Google Groups no longer supports new Usenet posts or subscriptions. Historical content remains viewable.
Dismiss

"suknia wyprasowana, but wypastowany"

14 views
Skip to first unread message

Grzegorz Z.

unread,
May 27, 2012, 3:59:53 AM5/27/12
to
Pamiętam, gdy byłem jeszcze pętakiem, wraz z moim o rok młodszym ode mnie
bratem, chowaliśmy się do kanapy przed księdzem, który przychodził po
kolędzie.

Nie mogę sobie przypomnieć, czy rodzice w jakiś sposób tę kolędową
ciuciubabkę akceptowali — ba, nie wiem czy o procederze tym w ogóle
wiedzieli, czy przypuszczali, że podczas wizyt duszpasterza siedzimy we
wnętrzu kanapy, ale — zważywszy na to, że uczyniliśmy to co najmniej
kilkakrotnie — przypuszczam, że wiedzieć mogli. Tym bardziej, że była
kiedyś taka sytuacja, gdy mama, zdenerwowana nieco naszym zbyt długim
przebywaniem pod kołdrą, wpadła przed południem do naszego pokoju z
okrzykiem: pewnie nie chcecie znowu przyjąć księdza w łóżku!? „Znowu" i „w
łóżku" — tak, jakbyśmy już to kiedykolwiek w sposób oficjalny zrobili. A co
więcej, mama nie powiedziała „przyjąć pod kołdrą", ale „w łóżku" właśnie. W
łóżku, czyli w środku, we wnętrzu łóżka. Oboje — ojciec i matka,
przyjmowali księdza tylko do pewnego czasu, a i to z lekkim przymrużeniem…
duszy. Żadnych specjalnych przygotowań, mycia okien, odkurzania, czy
trzepania chodników (dywanów w domu nie mieliśmy) z powodu wizyty księdza
raczej nie było. Ot, przyjmowali inni, to i oni, ale bez euforii.

Wróćmy jednak do kanapy. Samo do niej wejście było dla nas jakby zabawą,
psikusem, ale już przebywanie we wnętrzu mebla w czasie, gdy ksiądz
odprawiał swoje służbowe zajęcia, podczas których zawsze pytał o przyczynę
naszej w domu nieobecności, sprawiało że ten moment mroził nam krew w
żyłach i zapierał oddech. Oddech zresztą trzeba było w sobie zapierać,
choćby po to, by nie być słyszanym. Pamiętam, że przez szparę pomiędzy
ruchomymi częściami kanapy widać było jedynie dolną część nogawek oraz buty
księdza, buty czyste, zadbane, poprawne. Buty, które przyszły w imieniu
Pana Boga i przeciwko którym ośmieliliśmy się we wnętrzu kanapy bezczelnie
okopać.

To było niemal jak świętokradztwo, jak prztyczek dany w nos samemu Panu
Bogu. Bo wszak On, tam na górze, z góry, z boku i ze strony dowolnej,
wiedział o nas, widział nas, słyszał i oceniał. Przecież Bóg — to oczywiste
— był z nami w tej kanapie, tkwił pomiędzy starymi sprężynami, ocierał się
o nas, patrzył nam w oczy, słuchał przyspieszonych łomotów serc, widział
grzech naszej udawanej nieobecności, która musiała być ostatecznie wpisana
do Jego Niebieskiego Dzienniczka, który zaraz po Apokalipsie, jak pod
koniec szkolnego roku, odczytanym będzie nie tylko w obliczu księdza i
rodziców, ale wszem całej ludzkości i wobec osobnika jej zmarłego każdego.

Aniołom na pohybel, diabłom na uciechę.

Poza tym ksiądz, wierzyliśmy w to wtedy, jako osoba ze Strefami Niebieskimi
zaznajomiona, kontakt w ten czy w inny sposób z Bogiem mieć musiał i
kwestią czasu było jedynie, by nasz parafialny duchowny dowiedział się o
naszych przeciwko niemu, więc także przeciw niebu kanapowych oszustwach.

Pewnie dlatego właśnie czułem się szczególnie winny przed obliczem każdego
napotkanego na ulicy księdza i z tego to powodu w moim pozdrowieniowym
„niech będzie pochwalony" czaiło się zażenowanie i lęk przed oszustw
naszych wykryciem.

Bo ksiądz, jak oceniałem to wtedy, to także człowiek, chociaż człowiek w
sposób szczególny — w sposób szczególnie dobry i szczególnie mądry.
Człowiek namaszczony litością i mądrością. Człowiek bez skazy. Bardziej
ludzki od innych ludzi. Ale to właśnie najbardziej, ten brak skazy, czynił
go bytem nam niedostępnym, nierealnym nawet. Bo wszak ja i brat mój, i
Wojtek z mieszkania poniżej, i Marcin, i Stefan (o, Stefan zwłaszcza), my
wszyscy byliśmy kolesiami ze skazą. Urwisami z codziennym grzechem w
zanadrzu, z grzechem, który straszny niekiedy był, ale i bywał słodki,
który zatrważał, ale pociągał w sposób nieubłagany, który w szybszą
dorosłość uchylał wrota.

Wczoraj przechodziłem w pobliżu parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa
przy ul. Bogurodzicy w Szczecinie. Niedaleko kościoła, na chodniku
okalającym szpital dziecięcy, leżał człowiek. Być może pijany. Leżał, choć
pewnie wolałby siedzieć lub stać, a jeżeli już leżeć to na kanapie, a
choćby na ławce w pobliskim parku. Człowiek ów głowę miał ubabraną ptasią
kupą. Z nogi zsunął mu się but, który, stary i zdezelowany, tkwił w kratce
ściekowej o metr od jego nogi. Gdy byłem niedaleko od leżącego, mijał go
właśnie ksiądz spieszący do parafii przy Bogurodzicy. Duży, zdrowy, młody
człowiek w służbowym uniformie. Krok miał pewny, ruchy rześkie, suknię
wyprasowaną, but wypastowany. Drugi zresztą także. Zwróciłem uwagę na te
buty, gdyż były one szczególne, nad wyraz czyste, nad potrzebę wypastowane,
nad kurze miejskie w czystości swojej czarnej uniesione.

Buty godne najwyższego zaufania.

I nagle buty owe napotkały na swej cnoty drodze zdezelowany trzewik
leżącego przechodnia. Widziałem jak lewy, mijając oderwany od ciała but
spoczywającego na chodniku, zadrżał, wstrzymał na moment nogę, a później i
całą resztę duchownego, wspiął się na zawarte w sobie palce i — po chwili
wahania — bokiem, ostrożnie, z lekkim (zaryzykuję to stwierdzenie)
obrzydzeniem, odsunął brudny trzewik od reszty księdza. Ruch powtórzył się
raz jeszcze, aż osierocony półbut leżącego znalazł się w pobliżu brata
swojego w leżącej na chodniku bezwładnej stopie.

Miłosierdziu stało się zadość.

But księdza powrócił w rejon bliźniaczej nogi owiniętej w sukienkę,
trzewiki zjednoczone w zaszczytnym trudzie dostarczenia duchownego do
bożnicy, zanurzyły się w dostojną symetrię płynnego nóg przestępowania.

Wtedy je poznałem. To były buty, przed którymi wraz z bratem chowałem się
do kanapy. I zrozumiałem coś, co powinienem był już dawno zrozumieć:

Oni chadzają w jednakich trzewikach.

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,8066

--
"Przez ostatnich 20 lat media zajmują się głównie produkcją masowej
głupoty" "Teraz mamy odbiorców wychowanych na tej głupocie"

mkarwan

unread,
May 27, 2012, 4:29:34 AM5/27/12
to

Użytkownik "Grzegorz Z." <tict...@colleen.org> napisał w wiadomości
news:1iogww7i1lrsn.1ey693mq37bs3$.dlg@40tude.net...
> Pamiętam, gdy byłem jeszcze pętakiem,

I tak ci zastało do dzisiaj, nie masz się czym chwalić.

Grzegorz Z.

unread,
May 27, 2012, 5:11:56 AM5/27/12
to
mkarwan napisał:
Co zrobiło?

jadrys

unread,
May 28, 2012, 11:19:46 AM5/28/12
to
W dniu 2012-05-27 09:59, Grzegorz Z. pisze:
> Pamiętam, gdy byłem jeszcze pętakiem, wraz z moim o rok młodszym ode mnie
> bratem, chowaliśmy się do kanapy przed księdzem, który przychodził po
> kolędzie.
>
>

To cytat, czy osobiste wspomnienia?

Grzegorz Z.

unread,
May 28, 2012, 1:29:03 PM5/28/12
to
jadrys napisał:
A co? Ty nigdy nie byłeś pętakiem?

jadrys

unread,
May 29, 2012, 8:48:20 AM5/29/12
to
W dniu 2012-05-28 19:29, Grzegorz Z. pisze:
> jadrys napisaďż˝:
>
>> W dniu 2012-05-27 09:59, Grzegorz Z. pisze:
>>> Pami�tam, gdy by�em jeszcze p�takiem, wraz z moim o rok m�odszym ode mnie
>>> bratem, chowali�my si� do kanapy przed ksi�dzem, kt�ry przychodzi� po
>>> kol�dzie.
>>>
>>>
>> To cytat, czy osobiste wspomnienia?
> A co? Ty nigdy nie by�e� p�takiem?
>

Nic, bo ja te� zawsze ucieka�em z domu gdy ksi�dz mia� chodzi� po
kol�dzie. A odpowiadaj�c na pytanie - nie, ja nigdy nie by�em p�takiem,
ani nawet nigdy takim si� nie czu�em.

Grzegorz Z.

unread,
May 29, 2012, 12:16:04 PM5/29/12
to
jadrys napisał:

> W dniu 2012-05-28 19:29, Grzegorz Z. pisze:
>> jadrys napisał:
>>
>>> W dniu 2012-05-27 09:59, Grzegorz Z. pisze:
>>>> Pamiętam, gdy byłem jeszcze pętakiem, wraz z moim o rok młodszym ode mnie
>>>> bratem, chowaliśmy się do kanapy przed księdzem, który przychodził po
>>>> kolędzie.
>>>>
>>>>
>>> To cytat, czy osobiste wspomnienia?
>> A co? Ty nigdy nie byłeś pętakiem?
>>
>
> Nic, bo ja też zawsze uciekałem z domu gdy ksiądz miał chodzić po
> kolędzie. A odpowiadając na pytanie - nie, ja nigdy nie byłem pętakiem,
> ani nawet nigdy takim się nie czułem.

Od stadium płodowego przeszedłeś wprost do etapu zetempowca?

Bogdan Idzikowski

unread,
May 29, 2012, 12:38:54 PM5/29/12
to

Użytkownik "Grzegorz Z." <tict...@colleen.org> napisał w wiadomości
news:8bxik93kcwfx$.1pqp3fufzt6g4.dlg@40tude.net...
> jadrys napisał:
>
>> W dniu 2012-05-28 19:29, Grzegorz Z. pisze:
>>> jadrys napisał:
>>>
>>>> W dniu 2012-05-27 09:59, Grzegorz Z. pisze:
>>>>> Pamiętam, gdy byłem jeszcze pętakiem, wraz z moim o rok młodszym ode mnie
>>>>> bratem, chowaliśmy się do kanapy przed księdzem, który przychodził po
>>>>> kolędzie.
>>>>>
>>>>>
>>>> To cytat, czy osobiste wspomnienia?
>>> A co? Ty nigdy nie byłeś pętakiem?
>>>
>>
>> Nic, bo ja też zawsze uciekałem z domu gdy ksiądz miał chodzić po
>> kolędzie. A odpowiadając na pytanie - nie, ja nigdy nie byłem pętakiem,
>> ani nawet nigdy takim się nie czułem.
>
> Od stadium płodowego przeszedłeś wprost do etapu zetempowca?

Jadrys już w kołysce bawił się tylko malutkim sierpem i młotem. Innych zabawek
nie uznawał.

--
Donald Tusk - "wolałbym się nie urodzić, niż na grobach zmarłych budować swoją
karierę polityczną".




kefirh

unread,
May 29, 2012, 4:26:51 PM5/29/12
to
W dniu 2012-05-27 09:59, Grzegorz Z. pisze:
[...]
> Oni chadzają w jednakich trzewikach.
>
> http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,8066
>

Toż to poezja, bracie!
Inspirowana wielkością serca po lewej stronie bijącego, miarowo, niczym
uderzenia młota. A myśl ostra jak zamaszyste cięcie sierpa.

kefirh
--






jadrys

unread,
May 30, 2012, 4:13:39 PM5/30/12
to
W dniu 2012-05-29 18:16, Grzegorz Z. pisze:
>
> Od stadium płodowego przeszedłeś wprost do etapu zetempowca?
>

Sorry Grzechu, ale nie jesteśmy jeszcze na takim etapie zażyłości żebym
mógł ci odpowiadać na tak osobiste pytania.

Grzegorz Z.

unread,
May 30, 2012, 7:53:20 PM5/30/12
to
jadrys napisaďż˝:

> W dniu 2012-05-29 18:16, Grzegorz Z. pisze:
>>
>> Od stadium p�odowego przeszed�e� wprost do etapu zetempowca?
>>
>
> Sorry Grzechu, ale nie jeste�my

My w og�le nie jeste�my.

--
"Przez ostatnich 20 lat media zajmuj� si� g��wnie produkcj� masowej
g�upoty" "Teraz mamy odbiorc�w wychowanych na tej g�upocie"
0 new messages