Krzysztof Górecki
piątek, 17 maja 2013 11:59
11 listopada ubiegłego roku otrzymała z rąk prezydenta Komorowskiego
Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Nasuwa się
pytanie za jakie to zasługi dla Polski ów rządowy medal dostała? Za
książkę kucharską? Za umieszczenie małżonka na liście „czołowych
myślicieli świata” w miesięczniku, dla którego pracuje? Za mokrą robotę
wykonaną na Węgrzech?
Oficjalnie zajmuje się krajami przechodzącymi transformację ustrojową
od autorytaryzmu do wolnorynkowej demokracji. Oficjalnie zbiera
informacje o sytuacji w tych krajach celem poprawy ich położenia
ekonomicznego oraz prowadzi badania i programy w celu lansowania idei
społeczeństwa otwartego. Tym razem nie chodzi już o Europę Wschodnią,
lecz kraje Afryki i Bliskiego Wschodu. Podejrzewany jest jednak, a
nawet oskarżany o to, że faktycznie jest instytutem szpiegostwa
gospodarczego, a zbierane informacje służą operacjom finansowym dla
ekonomicznego drenażu wspomnianych krajów i regionów. Dla większej
jasności – operacjom finansowym kapitałów głównie żydowskiego pochodzenia.
Instytut Legatum – bo to o nim mowa – jest częścią międzynarodowego
konglomeratu inwestycyjnego o takiej samej nazwie. Dyrektorem
Politycznym Instytutu z siedzibą w Londynie (i przedstawicielstwem w
Dubaju) została niedawno żona ministra spraw zagranicznych
Rzeczypospolitej Anne Applebaum. Kierownictwo Instytutu, podobnie jak
jego dyrektor polityczny, wywodzi się wyłącznie ze środowisk
żydowskich, związanych z kręgami tzw. neokonserwatystów i waszyngtońskim
American Enterprise Institute.
Członkiem Instytutu Przedsiębiorczości był niegdyś (ma się rozumieć,
zupełnie przypadkowo) minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.
Trudno przy tym uwierzyć, że zostałby nim, a także zdobył posadę
dyrektora wykonawczego afiliowanej do Instytutu tzw. Nowej Inicjatywy
Atlantyckiej, gdyby nie był „mężem swojej żony”. Obie placówki stanowią
bowiem zaplecze grupy skrajnie proizraelskich polityków amerykańskich
żydowskiego pochodzenia. Przez nich samych przewrotnie zwanych
neokonserwatystami, a przez innych – neotrockistami, którzy na początku
lat 90. dokonali wrogiego przejęcia amerykańskiego konserwatyzmu i
instytucji konserwatywnych. Różnica między nimi a trockizmem jest taka,
że Trocki dążył do permanentnej światowej rewolucji bolszewickiej,
natomiast oni do rewolucyjnego przewrotu politycznego w świecie, ale
pod płaszczykiem szerzenia idei demokracji i narzucania wzorców
ideologicznych przy pomocy armii, najlepiej najemnej (nie zapominając
przy tym ani na chwilę o popieraniu Izraela). Klasycznym tego przykładem
była inwazja na Irak.
Klęska pod Bagdadem
Wojna miała być krótka, a Irakijczycy witać Amerykanów z otwartymi
ramionami. Jej bilans był jednak miażdżący, a ogrom ofiar absurdalny:
4,5 tys. zabitych żołnierzy, dziesiątki tysięcy rannych, pogrzebanie na
irackiej pustyni 800 mld dol. Sam Irak zamienił się w koszmar. W zamian
za to wszystko Ameryka nie zyskała nic (czego nie można powiedzieć o
Izraelu). Dziesięć lat po wojnie największymi poszkodowanymi są same
Stany Zjednoczone i ich najbliżsi sojusznicy, którzy – jak Polska –
zdecydowali się wziąć udział w inwazji. Koszty wojny nie tylko zadały
bolesny cios amerykańskiej gospodarce, ale znacznie osłabiły
międzynarodową pozycję Waszyngtonu. Interwencja w Iraku wydatnie
przyczyniła się do wycofania Amerykanów z Europy Wschodniej. A Warszawa
już nigdy nie odzyskała znaczenia, jakie miała dla Waszyngtonu przed
dziesięciu laty. Dla Polski koszty naiwnych snów o potędze wyniosły 3
mld zł plus 720 mln dolarów umorzenia irackiego długu oraz
12-miliardowa faktura za F-16.
Gdy okazało się, że arsenał irackiej broni masowego rażenia oraz jego
powiązania z Al-Kaidą są fikcją, waszyngtońscy trockiści dla
uzasadnienia interwencji wynaleźli inny zmyślny pretekst: budowę
pierwszego demokratycznego muzułmańskiego kraju na Bliskim Wschodzie.
Włosy stają na głowie kiedy przypomnieć sobie, co działo się wówczas w
należących do nich mediach. Żydowsko-amerykańska publicystka Ann
Coulter, do dzisiaj jedna z gwiazd neokonserwatystów, pisała: Nie
potrzebujemy żadnych dokładnych dochodzeń. Nasz kraj został zaatakowany
przez fanatyczną, morderczą sektę. Musimy dokonać inwazji, zabić ich
przywódców, a pozostałych nawrócić na chrześcijaństwo. W „National
Review” Jonah Goldberg pisał: Musimy zaatakować Irak, bo musimy jakiś
kraj zaatakować w tamtym regionie. Wojennemu zapałowi dała się także
porwać Anne Applebaum. W tej wyssanej z palca, żerującej na emocjach
propagandzie (ale i także dobrej „politycznej robocie”) wzięła
bezpośredni aktywny udział. Krytykę działań neokonserwatystów zbywała
jako „paranoję, której celem jest zdyskredytowanie prodemokratycznych
inicjatyw takich jak sprawa Iraku”. Że jednak o coś innego niż budowę
pierwszego demokratycznego muzułmańskiego kraju chodziło, niech
świadczy, że ojcem planu agresji na Irak był amerykańsko-żydowski
neokonserwatysta i późniejszy prezydent Banku Światowego Paul
Wolfowitz, a wywołany propagandą trockistów udział USA w tej
bezsensownej i niemoralnej wojnie, miał na celu wyłącznie realizację
geopolitycznych interesów Izraela.
W inwazji na Irak, oprócz Applebaum, czynni byli i inni „Polacy”. W
„prodemokratycznych inicjatywach” neokonserwatystów wcześniej, z dużym
wyprzedzeniem, uczestniczył GROM. Według projektu jego założycieli
jednym z głównych zadań jednostki – był eksport demokratycznych oraz
wolnościowych ideologii. Warto tu przypomnieć, że GROM został stworzony
specjalnie dla tranzytu sowieckich Żydów i że w ramach tej operacji do
Izraela przerzucono ich ok. 60 tys.). Swój całkiem znaczny udział w
przedsięwzięciu, poprzez wkład w myśl polityczną neokonserwatystów, miał
także Sikorski. Gdy był w AEI w jednym z raportów postulował reformę
polskiej armii tak, aby mogła wysłać na misje stabilizacyjne pod
dowództwem jankesów nawet kilkanaście tysięcy żołnierzy. Tłumaczył przy
tym, że żołnierze z Europy Środkowej są tańsi w eksploatacji, a ich
strata nie wywoła zbytniej niechęci do wojny w USA. W innym raporcie
(jawnie manipulując faktami) pisał, że większość Polaków popiera
zaangażowanie w Iraku, a atak na Bagdad porównuje do walk pod Monte
Cassino i Tobruku.
Dziś na celowniku Applebaum (i jej męża) jest Iran, a na tapecie
kierowanego przez nią Instytutu – projekt „The Future of Iran”. Sama
Applebaum tłumacząc irańskim opozycjonistom założenia przedsięwzięcia i
zachęcając do myślenia, jakie wyzwania ich czekają, gdy będą musieli
dokonać zasadniczych zmian politycznych, przyznaje, że inspiracja
pochodzi z Europy Wschodniej z lat 80., tj. z okresu „gdy polscy i
węgierscy ekonomiści zaczęli mówić o tym, jak sprywatyzować gospodarki
w czasie, gdy reformy takie nie były możliwe. Ale dekadę później stały
się nagle możliwe”. W swoich zawiłych wywodach zapomina jednak wymienić
inne podobieństwa między Polską a Węgrami, że Polacy, tak jak Węgrzy,
są jednym z najbardziej pokrzywdzonych i upokorzonych w historii
narodów w Europie i że metody transformacji „realnego socjalizmu” w
postkomunizm były w obu krajach identyczne w swym tragizmie.
Obrzydliwy mały kraj
A trzeba nam wiedzieć, że gdy premier Węgier Victor Orbán pokazał
środkowy palec lichwiarzom z Międzynarodowego Funduszu Walutowego,
czyli najzwyczajniej w świecie nie chciał im płacić „dwadzieścia od
sta”, a opodatkował banki, wywołał niekontrolowany atak furii
neokonserwatystów, i to nie tylko tych w Europie. Ale to nie zaczęło się
w ten sposób. Na Węgrzech zasady demokracji „łamane” są od 2010 r.
Najpierw – wbrew obowiązującym w UE zwyczajom – większość Węgrów
zagłosowała na partię konserwatywną. Potem – ciarki po plecach
przechodzą – ekipa Orbána obniżyła podatki i wprowadziła prorodzinne
ulgi. Orbán uznał też nierozważnie, że jednym z warunków rzetelnej
demokracji jest ograniczenie dywersyjnej roli mediów opanowanych przez
tamtejszy oddział „Gazety Wyborczej”. – Robiło się groźnie, ale Unia
ciągle milczała. Kolejnym zuchwałym krokiem panującej w Budapeszcie
prawicowej junty było uchwalenie konstytucyjnej poprawki broniącej
instytucji rodziny. Fidesz nie uzgodnił jej przy tym z Danielem
Cohn-Benditem. Nie zapytał też, co sądzi na ten temat Michnik i żona
Sikorskiego. I tu miarka się przebrała. Na szczęście reakcja
cywilizowanego świata była stanowcza. Do akcji natychmiast, z całym
arsenałem bojowych środków włączyły się „międzynarodowe siły postępu” z
aktywistką Applebaum na czele.
Co mogły i powinny były zrobić władze Polski w sytuacji, gdy wszystkie
nasze państwowe i narodowe interesy dyktowały wsparcie Węgier przeciw
postkomunistycznemu układowi i jego eurokomunistycznym sponsorom?
Zastanowić się nad przyjęciem tej strategii nad Wisłą? Stanąć na czele
próby wybicia się państw Europy Środkowej na niepodległość? A co
zrobiły? – ustami Applebaum, jak się zdaje naszej rzeczywistej minister
spraw zagranicznych, przyłączyły się do nagonki na Orbána. „Przeciw
Orbánowi poszczuły naszym Urbanem w spódnicy”. Applebaum uderzyła w
alarmistyczne tony. Orbána przyrównała do Łukaszenki! Na łamach
„Washington Post” zadręczała się rzekomą putinizacją Węgier! Wg niej
faktycznym problemem węgierskiego rządu jest niepohamowana pogarda dla
„liberalnej elity” i „mainstreamowych mediów”. „Przekleństwem Węgier
jest przywódca zbyt popularny, albo mający zbyt dużą większość, który
może zmieniać prawa i konstytucję swojego kraju, by utrzymać się u
władzy bez jakiejkolwiek przemocy” – pisze żona Sikorskiego. Zdaniem
ministrowej Applebaum rządzić z woli narodu po uczciwie
przeprowadzonych wyborach to przekleństwo! Dodaje przy tym znacząco
(ale i proroczo): „Nie jest to problem wyłącznie węgierski”. I nie
jest. Bo nie trudno wyobrazić sobie pewien kraj nad Wisłą rządzony przez
„faszystów”, przeciwko któremu łatwo będzie rozpętać nienawistną
nagonkę, jeszcze większą niż przeciwko Węgrom Orbána. Uczciwie trzeba
jednak przyznać, że równie mało życzliwie o Orbánie, oprócz Applebaum,
wyrażało się wielu innych. Do nagonki przyłączył się Przewodniczący
Europejskiego Kongresu Żydów Mosze Kantor. Krytyczne podejście forsuje
Komisja Europejska. Skargę złożyła grupa kilkunastu potężnych banków i
koncernów, głównie niemieckich.
Z Grenzschutzem na karku
W tym samym czasie wywodzące się z żydokomuny oraz tajnych
komunistycznych służb z czasów Kadara, a hołubione przez
neokonserwatystów waszyngtońskie kręgi swoje porachunki z Orbánem
załatwiały przy pomocy żony polskiego ministra, rozpowiadając po całym
świecie o szowinistycznych, rasistowskich i antysemickich Węgrach. Anne
Applebaum, oprócz tego, że jest małżonką myśliciela Radosława
Sikorskiego i autorem książek kucharskich, napisała też książki o
gułagu i powojennych latach stalinowskiej przemocy. Pokazując
wypaczenia z połowy zeszłego wieku, starannie omija w niej rolę
żydokomuny. 11 listopada ubiegłego roku otrzymała z rąk prezydenta
Komorowskiego Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.
Nasuwa się pytanie za jakie to zasługi dla Polski ów rządowy medal
dostała? Za książkę kucharską? Za umieszczenie małżonka na liście
„czołowych myślicieli świata” w miesięczniku dla którego pracuje? Za
polityczną, mokrą robotę wykonaną na Węgrzech? Donald Tusk nakreślił
przed laty, że „polskość to nienormalność”. Pomimo tego Anne Applebaum
stara się o polskie obywatelstwo. Podejrzewać należy, że zabiegi o
wyrobienie sobie polskich papierów nie są niewinne, ale nie pora dziś
spekulować o takich czy innych tego intencjach. Powszechna nagonka na
Orbána sprawia wrażenie dobrze zorganizowanej. W tej dużo większej
machinie Applebaum jest tylko trybikiem. Ciekawe byłoby ujawnienie, kto
owe trybiki oliwi, jakie są mechanizmy koordynacji działań w tak dużej
skali, w jaki sposób oraz gdzie zapadają decyzje. I czy wśród tych
mechanizmów nie było nominacji Applebaum na dyrektora politycznego w
Instytucie Legatum, a wcześniej jej męża na stanowisko ministra kraju,
który ma „wysłać na misje stabilizacyjne pod dowództwem jankesów nawet
kilkanaście tysięcy żołnierzy”.
„Nagonka na Węgry wynika z faktu, że w XX wieku nieraz
doświadczyliśmy, że za propagandową kampanią kompromitacji kraju
okrzykniętego zbrodniczym może iść wojskowa interwencja” – piszą w
dramatycznym apelu do Polaków węgierscy konserwatyści. Inni, mniej
„życzliwi” ostrzegają Orbána przyjacielską radą, że wprawdzie wygrał
wybory, i jeszcze do tego dostał 2/3 głosów, ale jest granica, poza
którą wychylać się nie powinien, „bo mu marines albo inny Grenzschutz na
głowę spaść gotowi”. Redakcyjny kolega Applebaum z organu trockistów
„National Review” Michael Ladeen mówi tak: Mniej więcej co 10 lat Stany
Zjednoczone powinny wybrać sobie jakiś obrzydliwy mały kraj i porządnie
cisnąć nim o ścianę – żeby wszyscy na świecie wiedzieli, że nie
żartujemy. W tym jednak przypadku Węgrom może się upiec. Na celowniku
jest inny mały obrzydliwy kraj – Iran. Wyznaczyła go między innymi
dyrektor polityczny Instytutu Legatum.
Czy żona ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej powinna być
dyrektorem politycznym w takiej, najdelikatniej mówiąc, podejrzanej
politycznie i etycznie instytucji? Czy powinna z ramienia ministra
spraw zagranicznych Rzeczypospolitej, czyli w naszym imieniu prowadzić
politykę zagraniczną? Pominąwszy kwestię przyzwoitości, bo o honorze nie
ma tu co wspominać (Bóg, Honor, Ojczyzna nie jest z pewnością jego
dewizą działania), z każdego z tych powodów Sikorski powinien podać się
lub być zmuszony do dymisji. Tak byłoby w każdym cywilizowanym państwie.
http://www.warszawskagazeta.pl/polityka/35-polityka/1525-minister-applebaum
--
Istnieją trzy etapy ujawniania prawdy :
najpierw jest ona wyszydzana,
potem spotyka się z gwałtownym oporem,
a na końcu jest traktowana jak oczywistość.
http://telewizjarepublika.pl/
http://www.tv-trwam.pl/index.php?section=live