rewolucja moralna bis

0 wyświetleń
Przejdź do pierwszej nieodczytanej wiadomości

Krzysztof Cierpisz

nieprzeczytany,
4 mar 2007, 08:22:334.03.2007
do Krzysztof Cierpisz
Na gruzach "rewolucji moralnej"

Dziewiętnastowieczny filozof Hans Vaihinger wypracował kierunek, który
przyjęto nazywać "fikcjonalizmem". Kluczową kategorią jego systemu było
bowiem pojęcie "jak gdyby" (Als Ob), wyrażające status fikcji, istniejących
tylko w umyśle, lecz do rzeczywistości nieadekwatnych, mimo to jednak w
świecie rozpowszechnionych i życiowo użytecznych.
Wspomniana kategoria niemieckiego kantysty może być zastosowana do opisu
sposobu realizacji projektu zwanego IV Rzeczpospolitą. Dla uzasadnienia tej
przydatności przyjmijmy na początek, że prawdziwy jest obraz Polski pod
rządami PiS, odmalowywany w jadowicie "pisożerczych", czyli nieomal
wszystkich, mediach krajowych i zagranicznych. Zakładając przy tym, że nie
mamy żadnych innych narzędzi weryfikacji trafności wypowiadanych tam
orzeczeń, musielibyśmy nabrać przekonania, że w Polsce odbywa się
autentyczna Kontrrewolucja polityczna i moralna, energicznie prowadzona
przez integralnie prawicowy, tradycjonalistyczny i katolicki rząd. Każdy
konserwatysta musiałby być tym faktem szczerze zbudowany, gdyby. No właśnie:
gdyby nie to, że obraz ten jest nieprawdziwy; stanowi on właśnie jaskrawy
przykład Vaihingerowskiej fikcji "jak gdyby". Partia stworzona przez braci
Kaczyńskich jest "jak gdyby" konserwatywna i prawicowa, a jej "rewolucja
moralna" jest "jak gdyby" kontrrewolucją.
W rzeczywistości formacja ta w swoim głównym - postsolidarnościowym, a
bezpośrednio wywodzącym się z Porozumienia Centrum - trzonie wpisuje się w
ultrademokratyczną "metanarrację" ideologiczną, której ojcem-założycielem
był Rousseau, a pierwszymi praktykami - francuscy jakobini. Jądrem tej
ideologii jest wczesno nacjonalistyczna (w literaturze naukowej nazywana
"nacjonalitaryzmem") koncepcja suwerennego i "uzbrojonego" ("do broni,
obywatele!") ludu - narodu, którego rewolucyjna awangarda, patriotyczna i
nieprzekupna, heroicznymi aktami woli poskramia wrogów Republiki, zdrajców i
złodziei. Oprócz rewolucyjnego patosu znamiennym rysem tej formacji jest
permanentne utrzymywanie narodu w stanie egzaltowanej ekscytacji w
oczekiwaniu na "wielki przełom" ("obywatele, jeszcze jeden wysiłek"), i to
tym bardziej podgrzewanej, im mizerniejsze są rezultaty w wykrywaniu
agentury czy korupcji.
Dobrym przykładem ideowej konfuzji z prawicą jest wyznawana przez liderów
PiS idea "silnego państwa". Wbrew pozorom nie jest ona wcale konserwatywna.
Ideałem tradycjonalistycznym jest "silne społeczeństwo" - złączona jednością
wiary, moralności i reguł cywilizacji wspólnota rozmaitych ciał społecznych:
rodzin, gmin, prowincji, ciał zawodowych i stowarzyszeń, w stosunku do
których publiczna "władza najwyższa" (suprema auctoritas) pełni rolę
rozważnego protektora ich "wolności konkretnych", gwaranta jedności i
strażnika dobra wspólnego. "Silne państwo" natomiast to idea na wskroś
nowoczesna, etatystyczna i centralistyczna; to wszędobylscy "komisarze
Republiki", nie ufający nikomu i kontrolujący wszystko.
Przynajmniej do czasów pojawienia się socjalizmu takie poglądy jak Jarosława
Kaczyńskiego były normą dla całej europejskiej lewicy, i to skrajnej lewicy.
Wyznawali je nie tylko Robespierre czy w XIX wieku Gambetta, ale jeszcze na
początku XX wieku neojakobiński "Tygrys" Clemenceau - patriota żarliwy i
niewątpliwie "mocny człowiek" Republiki. Dlaczego zatem PiS budzi dzisiaj
taką odrazę w "postępowej" Europie i jest desygnowany jako "skrajna
prawica"? Ten pozorny paradoks jest łatwy do wytłumaczenia: wyjaśnia go
ewolucja współczesnej lewicy, która porzuciła jakobiński "nacjonalitaryzm" i
przeszła na pozycje kosmopolitycznego socdemoliberalizmu.
Czy konserwatyści mogą mieć słuszne powody - poza najbardziej doraźnym
pragnieniem zerwania z "układem" okrągłostołowym - współpracowania z
formacją tak odległą ich zasadom? Dyskusje, nawet gorące spory na ten temat
toczyły się od dawna. Zawieszając na razie sąd ogólny, stwierdzić należy, że
warunkiem odpowiedzi pozytywnej jest istnienie wspólnoty celów przynajmniej
w wybranych kwestiach fundamentalnych. Na przykład, francuscy monarchiści
narodowi mogą współpracować z Klubem Jakobinów we froncie
"suwerenistycznym", ponieważ ci jakobini są naprawdę obrońcami suwerenności
Francji. Polscy konserwatyści oprócz tego samego postulatu formułowali
jeszcze jeden warunek obligatoryjny: poświadczoną czynami wolę bezwzględnego
stania na gruncie prawa naturalnego w ustawodawstwie.
W obu tych, zresztą wiążących się ze sobą, dziedzinach bilans rządów PiS
jest przygnębiający. Mija już rok, jak odtrąbiono - ze zbędną tromtadracją
- "odzyskanie" MSZ. Czy Polska polityka zagraniczna stała się przez to
rzeczywiście bardziej suwerenna? Przeczą temu takie fakty, jak opublikowanie
przez MSZ broszurki na temat stosunków polsko - żydowskich, powielającej
tezy makabrycznego baśniopisarstwa J.T. Grossa, czy wstydliwie ciche, lecz
wyraźne, wycofywanie się ze sprzeciwu wobec wznowienia prób przepchnięcia
tego konstruktywistycznego potworka, któremu na imię "konstytucja
europejska". Najnowsze dni przyniosły zaś dowody całkowitej kapitulacji
wobec perwersyjnych "standardów" aktualnie obowiązującej ideologii
europejskiej. Sam Pan Prezydent RP uznał za stosowne odcięcie się od,
przypomnianych w książeczce prof. Macieja Giertycha, rzekomo rasistowskich
tez jednego z niewielu polskich uczonych (Feliksa Konecznego), który wniósł
nieprzemijający wkład do nauki powszechnej. Następnie rzecznik polskiego
rządu zdezawuował propozycję ministra Romana Giertycha wpisania do Karty
Praw Narodów Europy zakazu aborcji i propagandy homoseksualnej. Jeżeli nawet
minister rzeczywiście nie uzgodnił swojego wystąpienia z premierem i Radą
Ministrów (co byłoby naganne), to publiczne odcięcie się od jego stanowiska
jest wyraźnym przyzwoleniem dla piętnowania wierności normom prawa
naturalnego jako "skandalu" i nawet przestępstwa. To już nie milcząca, lecz
czynna aprobata dla takiej "konstytucji dla Europy", która korzenie swoich
"wartości" odnajduje w biblijnej Sodomie i na zboczu spartańskiego Tajgetu,
skąd zrzucano ciała kalekich noworodków, zaś klasyczno-chrześcijańskie
dziedzictwo cnoty odsyła do. hitlerowskiej III Rzeszy.
Przysłowiową kroplą rozlewającą czarę goryczy jest jawne złamanie i przez
szefa rządu, i większość parlamentarzystów PiS, moralnego konsensu w kwestii
najbardziej elementarnej, czyli ochrony życia poczętego. Zarówno podany do
wiadomości publicznej warunek, jaki premier postawił Marszałkowi Sejmu -
samodzielne zebranie większości potrzebnej do zmiany konstytucji, wraz z
ostrzeżeniem, że bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualną porażkę -
jak wypowiedzi niektórych posłów (myślę tu zwłaszcza o Jacku Kurskim),
życzących marszałkowi powodzenia, lecz wyrażających troskę czy mu się uda,
trudno nazwać inaczej, jak hipokryzją. Jest przecież oczywiste, że tylko
wystąpienie klubu parlamentarnego PiS, i z pełnym poparciem lidera tego
obozu, jako zwartego monolitu w obronie życia, mogłoby wpłynąć zachęcająco
na tych posłów z klubów opozycyjnych, którzy jeszcze się wahają, lecz idei
konstytucyjnego umocowania prawa do życia nie są obcy. Jeżeli natomiast
słyszą oni, że premier uchyla się od wzięcia za to odpowiedzialności, a
posłowie PiS nagle odkrywają, jeden po drugim, zalety "mądrego kompromisu",
to ich zdolność do przeciwstawienia się oficjalnemu stanowisku gremiów
kierowniczych swoich partii drastycznie musi zmaleć.
Marszałek Marek Jurek, z elegancką powściągliwością, opisał powstałą w PiS
sytuację jako "impas moralny" i wyznał, że stanowi ona powód do głębokiego
przemyślenia. Trudno się z tym nie zgodzić. Konserwatyści w PiS mają dziś
bardzo dużo do myślenia.

Jacek Bartyz

Rewolucja moralna.doc
Odpowiedz wszystkim
Odpowiedz autorowi
Przekaż
Nowe wiadomości: 0