Z jednego z moich ulubionych blogow:
http://www.kontrowersje.net/blog/matkakurka
Legenda o Bolku Złotoustym, który motorówką skoczył przez płot
Trudno powiedzieć, czy jeszcze za życia, czy już po śmierci, ale coś
czuję, że Lech Wałęsa doczeka się dosłownej legendy. Zacznę od rzeczy
na poły zabawnej, na poły przełomowej, chodzi o słynny skok motorówką
przez płot. Jak wiadomo ze śp. Anny Walentynowicz i żyjącego
Krzysztofa Wyszkowskiego zrobiono modelowych wariatów, którzy
"bredzili" o jakiejś motorówce esbeckiej transportującej Lecha Wałęsę
do stoczni. Dziś w niepozorny, lutowy poranek, ciągle mroźny, ale już
pachnący wiosną, Lech Wałęsa dokonał wpisu na swoim blogu. Cytował nie
będę, z szacunku dla mowy polskiej, streszczę tylko zasadniczą treść.
Wałęsa straszy procesem sądowymi nie tylko Nasz Dziennik, ale każdego
kto będzie podważał jego skok przez płot, bez udziału motorówki. W tym
miejscu tradycji musi stać się zadość i natychmiast przyłączam się do
potencjalnych oskarżonych, swoją deklaracją poddającą w głęboką
wątpliwość skok Wałęsy przez płot, przy udziale mięśni Wałęsy. No, ale
to takie "śmieszne żarty", poważnie wydarzyło się coś przełomowego.
Oto sam Lech Wałęsa przyznaje, że epizod z motorówką miał miejsce
tyle, że w motorówce siedział... sobowtór Wałęsy. Znów jest i śmiesznie
i poważnie, ale bez wątpienia przełomowo. Klasyczny syndrom
przyłapanego za rękę - to nie moja ręka, to sobowtóra. Lech Wałęsa sam
i przy pomocy umoczonych w równym i jeszcze większym stopniu
bajkopisarzy, pisze autentyczną legendę swojego żywota. Nie taką w
przenośni publicystycznej, ale autentyczną z zachowaniem wszelkich
kanonów gatunku literackiego. Wałęsa przestaje być żywym człowiekiem,
a staje się Smokiem Wawelskim, Złotą kaczką, Wandą co Niemca nie
chciała.
Nie wdając się w jakieś szczegółowe analizy psychologiczne i
faktograficzne, człowiek, który jest pewien swojej historii z artykułu
Naszego Dziennika zrobiłby luźny i zabawny komentarz. Lech Wałęsa
połknął tego barana z siarką i Wisły mu mało by ugasić pragnienie
zemsty, będzie się sądził o kota na sznurku, że roweru nie wspomnę. O
czym świadczy ta histeria? Ano o tym, że mohery nie pierwszy raz
trafiły Wałęsę w sam środek jego megalomańskiej wersji wydarzeń.
Świadczy to o tym, że do kwitów leżących gdzieś tam w sejmie i przede
wszystkim w "szafach" esbeckich, dołączają kolejne fakty, których
Wałęsa nie potrafi obalić inaczej niż sztubacką historyjką o
sobowtórze, czy zastraszaniem, bo przecież swój list Bolek kończy
apelem do premiera, prezydenta i ABW, żeby zrobić porządek z
moherami.
Moja ocena dokonań Wałęsy zmieniała się podobnie jak wszelkie inne
oceny, zwyczajnie i w pewnym momencie mnie olśniło, przestałem
przyjmować kolejne dowcipy prezentowane na ekranach, a zacząłem
studiować fakty. Ze zmiany nastawienia wyszła zmiana oceny, dziś nie
mam najmniejszych wątpliwości, ba, życie własne stawiam na szali, że
WAŁĘSA BYŁ ESBECKIM KAPUSIEM. Coraz mniej mam też wątpliwości co do
realnego udziału Wałęsy w wydarzeniach lat 80 i początku lat 90. Był
Wałęsa na pasku esbeckim i wykonywał zasadnicze zlecenia esbeków, fakt
historyczny, o dowody proszę nie pytać, poza zachowaniem Wałęsy,
reszta się "pogubiła". W moim odczuciu megalomania Wałęsy sprawiła, że
w pewnym momencie poczuł się na tyle silny, by zerwać się z paska
esbeckiego. Tłum nosił go na rękach, stał się dla esbeków konkurencją
i nie wiem jak inni, ale ja bym wybaczył Wałęsie i prymityw i
analfabetyzm i nawet brak miłości do Danusi, gdyby Wałęsa wytrwał w
tej wersji megalomanii. Niestety Wałęsa nie jest taki kozak na jakiego
się kreuje. W 1981 roku jeszcze się postawił, bo wiedział, że jest
nagłośnionym w świecie bojownikiem o wolność i komuna tak po prostu
nie urwie mu łba, ale już w latach 90-tych szybko pękł i to wcześniej
niż "Nocną zmianą", a pękając wrócił do punktu wyjścia.
Współpraca Wałęsy z SB jest więcej niż pewna, legenda o Złotym
brzydkim kaczątku, płynącym motorówką, powstaje na życzenie głupoty
Wałęsy, spierać się można jedynie co do intensywności współpracy w
poszczególnych okresach. Swoją drogą na naszych oczach kruszy się
Matrix, czyż to nie jest pasjonujące, że cała ta mitologia
michnikowska wygląda jak hollywoodzka 80-cio letnia gwiazda, czyli
ponaciągana z każdej strony utracona twarz i tylko pomarszczona stara
szyja kręci tym make up'em. Fascynuje mnie odłupywanie fałszu od
prawdy, sam upadek Smoka Bolka, nie sprawia mi wielkiej radości, ale
sądzę, że ta namiastka satysfakcji należy się ludziom, którzy przez 30
lat mówili brzydką, jednak prawdę. Oni nie zostali jurorami w
konkursach, ministrami w ministerstwach, dzięki Bogu wyplatali się z
kaftanów i nie dali się ubezwłasnowolnić. W Polsce ukształtował się
specyficzny model dystrybucji historycznych wydarzeń, nie liczy się
przekaz, ale przekaźnik. Michnik z funkcjonariuszami może napisać
największą bzdurę, najgłupsze kłamstwo i będzie miał gotowy podręcznik
dla "inteligencji". Taki Rydzyk, gdy wywali kawę na ławę, ohydną
prawdę, zostanie plotkarzem, psychicznym, złodziejem, czy co tam
obecnie jest na topie eksperckich i autorytatywnych osądów. Wałęsa
pęka również dlatego, że traci polityczny protektorat, jego historia
staje się niebezpieczna dla wyżej od niego postawionych, im w zasadzie
pozostaje już tylko jedno. Muszą powtarzać, że "mimo pewnych słabości,
Lech Wałęsa na zawsze pozostanie polską legendą", z tym, że do tej
oficjalnej wersji legendy coraz częściej będzie dodawany ozdobnik:
Smok Wawelski, Złota kaczka, Walter, który się kulom nie kłaniał.
Odrywanie prawdy jest i podniecające i higieniczne, po micie Wałęsy
hurtem upadną mity rycerzy okrągłego stołu i ruskich generałów, którzy
wywołali wojnę domową, żeby uchronić naród przed wojną ojczyźnianą.
--
Smart questions to stupid answers