznicy, jako Polacy, nie byli tym zachwyceni, ale Jakubowie, Josefowie i Pinkowie z wyzszych szczebli Urzedu pozostali wierni Stalinowi, poniewaz uwazali sie za Zydow, nie zas za polskich patriotow. Oto, dlaczego Dobra Wrozka Stalin (...) zatrudnil wszystkich Zydow i umiescil ich w Urzedzie Bezpieczenstwa Publicznego, swojej instytucji w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej [podkr. J.R.N.].
I oto w 1945 r. Polacy staneli do walki z Urzedem. Jeli zabijac Zydow z Wywiadu, Sledczego i Wieziennictwa. Zydzi doszli do wniosku, ze ci Polacy sa antysemitami, Polacy utrzymywali, ze nie, ze sa tylko anty-Urzedowi" (J. Sack, Oko za oko, Gliwice 1995, s. 228-229).
Wczesniej, w tej samej ksiazce (s. 96) Sack pisal: "(...) dlaczego wiec Stalin byl stronniczy wobec Zydow (...). Z jego rozkazu pewien Zyd, ktorego ojciec zginal w Treblince, mial zostac szefem Urzedu Bezpieczenstwa, a szefami wszystkich jego departamentow mieli takze zostac Zydzi, aczkolwiek od tego momentu ich nazwiska nie mialy byc zydowskie, tylko takie jak 'general Romkowski' albo 'pulkownik Rozanski'. Z czasem ci ludzie wyznaczyli wszystkich dowodcow bezpieczenstwa w Polsce".
Takim jak Gross wybielaczom roli Zydow w UB i w stalinizacji Polski warto przypomniec rowniez inne, jakze prawdziwe i uczciwe swiadectwo Polaka zydowskiego pochodzenia Andrzeja Wroblewskiego (do roku 1940 noszacego rodowe nazwisko Fejgin). Andrzej Wroblewski, wybitny krytyk teatralny, ojciec Andrzeja Krzysztofa Wroblewskiego, redaktora "Polityki", i dziadek naczelnego redaktora "Newsweeka" Tomasza Wroblewskiego, stanowczo protestowal przeciw relatywizowaniu spraw odpowiedzialnosci za UB. Jednoznacznie akcentowal: "Proporcjonalnie wiecej bylo Zydow wsrod katow niz wsrod ofiar. I chociaz nie wszyscy byli rownie gorliwi, to jednak w powszechnym odbiorze postrzegana byla ich aktywnosc. Przewaznie przedwojenni komunisci, czesto ze stazem wieziennym, byli zaslepieni wiara, ze rzeczywiscie biora udzial w walce o nowy wspanialy swiat. Nie zdawali sobie sprawy, ze swoim postepowaniem wywolaja zjawisko antysemityzmu (...)" (por. A. Wroblewski, Byc Zydem, Warszawa 1993, s. 181). W innym miejscu swej ksiazki Wroblewski ubolewal, ze w 1968 roku "pod plaszczykiem dotknietej godnosci wyjezdzali z kraju Zydzi, ktorzy sluzyli w UB, byli sedziami czy prokuratorami z rekami umazanymi po lokcie we krwi".
Najwybitniejszy chyba polski tworca pochodzenia zydowskiego Leopold Tyrmand tak pisal w 1972 roku w swej swietnej, a tak niegodnie przemilczanej dotad w Polsce "Cywilizacji komunizmu": "Amerykanskie uniwersytety przygarniaja dzis Zydow, ktorzy przez prawie 25 lat swych sluzb w policjach politycznych Europy Wschodniej ciezko przesladowali ludzi - w tym takze innych Zydow - walczacych o prawo do niezawislosci sumienia. Dzis Zydzi ci chronia sie za swe niegdys tak latwo zapomniane zydostwo. Fakt, ze w Polsce w 1968 roku przypomniano im nagle i brutalnie, ze sa Zydami, jest faktem groznym i odrazajacym, wymagajacym napietnowania i potepienia. Ale nie czyni z nich ludzi godnych szacunku, a nawet wspolczucia, a juz zupelnie nie upowaznia do solidaryzowania sie z nimi. (...). Ludzie ci nie maja moralnego prawa do obrony, przede wszystkim jako niestrudzeni architekci tej rzeczywistosci, w ktorej po 25 latach dojsc moglo do tak karykaturalnych zwyrodnien mysli i pojec, jako inzynierowie tej struktury, w ktorej monstrualne klamstwo tak latwo jest uczynic prawem zycia. Trudno jest zapomniec ich fanatyczna wiare w zlo, jaka glosili w komunistycznych gazetach, ksiazkach, artykulach, filmach (...)" (L. Tyrmand, Cywilizacja komunizmu, Londyn 1972, s. 220-221).
Znany pisarz zydowskiego pochodzenia Kazimierz Brandys, skadinad sklonny do roznych uogolnien w duchu antypolonizmu, pisal na lamach paryskiej "Kultury" z 1983 roku: "W Polsce powojennej i Zydow nie bylo. Nieliczni z nich ocaleli glownie na terenie Rosji Radzieckiej. Po powrocie do Polski ci zagubieni, biedni ludzie popelnili wielki blad. Pozwolili uzyc sie jako narzedzie stalinizmu. Zaplacili za to straszliwa cene. W spoleczenstwie antysemityzmu nie bylo, pojawil sie on natomiast w rzadzacej partii... Fatum ciazace przez wiele lat nad narodem zydowskim dalo znac o sobie w ustroju, za ktorego glownych tworcow uchodzili w swiatowej opinii wlasnie Zydzi. (...) Moze nie oplakano w Polsce zamordowanych Zydow, bo przyszli inni, zywi? Ci, ktorzy przybyli z obca armia, by aresztowac i rzadzic? Na cmentarzach zostaly szczatki kamiennych tablic, ale juz nie duchy zydowskie krazyly w miasteczkach, lecz wiesc, ze Rosjanie przywiezli nowych Zydow przebranych, o zmienionych nazwiskach, Zydow w rogatywkach, ktorzy zdjeli korone z glowy bialego orla i kazali rozlepic na rynkach plakaty z napisem 'AK - zapluty karzel reakcji'. Wiec moze strach i nienawisc zastapily litosc" (por. K. Brandys, Miesiace, "Kultura" 1983, nr 6, s. 80-81).
I jeszcze jedno bardziej obiektywne spojrzenie ze strony zydowskiej na te same sprawy, zademonstrowane w ksiazce Rity Pragier przez plastyczke, malarke Irene Molge. Odpowiadajac na pytanie Rity Pragier, dlaczego wielu Zydow tkwilo w UB, Molga mowi: "Duza czesc - to byli ludzie durni. Nie majacy rozeznania w realiach. Kiedy im mowiono, ze ktos jest bandyta - wierzyli. Chlopcy bez wyksztalcenia. Tresowani do jednego celu. Przed wojna i podczas wojny lzeni i ponizani. I nagle taki dostal stopien oficera! Wladze nad ludzmi! I sklep za zoltymi firankami" (R. Pragier, Zydzi czy Polacy, Warszawa 1992, s. 147).
W raporcie emisariusza z kraju dla MSW w Londynie pisano 7 lutego 1946 roku: "Zydzi (...) w 100% sa na sluzbie sowieckich interesow. (...) Opanowali kierownicze stanowiska w ministerstwach, prokuraturze, UB, sadownictwie i wojsku oraz w przemysle" (cyt. za: J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego, IPN, Warszawa 2006, s. 89). Niewatpliwie przesadna byla ocena o tym 100-procentowym jakoby oddaniu Zydow sowieckim interesom. Pokazywala jednak, do jakiego stopnia utozsamiano Zydow z rezimem w owczesnych kregach niepodleglosciowych. Przypomnijmy tutaj jednak jakze znamienna opinie Czeslawa Milosza, trudnego do oskarzenia o antysemityzm, Milosza, na ktorego wiersz tak chetnie powoluje sie Gross w swych antypolskich uogolnieniach. Otoz wlasnie C. Milosz stwierdzil w prawie nieznanym w Polsce (poza moimi tekstami) wywiadzie dla wydawanego w USA zydowskiego czasopisma "Tikkun" (nr 2 z 1987 r.), mowiac o zydowskich komunistach: "Oni zajeli wszystkie czolowe pozycje w Polsce, rowniez w bardzo okrutnej policji bezpieczenstwa, poniewaz byli po prostu bardziej godni zaufania niz miejscowa ludnosc" ("They occupied all the top positions in Poland and also in the very cruel security police, because they were more reliable, simply, than the local population"). W tym stwierdzeniu Milosz wyraznie przesadzil, bo byly jednak i niezydowskie postacie na szczycie zarowno partii komunistycznej, jak i UB (chocby Bierut i Radkiewicz). Generalnie jednak Milosz trafnie ocenil wyjatkowa, dominujaca role komunistow zydowskiego pochodzenia w stalinizacji Polski.
Warto przypomniec rowniez inne stwierdzenie Milosza: "Pierwsze kadry polskiej komunistycznej partii w 1945... byly zlozone z ludzi w mundurach, w bardzo duzej proporcji bedacych intelektualistami zydowskiego pochodzenia (...). Rosjanie traktowali ich jako najbardziej niezawodne narzedzie w realizacji sowieckich pragnien, uwazajac, ze beda oni mniej sklonni do polskiego patriotyzmu ze wzgledu na dyskryminacje, ktorej poddawali ich polscy prawicowcy przed wojna" (cyt. za: S. Kirshner, Circumstances surrounding 1946 pogrom remain a mystery, "The Canadian Jews News" z 4 lipca 1996 r.).
Przypomnijmy tez, co pisala przed laty znana publicystka zydowskiego pochodzenia Alina Grabowska, po 1989 roku "wslawiona" jako tropicielka rzekomego polskiego antysemityzmu. Otoz jeszcze w 1969 roku napisala ona w paryskiej "Kulturze": "W pierwszych latach powojennych (a nawet i pozniej) znakomita, niestety, wiekszosc pracownikow UB stanowili Zydzi" (A. Grabowska, Raj utracony - raj odzyskany, "Kultura" 1969, nr 12, s. 127). Jakze wymowne bylo stwierdzenie takiego slynnego znawcy historii Polski jak prof. Norman Davies. Napisal on wrecz o "tysiacach polskich Zydow, ktorzy stracili twarz poprzez zwiazanie sie z okrutnym powojennym rezimem stalinowskim" (por. tekst N. Daviesa w "The New York Review of Books", 20 listopada 1986).
Mozna by dlugo wyliczac podobne oceny roli Zydow w UB i polskim zyciu publicznym. Oto na przyklad swiadectwo najwybitniejszej chyba polskiej pisarki owego okresu Marii Dabrowskiej, zapisane w jej dzienniku pod data 17 czerwca 1947 roku: "UB, sadownictwo sa calkowicie w reku Zydow. W ciagu tych przeszlo dwu lat ani jeden Zyd nie mial procesu politycznego. Zydzi osadzaja i na kazn wydaja Polakow". Niemal dziewiec lat pozniej - 27 maja 1956 roku - ta sama Dabrowska zapisywala (Dzienniki powojenne, Warszawa 1996, t. I, s. 147): "Ostatnimi tygodniami bylam w Nieborowie w towarzystwie samych Zydow oprocz Anny i Bogusia. Czeste ich rozmowy o wzrastaniu antysemityzmu. Czemu dzis sami sa czesciowo winni - bo jak mozna bylo dac soba obsadzic wszystkie 'kluczowe pozycje' zycia Polski: prokuratury, wydawnictwa, ministerstwa, wladze partii, redakcje, film, radio itp.". Bardzo podobne w swej wymowie byly zapiski Stefana Kisielewskiego z pozniejszego okresu. W dzienniku pod data 18 pazdziernika 1968 roku pisal on: "20 lat temu powiedzialem Wazykowi, ze to, co robia Zydzi, zemsci sie na nich srodze. Wprowadzili do Polski komunizm w okresie stalinowskim, kiedy malo kto chcial sie tego podjac z gojow". Niewiele pozniej, 4 listopada 1968 roku, Kisielewski zapisal w swym "Dzienniku": "Po wojnie grupa przybylych z Rosji Zydow - komunistow (Zydzi zawsze kochali komunizm) otrzymala pelnie wladzy w UB, sadownictwie, wojsku, dlatego ze komunistow nie-Zydow prawie tu nie bylo, a jesli byli, to Rosja sie ich bala. Ci Zydzi robili terror, jak im Stalin kazal".
Znany intelektualista katolicki Bohdan Cywinski tak ocenial role Zydow w stalinizacji Polski na lamach podziemnego periodyku "Glos" w kwietniu 1985 roku: "Fakty manifestacyjnego popierania wladzy komunistycznej przez Zydow zaraz po wojnie, wyjatkowe nagromadzenie osob pochodzenia zydowskiego w aspekcie wladzy, a zwlaszcza najbardziej znienawidzonych spolecznie resortach bezpieczenstwa i propagandy oraz mnogosc przykladow szczegolnej ich wrogosci wobec przejawow polskiego szacunku dla narodowej tradycji - wszystko to w jakiejs mierze pozostalo w swiadomosci starszych pokolen, powodujac zrozumiale urazy". Z kolei slynny katolicki intelektualista na emigracji ojciec Jozef M. Bochenski akcentowal na lamach paryskiej "Kultury" (nr 7-8 z 1986 r.): "Jak wiadomo wladza lezala w duzej mierze w ich [Zydow - J.R.N.] rekach po zajeciu Polski przez wojska sowieckie - w szczegolnosci pewni Zydzi kierowali policja bezpieczenstwa. Otoz ta wladza i ta policja jest odpowiedzialna za mord bardzo wielu sposrod najlepszych Polakow. Polacy maja, moim zdaniem, znacznie wieksze prawo mowic o pogromie Polakow przez Zydow niz Zydzi o pogromach polskich". I jeszcze jeden przyklad, pochodzacy spod piora slynnej publicystki emigracyjnej Aleksandry Stypulkowskiej: "(...) aparat bezpieczenstwa - zwlaszcza w najczarniejszym okresie - byl glownie obsadzany przez komunistow zydowskiego pochodzenia" (A. Stypulkowska, Palace sprawy, londynskie "Wiadomosci" z 26 maja 1968 r.).
Na koniec tych swiadectw warto przypomniec prawdziwie zalosno-groteskowa, wrecz godna Grossa probe usprawiedliwienia roli Zydow w UB, dokonana w swoim czasie przez dogmatycznego zydowskiego historyka Artura Eisenbacha. Znalazla sie ona w tekscie zamieszczonym w cytowanej juz ksiazce R. Pragier "Zydzi czy Polacy". W zamieszczonej tam (s. 50) wypowiedzi Eisenbach stwierdzil m.in.: "Mozna bylo dostac prace wszedzie. Nawet w wojsku i ministerstwach, i w bezpiece. No tak! Zydzi byli wszedzie. Ale czy dlatego, ze ktos byl Zydem, mial wejsc do mysiej dziury i w niej czekac? (...) Dlaczego trwali na swych stanowiskach w latach stalinowskich? Kazdy gdy gdzies sie dostal, to chcial trwac, a nie odchodzic". Mowiac o zmianie sytuacji w 1956 roku, Eisenbach stwierdzil: "Nastroje wtedy byly pogromowe. (...) Ludzie otworzyli wtedy usta. Karta sie odwrocila. Zaczeli mowic ci, ktorzy dotad milczeli. Ludzie skrzywdzeni, np. AK-owcy. Ale takze prawica i ciemnogrod". I tak to jednym ciagiem Eisenbach zestawil prawice i ciemnogrod, wyraznie ubolewajac, ze takze prawica zaczela mowic.
P.S. Przy okazji jeszcze jedno sprostowanie do tekstu Grossa. W moim tekscie z 16 sierpnia 2006 roku cytowalem wypowiedz Grossa o wysokich funkcjonariuszach MBP zydowskiego pochodzenia. Gross, skadinad pomniejszajacy wciaz ich liczebnosc, rownoczesnie parokrotnie pisze o zydowskim pochodzeniu zastepcy dyrektora departamentu sledczego Adama Humera (s. 227, 236), a raz (na s. 236) wymienia Humera na pierwszym miejscu wsrod wysokich funkcjonariuszy MBP - Zydow. Twierdzenie Grossa o zydowskim pochodzeniu Humera nie znajduje potwierdzenia w innych zrodlach.
Prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik 2006.08.19.
 
Nowe falsze Grossa (12) - Komunistyczni dyktatorzy!
 
Opisana przeze mnie patologia zdominowania wladzy przez srodowiska komunistow z mniejszosci zydowskiej nie ograniczyla sie do Polski. Podobne zjawiska wystapily po 1944 r. na Wegrzech, w Czechoslowacji i Rumunii, jak juz wczesniej zaznaczylem w tekscie "Spor o "zydokomune"" w "Naszym Dzienniku" z 12-13 sierpnia 2006 roku. Prawdziwie ordynarnym klamstwem Grossa jest podane przez niego na stronie 214 "Strachu" twierdzenie, jakoby "istnienie Zydow wewnatrz Partii i poza nia jawnie komplikowalo narzucenie sowieckiego panowania w Europie Srodkowo-Wschodniej" (Jews whose existence, within the Party and outside it, evidenty complicated the imposition of Sowiet rule in East Central Europe). Gross bezczelnie deformuje fakty, kreslac diametralnie przeciwstawny obraz sytuacji w Europie Srodkowowschodniej do tej, jaka w rzeczywistosci istniala. Otoz obecnosc Zydow w tym regionie wcale nie komplikowalo narzucania tu sowieckiego panowania, lecz je znaczaco ulatwilo! Jest na ten temat az nadto wiele bogato udokumentowanych swiadectw. Przytaczalem juz w tym kontekscie jednoznaczne opinie slynnego sowietologa pochodzenia zydowskiego Paula Lendvaiego, bylego oficera WP pochodzenia zydowskiego Michala Checinskiego i pisarza Leopolda Tyrmanda. Dodam wypowiedz brytyjskiego sowietologa pochodzenia zydowskiego, niegdys jednego z "filarow" nauki marksistowskiej na Wegrzech - Tibora Szamuellyego. Autor ten napisal 26 kwietnia 1968 roku na lamach brytyjskiego "Spectatora": "(...) Tragicznym jest fakt, ze w Polsce, tak jak w innych krajach Europy Wschodniej, Zydzi grali kierownicza role w ustanowieniu komunistycznego systemu i w jego wprawianiu w ruch w pierwszych najstraszniejszych latach jego istnienia". Przypomne tu rowniez ocene Karela Bartoska, autora opracowania dziejow Europy Srodkowej i Poludniowo-Wschodniej pod rzadami komunistow, w "Czarnej ksiedze komunizmu". Pisal on tam m.in.: "Zydzi komunisci, niezwykle liczni w aparacie Kominternu, po wojnie nadal zajmowali kluczowe pozycje w partii i strukturach panstwowych wielu krajow Europy Srodkowej. W swej pracy podsumowujacej doswiadczenia komunizmu wegierskiego Miklos Molnár pisal: "Na szczycie hierarchii niemal wszyscy przywodcy sa pochodzenia zydowskiego, podobnie jak, choc w nieco zmniejszonej proporcji, w aparacie Komitetu Centralnego, w policji politycznej, prasie, wydawnictwach, teatrze, kinie" (por.: Czarna ksiega komunizmu, Warszawa 1999, s. 405).

Jak Sowieci popierali polski patriotyzm?
Calkowicie zafalszowujac fakty historyczne, Gross zaprzecza, jako rzekomej fantazji, wszelkim twierdzeniom o "preferowaniu" Zydow przez Stalina w Europie Srodkowowschodniej (s. 212). W swym klamstwie idzie nawet dalej, starajac sie przedstawic Zydow w tym regionie jako rzekome ofiary komunizmu. Twierdzi, ze w Zydow Europy Srodkowowschodniej od poczatku uderzala polityka komunistyczna, preferujaca nacjonalistow i antysemitow, a nawet doprowadzajaca do fuzji komunizmu z faszyzmem (s. 223-224). Na stronie 223 Gross stara sie wmowic, jakoby komunisci, budujac rezimy prosowieckie w Europie Srodkowowschodniej, od poczatku postawili "na uczucia patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w tym regionie. Trudno sobie wyobrazic bardziej cyniczne i bezwstydne klamstwo niz powyzsze stwierdzenie Grossa w odniesieniu do sytuacji, gdy sowietyzacja Europy Srodkowowschodniej postepowala wciaz na drodze niezwykle brutalnego niszczenia uczuc narodowych Polakow, Wegrow czy Rumunow. Przypomne tu jeszcze raz ocene slynnego historyka i politologa pochodzenia zydowskiego Paula Lendvaiego z Austrii: "Na narody tradycyjnie uczulone na kwestie niezaleznosci i prestizu spadl wkrotce po wojnie podwojny cios: komunizm i sowietyzacja. A Zydzi znajdowali sie wowczas na stanowiskach premierow, pierwszych sekretarzy, ministrow i szefow policji w tych samych krajach, gdzie ich ojcowie byli zaledwie tolerowanymi intruzami. (...) Urazy poglebiala swiadomosc, ze to obcy pozostajacy w sluzbie obcego mocarstwa narzucaja obcy system. (...) Czlonek wspolnoty zydowskiej spotykal sie na tych terenach z nienawiscia (...) takze jako symbol wladzy typu kolonialnego, namiestnik sowiecki (...)" (P. Lendvai, Antysemityzm bez Zydow, cz. 1, wyd. podziemne "Los", 1987, s. 63, 70).
Gross, wbrew tym podstawowym faktom historycznym, akcentowanym przez Ledvaiego, twierdzi, jakoby komunisci: "Od czasu wojennych doswiadczen ZSRR rozumieli, ze patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne popularne uczucia musza byc wykorzystane dla zabezpieczenia panowania Partii Komunistycznej. Jesli takie uczucia - wsrod Rosjan, Ukraincow, Rumunow czy Polakow - pojawia sie wraz z mieszanka ksenofobii i antysemityzmu, niech tak bedzie". (Strach, s. 223). I to juz sa istne brednie, do tego pisane z ewidentnie zla wola. Prawda jest tylko to, ze wladze sowieckie maksymalnie wspieraly rosyjski nacjonalizm. Juz za ukrainski nacjonalizm mozna bylo natomiast szybko zaplacic... wlasna glowa. Za szczyt lgarstwa mozna uznac ocene, ze komunisci popierali polskie "uczucia patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w polaczeniu z mieszanka ksenofobii i antysemityzmu. Czyz nie jest to jedno z najpodlejszych klamstw Grossa w odniesieniu do czasow, gdy dzieki sowieckiej przemocy mordowano tysiace polskich patriotow, a dalsze tysiace wywozono na Sybir! Zapytajmy Grossa, jak przy takiej rzekomej akceptacji dla antysemityzmu mogly sie w 1945 r. pojawic na ulicach Warszawy nalepiane obok siebie plakaty: "Chwala bohaterskim obroncom getta" i "Hanba faszystowskim pacholkom z AK". Czyzby wywieszano je wbrew woli Sowietow i potulnie sluzacego im kierownictwa PPR? Wbrew woli Bermana, Minca, Kasmana, Romkowskiego czy Fejgina?! Przypomnijmy, co powiedzial Boleslaw Bierut, jedyny nie-Zyd w rzadzacym Polska triumwiracie, w czasie spotkania z prezesem Amerykanskiej Federacji Polskich Zydow Josephem Tenenbaumem. Bierut mial stwierdzic, ze "zabojstwo Zyda jest zbrodnia dziesieciokrotnie wieksza niz zwykle zabojstwo, przeciez tyle sie wycierpieli i tak niewielu z nich przezylo" (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000,
s. 536). To miala byc tolerancja dla antysemityzmu? M.J. Chodakiewicz przypomina w swej jakze miazdzacej recenzji "Strachu", publikowanej w "Niezaleznej Gazecie Polskiej" z 4 sierpnia 2006 roku, ze: "(...) funkcjonowalo przekonanie, ze Zydzi sa faworyzowani, bowiem z oskarzenia o antysemityzm czy antyzydowskie czyny nagminnie [podkr. J.R.N.] stawiano przed sadem Polakow. Najczesciej sadzono ich z paragrafu o "wywolywanie, a nawet wszczynanie wasni narodowosciowych". Jak pokazuje Krzysztof Sidorkiewicz, wysylano ludzi do obozow pracy za dowcipy antyzydowskie czy tez antyzydowskie inwektywy. Lud to widzial i komentowal: "zydokomuna". W ich oczach wygladalo na to, ze tlamszono wolnosc slowa". W "Biuletynie Zydowskiego Instytutu Historycznego" (1997, nr 2, s. 51) Dariusz Jarosz pisze wprost, ze wladze traktowaly jako "wroga propagande" antysemityzm uzewnetrzniajacy sie "w niektorych przekazach potocznych". I gdziez tu jest opisywana przez Grossa rzekoma tolerancja dla antysemityzmu?
Na s. XIV i 241 "Strachu" Gross pisze o rzekomej obojetnosci partii komunistycznej w Polsce dla spraw zydowskich. Przytoczmy wiec w tym kontekscie duzo rzetelniejsza od Grossa opinie Stanislawa Krajewskiego, jednego z czolowych dzis przywodcow mniejszosci zydowskiej w Polsce, wspolprzewodniczacego Rady Chrzescijan i Zydow. W tekscie opublikowanym w 1983 roku w podziemnej KOR-owskiej "Krytyce", podpisanym "Abel Kainer", Krajewski pisal: "Inna "zydowska" cecha najwyzszych organow wladzy zdaje sie byc uczulona, czy wrecz przeczulona postawa wobec antysemityzmu" (A. Kainer, Zydzi a komunizm, "Krytyka" 1983, nr 15, s. 195). Stanislaw Krajewski jako Abel Kainer pisal dalej w swoim tekscie na lamach "Krytyki": "Bylo to tragedia dla stosunkow polsko-zydowskich, ze pomnik Bohaterow Getta odslonieto w Warszawie w 1958 roku jednoczesnie ze wzmozeniem oszczerstw wobec Panstwa Podziemnego i wzrostem represji policyjnych i sadowych wobec zolnierzy AK. Postronny swiadek, a co dopiero zaangazowany, musial traktowac takie postepowanie jako wyraz prozydowskiego i zarazem antypolskiego nastawienia, nawet jesli zgadzal sie z tym, ze bojownicy Getta naprawde zasluguja na pomnik" (tamze, s. 195). Bardzo wiele osob oburzalo sie na to, ze polscy powstancy nie mogli "ani godnie pochowac swoich zmarlych, ani obchodzic rocznicy powstania", w czasie gdy "powstancom zydowskim postawiono monumentalny pomnik" (wg A. Klopotowskiej, W poszukiwaniu pamieci, "Gazeta Polska" z 22 maja 2002). Historyk M.J. Chodakiewicz pisal: "Ujmujac rzecz symbolicznie, "dobre" powstanie w getcie z 1943 r. (kierowane, oczywiscie, przez komunistow) przeciwstawiano "zlemu" powstaniu warszawskiemu z 1944 r. (kierowanemu, oczywiscie, przez reakcjonistow). Zmagania Zydow nieustannie byly w mediach wychwalane, zmagania Polakow zas umniejszane. Bojownikom zydowskim oddawano czesc przy okazji licznych oficjalnych uroczystosci, polskich zolnierzy natomiast opluwano, odmawiano im prawa do pracy i ksztalcenia, wywozono do lagrow, wieziono, a nawet rozstrzeliwano" (cyt. za: A. Klopotowska, op. cit.).

Zydowscy namiestnicy Stalina
Klamstwa Grossa zderzaja sie wciaz z faktami ilustrujacymi ogromnie znaczaca role jakze wielu wplywowych Zydow w Polsce, na Wegrzech, w Rumunii czy w Czechoslowacji w narzucaniu tym krajom sowieckiego systemu zniewolenia i jego utrwalaniu - wbrew woli przewazajacej czesci mieszkancow. Jak klamliwe sa twierdzenia Grossa, najlepiej swiadczy rola odegrana przez zydowskich namiestnikow Stalina w sowietyzacji Europy Srodkowowschodniej. W Polsce rzadzil triumwirat zlozony z dwoch zydowskich komunistow: Bermana i Minca, oraz znacznie mniej od nich zdolnego nie-Zyda Bieruta, ktory calkowicie przystosowywal sie do swych zydowskich towarzyszy we wladzy. Na Wegrzech az do lipca 1956 r. rzadzil najkrwawszy stalinowski dyktator w Europie srodkowej, zydowski komunista Mátyás Rákosi (Roth). W Rumunii do maja 1952 r. role bezwzglednego dyktatora spelniala corka rabina Anna Pauker. W Czechoslowacji do wrzesnia 1951 r. ogromna wladza dysponowal sekretarz generalny KP Czechoslowacji, zydowski komunista Rudolf Slansky (Salzmann).
O roli komunistow zydowskich w Polsce pisalem juz bardzo szeroko. Teraz przypomne tylko, co pisal na temat rzadzacego w Polsce triumwiratu Piotr Lipinski w "Magazynie Gazety Wyborczej" z 25 maja 2000 roku: "Jakub Berman odpowiadal w "triumwiracie" za propagande, sluzby bezpieczenstwa, Hilary Minc za gospodarke. - Bierut zdawal sobie sprawe, ze otaczaja go ludzie inteligentniejsi - mowi Aleksander Kochanski, kiedys pracownik Centralnego Archiwum KC". Powszechnie uznawany jest ten wlasnie fakt, ze zydowscy czlonkowie triumwiratu wyraznie dominowali sprytem i inteligencja nad bezbarwnym Bierutem.

Najkrwawszy stalinizm - na Wegrzech
Gross pisze o Wegrzech (s. 224) jako przykladzie rzekomej "fuzji miedzy komunistami a faszystami" kosztem Zydow, skromnie przemilczajac fakt, ze Wegrami przez caly okres stalinowski rzadzil jako bezwzgledny dyktator "krwawy Maciej" - Mátyás Rákosi, szczegolnie okrutny Zyd komunista. Co wiecej, Rákosiemu we wprowadzeniu najkrwawszego w Europie Srodkowej terroru, z furia niszczacego wegierski patriotyzm i Kosciol katolicki, pomagala trojka innych najbardziej wplywowych sluzalcow Stalina - wszyscy zydowskiego pochodzenia. Specyfika Wegier Rákosiego (Gross przemilcza jego zydowskie pochodzenie) byl fakt, ze tam - w odroznieniu od Polski, Czechoslowacji czy Rumunii - cala kierownicza czesc wegierskiej partii komunistycznej skladala sie wylacznie z oddanych Stalinowi politykow zydowskiego pochodzenia. Tych, ktorzy moga wyrazic sceptycyzm co do powyzszych moich uwag, odsylam do referatu wybitnego wegierskiego historyka pochodzenia zydowskiego Györgya Litvána, wygloszonego na Hebrajskim Uniwersytecie w Jerozolimie w 1991 roku. Litván stwierdzil tam m.in.: "Komunistyczna Partia Wegier byla od samego poczatku, poczawszy od zalozycielskiej grupy Béli Kuna, w przewazajacej mierze zydowska. Z 55 ludowych komisarzy [odpowiednik ministrow - J.R.N.] w 1919 r. 33 bylo Zydami. Ten charakter nie zmienil sie podczas nielegalnego okresu lat miedzywojennych ani po II wojnie swiatowej. (...) Po 1945 r. wszyscy czolowi przywodcy (wszyscy czterej z kierowniczej "czworki") KP - Mátyás Rákosi, Ernö Gerö, Mihály Farkas i Jozsef Révai - oraz wiekszosc innych przywodcow byla zydowskiego pochodzenia, a opinia publiczna byla oczywiscie swiadoma tego faktu. (...) Czlonkowie nowej partii w pierwszych latach po wyzwoleniu byli rowniez w wielkiej czesci Zydami. (...) Stawali sie funkcjonariuszami partii, dziennikarzami, oficerami armii czy sluzby bezpieczenstwa - AVH" (cyt. za tekstem referatu G. Litvána, publikowanego w "Király Béla Emlekkönyv. Haború és Társadalom", wyd. P. Jonas i in., Budapeszt 1992, s. 237-238.). Z licznych prac wiadomo, ze przewazajaca czesc policji bezpieczenstwa (AVH; bestialskich awoszy) skladala sie z osob pochodzenia zydowskiego. Wedlug oceny znanego wegierskiego historyka emigracyjnego Charlesa Gatiego, zawartej w jego ksiazce "Magyarország a Kreml arnyékában" (Wegry w cieniu Kremla, Budapeszt 1990, s. 103), wydanej z poslowiem amerykanskiego ambasadora na Wegrzech Marka Palmera: "Sztab generalny policji politycznej, straszliwego AVO, a pozniej AVH, skladal sie w 70 proc. z Zydow; awoszom przewodzili rowniez dwaj szefowie zydowskiego pochodzenia: G. Péter (Auspitz) i V. Farkas (Wolf)".
Przypomnijmy jeszcze raz: glownym przywodca odpowiedzialnym za wprowadzenie najkrwawszej, najbardziej znienawidzonej dyktatury (pokazal to rok 1956) w Europie Srodkowej byl M. Rákosi (Roth). Jego zastepca, a pozniej nastepca, od lipca 1956 roku, to rownie znienawidzony Ernö Gerö (Singer), byly krwawy agent GPU w Hiszpanii, zwany "rzeznikiem z Barcelony". Czlonkiem Biura Politycznego odpowiedzialnym za bezpieke byl kolejny Zyd komunista Mihály Farkas (Wolf
- wilk; nomen omen). Jego zastepca, szefem wyjatkowo bestialskiej sluzby bezpieczenstwa, byl rowniez zydowski komunista Gábor Péter (Auspitz), a zastepca tegoz - syn Farkasa, wyjatkowy sadysta Vladimir. Czolowym ideologiem byl inny zydowski komunista, Jozsef Révai. Przy takim calkowitym zdominowaniu kierownictwa wegierskiej partii komunistycznej przez komunistow zydowskiego pochodzenia glownymi ofiarami sfingowanych procesow stali sie komunisci wegierskiego pochodzenia, tacy jak Lászlo Rajk (wegierski odpowiednik W. Gomulki), czlonek Biura Politycznego KC WPP i minister spraw wewnetrznych, oskarzony o "nacjonalizm" oraz "titoizm" i powieszony w 1949 roku. I tu wlasnie dochodzimy do jednego z najbezczelniejszych falszow Grossa: pisze on na s. 223 o rzekomym "antysemickim impecie" procesu Rajka. Przypomnijmy wiec, ze Rajk byl w pierwszym kierownictwie partii komunistycznej po wojnie, maksymalnie zdominowanym przez Zydow, jedynym bardziej wplywowym Wegrem. Jego aresztowanie i stracenie oznaczalo ostateczne pozbycie sie przez Rákosiego jedynego niezydowskiego rywala w walce o wladze. Klamstwo Grossa ma wyjatkowo ordynarny charakter. Falszerz, jak zwykle, liczy na calkowita ignorancje czytelnikow zza oceanu.
Warto wspomniec jednak jeden ciekawy epizod z konca 1952 roku. Rákosi, zachowujac nadal pelnie wladzy w rekach swoich i trzech zydowskich wspoltowarzyszy z rzadzacej "czworki", postanowil dolaczyc sie do kampanii antysyjonistycznej poprzez aresztowanie szefa policji bezpieczenstwa, zydowskiego komunisty Gábora Pétera. Aresztowano go podstepem, gdy szedl na przyjecie sylwestrowe 31 grudnia 1952 r. u samego Rákosiego. Aresztowanie okazalo sie jednak niewypalem. Nie w ciemie bity szef bezpieki ociagal sie z przyznaniem do winy w rzekomym syjonistycznym spisku, wiedzac, ze jak raz sie przyzna, to podpisze wyrok smierci. Byc moze tez jego dawni podwladni, zydowscy awosze, katowali go z mniejszym przekonaniem niz innych wiezniow. Dosc, ze Péterowi udalo sie przetrwac bez wyroku pare miesiecy od aresztowania az do smierci Stalina 5 marca 1953 roku. Zaraz potem w ZSRS ogloszono, ze aresztowania pod adresem syjonistycznych "lekarzy-mordercow" byly falszem i wycofano sie z calej kampanii antysyjonistycznej. Rákosi znalazl sie w kropce. Pétera uwieziono, a nie mozna bylo go skazac za poprzednio zarzucane winy. Natychmiast wymyslono jednak nowy zarzut - oskarzono go, ze byl "wrogiem ludu", spiskujacym na rzecz Tito. I to oskarzenie trafilo jednak jak kula w plot, bo niezadlugo kremlowscy przywodcy zaczeli poprawiac stosunki z Jugoslawia. Wreszcie siegnieto po trzeci zarzut - tym razem celnie. W marcu 1954 r. skazano Pétera na dozywocie za brutalne lamanie praworzadnosci.
Do smierci Stalina w 1953 r. nie doszlo do zadnego ograniczenia wplywow zydowskiej "czworki" rzadzacej na Wegrzech. Dopiero w czerwcu 1953 r. nowi przywodcy sowieccy, glownie Chruszczow i Beria, narzucili czastkowe zmiany na Wegrzech, glownie premierostwo narodowego komunisty Imre Nagya. Dominujaca pozycje w partii nadal jednak utrzymal Rákosi i stopniowo dzieki intrygom w Moskwie zdolal doprowadzic do usuniecia Nagya w marcu 1955 r. i jego pozniejszego potepienia. Warto przypomniec, co pisal w opozycyjnym memorandum z 1955 r. usuniety z wszystkich funkcji Imre Nagy, pozniejszy bohater powstania w 1956 roku. Najwyrazniej pietnujac rzadzaca na Wegrzech komunistyczna klike zydowska, Nagy pisal: "Nie wypieram sie mojej wegierskiej narodowosci... Wlasnie to wyroznia mnie i oddziela nawet dzis od kosmopolitow i lewackich ekstremistow, ktorzy sa obcy narodowi wegierskiemu i jego ambicjom" (wg Imre Nagy on Communism. In Defence of the New Course, Londyn 1957, s. 244). Prawdziwa tragedia Wegier stal sie fakt, ze nienawidzacy Wegrow Rákosi (uzywal zwrotu o "9 milionach wegierskich faszystow") utrzymal wladze az do lipca 1956 roku. Nawet po jego wymuszonym przez Rosjan ustapieniu rzady objal inny fanatyczny komunista zydowski E. Gerö, prawa reka Rákosiego. To on swa mowa, wyzywajaca od faszystow, w dniu 23 pazdziernika 1956 r. sprowokowal parusettysieczny tlum manifestantow do antyrzadowych wystapien, ktore zapoczatkowaly powstanie na Wegrzech. Fanatyczni zydowscy komunisci odegrali ogromna role w sprowokowaniu tragicznego narodowego powstania i bolesnych strat, ktore zdziesiatkowaly wegierskie elity patriotyczne. O straszliwym antynarodowym terrorze doby Rákosiego czytelnicy amerykanscy oczywiscie nie dowiedza sie z ksiazki Grossa, perorujacego o rzekomym "antysemickim impecie" procesu Rajka i rzekomej fuzji komunistow z faszystami na Wegrzech.

Stalinizacja Czechoslowacji i Rumunii
Amerykanscy czytelnicy nie dowiedza sie rowniez niczego o roli komunistow zydowskich w stalinizacji Czechoslowacji i jej calkowitym podporzadkowaniu sowieckiemu dyktatowi. Szczegolnie negatywna role pod tym wzgledem odegral fanatyczny stalinowiec, sekretarz generalny KP Czechoslowacji, dzialacz zydowskiego pochodzenia Rudolf Slansky (wlasciwie Salzmann). E. Taborsky pisal w wydanej w Princeton (USA) monografii historii komunizmu w Czechoslowacji 1948-1960, ze: "Zaden czlonek KPCz nie byl bardziej uporczywy w analizowaniu linii Moskwy i zaden nie symbolizowal lepiej od Slanskyego podporzadkowania Kremlowi. (...) Po lutym 1948 r. atakowal Gottwalda za "miekkosc", twierdzac, ze partia powinna byla natychmiast po wojnie zagarnac wladze w Czechach, zamiast tracic czas na kompromisy z elementami burzuazyjnymi. Gorliwie tropil wrogow politycznych".
Wedlug opracowanego przez Geoffreya Wigodera "Slownika biograficznego Zydow" (Warszawa 1998, s. 500), Slansky "mial pelna kontrole nad partia, sluzba bezpieczenstwa i armia". Wedlug "Czarnej ksiegi komunizmu" (Warszawa 1999, s. 400), "Rudolf Slansky, sekretarz generalny KPCz od 1945 roku, lojalny stronnik Moskwy, przewodniczyl "grupie pieciu", specjalnemu organowi, ktorego zadaniem byl biezacy nadzor nad przebiegiem represji, i z tego tytulu zatwierdzil dziesiatki wyrokow smierci". W podziemnym wydawnictwie "Krag" opublikowano w 1985 r. tzw. "Zatajony dokument. Raport Komisji KC KPCz o procesach politycznych i rehabilitacjach w Czechoslowacji w latach 1945-1968". Byl to tekst raportu specjalnej komisji KC KPCz, powolanej w 1968 r. w czasie Praskiej Wiosny przez dubczekowskie kierownictwo. W dokumencie pisano (s. 14 ksiazeczki wydanej w "Kregu"), ze Slansky wiedzial o stosowaniu niepraworzadnych metod w bezpieczenstwie i armii. Referat Slanskyego na naradzie etatowego aktywu partii w sali palacu "Lucerna" 7 grudnia 1949 r. omawial sposoby szukania i wykrywania wrogow, zalecajac, ze przede wszystkim nalezy wykrywac "najniebezpieczniejszych" wrogow, ktorzy ukrywaja sie we wlasnych szeregach. Slansky wzywal do gorliwego tropienia ludzi ukrywajacych swe "prawdziwe, burzuazyjno-nacjonalistyczne oblicze". Wedlug ocen komisji (s. 26 "Zatajonego dokumentu"): "Referat Slanskyego byl kompletnym uzasadnieniem powszechnej podejrzliwosci, ktora nie mogla nie pociagnac ze soba najciezszych nastepstw". Slansky byl szczegolnie mocno odpowiedzialny za jakze niebezpieczny w skutkach atak na slowackich "nosicieli burzuazyjnego nacjonalizmu", ktory spowodowal w rezultacie m.in. aresztowanie i stracenie po sfabrykowanym procesie Vladimira Clementisa, ministra spraw zagranicznych Czechoslowacji. Jednego Slansky nie przewidzial mimo calej swej nadgorliwosci, ze tak gorliwie tropiac wrogow politycznych stalinizmu, sam w koncu stal sie jego ofiara, ba - glowna postacia w procesie tzw. syjonistow w 1952 roku.
Kluczowa pozycje Slanskyego w zyciu politycznym Czechoslowacji wzmacniali inni komunisci pochodzenia zydowskiego, umieszczeni na szczegolnie waznych, wrecz strategicznych pozycjach komunistycznego panstwa czechoslowackiego, wzglednie komunistycznej partii. Nalezeli do nich miedzy innymi prawa reka Slanskyego Bedrzich Geminder - zastepca sekretarza generalnego KC KPCz, Bedrzich Reicin - szef wywiadu wojskowego, pozniej wiceminister obrony narodowej, Rudolf Margolis
- wiceminister handlu zagranicznego odpowiedzialny za wspierane przez KPCz spolki handlowe, kontrolowane przez zachodnie partie komunistyczne, Otto Fischl - wiceminister finansow, swietnie poinformowany o roznych manipulacjach finansowych KPCz, Evzen Löbl - wiceminister handlu zagranicznego, Ludwik Frejka - kierownik wydzialu gospodarczego kancelarii prezydenckiej, Otto Szling - sekretarz komitetu KPCz w Brnie, stolicy Moraw, Andre Simone
- redaktor naczelny glownego dziennika partyjnego "Rude Pravo", Vavro Hajdu - byly wiceminister handlu zagranicznego, Artur London - byly agent komunistycznych sluzb wywiadowczych w Szwajcarii i Francji po 1945 roku, a od 1949 roku wiceminister spraw zagranicznych. (Wszystkie wyzej wymienione osoby zostaly w 1952 roku oskarzone w tzw. procesie grupy syjonistow wraz ze Slanskym). Artur London byl pozniej kreowany na bohatera slynnego filmu Costy Gavrasa "L'aveu" (Wyznanie) o maltretowaniu ofiar sfabrykowanego procesu stalinowskiego. Stopniowo odslonila sie jednak rowniez prawda o wczesniejszej roli tegoz Londona jako stalinowskiego agenta wywiadu (por. A. Paczkowski, Po drugiej stronie biografii, "Gazeta Wyborcza", 3 lutego 1997).
Gross pisze (na s. 223) wylacznie o "antysemickim impecie" procesu Slanskyego, ani slowem nie zajakujac sie na temat wczesniejszej wyjatkowo podlej roli Slanskyego w stalinizacji Czechoslowacji. Podobnie dowiadujemy sie u Grossa (s. 223) tylko o aresztowaniu Anny Pauker jako wyrazie stalinowskich dzialan antysemickich, a niczego o wczesniejszej roli tej zydowskiej komunistki w stalinizacji Rumunii. Przypomnijmy wiec, chociaz skrotowo, co pisal na ten temat slynny sowietolog pochodzenia zydowskiego, cytowany juz Paul Lendvai: "Trzon uksztaltowanych przez Sowietow komunistow byl kierowany przez Anne Pauker, corke zydowskiego rabina. (...) To ona, a nie nominalny przywodca Gheorgiu Dej liczyla sie jako najpotezniejsza figura po 1945 roku. Tak bylo az do usuniecia Pauker w maju 1952 roku" (P. Lendvai, Antisemitism in Eastern Europe, Londyn 1971, s. 335). Jerzy Z. Muller pisal w amerykanskim "Commentary", ze prawdziwym przywodca w Rumunii byla A. Pauker (podobno zadenuncjowala swego meza Marcela, dzialacza Miedzynarodowki, pod zarzutem trockizmu) (...)" (cyt. za przedrukiem tekstu J.Z. Mullera w "Mowia wieki" 1991, nr 1, s. 24).   Prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik 2006.08.23.
 
Nowe falsze Grossa (13) - "Zapomniano" przeprosic Polakow!
 
Metody manipulacji Grossa mozemy swietnie zaobserwowac na przykladzie przedstawiania przez niego historii Europy Srodkowowschodniej zniewolonej przez Sowiety, w pierwszych latach po wojnie, od 1945 r. do smierci Stalina w 1953 roku. Otoz Gross stara sie tak manipulowac faktami, przede wszystkim antydatujac wydarzenia, aby pokazac zydowskich dzialaczy komunistycznych wylacznie jako ofiary stalinizmu, zacierajac prawde o wczesniejszych wydarzeniach, gdy te same pozniejsze ofiary byly czestokroc bezwzglednymi katami.

Ofiary czy kaci
Jednym z najjaskrawszych oszustw Grossa jest swiadome antydatowanie przez niego o dwa lata antyzydowskiej kampanii w Europie Srodkowej, przedstawianie jakoby rozpoczela sie ona juz pod koniec lat 40. (in the late 1940 - wg. "Fear", s. 223). Gross pisze tam: "Niewiele jest watpliwosci co do tego, ze Stalin zaspokajal i instrumentalizowal antysemityzm w swych ostatnich latach. Podstawowy antysemicki impet aresztowania Anny Pauker w Rumunii, procesu Rajka na Wegrzech i w szczegolnosci procesu Slanskyego w Czechoslowacji zaznaczal sie wyraznie". Otoz z tych trzech wydarzen wyliczonych przez Grossa tylko jedno
- proces Rajka - mialo miejsce "pod koniec lat 40." - w 1949 roku. Tylko ze zaliczenie sfabrykowanego procesu czolowego komunisty pochodzenia wegierskiego L. Rajka, ofiary terroru komunistow zydowskich, do przesladowan antysemickich jest - jak juz pisalem - wierutnym klamstwem. Dwa pozostale wydarzenia mialy miejsce trzy lata pozniej. W 1952 r. doszlo do procesu Slanskyego, usunietego z czolowej funkcji w partii we wrzesniu 1951 roku. Takze dopiero w 1952 r. doszlo do usuniecia A. Pauker z jej dyktatorskiej pozycji, pozbawienie jej czlonkostwa Biura Politycznego i Sekretariatu KC rumunskiej partii komunistycznej (por. Sowietskij enciklopediczeskij slowar, Moskwa 1987, s. 977).
Falsz tego antydatowania dokonanego przez Grossa ma bardzo istotne znaczenie. W 1949 r. bowiem w najlepsze trwal jeszcze proces niszczenia rodzimych komunistow z Wegier, Polski, Czechoslowacji i Rumunii przy ogromnym udziale i zaangazowaniu komunistow pochodzenia zydowskiego. Na Wegrzech osiagnal on kulminacje w 1949 r., czego wyrazem bylo powieszenie najbardziej wplywowego komunisty pochodzenia wegierskiego L. Rajka. W 1950 r. doszlo na Wegrzech do kolejnej czystki i aresztowan komunistow nie-zydowskiego pochodzenia na czele z J. Kádárem. Z kolei fanatyczny sekretarz generalny KP Czechoslowacji Slansky (Salzmann) byl w latach 1949-1950 szczegolnie gorliwy w tropieniu czeskich i slowackich "narodowych odchylencow" i przynaglal do jak najszybszego wykrycia czechoslowackiego Rajka. W Polsce w tym samym czasie pod kierownictwem Bermana et consortes, przy wsparciu Bieruta, w najlepsze rozwijala sie polityczno-bezpieczniacka rozprawa z tzw. odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym.
Aby przedstawic zydowskich komunistow w roli ofiar stalinizmu, Gross ukazuje faktycznie dopiero trzeci etap powojennych walk wewnetrznych i czystek, swiadome przemilczajac pierwsze dwa etapy, kiedy zydowscy komunisci nie byli zadnymi ofiarami, a wielu z nich odgrywalo wylacznie role katow. Pierwszy z tych etapow to okres lat 1945-1947, gdy zydowscy komunisci dyrygowali terrorem wymierzonym w prozachodnie sily niepodleglosciowe (typu PSL i jego odpowiednikow w Europie Srodkowej) oraz w podziemie niepodleglosciowe w Polsce; drugi etap - lata 1948-1950, ze szczegolnym natezeniem od 1949 r., oznaczal czas, gdy zydowscy komunisci rozprawiali sie pod haslami walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym" z komunistami polskiego, wegierskiego, czeskiego, slowackiego czy rumunskiego pochodzenia. Dopiero na trzecim etapie (w latach 1951-1952) zaczeto uderzac w kierowniczych zydowskich dzialaczy komunistycznych (zarzuty syjonizmu). Jaskrawym falszem Grossa jest jednak sugerowanie, ze kampania antyzydowska zdominowala atmosfere w calej Europie Srodkowej w sytuacji, gdy jej skutki uderzyly bolesnie komunistow pochodzenia zydowskiego tylko w dwoch krajach: w Czechoslowacji i w Rumunii. Zupelnie odmiennie bylo na Wegrzech i w Polsce. Na Wegrzech az do jesieni 1956 r. dominowaly rzady zydowskich komunistow najbezwgledniejszego typu, depczacych z furia wegierskie uczucia narodowe. Takze w Polsce do 1956 r. nie doszlo ani do oslabienia pozycji zydowskich politykow na szczytach wladzy, ani do antyzydowskiej czystki w MBP czy MSZ.
Wymowne pod tym wzgledem sa informacje podane przez prof. Andrzeja Paczkowskiego, skadinad chetnie cytowanego przez Grossa, ale akurat nie w tej sprawie. Profesor Paczkowski, piszac o ponawianych przez ambasadora sowieckiego w Warszawie Wiktora Lebiediewa alarmujacych raportach na temat calkowitego zdominowania bezpieki w Polsce przez Zydow, stwierdzil, ze w 1950 r. do ambasady sowieckiej dochodzily niechetne Zydom glosy, takie jak np. Wladyslawa Wolskiego, pietnujacego istnienie "zydowskiej kliki w partii" (por. A. Paczkowski, Zydzi w UB: proba weryfikacji stereotypu [w:] Komunizm. Ideologia, system, ludzie, pod red. T. Szaroty, Warszawa 2001,
s. 203). Jak komentowal prof. Paczkowski: "Tak wiec na fali narastajacego juz od 1948 r. w WKP/b/ i aparacie sowieckim antysemityzmu pojawili sie w Polsce pierwsi chetni do poplyniecia na niej ku najwyzszym stanowiskom. Zaden z nich jednak nic nie zyskal, a Wolski poniosl wrecz sromotna kleske
- niebawem po zlozeniu swego (kolejnego) donosu zostal usuniety nie tylko z KC, ale w ogole z PZPR (por. tamze,
s. 203). Tak wygladala sytuacja w polskiej partii komunistycznej w 1950 roku! Jak to sie ma do ewidentnych klamstw Grossa o rzekomym nasileniu antysemityzmu juz od konca lat 40.? Paczkowski pisze dalej (op. cit., s. 203-204): "Choc Lebiediew jeszcze w lutym 1950 r. przekazal Stalinowi swoja opinie o koniecznosci 'wymiany' kierownictwa MBP, trzon bezpieki pozostal nienaruszony i wszyscy dyrektorzy departamentow wytrwali na swoich - lub rownorzednych stanowiskach. Az do 1956 r. zadne powazniejsze zmiany w MBP nie mialy zwiazku z kampania antysemicka. (...) 'Baroni' bezpieki, dyrektorzy departamentow i szefowie WUBP niezaleznie od pochodzenia pozostali na swych stanowiskach. Nie znaczy to, ze aparat bezpieczenstwa skladal sie wylacznie z Zydow lub filosemitow, jednak postawy antysemickie nie ujawnialy sie. Zapewne dlatego, ze nie bylo na nie przyzwolenia kierownictwa partii, ktore dobrze kontrolowalo bezpieke" [podkr. - J.R.N.]. Usadowieni w Biurze Politycznym KC PZPR do 1956 r. tacy ludzie, jak Berman czy Minc dobrze dbali o swych towarzyszy w bezpiece. Podobnie bylo w MSZ, gdzie mimo nadreprezentacji zydowskich komunistow takze nie doszlo do zadnych zmian skladu narodowosciowego (por. A. Paczkowski, op. cit., s. 204).
Gross calkowicie zaciera prawde o takiej sytuacji na Wegrzech i w Polsce, piszac o tym, jak to w Europie Srodkowej nasilal sie "impet antysyjonistyczny". Pomija rowniez calkowitym milczeniem fakt, ze antyzydowskie dzialania w Czechoslowacji i w Rumunii czesciowo uderzyly w te same osoby, ktore do niedawna gorliwie wypelnialy role stalinowskich katow (od Slanskyego po Pauker). Gross calkowicie przemilcza rowniez sprawe przewodniej roli zydowskich funkcjonariuszy partii czy bezpieki w rozprawianiu sie z nie-zydowskimi dzialaczami komunistycznymi w ramach walki z "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym". Na przyklad role Bermana i Minca w kampanii przeciw Gomulce i jego zwolennikom. Wedlug zeznan Fejgina, zlozonych w 1957 r. na rozprawie sadowej, w 1951 r. Minc na jego uwage, ze nie ma materialow uzasadniajacych aresztowanie Gomulki, zareplikowal z calym cynizmem: "Jak bedzie potrzeba, to bedziesz go 10 lat bez materialow trzymal" (cyt. za A. Werblan, Stalinizm w Polsce, Warszawa 1991, s. 59).
Warto tu zacytowac jakze wymowny fragment tekstu Wladyslawa Bienkowskiego, przez pewien czas ministra kultury w PRL-u, autentycznego partyjnego reformatora. Pokazuje on wyraznie, jak bardzo wlasnie zydowscy komunisci skorzystali na rozbiciu skrzydla gomulkowskiego w PZPR i na walce z "prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem". W wydanej w 1969 r. w wydawnictwie paryskiej "Kultury" ksiazce "Motory i hamulce socjalizmu" (Paryz 1969, s. 46-47) Bienkowski pisal: "(...) Zwrot, jaki dokonal sie po 1948 r. po 'zdemaskowaniu' odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego stworzyl nowa sytuacje, w pewnej mierze przypominajaca przedwojenne perypetie KPP. Poniewaz najwiekszym zagrozeniem dla mlodego socjalistycznego panstwa okazaly sie tendencje nacjonalistyczne w partii, reprezentowane przez grupe dzialaczy (nb. nie-Zydow), usunietych i poddanych represjom - rola aktywu zydowskiego, jako nie podejrzanego o polski nacjonalizm wzrosla, w calym aparacie [podkr. - J.R.N.] Szczegolnie rzucajacy sie w oczy byl ich udzial w niektorych sluzbach wymagajacych wiekszego politycznego zaufania - w placowkach sluzby zagranicznej, zarowno dyplomatycznej, jak i handlowej, a nawet wojskowej. W powaznym stopniu na klimacie, jaki w spoleczenstwie wytworzyl sie dokola nielicznej ocalalej ludnosci zydowskiej, zaciazyl fakt szerokiego uzycia Zydow w rozbudowywanym aparacie bezpieczenstwa (...)".
Zdaniem prof. Paczkowskiego "Byc moze przeprowadzenie czystki antysemickiej w Polsce utrudnione bylo przez fakt, ze rozpoczeto od walki z polskim 'odchyleniem nacjonalistycznym'" (por. A. Paczkowski, op. cit., s. 203).
Dodajmy, ze wbrew apokaliptycznym obrazom kreslonym przez Grossa nawet w samym ZSRS nie bylo jakiejs calosciowej czystki antyzydowskiej. Do ostatnich dni Stalina przetrwal u jego boku jako czlonek najwyzszych wladz komunistycznych - Prezydium KC KPZR, czolowy komunista zydowskiego pochodzenia Lazar Kaganowicz, jeden z glownych organizatorow represji w latach 30. i na poczatku lat 50., kat Ukrainy, glowny odpowiedzialny za potworna kleske glodu na Ukrainie w latach 30. W koncu stycznia 1953 r., wiec na krotko przed smiercia Stalina, urzadzono ogromnie uroczysty pogrzeb bardzo bliskiemu Stalinowi zydowskiemu komuniscie Lwowi Zacharewiczowi Mechlisowi, szefowi Glownego Zarzadu Politycznego wojska w latach 1937-1940, szczegolnie odpowiedzialnemu za stalinowskie represje w wojsku w 1937 roku. Niezadlugo potem przyznano Stalinowska Nagrode Pokoju czolowemu pisarzowi zydowskiego pochodzenia Ilii Erenburgowi. To wszystko nie wyklucza oczywiscie mozliwosci, ze Stalin juz wtedy zmierzal do skoordynowanego calosciowego uderzenia przeciwko komunistom pochodzenia zydowskiego w ZSRS i krajach Europy Srodkowej. Nalezy pokazywac jednak pelnie obrazu sytuacji. I tak np. Gross pisze na s. 210, ze "wielu ze starych bolszewikow, ktorych zniszczono w czasie Wielkiego Terroru lat 30. bylo zydowskiego pochodzenia". To prawda. Szkoda jednak, ze Gross ani slowem nie wspomina, ze w morderczych czystkach lat 30. uczestniczylo rowniez niemalo komunistow zydowskiego pochodzenia. Takich chocby jak Kaganowicz czy Mechlis (nb. obaj zawsze deklarowali w ankietach partyjnych swoje zydowskie pochodzenie).

Brednie o fuzji "komunistow z faszystami"
Gross nie zadowala sie antydatowaniem o dwa lata kampanii antysyjonistycznej w Europie Srodkowej z 1951 r. na 1949 r. i calkowitym przemilczeniem pierwszych dwoch okresow powojennej historii: 1945-1947 i 1948-1950, gdy zydowscy komunisci bezapelacyjnie przodowali w roli stalinowskich przesladowcow we wszystkich czterech omawianych krajach: Polsce, na Wegrzech, w Rumunii i w Czechoslowacji. W pewnym momencie Gross idzie doslownie na calosc, oskarzajac partie komunistyczne, ze rzekomo od poczatku postawily na wspoldzialanie z faszystami. Wszystko oczywiscie kosztem biednych Zydow! Jest to tak potworna brednia, ze trudno zrozumiec, jak ktos wypisujacy ja moze byc profesorem historii na renomowanym amerykanskim uniwersytecie czy w ogole profesorem.
Na s. 223-224 Gross twierdzi: "Nie ma watpliwosci co do antysemickiego impetu uwiezienia Anny Pauker w Rumunii, procesu Rajka na Wegrzech i w szczegolnosci procesu Slanskyego w Czechoslowacji. Ktos moze wskazac, ze te epizody nastapily pod koniec lat 40. i na poczatku lat 50., ale juz we wczesniejszej fazie komunistycznego siegania po wladze w Europie Wschodniej partia zrobila jasny wybor miedzy Zydami a ich miejscowymi wrogami. Natychmiast po zakonczeniu wojny komunistyczne partie w calej Europie Wschodniej zaczely sie umizgiwac do czlonkow przedwojennych partii faszystowskich" [podkr. - J.R.N.].
Czytelnicy "Naszego Dziennika" musza mi wybaczyc, ze zacytuje za oryginalem podkreslony fragment tej niesamowitej brechty Grossa. Chodzi o to, by nawet najbardziej niewierni Tomasze przekonali sie, jak cynicznie klamie Gross, jak bezgraniczne sa mozliwosci wymyslania przez niego nawet najbardziej niewiarygodnych bredni w imie raz przyjetej absurdalnej tezy. Zacytujmy dokladnie ten fragment tekstu Grossa ze s. 223-224, poprzednio podkreslony w przekladzie polskim: "(...) even as far back as the earliest phase of the Communist reach for power in Eastern Europe, the Party had made a clear choice between Jews and their local enemies. Immediately after the war ended, Communist parties all over Eastern Europe began to court former members of prewar fascist movements". Tekst jest przykladem skrajnej glupoty czy raczej niewiarygodnego wprost cynizmu autora. Jak mozna wytlumaczyc, ze kierownictwa partii zdominowanych przez zydowskich komunistow mogly pojsc na "jasny wybor" na rzecz faszystow i na szkode Zydow? Mozna, jesli sie przemilczy wyjatkowo wielka role Zydow w tych kierownictwach! Tak, jak to robi Gross, calkowicie przemilczajac zydowskie pochodzenie Rákosiego i jego czolowych wspolnikow we wladzy, czy milczac o tak poteznej pozycji Zydow w kierownictwie polskiej partii komunistycznej.
Gross na dowod swego twierdzenia powoluje sie na wypowiedzi przywodcy komunistow na Wegrzech M. Rákosiego w odniesieniu do dawnych faszystow nilaszowskich i przywodczyni komunistow w Rumunii A. Pauker w odniesieniu do dawnych faszystowskich czlonkow Zelaznej Gwardii. Przypomnijmy wiec, ze na Wegrzech w latach 1945-1946 stracono ponad 600 osob oskarzonych o faszyzm, w tym obok czterech bylych premierow wielu bardziej wplywowych faszystow nilaszowskich. Starano sie natomiast dac wolny dostep do partii komunistycznej dawnym czlonkom partii nilaszowskiej wsrod robotnikow, gloszac teorie o drobnych zblakanych nilaszowcach. Robiono tak tylko ze wzgledu na ogromna slabosc wegierskiej partii komunistycznej, ktora starala sie usilnie powiekszyc swa liczebnosc. Podobnie bylo w przypadku rumunskiej partii komunistycznej, przyjmujacej "drobnych" robotniczych czlonkow dawnej faszystowskiej Zelaznej Gwardii. Co najlepsze, z inicjatywami tego typu wystepowali za kazdym razem przywodcy zydowskiego pochodzenia (Rákosi na Wegrzech i Pauker w Rumunii). Zydowscy przywodcy w pelni kontrolowali sytuacje w swoich partiach i przyjmowali na ich szeregowych czlonkow wielu prostych robotnikow b. czlonkow partii faszystowskich, wiedzac, ze i tak nie beda oni nic mieli do gadania po zamienieniu faszystowskich führerow na komunistycznych. Uwagi Grossa, ze partia "zrobila jasny wybor miedzy Zydami a ich lokalnymi wrogami", umizgujac sie do tych ostatnich, jest wiec totalna brechta! Partia, a wiec Zydzi; Rákosi i Pauker?! Zeby bylo zabawniej, na s. 225 Gross pisze nawet o ostroznie przeprowadzonym "polaczeniu miedzy komunistami i faszystami" (fusion between Communists and fascists) w powojennej wschodniej Europie. Polaczeniu, ktore dokonywalo sie akurat pod kierownictwem tak slawetnych zydowskich komunistow, jak Rákosi czy Pauker (sic!). Gross wychodzi jednak z zalozenia, ze ignoranccy Amerykanie wszystko przelkna. I jak dotad sie nie mylil, sadzac po entuzjastycznych recenzjach Amerykanow, a scislej amerykanskich Zydow typu E. Wiesela. No... i takich "polskich naukowcow" jak profesor P. Wrobel z Toronto!
Zupelnym nonsensem jest przytoczenie zaraz potem jako dowodu "polityki uwodzenia faszystow" w Polsce sprawy uwolnienia z wiezienia B. Piaseckiego i stworzenia przezen PAX-u. Odosobniony przyklad postawienia na grupe Piaseckiego w celu rozbijania Kosciola nie zmienial sytuacji w Polsce, zdominowanej przez bardzo duze wplywy zydowskich komunistow w bezpiece, gospodarce czy propagandzie. Coz to mialo wspolnego z twierdzeniami o dokonaniu przez partie "jasnego wyboru miedzy Zydami a ich miejscowymi wrogami" na korzysc tych ostatnich? Jaki wplyw mial w owczesnej Polsce stalinowskiej B. Piasecki w porownaniu z J. Bermanem, H. Mincem czy chocby J. Rozanskim? Odwolam sie w tym momencie do bardzo swiezego tekstu piora Antoniego Zambrowskiego pt. "Obrona nieslawy" ("Gazeta Polska" z 9 sierpnia). Autor pisze tam, iz: "(...) gdy Moskwa sobie tego zyczyla, Boleslaw Piasecki jadal Zydom z reki, o czym swiadczy wieloletnia wspolpraca i zazylosc z pulkownikiem bezpieczenstwa Luna Brystygierowa (...)".
Ani mi w glowie wybranianie komunistow! Byli oni zdolni do wszelkich podlosci, jak dowiodlo chocby wydawanie przez nich w czasie wojny AK-owcow w rece gestapo, co pierwszy ujawnil J. Swiatlo w swoich "wyznaniach" w Radiu Wolna Europa. Tyle ze zdominowani przez Zydow komunisci nie mieli zadnej potrzeby "fuzji z faszystami", i to jeszcze wybierajac na ich korzysc przeciw Zydom. Owszem, komunisci wykorzystywali niektore osoby z zabagniona przeszloscia na zaleznych od nich stanowiskach (np. B. Piaseckiego), a najczesciej zwyklych robociarzy-faszystow na Wegrzech lub w Rumunii. Trzymali jednak wszystkie klucze do wladzy. Nie bylo mowy o zadnej fuzji (polaczeniu) komunistow i faszystow, jak sugeruje Gross, by dowodzic antysemityzmu partii komunistycznych w Europie Srodkowej i wynikajacej z tego rzekomej roli Zydow jako ofiar komunizmu.
Ciekawe, co o tym oblednym, a tak kompromitujacym komunistow pomysle Grossa sadza popularyzujacy go tak skwapliwie komunisci z redakcji "Polityki"? Moze wypowie sie na ten temat Daniel Passent lub inny janczar jaruzelszczyzny z postkomunistycznego "Przegladu" - Krzysztof Teodor Toeplitz! A moze zabierze glos w tej sprawie tak holubiony przez Michnika komunista M.F. Rakowski. Czy inny holubiony przez Michnika komunista, przedstawiony przezen jako "czlowiek honoru" - C. Kiszczak. Wywoluje tych komunistow do tablicy nieprzypadkowo. Jesli juz nie maja ani krzty szacunku dla godnosci narodowej Polakow, to moze zdobeda sie chociaz na zaprotestowanie przeciwko pomowieniu, doprawdy glupawemu pomowieniu Grossa o rzekomym "polaczeniu komunistow i faszystow" w Polsce po 1944 roku!

Berman jako "polski patriota"?!
Szczegolnie groteskowe, wrecz zabawne jest sugerowanie przez Grossa na
s. 240-241, jakoby sam oslawiony Jakub Berman ulegal wplywom "polskiego nacjonalizmu". Gross cytuje tam jedno zdanie z wystapienia Bermana z wrzesnia 1945 r. mowiace o tym, ze historia, ruchu robotniczego nabiera "krwi i ciala", gdy umieszcza sie ja w caloksztalcie narodowej historii, a potem z triumfem komentuje, ze oto taki "symbol 'zydokomuny' dla oponentow rezimu" jak Berman staral sie legitymizowac partie komunistyczna przez wydzwiek tego typu. Oznaczalo to wedlug Grossa, jakoby partia komunistyczna "miala mala przestrzen (jesli w ogole miala jakas wole) dla rownoczesnej obrony zydowskich interesow, jakkolwiek rozumianych" (s. 241). Jedno wyrwane zdanie z wystapienia Bermana jesienia 1945 r. ma sluzyc tu jako dowod rzekomego stawiania tego polityka na polskie narodowe cele, przy rownoczesnym rzekomym zaniedbywaniu przez niego zydowskich interesow. Gross oczywiscie swiadomie przemilcza wyjatkowo wielka role, jaka tenze Berman odegral w walce z polskimi tradycjami narodowymi, nawet z komunistami polskiego pochodzenia, takimi jak Gomulka, w walce z "prawicowo-nacjonalistycznym odchyleniem". Poslugiwanie sie jednym wyrwanym zdaniem dla uogolniania calej postawy politycznej jest rownie wiarygodnym zabiegiem badawczym jak ewentualne uzasadnianie religijnosci B. Bieruta tym, ze szedl uroczyscie w procesji Bozego Ciala w 1946 roku. Dodajmy przy okazji, ze brat J. Bermana Adolf Berman, zanim wyjechal do Izraela, odgrywal czolowa role w organizacjach syjonistycznych i Centralnym Komitecie Zydow w Polsce. Wielokrotnie wystepowal przy tym na rzecz zaostrzenia walki z polskim "antysemityzmem i nacjonalizmem".

Niedoszle przeprosiny
Gross mialby duzo wiecej trudnosci w rozpowszechnianiu klamst, gdyby we wzajemnym dialogu polsko-zydowskim panowala rzeczywista wzajemnosc. Ze strony polskiej niejednokrotnie wystepowano do Zydow z gestami ekspiacji za gorsze chwile z przeszlosci. Ze strony zydowskiej natomiast nie wystapiono z zadna podobna proba ekspiacji, choc nie brakowalo ku temu powodow i choc czasem skladano w tym wzgledzie pewne obietnice. Na tle oskarzycielskiej furii antypolskiej J.T. Grossa warto tym mocniej przypomniec powtarzajace sie co pewien czas glosy, ze i Zydzi maja w swej przeszlosci sprawy, za ktore powinni przeprosic Polakow. Kilkakrotnie wystepowal w tej sprawie m.in. tak wnikliwy zagraniczny obserwator polskich spraw, jak Bernard Margueritte, od paru dziesiecioleci francuski korespondent w Polsce. Byly to swiadectwa czlowieka patrzacego z zewnatrz, z pozycji niezaleznej, na stosunki polsko-zydowskie. Przypomnijmy tu pare jego ocen. Juz w 1995 r., wystepujac w programie "Europe 1", Margueritte stwierdzil m.in.: "Na koniec musi byc powiedziane i to, ze Polska - zarowno przez swego prezydenta, jak i Episkopat - przepraszala za wszelkie krzywdy uczynione w historii Zydom przez Polakow. Polska jednak nadal czeka na to, by izraelskie wladze wyrazily zal za zbrodnie popelnione przez Zydow wspolpracujacych ze Stalinem i zbrodnie popelnione na milionach ludzi w krajach komunistycznych w okresie stalinowskim. Czy tego typu oswiadczenie nie byloby niezbedne dla zwalczania antysemityzmu, i czy brak tego typu oswiadczenia nie prowokuje antysemityzmu (...)" (cyt. za "Warsaw Voice", nr 27 z 1995 r. i za: Kto prowokuje Polakow. Z innych szpalt, "Slowo - dziennik katolicki", 30 lipca 1995).
Trzy lata pozniej Margueritte wystapil z bardzo podobnymi stwierdzeniami na lamach "Tygodnika Solidarnosc" z 10 lipca 1998 roku. Przypomnial tam, ze Kosciol katolicki w Polsce stanowczo przeciwstawil sie przejawom antysemityzmu w oswiadczeniu z 1990 r., ze powinno to spotkac sie z podobnym postepowaniem z drugiej strony. Jak pisal Margueritte: "Nie tylko katolicy jednak musza mowic o swoich grzechach. Wciaz nasi zydowscy przyjaciele nie potrafia zrozumiec, jak waznym zrodlem nienawisci byl fakt, ze tylu Zydow dzialalo u boku Stalina i w NKWD czy w polskim UB. Histeryczne reakcje na uwagi ojca Chrostowskiego na ten drazliwy temat na lamach 'Tygodnika Powszechnego', lacznie z oskarzeniem tego czlowieka zasluzonego dla zblizenia polsko-zydowskiego o antysemityzm, pokazuja, niestety, ze czas na rzeczowe i szczere omowienie wspoldzialania niektorych Zydow ze stalinizmem jeszcze nie nadszedl".
W 2001 r. uparty francuski korespondent kolejny raz ponowil swoj apel do Zydow, aby i oni przyjrzeli sie duzo bardziej krytycznie swoim dzialaniom wobec Polakow w przeszlosci. Jak pisal Margueritte w tekscie "Polsko-zydowska prawda, cala prawda" ("Tygodnik Solidarnosc" z 29 czerwca 2001 r.): "Marze rowniez o tym, aby Zydzi zamiast atakowac Polakow przy kazdej okazji, mowili o nich dobrze i zaczeli wreszcie pokutowac za wlasne grzechy. Tylko ta droga stana sie naprawde wielkimi i tylko ta droga zbuduja pojednanie. Dlaczego nie wspominac, ze tylu Zydow zamieszkalo na ziemiach polskich dlatego, ze wyrzucani ze Wschodu i z Zachodu znalezli wlasnie tu ziemie tolerancji? Niech Zydzi, a nie tylko Polacy oddaja pelniejszy niz dotychczas hold Polakom, ktorzy ich ratowali! A o wlasnych grzechach czy nasi bracia Zydzi nie maja nic do powiedzenia? Dlaczego nie przypomniec, ze czesto na wschodzie Polski Zydzi witali z entuzjazmem stalinowskiego najezdzce, na oczach zbolalych polskich wspolobywateli? Dlaczego nie przypomniec, po tylu latach, o haniebnym udziale tylu Zydow w szeregach NKWD (czy UB), odpowiedzialnego za inny holocaust? (...) Okazuje sie jeszcze raz, ze nie wystarczy mowic prawde, trzeba mowic cala prawde, odkryc wszystkie jej aspekty. Niech wiec Polacy mowia o wielkosci narodu zydowskiego o holocauscie i pokutuja za swoje winy, niech Zydzi oddaja hold Polakom i zechca zauwazyc wlasne, czasem potworne, grzechy. Wtedy i tylko wtedy stana sie mozliwe pojednanie, rozumienie, a moze nawet milosc miedzy tymi dwoma narodami, ktore przeciez tak wiele laczy!".
Niestety, nadzieje na takie wystapienie ze strony zydowskiej okazaly sie az nadto zludne. Zamiast krytycznej, obiektywnej rewaluacji przeszlosci w stosunkach z Polakami doszlo do wydania kolejnego szczegolnie obrzydliwego paszkwilu - "Strachu" Grossa. A przeciez z postulatami wyjscia z przeprosinami (po kilku inicjatywach tego typu ze strony polskiej) wychodzili rowniez niektorzy Zydzi i Polacy zydowskiego pochodzenia. By przypomniec chocby, juz dzis zapomniana, wypowiedz Stanislawa Krajewskiego, obecnego wspolprzewodniczacego Rady Chrzescijan i Zydow, z 1994 roku. Wystepujac na miedzynarodowej konferencji, Krajewski zdobyl sie wowczas na publiczne przyznanie: "Czuje sie zawstydzony z powodu przestepstw popelnionych przez zydowskich komunistow" (por. "Gazeta Wyborcza" z 16 lipca 1994 r.).
Przypomnijmy tu rowniez wystapienie 7 lat pozniej Polaka zydowskiego pochodzenia Anatola Lawiny, niegdys wiezionego za udzial w anty-PRL-owskiej opozycji. W nawiazujacym do sprawy zbrodni Morela tekscie publikowanym na lamach "Rzeczpospolitej" z 5 czerwca 2001 r. Lawina jednoznacznie wystapil przeciwko tym, ktorzy probuja zanegowac koniecznosc rownoczesnych przeprosin przez Zydow za popelnione przez ich ziomkow zbrodnie. Pisal m.in.: "(...) jestem gotow przeprosic za tych Zydow, ktorzy jak Lila Potok, Szlomo Morel, Pinka Maka, przezyli obozy hitlerowskie i przyznajac sobie prawo odwetu, sami stali sie okrutnymi oprawcami, wrecz zbrodniarzami, bedac komendantami w obozach przez siebie zorganizowanych, w Gliwicach, w Swietochlowicach i innych miejscowosciach na Slasku". Przypomnijmy tez, co mowil w wywiadzie z 2001 r. architekt i dzialacz polityczny zydowskiego pochodzenia Czeslaw Bielecki, wowczas przewodniczacy sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. W wywiadzie udzielonym "Najwyzszemu Czasowi" z 7 lipca 2001 r. Bielecki powiedzial m.in.: "Sa sprawy, za ktore tez Zydzi musza przepraszac. Nie moze byc tak, ze jezeli prokurator Helena Wolinska zabila sadowo naszego bohatera, gen. Emila Fieldorfa, to spolecznosc zydowska nie jest za to odpowiedzialna".
Na koniec rzecz ciekawa i wazna, a dzis tak nieslusznie zapomniana. Otoz nawet Michael Schudrich, rabin Warszawy i Lodzi, czolowa postac religijna wsrod polskich Zydow, wystapil w swoim czasie (w 2002 r.!) z obietnica przeproszenia za "zlo popelnione przez zydowskich komunistow na Polakach". W wywiadzie opublikowanym przez KAI Schudrich powiedzial m.in.: "Jestesmy winni naszym niezydowskim wspolobywatelom jasne stwierdzenie, ze komunisci pochodzenia zydowskiego nie dzialali w naszym imieniu, z nasza aprobata czy w naszym interesie. Zlo, ktore popelnili, budzi we mnie odraze i pragne dac temu wyraz. Dyskutujemy o tym juz od dawna i wiem, ze nasze dyskusje zaowocuja konkretnym dzialaniem".
Obietnica rabina Schudricha pozostala jednak sprawa nigdy niezrealizowana i najwyrazniej o niej calkowicie zapomniano. Moze warto ja tym mocniej przypomniec w czasie, gdy wzajemne stosunki polsko-zydowskie zatruwa nowa brudna skaza - oszczercza ksiazka Grossa polaczona z polakozerczymi pohukiwaniami jego klakierow w USA. Ciekawe, czy szybko znajda sie Zydzi lub Polacy zydowskiego pochodzenia gotowi do odciecia sie od plugawej ksiazki Grossa, a nawet przeproszenia za nia Polakow? Nie moge zrozumiec ich dotychczasowego milczenia w sprawie tak niebezpiecznej dla wzajemnego dialogu dwoch nacji, tak ciezko wstrzasnietych przez XX-wieczna historie: Polakow i Zydow!
Prof. Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik 2006.08.26.
 
Nowe falsze Grossa (14) - Zabijali piórem!
 
Rozmiary klamstw Grossa dobrze ilustruje metoda zastosowana przez niego w ponad 50-stronicowej czesci "Strachu" poswieconej "Zydokomunie". Starajac sie zanegowac ogromna role zydowskich komunistow w stalinizacji Polski, Gross robi to niemal wylacznie poprzez skrajnie klamliwe pomniejszanie roli Zydow ubekow. Zupelnie nie wspomina natomiast na ponad 50 stronach wspomnianego tekstu o bardzo wielkiej roli zydowskich komunistow w komunistycznej propagandzie, stalinizacji kultury i nauki, w gospodarce, wojsku czy Ministerstwie Spraw Zagranicznych i dyplomacji. Nie zajaknal sie o tym wszystkim nawet jednym zdaniem. I gdzie tu jest chociaz cien rzetelnosci naukowej? Gross nie omawia rowniez sprawy tak wielkiej roli zydowskich komunistow w aparacie partyjnym, poczawszy od centralnego kierownictwa PPR, a pozniej PZPR. Gross najwyrazniej liczy znow na totalna naiwnosc swoich amerykanskich czytelnikow. Sadzi, ze czytelnicy ci, nic nie wiedzac o wielkich wplywach zydowskich komunistow w tak licznych dziedzinach stalinizowanej Polski, nie upomna sie o ich pominiecie. Przypomnijmy tu wiec skrotowo tak cynicznie zatajane przez Grossa fakty, poczynajac od spraw propagandy i stalinizacji kultury i nauki. W caloksztalcie zniewalania Polski bowiem bardzo znaczaca role odegralo "zabijanie piorem" w sluzbie rezimu.
Wbrew klamstwom i przemilczeniom Grossa trzeba tu przypomniec, ze z sowieckiego punktu widzenia zydowscy komunisci byli wprost bezcenni przy obsadzaniu roznych ogniw tzw. frontu ideologicznego. Byli bezcenni jako "nie skazeni polskoscia i katolicyzmem", a wiec gwarantujacy calkowity brak wahan i jakichkolwiek skrupulow w sprawach narodowych i religijnych, gotowi do bezwzglednego wykonywania sowieckich zalecen w tych sprawach.
Ludzmi takimi mogly byc tylko osoby z gruntu obce polskiemu patriotyzmowi i religii katolickiej albo nawet, jesli byly w nich wychowane, gotowe do calkowitego zaparcia sie zarowno polskiego patriotyzmu, jak i wiary.
Nieprzypadkowe wiec wydaje sie powierzenie wlasnie Jakubowi Bermanowi, komuniscie zydowskiego pochodzenia w Biurze Politycznym KC partii komunistycznej, rownoczesnego nadzoru nad sprawami bezpieczenstwa i kultura. Podobnie jak to, ze dyktatorem komunistycznej prasy i wydawnictw zostal inny komunista zydowskiego pochodzenia, Jerzy Borejsza (Goldberg). Nadzorcy polskiej kultury i nauki stworzyli klimat, w ktorym najwieksze szanse awansu, forowania jako nowe "a." mieli "internacjonalisci" pochodzenia zydowskiego. Nader znamienne oceny na ten temat znajdujemy w wydrukowanym posmiertnie dzienniku Leszka Proroka, pisarza i eseisty, bylego wieznia stalinizmu, wiceprezesa Zwiazku Literatow Polskich w okresie solidarnosciowej odnowy, poczawszy od grudnia 1980 roku. Prorok, piszac o tym, co przyspieszalo awanse ludzi ze srodowisk intelektualnych, stwierdzil wprost: "No i wreszcie najwazniejszy zadatek kariery: byc Zydem lub wplecionym w zydowskie koligacje" (L. Prorok, Dziennik 1949-1984, Krakow 1998).
Przygotowania do wyjatkowo duzej roli zydowskich komunistow w sowietyzowaniu Polski zaczely sie juz w czasie wojny, szczegolnie mocno przybraly na sile, poczawszy od 1943 r. w ramach quislingowskiego Zwiazku Patriotow Polskich. Zostal on wyraznie zdominowany przez komunistow zydowskiego pochodzenia. Warto tu przypomniec ocene Zygmunta Berlinga, postaci skadinad malo swietlanej, ale skloconej z zydowskimi rywalami w zabiegach o przychylnosc Kremla. Bezskutecznie liczacy na wieksze fawory u sowieckich mocodawcow Berling pisal z rozgoryczeniem: "(...) wszystkie kierownicze stanowiska w ZPP zostaly obsadzone przez nie-Polakow, a proby zmian personalnych wywolywaly natychmiast bardzo halasliwe protesty, oskarzenia o antysemityzm, przy czym nie cofano sie nawet przed polakozerczymi atakami" (por. Z. Berling, Wspomnienia, t. II "Przeciw 17 Republice", Warszawa 1991, s. 103. Por. rowniez uwagi w tomie III pt. "Wolnosc na przetarg", Warszawa 1991, s. 120). Juz wtedy zaznaczyla sie ogromnie duza rola zydowskich komunistow na wszystkich stanowiskach zwiazanych ze sprawami ideologicznymi. Historyk z Tel Awiwu Klemens Nussbaum pisal, ze w redakcji organu ZPP "Wolna Polska" Zydami byli wszyscy (poza W. Wasilewska) pracownicy redakcji: W. Grosz, H. Minc, P. Hofman, S. Wierblowski, J. Stryjkowski i R. Jurys (por. Jews in Eastern Europe and the USSR, 1939-1946, N. Davies and A. Polonsky, Nowy Jork 1991, s. 184). Wedlug wspomnianej ksiazki N. Daviesa i A. Polonsky'ego, wszystkie najwazniejsze funkcje w aparacie politycznym byly piastowane przez Zydow. Szefami politycznego departamentu byli najpierw major Hilary Minc, a pozniej kapitan Roman Zambrowski. W 4 z 5 pulkow dywizji Zydzi piastowali funkcje zastepcow komendanta do spraw politycznych: kpt. Juliusz Hibner w 1. pulku piechoty, kpt. Leonard Borkowski w 2. pulku piechoty, major Witold Grosz w 1. pulku lekkiej artylerii i kpt. Witold Konopka w 1. pulku czolgow. Zydzi byli takze zastepcami komendantow do spraw politycznych w 12 z 21 batalionow. W gazecie dywizyjnej "Zolnierz Wolnosci" Zydzi stanowili wiekszosc redakcji, lacznie z jej naczelnym (Adam Wazyk, Lucjan Szenwald, Arnold Sluck i Krzysztof Gruszczynski, Leon Pasternak). Dyrektorem teatru zorganizowanego w dywizji byl Leon Pasternak, a wiekszosc aktorow stanowili Zydzi (miedzy innymi Jerzy Walden, Ryszarda Hanin, Halina Billig). W filmowej "Czolowce" niemal wszyscy zatrudnieni - tak producenci, jak kamerzysci - byli Zydami (wszystkie dane za: N. Davies, A. Polonsky, op. cit., s. 195).
Uksztaltowana juz w poczatkach tworzenia tzw. ludowej armii polskiej sytuacja - tj. zdominowanie aparatu politycznego przez komunistow zydowskich - utrzymala sie i w nastepnych latach. Szczegolnie negatywne konsekwencje dla Polski mial fakt, ze zydowscy komunisci na czolowych stanowiskach politrukow odgrywali niebywale destruktywna role wobec wszystkiego, co bylo zwiazane z polskimi tradycjami narodowymi i polskoscia. Przyjrzyjmy sie temu na niektorych jakze wymownych przykladach.

Polakozerczy politrucy
Do najbardziej polakozerczych politrukow pierwszego okresu powojennego nalezal szef Glownego Zarzadu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego w latach 1944-1945 Wiktor Grosz (Izaak Medres). Mysle nawet, ze wlasnie on odegral wowczas najwieksza role w "zabijaniu piorem", zwlaszcza w odniesieniu do Armii Krajowej. Grosz nalezal do licznej skadinad grupy komunistow zydowskich, ktorzy postawiwszy na stalinizm, zrobili zadziwiajace, iscie napoleonskie kariery - w ciagu zaledwie czterech lat (od 1941 do 1945 r.) awansowal z szeregowca na generala. Tak blyskawiczna kariere zawdzieczal fanatycznej gorliwosci w plwaniu na polskosc i polskie sily niepodleglosciowe. To on inspirowal najohydniejsze antyakowskie plakaty w stylu "AK - zapluty karzel reakcji" i zajadle szkalowal Powstanie Warszawskie. Juz w pazdzierniku 1944 r. dal sygnal do rozpoczecia najskrajniejszej kampanii oszczerstw przeciw Armii Krajowej. W poufnej instrukcji zalecal: "Mamy liczne dowody zbieznosci hasel gloszonych przez AK i propagande Goebbelsa, mamy liczne dowody wspolpracy AK-NSZ z bandami bulbowskimi i gestapo, nie pora wiec okazywac im 'zrozumienie', 'szacunek' i tolerowac 'przywiazanie do przeszlosci'". (...) Kazdy pracownik pol-wychu musi pojac, ze dzisiaj nie ma miejsca na zadne kompromisy z AK w wojsku. Jesli byli akowcy chca pracowac z nami, nie zawieramy z nimi zadnych ukladow o nieagresji w stosunku do ich dawnej ideologii. Oni musza ze swoja przeszloscia zerwac, potepic ja i odgrodzic sie od niej, a wtedy bedzie dla nich miejsce w Wojsku Polskim. To nie jest uklad rownych z rownymi (...) zwolennikow 'neutralnego' czy pojednawczego stosunku do AK traktowac jak akowcow, dopoki sie nie wykaza w najblizszym czasie aktywna walka przeciw AK (...)" (cyt. za: J. Slaski, Skrobow (2), "Tygodnik Solidarnosc" z 1 wrzesnia 1989 r.). 8 grudnia 1944 r. w pogadance dla "nowego" wojska Grosz glosil: "Zdrajcy spod znaku NSZ i AK stosuja swoja stara wyprobowana metode prowokacji i szpiegowania... Zniszczyc to, co jest duma narodu, co jest jego sila - Wojsko Polskie - oto wspolny cel Hitlera i AK" (cyt. za: T. Zenczykowski, Polska Lubelska 1944, Warszawa 1990, s. 193). W wydanej w 1945 r. broszurze "Na drogach powrotu" Grosz glosil, ze wybuch Powstania Warszawskiego spowodowala "egoistyczna awanturniczosc garstki bankrutow", twierdzil, ze byla to chyba "najwieksza zbrodnia sanacyjnej kliki".
Antyakowskim atakom Grosza zajadle wtorowali inni wplywowi komunisci zydowskiego pochodzenia. Znamienny byl fakt, ze Jakub Berman, niewatpliwie najbardziej wplywowy komunista zydowski w Polsce, jako pierwszy w 1944 roku zaczal publicznie oskarzac AK o rzekoma wspolprace z gestapo i nazwal akowcow bandytami. Inny zydowski komunista, pplk Antoni Alster (pozniej miedzy innymi wiceminister spraw wewnetrznych po 1956 roku), stwierdzil na odprawie partyjnej komendanta krajowego MO w dniu 10 listopada 1944 r.: "Komenda Glowna nie docenia niebezpieczenstwa grozacego ze strony AK. Procent AK-owcow w MO jest za duzy. Zadaniem czystki powinno byc usuniecie AK-owcow (...)" (cyt. za: T. Zenczykowski, op. cit., s. 302). Warto tu rowniez przypomniec szczegolnie haniebna role odegrana przez tajnego sowieckiego agenta w Londynie, przez wiele lat korespondenta Polskiej Agencji Telegraficznej Stefana Litauera. Ten przebiegly falszerz historii jako pierwszy wystapil w Londynie juz w poczatkach sierpnia 1944 r. z atakiem na Powstanie Warszawskie (na lamach brytyjskiego "News Chronicle"). Brutalnie atakowal powstanie, twierdzac, ze jest to rzekomo "antysowiecka awantura polityczna".

Na czele mediow
Zwiazany z Jerzym Giedroyciem Instytut Literacki w Paryzu byl jak najdalszy od antyzydowskosci. Tym wymowniejsza w tej sytuacji byla nader szokujaca informacja zawarta w wydanej przez ten Instytut w 1967 r. ksiazce Georga Fleminga "Polska malo znana": "W okresie stalinowskim na przeszlo sto dziennikow, tygodnikow i miesiecznikow, wychodzacych w samej tylko Warszawie, bylo tylko dwoch naczelnych nie-Zydow" (cyt. za: G. Fleming, Polska malo znana, Paris 1967, s. 199).
W oparciu o rozne konkretne informacje na temat sytuacji w prasie tamtego okresu mozna uznac, ze Fleming zasadniczo trafnie ujal problem skrajnej dominacji jednej waskiej grupy narodowosciowej w mediach. Nawet jesli pomylil sie o kilka osob, jesli nie-Zydow jako redaktorow naczelnych bylo nie dwoch na stu, jak pisze Fleming, a byc moze pieciu, siedmiu czy dziesieciu.
Juz tylko lektura ponad 2000 stron biogramow Slownika dzialaczy polskiego ruchu robotniczego (tomy I, II, III, A-K), gdzie podawane sa zarowno pozniejsze nazwiska roznych dzialaczy, jak i ich pierwotne zydowskie nazwiska, uprzytamnia niesamowita przewage dzialaczy pochodzenia zydowskiego w wyzszych kadrach owczesnego partyjnego frontu ideologicznego, wsrod redaktorow naczelnych, szefow wydawnictw etc. A oto niektore, jakze wymowne, przyklady ilustrujace skale tej dominacji.
Roman Chaim Werfel, czolowy ideolog okresu stalinowskiego w Polsce, syn rabina, ktory pozniej zateizowal sie i zostal bankierem (wedlug wyznan samego Werfla w rozmowie z Teresa Toranska) byl miedzy innymi redaktorem naczelnym "Glosu Ludu" i redaktorem naczelnym teoretycznego organu KC PZPR "Nowe Drogi" od stycznia 1952 do 1959 roku. "Nowe Drogi" byly konsekwentnie w rekach zydowskich towarzyszy. Przed Werflem ich redaktorem naczelnym w latach 1947-1952 byl Franciszek Fiedler (Efroim Truskier), po Werflu od 1959 Stefan Wierblowski, znany z fanatycznego protegowania swych zydowskich rodakow (pisal o tym wybitny nonkonformistyczny dzialacz polityczny i publicysta zydowskiego pochodzenia Feliks Mantel w publikowanych na emigracji wspomnieniach). Redaktorem naczelnym organu KC PZPR "Trybuna Ludu" byl przez 16 lat (z paroletnia przerwa) Leon Kasman. Tenze Kasman byl w 1945 r. redaktorem naczelnym organu KC PPR "Trybuna Wolnosci". Po nim funkcje redaktora naczelnego tego organu (w latach 1945-1947) przejal Franciszek Fiedler. Pozniej redaktorem naczelnym "Trybuny Wolnosci" (w latach 1947-1948 i ponownie od 1954 byl Jozef Kowalczyk (poprzednie nazwisko Schneider vel Rotenberg). Redaktorem naczelnym organu centralnego partii komunistycznej "Glos Ludu" byl od 1945 Ostap Dluski (Adolf Langer). Jego zastepca w "Glosie Ludu" byl od 1946 J. Kowalczyk (Schneider vel Rotenberg). Pozniej naczelnym "Glosu Ludu" w latach 1947-1948 byl Juliusz Burgin, syn Mojzesza, poprzednio naczelnik wydzialu w Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego. Wiktor Borowski (poprzednie nazwisko Aron Berman) byl redaktorem naczelnym "Zycia Warszawy" (1944-1951), a od 15 kwietnia 1951 r. do 19 grudnia 1967 r. zastepca naczelnego "Trybuny Ludu" Leona Kasmana. Innym zastepca redaktora naczelnego "Trybuny Ludu" w latach 1957-1959 byl Jerzy Baumritter. Wczesniej, w roku 1948, zastepca redaktora naczelnego "Trybuny Ludu" zostal Stefan Arski (Appelbaum).
Przedstawicielem KC PPR w redakcji organu Biura Informacyjnego Partii Komunistycznych i Robotniczych - pisma "O trwaly pokoj i demokracje ludowa" - byl Juliusz (Eliasz) Finkelsztajn, od 1949 r. pierwszy redaktor naczelny "Zycia Partii". Jerzy (Benjamin) Borejsza (Goldberg) byl w latach 1944-1945 naczelnym redaktorem "Rzeczpospolitej", a w latach 1947-1950 "Odrodzenia". Boleslaw Gebert (ojciec Dawida Warszawskiego) byl w latach 1950-1960 naczelnym redaktorem organu skrajnie serwilistycznych zwiazkow zawodowych "Glos Pracy". Dodajmy, ze ten sam Gebert byl przedtem przez wiele lat wyprobowanym agenturalnym dzialaczem komunistycznym w USA. Jego role jako bardzo aktywnego agenta KGB szeroko opisano w wydanej w 1999 r. w USA ksiazce Johna Earla Haynesa i Harveya Klehra: "Venona - zdemaskowanie sowieckich agentow w Ameryce" (por. szerzej: J.R. Nowak, Czerwone dynastie, Warszawa 2004, s. 41-43). Ciekawe, ze zastepca B. Geberta jako redaktora naczelnego "Glosu Pracy" byl w okresie od 1 stycznia 1951 r. do 11 marca 1965 r. Ozjasz Szechter, ojciec Adama Michnika.
Pawel Hoffman, syn Izaaka, byl od kwietnia 1945 r. do 1948 r. redaktorem naczelnym "Rzeczpospolitej", od grudnia 1948 r. do marca 1950 r. naczelnym redaktorem czasopisma marksistowskich fanatykow "Kuznica", a od 1950 do 1954 r. naczelnym redaktorem "Nowej Kultury". Adam Wazyk (Wagman) byl naczelnym redaktorem "Tworczosci" (1950-1954). Rafal Praga - naczelnym redaktorem "Expressu Wieczornego", Benedykt (Bencjon) Hirszowicz, podpulkownik WP - redaktorem naczelnym "Zycia Gospodarczego". Ojciec Marka Borowskiego - Wiktor Borowski (wlasc. Aron Berman) jeden z najgorszych stalinizatorow polskiej prasy, byl naczelnym redaktorem "Zycia Warszawy", a od 1951 r. zastepca redaktora naczelnego glownego dziennika komunistycznego "Trybuna Ludu". Naczelnym redaktorem "Trybuny Ludu" byl przez 16 lat (1948-1954 i 1957-1967) Leon Kasman, znany z wyjatkowego sluzalstwa wobec Sowietow. Redaktorem naczelnym "Swiata" byl Stefan Arski (Appelbaum). Przyklady tego typu mozna by jeszcze mnozyc, ale ta wyliczanka moglaby w koncu az nadto znuzyc Czytelnikow. Sapienti sat.
Nawet na czele czasopism rolniczych stawiano osoby pochodzenia zydowskiego, przedtem niemajace nic wspolnego z rolnictwem. Na przyklad naczelnym redaktorem chlopskiego tygodnika "Gromada" od 2 lutego 1949 r. do 30 marca 1952 r. byla Maria Kaminska (Eiger), poprzednio organizatorka i dyrektor Departamentu Szkolenia Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego (od 1 lipca 1947 r. do 1 marca 1949 r.). Z kolei zastepca naczelnego redaktora gazety "Rolnik Polski", a od 1949 r. do 1971 r. redaktorem naczelnym tej gazety (od 1952 r. pod nazwa "Gromada Rolnik Polski" byla Irena Grosz z domu Sznajberg, zona Wiktora Grosza (Izaaka Medresa)).
Podobna jak w mediach prasowych dominacja komunistow zydowskich zaznaczyla sie takze w roznych stacjach radiowych. Stefan Bratkowski, zwiazany od wielu lat ze srodowiskami Unii Demokratycznej, a pozniej Unii Wolnosci i znany ze zdecydowanego filosemityzmu, przyznal w jednym ze swych tekstow wyjatkowo powazne wplywy zydowskich komunistow w roznych sferach polskiego zycia publicznego doby stalinowskiej. Pisal: "Udzial Zydow w elicie rezimu byl tak duzy, tak ostentacyjny, jakby chciano ostatecznie rezim z nimi utozsamic. Nie tylko we wladzach partii i nie tylko w aparacie represji. Kiedy moja mloda wtedy przyjaciolka, dziennikarka radiowa, w roku 1955 weszla na posiedzenie kolegium krakowskiego radia, kilkanascie osob zaczelo ze smiechem bic brawo; piekna dziewczyna myslala, ze to dla jej urody; zazenowana, spytala, skad te brawa, uslyszala, ze zebrani postanowili bic brawo, kiedy pierwszy goj wejdzie na sale" (S. Bratkowski, Pod wspolnym niebem, "Rzeczpospolita" 27 stycznia 2001 r.)

W czolowce propagandy
Brak miejsca nie pozwala tu na wyliczenie jakze licznych zydowskich prominentow w kierownictwach wydzialu prasy, propagandy i agitacji etc. Ogranicze sie tu do przypomnienia kilku dosc charakterystycznych postaci. Zastepca, a pozniej kierownikiem wydzialu prasy KC PPR do 1948 r., a pozniej kierownikiem wydzialu prasy KC PZPR az do 1954 r. byl Stefan Staszewski.
Dal sie w tym czasie poznac dziennikarzom jako "jeden z najciezszych satrapow" (jak go okreslil Jerzy Andrzejewski w "Literaturze" z 24 wrzesnia 1981 r.). Z kolei Artur Starewicz byl kierownikiem wydzialu propagandy masowej KC PZPR (od grudnia 1948 r. do maja 1953 r.), a od maja 1953 r. do stycznia 1954 r. kierownikiem Wydzialu Propagandy i Agitacji, a od grudnia 1956 r. do lipca 1963 r. kierownikiem Biura Prasy KC PZPR. Do najgorszych stalinizatorow prasy polskiej nalezal Kornecki, zastepca kierownika wydzialu prasy i wydawnictw KC PZPR od 28 lutego 1951 r. do 24 listopada 1953 r., a wiec w najczarniejszym okresie stalinizmu. Poprzednio Kornecki od grudnia 1948 r. do 1951 r. byl naczelnym redaktorem "Trybuny Wolnosci". O roli Korneckiego w klamliwej propagandzie owych lat przypomniano niedawno na lamach "Biuletynu IPN" (nr 7 z lipca 2006 r.) w zwiazku z wywiadem przeprowadzonym z filmowym rezyserem L. Bugajskim. Chodzilo o to, ze Kornecki, zydowski komunista, ktory przybyl do Polski z Francji, jest ojcem rezysera filmowego Marcelego Lozinskiego, autora filmu "Swiadkowie", bardzo tendencyjnie przedstawiajacego zajscia antyzydowskie z lipca 1946 r. w Kielcach. Jak widac, zarysowuje sie niekiedy jakas sklonnosc do dziedziczenia po ojcach nawyku klamstw (vide Gebertowie: ojciec i syn).
Szefowa PAP byla przez wiele lat Julia Minc, niedouczona dzialaczka o mentalnosci kucharki, zona jednego z czolowych zydowskich prominentow doby stalinowskiej, dyktatora gospodarki Hilarego Minca. Jej poziom umyslowy w kompromitujacy sposob obnazyla rozmowa przeprowadzona z nia przez Terese Toranska dla ksiazki "Oni".
Dominacji zydowskich politrukow w mediach towarzyszyla ich szczegolna "uslugowosc" w sowietyzacji Polski i niszczeniu ostatnich redut polskiego patriotyzmu. Charakterystyczna pod tym wzgledem byla rola odgrywana przez Jerzego Borejsze (Goldberga), szefa komunistycznego koncernu prasowo-wydawniczego w pierwszych latach powojennych. Borejsza, stary agent NKWD, zostal z sowieckiego nadania dyrektorem Ossolineum we Lwowie po aneksji wschodnich kresow Rzeczypospolitej przez ZSRS. Jak wspominal o tym Aleksander Wat w ksiazce "Moj wiek", Borejsza spowodowal swoimi donosami uwiezienie szeregu polskich profesorow. Pozniej, poczawszy od redagowania pierwszej gazety rezimowej - "Rzeczpospolitej", poprzez prezesure poteznej spoldzielni wydawniczej "Czytelnik", Borejsza zdobyl dominujace wplywy w prasie. Wplywy tym silniejsze, ze korzystal z cichego, a wszechmocnego poparcia brata, oslawionego dyrektora departamentu sledczego Jozefa Rozanskiego (Goldberga). Jakze znamienny pod tym wzgledem jest zapis Marii Dabrowskiej na temat jej spotkania z Borejsza 20 lutego 1948 r.: "(...) Okolo pierwszej przyszlo auto 'Czytelnika' i zabralo mnie do Borejszy. Jechalam w zlym humorze. Zawsze, gdy mam sie spotkac z tymi ludzmi, uprzytamniam sobie, ilu najszlachetniejszych ludzi unurzali moda rosyjska w kale, zrobili szpiclami, obcymi agentami (...). Ilu szlachetnych ludzi, swietych niemal, jak Szturm de Strem, stara Krzeczkowska (stracila wszystko w walce z Niemcami), malarka. Krzyzanowska, meczy sie w tej chwili w wiezieniach, gdy ci uzurpatorzy prosperuja (...)" (por. M. Dabrowska, Dzienniki powojenne 1945-1965, Warszawa 1966, s. 197). Dabrowska przyznawala Borejszy wielka zrecznosc i dynamizm, ale dobrze dostrzegala jego prawdziwe dlugofalowe cele. Pisala, ze Borejsza "stworzyl olbrzymia machine, maszyne wydawniczo-prasowo-ksiegarsko-czytelnicza z rozmachem niemal amerykanskim. Ale intencja calej tej dzialalnosci jest wyrazne i powolne sowietyzowanie i rusyfikowanie polskiej kultury".
Inny sowiecki sluzalec Leon Kasman, przez 16 lat naczelny redaktor "Trybuny Ludu", przybyl w 1944 r. na tereny Lubelszczyzny jako agent moskiewski. Nie tyle zajmowal sie walka, ile zbieraniem informacji dla Moskwy o poczynaniach podejrzanych "krajowcow" z PPR-u. Dzialania Kasmana byly scisle powiazane z powstalym z inicjatywy Bermana w styczniu 1944 roku w ZSRS Centralnym Biurem Komunistow Polskich, zdominowanym przez dzialaczy pochodzenia zydowskiego. Dazylo ono do przejecia kierownictwa nad POR. Zdobywane przez Kasmana informacje mialy sluzyc dyskredytowaniu krajowych dzialaczy PPR polskiego pochodzenia wobec wladz sowieckich i reklamowaniu swojej grupy towarzyszy jako najbardziej poslusznego narzedzia w realizacji polityki sowieckiej w Polsce (por. szerzej: W. Wazniewski, Walka polityczna w kierownictwie PPR i PZPR 1944-1964, Torun 1991, s. 13-14). W pozniejszym okresie Kasman jako naczelny "Trybuny Ludu" stal sie prawdziwym symbolem najskrajniejszego betonu i postrachem wszystkich myslacych dziennikarzy. Gdy po paroletniej przerwie w redagowaniu "Trybuny Ludu" 2 marca 1957 r. znow zostal mianowany jej naczelnym przez Gomulke, w dzienniku partyjnym wybuchl bunt: osmiu czolowych publicystow "Trybuny Ludu" podalo sie do dymisji przeciw nominacji tak twardoglowego dzialacza (por. uwagi zwiazanej z liberalnymi kregami zydowskimi Alicji Wetz-Zawadzkiej, Refleksje pewnego zycia, Paryz 1967, s. 173-174).
Liczni towarzysze zydowskiego pochodzenia mieli szczegolne sklonnosci do cenzury i niszczenia wszelkich przejawow swobodniejszych mysli. Stanowili trzon urzedow kontroli prasy od poczatku sowietyzacji Polski. Symbolicznie wprost pierwszym komunistycznym cenzorem w Polsce byl wspomniany juz Jerzy Borejsza (Goldberg), brat oslawionego kata UB J. Rozanskiego. O jego roli jako pierwszego cenzora, juz w 1944 roku, przypomniano w "Rzeczpospolitej" z 23 lipca 1994 r. (G. Jaszunski "Kto byl pierwszym cenzorem"). Andrzej Wroblewski w ksiazce "Byc Zydem" (Warszawa 1992, s. 156) pisze o wiceprezesie cenzury, niejakim Laziebniku, ktory "po prostu nie umial po polsku". Nie przeszkadzalo mu to w wydawaniu wytycznych zmierzajacych do bezwzglednego niszczenia wszystkiego, co polskie i narodowe.
Zydowscy komunisci w roli cenzorow bez wahania tepili wszystko, co wiazalo sie z polskimi tradycjami niepodleglosciowymi, a zwlaszcza z historia ciemiezenia Polakow przez imperium carskie. Jakze wymowne pod tym wzgledem sa zwierzenia tego typu cenzorki - Sabiny Lewi, kierowniczki cenzury w Bialostockiem. Podczas zjazdu delegatow wojewodzkich i miejskich biur kontroli prasy w dniach 23-25 maja 1945 r. Lewi chwalila sie tym, ze czujnie zabronila wystawien sztuki Gabrieli Zapolskiej "Tamten". Jak mowila Lewi: "Sztuka ta jest stara - z 1902 r. i omawia warunki zycia w Rosji, Sybir, kajdany itp. Na wystawienie tej sztuki nie zezwolilam. Jako cenzor zajelam stanowisko, ze jakkolwiek potepiam ucisk carski i potepia go rowniez Zwiazek Sowiecki, ale w tym momencie wysuwac momenty przeciw narodowi rosyjskiemu (sic!). My chcemy dzis nasze stosunki umocnic, chcemy miec stosunki przyjemne i nie lezy w interesach demokracji, zeby przypomniec rany jatrzace (...)" (cyt. za: Glowny Urzad Kontroli Prasy 1945-1949, oprac. D. Nalecz, Warszawa 1994, s. 52).
Walczac z tym, co bylo najdrozsze dla Polakow, posuwano sie do najnikczemniejszych zohydzen. Na przyklad w 1945 r. pojawil sie propagandowy plakat z napisem "Precz z faszyzmem", umieszczony pod rysunkiem czlowieka z miotla, wymiatajacego kawalki papieru z wielkimi literami skrotow: SS, SA, a takze AK. Umieszczenie AK w tak ohydnym zestawieniu oznaczalo zniewazenie najbardziej bohaterskich srodowisk polskich patriotow, ale o to wlasnie chodzilo ludziom z kuzni klamstw spod znaku Wiktora Grosza (Izaaka Medresa). Cytowalem juz wyzej Andrzeja Wroblewskiego, jednego z najuczciwszych intelektualnie autorow zydowskiego pochodzenia, piszacych o stosunkach polsko-zydowskich. W ksiazce "Byc Zydem" Wroblewski opisal miedzy innymi dobrze mu znana z autopsji sytuacje w redakcji, w ktorej byl sekretarzem, wspominajac: "Po polaczeniu partii zostalem sekretarzem redakcji tygodnika ideowo-politycznego 'Trybuna Wolnosci'. Tytul nawiazywal do jakiejs publikacji okupacyjnej. Redaktorem byl koszmarny stalinowiec, dogmatyk, Zyd, do tego niezbyt madry (...) Na jakiejs dyskusji wewnatrzredakcyjnej na temat okupacji i AK stwierdzil bezapelacyjnie: nasz robotnik jest tak wychowany, ze jak ktos jest z AK, to go w leb. Takie poglady lansowali komunisci w kraju, gdzie dziewiecdziesiat procent mlodziezy nalezalo i walczylo w ramach tej formacji. Nie trafilo mu do przekonania, ze kolega redakcyjny Wojtek Barcz odsiedzial kilka lat w Oswiecimiu za przynaleznosc do AK. Nieszczesny Barcz, Niemiec z pochodzenia, PPS-owiec, nie potrafil sobie poradzic ani z redaktorem, ani z sytuacja, zapil sie i popelnil samobojstwo" (por. A. Wroblewski, Byc Zydem... Rozmowa z Dagiem Halvorsenem o Zydach i antysemityzmie Polakow, Warszawa 1992, s. 175).
Zydowscy politrucy nachalnie pchali sie do najbrudniejszych odcinkow rezimowej propagandy. To ich nazwiska glownie dominuja wsrod dziennikarzy obslugujacych sfabrykowane procesy. To oni szkalowali niewinne ofiary tych procesow, wypisujac najhaniebniejsze brednie o ludziach stajacych przed stalinowskimi sadami po miesiacach katowan w celach UB i MBP. Do tego typu haniebnych publikacji poprocesowych nalezala na przyklad ksiazka glownego ideologa PZPR Romana Werfla, syna rabina, pt. "Trzy kleski reakcji polskiej. Na marginesie procesu grupy szpiegowsko-dywersyjnej Tatara, Kirchmayera i innych" (Warszawa 1951). Werfel z fanatyczna gorliwoscia pilnowal skazanych za niewinnosc polskich oficerow, a przy okazji dokladal jak mogl agenturze Tito i jego "klice" oraz "prawicowo-nacjonalistycznej grupie Gomulki". Wychwalal madrego Stalina, ktory wiedzial, jak rozbic "wrogie knowania trockistowskich agentow imperializmu". Szkalowal Powstanie Warszawskie AK i PSL. O PSL-owskiej "Gazecie Ludowej" mozna bylo sie dowiedziec u Werfla, ze liczyla ona "na bylych kapitalistow i bylych obszarnikow, na WIN-owskie bandy lesne, najemnych palkarzy na sluzbie wyzyskiwaczy".
Najplodniejszym sposrod zydowskich politrukow byl Stefan Arski (Apfelbaum). Wydal m.in. trzy ksiazki szkalujace polska emigracje polityczna na Zachodzie: "Targowica lezy nad Atlantykiem" (1952), "Wspolczesna Targowica" (1953) i "Pasazerowie martwej wizy" (1954). Najbardziej znana byla jednak jego ksiega oszczerstw o Pilsudskim: "My pierwsza brygada" (1962). Do najskrajniejszych prokomunistycznych politrukow nalezal Grzegorz Jaszunski, po 1989 r. znany glownie jako "maz swojej zony", czyli wicemarszalek Sejmu, a pozniej ambsador RP w RPA Zofii Kuratowskiej, jednej z liderek lewego skrzydla Unii Wolnosci i znanej obronczyni praw lesbijek i homoseksualistow. W tekscie do ksiazki Ruty Pragier: "Zydzi i Polacy", przedstawiajacej wywiady z roznymi znanymi osobami zydowskiego pochodzenia, Jaszunski probowal sugerowac, ze ma bardzo czyste sumienie, akcentujac: "Pisalem, co chcialem". A co chcial, swiadcza m.in. trzy ksiazki Jaszunskiego, specjalisty od falszowania spraw miedzynarodowych, pelne skrajnych atakow na USA. Jedna z nich juz w tytule zapowiadala, o co chodzi: "Amerykanska odmiana faszyzmu" (Warszawa 1951). Mozna sie z niej bylo dowiedziec, ze najaktywniejsi w upowszechnianiu faszyzmu w Stanach Zjednoczonych sa bankierzy z Wall Street (!). Jaszunski byl tez autorem ksiazki "Z polityki niedostatecznie", obrzydliwego paszkwilu na polityke II Rzeczypospolitej.
 
Nowe falsze Grossa (15) - Stalinisci w literaturze!

 Juz w pierwszych latach powojennych rozpoczely sie skrajne ataki na wiele cennych tradycji polskiej literatury. Szczegolnie haniebna role w tej sprawie odegrala marksistowska "Kuznica", specjalizujaca sie - jak pisala Maria Dabrowska - w "plugawych napasciach na bardziej niezaleznych pisarzy". Przewazajaca czesc redakcji "Kultury" stanowili rozni wsciekli "czerwoni encyklopedysci" zydowskiego pochodzenia, m.in. Adam Wazyk (Wagman), Jan Kott, Mieczyslaw Jastrun, Kazimierz Brandys.

Szczegolnie wielkie szkody dla literatury przyniosla dzialalnosc poety politruka, kapitana WP Adama Wazyka, zapamietalego w niszczeniu polskich wartosci patriotycznych. Poczatki dzialan Wazyka przypadly na czasy lwowskiej targowicy literackiej lat 1939-1941. Juz wtedy zamienil on dawne sklonnosci do awangardowych eksperymentow literackich na skrajny prosowiecki serwilizm. Szedl on u niego w parze z pelnymi jadu strofami, szkalujacymi rozbite przez dwoch agresorow panstwo polskie. Juz 5 listopada 1939 roku Wazyk "popisal sie" godnym najgorszych targowiczan wierszem "Do inteligenta polskiego". Wiersz ten zaczynal sie od gwaltownego, oszczerczego ataku na polska armie i jej dowodcow:
To stalo sie tak nagle, rozbite pociagi, /zdarte druty, na torach wydrazone leje. /Zamiast wodzow - polglowki, zamiast armii - wloczegi, /widma noca ciagnace, by skryc sie, gdy zadnieje. (...)
W kolejnych wierszach Wazyk wyslawial Zwiazek Sowiecki jako jedyna, upragniona ojczyzne ("Biografia", "Radosc radziecka"). Dawny awangardowy poeta bez zenady tworzyl najskrajniejsze produkcyjniaki ("Konsomolki przyjezdzajace do Lwowa", "Do robotnicy"). Najwieksze szkody przyniosly jednak dzialania Wazyka w pierwszym dziesiecioleciu powojennym. Jako sekretarz generalny ZLP, redaktor naczelny "Tworczosci" (1950-1954), a okresowo nawet czlonek KC, stal sie glownym partyjnym autorytetem w sferze kultury. Pisarz Andrzej Braun wspominal w "Hanbie domowej" Trznadla: "To, co powiedzial Wazyk, mialo znaczenie i Bierut czy Berman natychmiast nadawali praktyczny ksztalt koncepcjom Wazyka". Jako oficjalny "teoretyk literatury" (tak go nazywal historyk literatury Tadeusz Drewnowski) Wazyk "wslawil sie" m.in. bezprzykladna napascia na tak droga wszystkim czujacym po polsku poezje Cypriana Norwida, piszac, ze "blizsze obcowanie z Norwidem dziala uwsteczniajaco na wyobraznie". Posunal sie do nazwania poezji Norwida "napuszona nedza mysli" (A. Wazyk, W strone humanizmu, Warszawa 1949). Do najobrzydliwszych "wyczynow" Wazyka nalezal jego bezpardonowy atak na poezje Konstantego Ildefonsa Galczynskiego w oficjalnym referacie podczas zjazdu ZLP w czerwcu 1950 roku. "Zachecil" w nim Galczynskiego, aby wreszcie "ukrecil leb temu rozwydrzonemu kanarkowi, ktory zagniezdzil sie w jego wierszach". Za najpilniejsze zadanie Wazyk uznal "oczyszczenie poezji ze smaczkow i pieknostek burzuazyjnej poetyki z czasow imperializmu". Galczynski skomentowal atak Wazyka wypowiedzia w kuluarach: "Coz, kanarkowi leb mozna ukrecic, ale wtedy wszyscy zobacza klatke. Co zrobic z klatka, koledzy?". Ten pelen gorzkiej ironii komentarz nie pomogl Galczynskiemu, ktory w rezultacie ataku Wazyka z oficjalnej trybuny nagle poczul skrajna izolacje we wszystkich redakcjach i wydawnictwach, calkowita blokade publikacji. Najwiekszy autorytet oficjalnej literatury poza terroryzowaniem innych pisarzy nie zapominal o tworzeniu wlasnych wierszy. Wyprodukowal m.in. chyba najbardziej groteskowy utwor wsrod poetyckiej produkcji polskiego stalinizmu - wiersz demaskujacy "imperialistyczna" Coca-Cole. W "Piosence o Coca-Cola" stwierdzal z przejeciem:
(...) Po Coca-Cola blogo, rozowo /za pare centow amerykanskich /sniliscie nasza smierc atomowa /Po Coca-Cola blogo, rozowo! /My, co pijemy wode nadziei, /wiemy, gdzie siega dzis nasza wola: /wyszliscie z Chin, wyjdziecie z Korei, /my wam przerwiemy sen Coca-Cola, /my, co pijemy wode nadziei.
W wierszu "Morderstwo" demaskowal "wroga", ktory zabil traktorzyste "za jedno slowo: spoldzielnia"; w utworze "Lud wejdzie do srodmiescia" deklamowal:
Patrz, jak stoi uparta /na rusztowaniach partia, /rozpala sie klasowa /bitwa - nasza budowa. /Niech wiedza ludzie, komu /rodzi sie dom po domu, /czy magnatom stalowym, /wariatom atomowym, /czy sobie i ludowi /Warszawa sie sposobi. (...)
Nie zabraklo w tworczosci Wazyka i wielkiego panegiryku na czesc generalissimusa Stalina - "Rzeka":
Madrosc Stalina /rzeka szeroka, /w ciezkich turbinach /przetacza wody, /plynac wysiewa /pszenice w tundrach, /zalesia stepy, /stawia ogrody.
W 1954 r. Wazyk zrealizowal jedno ze swych najbardziej grafomanskich przedsiewziec - napisal scenariusz do filmu "Niedaleko od Warszawy" o amerykanskim szpiegu sabotazyscie.
Jednym z najgorliwszych poetow dworskich

na uslugach Bieruta
byl znany tworca starszego pokolenia Mieczyslaw Jastrun. Pomimo wielostronnej pomocy udzielonej mu ze strony polskich znajomych w czasie wojny, gdy ukrywal sie na "aryjskich papierach", po wojnie wyroznil sie szczegolnie skrajnymi, oszczerczymi atakami na rzekomy polski antysemityzm. W opublikowanym 17 czerwca 1945 r. w krakowskim "Odrodzeniu" tekscie "Potega ciemnoty" twierdzil, ze za wymordowanie ponad trzech milionow Zydow ponosi odpowiedzialnosc na rowni z hitlerowskim okupantem cale bez mala polskie spoleczenstwo. W czasie gdy do ujarzmienia Polski w interesie Sowietow przystepowaly cale falangi ubekow i politrukow zydowskiego pochodzenia na czele z Bermanem, Rozanskim, Borejsza, Romkowskim, Brystygierowa czy Fejginem, Jastrun pietnowal polskie "zbrodnicze", "reakcyjne" organizacje, ktore jakoby wciaz "kontynuuja krwawa robote hitlerowska", dybiac na ocalala z zaglady "grupke inteligencji pochodzenia zydowskiego".
Gross w "Strachu" (s. 129, 172) nader chetnie powoluje sie na wspomniany tekst Jastruna, stanowiacy skrajny atak na spoleczenstwo polskie za jego rzekomo wyjatkowo silny "antysemityzm". Gross tytuluje Jastruna (na s. 172) "wielkim poeta polskim", calkowicie przemilczajac jego rzeczywiscie wielka role jako jednego ze stalinizatorow polskiej literatury. Warto tu przypomniec, ze Jastrun, zgodnie z wymogami owczesnej stalinowskiej "poetyki", z furia pietnowal polskich partyzantow walczacych o niepodleglosc Polski, przeciw Sowietom i polskiej targowicy. W wierszu "Ballada o Puszczy Swietokrzyskiej" spotwarzal zolnierzy AK, rzekomo degenerujacych sie w bandy. Podobna wymowe miala rowniez "Ballada zimowa" Jastruna, pietnujaca zolnierzy antykomunistycznego podziemia i wspieranie ich przez Kosciol. W wierszu "Wlasnosc" gromil "wrogow klasowych" - kulakow. Z energia wlaczyl sie tez w propagande antykoscielna rezimu, produkujac wiersz "W bazylice swietego Piotra", w wyrafinowany sposob atakujacy Watykan za rzekomy sojusz z Hitlerem. Wyslawial roznych komunistycznych idolow, osobny wiersz poswiecajac pamieci jednego z przywodcow PPR-u w dobie wojny, Pawla Findera. W poswieconym Leninowi "Wspomnieniu z Poronina" opiewal z patosem:
Mysl jego w klebach sniezycy i w dymie /Nadlatywala, aby siasc na naszym brzegu. (...)
Po smierci Stalina Jastrun opublikowal tekst rzewnie oplakujacy pamiec zmarlego generalissimusa, piszac m.in.: "Umarl czlowiek, ale kazda nasza mysl o nim zwiazana jest z zyciem. Imie jego poniosa rozwiniete sztandary klasy robotniczej, Partii, dalej, w przyszlosc".
Warto dodac, ze jego syn Tomasz Jastrun nalezy dzis do najskrajniejszych tropicieli rzekomego "polskiego antysemityzmu" i przeciwnikow tradycyjnego polskiego patriotyzmu. "Wslawil sie" jakze wielu atakami na polskosc i tradycje narodowe, grubianskim znieslawianiem najwiekszych tworcow narodowych, m.in. haniebnym brutalnym atakiem na Zbigniewa Herberta wkrotce po jego smierci. Nazwano go z powodu tych jego niegodnych wyczynow "chorym z nienawisci". Godny uwagi jest fakt, ze T. Jastrun, syn jednego z tworcow najbardziej obciazonych "hanba domowa" doby stalinizmu, ze szczegolna wsciekloscia reagowal na kazde przypominanie lajdactw roznych pseudoautorytetow czasow stalinowskich.
Trzeba przyznac, ze w tej sprawie Mieczyslaw Jastrun, dawny stalinista, okazal sie o wiele uczciwszy. Jak przyznal sam Tomasz Jastrun na lamach "Res Publiki", jego ojciec z obrzydzenia swoja dzialalnoscia i moralnego kaca za lata 1944-1955 nie otrzasnal sie do smierci.
Jednym z czolowych stalinizatorow polskiej literatury byl pisarz Kazimierz Brandys. Nalezal do najbardziej agresywnych redaktorow marksistowskiej "Kuznicy" wsciekle atakujacej przeciwnikow wladzy. Miedzy innymi "wslawil sie" skrajnie oszczerczym atakiem na PSL mikolajczykowskie, ktore nazwal "groznym przewodem dla faszyzmu w Polsce". W latach 1948-1951 wydal 4-tomowy cykl "Miedzy wojnami", ktory mial obnazyc "nicosc" przedwojennej Polski i przeciwstawic jej obraz "szczesliwych" powojennych przemian. Juz pierwsza powiesc cyklu pokazywala w sposob zdeformowany obraz grozby "antysemityzmu" w Polsce przed 1939 rokiem. Kolejny tom pt. "Antygona" mial dac klasowy osad "nikczemnych" burzujow, buszujacych w Polsce miedzywojennej. Najbardziej antypolska wymowe mial
4. tom "Czlowiek nie umiera"; zaczynal sie od "odpowiednio" wycyzelowanego jadowitego ataku na akowskie dowodztwo Powstania Warszawskiego: "5 pazdziernika hrabia Bor-Komorowski, wystraszony skutkami zbrodni, sploszony jak szczur dymem plonacego miasta i widokiem podstepnie przelanej krwi, ktorej byl hojnym szafarzem, rozwscieczony wreszcie niemila sytuacja, obnazajaca zbyt jaskrawo zdrade 'londynskiego dowodztwa' - ktore pod haslem powstania przeciwko okupantom usilowalo pchnac mlodziez warszawska przeciwko wyzwolenczym armiom, radzieckiej i polskiej - wystraszony, sploszony i rozwscieczony tym wszystkim, pojechal hrabia Bor do Ozarowa. Tam w kwaterze dowodcy SS von dem Bacha, po przyjacielskiej gawedzie, w ktorej obydwaj generalowie odnalezli wspolnych przodkow po kadzieli - podpisano akt kapitulacji".
Ksiazka Brandysa spelniala wszystkie wymogi najbardziej agresywnego socrealizmu, pietnowala dywersje "wrogow ludu" i roznych lancuchowych "psow imperializmu". Ludowe wladze zadbaly o odpowiednie spopularyzowanie tak zarliwego pisarza. Jak po latach wspominal sam Brandys w "Miesiacach", w jednej ze spoldzielni kazdy, kto chcial kupic wiadro, musial obowiazkowo kupic ktorys z tomow wiekopomnego cyklu "Miedzy wojnami". Po latach mocno wyszydzil te sprzedaz wiazana Herbert. W sluchowisku radiowym "Lalek" dal obraz wielobranzowego sklepu, w ktorym smola jest przemieszana z Brandysem, zgrzeblami, lancuchami i butami. W kolejnej ksiazce, "Obywatele", Brandys doslownie poszedl na calosc w tropieniu i demaskowaniu roznych "wrogow ludu". Najczarniej narysowal postaci deprawujacego mlodziez reakcyjnymi pogladami ksiedza katechety Lesniarza i jeszcze niebezpieczniejszego od niego wroga klasowego, nauczyciela Dzialynca. Jako wzor dzialania dla czytelnikow postawieni zostali w powiesci Brandysa czujni zetempowcy, ktorzy gorliwie szli po tropach antyludowej zdrady. Nie zabraklo i odpowiednio nakreslonego "szczesliwego" konca calej epopei. Byl nim w ksiazce Brandysa proces "pieciu bankrutow politycznych, pieciu zajadlych wrogow Polski Ludowej".
Wena "ideowa" Brandysa przejawila sie rowniez w jego zalosnych lkaniach po smierci Stalina. Pisal: "Wiesc o smierci Stalina porazila serca nasze najokrutniejszym bolem". I wzywal wszystkich tak jak on rozpaczajacych, aby pamietali, ze jedyne, co pozostaje do zrobienia, "gdy odchodza ludzie najblizsi i najbardziej kochani, (...) to przysiega zlozona w duszy: przysiega wiernosci dla ich mysli i pragnien".
We wrzesniu 1955 r. Brandys opublikowal jeden z najbardziej kompromitujacych wytworow swej "tworczosci" - opowiadanie "Nim bedzie zapomniany". Byl to bardzo nikczemny w stylu atak na Czeslawa Milosza, ktoremu Brandys zapowiadal szybkie zapomnienie, czyli cos, co oznaczalo najciezsza w obyczaju zydowskim klatwe. Tekst opowiadania roil sie od najskrajniejszych inwektyw pod adresem Milosza, portretowanego pod nazwiskiem Wejmonta: "Ta mysz uciekla z prawdziwie trudnego kursu. Nie robcie z niego ideologa. To mysz (...). Za rok nie starczy mu sliny, by na nas pluc. Juz nas nie obejmie rozumem ta mysz. Nic z niego zostanie".
W lewicowych mediach jako rzekomy autorytet czesto wystepowal Jan Kott, bez watpienia jeden ze sprawcow najgorszych spustoszen w sferze kultury w czasach stalinowskich. Prawde o jego owczesnej niszczycielskiej dzialalnosci probowano odsylac w niepamiec, tym mocniej za to eksponujac walory jego pozniejszej tworczosci (zwlaszcza esejow "Szekspir wspolczesny"). Adam Michnik poswiecil Kottowi ogromny artykul w Magazynie "Gazety Wyborczej" (luty 1995), juz na wstepie anonsujac: "Jak rozumiec zakrety tworczosci Jana Kotta? Kim jest w polskiej kulturze ten fechmistrz slowa i awanturnik, Don Juan i globtroter, anarchista i ateista, Zyd i komunista, liberal i gorszyciel, emigrant i prowokator? Pisarstwo Kotta i jego biografia sa rodzajem lamiglowki". Jednak dla wielu osob biografia Kotta nie byla zadna lamiglowka; widziano w nim ucielesnienie nieuczciwosci i cynicznego karierowiczostwa; do takiej oceny przychylali sie m.in. A. Hertz oraz Jerzy Giedroyc, ktory w liscie do Witolda Gombrowicza (18 V 1963 r.) pisal, ze Jan Kott jest jednym z tych, ktorzy "stali sie szmatami i bezwolnymi narzedziami nieinteligentnego systemu". Leopold Tyrmand pisal o "lokajskim Jana Kotta ukorzeniu sie przed nieodwracalna Brutalnoscia Historii". Kott, tak bezkrytycznie fetowany w "Gazecie Wyborczej", w przeszlosci niejednokrotnie chetnie siegal do idei zmitologizowanego postepu, by usprawiedliwiac wszelkie stalinowskie zbrodnie. Gustaw Herling-Grudzinski opisal swa rozmowe z Kottem: "Zgadalo sie o Katyniu, nie obral oficjalnej linii postepowania. Wydal tylko wargi i syknal z usmiechem: 'Coz znaczy kilka tysiecy oficerow wobec Historii w marszu'" (G. Herling-Grudzinski, Dziennik pisany noca, Warszawa 1990).
W swym zadaniu radykalnego przeksztalcenia literatury i humanistyki jako jednego z imperatywow wychowawczych nowego ustroju Kott byl bardzo bezwzgledny. Odrzucal do lamusa Zygmunta Krasinskiego i Stanislawa Wyspianskiego, Stefana Zeromskiego, Henryka Sienkiewicza i Josepha Conrada. Wydana przez Kotta wspolnie z Wazykiem antologia wierszy polskich od Reja po Staffa (Wiersze, ktore lubimy. Antologia, Warszawa 1951) stala sie wzorcowym przykladem niewrazliwosci stalinowskiej krytyki literackiej na autentyczne piekno i wielkosc poezji. Juz w przedmowie Kott i Wazyk zdyskredytowali dorobek "reakcyjnych" polskich poetow na czele z Krasinskim, stwierdzajac m.in.: "Krasinski pisal wiersze nieporadne, egzaltowane, wytrawione z ziemskiej materii. Tych kilku wierszy Krasinskiego, ktore mozemy polubic, szukalismy ze swieczka w reku". Wierszom Krasinskiego poswiecono tylko dwie strony, szesc razy wiecej miejsca przeznaczono na zupelnie zapomniane wiersze Wladyslawa Syrokomli, np. "Powrot Janka z targowiska", widzac w nich wspanialy wzor demaskowania "systemu feudalizmu panszczyznianego".
Bedac jednym z filarow marksistowskiej "Kuznicy", pierwszego wielkiego forum sowietyzacji kultury polskiej, Kott wystapil m.in. z gwaltownym atakiem na wymowe "Lorda Jima" Conrada, widzac w gloszonych w nim idealach heroizmu i honoru wzor "niebezpiecznej" ideologii, wyznawanej pozniej przez zolnierzy Armii Krajowej. Witold Wirpsza wspomnial w rozmowie z Trznadlem: "Pamietam oblakany atak Kotta na Conrada, jego teza bylo (...), ze Conrad byl ulubiona lektura mlodziezy akowskiej, mlodziez akowska byla faszyzujaca, ergo - Conrad byl prefaszystowski". Wirpsza wspomnial rowniez swa rozmowe z Kottem po latach: "Ja sie go wrecz zapytalem: po cos ty te wszystkie glupstwa pisal? To on mi odpowiedzial bardzo prosto, w co nie wierze: bo sie balem.
Ja sobie tak mysle: atakowac Conrada dlatego, ze sie bal? Czego?" (J. Trznadel, Hanba domowa). "Bojazliwy" Kott przez lata atakowal wielu roznych "wrogow" socjalizmu, od Kosciola katolickiego, zbrojnego podziemia i gen. Andersa, po roznych "reakcyjnych" tworcow. Szczegolnie gwaltownie pietnowal Kott "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kaminskiego. Stwierdzil: "To jest grozna ksiazka. Tak wychowano pokolenie kondotierow".

Stalinowskie lkania Artura Miedzyrzeckiego
Znany autorytet intelektualny, pisarz i poeta Artur Miedzyrzecki, od 1991 r. przez wiele lat prezes polskiego Pen-Clubu, "wslawil sie" w 1953 r. zalobnym poematem "Marzec 1953", oplakujacym smierc generalissimusa wszech czasow Josifa Wisarionowicza Stalina. Miedzyrzecki lkal z ogromna sila:
Przyszlo, za gardlo scisnelo, /Mijaly doby; /Sluchalismy, nie rozumiejac, /O smierci, mece choroby. /Sluchalismy do rozpaczy /Bolejacy niemi /Stalin. Duma dni naszych. /Najwiekszy z ludzi na ziemi. /Wrocil nam wolnosc. Byl dla nas /Najlepszym z przyjaciol. /Nauczyl nas mestwa i trwania. /Nawet w bolu i placzu. (...) /Plakalismy w Warszawie, /Na Slasku, na dumnym Helu, /I przysiegalismy sprawie, /I przysiegalismy dzielu. (...) /Wybudujemy nad Wisla /Piekna, szczesliwa ziemie. /Wrogow zmieciemy. Przyszlosc /Nazwiemy Jego imieniem. (...)
Miedzyrzecki byl "zaangazowany" rowniez w liczne inne poetyckie popularyzacje stalinowskich klamstw komunistycznych. Byl m.in. autorem wiersza "Dzieci Juliusza i Ethel", wybielajacego jako rzekome niewinne ofiary sowieckich szpiegow atomowych Juliusza i Ethel Rosenbergow. Szkalujac wladze amerykanskie, ktore wydaly wyrok na sowieckich szpiclow, Miedzyrzecki apelowal: "Uczcie sie nienawidzic knebla, co usta zatyka". Bohdan Urbankowski tak komentowal w ksiazce "Czerwona msza albo usmiech Stalina" wymowe wiersza Miedzyrzeckiego: "Zostalo wymuszone potepienie 'imperializmu', wymuszona zostala nienawisc. Organizowanie nienawisci to zarazem szczyt mozliwosci propagandy komunizmu, szczyt mozliwosci tej poezji".
Jednym z najbardziej popieranych faworytow komunistycznej wladzy byl znany poeta zydowskiego pochodzenia z grupy Skamandrytow Julian Tuwim. Jeszcze podczas wojennego pobytu na Zachodzie dawal on dowody skrajnej prosowieckosci. Jan Lechon tlumaczyl swoje zerwanie z Tuwimem w maju 1942 r. jego "slepa miloscia do bolszewizmu". Po powrocie do kraju Tuwim nalezal do tworcow szczegolnie mocno zaprzyjaznionych z komunistyczna elita wladzy i byl odpowiednio forowany (za prorezimowe zaangazowanie obdarowano go m.in. willa w Aninie). Na zamowienie wladz wypisywal serwilistyczne wiersze w stylu "Do narodu radzieckiego", wyslawiajacego "wiecznie zywego herosa Stalina". W paszkwilanckim wierszu "We mgle" Tuwim kreslil potwornie czarny obraz "zdegenerowanych" polskich emigrantow, snujacych pijackie mrzonki o wojennej pozodze atomowej. Zgodnie z owczesna ideologia haslem "Kto nie jest z nami, przeciw nam" Tuwim pietnowal apolitycznosc jako dowod ukrytej wrogiej niecheci do systemu. W wierszu "Archaniol" atakowal "stara swinie reakcyjna, absolutnie apolityczna i zupelnie bezpartyjna".
Jakze wielu z tych "antynacjonalistycznych" tworcow lgnelo do rezimu bez najmniejszych nawet ociagan, ba, bez poczucia smiesznosci pewnych gestow. By przypomniec chocby opisane przez Irene Krzywicka zdarzenie na "fajfiku" u Tuwima. W pewnym momencie Tuwim zerwal sie i glosem pelnym emocji wzniosl toast "za zdrowie naszego ukochanego, jedynego, niezastapionego prezydenta Bieruta". Wszyscy wstali i z pelna powaga zaczeli tracac sie kieliszkami. Irena Krzywicka opisala tez inna scene na "fajfiku" u Tuwima. Poeta zaprosil w goscine samego Bermana i odnosil sie do niego z ogromna sluzalczoscia. Przypomnijmy, ze Milosz wyszydzal kiedys Tuwima wlasnie za jego obecnosc "na balu w UB".
Dla pelniejszego obrazu warto dodac jednak, ze ten sam dworski, rezimowy poeta J. Tuwim zdobyl sie w 1947 r. na piekny gest, bardzo nietypowy dla calego jego otoczenia. Jak pisze historyk Marek J. Chodakiewicz, w 1947 roku Tuwim wstawil sie u Bieruta za kapitanem Jerzym Kozarzewskim i jego piecioma towarzyszami z NSZ. Grozila im kara smierci. Interwencja Tuwima uratowala im zycie (wg: M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918, 1955, Warszawa 2004, s. 430). W 1951 r. Tuwim kolejny raz wstawil sie za Kozarzewskim (por.: tamze, s. 430-431).
Inny sluzalczy tworca doby stalinizmu Jozef Hen, byly oficer polityczny, przebil wszystkich ekstaza radosci z powodu "powrotu" rzekomego "warszawiaka", rosyjskiego marszalka Konstantego Rokossowskiego do Polski. Napisal wowczas w marksistowskiej "Kuznicy" dytyramb ku czci Rokossowskiego ze slowami: "Wrocil orzel. Orzel, ktoremu skrzydla przypiela Rewolucja. (...) Wrocil Konstanty Rokossowski. Nasz Rokossowski".
Jedna z najhaniebniejszych kart literatury doby stalinizmu stanowila owczesna tworczosc bardzo znanego autora tekstow dla dzieci: "Kaczka dziwaczka", "Akademia Pana Kleksa" itp., Jana Brzechwy (J. Lesmana). Niestety, w latach stalinowskich wyroznil sie on szczegolnie grafomanskimi wierszami politycznymi. Atakowal "pasibrzuchow wiejskich" i innych "wrogow klasowych", "Ameryke gieldziarzy, lgarzy i szalbierzy". Pisal z emfaza:
Leza imperialisci na pokladach yachtow, /Chca agresji, chca wojny, zyskownych konszachtow. /A tu Apel Sztokholmski: stek zlosliwych szykan! /Watykan cud uczyni i Hitlera wskrzesi.
Atakowal "amerykanski imperializm", Zachod jako zbior podzegaczy wojennych, pietnowal rzekome zwiazki emigracji polskiej z hitlerowcami. Napisal pelne socrealistycznego patosu "Strofy o planie 6-letnim". W odrebnej ksiazeczce "Stonka i bronka" "zdemaskowal" amerykanska stonke ziemniaczana niszczaca podstepnie plony w Polsce. Nie zwazajac na to wszystko jacys lewacy
- ignoranci, postanowili uczcic mianem poety kolaboranta wiejska szkole w Dmosinie. Gdy czesc miejscowej ludnosci, lacznie z proboszczem ks. Tadeuszem Piotrowskim, wystapila przeciw takiemu nobilitowaniu stalinowskiego kolaboranta, natychmiast w "Wyborczej" i gdzie indziej oskarzono ich o "antysemityzm", bo Brzechwa (Lesman) byl Zydem. Wystepowalem w obronie oskarzanych o rzekomy antysemityzm parafian z Dmosina i ks. Piotrowskiego, przypominajac m.in. znakomity wiersz slynnego patriotycznego polskiego poety zydowskiego pochodzenia Mariana Hemara "Odpowiedz Brzechwie". Hemar wysmial tam bezlitosnie kolaborancka sluzalczosc Brzechwy, piszac m.in.:
(...) Panie poeto, co w kraju Traugutta, /Okrzei, Ziuka i ksiedza Skorupki, /Stajesz w obronie jakiegos Bieruta /Wykpiwasz wrogow jakiegos Osubki /I to ci starcza za wolnosc! I taka /Twoja poety duma i Polaka. (...)
(por. szerzej: J.R. Nowak, Spor o kolaboranta Brzechwe, Warszawa 2001, s. 18-22).
Dla tych, ktorzy zachwycali sie swietnym piorem Antoniego Slonimskiego (przez wiele lat swymi felietonami stanowil ogromny atut "Wiadomosci Literackich"), prawdziwym szokiem bylo jego zaangazowanie sie w stalinizacje polskiej kultury. Slonimski poczatkowo byl z dala od glownego frontu polityki kulturalnej; mial wygodna synekure na Zachodzie jako etatowy pracownik UNESCO (1944-1948), a do 1951 r. jako dyrektor Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Powrocil do kraju w 1951 r. i od razu wlaczyl sie w stalinowska propagande. 4 listopada 1951 r. opublikowal w PZPR-owskiej "Trybunie Ludu" atak na Milosza w zwiazku z jego "wybraniem wolnosci" na Zachodzie. Tekst Slonimskiego roil sie od wyzwisk i insynuacji: "Wrogiem jestes naszej terazniejszosci, ale co cie przeraza najwiecej, to nasza przyszlosc (...) nie chcesz wyzwolenia wlasnego narodu z jarzma kapitalistycznego. Czego chcesz? (...) Badzmy szczerzy. Chcesz jednej tylko rzeczy. Chcesz wojny. (...) Na trupach nowych milionow dzieci, kobiet i mezczyzn (...) opierasz swoje nadzieje. (...) Sprzymierzencami twoimi sa przywrocone do zycia upiory hitlerowskie".
Tworca, ktory niegdys nalezal do najoryginalniejszych indywidualnosci polskiego zycia kulturalnego, posunal sie do stworzenia jednego z najbardziej serwilistycznych panegirykow na czesc Bieruta. Jego "Portret Prezydenta" Bohdan Urbankowski nie bez racji nazwal "szczytem polsko-sowieckiej poezji dworskiej". Sluzalstwo Slonimskiego wobec rezymu sprowokowalo wiersz ("Do poety rezymu") slynnego poety emigracyjnego Mariana Hemara:
(...) Patrzeciez na tego Slonimskiego /To on, sympatyk lewicowiec /Od Saint Simona i Steckiego, /Byly Beckowiec i ludowiec /Co 'lubil lud, lecz w lemoniadzie' /(Jak kiedys pisal w swej 'Paradzie') /I byly Mikolajczykowiec, /Adiutant Kota i praporszczyk, /Byly kosynier i liberal, /Byly Pilsudczyk i Sikorszczyk. (...) /Wczoraj ziemiansko-cukierniczy, /Dzisiaj wlosciansko-robotniczy. /Przechrzta co tydzien, na wyscigi, /Co z wszystkich sobie wzial religii /Jedna religie: Oportunizm /Dzis sie obrzezal na komunizm. (...) /Poecie wolno szkod przyczynic /Wolno sie zalgac i zeswinic, /Merdac ogonem i uciekac, /Pod stol wlezc i hau-hau, odszczekac, /Wolno ze slowa zrobic lajno - /Jak tylko wierszem, to juz fajno! (...).
Poczawszy od tzw. odwilzy Slonimski zrobil bardzo wiele dla zrehabilitowania sie za teksty z poczatku lat 50. Stal sie sztandarowa postacia odnowy w zyciu literackim, przewodzac Zwiazkowi Literatow Polskich (1956-1959) w walce o swobody tworcze; byl inicjatorem slynnego listu 34 intelektualistow (1964), protestujacego przeciw cenzurze.
Do apologetow stalinizmu w Polsce nalezal pisarz Julian Stryjkowski (Pesach Stark), wieloletni wspolredaktor czolowego czasopisma literackiego "Tworczosc", laureat nagrody panstwowej (1952). Byl m.in. wspolpracownikiem gadzinowki "Czerwony Sztandar" w czasie okupacji sowieckiej we Lwowie (1939-1941). W 1945 r. jako wspolpracownik organu Zwiazku Patriotow Polskich "Wolna Polska" w Moskwie publikowal prosowieckie teksty, m.in.: "Walka trwa. Jest to walka oczyszczajaca. W Polsce dzialal nie tylko okupant. Pomagala agentura z zagranicy, mieniaca sie do niedawna 'rzadem polskim'... Okupant budowal obozy smierci, rzad kazal na to patrzec bezczynnie, a nawolywal do walki bratobojczej". Stryjkowski w owym czasie pisal o rzadzie w Londynie jako "wilkolaczym pomiocie, ktorzy trzeba wytepic"; o sanacyjnych spadkobiercach propagandy Goebbelsa, ktorzy przyszli w sukurs Hitlerowi w prowokacji katynskiej; o "nienawisci polskich marionetek, protestujacych przeciwko reformie rolnej, gdy za sznurki pociagaja przemyslowi magnaci i ziemscy wlasciciele"; o Pilsudskim, ze szykowal sie do wspolpracy z Hitlerem; o Andersie, ze "tworzyl obozy koncentracyjne w Palestynie i Wloszech, by nie pozwolic zolnierzom na powrot do Ojczyzny". Pozniej Stryjkowski jako pracownik Polskiej Agenci Prasowej byl autorem rozlicznych klamliwych tekstow pisanych na zamowienie rezymowej propagandy, az wreszcie osiagnal najwiekszy sukces. Zostal nagrodzony nagroda panstwowa za "demaskujaca" kapitalizm powiesc "Bieg do Tragala".
Stryjkowski nigdy nie zdobyl sie na samorozliczenie ze swymi haniebnymi klamstwami na temat Polski. Przeciwnie, pieczolowicie eksponowal sie jako rzekoma ofiara "polskiego antysemityzmu", ktora przesladowano na ulicy juz za sam wyglad, pokrzykujac za nim "Mosiek". Marianowi Brandysowi wyznal wprost: "Nienawidze tego kraju" (tj. Polski - wg: M. Brandys, Dziennik 1972, Warszawa 1996, s. 97).   ND 2006.09.06.

 
Nowe klamstwa Grossa (16) - Sowietyzacja nauki!
 
W miejsce usuwanych przez władze znakomitych uczonych błyskawicznie awansowano różnych młodych "janczarów" reżimu, gotowych na maksymalne szkalowanie polskości i panegiryczne wysławianie Związku Sowieckiego. Nader typowa pod tym względem była przyśpieszona kariera Włodzimierza Brusa.
Ten przebywający na emigracji od 1968 r. ekonomista należy dziś do najbardziej fetowanych przez lewicowe media pseudoautorytetów. Warto przypomnieć początki jego awansów w czasie, gdy do dziś próbuje się tuszować bardzo ciemne plamy w życiorysie Brusa w czasach stalinowskich. Jeszcze 25 marca 1996 r. Marek Beylin gwałtownie zaatakował w "Gazecie Wyborczej" ówczesnego prezesa Sądu Najwyższego prof. Adama Strzembosza za wymienienie w "Rzeczpospolitej" z 18 marca 1996 r. Włodzimierza Brusa wśród najgorszych propagandystów PRL-u, którzy za swą rolę w totalitaryzacji kraju powinni być pozbawieni tytułów i stopni naukowych. Wybielając Brusa, Beylin zaakcentował, że w latach 50. i 60. był on jedną z czołowych postaci opozycyjnego środowiska rewizjonistów partyjnych, a w 1968 r. "faktycznie został wygnany z kraju". Beylin "dziwnie" jakoś pominął wielkie "zasługi" bronionego przez siebie autorytetu dla walki z polskością i panegirycznego propagowania stalinowskiej Rosji w latach 40. i 50.
Urodzony w 1921 r. Włodzimierz Brus już w wieku dwudziestu paru lat został majorem WP, a po oddelegowaniu go na uczelnię w wieku 28 lat (w 1949 r.) błyskawicznie został profesorem Szkoły Głównej Planowania i Statystyki. Za jakież to zasługi zrobił tak olśniewającą karierę naukową?! Otóż nie miał w tym czasie na swym koncie żadnej liczącej się pracy ekonomicznej, lecz za to sporo broszur - niewybrednych paszkwili na Polskę niepodległą 1918-1939. Już w 1945 r. wydał w "Bibliotece Żołnierza" (pod nr. 27) w Wydawnictwie Oddziału Propagandy Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego broszurę "Urojenia i rzeczywistość. Prawda o ZSRR". Wychwalał w niej sowiecką demokrację (!), sowiecki rozkwit gospodarczy (!) i rewolucję kulturalną. Na stronie 24. broszury można było przeczytać, że "obywatel ZSRR posiada ogromne prawa polityczne". Równocześnie Brus z ogromną werwą szkalował historię Polski niepodległej 1918-1939, pisząc o "straszliwej zgniliźnie ówczesnej Polski".
Uzasadniał również sowieckie kłamstwa o Katyniu. W 1945 r. wydał inną paszkwilancką antypolską broszurę "Polska 1918-26". Wśród morza fałszów w niej zawartych wciąż przewijało się twierdzenie o "bezwzględnej faszystowskiej dyktaturze sanacji". W ślad za tym poszły kolejne potworki propagandowe Brusa: "ZSRR a wojna polsko-niemiecka 1939 r.". Za tego typu "odkrycia naukowe" Brusa nagrodzono tytułem profesora. Dysponując tego typu dorobkiem, wystąpił jako główny "ustawiacz" nauk ekonomicznych na tzw. I Kongresie Nauki Polskiej w 1951 roku. Akcentując, że nauki ekonomiczne są "z istoty swej partyjne", z całej ekonomii burżuazyjnej gotów był wykorzystać jedynie materiał faktyczny, który "może być wyzyskany dla zdemaskowania stosunków panujących w Polsce kapitalistyczno-obszarniczej". Autorytetami nowej ekonomii byli według referenta Bierut i Minc.
Po wyemigrowaniu z Polski po marcu 1968 r. wraz z żoną, byłą stalinowską prokurator Heleną Wolińską, odpowiedzialną za różne mordy sądowe (m.in. na generale Fieldorfie), Brus prezentował się jako ofiara walki o demokrację w Polsce, skrupulatnie milcząc o swej dawnej roli w jej niszczeniu. Wykładał jako profesor na uniwersytetach w Rzymie, Louvain, Glasgow i Oxfordzie. Ciągle zbyt mało znany jest pewien bardzo istotny element z czasów zachodniej kariery W. Brusa, opisany po raz pierwszy kilka lat temu w renomowanych krakowskich "Arcanach". Otóż w połowie lat 70. wysłannicy niemieckiej bezpieki - Stasi
- przyłapali Brusa na gorącym "sam na sam" w hotelu z kochanką. Brus tak bał się skutków wyjawienia całej sprawy przed jego znaną z bezwzględności żoną, że bez wahania zgodził się na współpracę z szantażującymi go ludźmi ze Stasi. I nader gorliwie wykonywał powierzone mu zadania.
Podobnie przebiegała kariera innego "autorytetu", wybielanego w "Gazecie Wyborczej" i podobnych mediach - socjologa Zygmunta Baumana, którego przedstawia się głównie jako ofiarę wydarzeń marcowych 1968 roku. Tymczasem jest on m.in. współautorem (z Jerzym Wiatrem, a w latach 1996-1997 SLD-owskim ministrem edukacji) publikacji pt. "Obiektywny charakter praw przyrody i społeczeństwa w świetle pracy J.W. Stalina 'Ekonomiczne problemy socjalizmu w ZSRR'" (Warszawa 1953). Autorzy już na pierwszej stronie tekstu wychwalali "ostatnią pracę Towarzysza Józefa Stalina" jako "potężną dźwignię rozwoju wszystkich nauk, które z bezcennej skarbnicy stalinowskiej filozofii czerpią i czerpać będą".

"Sowieckimi kolbami nauczymy myśleć"
Tadeusz Kotarbiński już w 1937 r. przestrzegał przed skutkami narzucania siłą zależności naukowców od zwierzchności władz, pisząc, że przekształci się ona w końcu w "orgię płatnego kłamstwa". Do takiego stanu doprowadzili po 1945 r. polską naukę liczni politrucy nauki, którym przewodził Adam Schaff. Zajmował on szczególnie wpływowe pozycje w nauce jako członek KC PPR, a później PZPR, dyrektor Instytutu Nauk Społecznych przy KC PZPR, redaktor naczelny "Myśli Filozoficznej", później dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii (do 1968 r.), członek PAN. Już w 1947 r. Schaff wystąpił z gloryfikacją relatywizmu moralnego, stwierdzając na łamach "Odrodzenia": "Dla marksizmu moralne jest to, co odpowiada interesom klasy robotniczej". W 1948 roku w artykule "Klasowy charakter filozofii" dekretował: "Kto milczy, ten popiera obiektywnie istniejący stan rzeczy, kto nie opowiada się za postępem, ten jest obiektywnie przeciw niemu". W artykule "Dziesięć lat walki o zwycięstwo filozofii marksistowskiej" ("Myśl Filozoficzna" 3 (1954)) Schaff stwierdzał m.in.: "Nie ulega wątpliwości, że filozofia katolicka zarówno ze względu na swój szeroki zasięg, jak też i na bojowo-reakcyjny charakter jest dziś głównym przeciwnikiem naukowej filozofii". Za tego typu "rozpoznaniem" ze strony Schaffa następowały konkretne administracyjne uderzenia w "upartych" katolickich filozofów. W swych napastliwych tekstach Schaff nie oszczędzał także dawno nieżyjących myślicieli, np. w książce "Rozwój wpływów filozofii marksistowskiej w Polsce" pisał: "Antykomunista, wróg socjalizmu, nacjonalista i prekursor idei faszystowskiej w Polsce - oto właściwe oblicze ideologiczne Stanisława Brzozowskiego".
Schaff należał równocześnie do najbardziej niewybrednych pochlebców generalissimusa Stalina. Po jego śmierci zapewniał w "Myśli Filozoficznej" nr 2 (1953): "Umarł Stalin, ale dzieło Jego żyje i jest nieśmiertelne (...). Odszedł od nas Stalin - gigant myśli i czynu. (...) Naszym wielkim zadaniem jest walka o szczytne miano uczniów Wielkiego Stalina".
Schaff - ideolog, który odegrał tak ponurą rolę w niszczeniu polskiej nauki - jeszcze wiele lat po upadku stalinizmu próbował uzasadniać rządy totalitaryzmu w Polsce, głosząc na spotkaniu w Oxfordzie, że "tylko komunizm chroni Polaków przed faszyzmem" (cyt. za: A. Walicki, Zniewolony umysł po latach, Warszawa 1993, s. 205). W okresie stanu wojennego "wsławił się" szczególnie brutalnymi atakami na "Solidarność" i prawdziwie groteskową propozycją przyznania Pokojowej Nagrody Nobla gen. W. Jaruzelskiemu (por. wywiad z J. Szpotańskim w "Tygodniku Solidarność" z 10 marca 1995 r., przeprowadzony przez A. Zambrowskiego na temat książki A. Schaffa, Pora na spowiedź). Schaff nigdy nie przeprosił za szkody wyrządzone przez niego polskiej filozofii i całej polskiej nauce. Przeciwnie, w latach 80. i 90. opublikował szereg książek, w których zawarł apologię swego życia, wysławiając siebie samego jako wielkiego uczonego i wizjonera; to samouwielbienie łączy on z antypolskim urazem. W 1995 r. pisał w książce "Notatki kłopotnika", że polski Naród "jest chory na antysemityzm"; w innej książce: "Pora na spowiedź" (Warszawa 1993), twierdził, że Belweder w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r. uratował Polskę przed "faszystoidalnym przewrotem - który byłby początkiem Finis Poloniae".
Do najgorliwszych stalinizatorów nauki polskiej i szczególnie zajadłych wrogów patriotyzmu polskiego i katolicyzmu należał filozof Tadeusz Kroński, który kierował Katedrą Historii Filozofii Nowożytnej Uniwersytetu Warszawskiego. W liście do Miłosza z 7 grudnia 1948 r. zapowiadał: "My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie, bez alienacji" (Cz. Miłosz, Zaraz po wojnie. Korespondencja z pisarzami 1945-1950, Kraków 1998). Kroński, skądinąd bardzo bliski przyjaciel Miłosza, będący jego "filozoficzną gwiazdą", szczególnie gwałtownie atakował w swym liście "nikczemną do szpiku kości prawicową inteligencję polską". Zapowiadał, że musi być "zdławiony" polski romantyzm i katolicyzm.
Z kolei socjolog Julian Hochfeld, obecnie przedstawiany jako jeden z wybitniejszych rzeczników "socjalizmu z ludzką twarzą" (wybielany m.in. przez Andrzeja Friszkego, autora pełnej zafałszowań historii opozycji politycznej PRL), był m.in. autorem tekstu przeciw podziemiu politycznemu opublikowanego na łamach PPS-owskiego "Robotnika" (18 VI 1946). Artykuł ukazał się kilka tygodni po ogłoszeniu komunikatu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zarzucającego siedmiu czołowym działaczom PPS-WRN rzekomą ścisłą współpracę z wywiadem andersowskim, szpiegostwo i współdziałanie w aktach terroru. Hochfeld w swym tekście wtórował tezom oskarżeń ukutych przez kierownictwo komunistycznej bezpieki, pisząc: "Podziemie - także, a nawet przede wszystkim to, które się stroi w socjalistyczne piórka lub które infiltruje w szeregi ruchu robotniczego - jest narzędziem zbrodni politycznej, którą zwalczamy i zwalczać będziemy z całą nieustępliwością. (...) Niech nikt z nas nie liczy na pobłażliwość. Organizm partyjny jest w zasadzie zdrowy. Ale to, co narosło na nim, co jest chore - zostanie wycięte, by zdrowego organizmu nie zakaziło". Maria Dąbrowska z oburzeniem pisała o schematycznej marksistowskiej przedmowie, którą Hochfeld napisał do przełożonych przez nią dzienników XVII-wiecznego angielskiego pamiętnikarza Samuela Pepysa. Według Dąbrowskiej, Hochfeld twierdził m.in., że całe dotychczasowe dzieje ludzkości były prehistorią, w której "właściwie wszystko było małe, a prawdziwa historia zaczyna się dopiero od rewolucji październikowej".

Zniewolone umysły
Historię próbowała "skomunizować" Żanna Kormanowa (z domu Zelikman). W czasie wojny jeszcze tylko dyrektorka szkoły średniej, po wojnie (1949) została mianowana profesorem i objęła kierownictwo działu historycznego w organie KC PZPR "Nowe Drogi". Prowadząc inkwizytorską kampanię przeciw starym, zasłużonym historykom polskim, oskarżając ich "o ideologiczną aprobatę... polskiego faszyzmu", Kormanowa stawiała swoisty wzór pisania o historii; był nim według niej "Krótki kurs historii Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików)" - "niezawodny i nieodłączny doradca każdego historyka XIX i XX wieku, niezastąpiona skarbnica teorii dla każdego badacza przeszłości" (P. Hübner, Nauki społeczne i humanistyka - mechanizmy zniewolenia w: Politycy wobec przemocy 1944-1956, Warszawa 1996).W referacie na Zjeździe Historyków w dniach 30 czerwca
- 1 lipca 1950 r. Kormanowa zaatakowała "dywersję antyradziecką" w historii i "agenturę Watykanu" wśród historyków, podkreślając, że "Historia nie oparta o metodologię marksistowską (...) jest naukowo bezpłodna, nie jest naukową w pełnym tego słowa znaczeniu". Niszczycielska rola Kormanowej w dziedzinie polskiej historii była postrzegana przez bardzo wiele osób, nawet spoza sfery naukowców. Dąbrowska już w lutym 1948 r. nazwała Kormanową w swym dzienniku "jawnym wrogiem wszelkiej polskości".
W walce przeciw starej profesurze bardzo przydatni byli nowi, skrajnie niekompetentni pseudonaukowcy, jak np. krewny J. Bermana - Rafał Gerber. Zrobił błyskawiczną karierę naukową (doktorat 1950 r., profesura 1954 r.), choć nie napisał żadnej własnej książki. Przez kilka lat pełnił funkcję dyrektora centralnego archiwum państwowego, wyrządzając swoją działalnością niepowetowane szkody. Była pracownica podległego mu archiwum Klara Mirska, ogromnie ceniąca Polaków Żydówka, w wydanej na emigracji w Paryżu w 1980 r. książce "W cieniu wielkiego strachu" zarzuca Gerberowi świadome zaprzepaszczenie zbieranych przez nią całymi latami wielkich zbiorów relacji Żydów uratowanych przez Polaków. Gerber uznał te relacje za rzekomo bezwartościowe z punktu widzenia naukowego.
Szczególnie niszczycielską rolę odgrywali różnego typu "marksistowscy" krytycy i teoretycy literatury, np. sławna niegdyś, a obecnie całkowicie zapomniana "krwawa Melania" - Melania Kierczyńska (Cukier). W 1949 r. wystąpiła ona w "Kuźnicy" ze swoistą wykładnią patriotyzmu, ściśle wiążąc go ze stosunkiem do ZSRR: "Prawdziwy patriotyzm Polaka, Francuza czy Anglika zakłada przyjaźń i podziw dla państwa, które przoduje ludzkości w obronie pokoju, na drodze do społecznego i narodowego wyzwolenia, do socjalizmu".
Prawdziwie dyktatorską pozycję w muzykologii sprawowała Zofia Lissa, która już w latach 1939-1941 "wyróżniła się" prosowiecką gorliwością we Lwowie. Od 1951 r. była profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1954 r. dyrektorem Instytutu Muzykologii na tym uniwersytecie. Wydała ona m.in. 140-stronicową kuriozalną pracę o potrzebie przeniesienia ekonomicznych wskazań Stalina na teren muzyki. W traktacie zatytułowanym "O obiektywności praw w historii i teorii muzyki. Na marginesie pracy J.W. Stalina 'Ekonomiczne problemy socjalizmu w ZSRR'" (Warszawa 1954) Lissa pisała: "To, co Stalin mówi o odkryciu i zastosowaniu nowych praw ekonomicznych, godzących w interesy klas ginących i to, co mówi o oporze tych klas przeciw tym prawom, daje się również przenieść i na teren walki o nowe metody twórcze w muzyce polskiej. Źródła oporu są te same i perspektywy ich likwidacji - również te same". Tego rodzaju absurdalne teksty wypełniały całą pracę tego czołowego marksistowskiego autorytetu w dziedzinie muzyki. Lissa przewyższała wszystkich innych konsekwencją w propagowaniu leninizmu-stalinizmu w muzyce, np. już w 1950 r. wygłosiła referat "Leninowska teoria odbicia a estetyka muzyczna". Za ten dorobek i szczery upór w dążeniu do likwidacji "reakcyjnego" oporu w muzyce została nagrodzona w lipcu 1953 r. Nagrodą Państwową II stopnia.

Stalinowski dyktator polskiego filmu
Główną osobą nadzorującą stalinizację polskiego kina był Aleksander Ford. Już przed wojną należał do wojujących lewicowców. We wrześniu 1939 r. okazał swą targowicką postawę, stawiając się w Mińsku do dyspozycji ekip, kręcących materiał z triumfalnego pochodu Armii Czerwonej na ziemiach polskich, po sławetnym "ciosie w plecy" II RP (por. J. Skawińska: "Sowiecka propaganda filmowa" w: "Myśl Polska" z 18 września 1994 r.)
W 1943 r. zorganizował w ZSRR pod kuratelą Związku Patriotów Polskich tzw. Czołówkę Filmową Wojska Polskiego. Po wojnie przejął kierownictwo wytwórni Film Polski. Znany był ze swej niechęci do patriotycznych twórców. Odegrał wielką rolę w zaszczuciu jednego z większych talentów polskiego kina - reżysera Jerzego Gabryelskiego, byłego asystenta Jeana Renoira i René Claira. Gabryelski kręcił tuż po wojnie filmy o obronie Warszawy i Powstaniu Warszawskim. W 1946 r. został zadenuncjowany przez Forda i aresztowany przez NKWD, spędził trzy miesiące w więzieniu jako "czarny reakcjonista" i "antysemita" (wg J. Skwara: "Dramat Jerzego Gabryelskiego", "Słowo Narodowe", 1990, styczeń, nr 1).
Leopold Tyrmand tak scharakteryzował w swym "Dzienniku 1953" metody postępowania Forda: "Ford spełnia każde nakazy kursu czy etapu, a jego jedynym celem są nagrody, wyjazdy do Cannes, dobra materialne, własne możnowładztwo w Łodzi, polsko-komunistycznym Hollywoodzie na jego miarę. Ford ma metodę: potrafi tak skumulować fałsz, że nic się odkłamać nie daje, trzeba umieć przekreślić całość, a to dla prostego człowieka nie takie proste, bowiem Ford tu i ówdzie wsadzi jakiś ozdobnik, jakieś wesele, jakiś korowód pełen filmowej dynamiki, i szary człowiek macha ręką na cuchnące kłamstwo, zadowolony, że coś miga, coś się kręci".
Pod kierownictwem Forda konsekwentnie pomniejszano znaczenie polskiego czynu zbrojnego w czasie wojny, oczerniając Polskę i Polaków. Maria Dąbrowska pod datą 13 kwietnia 1948 r. odnotowała w swych "Dziennikach" uwagi o fałszerstwach filmu "Ostatni etap", zrealizowanego przez jedną z najbardziej skompromitowanych postaci kinematografii okresu stalinizmu (autorkę osławionego "Żołnierza Zwycięstwa") Wandę Jakubowską: "Wszystko, co w obozie [w Oświęcimiu - J.R.N.] jest sympatyczne to Rosjanki i Żydówki - oczywiście komunistki. Wszystko, co w obozie zdeprawowane i łajdackie, to Polki (...). Polka - szalbierka aptekarzowa udająca lekarkę, idiotka i nikczemnica kradnąca chorym lekarstwa (...). Patrząc na ten skłamany film i na tę łajdacką 'polską doktorkę', myślałam ze łzami o Garlickiej, jak sama już śmiertelnie chora, jeszcze czołgała się do chorych, aby ich ratować. Takie były polskie doktorki w Oświęcimiu" (Dzienniki 1945-1950, Warszawa 1988).
W styczniu 1949 r. Dąbrowska opisywała swe wrażenia z mówiącego o tragedii Żydów z getta warszawskiego filmu "Ulica graniczna" w reżyserii Forda, obejrzanego na wewnętrznym przedpremierowym pokazie: "Film ten podobno dostał w Wenecji nagrodę, ale boją się go puścić w Polsce, gdyż strona polska została pokazana tak, że już parę razy to przerabiają, jeszcze boją się puścić. Po mnie, jak po papierku lakmusowym, chcą poznać jak zareaguje społeczeństwo". Pisarka oglądała ten film w wąskim gronie (Ford, Jerzy Toeplitz, żona ministra bezpieczeństwa Ruta Radkiewicz, Zofia Hofmanowa). O swoich odczuciach pisała: "Cała tragedia żydowska pokazana jest świetnie i robi wstrząsające wrażenie, bo robiąc ją żydowscy marksiści zapomnieli o marksizmie i robili to ze zwyczajnie ludzką miłością. Cała strona polska jest rażąco wypaczona, gdyż robiona jest z niechęcią, zaledwie powściąganą. (...) ten film, zwłaszcza jako przedsięwzięcie państwowe, jest skandalem, stanowi zamaskowaną propagandę antypolską (...). Uważam niektóre szczegóły tego filmu za wielki skandal moralny i polityczny. Przez te szczegóły jest to film antypolski, a jest wypadkiem chyba bez precedensu, żeby instytucja państwowa szerzyła propagandę przeciwko narodowi, którym dane państwo rządzi. Ten film ukazuje najoczywiściej, że jesteśmy rządzeni nie tylko przez obcych, ale przez zdecydowanych wrogów narodu polskiego" (Dzienniki powojenne 1945-1949, Warszawa 1996).
W 1954 r. Ford wyreżyserował jeden z najbardziej zakłamanych polskich filmów okresu stalinowskiego - "Piątka z ulicy Barskiej", sugerujący, że "reakcyjne" podziemie polityczne jest głównym inspiratorem przestępczości.
Ford udał się na emigrację po marcu 1968 r.
Waldemar Łysiak przypomniał w szkicu: "Blaski i nędze 'intelektualistów' ("Najwyższy Czas" 1 października 1994), iż większość "intelektualistów" lat 50. "pracowała piórem i mikrofonem, przekonując społeczeństwo, że Stalin to największy geniusz i dobroczyńca w dziejach ludzkości, że AK była filią Gestapo, że kablowanie do UB na rodzinę i sąsiadów to cnota obywatelska, że komunizm to raj ziemski, a socjalizm to szczyt estetyki, itd.".
Zbigniew Herbert tak wyjaśniał w rozmowie z Jackiem Trznadlem motywy działania stalinizujących intelektualistów: "System ten zakładali ludzie, można ich wymienić po nazwiskach. Na początku była mała grupka agentów, którzy uczepili się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na cześć 'nowego' symfonie patetyczną... To było małe, głupie, nędzne, zakłamane. (...) Artystów podniecała nowa władza, że taka prosta, przystępna i swojska. Zaproszenie do Belwederu, nagrody, rozmowa z Bierutem. Surowy pan, ale sprawiedliwy, podziemie wytłukł, ale nas kocha. (...) Oczywiście, to targowisko próżności jest wpisane w atmosferę Warszawki, której nie lubię. To znaczy towarzyskie kontakty, stoliczek w PIW-ie, stoliczek w Czytelniku, duże nakłady i podpisywanie książek, kwiatek w celofanie, wieczór autorski, pięć tysięcy ospałych, zmęczonych robotników przychodzi i bije brawo towarzyszowi pisarzowi. Pycha rosła. Nigdzie w świecie realnego kapitalizmu nie powodziło się pisarzowi tak dobrze (...) Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligencji, elity, czegoś co było w tej sferze odpowiednikiem obecnej nomenklatury. Co oferowała ta władza? Boską rangę, role demiurga. (...) Więc uczuli nagle, jak ster historii jest także w ich rękach, i że opłaca się nawet w jakimś sensie okłamywać ten zbełkotany naród, na który patrzyli z pogardą, na tę masę" (cyt. za: J. Trznadel, Hańba domowa, Lublin 1993, s. 182-183). Prof.dr Jerzy Robert Nowak, Nasz Dziennik 2006.09.09.
 
Nowe falsze Grossa (17) - Gdy awansowaly miernoty!
 
We wczesniejszych artykulach cyklu przedstawilem rozliczne fakty ilustrujace bardzo duze wplywy zydowskich komunistow na przerozne sfery zycia publicznego w Polsce po 1944 roku. Fakty te jakze wymownie przecza klamstwom Grossa, skrajnie pomniejszajacym role zydowskich komunistow w Polsce, wrecz probujacym wmowic amerykanskim czytelnikom, ze Zydzi w Polsce byli wowczas dyskryminowani ("Fear", s. 222, 237, 238 i in.). W rzeczywistosci po 1944 r. Zydzi w Polsce stanowili srodowiska szczegolnie uprzywilejowane z gory, niejako a priori cieszace sie zaufaniem komunistycznych wladz i je popierajace. O prawdziwym dyskryminowaniu mogly mowic natomiast ogromne rzesze Polakow, ktore dzieki usadowieniu sie wojsk sowieckich w Polsce stracily wszelkie szanse na tak oczekiwana niepodleglosc i suwerennosc.
Jakze falszywie brzmia w tym kontekscie gloszone przez Grossa do amerykanskich czytelnikow zapewnienia o rzekomym "wyzwoleniu Polski przez Armie Czerwona", o tym, ze po 1944 r. Polska byla krajem "niepodleglym" (independent Poland, s. 82). Atmosfere tego "wyzwalania" przez Sowietow przypomina ogromny zbior wstrzasajacych relacji o sowieckich pacyfikacjach, mordach i wywozkach Polakow zawarty w V tomie znakomitego dokumentalnego wydawnictwa "Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945". Zacytuje tylko jeden meldunek z tego tomu (s. 329) - z Sarn, 13 marca 1945 r.: "Krwawa okupacja sowiecka bestialstwem przewyzszyla niemiecka. Aresztowania w kazdej wsi, mordy, gwalcenie dziewczat, grabiez. Aresztowanych dziesiatki tysiecy; wywoza w nieznanym kierunku na amerykanskich samochodach lub torturuja nagich w lochach z woda. Za posiadanie badz sluchanie radia prywatnie - kula w leb. Wolno sluchac urzedowe 'szczekaczki', zwane obecnie 'uzlami swiazi' (...)".
Szczegolnie spektakularnym klamstwem Grossa jest twierdzenie ("Fear", s. 246), ze "w wiekszosci ludzie pogodzili sie z nowymi wladzami, dalej urzadzali swe zycie tak dobrze jak tylko mogli i nie zywili w sobie palacej nienawisci do komunizmu, gotowej do eksplodowania przy nadarzajacej sie sposobnosci".
Moze przypomne, jak wygladalo to rzekome "pogodzenie sie z nowymi wladzami" w przypadku okrutnie spacyfikowanej przez KBW i Armie Czerwona w nocy 23 maja 1945 r. wioski Czysta Debina (woj. zamojskie). Uratowana z rzezi Zofia Strzepa opisywala: "Tak witalismy wolnosc. Dokonano podpalenia wsi ze wszystkich stron. Do zaskoczonych i uciekajacych mieszkancow zaciekle strzelano. (...) Zraniono tez moja siostre stryjeczna, ktora z rocznym dzieckiem uciekala przez pola. Ja rowniez, trzymajac za reke osmioletniego synka, bieglam polami. Na szczescie kule nie dosiegly nas. (...) Popalone krowy i konie lezaly nogami do gory, widok straszny i pelen grozy" (cyt. za: Ojczyzne wolna racz zwrocic, Warszawa 1998, s. 39-40).
Klamstwa Grossa o rzekomym pogodzeniu sie wiekszosci Polakow z rezimem sa szczegolnie oburzajace w odniesieniu do Narodu, ktorego przewazajaca czesc byla nastawiona zdecydowanie antykomunistycznie i antysowiecko. Najlepiej dowiodly tego prawdziwe wyniki referendum z 1946 r. i wyborow z 1947 r., sfalszowanych przez wladze. Tak Gross falszuje historie Narodu, ktory zniewalano i sowietyzowano najbrutalniejszym terrorem, aresztujac i mordujac tysiace ludzi. Dosc przypomniec formy rozprawy owczesnego rezimu z kilkusettysieczna rzesza bylych czlonkow oddzialow AK, NSZ czy BCh, formy przesladowania najpotezniejszej partii demokratycznej - PSL-u, zamordowanie wielu jej dzialaczy. Doszla do tego bezwzgledna rozprawa ze srodowiskami zdziesiatkowanych przez niemieckie i sowieckie wladze dawnych polskich warstw posiadajacych: ziemianstwa, kupiectwa, wlascicieli fabryk. Przeprowadzona pod kierownictwem jednego z czolowych zydowskich komunistow - Hilarego Minca - tzw. bitwa o handel zniszczyla trzon polskiej prywatnej inicjatywy w handlu, przemysle i rzemiosle. Do tego doszla pozniej walka z tzw. kulactwem, niszczaca nie tylko zamoznych chlopow, ale wszystkie bardziej prezne i przedsiebiorcze elementy na polskiej wsi. O tym wszystkim Gross nie pisze nawet jednym zdaniem, choc tyle miejsca poswieca na przedstawienie "zalosnego losu" Zydow "ograbionych przez Polakow".

Numerus nullus dla polskich patriotow
Szczegolnie wielkie ciosy zadal system komunistycznej wladzy srodowiskom tradycyjnej polskiej inteligencji patriotycznej, i tak ogromnie mocno zdziesiatkowanej przez obu okupantow. Ciagle zbyt rzadko wspomina sie o katastrofalnych skutkach polityki wladz komunistycznych, stosujacych skrajne praktyki dyskryminacyjne przy przyjmowaniu na studia, do pracy na uczelniach, w instytucjach naukowych i kulturalnych. Czestokroc miala tu zastosowanie zasada numerus nullus, calkowicie uniemozliwiajaca dostep na studia dzieciom ze srodowisk dawnych warstw posiadajacych, z kregow urzednikow czy oficerow II RP czy z rodzin czlonkow takich formacji niepodleglosciowych, jak AK, a wiec tych szczegolnie mocno zasluzonych w walce o prawdziwa Polske. Tylko stopniowo lagodzono te restrykcje, dopuszczajac do zastepowania zasady numerus nullus przez zasade numerus clausus, selektywnie ograniczajaca dzieciom ze wspomnianych wyzej srodowisk dostep na studia, zwlaszcza te, ktore uznawano za szczegolnie wazne pod wzgledem polityczno-ideowym, np. prawo. "Zle pochodzenie spoleczne" czestokroc stawalo sie jednak przeszkoda w przyjmowaniu nawet na najbardziej neutralne politycznie wydzialy. Historyk Marek J. Chodakiewicz podawal np. na dowod tego typu praktyk fakt, ze Teresa Strzembosz, "corka sanacyjnego urzednika", pieciokrotnie zdawala egzamin na medycyne i pieciokrotnie odmowiono jej przyjecia ze wzgledu na pochodzenie (por. M.J Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 404). Przy tak szerokiej dyskryminacji osob wywodzacych sie ze srodowisk pietnowanych jako "reakcyjne" tym mocniej uprzywilejowywano specjalnymi punktami za pochodzenie dzieci wywodzace sie z "postepowych" klas spolecznych czy dzieci ludzi z aparatu wladzy. Wysuwano juz czasem postulat zbadania, jak wielkie rozmiary przyjelo to zablokowanie szans na ukonczenie studiow ludziom z dawnych tzw. warstw posiadajacych (bylych ziemian etc.) czy srodowisk niepodleglosciowych, ale nigdy go nie zrealizowano. Mysle, ze powinno to byc jednym z pilniejszych postulatow badawczych dla IPN. Podobnie jak pokazanie calej skali rozmiarow przesladowan nonkonformistycznych osob w srodowiskach naukowych i kulturalnych, tych, ktorzy swiadomie wybierali emigracje wewnetrzna i przymieranie glodem, tak jak Zbigniew Herbert. Czas, aby pokazac szerzej i te postawy na tle historii upodlonych pseudoautorytetow.

Czystki w nauce i kulturze
Jest niezbedne, aby w pelni zrozumiec niebywale rozmiary opisanej przeze mnie wczesniej "rewolucji kadrowej", szczegolnie promujacej w nauce i kulturze osoby z komunistycznych srodowisk zydowskich. Otoz trzeba ciagle pamietac o rownoczesnej, wciaz konsekwentnie prowadzonej czystce godzacej w polskie srodowiska patriotyczne na uczelniach. W tym samym czasie, gdy brylowali na nich blyskawicznie awansowani zydowscy marksisci, czasami skrajne miernoty, inni padali ofiarami brutalnej dyskryminacji. Z wyzszych uczelni bezwzglednie usuwano wielu doswiadczonych starych profesorow, nierzadko ludzi z ogromnym dorobkiem naukowym. Towarzyszylo temu haslo wyparcia z uniwersytetow "kulakow nauki". Przypomnijmy, ze wsrod usunietych z wyzszych uczelni znalezli sie m.in.: estetyk, filozof i historyk filozofii prof. Wladyslaw Tatarkiewicz, wychowawca kilku pokolen polskich filozofow, w latach 1933-1945 przewodniczacy Zarzadu Glownego Towarzystwa Szkol Wyzszych i Srednich, autor ogromnie cenionych "Historii filozofii" (1931) i "Historii estetyki" (1960); jeden z najslynniejszych logikow polskich prof. Kazimierz Ajdukiewicz, tworca semantycznej teorii jezyka, redaktor naczelny czasopisma "Studia Logica"; historyk prof. Wladyslaw Konopczynski, inicjator i wieloletni redaktor Polskiego Slownika Biograficznego, autor "Dziejow Polski nowozytnej" (1936) i "Konfederacji Barskiej" (1936-1938); prof. Edward Taylor, wspolzalozyciel Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (1922), wychowawca kilku pokolen polskich ekonomistow, autor "Historii rozwoju ekonomiki" (1957-1958); jeden z najslynniejszych antropologow polskich prof. Jan Czekanowski, tworca lwowskiej szkoly antropologicznej; filozof i estetyk prof. Roman Ingarden, tworca teorii literatury, autor glosnego dziela "Spor o istnienie swiata" (1947-1948); archeolog prof. Jozef Kostrzewski, prezes Polskiego Towarzystwa Prehistorycznego, pozniej (od 1955 r.) prezes Polskiego Towarzystwa Archeologicznego; autor ponad 700 prac naukowych, wychowawca kilku pokolen archeologow polskich; filozof i historyk filozofii prof. Henryk Elzenberg, autor glosnej ksiazki "Wartosc i czlowiek"; historyk prof. Ludwik Kolankowski, prezes Polskiego Towarzystwa Historycznego (1937-1947); etnolog i socjolog prof. Jan Bystron, autor "Dziejow obyczajow w dawnej Polsce" (1932); historyk i teoretyk literatury polskiej prof. Konrad Gorski. Wybitnego historyka literatury pochodzenia zydowskiego prof. Juliusza Kleinera pozbawiono prawa nauczania za otwarty sprzeciw wobec "postepowej" metodologii.
Gwaltowne ataki ze strony marksistowskich "naukowcow" uderzyly w slynnego mickiewiczologa i swietnego znawce poezji polskiej XVIII w. prof. Waclawa Borowego. W 1950 r. prof. Borowy zostal obelzywie zaatakowany na Uniwersytecie Warszawskim przez grupe ZMP-owcow. Dziesiec dni pozniej zmarl na atak serca. Administracyjne represje wladz komunistycznych uderzyly rowniez w jednego z najwybitniejszych ekonomistow polskich prof. Adama Krzyzanowskiego.
Jego krytyczny stosunek do postepujacej stalinizacji kraju i odwaga, z jaka wyrazal swoje poglady, sprawily, ze decyzja ministra zostal - wbrew stanowisku Rady Wydzialu i Senatu UJ - przeniesiony 31 grudnia 1948 r. na emeryture. Profesor Krzyzanowski, autor m.in. glosnych dziel: "Wiek XX" (1947) i "Chrzescijanska moralnosc polityczna" (1948), dziekan Wydzialu Prawa UJ, byl zarazem jednym ze wspoltworcow Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (w 1957 r. zostal wybrany na jego prezesa) oraz doktorem honoris causa UJ.
Najwazniejsza cecha represji wobec naukowcow byl fakt, ze uderzaly w prawdziwa elite polskiej profesury, ludzi najwybitniejszych pod wzgledem dorobku naukowego, a zarazem stanowiacych prawdziwe autorytety moralne.
Niektorych naukowcow dotknely jeszcze wieksze represje. W komunistycznym wiezieniu zostal osadzony m.in. pedagog Ludwik Jaxa Bykowski, jeden z pionierow pedagogiki eksperymentalnej, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, w czasie wojny organizator i rektor Tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich. Aresztowano go pod zarzutem przynaleznosci do nielegalnego Stronnictwa Narodowego. Schorowanego 67-letniego naukowca sad skazal na 6 lat wiezienia. Po kilku miesiacach zwolniono go na podstawie przepisow o amnestii. Przejscia wiezienne tak bardzo odbily sie jednak na jego zdrowiu, ze wkrotce po uwolnieniu zmarl w szpitalu. W kazamatach Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego kryje sie tajemnica smierci swiatowej slawy dermatologa prof. Mariana Grzybowskiego. Aresztowany 26 listopada 1949 r., byl wieziony w areszcie przy ul. Koszykowej w Warszawie. Wedlug oficjalnej wersji, popelnil samobojstwo po 16 dniach przebywania w areszcie. Wedlug innych, duzo bardziej prawdopodobnych relacji, zginal w wiezieniu. Zatrudniony w owym czasie jako fotograf Moczulski twierdzi, powolujac sie na swoich znajomych z UB, ze prof. Grzybowskiego zbyt mocno uderzono w "zapale" sledczym. Zdaniem brata prof. Grzybowskiego - inz. Jana Grzybowskiego: "Profesor M. Grzybowski aresztowany byl na podstawie miedzy innymi doniesien dr S. Jablonskiej (...), ktora bedac asystentka mego brata, pracowala jednoczesnie dla Bezpieki. (...) Niedlugo potem dr S. Jablonska mianowana zostala na katedre, ktora tak dlugo i chlubnie zajmowal prof. Grzybowski" (por. tekst. J. Grzybowskiego w paryskiej "Kulturze" nr 4/234 z 1967 r.). Oskarzenia o zadenuncjowanie prof. Grzybowskiego do bezpieki byly podnoszone m.in. przez prof. Zbigniewa A. Zawadzkiego, Leszka Zebrowskiego i historyka Marka J. Chodakiewicza. Sama Jablonska gwaltowie zaprzeczala zarzutom (na lamach "Tygodnika Powszechnego"). Warto dodac, ze Stefanie Jablonska (a poprzednio Szeli Ginsburg, nazwiska Jablonska zaczela uzywac od 1947 r.) oskarzano rowniez o przejecie po smierci prof. Grzybowskiego jego podrecznika dermatologii i opublikowanie go pod wlasnym nazwiskiem.
Wsrod represjonowanych naukowcow jednym z najsurowiej potraktowanych byl biolog prof. Eugeniusz Ralski. Poczatkowo skazano go na kare smierci (we wrzesniu 1947 r.). Ostatecznie jednak wyrok ten zamieniono na kare dozywotniego wiezienia. Ralskiemu udalo sie wyjsc na wolnosc - po prawie 9 latach wiezienia - w czerwcu 1956 roku. Gorszy los spotkal znakomitego angliste, historyka literatury i tlumacza literatury angielskiej, w tym wszystkich dziel Szekspira - prof. Wladyslawa Tarnawskiego. W 1951 r. zostal on zakatowany w wiezieniu (aresztowano go pod zarzutem zwiazkow z podziemiem Stronnictwa Narodowego). W grudniu 1946 r. aresztowano profesora historii spoleczno-gospodarczej na Uniwersytecie Poznanskim Stefana Inglota, pozniejszego wspolautora "Historii chlopow polskich" (1970). Represje dotknely go jako kierownika wydzialu prasy i wydawnictw Polskiego Stronnictwa Ludowego w Poznaniu i redaktora miesiecznika "Wies i Panstwo". Kilka lat spedzil w wiezieniu znany historyk sztuki, profesor Akademii Sztuk Pieknych i Uniwersytetu Warszawskiego Michal Walicki, wspolautor wydanych pozniej w 1971 r. "Dziejow sztuki polskiej". Profesora Walickiego aresztowano za wojenna dzialalnosc w strukturach Polskiego Panstwa Podziemnego.
Czystki uderzaly w reprezentujacych nonkonformistyczne poglady wybitnych polskich uczonych, nie oszczedzajac przy tym rowniez broniacych tradycyjnych wartosci profesorow zydowskiego pochodzenia typu J. Kleinera. Niestety, takie plynace pod prad postacie wsrod intelektualistow pochodzenia zydowskiego nie byly zbyt liczne (zamierzam o nich osobno napisac w podrozdziale "Sprawiedliwi posrod Zydow"). Na miejsce usuwanych lub represjonowanych nonkonformistycznych naukowcow wchodzily cale watahy zydowskich komunistycznych "oczyszczaczy nauki" z "pozostalosci burzuazyjnych". Przewodzili im m.in. tacy specjalisci od stalinizacji nauki, jak Adam Schaff, Wlodzimierz Brus, Zygmunt Bauman, Marek Fritzhand, Bronislaw Baczko, Zanna Kormanowa, Maria Turlejska, slawetna donosicielka do bezpieki (pseudonim "Ksenia"), Tadeusz Daniszewski (pierwotnie David Kirszbraun), "krwawa Melania" Kierczynska (Cukier), Zofia Lissa.
Przedstawiony przeze mnie wczesniej obraz stalinizacji polskiej literatury byc moze zasmucil wielu Czytelnikow rozmiarami unurzania w stalinizmie niektorych osob slawionych jako domniemane autorytety. Tym bardziej wiec warto przypomniec pewna prawidlowosc z czasow, gdy windowano, czestokroc skrajnie ponad miare, niektorych komunizujacych tworcow pochodzenia zydowskiego, od Brandysa, Jastruna i Stryjkowskiego po Wazyka i Kotta. Otoz w tym samym czasie niezwykle bezwzglednie uderzano represjami w licznych nonkonformistycznych polskich tworcow katolickich i patriotycznych. Tego tez nie dowiemy sie od Grossa, choc w swej ksiazce o Polsce po 1944 r. nie omieszkal poswiecic paru stron na opisy przesladowan ludzi z zydowskich srodowisk kulturalnych w ZSRS (por. "Fear", s. 204-205).
Przypomnijmy tu, ze znaczna czesc polskich tworcow oparla sie stalinizacji, ponoszac nieraz ciezkie konsekwencje. Na przyklad katolicki poeta i filozof Jerzy Braun, wspolredaktor zlikwidowanego w 1948 r. "Tygodnika Warszawskiego", byl 9 lat wieziony z powodu sfabrykowanych oskarzen, a w trakcie sledztwa stracil oko. Oskarzano go m.in. o rzekomy "polski nacjonalizm". Wojciech Bak, jeden z najwybitniejszych poetow katolickich, laureat nagrody "Wiadomosci Literackich" (1934), odznaczony Srebrnym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury (1938), laureat nagrody Episkopatu Polski za tworczosc poetycka (1949), poddawany byl dlugotrwalym represjom. W 1946 r. pozbawiono go kierownictwa redakcji poznanskiego "Zycia Literackiego". Pozniej zabrano mu wydawnictwo, wreszcie usunieto z mieszkania. Po probie opozycyjnego wystapienia na Zjezdzie Literatow zostal zatrzymany, a potem zamkniety w zakladzie psychiatrycznym. W koncu popelnil samobojstwo. Siedem lat przebywal w wiezieniu zwiazany z kregiem "Tygodnika Warszawskiego" poeta Andrzej Madej. Dwukrotnie wieziony przez UB (1945-1947 i 1949-1951) byl Leszek Prorok, byly zolnierz AK, prozaik, eseista i dramaturg. Przez dziewiec lat wieziony byl przez komunistow (1947-1956) Janusz Krasinski, jeden z najwybitniejszych polskich powiesciopisarzy, dzis prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, byly zolnierz AK i wiezien obozow koncentracyjnych. W wiezieniach stalinowskich przebywali rowniez m.in.: prozaik i krytyk literacki Tadeusz Kudlinski, byla wicedyrektor Polskiego Radia (do wrzesnia 1939 r.) Halina Sosnowska, poetka Irena Tomalakowa. Wsrod uwiezionych przez UB znalazl sie rowniez Pawel Jasienica, pozniej slynny eseista historyczny. Przejsciowo grozila mu nawet kara smierci.
Bohdan Urbankowski przypomnial w "Czerwonej mszy", ze "Emigracje wewnetrzna dobrowolnie wybierali - w roznych okresach - Illakowiczowna i Morstin, Truchanowski i Parandowski, takze Staff, czesto uciekajacy w chorobe. (...) Jak prawdziwy arystokrata zachowal sie Jerzy Szaniawski. Nasz najlepszy dramaturg nie poszedl na kolaboracje". Prawdziwym symbolem nonkonformizmu w dobie stalinowskiej byl wegetujacy w glodowych warunkach Zbigniew Herbert. Wegetacje na marginesie zycia wybral pisarz Stanislaw Rembek. Warto pamietac, ze bardzo liczni Polscy tworcy pozostali na emigracji. By przypomniec chocby takie nazwiska, jak Jan Lechon, Kazimierz Wierzynski, Jozef Lobodowski, Jozef Mackiewicz, Stanislaw Cat-Mackiewicz, Witold Gombrowicz, Melchior Wankowicz, Zofia Kossak-Szczucka, Jozef Czapski, Zygmunt Nowakowski, Teodor Parnicki, Ferdynand Goetel, Gustaw Herling-Grudzinski. Zerwal z komunizmem po kilku latach kolaboracji Czeslaw Milosz. Warto tu szczegolnie podkreslic, ze na emigracji pozostalo kilku wybitnych tworcow pochodzenia zydowskiego na czele z mistrzem kabaretu politycznego Marianem Hemarem i swietnym redaktorem naczelnym "Wiadomosci Literackich", a pozniej londynskich "Wiadomosci" Mieczyslawem Grydzewskim. W latach 60. emigrowal na Zachod niewatpliwie najwybitniejszy z tworcow pochodzenia zydowskiego, ktorych rozkwit tworczy nastapil po wojnie - Leopold Tyrmand. Zdobyl szczegolne zaslugi jako demaskator komunizmu i prosowieckiej lewicy.
Gross oczywiscie calkowicie milczy o fali dyskryminacji i represji, jaka uderzyla w stalinowskiej Polsce w wielu wybitnych polskich patriotycznych naukowcow i tworcow. Wyslawia (na s. 171) jako rzekomy "wielki polityczno-literacki tygodnik ery powojennej" marksistowska "Kuznice" nazwana przez pisarke M. Dabrowska "plugawa" ze wzgledu na wyjatkowa brutalnosc jej atakow na wszystko, co polskie i patriotyczne. Rownoczesnie Gross calkowicie milczy na temat bezwzglednych represji, jakimi likwidowano katolickie reduty polskosci typu "Tygodnik Warszawski". Czlonkow redakcji uwieziono, a jej redaktor naczelny ks. Zygmunt Kaczynski zmarl po 5 latach przebywania w wiezieniu mokotowskim.

Blyskawiczne kariery
Zablokowanie jakichkolwiek drog awansu setkom tysiecy ludzi wywodzacych sie z tradycyjnych warstw posiadajacych w Polsce, z roznych srodowisk patriotycznych i katolickich, szlo w parze ze stworzeniem ogromnej szansy blyskawicznych karier dla stawiajacych na komunizm ludzi ze srodowisk zydowskich. Dosc typowa pod tym wzgledem byla iscie napoleonska kariera w wojsku zrobiona przez Jakuba Prawina (wuja Daniela Passenta). Prawin w ciagu zaledwie 5 lat, od 1941 r. do 1946 r., awansowal z szeregowca do stopnia generala brygady! W 1941 r. byl jeszcze szeregowym zolnierzem-ochotnikiem, w 1943 r. - majorem, w lipcu 1944 r. - podpulkownikiem, a w 1946 r. - generalem brygady i szefem Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie.
Czestokroc wspomniane blyskawiczne kariery wiazaly sie z wedrowaniem po kolejnych wysokich stanowiskach w przeroznych odmiennych od siebie dziedzinach. Szczegolnie znamienne byly wzajemne przeplywy miedzy sluzba w wojsku czy bezpiece a propaganda, cenzura czy tworzeniem od podstaw "nowej" marksistowskiej nauki. Wspominalem juz jakze charakterystyczny przyklad Wlodzimierza Brusa, ktory w wieku dwudziestu paru lat jako oficer polityczny zostal majorem WP, a po oddelegowaniu na uczelnie w wieku zaledwie 28 lat (w 1949 r.) blyskawicznie zostal profesorem Szkoly Glownej Planowania i Statystyki. Bez jakiegokolwiek dorobku naukowego! Podobnie blyskawiczna kariere naukowa zrobil Zygmunt Bauman, w czasie wojny inspektor milicji w Moskwie, pozniej w Polsce oficer "wojska ubeckiego", jak nazywano Korpus Bezpieczenstwa Wewnetrznego. Doszedl tam do rangi majora. Zwolniony z KBW w 1953 r., przeszedl do nauki. Zrobil kariere jako profesor socjologii. Inny politruk (tzw. oficer pol-wychu) - podpulkownik Bronislaw Baczko - zostal oddelegowany na Wydzial Filozofii. Na tym wydziale jako profesor ponosi lwia czesc odpowiedzialnosci za stalinizacje prac nad polska filozofia i mysla spoleczna doby powstan (wg A. Walickiego, Umysl zniewolony po latach). Przyspieszona kariere naukowa zrobil rowniez inny politruk - Marek Fritzhand, przed wojna skromny nauczyciel w szkole podstawowej w ukrainskiej wiosce. Opuscil wojsko w 1948 r. w stopniu podpulkownika i uzyskal prace w katedrze glownego tropiciela "bledow ideologicznych" w nauce, Adama Schaffa. W 1954 r., a wiec zaledwie szesc lat po odejsciu z wojska i przejsciu do pracy naukowej, Fritzhand zostal mianowany profesorem nadzwyczajnym. Blyskawiczna kariere zrobil Adam Bromberg, byly oficer polityczny w marynarce wojennej. Skierowano go na stanowisko szefa Panstwowego Wydawnictwa Naukowego, ktorego ster dzierzyl przez wiele lat.
Czestokroc nowo kreowanymi naukowcami stawali sie pracownicy ministerstwa bezpieczenstwa i poszczegolnych urzedow bezpieczenstwa. Na przyklad podpulkownik bezpieki Wiktor Herer, przez kilka lat naczelnik w Departamencie V Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego, "pod skrzydlami" oslawionej Julii Brystygierowej, zrobil pozniej kariere profesorska w ekonomii, dochodzac do stopnia wicedyrektora Instytutu Planowania przy Radzie Ministrow. Kazimierz Laski (Cygier), w latach 1945-1950 major w Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego, od 1950 r. w Wyzszej Szkole Nauk Spolecznych przy KC PZPR, a pozniej w Szkole Glownej Planowania i Statystyki, zrobil kariere profesorska, dochodzac nawet do stanowiska prodziekana. Matka Ludwiki Wujec - Regina Okrent, z zawodu krawcowa, w latach 1946-1949 pracownik Urzedu Bezpieczenstwa w Lodzi, zostala pozniej dyrektorem Biura Kadr w Radiokomitecie (z wyksztalceniem podstawowym!). Przypomnijmy tu, ze Gross uskarzal sie ("Fear", s. 222), jakoby w przypadku Zydow "Ich etniczne pochodzenie bylo kolosalnym obciazeniem i przeszkoda dla ich karier, z kazdego punktu widzenia".
"Owocna" wymiana kadr trwala rowniez miedzy bezpieka a aparatem partyjnym i propaganda. Wezmy chocby przyklad pulkownika Juliusza Burgina. Od czerwca 1945 r. do czerwca 1947 r. byl on naczelnikiem Wydzialu II Samodzielnego w Ministerstwie Bezpieczenstwa Publicznego (MBP), potem przez rok redaktorem naczelnym organu KC PPR "Glos Ludu", aby od 15 lipca 1948 r. wrocic do bezpieki jako dyrektor gabinetu ministra bezpieczenstwa publicznego.
Inny ciekawy przyklad przeplywu kadr z bezpieki stanowi kariera Jozefa (Szai) Krakowskiego. Ten absolwent osrodka NKWD w Kujbyszewie od stycznia 1945 r. byl zastepca szefa Wojewodzkiego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego (WUBP) w Lodzi, potem zastepca szefa WUBP w Gdansku, wreszcie od listopada 1945 r. do listopada 1948 r. zastepca szefa WUBP w Warszawie. Zostal zdemobilizowany w 1948 r. w stopniu pulkownika (prawdziwie blyskawiczny awans na pulkownika w ciagu pieciu lat, od 1943 do 1948 r.). W 1949 r. zostal dyrektorem naczelnym Polskiego Biura Podrozy Orbis. Pracowal na tym stanowisku ponad 7 lat, do 1 stycznia 1957 roku. Nastepnie zostalo odkryte jego wielkie "zamilowanie do filmu" - zostal szefem produkcji filmowego zespolu "Kamera" w przedsiebiorstwie Film Polski. Nie przeszkadzala mu w tym szefowaniu nawet decyzja Zespolu Orzekajacego CKKP PZPR z 9 lutego 1959 r., karzaca go nagana z ostrzezeniem m.in. za wykorzystywanie stanowiska sluzbowego w celu osiagniecia "osobistych korzysci, kumoterska polityke kadrowa i brak nadzoru nad gospodarka podleglych mu przedsiebiorstw" (wg opracowanego przez J. Fronczaka hasla biograficznego w Slowniku biograficznym dzialaczy polskiego ruchu robotniczego, Warszawa 1992, t. III, s. 412). Krakowski stracil intratna prace w filmie dopiero w 1968 r., po 11 latach od jej rozpoczecia, bez posiadania jakichkolwiek kwalifikacji ku temu.
Warto dodac, ze syn plk. J. Krakowskiego - Andrzej Krakowski, student "filmowki" w Lodzi, wyemigrowal w 1968 r. do USA, gdzie zostal rezyserem i scenarzysta filmowym. Byl m.in. rezyserem antypolskiego filmu "Prominent" z Donaldem Sutherlandem w roli glownej.
Zaufani zydowscy towarzysze partyjni wedrowali z jednego kierowniczego stanowiska na drugie. Mozna by tu przytoczyc ogromna ilosc przykladow. Taki np. ideolog partyjny jak Roman Werfel byl dwukrotnie redaktorem naczelnym organu KC PPR "Glos Ludu" (od grudnia 1944 r. do wrzesnia 1945 r. i od wrzesnia 1946 r. do pazdziernika 1947 r.). Po pazdzierniku 1947 r. byl dyrektorem partyjnego wydawnictwa "Wiedza", po zjezdzie zjednoczeniowym w grudniu 1948 r. zostal dyrektorem wydawnictwa "Ksiazka i Wiedza" (do 31 grudnia 1951 r.), od 1 stycznia 1952 r. byl redaktorem naczelnym teoretycznego organu KC PZPR "Nowe Drogi" (do 1 marca 1954 r.), od kwietnia 1954 r. do maja 1956 r. byl redaktorem naczelnym organu KC PZPR "Trybuna Ludu", od lipca 1956 r. do 30 listopada 1958 r. byl znowu redaktorem naczelnym "Nowych Drog". Dodajmy, ze jego zona Edda Werfel byla w latach 1944-1948 zastepca redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej".
Zaufani dzialacze czestokroc przechodzili z jednej dziedziny do drugiej na kierownicze stanowiska bez odpowiedniego przygotowania zawodowego. Na przyklad Leonard Borkowicz, skadinad rzadki przyklad zydowskiego komunisty zyczliwie wspominanego w "Dziennikach" Marii Dabrowskiej, ze stanowiska wojewody szczecinskiego przeszedl na stanowisko ambasadora w Pradze czeskiej, a stad na stanowisko prezesa Centralnego Zarzadu Kinematografii, bardzo silnie zdominowanego przez zydowskich towarzyszy partyjnych. Inny zydowski komunista, Jerzy Panski, w latach 1946-1948 byl dyrektorem Polskiego Radia, w latach 1948-1950 - prezesem Spoldzielni Wydawniczej "Czytelnik", w latach 1951-1953 - dyrektorem Centralnego Zarzadu Teatrow, a od 1956 do 1962 - dyrektorem programowym TV. Swietny krytyk literacki i filmowy Krzysztof Metrak odnotowal w swym dzienniku dowcipny dialog z Panskim: "Ile macie Zydow w telewizji? - Jakies 25% - A reszta? - Zydowki" (K. Metrak, Dziennik 1969-1979, Warszawa 1997, s. 246).

Awanse miernot
Przytaczalem juz w "Naszym Dzienniku" opinie prof. Stefana Morawskiego, bylego dziekana Wydzialu Filozoficznego UW, odsunietego po marcu 1968 r., ze wiekszosc osob pochodzenia zydowskiego, wysunietych tuz po wojnie na wysokie stanowiska w Sluzbie Bezpieczenstwa i wojsku, na te stanowiska nie zaslugiwala, gdyz "(...) ludzie ci czestokroc nie mieli odpowiednich kwalifikacji, to byl za duzy kapelusz na owe glowy". Otoz tego typu nazbyt wysokie awanse, bez odpowiednich umiejetnosci, masowo wystepowaly w przeroznych dziedzinach. Jakze czesto prowadzily nawet do promowania skrajnych miernot, typu opisanego przez Andrzeja Wroblewskiego przypadku cenzora Laziebnika, wiceprezesa cenzury, "ktory po prostu nie umial po polsku" (A. Wroblewski, Byc zydem, Warszawa 1992, s. 156). Wroblewski wspominal w swej ksiazce o "malo trafnym" (dosc eufemistyczne okreslenie) awansie spolecznym wielu Zydow przybylych do Polski po pobycie w Rosji, ze "(...) awans odnosil sie do nizszych szczebli, do ludzi z nizin, bez wyksztalcenia i kwalifikacji. Wiec fryzjer ze Stryja zostal inspektorem Najwyzszej Izby Kontroli. Wlasciciel malego handlu metalami awansowal na naczelnika wydzialu w Ministerstwie Przemyslu. Nie wszyscy byli dawnymi czlonkami partii. Wystarczylo, ze przeszli przez Sowiety, ze poznawszy tamtejszy rygor, byli dyspozycyjni i podporzadkowani, bo wiedzieli, ze nieposluszenstwo grozi zepchnieciem w dol i calkowitym unicestwieniem. A co to znaczy, doskonale sobie uswiadamiali, napatrzyli sie niemalo 'liszencow' w czasie wojny w Rosji. To zaufanie jednak nie odnosilo sie do tubylcow" (tamze, s. 167).
Wroblewski, skadinad sam bedacy dziennikarzem pochodzenia zydowskiego, ubolewal nad dosc szczegolna negatywna selekcja kadr aktywistow PPR-u, piszac: "(...) rownoczesnie rzucalo sie w oczy, ze aktywistami ze strony PPR-u byli w wiekszosci Zydzi [podkr. J.R.N.], ktorym braklo czesto taktu, inteligencji, umiejetnosci przekonywania, liczenia sie z ludzka godnoscia, zwlaszcza w stosunku do zwyklego czlowieka, do robotnika, w imieniu ktorego wszak wystepowali. Wracajac pamiecia w owe czasy, mysle, ze o wiele bardziej rozjatrzalo ludzi to, ze stykali sie z brakiem kompetencji, z lekcewazeniem partnera, z demonstrowaniem swojej wyzszosci, ktora byla oparta tylko na nominacji partyjnej, na przekonaniu, ze partia to sila, ktora ma za nic prawdziwa sile, uosobiona w klasie robotniczej. Nienazwana jeszcze nomenklatura byla - moim zdaniem - jedna z przyczyn rodzenia sie problemu zydowskiego. (...) Jestem jednak przekonany, ze tak znaczne skupienie ludzi zydowskiego pochodzenia wokol osrodka wladzy bylo bledem - co powtarzam za Talleyrandem - gorsze jest niz zbrodnia" (tamze, s. 166, 168).
Podobne gromadne awanse ludzi pochodzenia zydowskiego, nierzadko skrajnych miernot, ale uznawanych przez Sowietow za duzo bardziej godnych zaufania od nie-Zydow, wystepowaly rowniez na Wegrzech, w Czechoslowacji czy Rumunii. Na Wegrzech zreszta w stopniu jeszcze gorszym niz w Polsce, prowadzac do niemal calkowitego wyeliminowania rodzimych wegierskich elit. Popularny dowcip wegierski glosil, ze "(...) jezeli fabryka zatrudni trzech Zydow, jeden zostaje zaraz dyrektorem, drugi ksiegowym, a trzeci sekretarzem komorki partyjnej" (cyt. za tekstem J.Z. Mullera w amerykanskim czasopismie "Commentary", przedrukowanym w zbiorze: Arabowie i Zydzi, red. I. Lasota, Warszawa 1990, s. 42).
 
Nowe falsze Grossa (18) - Inne sfery stalinizacji!
 
Akcentowalem juz jako jeden z najbardziej ordynarnych falszow Grossa jego probe maksymalnego pomniejszenia roli zydowskich komunistow w sowietyzacji Polski, dokonana w ponad 50-stronicowej czesci "Strachu" poswieconej "zydokomunie". Gross skupil sie tam wylacznie na manipulacyjnych dzialaniach dla klamliwego zbagatelizowania roli Zydow w MBP i UB. Warto przypomniec, ze kilka lat wczesniej w tekscie zamieszczonym w wydanej w 2000 r. w Princeton pracy zbiorowej "Politics of Retribution" (p. 73 do s. 125) Gross klamal w tej sprawie szczegolnie bezczelnie, piszac, ze liczba osob zydowskiego pochodzenia w aparacie represji w Polsce miescila sie w granicach "kilku tuzinow", co bylo "bez znaczenia" (w oryginale "trivial").
Przypomnialem juz Czytelnikom "Naszego Dziennika" nazwiska kilkudziesieciu Zydow z wladz Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego, wiceministrow i dyrektorow departamentow. Warto tu jednak dodac dane z wydanej przez M. Piotrowskiego ksiazki "Ludzie bezpieki" - przedruku tajnego informatora opracowanego w 1978 r. przez zespol oficerow Biura "C" - Ewidencji i Archiwum MSW. Znajdujemy tam m.in. - jak policzylem - nazwiska 105 naczelnikow wydzialow narodowosci zydowskiej w roznych departamentach MBP. Podaje tu tylko tych, ktorzy zadeklarowali narodowosc zydowska, bo niektorzy - jak Guttenbaum czy Schonborn - deklarowali narodowosc polska. W wykazie opracowanym przez Piotrowskiego nie znalazly sie tez liczne osoby narodowosci zydowskiej z wywiadu i kontrwywiadu, bardzo silnie opanowanych przez komunistow zydowskich. Dodajmy do tego jeszcze rozlicznych pracownikow Wojewodzkich i Powiatowych Urzedow Bezpieczenstwa narodowosci zydowskiej, by zobaczyc, jak bardzo zanizona byla liczba "kilku tuzinow Zydow", podana przez Grossa z typowa dlan "scisloscia". Przy okazji musze dodac jeszcze jedna uwage. Wyrazalem w jednym z odcinkow cyklu watpliwosci co do wiarygodnosci podanej przez Grossa uwagi o zydowskim pochodzeniu Adama Humera. Okazalo sie jednak teraz, ze Humera zaliczyl do grupy bezpieczniakow zydowskiego pochodzenia rowniez prof. IPN Jerzy Eisler w nowej ksiazce "Polski rok 1968" (Warszawa 2006, s. 99). No coz, Jerzy Eisler znany jest z eksponowania racji zydowskich w roznych spornych kwestiach z tematyki polsko-zydowskiej. Jesli wiec on, profesor IPN, twierdzi teraz, ze Humer byl Zydem, to na pewno ma dostateczne dowody na to.
Wspomnialem juz, ze Gross, swiadomie oszukujac amerykanskich czytelnikow, przemilczal jakze wielka role zydowskich komunistow w sowietyzacji innych dziedzin polskiego zycia. Opisalem juz, przynajmniej skrotowo, rozmiary stalinizacji kultury, nauki i mediow przez zydowskich komunistow, ich role w rezimowej propagandzie. Dzis chcialbym przypomniec role zydowskich komunistow w stalinizacji innych sfer polskiego zycia, poczawszy od gospodarki, po MSZ, wojsko czy wymiar sprawiedliwosci.

Stalinizacja gospodarki
Szczegolnie szkodliwe skutki dla Polski przyniosla polityka gospodarcza Hilarego Minca, jednej z trzech osob wywierajacych najwiekszy wplyw na rzady w Polsce doby stalinizmu (obok Bermana i Bieruta). Minc, dyktator gospodarczy, "wslawil sie" m.in. przeprowadzeniem tzw. bitwy o handel. "Bitwy", ktora w katastrofalny sposob zdruzgotala polski handel i prywatna inicjatywe. To Minc wywarl decydujacy wplyw na wprowadzenie we wrzesniu 1948 roku nowej, skrajnie sekciarskiej polityki rolnej, niszczacej szanse realnego rozwoju wsi. Maria Dabrowska zapisala w swym dzienniku pod data 8 wrzesnia 1948 r. nastepujacy komentarz do gloszacego calkowita zmiane polityki wobec wsi referatu Minca: "(...) Dzis znow Hilary Minc wypowiedzial wielka wojne 'bogatym chlopom'. W mowie tej pelno niewiarygodnych glupstw, nienawisci do Polski, balwochwalczej czci dla Rosji, pelno takich klamstw o tym kraju, ze kon by sie usmial (...)" (M. Dabrowska: "Dzienniki powojenne 1945-1949", Warszawa 1996, s. 278).
Wyjatkowo szkodliwy dla kraju realizowany pod kierownictwem Minca tzw. plan 6-letni, ze skrajnie zawyzonymi, nierealnymi zadaniami, ktore wciaz podnoszono pod haslem umocnienia "obronnosci" kraju przed "imperialistami". W rezultacie wyciskano z ludnosci wszystko, co tylko sie dalo, w przyspieszonym tempie spadala stopa zyciowa, a zwlaszcza konsumpcja przetworow zbozowych i miesa. Coraz powszechniejsze wowczas nastroje totalnego przygnebienia i frustracji w spoleczenstwie dobrze wyrazal popularny wsrod slaskich gornikow dwuwiersz:
"Panie Truman, spusc ta bania
Bo tu nie do wytrzymania!".
Szkoly i internaty obiegal inny popularny dwuwiersz:
"Wieczor kasza, rano kluski.
Narod polski, a rzad ruski".
Niszczacy gospodarke polska dyktator Minc konsekwentnie stosowal w praktyce jedna zasade - otaczania sie na kazdym kroku "swoimi" narodowosciowo towarzyszami. Dominowalo dosc szczegolne kryterium awansow, o ktorym tak wspominal cytowany juz przeze mnie publicysta zydowskiego pochodzenia Andrzej Wroblewski w ksiazce "Byc Zydem": "(...) Sztab Minca, jego otoczenie skladalo sie w wiekszosci z ludzi pochodzenia zydowskiego. Jednym z jego wiceministrow byl pan, ktorego rozpoznano jako syna jakiegos wielkiego przedsiebiorcy z Sosnowca. (...) Byc moze jego fabrykanckie doswiadczenie stanowilo gwarancje kompetencji, ale przedwojennych przemyslowcow, menedzerow big businessu, niekoniecznie Zydow, bylo w Polsce wiecej. Wciagnieci do przemyslu realizowaliby narzucone im zadania z rowna, jesli nie wyzsza znajomoscia rzeczy. Dlaczego czlowiekiem zaufania mogl zostac syn wielkiego przemyslowca i dygnitarza sanacyjnego Waclawa Wislickiego, a odmawiano tego zaufania przedwojennemu dyrektorowi Zakladow Starachowickich? Zlosliwi odpowiadali ironicznie: decydowalo nie pochodzenie klasowe, lecz rasowe (...)" (A. Wroblewski: "Byc Zydem...", Warszawa 1992, s. 166).
Protegowanie "swoich" Minc zaczynal od wlasnej rodziny. Zbigniew Blazynski pisal w ksiazce "Mowi Jozef Swiatlo. Za kulisami bezpieki i partii" (Londyn 1985, s. 40), ze jeden z braci Hilarego Minca - Bronislaw - wyladowal jako dyrektor zakladu Nauk Ekonomicznych w PAN, inny brat, dr Henryk Minc, byl poslem PRL w Budapeszcie, a zona Hilarego Minca - Julia - szefowa PAP.
Popieranie za wszelka cene "swoich" pochodzeniowo jako duzo godniejszych zaufania od polskich "krajowcow" mialo swoisty efekt w totalnym zdewastowaniu polskiej gospodarki w czasie tzw. planu 6-letniego przez Hilarego Minca i jego ekipe. Do najgorszych szkodnikow gospodarczych nalezal podopieczny Minca Eugeniusz Szyr (tesc Marcina Swiecickiego, bylego sekretarza KC PZPR, a pozniej prezydenta Warszawy z ramienia Unii Wolnosci; por. J.R. Nowak: "Czerwone dynastie", Warszawa 2004, s. 19-20). Szyr byl wiceministrem przemyslu i handlu w latach 1946-1949, pozniej, w latach 1949-1953, zastepca przewodniczacego Panstwowej Komisji Planowania Gospodarczego (PKPG), w latach 1954-1956 zas przewodniczacym PKPG. Instytucja ta okazala sie nader szkodliwa dla Polski, przyniosla skrajne umocnienie biurokracji i centralizacji gospodarki. Szyr "wyroznil sie" m.in. bardzo groznym w skutkach apelem o jak najsurowsze karanie tzw. sabotazystow w gospodarce. Pisal na lamach teoretycznego organu KC PZPR "Nowe Drogi", iz "gospodarka to takze front walki partyjnej. W walce tej nalezy uzyc wszelkich drastycznych srodkow (do kary smierci wlacznie)".
Nader wielkie szkody w niszczeniu inicjatywy gospodarczej przyniosl jeden z czolowych owczesnych przywodcow komunistycznych Roman
Zambrowski, czlonek Biura Politycznego KC PZPR i sekretarz KC PZPR. Od listopada 1945 r. do grudnia 1954 r. stal on na czele Komisji Specjalnej do Walki z Naduzyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Przypomnijmy, co pisal na temat tej Komisji i R. Zambrowskiego Zbigniew Blazynski, z ramienia Radia Wolna Europa rozmowca bylego wicedyrektora departamentu w MBP Jozefa Swiatly, komentujacy jego wyznania radiowe. Wedlug Blazynskiego, w 1945 r. "Rzad Tymczasowy wydal dekret oficjalnie tworzacy (...) tzw. Komisje Specjalna. Komisja rozpoczela akcje terroru pod przewodnictwem Romana Zambrowskiego. Komisja mogla skazac na nieokreslony przeciag czasu na prace przymusowa kazdego, ktorego dzialalnosc sprzeczna byla z socjalnym interesem panstwa. Wylacznie czlonkowie aparatu bezpieczenstwa wyznaczeni przez Zambrowskiego decydowali, kto bedzie oskarzony, i oni precyzowali, co podpada pod pojecie 'socjalnego interesu panstwa'. Oskarzony nie mial prawa obrony (...)" (por. Z. Blazynski, op.cit., s. 116). W ksiazce Bohdana Urbankowskiego "Czerwona msza" (Warszawa 1995, s. 248-249) czytamy o kierowanej przez Zambrowskiego Komisji: "Dekret o Komisji Specjalnej przewidywal utworzenie obozow dla 'przestepcow gospodarczych' (...) i do roku 1949 Komisja zajmowala sie przewaznie walka na tym froncie - 'bitwa o handel', wywozeniem do obozow kupcow, dzialaczy spoldzielczych i chlopow. Od roku 1949 Komisja Specjalna zajmuje sie glownie sprawami politycznymi, uzupelniajac dzialania represyjne UB - m.in. przez administracyjne zsylanie do 'obozow pracy' tych podejrzanych, przeciwko ktorym ubowcy nie zgromadzili dowodow winy. (...) W obozach przebywaly rowniez kobiety - nawet ciezarne i z niemowletami. (...) Jesli w pierwszej polowie (do roku 1949) dzialalnosci Komisja skazala na obozy 16,5 tysiaca wiezniow, to w drugiej - ponad 10 razy tyle, ponad 180 tysiecy. Ogolem wydano 460 tysiecy wyrokow, co oznacza, ze co 50. Polak byl ofiara Komisji Specjalnej".
Do znaczacych dewastatorow polskiej gospodarki nalezal komunista zydowskiego pochodzenia Julian Kole, od 15 grudnia 1948 r. do 5 czerwca 1951 r. kierownik wydzialu ekonomicznego KC PZPR i wiceminister finansow od czerwca 1951 r. do stycznia 1969 r. Warto dodac, ze zona Kolego, Magdalena Tremblinska, "wslawila sie" od 1945 r. nadzorowaniem specjalnej tajnej grupy likwidacyjnej dzialajacej przy KC PPR. Zadaniem tej grupy bylo likwidowanie "niewygodnych" czlonkow partii komunistycznej, czlonkow PPS i oczywiscie PSL. Sprawe szerzej opisal J. Swiatlo w swych wyznaniach dla RWE (por. Z. Blazynski: op. cit., s. 77-78, i P. Siergiejczyk: Opowiesc o prawdziwym stalinowcu, "Nasza Polska", 23 grudnia 1998).
Wsrod wplywowych niszczycieli polskiego zycia gospodarczego warto wymienic pierwszego przewodniczacego Panstwowej Komisji Cen (od kwietnia 1953 r. do sierpnia 1968 r.) Juliusza Struminskiego. Warto tu zacytowac rowniez fragment dosc znamiennego wyznania jego syna, Wladimira Struminskiego, opublikowany w 1987 r. na lamach anglojezycznej gazety izraelskiej "Jerusalem Post". Zdaniem Struminskiego: "(...) Polska powojenna nie byla gruntem pod zydowskie domy. Dotyczy to takze zydowskich urzednikow i pracownikow komunistycznej administracji, rzadu, partii i srodkow masowego przekazu - krotko mowiac: rzadzacej kasty, do ktorej nalezeli takze moi rodzice. Ale udzial w rzadach nie zastapi domu. Wladza polityczna byla dla wielu zydowskich urzednikow azylem, sciany ich biur byly jeszcze jednym gettem, a ich praca - najsilniejsza, byc moze nawet jedyna prawdziwa (podkreslenie J. Rema) wiezia z krajem, w ktorym mieszkali (...)" (cyt. za J. Rem (J. Urban): Brudzenie bialej plamy, "Polityka", 20 czerwca 1987). Rem (J. Urban) cytowal te slowa W. Struminskiego, by je skrytykowac, twierdzac, wbrew prawdziwemu morzu faktow, jakoby w latach 1944-1968 wewnatrz grupy komunistow zydowskiego pochodzenia przebiegal "proces narastajacego wzmacniania sie wiezi z Polska i polskim interesem narodowym".
Dziwnym trafem na towarzyszy zydowskiego pochodzenia natrafiamy bardzo czesto przy najskrajniejszych, najglupszych przejawach praktyki polityki gospodarczej doby stalinizmu. Zachowywali sie jak slonie w skladzie porcelany w roznych dziedzinach pracy, do ktorej byli kierowani. Ogromna niekompetencje bardzo czesto nadrabiali wielka pewnoscia siebie i buta. Ich "uszczesliwiajace" dzialania szczegolnie odczuli na swej skorze chlopi. Na przyklad Jan Kozlowski (pierwotne nazwisko Spiegel) byl sprawca najohydniejszego bezprawia na wsi, znanego pod nazwa "sprawy gryfickiej". Kozlowski, gdy byl pierwszym sekretarzem KW PZPR na terenie wojewodztwa koszalinskiego, chcial zablysnac w calej Polsce tempem rugowania gospodarstw indywidualnych i tzw. uspoldzielczan wsi. W tym celu patronowal nagminnemu stosowaniu terroru i gwaltu wobec opornych chlopow, zwlaszcza w powiatach drawskim i bialogardzkim. Wywolalo to tak powszechne wzburzenie ludnosci, ze przerazono sie nawet w KC PZPR i uznano za konieczne publicznie odciac sie od bezprawia Kozlowskiego. Jego samego pospiesznie odwolano ze stanowiska pierwszego sekretarza KW, a pozniej uchwala KC PZPR z 15 czerwca 1952 r. wykluczono z partii. Nie przeszkodzilo mu to jednak w zajmowaniu w nastepnych latach kierowniczych stanowisk w przemysle spozywczym.
W terroryzowaniu wsi szczegolnie zla slawe zyskal wspolodpowiedzialny za tzw. sprawe gryficka Henryk Grossinger. Wyslano go jako pelnomocnika KC PZPR na powiat gryficki, z wielkimi kompetencjami i przy wsparciu funkcjonariuszy organow bezpieczenstwa. Dazac do przyspieszenia kolektywizacji wsi, Grossinger stosowal wobec chlopow najskrajniejsze represje, niszczac ich dobytek. Wobec tych, ktorzy "marudzili" z wstepowaniem do spoldzielni, ludzie Grossingera stosowali zawalanie piecow w ich domach. Pod wplywem masowego oburzenia chlopow centralne wladze partyjne musialy publicznie odciac sie od organizatorow akcji.
W terroryzowaniu chlopow haniebna role odegral wczesniej przez lata dzialajacy jako satrapa prasowy (kierownik wydzialu prasy KC PZPR) Stefan Staszewski (Gustaw Szusterman). Kiedy mianowano go pelnomocnikiem KC w Poznanskiem, "organizowal" przymusowy skup zboza od tamtejszych chlopow. W ramach zastraszania aresztowano tam 8 tysiecy chlopow (por. rozmowa ze S. Staszewskim w: Toranska, Oni, s. 90-91). Jego fanatyczne i pelne barbarzynskiej wrecz niekompetencji decyzje znaczaco ulatwial fakt, ze nie mial zielonego pojecia o rolnictwie. Nie przeszkodzilo mu to w byciu przez ponad poltora roku (od stycznia 1954 r. do wrzesnia 1955 r.) wiceministrem rolnictwa. Sam wyznawal (T. Toranska, op. cit., s. 89): "(...) zostalem wiceministrem rolnictwa, zupelnie nie znajac sie na rolnictwie, jak typowy mieszczuch i ze zona mnie uczyla odrozniac zyto od pszenicy (...)".
Szkoda ze Gross, tak szeroko i klamliwie rozpisujacy sie na temat grabienia mienia zydowskiego przez Polakow, nie wspomnial nawet jednym zdaniem o rozmiarach szkod wyrzadzonych polskiej gospodarce przez H. Minca i jego sztab oraz innych zydowskich komunistow, sowietyzujacych Polske.
Od MSZ do wojska
Bardzo wielkie wplywy uzyskali dzialacze zydowskiego pochodzenia w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i przy obsadzie placowek dyplomatycznych. Zydowski publicysta ze Stanow Zjednoczonych Jonathan Kaufman pisal: "Lata tuz po wojnie byly wspanialym okresem dla komunistow zydowskich. Zydow i innych lojalnych komunistow usadowiano na czolowych stanowiskach w calym kraju, pomimo tego, ze niektorzy z nich mieli niewiele ponad dwadziescia lat. Zydzi specjalizowali sie w handlu zagranicznym i sprawach miedzynarodowych, dlatego ze sposrod znajacych jezyki obce byli jedynymi ludzmi uwazanymi za godnych zaufania" (por. J. Kaufman: "A Hole in the Heart of the World. Being Jewish in Eastern Europe", New York 1997, s. 109).
Dowodem tego wyjatkowego zaufania do towarzyszy zydowskich bylo obsadzanie przez nich najwyzszych stanowisk w MSZ. Warto przypomniec w tym kontekscie m.in. swiadectwo jednego z czolowych przywodcow Polski podziemnej w dobie wojny, delegata rzadu RP w Londynie na kraj Stefana Korbonskiego, odznaczonego w 1980 r. przez Yad Vashem odznaczeniem "Sprawiedliwy wsrod Narodow Swiata". W ksiazce "Polacy, Zydzi i Holocaust" (Warszawa-Komorow 1999, s. 95) pisal on: "Najwazniejsze stanowiska w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zajmowali Zydzi, czesto przyjmujac polsko brzmiace nazwiska. Wincenty Rzymowski, Polak, byl osoba z pierwszego rzedu, ale faktyczna kontrole sprawowal Zygmunt Modzelewski". Sam Modzelewski (Fischer) pozniej rowniez pelnil funkcje ministra spraw zagranicznych w latach 1947-1951. O zydowskim pochodzeniu Modzelewskiego pisal rowniez Marek J. Chodakiewicz w ksiazce "Zydzi i Polacy 1918-1955" (Warszawa 2000, s. 399-539). Inny zydowski komunista, Stanislaw Skrzeszewski, syn Oskara Fokenmana i Rozalii Majewskiej, zajmowal stanowisko ministra spraw zagranicznych po Modzelewskim w latach 1951-1956. Jego zona, Bronislawa z domu Mandelbaum, pracowala w bezpiece. Do najbardziej wplywowych komunistow zydowskich w MSZ nalezal plk Stefan Wierblowski, wiceminister spraw zagranicznych od kwietnia 1951 r. do wrzesnia 1954 r. (poprzednio m.in. wiceminister informacji i propagandy w 1945 r.). Wierblowski nalezal do fanatycznych nacjonalistow zydowskich. Jeden z najrzetelniejszych zydowskich badaczy stosunkow polsko-zydowskich Feliks Mantel z przekasem pisal o tym nacjonalizmie, iz Wierblowski "u siebie w praskim poselstwie urzadzil mala placowke zakamuflowanych wspolwyznawcow" (F. Mantel: "Wachlarz wspomnien", Paryz 1980, s. 220). Do najbardziej wplywowych komunistow zydowskich w MSZ nalezal Juliusz Katz-Suchy, przez lata przedstawiciel Polski w ONZ, skadinad znany z niekompetencji i zafalszowania brakow w wyksztalceniu. Takze w tej sferze zycia patrzono jednak przez palce na razace nawet braki zaufanych zydowskich towarzyszy.
Rozmiary wplywow oficjeli zydowskich w MSZ, poza czolowymi stanowiskami ministerialnymi, ilustrowala skierowana do kierownictwa PZPR "Notatka o stanie kadr MSZ i wnioskach w sprawie zmian personalnych". Wynikalo z niej, ze "na 8 urzedujacych dyrektorow departamentow bylo 5 Zydow, na 4 urzedujacych wicedyrektorow - 3, na 28 urzedujacych naczelnikow wydzialow - 18" (cyt. za: Andrzej Paczkowski: "Zydzi w UB: proba weryfikacji stereotypu", w: "Komunizm. Ideologia, system, ludzie", Warszawa 2001, s. 204). Zadnych zmian nie dokonano.
W wojsku bardzo duze wplywy komunistow narodowosci zydowskiej zaczely sie juz w czasie formowania pierwszych polskich jednostek wojskowych przy armii sowieckiej w 1943 roku. Szczegolnie zdominowane przez nich zostaly funkcje w aparacie politycznym armii tworzonej w ZSRS, gdzie blyskawicznie zdobywali wyzsze stopnie oficerskie, od kapitanow i majorow do podpulkownikow i pulkownikow. Sytuacja ta utrzymala sie w nastepnych latach. Marek J. Chodakiewicz przytacza raport oficera Armii Czerwonej oddelegowanego do "ludowego" Wojska Polskiego z 1944 roku: "Zgodnie z dyrektywa (szefa Zarzadu Politycznego podpulkownika Mojzesza Bobrowickiego vel Mieczyslawa Mietkowskiego) wszyscy Zydzi pracujacy w aparacie politycznym (a Zydow w aparacie politycznym jest zdecydowana wiekszosc) podaja w ankietach i wszedzie prezentuja sie jako Polacy. W niektorych przypadkach Zydzi - pracownicy polityczni chodza nawet do kosciola na nabozenstwa i zegnaja sie (...). W sprawozdaniach, ktore Mietkowski przesyla do organow kierowniczych, fakt przesycenia aparatu politycznego Zydami rowniez jest starannie ukryty. W rzeczywistosci sklad narodowosciowy aparatu (politycznego) Armii Polskiej na dzien 1 czerwca 1944 roku wyglada nastepujaco: na 44 oficerow Zarzadu Politycznego (lacznie z redakcja gazety wojskowej i kierownictwem Domu Armii Polskiej) - 34 Zydow, 5 Polakow z ZSRR oraz 5 Polakow z Polski, przy czym wszystkie stanowiska kierownicze (szef Zarzadu Politycznego, jego zastepca, szefowie wydzialow, redaktor gazety) sa obsadzone przez Zydow. Zastepcami dowodcy dywizji oraz brygad sa Zydzi, z wyjatkiem jednego Polaka. (...) W wydzialach politycznych dywizji na 28 odpowiedzialnych pracownikow politycznych - 17 Zydow, na 43 pracownikow politycznych na szczeblu pulku - 31 Zydow. W pulkowym aparacie politycznym poszczegolnych pulkow (...) nie ma ani jednego Polaka. Na 86 zastepcow dowodcow batalionow - 57 Zydow. (...) Nauczycielka ludowa Jozefa Kancarowna (...) w rozmowie ze mna 3 czerwca zaznaczyla, ze Polakow - pracownikow politycznych wyzej niz kompania na stanowiska nie mianuja, poniewaz wszystkie stanowiska zajete sa przez Zydow (...) (M.J. Chodakiewicz: op. cit., s. 392-393; za: G.A. Bordiugow i in.: "Polska - ZSRR: Struktury podleglosci. Dokumenty WKP (B) 1944-1949", Warszawa 1995, s. 75-76).
M.J. Chodakiewicz pisal (op. cit., s. 399), ze "Zydem z pochodzenia byl general Karol Swierczewski", co z kolei budzilo watpliwosci paru moich rozmowcow. Wsrod bardziej wplywowych dowodcow pochodzenia zydowskiego byl m.in. Leszek Krzemien (Maksymilian Wolf, ojciec Edwarda Krzemienia z "Gazety Wyborczej"). Pelnil on kolejno funkcje: szefa Wydzialu Wojskowego ZPP, szefa Gabinetu Wojskowego Bieruta i pelnomocnika do spraw pobytu wojsk sowieckich w PRL. Zostal generalem brygady. Szczegolnym epizodem w jego karierze bylo ekspresowe skonczenie studiow (uzyskal tytul magistra historii po kilkutygodniowej nauce na kursach w szkole leninowskiej w Moskwie).
Jak bardzo atmosfera owych czasow sprzyjala przyspieszonym awansom osob pochodzenia zydowskiego, najlepiej swiadczy zrodlowa analiza Zbigniewa Palskiego "Kadry organow Informacji Wojska Polskiego", opublikowana w "Przegladzie Historycznym" (z. IV z 1993 r., s. 464-465). Pokazuje ona, w jak wielkim stopniu w kierowniczych organach Informacji WP (kontrwywiadu) usadowili sie oficerowie pochodzenia zydowskiego. Uznano ich za najbardziej godnych zaufania dla zastapienia oficerow sowieckich, ktorzy opuscili Polske w latach 1945-1948. Przypomnijmy, ze Informacja Wojskowa byla najbardziej szkodliwa struktura w wojsku, sluzaca do "tropienia wrogow ludu" w interesie Sowietow. Wedlug Palskiego, doszlo do nastepujacych zmian na czolowych stanowiskach w Glownym Zarzadzie Informacji (GZI) Wojska Polskiego:
- szefowie GZI - plk. Kozuszke zastapili kolejno: plk J. Rutkiewicz (pochodzenia zydowskiego) i plk Stefan Kuhl (pochodzenia zydowskiego),
- szefa Wydzialu (Oddzialu I) - plk. Curanowa zastapil plk Aleksander Kokoszyn (pochodzenia zydowskiego),
- szefa Wydzialu (Oddzialu II) - plk. Gajewskiego zastapil plk Ignacy Krzemien (pochodzenia zydowskiego),
- szefa Wydzialu (Oddzialu III) - pplk. Prystupe zastapil plk Jerzy Fonkowicz (pochodzenia zydowskiego),
- szefa Wydzialu (Oddzialu IV) - plk. Malkowskiego zastapil plk Wladyslaw Kochan (narodowosci polskiej),
- szefa Wydzialu (Oddzialu V) - plk. Zajasznikowa zastapil pplk Wincenty Klupinski (pochodzenia zydowskiego).
Zdaniem Palskiego, tego typu nominacje wynikaly z "alienacji wladz komunistycznych, ktore kluczowe stanowiska (m.in. w kontrwywiadzie) musialy obsadzac ludzmi pewnymi, rekrutujacymi sie akurat sposrod czlonkow tej grupy narodowosciowej".

W ministerstwie sprawiedliwosci
Dominujaca role w resorcie sprawiedliwosci odgrywali zydowscy komunisci na czele z wiceministrem sprawiedliwosci Leonem Chajnem, ktory faktycznie, w niczym nie liczac sie z ministrem figurantem H. Swiatkowskim, trzasl calym resortem. Jak wspominal Waclaw Barcikowski w swych wspomnieniach z owych lat "W kregu prawa i polityki" (Katowice 1988, s. 142): "(...) faktycznym kierownikiem Ministerstwa Sprawiedliwosci byl Leon Chajn". Chajn, ktory samowolnie podporzadkowal sobie sady i prokuratury, ponosi ogromna odpowiedzialnosc za dyktowanie bezwzglednych wyrokow w sfabrykowanych procesach. Nader typowe pod tym wzgledem byly jego kategoryczne stwierdzenia w broszurce wydanej w 1947 r.: "Sa jeszcze prokuratorzy, ktorzy zdradzaja zbytek gorliwosci formalnej przy przetrzymywaniu zbirow z NSZ. Najwyzszy czas skonczyc z tym marazmem i dobrym sercem w stosunku do bratobojcow!" (L. Chajn: "Trzy lata demokratyzacji prawa i wymiaru sprawiedliwosci", Warszawa 1947, s. 76-77). Zaiste, ladna byla to demokratyzacja!
Aby przerwac "niepotrzebne" liczenie sie ze zbednymi formalnosciami (czytaj: regulami prawa), Chajn wzywal do przyspieszonych czystek. Juz w kwietniu 1946 r. podczas dyskusji w KRN gromko pietnowal to, ze w polskim sadownictwie jest zbyt wiele starych kadr sedziowskich i prokuratorskich, akcentujac: "Chcielibysmy (...) wprowadzic do sadownictwa nowy strumien krwi spolecznej" (cyt. za: A. Rzeplinski: "Sadownictwo w PRL", Londyn 1990, s. 31). I rzeczywiscie wprowadzono cala mase nowych sedziow "doksztalcanych" w przyspieszonym trybie, ktorzy bez skrupulow wydawali krwiozercze wyroki zgodnie z zyczeniami zwierzchnikow. W latach 1946-1952 prawie 440 nowych sedziow dolaczylo do wymiaru sprawiedliwosci po ukonczeniu pietnastomiesiecznych kursow sedziowskich. Jeszcze w 1969 r. 100 sedziow posiadalo jedynie wyksztalcenie srednie (tamze, s. 34). Dodajmy, ze i tak bardzo zdziesiatkowanych podczas wojny pracownikow wymiaru sprawiedliwosci poddano w pierwszych latach po wojnie kolejnym represjom. By przypomniec chocby, co zrobiono w Kielcach. Wedlug Marii Turlejskiej, sowiecki komendant kielecki wezwal wszystkich pracownikow wymiaru sprawiedliwosci na rzekome spotkanie z przedstawicielem rzadu tymczasowego. Jak pisala Turlejska: "Tlumnie przybyli sedziowie, prokuratorzy, urzednicy, aplikanci, adwokaci, notariusze, nawet wozni sadowi. Wszyscy zostali wyaresztowani i wywiezieni. To samo spotkalo magistrature radomska" (M. Turlejska: Przyczynek do losow prawnikow polskich w latach 1935-1953, "Zeszyty Historyczne" 1996, nr 115, s. 28). Sama M. Turlejska byla donosicielka do bezpieki w czasach stalinowskich i jedna z najbardziej dogmatycznych postaci w srodowisku historykow. Pozniej, poczawszy od lat 80., starala sie zacierac swa dawna przeszlosc tekstami rozliczeniowymi ze zbrodniami stalinizmu.
Na miejsca oproznione przez uwiezionych wchodzili nowi towarzysze, chcacy jak najgorliwiej wprowadzac idee sowieckiego sadownictwa i wzorzec rozpraw z wrogami ludu, zgodny z koncepcjami stalinowskiego oberprokuratora Andrieja Wyszynskiego. Jaskrawym przykladem takiego "prawnika" z awansu byl Marian Muszkat, pulkownik WP zydowskiego pochodzenia (wyemigrowal do Izraela w 1968 r., a w 1992 r. opublikowal pelna oszczerstw ksiazke o rzekomym polskim "antysemityzmie" w dobie powojennej). Stefan Korbonski opisal w swej znakomitej ksiazce "W imieniu Kremla" wystapienie Muszkata na walnym zgromadzeniu Zrzeszenia Prawnikow Demokratow. Muszkat stwierdzil tam, ze sad winien zrozumiec, iz do kazdego przepisu nalezy stosowac marksistowska wykladnie, wedlug ktorej dobro demokracji ludowej jest naczelnym nakazem i jesli pewien przepis temu warunkowi nie odpowiada, to nie moze byc stosowany. Muszkat zazadal wyposazenia prokuratury w nadzwyczajne uprawnienia w nowej rewolucyjnej sytuacji. Wedlug Korbonskiego, w mysl koncepcji Muszkata prokuratorzy mieli zostac panami zycia i smierci kazdego czlowieka. Adwokat zas winien zapomniec o przedwojennej zasadzie, ze jego zadaniem jest obrona oskarzonego przed kara. W ludowym wymiarze sprawiedliwosci mial on teraz stac sie - obok sadu i prokuratury - trzecim organem, ktorego zadaniem jest wykrycie przestepcy, chocby byl nim jego wlasny klient! Adwokat mial wiec stac sie pomocniczym funkcjonariuszem policji sledczej (por. S. Korbonski: "W imieniu Kremla", Paryz 1956, s. 181).
Godne przypomnienia sa rowniez haniebne "innowacje" prawne wyszle spod piora Leona Schaffa, mlodszego brata oslawionego stalinizatora polskiej nauki, filozofa Adama Schaffa. Leon Schaff wystapil z szeroka wykladnia terroru wobec wszystkich warstw i klas uznanych za niechetne wobec komunistycznego rezimu. W wydanym w 1950 r. podreczniku "Polityczne zalozenia wymiaru sprawiedliwosci w Polsce Ludowej" L. Schaff postulowal "pozbawienie tych klas praw obywatelskich" i jak najszersze zastosowanie wobec nich "metod pozasadowych". Leon Schaff byl rowniez zarliwym zwolennikiem stosowania "procesow pokazowych" wobec "wrogow ludu". W cytowanej juz pracy z 1950 r. akcentowal: "Tego typu procesy jak grup bylej AK, NSZ, WiN, jak proces Doboszynskiego, demaskowaly istotne oblicze polskiej reakcji. Procesy te ujawnialy nikczemna role tych ugrupowan, wykazaly ich bezideowosc polityczna, wykazaly ich scisly zwiazek z obcym wywiadem. Procesy te spelnialy niewatpliwie doniosla role w zakresie mobilizacji spoleczenstwa; wzrostu jego czujnosci politycznej, odizolowaly reakcje od mas ludowych".
Inny zydowski teoretyk prawa i zarazem sedzia Najwyzszego Sadu Wojskowego plk Leo Hochberg "wslawil sie" jako tworca prawa, wedlug ktorego szeptana propagande uznano za zbrodnie stanu. Upowszechnial w Polsce "nowinki prawne" rodem z ZSRS, przede wszystkim prace A. Wyszynskiego, gloszace m.in., ze "przyznanie sie oskarzonego do winy moze stanowic decydujacy dowod winy" (por. T.M. Pluzanski, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, "Najwyzszy Czas", 27 pazdziernika 2001, w nawiazaniu do uwag J. Poksinskiego o roli Hochberga, wyrazonych w ksiazce "TUN"). Sam Leo Hochberg nalezal do najbezwzgledniejszych komunistycznych zbrodniarzy - wydal 27 wyrokow smierci (wg: Zbrodniarze w togach, "Glos", 13 stycznia 2001). Tym bardziej szokujace bylo publikowane po smierci L. Hochberga stwierdzenie w apologetycznym wspomnieniu zamieszczonym w Biuletynie Zydowskiego Instytutu Historycznego (kwiecien-czerwiec 1978 r. nr 2/1061): "Odszedl od nas wybitny erudyta, madry doradca (...) czlowiek wielkiego serca i dobroci". Te wielka dobroc mial ucielesniac kat, ktory wydal 27 wyrokow smierci w sfabrykowanych stalinowskich procesach!
Przypomnijmy, ze Gross, tak wiele piszacy o okrucienstwach Polakow wobec Zydow, ani zdaniem nie wspomnial o dzialalnosci "pelnych dobroci" katow Polakow narodowosci zydowskiej.
 
Nowe falsze Grossa (19) - Prokomunistyczna mniejszosc!
 
Przeciwstawiajac sie pogladom o roli "zydokomuny", Gross zapewnia z wielka werwa, jakoby sympatia dla komunizmu byla "minimalna wsrod Zydow" ("Fear", s. 21). Jak wiec mozna na tle tego twierdzenia Grossa wytlumaczyc nieslychanie prokomunistyczne kolejne wystapienia glownej reprezentacji Zydow w Polsce - Centralnego Komitetu Zydow w Polsce (CKZP)? Powolany 4 listopada 1944 r. CKZP stal sie bardzo reprezentatywny dla szerokich rzesz Zydow w Polsce. Dosc powiedziec, ze w jego sklad po reorganizacji w lutym 1945 r. weszli przedstawiciele PPR, Bundu, Poalej Syjon-Prawicy, Poalej Syjon-Lewicy, Ichudu ZOB-u, HeChaluc Pionier, HaSzomer Ha Cair i Zwiazku Partyzantow w Polsce (wg N. Aleksiun, Od autonomii do asymilacji, [w:] "Jidele. Zydowskie pismo otwarte", wyd. specjalne pt. "Zydzi i komunizm", wiosna 2000, s. 84). Rzecz znamienna.
CKZP jako glowna reprezentacja Zydow w Polsce od poczatku swej dzialalnosci stal sie jednym z narzedzi sowietyzacji naszego kraju, gwaltownie pietnujac w swych wystapieniach glowne sily przeciwstawiajace sie tej sowietyzacji, na czele z Armia Krajowa. Historyk dr hab. Jan Zaryn, dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN, stwierdzil bez ogrodek: "Dzialacze CKZP od czasow Polski Lubelskiej wypisywali haniebne teksty, negujac niepodleglosciowe aspiracje Polakow" (por. wywiad W. Zyszkiewicza z J. Zarynem pt. Przeciac kielecki wezel, "Tygodnik Solidarnosc" z 14 lipca 2006 r.).
W wystapieniach CKZP z 1945 r. po stronie nowych wladz komunistycznych ze szczegolna furia atakowano glowna sile Polskiego Panstwa Podziemnego doby wojny - Armie Krajowa. Pisano o rzekomym "zwyrodnieniu i zgniliznie moralnej band z AK" (wg A. Grabski, Zydzi skazani na komune, "Gazeta Wyborcza" z 16-17 wrzesnia 2006 r.). Pietnowano "elementy reakcyjno-faszystowskie spod znaku NSZ i AK", oskarzajac, ze "wzorem hitlerowcow pragna lowic ryby w metnej wodzie nacjonalizmu i antysemityzmu" (tamze).
Do szczegolnie obrzydliwych wystapien CKZP przeciwko obozowi niepodleglosciowemu i wladzom polskim na emigracji nalezala odezwa CKZP z 4 lutego 1945 r., gloszaca m.in.: "Zwycieska Armia Czerwona i Wojsko Polskie uwolnily rowniez tysiace Zydow z bunkrow, lasow i obozow smierci. (...) Uratowana ludnosc zydowska nigdy nie zapomni pomocy, jakiej udzielili jej przyjaciele. (...) Nie zapomni ona rowniez nigdy zbrodniarzy spod znaku NSZ i AK, ktorzy wyslugujac sie bandytom hitlerowskim, brali czynny udzial w mordowaniu bezbronnej ludnosci zydowskiej, zabijali partyzantow zydowskich. Na ich sumieniu krew wielu Zydow. Ludnosc zydowska nie zapomni, ze zbrodniarze ci pozostawali w scislym zwiazku z rzadem londynskim i dzialali wedlug jego wskazan" (cyt. za: J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego, Warszawa 2006, s. 110).
Z innym haniebnym antypolskim oszczerstwem Centralny Komitet Zydow wystapil w Polsce w depeszy wystosowanej do nowojorskiej Federacji Zydow w Polsce w maju 1945 roku. Twierdzil tam, ze sumienie "polskiej reakcji" jest jakoby "splamione krwia setek tysiecy ofiar" (podkr. J.R.N.) i oskarzal, ze reakcja ta obecnie "realizuje swoje haslo calkowitej eksterminacji Zydow z Polski" (cyt. za K. Kersten, Pogrom kielecki - znaki zapytania, [w:] Polska - Polacy - mniejszosci narodowe, Wroclaw 1992, s. 166-167). Z gwaltownym atakiem na Armie Krajowa wystapil 25 marca 1945 r. podczas posiedzenia CKZP jeden z czolowych przywodcow mlodziezy syjonistycznej Icchak Cukierman (Antek), twierdzac: "W roznych miastach i miasteczkach gina prawie codziennie Zydzi, mordowani przez nieznanych sprawcow, najprawdopodobniej przez bandy AK" (wg K. Kersten, Polacy. Zydzi. Komunizm. Anatomia polprawd 1939-68, Warszawa 1992, s. 106). Cukierman postulowal, aby "(...) delegacja CK udala sie do premiera z zadaniem, by akcja przeciw AK stala sie intensywniejsza (...)" (tamze, s. 106). Jak widac, Centralny Komitet Zydow w Polsce konsekwentnie upowszechnial zlowieszczy mit o ludziach z AK jako rzekomych "mordercach Zydow". Na tym samym posiedzeniu CKZP z jednoznacznym atakiem przeciw podziemiu niepodleglosciowemu wystapil rowniez przewodniczacy CKZP, wielokrotny posel na Sejm RP, Emil Sommerstein, twierdzac: "Akcja przeciw Zydom prowadzona jest przez wielkie grupy partyzantow, ktore sa dobrze uzbrojone (...) nalezy nacisnac na wladze, aby rzad przygotowal akcje na szeroka skale. (...) Oddajac hold zmarlemu w tym czasie Franklinowi D. Rooseveltowi, Sommerstein powiazal to z uczczeniem ostatnio pomordowanych Zydow przez AK-owcow w roznych miejscowosciach Polski" (tamze, s. 106). Dodajmy, ze Sommerstein na tymze posiedzeniu CKZP podal do wiadomosci "radosny fakt zawarcia sojuszu miedzy Polska i Zwiazkiem Radzieckim", wyrazajac nadzieje, ze "sojusz ten zabezpieczy rowniez spokojne zycie pozostalej resztki ludnosci zydowskiej" (tamze, s. 106). Tak wiec przywodca CKZP wyrazal jednoznaczne poparcie dla dosc szczegolnego "ladu", narzucanego Polsce bagnetami armii sowieckiej i NKWD.
Zwrocmy uwage w tym kontekscie na kolejny przyklad manipulacji J.T. Grossa. Autor "Strachu" wielokrotnie cynicznie szkaluje w swojej ksiazce malowany nader czarnymi barwami Kosciol katolicki, szkaluje glowna polityczna sile antykomunistyczna - PSL, szkaluje wyraznie antyrezimowe wowczas harcerstwo. Rownoczesnie zas przedstawia w "Strachu" ogromnie wyidealizowany panegiryczny obraz skrajnie prorezimowego Centralnego Komitetu Zydow w Polsce. Wielokrotnie cytuje z namaszczeniem oswiadczenia i raporty CKZP, nigdy nawet jednym zdaniem nie zajaknawszy sie na temat roznych, haniebnie wprost prokomunistycznych wystapien tej organizacji, chocby tych z 1945 r., ktore cytowalem juz powyzej. Tak skwapliwie powolujacy sie na materialy CKZP, demaskujace rozne domniemane przejawy "polskiego antysemityzmu", Gross ani razu nie skrytykowal niezwykle jadowitych napasci na Armie Krajowa, armie generala Andersa czy polskie wladze na emigracji.
Po 1945 r. doszlo do dalszego, maksymalnego wrecz umocnienia elementow prokomunistycznych w wystapieniach CKZP. CKZP wielokrotnie wystepowal - nie przebierajac w slowach - z atakami przeciwko niepodleglosciowemu podziemiu, polskiej emigracji na Zachodzie i armii Andersa. Typowe pod tym wzgledem byly stwierdzenia zawarte w wystosowanym 2 marca 1946 r. memorandum CKZP do Komisji Anglo-Amerykanskiej dla spraw Palestyny: "Faktem niezaprzeczonym jest to, ze w obecnej chwili w kraju zdarzaja sie jeszcze wypadki mordow na dzialaczach demokratycznych, posterunki wladz bezpieczenstwa i na ludnosc zydowska. Akty te sa inspirowane i dokonywane przez reakcyjne grupy podziemne, ktore znajduja sie w stalym kontakcie z reakcyjnym generalem Andersem we Wloszech i z resztkami bylego londynskiego Rzadu Emigracyjnego. Ta sama zbrodnicza reka, ktora prowadzi dzialalnosc antysemicka, godzi rowniez w dzialaczy partii demokratycznej, oficerow Wojska Polskiego" (cyt. za: Antyzydowskie wydarzenia kieleckie 4 lipca 1946 roku, t. II, oprac. S. Meducki, Kielce 1994, s. 70). Memorandum podpisali m.in. prezes CKZP E. Sommerstein i wiceprezes A. Berman. Dodajmy, ze CKZP konsekwentnie wystepowal rowniez za jak najwieksza intensyfikacja represji przeciw silom opozycyjnym. Juz 15 marca 1946 r. CKZP w memoriale przekazanym premierowi Edwardowi Osobce-Morawskiemu pietnowal "nowa fale terroru antyzydowskiego" jako "czesci ataku faszyzmu i reakcji na demokracje w Polsce". I akcentowal: "Uwazamy, ze jedynym srodkiem, ktory moglby ukrocic fale morderstw, byloby wydanie i wykonanie wiekszej ilosci wyrokow smierci, opublikowanie w prasie krajowej i rozplakatowanie ich w calym kraju" (wg K. Kersten, op. cit., s. 105). 10 lipca 1946 r. prawnik Michal Szuldenfrei, ubolewal podczas posiedzenia Prezydium CKZP, ze nie bylo prawie zadnych represji po "pogromie w Krakowie" (tamze, s. 107). Szuldenfrei opowiedzial sie zwlaszcza za stosowaniem sadow doraznych w punkcie dotyczacym kar za szerzenie nienawisci rasowej i religijnej. Nawet tak stronniczo prozydowska K. Kersten komentowala w kontekscie powyzszych wypowiedzi: "Byla to polityka blednego kola. Domagajac sie drakonskich represji i pokazowych procesow, wyrokow smierci, Zydzi tylko poglebiali istniejacy antagonizm" (tamze, s. 107).
Natychmiast po zbrodni kieleckiej z 4 lipca 1946 r. Centralny Komitet Zydow w Polsce rozwinal bardzo szeroko zakrojona kampanie propagandowa majaca na celu obciazenie polskiej "reakcji" cala wina za zbrodnie. Juz 4 lipca 1946 r. wiceprezes CKZP Adolf Berman (brat Jakuba), wystepujac na posiedzeniu Prezydium CKZP i informujac o antyzydowskich zajsciach w Kielcach, okreslil je jako probe "odlamu faszystowskiego podburzenia spoleczenstwa przeciw rzadowi. Jest to rezultat przegranego przez nich referendum" (tamze, s. 103). W wydanym przez CKZP komunikacie z ogromna pewnoscia siebie gloszono, jakoby "pogrom kielecki" byl przeprowadzony pod haslami: "Bij Zyda" i "Niech zyje Anders" (tamze, s. 103). Podczas kolejnych posiedzen CKZP mnozono oskarzenia gloszace, ze zbrodnia kielecka zostala przygotowana przez "sily reakcyjne". Przedstawiciel PPR w Prezydium CKZP Pawel Zelicki podkreslil, ze "w kampanii za granica przeciw osrodkom, ktore inspirowaly i przeprowadzaly akcje, nalezy wskazac na udzial wsrod kieleckich napastnikow wojskowych w mundurach z napisem Poland oraz na zachowanie sie kleru" (tamze, s. 104). Poinformowano, ze CK Bund przeslal depesze do Amerykanow z apelem o "zwalczanie bandy Andersa".
Latem 1946 r. kierownictwo CKZP powolalo tzw. Centralna Komisje Specjalna - instytucje, ktora bezposrednio wspolpracowala z bezpieka w swej praktyce dzialania na co dzien. Miala ona zapewniac ochrone instytucji zydowskich dzieki broni otrzymanej od wladz bezpieczenstwa (por. N. Aleksiun, Ruch syjonistyczny wobec systemu rzadow w Polsce, [w:] Komunizm. Ideologia. System. Ludzie, red. T. Szarota, Warszawa 2001, s. 245-246). Powstalo okolo 200 lokalnych oddzialow Komisji Specjalnej z udzialem okolo 2500 uzbrojonych Zydow. Dzialalnosc oddzialow Komisji Specjalnych miala szeroki zakres - od donoszenia na przejawy domniemanego antysemityzmu w zyciu publicznym (m.in. w kazaniach ksiezy, w bibliotekach etc.), do infiltrowania podziemia. Na przyklad zadenuncjowano do UB kierowniczke biblioteki publicznej we Wloclawku, gdzie znaleziono "antysemicka" ksiazke. Biblioteke zamknieto, a kierowniczke aresztowano (wg M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 425). Jak widzimy, dzialania Centralnej Komisji Specjalnej sluzyly nie tylko obronie instytucji zydowskich, lecz takze zastraszaniu wszystkich, ktorych uznano za "antysemitow". Korzystano przy tym wciaz ze wsparcia UB, pomagajac bezpiece swoimi "uslugami" na co dzien. W sprawozdaniu Centralnej Komisji Specjalnej przy CKZP chwalono sie na przyklad: podczas zebrania przedwyborczego "zostal przez czlonka naszej grupy zatrzymany osobnik, czlonek bandy NSZ Chrobrego i oddany w rece Wladz Bezpieczenstwa" (wg N. Aleksiun, op. cit., s. 249).
Jeden z czolowych dzialaczy CKZP, pozniej jego prezes od 1949 r. Hersz Smolar (ojciec zwiazanych po 1989 r. z UD, a pozniej Unia Wolnosci Aleksandra i Eugeniusza Smolarow), pysznil sie ogromnym poparciem spolecznosci zydowskiej dla zdominowanego przez komunistow Bloku Demokratycznego w czasie wyborow do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 roku, piszac: "(...) cale spoleczenstwo zydowskie, wszystkie jego ugrupowania polityczne wypowiedzialy sie bez zastrzezen za jak najbardziej czynnym poparciem Bloku Wyborczego Stronnictw Demokratycznych i Zwiazkow Zawodowych. (...) Na wezwanie CKZP we wszystkich osrodkach zydowskich powstaly obywatelskie komitety wyborcze, oparte na jeszcze szerszej podstawie niz Komitety Zydowskie. W ich sklad weszli przedstawiciele religijnych Zydow (Mizrachi Religijne Kongregacje). (...) Masowe zebrania odbywaly sie w synagogach, gdzie obok przedstawicieli zydowskich partii demokratycznych wystepowali rabini i przedstawiciele kongregacji religijnych. (...) Cala bez wyjatku ludnosc zydowska poszla do urn wyborczych i oddala swoje glosy na Blok Stronnictw Demokratycznych i Zwiazkow Zawodowych. (...) Jest to zaufanie do Rzadu, ktory wykazuje coraz twardsza postawe wobec lesnych bandytow - pogromowcow spod znaku Andersa i Bora" (tamze, s. 249, 248).
Jak widzimy, dzialania CKZP pokazywaly niebywaly wrecz stopien zaangazowania tej organizacji po stronie wladzy komunistycznej, tym wazniejszego w sytuacji, gdy CKZP byla glowna reprezentacja mniejszosci zydowskiej w Polsce, obejmujaca jej bardzo szerokie spektrum. Jak na tym tle mozna wytlumaczyc twierdzenia Grossa o tym, ze sympatie dla komunizmu "byly minimalne wsrod Zydow"? Czytelnicy amerykanscy moga oczywiscie zawierzyc tym pogladom Grossa, nie znajac cynicznie przemilczanych przez niego rozlicznych wiernopoddanczo prorezimowych oswiadczen Centralnego Komitetu Zydow w Polsce!
Trzeba tu dodac, ze slowa Grossa negujace powiazania wielkiej czesci Zydow z komunizmem znajduja sie w jaskrawej sprzecznosci nawet z opiniami licznych historykow eksponujacych zydowski punkt widzenia na rozne sporne sprawy polsko-zydowskie. Przypomnijmy tu np. fakt, ze nawet Krystyna Kersten, znana z niebywalej konsekwencji w akcentowaniu skrajnie filosemickiej wizji historii, zwracala uwage na potrzebe opisania i zglebienia przyczyn, ktore sprawily, ze: "(...) srodowiska zydowskie w kraju i na zachodzie - tak bezbolesnie i - rzec by sie chcialo - z takim zaslepieniem opowiedzialy sie za wladza podporzadkowana Sowietom, ustanowiona z mandatu Stalina, za pomoca masowych represji z pogwalceniem podstawowych praw i wolnosci obywatelskich" (wstep K. Kersten do ksiazki B. Szaynok "Pogrom Zydow w Kielcach. 4 lipca 1946", Warszawa 1992, s. 19). W tym samym tekscie z 1992 r. K. Kersten tak pisala o stosunku polskich Zydow do formacji opozycyjnych, reprezentujacych przeciez podstawowy trzon polskiego spoleczenstwa: "Zydzi jednak, podobnie jak i sprawujacy wladze komunisci, czesto postrzegali owa "reakcje" bardzo szeroko, obejmujac tym mianem w istocie rzeczy wszystkich, ktorzy wystepowali przeciw stworzonemu porzadkowi, obok NSZ takze AK i formacje proakowskie, Kosciol, czesc inteligencji" (tamze, s. 10).
Warto tu zacytowac rowniez wymowny komentarz historyk Bozeny Szaynok, zwiazanej ze srodowiskiem "Gazety Wyborczej": "Deklaracje instytucji zydowskich wobec komunistow czy zaangazowanie sie czesci ludnosci zydowskiej w struktury nowej wladzy tworzyly sytuacje, ktora socjolog Helena Datner tak oceniala: 'Postawa spolecznosci zydowskiej rozmijala sie z odczuciem wiekszosci spoleczenstwa, w ktorym zyli (podkr. J.R.N.). Byla to sytuacja w pelnym, slownikowym tego slowa znaczeniu tragiczna'" (por. B. Szaynok, Polacy i Zydzi lipiec 1944 - lipiec 1946, [w:] Wokol pogromu..., s. 24).
Godny podkreslenia jest dosc smutny fakt, ze skrajne uprzedzenia wielkiej czesci polskich Zydow wobec Armii Krajowej, armii Andersa czy wladz polskich w Londynie byly niestety podzielane rowniez przez duza czesc wplywowych kol zydowskich na Zachodzie. Mozna by dlugo cytowac np. skrajnie oszczercze wystapienia prezesa Amerykanskiej Federacji Zydow Polskich Josepha Tenenbauma z owych lat. By przypomniec chocby jedna z najobrzydliwszych jego wypowiedzi, wygloszona podczas kongresu polskich Zydow w Paryzu w maju 1946 roku: "Glownym winowajca mordow na Zydach w Polsce jest general Anders", ktory "wysyla emisariuszy do Polski, aby wszczynali oni niepokoje przeciwko demokratycznemu rzadowi i jednoczesnie zachecali do krwawych mordow przeciwko ostatnim ocalalym Zydom. (...) Miejsce Andersa jest w Norymberdze, na tej samej lawie, na ktorej siedza jego ideowi bracia - Göring, Rosenberg, Keitel i Streicher" (cyt. za: A. Grabski, Zydzi skazani na komune...).

Sprawiedliwi posrod Zydow
Polemizujac z Grossem, chcialbym, abysmy uchronili sie od nasladowania jego stylu pelnego narodowych fobii i uprzedzen, przypisywania zawsze tylko jak najgorszych rzeczy ogromnej czesci sposrod tak znienawidzonych przez niego Polakow. Dlatego pragne bardzo silnie podkreslic, ze tak dominujacy bardzo silny wplyw postaw prorezimowych wsrod Zydow polskich wynikal z dosc fatalnego zbiegu okolicznosci. Otoz, wykorzystujac stworzone przez wladze w latach 1945-1947 mozliwosci wyjazdu Zydow z Polski, nasz kraj opuszczaly wielkie rzesze Zydow prodemokratycznych i prokapitalistycznych, "wolnorynkowych", jak by to napisal Janusz Korwin-Mikke. Tak powstawala fatalna selekcja negatywna, ktora sprawiala, ze Zydzi pozostali w kraju zostali zdominowani przez te czesc Zydow, ktora z karierowiczostwa lub glupoty wybierala komunizm. Pisalem juz o tym szerzej w "Naszej Polsce" w 1996 roku. Podobnie potraktowal te sprawe kilka lat pozniej historyk Marek J. Chodakiewicz, piszac: "Jeszcze wieksza grupa Zydow dazyla do asymilacji na gruncie rzekomej rownosci wprowadzonej przez komunizm. Oni tez stanowili wiekszosc z 90 tysiecy Zydow, ktorzy po 1947 roku pozostali w Polsce. 'Przede wszystkim komunisci zostali. Wszyscy inni, ktorzy nie byli glupi, wyjechali' - stwierdzila w wywiadzie z Markiem Kurlanskym kobieta 'wywodzaca sie z zydowskiej rodziny komunistycznej w Warszawie'. Podobna opinie wyrazil Wlodzimierz Rozenbaum w opublikowanym w 1991 roku eseju o zydowskich komunistach z Polski. Historyk amerykanski Michael C. Steinlauf stwierdzil wprost, ze 'wielu tych, ktorzy zostali, mialo powody polityczne ku temu; profil ich grupy coraz bardziej przypominal mityczna zydokomune'" (M.J. Chodakiewicz, Zydzi i Polacy 1918-1955, Warszawa 2000, s. 390).
Na tle klamstw Grossa tym wazniejsze jest przypominanie o Zydach postepujacych inaczej niz oszczerczy autor "Strachu" i "Sasiadow", o Zydach dajacych swiadectwo prawdzie. Dlatego kilkakrotnie juz przypominalem cenne swiadectwa Zydow lub Polakow zydowskiego pochodzenia przychylnych Polsce (od F. Mantela, O. Rufeisena, K. Mirskiej, I. Lewina, po L. Tyrmanda i D. Kacnelson i in.), ktorzy przeciwstawiali sie oszczerczym oskarzeniom przeciw Polakom. Przypominalem jakze odmienne od Grossa swiadectwa na temat stosunku Polakow do powstania w getcie warszawskim, historii stosunkow polsko-zydowskich w dobie wojny czy w dobie stalinizmu. Warto rowniez poswiecic wiecej uwagi przypadkom tych Zydow, ktorzy ratowali Polakow w dobie stalinizmu. Nieraz ubolewamy nad zapomnieniem nazwisk jakze wielu Polakow, ktorzy dali z siebie bardzo duzo, by pomoc Zydom w czasie wojny, nieraz nawet placac za to wlasnym zyciem. Rownie wazne jest to, bysmy pamietali o tych Zydach, ktorzy pomagali Polakom w nieludzkich stalinowskich czasach. Choc nie ryzykowali zyciem, ich pomoc byla nieraz bardzo cenna, zwlaszcza gdy zdarzaly sie przypadki uratowania Polakow dzieki swiadectwom zydowskim od niechybnej smierci. (Bylbym wdzieczny Czytelnikom za informacje o nieznanych dotad historiach takich "Sprawiedliwych posrod Zydow").
W tej sprawie odsylam przede wszystkim do udokumentowanego omowienia tej kwestii w cytowanej juz ksiazce M.J. Chodakiewicza (s. 426-432). Podaje on kilkanascie przykladow pomocy Zydow dla Polakow, glownie tych, ktorzy uratowali owych Zydow w czasie wojny. Na przyklad Chodakiewicz pisze (s. 427) o prawdopodobnym uratowaniu od smierci wiosna 1945 r. z rak UB zolnierza AK Pawla Golabka (uratowal go Aleksander Skotnicki-Zajdman). Chodakiewicz wspomina rowniez, ze siostra A. Zajdmana Renata przypuszczalnie uchronila przed natychmiastowym aresztowaniem, a byc moze nawet egzekucja, hrabiego Czerniakowskiego, dzieki swemu swiadectwu o uratowaniu jej w czasie holokaustu. Najprawdopodobniej pod wplywem prosb ocalonych Zydow zamieniono kare smierci na 15 lat wiezienia dla porucznika NSZ Slawomira Modzelewskiego "Lanca" (tamze, s. 428). Gorace wstawiennictwo Zyda doktora Juliusza Kaminskiego spowodowalo zamienienie na dozywocie kary smierci wymierzonej porucznikowi Boguslawowi Denkiewiczowi (tamze, s. 429). Wstawiennictwo adwokat zydowskiego pochodzenia Anieli Steinbergowej (obok ksiedza Prymasa Augusta Hlonda) zapewnilo uratowanie zycia oficerowi NSZ i dzialaczowi ONR Miroslawowi Ostromeckiemu (tamze, s. 430). Z kolei wg historyka Jana Zaryna, zeznanie rodziny Hercbergow uratowanej przez rodzine Kemnitzow, ojca i syna, ocalilo od smierci Edwarda Kemnitza, zolnierza NSZ i tajnej Organizacji Polskiej (wg J. Zaryn, Hierarchia Kosciola katolickiego wobec relacji polsko-zydowskich w latach 1945-1947, [w:] Wokol pogromu kieleckiego, Warszawa 2006, s. 90). Z kolei Czeslawa Fabisiaka, dowodce druzyny NSZ ze wsi Olszewka, uchronil od smierci nadeszly z Izraela list od rodziny zydowskiej uratowanej przez niego w czasie wojny (tamze, s. 90).
Kapitana NSZ Jerzego Konarzewskiego i pieciu jego kolegow z lawy sadowej przed grozba smierci uratowalo w sierpniu 1946 r. wstawiennictwo Juliana Tuwima (por. tekst J. Konarzewskiego W imie pojednania, "Gazeta Wyborcza" z 26 marca 1993 r.). W styczniu 1956 r. dzieki zeznaniom zydowskich swiadkow odstapiono od zasadzenia wyrokow smierci na oficerow NSZ Stefana Karpinskiego i Klemensa Jedrzejczyka (wg M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 432). Ksiadz Szczepan Sobalkowski, naczelny kapelan Okregu Kielce NSZ, w wyniku procesu wytoczonego mu w 1954 roku otrzymal stosunkowo niski wyrok siedmiu lat. Pomoglo mu podanie jako okolicznosci lagodzacej faktu, ze w czasie wojny ukrywal i ocalil zydowska rodzine Walterow (tamze, s. 431).
Jesienia 1945 r. dwoch mlodych ludzi z WiN - Stas Gajewski i Jozef Wyrostek - zdolalo uciec dzieki znajomemu Zydowi Dawidowi, ktory opuscil karabin, nie strzelajac do uciekajacych (tamze, s. 428). W 1946 r. w obronie aresztowanej przez UB z powodu przynaleznosci do NSZ Marii Nachtman wystapila do Bieruta Charlota Frank-Oltramare, przypominajac znaczenie pomocy p. Nachtman dla Zydow ukrywajacych sie w czasie wojny (tamze, s. 430). Wstawiennictwo zydowskiego prominenta Jozefa Parnasa umozliwilo zapobiezenie aresztowaniu podchorazego Bohdana Szuckiego z NSZ (tamze, s. 432). Ksiadz Rudolf Adamczyk we wspomnieniach pt. "Czysciec" (Warszawa 1988, s. 21) pisal o bylym wiezniu PRL, patriotycznym Zydzie, ktory po ucieczce z obozu koncentracyjnego w czasie wojny byl w AK, znal polskie piesni religijne i spiewal je razem ze wspolwiezniami. Ojciec Tomasz Rostworowski w ksiazce "Zaraz po wojnie. Wspomnienia duszpasterza" (Paryz 1986, s. 91) cieplo wspominal swego wspolwieznia, Zyda Ignacego Jacobsona. Warto odwolac sie rowniez do relacji Jerzego Lecha Rolskiego, wygloszonej na ogolnopolskim sympozjum "Zbrodnie stalinowskie wobec Polski" w 1990 roku. Rolski z sympatia wspomnial postac straznika wieziennego - Zyda. Zaprzyjaznil sie z nim, zanim ten nie wyjechal do Izraela. Rolski wspominal: straznik "wyjezdzajac powiedzial, ze nie chce odpowiadac za zbrodnie, jakich Zydzi dokonuja na AK-owcach" (cyt. za: Tropem zbrodni stalinowskich, Staszow 1992, s. 160). Inny godny uwagi przyklad "sprawiedliwego" podal Henryk Nakielski w ksiazce "Jako i my odpuszczamy" (Warszawa 1980, s. 140-141). Opisal tam postac Abrama Josifowicza Margolisa z obozu Wierchotnyje kolo Swierdlowska, wiele pomagajacego Polakom. Wedlug Chodakiewicza (op. cit., s. 432), wniosek lekarzy wieziennych, bedacych z pochodzenia Zydami, umozliwil przeniesienie z wieziennej celi do lazaretu doktora Zygmunta Klukowskiego, dogorywajacego po przesluchaniach. Dzieki temu doszlo do radykalnej poprawy stanu zdrowia dr. Klukowskiego, ktory pozniej zaslynal cytowanymi juz przeze mnie znakomitymi zapiskami wspomnieniowymi z Zamojszczyzny.
Warto wspomniec rowniez o dwoch siostrach, Jasi i Krysi Necman vel Bychawskich, ktore przezyly wojne dzieki pomocy NSZ, a pozniej pomagaly NSZ-owcom, juz jesienia 1944 r. udostepniajac swoje mieszkanie w Lublinie na tajne spotkania NSZ (M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 427).
Pamietac nalezy rowniez o postaciach zydowskiego pochodzenia ze srodowisk naukowych i kulturalnych, ktore odmowily plyniecia "z pradem" sowietyzacji. W kregu naukowcow szczegolnie mocno zaznaczyl sie taka postawa znakomity znawca romantyzmu, historyk literatury prof. Juliusz Kleiner. Zostal on pozbawiony prawa nauczania za otwarte oponowanie przeciwko narzucaniu "postepowej" metodologii. Wsrod ludzi kultury szczegolnie wyroznili sie swa walka przeciw komunizmowi (ale na emigracji) Mieczyslaw Grydzewski i Marian Hemar. Grydzewski juz w czasie wojny zaslynal z upartego nadawania redagowanym przez siebie "Wiadomosciom" londynskim wyraznego nastawienia antykomunistycznego i antysowieckiego. Takze po wojnie, jako naczelny "Wiadomosci", byl powszechnie uznawany za "niezlomnego z Londynu" ze wzgledu na nadzwyczaj twardy kurs wobec wszelkich przejawow kolaboracji z komunizmem. Marian Hemar wpisal sie na zawsze w pamiec sluchaczy Radia Wolna Europa jako tworca i realizator slynnego antykomunistycznego kabaretu politycznego. Jedna z najwiekszych postaci tworczych emigracji byl pisarz i eseista pochodzenia zydowskiego Gustaw Herling-Grudzinski. Identyfikowal sie on w pelni z polskoscia, ostro odrzucajac nachalna probe przypomnienia mu o "korzeniach zydowskich" przez redaktorki "Gazety Wyborczej". Swoja wspaniala tworczoscia zasluzyl sobie na szczegolnie piekne wspomnienia u polskich czytelnikow.
Ze wzgledu na wspomniana juz selekcje negatywna wsrod Zydow pozostalych w kraju nie byla zbyt liczna grupa osob przesladowanych za opozycyjnosc (historyk z Zydowskiego Instytutu Historycznego August Grabski pisal o "nielicznych przykladach Zydow w Polsce po holocauscie o pogladach wrogich komunizmowi" w "Gazecie Wyborczej" z 16-17 wrzesnia 2006).
Warto docenic jednak rowniez i te osoby posrod Zydow i Polakow zydowskiego pochodzenia, ktore maksymalnie staraly sie unikac zaangazowania po stronie rezimu. Tym samym rezygnowaly one bowiem z bardzo duzych szans przyspieszenia kariery w czasach ogromnie ulatwiajacych takie kariery prorezimowym Zydom. Szczegolnie wymowne pod tym wzgledem bylo zachowanie najwiekszego talentu posrod zydowskich tworcow literackich po wojnie - Leopolda Tyrmanda. Pomimo wszelkich namow Tyrmand konsekwentnie odrzucal wszelkie proby wciagniecia go na prorezimowe sciezki stalinowskich "inzynierow dusz". Takiej "bezkompromisowej postawy za nic mu nie mogli darowac twardzi zydowscy towarzysze. Wedlug wspomnien Ireny Szymanskiej, kiedys sam Jerzy Borejsza, chwyciwszy Tyrmanda za krawat, zaczal wrzeszczec: "Jak czlowiek jest Zyd, to ma byc madry, a nie glupi!" (cyt. za: K. Kakolewski, W obronie Tyrmanda, wywiad udzielony Krystianowi Brodackiemu, "Tygodnik Solidarnosc" z 17 grudnia 1993 r.). Tyrmand pozostal konsekwentny. Po wydostaniu sie z Polski na Zachod opublikowal tam m.in. bardzo ostro antykomunistyczna ksiazke "Cywilizacja komunizmu", m.in. gwaltownie pietnujaca Zydow politrukow i ubekow.
Choc dzis najblizsze sa nam na pewno postacie opozycji niepodleglosciowej, warto wspomniec o majacym wyraznie nonkonformistyczne poglady wsrod partyjnych towarzyszy plk. Leonie Gecowie, publikujacemu wczesniej humanistyczne teksty pod pseudonimem Pawel Konrad (zostal on podobno zatluczony na smierc w czasie sledztwa).
Niedawno rozmawialem z bardzo inteligentnym obserwatorem wydarzen powojennych, pochodzacym wprawdzie z rodziny zydowskiej, ale w pelni czujacym sie duchowo wylacznie Polakiem i gorliwym katolikiem. Dosc zlosliwie okreslil on bardzo slaba pozycje ludzi pochodzenia zydowskiego w antyrezimowej opozycji niepodleglosciowej, mowiac: "Bylo tej opozycji tyle, co kot naplakal". Na pewno przesadzil z az takim lekcewazeniem tej czesci opozycji, ale rzeczywiscie niewiele jest znanych nazwisk osob pochodzenia zydowskiego wsrod kregow opozycji niepodleglosciowej pierwszych lat powojennych. Marek J. Chodakiewicz zalicza do tego typu osob m.in. skazanego w listopadzie 1948 r. na 6 lat wiezienia dzialacza PPS-WRN Ludwika Kohna, dlugo wiezionego w PRL-u AK-owca Kazimierza Leskiego ("Bradla") i zolnierza AK, sekretarke Mikolajczyka, Marie Hulewicz, skazana na wieloletnie wiezienie (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 437).
Chodakiewicz pisze rowniez o dzialajacym w konspiracji az do rozbicia w 1950 r. przez UB antykomunistyczym syjonistyczno-rewizjonistycznym Zydowskim Zwiazku Wojskowym. Tym samym, ktory odegral najwieksza role w czasie powstania w getcie warszawskim, by potem zostac calkowicie przemilczanym na korzysc lewicowej Zydowskiej Organizacji Bojowej M. Anielewicza. Generalnie, opozycja antyrezimowa osob wywodzacych sie ze srodowisk zydowskich byla jednak bardzo niewielka. Gdyby bylo inaczej, Gross na pewno zrobilby z niej glowna sile opozycji antykomunistycznej po 1944 roku. A tak calkowicie o niej milczy.
 
Nowe falsze Grossa (20) - Antypolski separatyzm!
 
Mozna doprawdy podziwiac latwosc, z jaka Gross wypowiada najabsurdalniejsze, najbardziej odlegle od prawdy sady. By przypomniec tu chocby jego tak bezczelne lgarstwo na temat Zydow w II RP.
Wedlug Grossa (s. 242): "Polscy Zydzi byli najbardziej przestrzegajaca prawo i wspierajaca panstwo spolecznoscia w Polsce miedzywojennej". Wczesniej na s. 198 Gross twierdzil, ze po 1918 r. Zydzi w ich politycznym zachowaniu ucielesniali "panstwowotworczy element". Klamliwe uogolnienie Grossa wywolalo sprzeciw nawet u jego panegirysty prof. Piotra Wrobla z Toronto, znanego ze skrajnej prozydowskiej tendencyjnosci. Tak sie zlozylo jednak, ze Wrobel sam zajmowal sie niegdys badaniem historii Polski po 1918 r. Stad szybko dostrzegl, jak mocno przeholowal Gross, i napisal: "Gross nazywa mniejszosc zydowska jednym z najbardziej 'panstwowotworczych elementow' II RP. Nie wiem, czy zgodzilaby sie z tym ludnosc zydowska z niektorych regionow - np. z Wilenszczyzny, Bialegostoku i ze Slaska - ktora, szczegolnie na poczatku okresu miedzywojennego, nie ukrywala, ze nie chce nalezec do Polski" (P. Wrobel: Mord i strach, "Gazeta Wyborcza", 29-30 lipca 2006).

"Krajowi cudzoziemcy"
Uogolnienia Grossa o Zydach jako "jednym z najbardziej panstwowotworczych elementow" po 1918 r. warto porownac np. z opinia przebywajacego od 1940 r. w USA wybitnego socjologa zydowskiego pochodzenia Aleksandra Hertza: "Masy tego zydostwa przyjely fakt powstania panstwa polskiego jako cos nieoczekiwanego, niezbyt zrozumialego, przyjely go nieufnie, powatpiewajaco. W tym sensie Zydzi w roku 1918 byli krajowymi cudzoziemcami" (A. Hertz: "Zydzi w kulturze polskiej", Paryz 1961, s. 194).
Warto przypomniec, ze juz w czasie I wojny swiatowej - w 1914 r. - w srodowiskach Zydow polskich i niemieckich powstal projekt Judeopolonii, tj. buforowego panstewka, zaleznego od Niemcow i zdominowanego przez Zydow, rozczlonkowujacego ludnosc polska. (por. J.R. Nowak: Dzieje grzechow (I), "Nasza Polska" z 28 marca 1996 r.). Jeszcze w 1919 r. ten projekt zostal z prawdziwym oburzeniem potepiony podczas I Zjazdu Zjednoczenia Polakow Wyznania Mojzeszowego w referacie inz. Kazimierza Sterlinga (por. J.R. Nowak, "Przemilczani obroncy Polski", Warszawa 2002, s. 32-33). Niestety, tacy patrioci polscy jak Sterling - tzw. asymilatorzy, nalezeli do wyraznej mniejszosci; stanowili tylko 10 proc. ogolu polskich Zydow. Wydali jednak wiele pieknych postaci zasluzonych w walkach o niepodleglosc Polski, glownie w Legionach Pilsudskiego. Pisze o tym szerzej w tomiku "Przemilczani obroncy Polski". Niestety, postawa wielkiej czesci Zydow uderzala w polskie interesy narodowe w czasie walk o granice w latach 1918-1920. Wyrazilo sie to w poparciu przez wiekszosc z nich dla Niemcow w Poznanskiem, dla Litwinow w Wilnie czy nawet w Bialymstoku, a we Lwowie dla Ukraincow.
Przypomnijmy najpierw za slynnym zydowskim historykiem Ezra Mendelsohnem postawe Zydow w Poznanskiem. Zgermanizowani syjonisci utworzyli w Poznaniu narodowa rade (Volksrat) w 1918 roku. Niechetnie nastawieni do nowego ukladu wladzy w Poznanskiem, w ktorym rzady przechodzily do Polakow, domagali sie narodowej autonomii dla malej mniejszosci zydowskiej w bylym zaborze pruskim (por. E. Mendelsohn: "Zionism in Poland. The Formative Years, 1915-1926", New Heaven, London 1981, s. 105). Warto tu przypomniec, ze jeszcze w 1910 roku w Poznanskiem na 26 tys. 422 Zydow 26 tys. 400 podalo sie przy spisie ludnosci za Niemcow, a tylko 22 za Polakow (wg M. Steckiej: "Zydzi w Polsce", Warszawa 1921, s. 45).

Odebrac Bialystok Polsce!
Dla Polakow szczegolnie oburzajace bylo zachowanie Zydow w Bialymstoku, przeciwstawiajace sie przynaleznosci tego miasta do Polski. Historyk Zbigniew Zaporowski pisal w wydanej w 1992 roku ksiazce o Sejmie RP 1919-1939: "Niepodlegla Polska - jak sie wydaje - byla szokiem dla szerokich rzesz spoleczenstwa zydowskiego, zwlaszcza tzw. litwakow, wychowywanych przez rosyjska szkole i administracje w duchu co najmniej obojetnosci, zeby nie powiedziec wrogosci do Polski i Polakow" (Z. Zaporowski, "Sejm Rzeczypospolitej Polskiej 1919-1939", Lublin 1992, s. 159). Zaporowski stwierdzal, ze niezadowolenie wspomnianej czesci Zydow z powstania niepodleglej Polski "owocowalo malo sensownymi, a drazniacymi projektami, np. postulatem wysunietym przez gmine bialostocka przylaczenia Bialegostoku do Litwy, czy tez protestem zydowskich mieszkancow tego miasta przeciwko uznaniu ich za obywateli polskich, poniewaz uznali, ze przynaleznosc tego miasta nie jest jeszcze zadecydowana (1919 r.)" (tamze, s.160).
Wspomniany juz historyk P. Wrobel pisal: "Jeszcze w 1918 roku, a pozniej w pierwszych miesiacach 1919 r. (...) grupa dzialaczy zydowskich wysunela idee stworzenia z Bialegostoku wolnego miasta lub wlaczenia go do Litwy, tak jak to bylo w granicach wytyczonych przez traktat brzeski. Niektorzy politycy zydowscy uwazali, ze wewnatrz panstwa litewskiego byliby rownorzedna grupa etniczna wobec niewiele liczniejszych Polakow i Litwinow" (P. Wrobel, Na rowni pochylej. Zydzi Bialegostoku w latach 1918-1939: demografia, ekonomika, dezintegracja, konflikty z Polakami, "Studia Podlaskie" 1989, t. II, s. 192-193).
Zajadla niechec bialostockich srodowisk zydowskich do pozostawania ich miasta w obrebie granic Rzeczypospolitej wyrazala sie na przerozne sposoby. Znalazla np. wyraz jesienia 1919 r. w ostrym protescie skierowanym do Ministerstwa Spraw Wojskowych przeciw poborowi do armii polskiej. Jako argument numer jeden podano stwierdzenie: "Wschodnie granice Polski nie sa jeszcze ostatecznie ustalone i los Bialegostoku nie jest przesadzony" (tamze, s. 193). Innym wyrazem niepogodzenia sie ludnosci zydowskiej Bialegostoku z przynaleznoscia tego miasta do Polski bylo zbojkotowanie przez Zydow wyborow do bialostockich wladz miejskich w 1919 roku (por. tamze, s. 196). Jeszcze 7 pazdziernika 1919 r. zydowska gazeta "Naje Lebn" twierdzila w artykule "Los Bialegostoku", ze pomimo zatwierdzenia przez polski Sejm przynaleznosci Bialegostoku do Polski sprawa ta wcale nie jest rozstrzygnieta (por. tamze, s. 193).
Szczegolnie szokujace byly wydarzenia w 1920 roku po wkroczeniu wojsk sowieckich do Bialegostoku, gdzie natychmiast zabrano sie do dyskryminowania Polakow na rzecz zydowskich nacjonalistow. Swiadczy o tym swiadek, ktorego trudno zakwestionowac - sam Julian Marchlewski, przewodniczacy samozwanczego rzadu prosowieckiego. Marchlewski, znany z ostrego potepienia wszelkich form antysemityzmu, autor ksiazeczki "Antysemityzm a robotnicy" (1913), nie ukrywal zniesmaczenia zachowaniem sie duzej czesci bialostockich Zydow w pierwszych dniach po wejsciu tam armii sowieckiej. Jak pisal w tekscie "Rosja proletariacka a Polska burzuazyjna": "Po wkroczeniu Armii Czerwonej [do Bialegostoku - J.R.N.] popelniono tu jeden (...) z bledow (...) w miescie, w ktorym niewatpliwie ludnosc polska stanowi wiekszosc, w pierwszych dniach w urzedach uznawano tylko jezyk rosyjski i zydowski, powierzano stanowiska tylko tym, ktorzy tym jezykiem wladali (...). Zle tez bylo pod tym wzgledem, ze przed przybyciem TKRP [Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polskiego - J.R.N.] wydzial oswiaty zostal chwilowo opanowany przez nacjonalistow zydowskich, ktorzy tam wyprawiali rozne brewerie. Dowiedzieli sie oni o statucie Ludowego Komisariatu Oswiaty w Rosji, w ktorym przewidziane jest istnienie sekcji 'mniejszosci narodowych', wiec urzadzili sobie w Bialymstoku 'sekcje polska', uwazajac widocznie, ze Polacy maja tu byc traktowani jako owa 'mniejszosc'; czy 'wiekszoscia' w ich mniemaniu mieli byc Zydzi, czy moze wyobrazali sobie, ze za jezyk 'wiekszosci' bedzie uwazany jezyk rosyjski, nie wiadomo" (cyt. za J. Marchlewski, "Pisma wybrane", Warszawa 1956, tom II, s. 768, 773).
Warto porownac ten opis zachowania zbolszewizowanych Zydow w Bialymstoku w 1920 r. z klamliwym uogolnieniem Grossa ("Fear", s. 62): "Zydzi byli zawsze lojalnymi obywatelami. Tradycyjnie traktowali panstwo jako obronce przeciw potencjalnym agresjom ksenofobicznych sasiadow".

Dlaczego poparli Ukraincow?
Z kolei wsrod Zydow w Galicji wyraznie dominowaly nastroje proukrainskie i niechetne Polsce. Czolowym rzecznikiem opcji proukrainskiej byl Israel Waldman. Zarowno on, jak i inny wybitny polityk galicyjski Leo Reich (prezes Rady Narodowej Zydowskiej Wschodniej Galicji, wielokrotny posel do parlamentu) glosili, ze zarowno Zydzi, jak i syjonizm zyskaja lepsze warunki rozwoju wewnatrz ukrainskiej struktury panstwowej. Leo Reich tak wyjasnial 4 kwietnia 1919 r. na lamach "Izraelitischen Wochenblatt für Schweis" przyczyny proukrainskich sympatii wsrod Zydow: "(...) Musimy jednak nalegac, aby zamieszkane w wiekszosci przez Ukraincow obszary nalezaly do Ukrainy, nie tylko w imie sprawiedliwosci, lecz i we wlasnym interesie. Sytuacja nasza na Ukrainie bedzie bowiem o wiele lepsza niz w Polsce, gdyz Ukraincy nas potrzebuja. Bedzie to mialo miejsce zwlaszcza w najblizszych 40-50 latach. Ukraincy, majac malo inteligencji, beda nas potrzebowali do handlu, bankowosci, urzedow itd. We wlasnym interesie musza wiec protegowac zydowska inteligencje. (...) W Polsce moga ulec Zydzi o wiele latwiej asymilacji, poniewaz kultura polska jest badz co badz silna. Inaczej ma sie rzecz na Ukrainie, gdyz ukrainska kultura w stosunku do zydowskiej jest minimalna. Zadnemu Zydowi nie przyszloby do glowy zasymilowac sie z Ukraincami".
Nawet po decydujacej klesce Ukraincow w bojach z Polakami wielu Zydow galicyjskich odnosilo sie z niechecia do propolskiej orientacji. Jak pisal Ezra Mendelsohn: "Niemalo syjonistow mialo nadzieje na niepodlegly okrag Wschodniej Galicji pod kontrola Ligi Narodow czy w charakterze mandatu jednego z Wielkich Mocarstw zamiast bezposredniego zwiazku z Warszawa (...)" (E. Mendelsohn, "Zionism...", s. 99).
Warto w tym kontekscie przypomniec uwagi dyplomaty wloskiego Eugenio Realego, znanego z wnikliwosci jego polskich obserwacji (Reale byl w 1945 r. wloskim ministrem spraw zagranicznych, a od wrzesnia 1945 do lutego 1947 r. ambasadorem Wloch w Warszawie). W skierowanym do wloskiego MSZ obszernym opracowaniu na temat problemu zydowskiego w Polsce (z 5 lipca 1946 r.) Reale pisal m.in.: "Po zawarciu pokoju w Brzesciu Litewskim Zydzi polscy prowadzili w dalszym ciagu akcje antynarodowa, popierajac niepodleglosc Ukrainy i przylaczenie do niej polskiego terytorium Chelma. Po zakonczeniu wojny wystepowali przeciwko zajeciu przez Polakow Gdanska, Poznania, Opola, Cieszyna, Lwowa, Wilna (...) Antysemityzm polski jest przede wszystkim uczuciowy i wsrod przyczyn, ktore wywolaly jego powstanie, moze najwazniejsze bylo owo obojetne, a nawet wrogie stanowisko Zydow wobec problemow narodowych Polski; tego rodzaju postawa musiala z koniecznosci budzic oburzenie narodu tak sentymentalnego, jak narod polski" (E. Reale, "Raporty. Polska 1945-1946", Paryz 1968, s. 200-201).
Jakze smutny byl fakt, ze tylko mniejszosc polskich Zydow, glownie z nurtu tzw. asymilatorow, aktywnie wspierala polskie boje o granice. Jak wynika z przeroznych zrodel, przewazajaca czesc polskich Zydow zachowywala obojetne lub wrecz niechetne stanowisko wobec wizji niepodleglosci Polski. By przytoczyc tu chocby tak wymowna relacje z pamietnikow Jozefa Dominika Kloczowskiego (ojca znanego dzis historyka, prof. KUL-u Jerzego Kloczowskiego). Czytamy tam o sytuacji w Warszawie w pazdzierniku 1918 roku: "U nas w SGGW nie bylo przeciw wstapieniu do wojska opozycji (...) Gdy dyskusja trwala, przyniesiono wiesc z miasta, ze ogromna czesc mlodziezy - wszyscy Zydzi i czesc zagorzalych socjalistow - nie chce absolutnie isc do wojska, nie chce uchwalic wniosku o zawieszenie studiow". Zapytajmy p. Grossa: czy to byla postawa "panstwowotworcza"? Wielka czesc polskich Zydow nie widziala zadnej motywacji do walki o Polske, giniecia za granice panstwa, z ktorego interesami sie nie utozsamiala. Szokujaco pod tym wzgledem wygladaly informacje podane przez profesora Waclawa Sobieskiego, czlonka Polskiej Akademii Umiejetnosci, w III tomie jego glosnych "Dziejow Polski". Otoz wsrod zbieglych na Gorny Slask, a nastepnie wydanych wladzom polskim bylo 202 dezerterow, w tym 193 Zydow, 411 uchylajacych sie od poboru wojskowego, w tym 398 Zydow, 328 dzialajacych na szkode panstwa polskiego, w tym 325 Zydow (por. W. Sobieski, "Dzieje Polski", t. III 1864-1938, Warszawa 1938, s. 251).
Dodajmy do tego nader destrukcyjna role przywodcy poslow zydowskich z Kongresowki Icchaka Grünbauma. W odroznieniu od szukajacych porozumienia z polskimi politykami poslow zydowskich z Galicji, zajmowal on wciaz skrajnie nieprzejednana postawe. Wlasnie Grünbaum odegral szczegolnie duza role w stworzeniu, glownie we wspoldzialaniu z dzialaczami z niemieckiej mniejszosci,
tzw. Bloku Mniejszosci Narodowych. W zadnym razie nie bylo to nic "panstwowotworczego", wrecz przeciwnie. Wspomniany juz historyk zydowski E. Mendelsohn twierdzi w odniesieniu do czasow II RP, ze "najbardziej naturalnym sojusznikiem Zydow" byla inna rozproszona w Polsce narodowosc - Niemcy (E. Mendelsohn, "Zionism...", s. 135). Otoz tego typu sojusznik Zydow mogl budzic tylko tym wieksza zrozumiala nieufnosc po stronie polskiej i podejrzenia co do sily poczucia "panstwowotworczego" wsrod Zydow.

Mit o biednych Zydach
Gross przedstawia Amerykanom Zydow polskich z pierwszych lat po 1944 r. jako wyjatkowo nieszczesliwa, wybiedzona, wegetujaca spolecznosc, wciaz przesladowana przez grabiezczych Polakow, nieznajacych granic w swej chciwosci. Na s. 125 "Strachu" Gross pisze, ze "zydowska ludnosc w powojennej Polsce zyla w ubostwie, byla wychudzona, chora i pelna urazu". Wedlug Grossa, sprawy osiagnely stan krytyczny, gdy doszlo do naglego naplywu zydowskich repatriantow ze Zwiazku Sowieckiego, "rownie wybiedzonych i wyczerpanych" (s. 125). Gross powtarza dalej stwierdzenia o "smutnych, przygnebionych, przybitych" Zydach, "zyjacej w nedzy i chorej ludnosci" (s. 126). Te generalizacje Grossa maja sluzyc do wywolania tym wiekszego wspolczucia Amerykanow dla "biednych, wynedznialych Zydow", przesladowanych przez Polakow. Warto je porownac z zupelnie odmiennymi ocenami, opartymi na udokumentowanych relacjach z owych lat. Wedlug tych swiadectw, przynajmniej czesc Zydow w tamtym okresie nie nalezala wcale do szczegolnie wybiedzonych, lecz cieszyla sie uprzywilejowanym statusem. Na przyklad historyk Jedrzej Chominski pisze, iz: "W wielu zakladach wrogosc robotnikow wobec Zydow wynikala z ostentacyjnego preferowania ich na stanowiska kierownicze" (J. Chominski, Strajki robotnicze w Polsce 1945-1948, w: "Studia i materialy z dziejow opozycji i oporu spolecznego", t. 1 pod red. L. Kaminskiego, Wroclaw 1998, s. 20). Historyk z IPN Lukasz Kaminski pisze: "Niechec do Zydow nie wyplywala przewaznie z uprzedzen rasowych czy religijnych. Stali sie w oczach polskiego spoleczenstwa symbolami obcej, narzuconej wladzy. Zydzi ucielesniali jej przedstawicieli - oficera UB czy PPR-owca. Niechec te poglebial wyzszy status ekonomiczny Zydow, otrzymujacych wsparcie od licznych organizacji diaspory" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: L. Kaminski, "Strajki robotnicze w Polsce w latach 1945-1948", Wroclaw 1999, s. 46). Inny historyk - Stefan Ciesielski - pisal, iz: "Robotnicy (...) pragneli widziec kolo siebie Zyda jako partnera, wspolpracownika przy warsztacie produkcyjnym, a nie jako dyrektora, administratora, wysokiego funkcjonariusza panstwowego, handlowca czy wreszcie niepracujacego, nieproduktywnego osobnika, ktory pobieral z roznych instytucji miedzynarodowych, czy tez rodzimych panstwowych, roznorodne zasilki, ktorych wielkosc byla otoczona z zasady tajemnica. (...) W odczuciu polskich sasiadow rodzin zydowskich, prowadzily one zywot pasozytniczy. W sierpniu 1945 roku w Lodzi na przeszlo 20 tysiecy zamieszkujacych wowczas Zydow, wedlug informacji KL PPR, ani jeden nie byl zatrudniony bezposrednio przy warsztacie produkcyjnym w fabryce. Jezeli niektorzy pracowali w przemysle, to na stanowiskach kierowniczych albo w administracji zakladowej. Sposrod tej liczby 9 tysiecy, szczegolnie mlodziezy zydowskiej, bylo zarejestrowanych jako bezrobotni. W tym samym czasie wladze szkolne wysylaly dzieci do akcji zniwnej, co wywolywalo komentarze typu - a dlaczego zamiast dzieci nie zatrudniano bezrobotnych Zydow?" (por. S. Ciesielski, Nastroje strajkowe wsrod robotnikow w Polsce w latach 1945-1946, "Dzieje Najnowsze", 1989, nr 1, s. 112-115). Ciesielski pisal rowniez: "Razila tez szerokie rzesze rzucajaca sie na zewnatrz wyzsza stopa zyciowa ludnosci zydowskiej [podkr. - J.R.N.]. Potocznie sadzono, ze jest ona efektem bezkarnych naduzyc gospodarczych popelnianych przez Zydow. (...) Powracajacy Zydzi izolowali sie czesto od srodowisk polskich, zajmujac wydzielone specjalnie dla nich kompleksy zabudowan, nie podejmowali natomiast pracy zarobkowej" (por. tamze, s. 116). Znamienne, ze Gross calkowicie pomija sprawe napiec wynikajacych z powyzej opisanego statusu ekonomicznego duzej czesci Zydow, wszystko zrzucajac na karb rzekomego "polskiego antysemityzmu".
Marek J. Chodakiewicz powoluje sie na "dokument komunistyczny" - sprawozdanie instruktora Wydzialu Okr. Org. KC St. Brodzinskiego z przeprowadzonej w dniach 12-18 sierpnia 1945 r. inspekcji na terenie miasta Lodzi. W sprawozdaniu tym mozna bylo przeczytac m.in.: "Kierownicy wydzialow personalnych w wiekszosci sa Zydami, ktorzy usuwaja z lepszych stanowisk Polakow i wsadzaja Zydow. (...) Jest faktem, ze Zydzi na terenie Lodzi otrzymali wszyscy karty zywnosciowe pierwszej kategorii (w odroznieniu od Polakow. Zostala rowniez wybrana komisja do sprawdzenia naduzyc w Opiece Spolecznej, ktora wyplacila Kom(itetowi) Zydowskiemu na polecenie Ministerstwa 1 milion zl(otych), ktory zostal podzielony przez tenze Kom(itet) Zydowski miedzy 64 rodziny zydowskie. Natomiast z tej samej Opieki Spolecznej nie mozna otrzymac pieniedzy dla sierot i powracajacych z obozu" (cyt. za M.J. Chodakiewicz, "Zydzi i Polacy 1918-1945", Warszawa 2000, s. 511).
Chodakiewicz powolal sie rowniez na raport zydowskiej organizacji w odniesieniu do sytuacji na Slasku w sierpniu 1945 r. Mozna tam bylo przeczytac, iz: "Wszyscy prawie Zydzi zyja z dnia na dzien, nie interesuja ich piekne mieszkania, komfortowe meble, drogie maszyny, jakie otrzymywali bezplatnie, mysla o tym, jak najlepiej spieniezyc to wszystko i wyjechac albo za granice, albo tez do drugiej miejscowosci w Polsce, azeby ten szaber powtorzyc" (tamze, s. 514). Chodakiewicz powolal sie rowniez na ocene doktora Hermana Parnasa, wypowiedziana podczas narady przewodniczacych, zawarta w materialach CKZP z lipca 1946 r.: "My sami Zydzi jestesmy wspolwinni w potegowaniu antysemityzmu. Zachowanie sie nasze jest czasem razace. Mam tu na mysli zydowskich waluciarzy, spekulantow, szabrownikow, bawiacych sie wesolo w najdrozszych lokalach wiekszych miast, co, rzecz jasna, rzuca sie w oczy. Zydzi potrafia sprzedawac cudze zydowskie domy... A wiec upadek moralnosci i etyki" (cyt. tamze, s. 514).
Warto tu wspomniec o dzis znanej juz szerzej aferze nielegalnego przejmowania i sprzedawania pozydowskich domow w Jedwabnem na rzecz szajki aferzystow zorganizowanej przez Eliasza Gradowskiego, Chaima Sroszke i Tadeusza Zarzeckiego (por. szerzej: "Wokol Jedwabnego", pod red. P. Machcewicza i K. Persaka, Warszawa 2002, t. 2, s. 379-388, 392-413, 422-424). W aferach posredniczyl Eliasz Trokenheim, kierownik referatu sledczego w Lodzi (por. tamze, s. 379). Do podobnej afery z udzialem grupy zlozonej przewaznie z Zydow, w tym funkcjonariusza WUBP w Bialymstoku Samuela Fabera, doszlo na terenie Bialegostoku (por. tamze, s. 379-380).

Od Kresow po Kielce
Przedstawione w moim cyklu artykuly wcale nie wyczerpaly pelnego opisu rozmiarow zafalszowan i cynicznych przemilczen J.T. Grossa w jego "Strachu". Niektore sprawy podejmowane w cyklu omowie znacznie szerzej w przygotowywanej do druku ksiazce "Nowe falsze Grossa", m.in. sprawe dzialan policji zydowskiej i Judenratow, roli komunistow zydowskich w stalinizacji Polski i innych krajow Europy Srodkowowschodniej. Tam tez znajdzie sie opis tej czesci falszow Grossa, ktore postanowilem pominac w moim cyklu artykulow prasowych. Mysle tu przede wszystkim o opisywanej przeze mnie juz kilka lat temu w "Naszym Dzienniku" sprawie calkowicie przemilczanej przez Grossa kolaboracji wielkiej czesci Zydow na Kresach z Sowietami w latach 1939-1941. Kolaboracja ta miala bardzo znaczacy wplyw na pogorszenie stosunku Polakow do Zydow, i na tym tle tym bardziej skandaliczne jest calkowite przemilczenie jej w ksiazce Grossa. Ksiazce majacej rzekomo tlumaczyc zrodla wzajemnej niecheci miedzy Polakami a Zydami. Przypomne tu tylko jakze wymowne stwierdzenia prof. Normana Daviesa z 1987 r.: "Wsrod kolaborantow, ktorzy przybyli, aby pomagac sowieckim silom bezpieczenstwa w wywozce wielkiej liczby niewinnych mezczyzn, kobiet i dzieci na odlegle zeslanie i przypuszczalnie smierc, byla nieproporcjonalnie wielka liczba Zydow. Po drugie zas wiesci o okolicznosciach towarzyszacych deportacjom przyczynily sie do pogorszenia stosunkow polsko-zydowskich w innych czesciach okupowanej Polski" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: N. Davies: An Exchange, "The New York Review of Books", 9 kwietnia 1987).
Pomine tu rowniez opis zafalszowan bardzo szeroko omawianej przez Grossa w "Strachu" zbrodni kieleckiej z 4 lipca 1946 r. Kulisy tej zbrodni szczegolowo omawialem juz na lamach "Naszego Dziennika" na przelomie czerwca i lipca biezacego roku. W wersji ksiazkowej odniose sie szerzej do twierdzen Grossa, zawierajacych bardzo tendencyjny opis zbrodni kieleckiej jako rzekomego krwawego wybuchu polskiego antysemityzmu. Gross pomija przy tym na ogol jakze liczne dowody na to, ze zbrodnia kielecka byla zbrodnia komunistyczna. Wspomne tu tylko pare opinii o zbrodni kieleckiej, ktore nie byly przedstawiane w moim czerwcowym cyklu. Pierwsza z nich to opinia znanego dzialacza syjonistycznego, jednego z tworcow Zydowskiej Organizacji Bojowej - Icchaka Cukiermana "Antka". Na wiesc o popelnionej na Zydach zbrodni w Kielcach Cukierman natychmiast udal sie do tego miasta i mogl bezposrednio przeprowadzic liczne rozmowy na temat domniemanych kulis zbrodni. W swoich wspomnieniach Cukierman stwierdzil: "Mysle, ze w Kielcach odpowiedzialnymi za pogrom byli miejscowi komunisci (...) O udziale UB w pogromie moglem wnioskowac, bez watpliwosci, z symptomow braku reakcji ze strony sil bezpieczenstwa. To znaczy, oni byli wsrod czynnikow odpowiedzialnych za te rzez (...) Ow Sobczynski i jego ludzie, ktorzy pomogli przygotowac pogrom, nie staneli nigdy przed sadem" (por. I. Cukierman "Antek": "Nadmiar pamieci. Siedem owych lat. Wspomnienia 1939-1946", Warszawa 2000, s. 397, 419). Znamienne, ze Gross, chetnie powolujacy sie na wspomnienia Cukiermana na temat zbrodni kieleckiej, calkowicie przemilcza jego twierdzenia o odpowiedzialnosci komunistow i UB za te zbrodnie.
Przypomne tu rowniez dzis juz zupelnie zapomniana, a dosc znamienna opinie dziennikarza zydowskiego pochodzenia Kazimierza Zyberta, przytoczona w wydanej w 1992 r. ksiazce Ruty Pragier: "Zydzi czy Polacy": "Pogrom kielecki. Nie ma dowodow, ale wiele poszlak na to wskazuje, ze byla to ubecka prowokacja. A kto byl na wierchuszce w UB? Podobno Zydzi (...) Rzecz w tym, ze ci ludzie w ogole nie mieli skrupulow - zwyczajni bandyci". (R. Pragier, "Zydzi czy Polacy", Warszawa 1992, s. 179-180).
I jeszcze jedna ocena wyszla spod piora publicysty Stefana Bratkowskiego, znanego skadinad ze skrajnego filosemityzmu, rzecznika tezy o zbrodni kieleckiej jako wyniku dzialan NKWD. W poswieconej dziejom stosunkow polsko-zydowskich ksiazce "Pod wspolnym niebem" Bratkowski powolal sie na film dokumentalny Andrzeja Milosza "Henio", jednoznacznie akcentujacy wersje o komunistycznych sprawcach zbrodni - w oparciu o relacje rzekomo porwanego w 1946 r. syna konfidenta bezpieki Henryka Blaszczyka. Warto tu przypomniec swego rodzaju puente S. Bratkowskiego na temat kulis zbrodni kieleckiej z 1946 roku. "Zachod przyznajmy, uwierzyl we wszystko. Chcial uwierzyc. Pogrom kielecki udowodnil, ze Polacy zasluzyli na swoj los i nalezalo ich zostawic Sowietom" (S. Bratkowski, "Pod wspolnym niebem", Warszawa 2001, s. 198).
Zdumiewa fakt, ze prokurator Krzysztof Falkiewicz, decydujac o umorzeniu sledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej i twierdzac, ze najprawdopodobniej byla ona wynikiem spontanicznego wybuchu antysemityzmu, calkowicie przemilczal niektore niepasujace mu fakty. Przypomne tu jeden z nich bardzo znamienny, a dzis dziwnie przemilczany. Mam oto przed soba wycinek z "Zycia" z 4 lipca 2001 r. Zawiera on informacje zatytulowana: "Mowi swiadek: Mord zaplanowali ubecy". W podtytule dodawano: "Instytut Pamieci Narodowej bedzie kontynuowac sledztwo w sprawie pogromu kieleckiego". W tekscie czytamy m.in.: "Sledztwo bylo kontynuowane podczas zawieszenia dzialalnosci Glownej Komisji. W tym czasie 'gromadzono nieznane wczesniej dowody, m.in. przesluchano swiadka - bylego kierowce Wojewodzkiego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego w Kielcach, ktory poinformowal o tresci rozmow, ktore uslyszal, wozac samochodem sluzbowym funkcjonariuszy tego urzedu. Z relacji swiadka wynika, ze zdarzenia w budynku przy ul. Planty 7 mialy zostac zaplanowane i wywolane przez funkcjonariuszy Urzedu Bezpieczenstwa w Kielcach, a nastepnie wymknely sie spod ich kontroli' - pisze IPN". Zapytajmy prokuratora Falkiewicza, dlaczego calkowicie pominal sprawe zeznania tak waznego swiadka w swym umorzeniu sledztwa z 21 pazdziernika 2004 r.? Czy zrobil tak dlatego, ze tego typu zeznania sprzeczne byly z odpowiednia "poprawna politycznie" wizja zbrodni kieleckiej, jakiej przypuszczalnie oczekiwali zarzadzajacy wowczas resortem sprawiedliwosci politycy postkomunistyczni? Ciekawe, co o tym sadza dzisiejsi szefowie IPN?

Jak gen. Jaruzelski donosil na "antysemitow"
Inna sprawa ogromnie zafalszowana przez Grossa. Ukazuje on Zydow jako nieszczesliwe ofiary systemu komunistycznego w Polsce, przedstawiajac jako koncowy etap rzekomej "gehenny" w PRL wygnanie Zydow z Polski przez Gomulke w latach 1968-1969 ("Fear", s. 243). Pisze, ze uczynilo to Polske Judenrein (czysta od Zydow). Gross przemilcza, ze historia Zydow w PRL wcale nie skonczyla sie na latach 1968-1969. Przemilcza, ze w tym samym PRL za rzadow gen. Jaruzelskiego, poczawszy od stanu wojennego, nastapil okres niebywalego holubienia Zydow przez wladze komunistyczne. Wspominal o tym m.in. Chone Shmeruk, profesor literatury jidysz Uniwersytetu Hebrajskiego w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z 19 kwietnia 1995 r.: "Wladze PRL w latach 80. tez popieraly sprawy zydowskie. Bylo wtedy takie powiedzonko: Co sie nosi w Polsce? Zydow na rekach (...)". Wczesniej, bo jeszcze w 1983 r. zydowski publicysta Abel Kainer (Stanislaw Krajewski) pisal na lamach podziemnej "Krytyki" (nr 15 z 1983 r., s. 202): "WRON grala role wielkiej opiekunki Zydow. Rzad wojskowych puczystow, toczacych wojne z Narodem" w atmosferze wrogosci przewazajacej czesci srodowisk inteligenckich, zyskal sobie szczegolnie wielkie poparcie w mocnym zydowskim lobby w aparacie propagandy i mediach, na czele z J. Urbanem i K.T. Toeplitzem. Wsrod najgorecej wspierajacych gen. Jaruzelskiego znalazl sie m.in. krytyk Artur Sandauer; ktory byl jednym z glownych smakoszy oslawionej zupy z kotla podczas wizyty prorezimowych "tworcow" u wojskowych puczystow na poligonie. Z kolei dawny stalinowiec, filozof Adam Schaff popisal sie arcygroteskowym pomyslem przyznania gen. Jaruzelskiemu Pokojowej Nagrody Nobla!
Sam gen. W. Jaruzelski, starajac sie o przelamanie izolacji PRL na Zachodzie, niezwykle przymilnie zabiegal o wzgledy roznych wplywowych kregow zydowskich na swiecie. W tym celu prezentowal sie jako wielki przyjaciel Zydow i pogromca rzekomo szerzonego przez "Solidarnosc" polskiego "nacjonalizmu" i "antysemityzmu". W zabiegach o poparcie swiatowego lobby zydowskiego gen. Jaruzelski nie wahal sie wychodzic za granice z najordynarniejszymi "donosami na Polske i Polakow". W rozmowie z przywodcami Zydow amerykanskich na spotkaniu w Nowym Jorku jesienia 1985 roku Jaruzelski z calym cynizmem oskarzyl "Solidarnosc" o rzekomy "antysemityzm" (wspominal o tym znany "Europejczyk" Aleksander Smolar na lamach podziemnego "Aneksu" z 1986 r., nr 41-42, s. 123). Pamiec o tym, jak ludzie Jaruzelskiego donosili zagranicznym Zydom na rzekomo "antysemicka" "Solidarnosc" zachowala sie rowniez we fragmentach ksiazkowej relacji z Polski zapisanej przez zydowskiego publicyste z USA Michaela T. Kaufmana. Opisal on, jak w czasie wizyty w Polsce prezesa Swiatowego Kongresu Zydow Edgara Bronfmana "rzadowi oficjele wciaz powtarzali oskarzenia, ze Solidarnosc wyrazala antysemickie poglady i postawy" (M.T. Kaufman, "Mad dreams, saving graces. Poland: A Nation in Conspiracy", New York 1989, s. 171).

 
Nowe falsze Grossa (21) - Jak walczyc z klamstwami?
 
W prezentowanym tu ostatnim odcinku cyklu chcialbym zwrocic uwage na pewne ogolniejsze sprawy w zwiazku z ogromnym zbiorem falszow Grossa. Chcialbym przede wszystkim zaakcentowac, ze "Strach" jest tylko swoista kulminacja dlugotrwalych dzialan Grossa dla przyczernienia polskiej historii. Tym bardziej oburzajaca jest ciagla bezkarnosc, a nierzadko nawet fetowanie falszerza recydywisty. Stad glowna czesc tego tekstu stanowi probe refleksji nad metodami przeciwdzialania falszom Grossa i jego klakierow.

Oszust recydywista
Minelo juz ponad 25 lat od chwili, gdy Gross zapoczatkowal swe zabiegi w celu spotwarzania polskiej historii. Dokladnie w 1979 roku po raz pierwszy zaznaczyl swoje sklonnosci do eksponowania ponad wszystko martyrologii Zydow kosztem rownoczesnego maksymalnego pomniejszania polskiej martyrologii i polskiego heroizmu. Zrobil to w wydanej w 1979 r. w Stanach Zjednoczonych ksiazce "Polish Society under German Occupation". Gross napisal swa ksiazke dla amerykanskich czytelnikow, na ogol zupelnie nieznajacych polskiej historii wojennej. Tym usilniej staral sie wmowic czytajacym go Amerykanom, ze dzialalnosc polskiej konspiracji nie byla wcale ryzykowna, wrecz przeciwnie - podejmowano ja w warunkach zdumiewajacej wolnosci. Kulminacja tych lgarstw byly podane na stronie 240 ksiazki Grossa twierdzenia: "Tak, paradoksalnie Polacy cieszyli sie wieksza wolnoscia w okresie 1939-1944 niz w ciagu calego stulecia [podkr. - J.R.N.]... Sadze, iz mozna slusznie przyjac, ze rozmnozenie sie organizacji podziemnych i obfitosc konspiracyjnych inicjatyw nalezy zawdzieczac w znacznej mierze istnieniu w Generalnej Guberni w czasie wojny swobody politycznej. Trudno przypuscic, by podziemne organizacje mogly powstac i istniec w takiej liczbie, gdyby bylo inaczej".
Jak z tego wynika, mozna by bylo powiedziec: "Prawdziwa sielanka za rzadow Hansa Franka!". Tak sie zlozylo, ze dzieki tej niemieckiej "wolnosci" zginal moj ojciec, podobnie jak kilka milionow innych Polakow. Czytajac tego typu stwierdzenia Grossa, nie moglem wiec nie uznac, ze mamy tu do czynienia nie z prawdziwym naukowcem, lecz z oszustem i hochsztaplerem, niegodnym podania reki.
Jako pierwszy obnazyl antypolska wymowe wspomnianej ksiazki Grossa Stefan Korbonski, jeden z przywodcow Polskiego Panstwa Podziemnego (byly delegat rzadu RP na kraj). W artykule opublikowanym na lamach paryskich "Zeszytow Historycznych" (nr 58, s. 176-184) bardzo ostro napietnowal on rozne klamstwa Grossa. Korbonski szczegolnie mocno polemizowal z ujawniajacym sie w ksiazce Grossa oskarzaniem calego polskiego spoleczenstwa o antysemityzm i obojetnosc wobec zaglady Zydow. Podsumowujac swe uwagi krytyczne, napisal, ze "prof. Gross wlaczyl sie do grona tych autorow amerykanskich, ktorzy za swoj swiety obowiazek uwazaja obciazanie narodu polskiego niepopelnionymi winami".
Korbonski wystapil z krytyczna ocena wymowy "pisarstwa" J.T. Grossa rowniez w wydanej w 1989 roku w Nowym Jorku ksiazce "The Jews and Poles in World War II". Zaliczyl Grossa do tych przybyszow z Polski do USA, ktorzy uznali, ze oskarzanie Polakow o antysemityzm, a nawet wspolprace z Niemcami "przyniesie im korzysci osobiste" (wg polskiego wydania ksiazki S. Korbonskiego "Polacy, Zydzi i Holocaust", Warszawa - Komorow 1999, s. 105, 106, 111).
Warto dodac cos, o czym - o ile wiem - nikt jeszcze przede mna nie przypomnial. Otoz jedna z pierwszych osob, ktore "poznaly sie" na Grossie, byl naczelny redaktor paryskiej "Kultury" Jerzy Giedroyc. Juz 3 kwietnia 1981 roku pisal on w liscie do Jana Nowaka-Jezioranskiego, ze J.T. Gross i jego zona to osoby "nafaszerowane kompleksami", a ich wyklady "uniwersyteckie" "maja w kraju (poza kregiem ich przyjaciol) jak najgorsza opinie" (J. Nowak-Jezioranski, J. Giedroyc, Listy 1952-1998, Wroclaw 2001, s. 566).
Z kolejnymi skrajnymi uogolnieniami na temat "polskiego antysemityzmu" Gross wystapil na lamach "Aneksu" (nr 41-42 z 1986 r.) w eseju: "Ten jest z Ojczyzny mojej... ale go nie lubie". Twierdzil tam, jakoby podczas okupacji hitlerowskiej "znakomita wiekszosc polskiego spoleczenstwa odczuwala brak sympatii dla Zydow", jakoby postawy Polakow "byly... na ogol antyzydowskie". Tekst Grossa wywolal ostra polemike na lamach rocznika "Polin" poswieconego stosunkom polsko-zydowskim. Podjal ja historyk Wladyslaw Teofil Bartoszewski, wykladajacy historie na uniwersytecie w Oksfordzie, syn Wladyslawa Bartoszewskiego, pozniejszego ministra III RP. W tekscie opublikowanym na lamach "Polin" pt. "Jews as a Polish Problem" (Oxford 1987, t. II, s. 399-403) Bartoszewski zarzucil Grossowi swiadome znieksztalcanie tekstow, w celu oczernienia Polakow jako antysemitow.
Skrytykowanie Grossa przez Bartoszewskiego pozostalo bez efektu. Gross coraz dalej posuwal sie w manii tropienia "polskiego antysemityzmu" (vide ksiazki: "Upiorna dekada" i "Sasiedzi"). Pisarstwo Grossa coraz bardziej stawalo sie doslowna ilustracja slow zydowskiego noblisty pisarza Isaaca Bashevisa Singera: "Zydzi potrzebuja antysemityzmu jak powietrza. (...) Zyd jest to taki czlowiek, ktory nawet na bezludnej wyspie znajdzie antysemite".
Na prozno coraz wiecej krytykow Grossa zwracalo uwage na jego skrajna tendencyjnosc, ewidentne zafalszowania i fatalne braki warsztatu naukowego. Mozna by tu przytoczyc mnostwo znaczacych autorow, od prof. I.C. Pogonowskiego, prof. M.K. Dziewanowskiego, prof. T. Strzembosza, ks. prof. W. Chrostowskiego po prof. N. Finkelsteina, prof. R.C. Lukasa, dr D. Kacnelson po niemieckiego badacza dr. B. Musiala. Opinie ich szerzej przedstawie w ksiazkowej wersji cyklu. Tu przypomne tylko, ze nawet w tak wyslawiajacym Grossa "Tygodniku Powszechnym" (nr z 28 kwietnia 2002 r.) ukazaly sie w koncu bardzo krytyczne slowa o nim - w wywiadzie prof. Tomasza Szaroty. Powiedzial on m.in.: "Gross (...) nie ma fachowego przygotowania do napisania pracy historycznej spelniajacej wymagania warsztatowe tej dyscypliny. On jest socjologiem i nigdy nie nauczyl sie warsztatu historyka: poszukiwania zrodel i ich oceny. Tymczasem nasze, tzn. historykow zarzuty i uwagi krytyczne odczytuje jako przejaw zakorzenionego w Polakach antysemityzmu". Glosny publicysta emigracyjny Karol Zbyszewski pisal kiedys: "Im glupszy Zyd, tym bardziej dopatruje sie wszedzie antysemityzmu". W przypadku Grossa, wypisujacego tak wiele nonsensow o rzekomym "polskim antysemityzmie", nie chodzi jednak o przejawy glupoty. Mamy po prostu do czynienia z cynicznym hochsztaplerem, ktory zorientowal sie, ze moze swietnie zarobic na atakowaniu Polakow w imieniu "przedsiebiorstwa holokaust" i korzysta z okazji. Money, money, money - oto glowny klucz do "pisarstwa" Grossa. Pewna role w stachanowskim antypolonizmie Grossa byc moze odgrywa rowniez nadgorliwosc wynikla z checi zamazania pewnej bardzo brzydkiej skazy sprzed lat. Warto przypomniec tu, na co wskazywal jako na przypuszczalne zrodlo antypolskich obsesji Grossa Antoni Zambrowski. Po marcu 1968 roku byl on jednym z wiezniow Moczarowskiego SB - skazano go w sfabrykowanym procesie na dwa lata wiezienia. Z tamtego czasu zapamietal Grossa z jak najgorszej strony - jako jedna z osob, ktore fatalnie zalamaly sie podczas przesluchan. Wedlug Zambrowskiego, Gross haniebnie wrecz sypal na swych kolegow wspolwiezniow. Zambrowski niejednokrotnie juz wspominal w swych artykulach niegodne zachowanie Grossa w wiezieniu po marcu 1968 roku. Ostatnio znow przypomnial te sprawe w wywiadzie "Lze jak Gross" dla "Gazety Polskiej" z 19 lipca 2006 r. i w artykule publikowanym na lamach "Najwyzszego Czasu" 15 lipca 2006 r. pt. "Cenzura pogromu?". W tym ostatnim artykule Zambrowski napisal m.in.: "Jan Tomasz Gross byl w 1968 roku wiezniem marcowym, zalamal sie w sledztwie i obciazyl swoich kolegow. Czytalem jego zeznania w materialach wlasnego sledztwa i pamietam obrzydliwosci, jakie ze strachu opowiadal przesluchujacym go oficerom. Dzis odreagowuje swoje frustracje, obciazajac odpowiedzialnoscia za owczesny komunistyczny antysemityzm Bogu ducha winny narod polski".

Dlaczego nie reaguja
W "Gazecie Wyborczej" z 16-17 wrzesnia 2006 r. zaatakowano mnie (po raz 17. w tej gazecie od poczatku roku). Zostalem zaatakowany w dobrym towarzystwie. Zarzucajac Radiu Maryja rzekoma jednostronna tendencyjnosc w doborze prelegentow, napisano: "W ostatnich tygodniach w 'Rozmowach niedokonczonych' pojawili sie m.in. Zbigniew Wassermann, Kazimierz Marcinkiewicz i znany z antysemickich publikacji Jerzy Robert Nowak".
Nie bylem zaskoczony metoda dzialania gazety, tak skorej do oszczerczych pomowien. Atakuja mnie z pomoca oszczerczego pejoratywnego uogolnienia, podczas gdy przez pare miesiecy nie zdobyli sie nawet na jedno zdanie konkretnej rzeczowej polemiki z moim tak dlugim cyklem artykulow w "Naszym Dzienniku". Cyklem tak sprzecznym ze wszystkim, co wielbia koryfeusze "Gazety Wyborczej". W kolejnych 20 pozycjach cyklu bezlitosnie wyszydzalem ulubienca "Wyborczej" J.T. Grossa, tak szumnie windowanego niegdys przez A. Michnika do rangi rzekomego spadkobiercy Mickiewicza i Slowackiego. Rozbijalem kolejne jego klamstwa, a "Wyborcza" nawet nie pisnela. Zadnej proby polemiki. Bo jakze maja michnikowcy polemizowac z twardymi, niepodwazalnymi faktami, jakze czesto przywolywanymi w oparciu o swiadectwa uczciwych Zydow, jak najdalszych od tego, co sie na co dzien bajdurzy w organie Michnika (vide teksty F. Mantela, O. Rufeisena, K. Mirskiej i in.). "Wyborczej" pozostaje wiec tylko rzucanie od czasu do czasu obelzywymi epitetami.
Doszlo do tego, ze z wyrazna krytyka Grossa wystapila zwiazana ze srodowiskiem "Gazety Wyborczej" historyk Bozena Szaynok, byla stypendystka Fundacji Batorego. W recenzji opublikowanej 25 sierpnia 2006 r. na lamach "Przegladu Polskiego" (tygodniowego dodatku nowojorskiego "Nowego Dziennika") Szaynok napisala m.in.: "Przyczyny antysemityzmu byly jednak duzo bardziej zlozone od przedstawionych w 'Fear' przez prof. Grossa. Przyczyny niecheci czesci Polakow do ludnosci zydowskiej lokuja sie bowiem i w charakterze relacji polsko-zydowskich przed wojna, i w doswiadczeniu lat 1939-1945, i w powojennej sytuacji politycznej. I w polityce, i w psychologii. (...) Proba zrozumienia niechetnych i wrogich Zydom postaw wsrod czesci powojennego spoleczenstwa polskiego nie da sie wyjasnic jedna czy dwiema prostymi tezami. (...) Ksiazka Jana T. Grossa wprowadza niestety kolejne uproszczenia do tej debaty (polsko-zydowskiej). Pojawiaja sie one w tekscie, ale takze na poziomie zasadniczych tez lokujacych przyczyny antysemityzmu powojennego w poczuciu winy Polakow za kolaboracje z Niemcami, w mordowaniu Zydow czy obawie Polakow przed utrata korzysci materialnych czerpanych z przejetego w czasie wojny mienia pozydowskiego. Ta teza nie znajduje potwierdzenia w zrodlach z tego okresu. Pojawia sie w nich, co prawda, problem mordow ludnosci zydowskiej i rabunkow z powodu mienia przejetego przez Polakow w czasie wojny, ale wlasnosc zydowska jest tylko jedna z wielu przyczyn wspomnianych zachowan.
Inny zasadniczy zarzut dotyczy sposobu wykorzystywania materialu zrodlowego czy literatury. Autor wykorzystuje z nich te fragmenty, ktore dotycza tylko antysemickich postaw Polakow [podkr. - J.R.N.], tworzac wrazenie, ze antysemityzm jest zasadnicza cecha relacji polsko-zydowskich. I tak np. znajdujemy tylko zapis negatywnych reakcji Polakow na powstanie w getcie warszawskim. W innym miejscu z zapisu wspomnien niemieckich zolnierzy o postawach Polakow wobec Zydow autor wybiera jedynie te, ktore ilustruja kolaboracje Polakow z nazistami, mimo ze obok nich pojawiaja sie informacje o udzielaniu pomocy ukrywajacym sie Zydom, jak i o zwiekszeniu represji wobec Polakow za taka wlasnie dzialalnosc. (...)
Czytelnik po lekturze ksiazki zostaje z przeswiadczeniem, ze opisywane postawy negatywnych, agresywnych zachowan wobec Zydow dotycza wiekszosci Polakow. (...) Brak podkreslenia, ze mowimy tylko o czesci spoleczenstwa, np. w przypadku Kielc, jak wynika z ustalen prokuratury po zakonczeniu sledztwa w sprawie pogromu, na miejscu zdarzen mialo byc okolo 500 osob (Kielce w tym czasie liczyly okolo 50 tys. mieszkancow)".
Jak widzimy, nawet B. Szaynok - historyk zwiazana ze srodowiskiem "Gazety Wyborczej" - potwierdza zarzuty skrajnej tendencyjnosci "Strachu" Grossa, potwierdza niektore konkretne zarzuty wysuwane przeze mnie w "Naszym Dzienniku", choc mnie oczywiscie nie cytuje.
Na tym tle tym bardziej klopotliwa wydaje sie sytuacja Znaku, ktory podjal sie wydania "Strachu" w Polsce. Czyz nie jest rzecza wprost szokujaca, ze takie wydawnictwo jak Znak chce wydac ksiazke o wyjatkowo obrzydliwej antypolskiej i antykatolickiej wymowie? Co prawda zapowiedziano, ze Znak wyda te ksiazke za rok, co jest okresem wielokrotnie dluzszym niz bylby potrzebny do przelozenia "Strachu". Czytelnik z Piotrkowa Antoni Akerman przeslal mi kopie swojej korespondencji do wydawnictwa Znak w sprawie nowej ksiazki Grossa. W odpowiedzi na bardzo mocne zastrzezenia wyrazone przez A. Akermana w liscie do Znaku co do wydania takiej ksiazki wydawnictwo to bronilo swej decyzji o publikacji "Strachu", stwierdzajac m.in.: "Jesli chcemy byc dumni z naszej tradycji i naszej historii, musimy sine ira zmierzyc sie z jej ciemnymi kartami". Pan Akerman odpowiedzial m.in.: "Nieobca mi jest prawda, chce sie z nia zmierzyc, ale powielanie klamstw, insynuacji, nie sluzy temu. (...) Wydajac te ksiazke, sluzycie ludziom, ktorzy nienawidza Polski i Polakow".
Ciekaw jestem, czy tak dlugi, roczny termin, oddzielajacy wydanie "Strachu" w Polsce od wydania jego anglojezycznego oryginalu, nie ma przypadkiem na celu dokonania przez Grossa rozlicznych ciec, zlagodzen i innych manipulacji w tekscie ksiazki, aby usunac z niej najbardziej razace fragmenty antykatolickie i antypolskie. Gross lubi stosowac tego typu chwyty (np. wydanie jego ksiazki "W czterdziestym nas, Matko, na Sibir zeslali" znaczaco roznilo sie od wersji anglojezycznej, w ktorej nie bylo zadnych krytycznych relacji o zachowaniach Zydow po 1939 roku. Bylo za to wiecej stwierdzen o rzekomej sile "polskiego antysemityzmu" w II RP. Kanadyjski klakier Grossa Piotr Wrobel juz wyraznie zachecal do publikacji takiej zmienionej wersji "Strachu" w Polsce, "dostosowujacej argumenty" do "wrazliwosci roznych czytelnikow" (por. tekst Wrobla w "Gazecie Wyborczej" z 29 lipca 2006 r.). Z gory zapowiadam, ze natychmiast publicznie obnazymy wszelkie manipulacje tego typu.

Zdumiewajace zaniechania
Podczas gdy w kraju klakierzy Grossa wyraznie zostali zepchnieci do naroznika, hochsztapler zza oceanu dalej jest naglasniany w USA, w tym przez wywiady udzielane w audycjach radiowych, docierajacych do milionow sluchaczy. Przynosi to ogromne szkody wizerunkowi Polski i Polakow. Nieprzypadkowo z bardzo ostra krytyka falszow Grossa szczegolnie szybko wystapili liczni polscy autorzy ze Stanow Zjednoczonych i Kanady (m.in. Ryszard Tyndorf, prof. John Radzilowski, Marek J. Chodakiewicz, Wojciech Wierzewski czy warszawski korespondent prasy polonijnej Robert Strybel). Tym bardziej zdumiewa jednak calkowita biernosc w tej sprawie okazywana przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i ambasade polska w Waszyngtonie. Ambasada ta kieruje wywodzacy sie z grona dyplomatow Geremkowskiego chowu Janusz Reiter, bardzo zle wspominany za fatalne klajstrowanie spraw juz w czasie gdy byl ambasadorem Polski w Niemczech. Nie zdobyto sie na publiczne potepienie tak licznych i obrzydliwych spotwarzen Polski przez Grossa, choc wczesniej ostro reagowano na duzo mniej znaczace pod wzgledem zasiegu sprawy, typu napastliwego antypolskiego tekstu w niemieckiej gazecie "Tageszeitung".
Nie zrobiono przez te pare miesiecy nawet rzeczy najprostszej, choc tak podstawowej. Otoz nie zatroszczono sie nawet o szybkie wydanie krotkiej broszury prostujacej najohydniejsze klamstwa Grossa w oparciu o rzetelne swiadectwa Zydow lub Polakow zydowskiego pochodzenia - swiadkow epoki. Broszury, w ktorej znalazlyby sie np. liczne jakze przeciwstawne Grossowi relacje na temat poparcia Polakow dla walk zydowskich powstancow getta. Zdumiewa fakt, ze jak dotad, o ile wiem, zaden z politykow (poza listem czterech senatorow) nie wystapil z publiczna krytyka szczegolnie niebezpiecznego antypolonizmu w wydaniu Grossa i jego klakierow. Nie zatroszczono sie rowniez o uzyskanie na forum miedzynarodowym przeciwdzialania klamstwom Grossa poprzez zwrocenie sie do tak wybitnych i obiektywnych zagranicznych badaczy polskiej historii jak prof. Norman Davies z Anglii, prof. Richard C. Lukas z USA czy prof. Jakub Goldberg z Izraela. A przeciez chodzi o przeciwdzialanie jakze niebezpiecznym presjom na Polske. Inicjowana przez Grossa fala antypolskich oszczerstw, majacych oczernic Polske, sluzy az nazbyt konkretnym celom - ulatwieniu wymuszenia na biednej Polsce jak najwiekszych odszkodowan za mienie zydowskie. Pierwszym krokiem w tym kierunku ma byc stwarzanie wokol Polakow wizerunku "katow", wspolsprawcow zydowskiego holokaustu. Przypomnijmy, co juz kilka lat temu prof. Norman Finkelstein pisal w zwiazku z "Sasiadami" Grossa: "Z blogoslawienstwem Grossa 'Sasiedzi' stali sie kolejnym orezem 'przedsiebiorstwa holokaust' w jego dazeniu do ograbienia Polski" (N. Finkelstein, Przedsiebiorstwo holokaust, Warszawa 2001, s. 198). Nasza biernosc i chowanie po strusiemu glowy w piasek - tak to dzis robi MSZ - nie usunie narastajacych zagrozen i bedzie tylko sprzyjac dalszej kulminacji nagonki na Polske. Premier Jaroslaw Kaczynski po tylekroc wyrazal swe zatroskanie slabosciami obecnego wizerunku Polski w swiecie - niech wreszcie i podwladni premiera dostosuja sie do jego zalecen! Mysle, ze w obecnej sytuacji bardzo przydalby sie apel myslacych po polsku przedstawicieli roznych partii politycznych i organizacji spolecznych do prezydenta i premiera RP o jak najszybsze podjecie dzialan zmierzajacych do pomniejszenia szkod wyrzadzonych Polsce przez ksiazke Grossa i jej klakierow.
Zdumiewajacy jest fakt, do jakiego stopnia w calej sprawie nabraly wody w usta rozne redakcje telewizji publicznej (o TVN czy Polsacie nie warto nawet wspominac), zamiast przeprowadzic prawdziwie porzadna debate wokol ksiazki Grossa. Jak widac, "odnowa wildsteinowska" ciagle nie poszla zbyt daleko!
I jeszcze jedna sprawa. Czy polskie wladze w koncu zdecyduja sie na wystapienie z pozwem sadowym przeciwko oszczercy Grossowi, ktory z tak ewidentna zla wola upowszechnia najbardziej ordynarne klamstwa antypolskie, narazajac nasz Narod na oskarzenia o mordercze wspoldzialania z nazistowskimi ludobojcami? Zdemaskowanie klamstw Grossa na forum miedzynarodowym ulatwiloby zamkniecie ust takze innym oszczercom tego typu.

Nagradzajmy sojusznikow, nie wrogow!
Niejednokrotnie pisalem w swoich publikacjach o postaciach sprawiedliwych posrod Zydow, ktorzy nie chcieli sie pogodzic z nikczemnym oczernianiem Polakow. Zwalczajac z cala sila Zydow anty-Polakow, zawsze opowiadalem sie za rownie silnym naglasnianiem wszystkich postaci propolskich Zydow, ich wyrazow sympatii dla Polski czy wystapien w naszej obronie. Nie bylo po 1945 r. w Polsce nikogo, kto by napisal wiecej ode mnie o postaciach propolskich Zydow lub polskich patriotow zydowskiego pochodzenia. Poza odrebnymi artykulami na ten temat pisalem o tym w osobnych rozdzialach w kilku ksiazkach (por. rozdzialy: "Przemilczani rzecznicy polsko-zydowskiego dialogu" i "Przemilczani Zydzi antykomunisci" w ksiazce "Zagrozenia dla Polski i polskosci", Warszawa 1998, t. I, s. 300-310, czy rozdzial "Sprawiedliwi posrod kresowych Zydow" w "Przemilczanych zbrodniach", Warszawa 1999, s. 195-205; rozdzial "Zydowscy rzecznicy dialogu" w tomie "Antypolonizm - zdzieranie masek", Warszawa 2005, t. II, s. 58-60). W 2002 roku wydalem w Bibliotece ksiazek "niepoprawnych politycznie" 70-stronicowy tomik "Przemilczani obroncy Polski" o polskich patriotach zydowskiego pochodzenia. Przypomne tu jedna z dawniejszych moich konkluzji na powyzszy temat, wyrazonych w ksiazce "Zagrozenia dla Polski i polskosci"
(s. 311): "Ciezkim bledem polskiego obozu niepodleglosciowego sa ciagle zbyt male kontakty z Zydami polonofilami ze swiata. Nie umiemy w dostatecznym stopniu odwolywac sie do ich argumentow w polemice z polakozerczymi klamstwami, nie umiemy docenic ich znaczenia. Nie rozumiem, dalibog, na przyklad, dlaczego na uroczystosci 50-lecia obozu w Oswiecimiu zaproszono tylko prezydentow i laureatow Nobla (w tym polakozerczego Elie Wiesela, znanego z oszczerstw na temat chrzescijanstwa i Ojca Swietego Jana Pawla II). Dlaczego zas nie zaproszono tam kilkudziesieciu Zydow polonofilow, w tym profesora Israela Shahaka i Oswalda Rufeisena z Izraela czy Dory Kacnelson z Drohobycza. Ta ostatnia by sama najlepiej powiedziala rabinowi Weissowi, co mysli o jego walce z krzyzem".
Mysle, ze cytowane powyzej uwagi sa nadal az nadto aktualne. W walce z tak niebezpiecznymi nowymi falszami Grossa powinnismy sie tym silniej odwolac do naszych "przyjaciol Zydow" z roznych krajow swiata. Poczawszy od prof. Normana Finkelsteina i prof. Harolda B. Segela (autora swietnej ksiazki "Image of Jew in Polish Literature", wyd. w 1996 r.) oraz rabina Byrona Sherwina z USA, poprzez prof. Jakuba Goldberga (doktora honoris causa na UW), Stanislawa Aronsona (b. ppor. AK "Ryska"), generalnego sekretarza Towarzystwa Korczakowskiego w Izraelu Beniamina Anolika i Abrahama Wagemana z Izraela, ktory niejednokrotnie wystepowal w obronie Polakow, m.in. w zwiazku z Jedwabnem, po propolskiego Zyda z Düsseldorfu z Niemiec Samuela Dombrowskiego, konsekwetnie wystepujacego w obronie Polakow. Zaapelujmy o ich wystapienia przeciw plugawym oszczerstwom Grossa i odpowiednio je naglosnijmy. A przy tym wszystkim nauczmy sie bardziej nagradzac zydowskich przyjaciol naszych wrogow. (Przypomnijmy tu, ze A. Kwasniewski posunal sie do odznaczenia J.T. Grossa wysokim polskim odznaczeniem, ze na Uniwersytecie Warszawskim nagrodzono kiedys doktoratem honoris causa Israela Gutmana, znanego z oszczerczych publikacji na temat historii polsko-zydowskich stosunkow w drugiej wojnie swiatowej i spotwarzania Armii Krajowej!). Dlaczego nie wyroznimy wreszcie polskimi odznaczeniami takich przyjaciol Polski, jak prof. N. Finkelstein, S. Aronson, A. Wageman czy S. Dombrowski? Dlaczego polski Sejm lub Senat nie moglyby sie wreszcie zdobyc na zaproszenie prof. N. Finkelsteina na specjalna sesje polskiego parlamentu, na ktorej moglby wystapic ze swym tak waznym przeslaniem krytykujacym szantaze zydowskiego "przedsiebiorstwa holocaust" wobec Polski i Polakow? Dlaczego prof. N. Finkelsteina - tak zdecydowanie wystepujacego w obronie polskich interesow narodowych (przeciw rabowaniu biednego polskiego Narodu przez wymuszane "odszkodowania"), nie uhonoruje sie wreszcie tak mocno przez niego zasluzonym doktoratem honoris causa na czolowej polskiej uczelni?
A przede wszystkim nauczmy sie wreszcie czesciej siegac do roznych swiadectw propolskich Zydow i polskich patriotow zydowskiego pochodzenia. Wznawiajmy i popularyzujmy ich ciagle swiadomie przemilczane ksiazki, od Mantela i Shahaka po Hirszfelda i Grydzewskiego. Postarajmy sie tez bardziej o przypominanie ich wystapien z protestami przeciw tym Zydom, ktorzy zdradzali Polske, najczesciej na rzecz sowieckiego Wielkiego Brata. Jakze niewiele osob wie dzis na przyklad o tym, ze patriotyczni Polacy zydowskiego pochodzenia juz w pierwszych latach wojny wystepowali z postulatami ukarania wszystkich Zydow na Kresach winnych kolaboracji i zdrady. Szczegolnie wymowny byl fakt, ze z postulatem tego typu wystapiono na lamach wychodzacego na terenie getta warszawskiego organu Zydow asymilatorow - konspiracyjnego pisma "Zagiew" (numer 2 z poczatkow kwietnia 1942 r.). Omawiajacy ten numer "Zagwi" w meldunku z 13 maja 1942 r. "Waclaw" (Henryk Wolinski) pisal, ze autorzy na czele obowiazkow Zydow wobec panstwa polskiego postawili lojalnosc i wiernosc, w zwiazku z czym "pismo poswieca stosunkowo sporo miejsca uzasadnieniu koniecznosci pociagniecia do odpowiedzialnosci Zydow z Kresow Wschodnich za ich stosunek do okupacji sowieckiej" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: Eksterminacja Zydow w latach 1941-1943. Dokumenty Biura Informacji i Propagandy Komendy Glownej Armii Krajowej ze zbiorow oddzialu rekopisow Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, opr. M. Tyszkowa, "Biuletyn Zydowskiego Instytutu Historycznego" 1992, nr 2-3, s. 59). Czyz cytowany powyzej tekst z "Zagwi" nie jest najlepszym argumentem w rozbijaniu klamstw J.T. Grossa, przemilczajacego prawde o kolaboracji z Sowietami na Kresach tak duzej czesci Zydow?! Przypomne wreszcie inny, jakze nieslusznie zapoznany, a tak wzruszajacy "List Zydow z Izraela do Zydow w Polsce listopad 1946". Podpisany przez 120 Zydow izraelskich list znajdujacy sie w Arch. Deleg. WIN. Dzial II, A, zawieral m.in. slowa: "(...) Nie mozemy jednak oprzec sie stwierdzeniu, ze rzadzace dzis w Polsce komunistyczne sfery zydowskie nie nauczyly sie niczego od czasu rewolucji carskiej. Nie nauczyly sie wielkiej i praktycznej prawdy, ze do szczescia i niepodleglosci wlasnego narodu nie mozna zdazac przez nieszczescie i niewole drugiego narodu.
Zydzi rzadzacy w Polsce, a nalezacy do partii komunistycznej mysla o sobie, a nie o ludnosci zydowskiej w Polsce i dlatego powiazali sie z tymi obcymi czynnikami, ktorym zalezy na tym, aby Polska pozostala krajem malym, slabym i bezwolnym narzedziem w ich reku. Niech nad tym postepowaniem komunistycznej zydowskiej gory w Polsce zastanowia sie prawdziwi zydowscy patrioci. (...) Moze przyjsc zawierucha i zamieszanie w Europie, i Zydzi beda tak przyparci do muru, ze nie znajda innego wyjscia, jak szukac schronienia w Polsce i u Polakow. Wtedy moze byc za pozno" (cyt. za "Mysl Polska" z 17 czerwca 2001 r.).

O polska szkole historyczna
Omawiane wyzej sprawy powinny byc o wiele bardziej naglasniane, nierzadko zas wydobywane z prawdziwego zapomnienia. Bedzie tak, jesli wreszcie powstanie polska szkola historyczna badania stosunkow polsko-zydowskich. Bardzo zle wyglada obecna sytuacja, gdy badanie stosunkow polsko-zydowskich jest niemal zmonopolizowane przez Zydowski Instytut Historyczny. Instytut, na ktorego czele stoi znany ze skrajnego dogmatyzmu swych dawnych prac o ruchu robotniczym ziec Jakuba Bermana, Feliks Tych. Przypomnijmy tu, ze slynny historyk prof. Stefan Kieniewicz juz w 1984 r. bil na alarm z powodu braku polskich badan nad tematyka stosunkow polsko-zydowskich, piszac m.in.: "Jest faktem, ze dziejami polskich Zydow zajmowali sie i nadal zajmuja niemal wylacznie badacze z zydostwem zwiazani. (...) Niezydowscy autorzy (...) wola wymijac te problematyke, zaslaniajac sie brakiem kompetencji. Wynika stad jednostronnosc spojrzenia" (S. Kieniewicz, Polacy i Zydzi w XIX wieku, "Polityka" z 15 grudnia 1984 r.). Jako wyraz tej jednostronnosci prof. Kieniewicz podal to, ze zydowscy badacze zwykli podejmowac glownie dwa watki badawcze. Jeden to wklad Zydow w dzieje Polski: gospodarczy, polityczny (udzial w walkach o niepodleglosc) i kulturalny. Drugim zas byl watek dyskryminacji Zydow w Polsce przez chrzescijan. Jak widzimy, taka "selekcja" tematow badan stosunkow polsko-zydowskich byla i jest az nadto uproszczona.
Dlatego tak potrzebne jest powstanie polskiej szkoly badan stosunkow polsko-zydowskich, podejmujacej jak najbardziej wielostronnie tematy dotad przemilczane. Byc moze jej zalazkiem mogloby stac sie powstanie Instytutu obrony dobrego imienia Polski czy Instytutu obrony prawdy o Polsce. Instytut taki moglby wziac na warsztat w pierwszej kolejnosci najbardziej sporne sprawy z dziejow stosunkow polsko-zydowskich w XX wieku.
Slynny polski historyk prof. Wladyslaw Konopczynski pisal kiedys: "Narody musza sie bronic przed obca pogarda i wlasnym zwatpieniem". Czy wezmiemy sobie do serca te maksyme i nauczymy sie wreszcie skutecznie bronic prawdy o polskiej historii, majacej tyle wielkich kart i tak czesto szkalowanej przez karly?!      Profesor dr hab.Jerzy Robert Nowak, 2006 ,  www.naszdziennik.pl  i www.radiomaryja.pl
 
 
przezr.gif
Polska Kochana.jpg
Reply all
Reply to author
Forward
0 new messages