Dyskusja dotycząca baseballa, a właściwie jakości tłumaczenia fragmentów
o nim, skłoniła mnie do odświeżenia dość starego dylematu, ile
właściwie, czytając tłumaczenie, czytamy dzieła oryginalnego. Sprawa
specjalistycznej terminologii to jedno, problem dość niszowy, podobnie
pewnie można by znaleźć irytujące translacje tekstów o obsłudze rakiet
Patriot czy wydobyciu rud metali rzadkich, ale wpływ tłumacza na kształt
tekstu IMO nie dotyczy tylko takich przypadków. Otóż ja na skutek
erupcji nadmiaru intelektu wszedłem w posiadanie polskiego tłumaczenia
Finnegans Wake. Kto próbował przeczytać oryginał, ten wie, o co mi
chodzi. Jest to tekst właściwie nieprzetłumaczalny, każda próba raczej
będzie tylko przybliżeniem idei niż oddaniem treści i jej meandrów. Pan
Bartnicki się porwał, kosztem życia osobistego, jak mówi, i
przetłumaczył. Wygląda to jak oryginał, tak samo straszy, ale czy mogę
być pewnien, że tym samym, co Joyce?
Można powiedzieć, że to ekstremum, wyjątek na skalę świata. Schodząc
parę półek niżej problem jednak pozostaje. Weźmy mojego ulubionego
Pratchetta. PWC jest jego tłumaczem ponoć nierozdzielnym i
niezastąpionym, i rzeczywiście - jakość tekstu po jego translacji jest
znakomita. Tylko że już kilka razy, w odniesieniu do różnych pozycji,
spotkałem sie z opinią, że Pratchett w oryginale i Pratchett PWC-a to są
różne książki. Ja sam za cienki jestem z angielskiego, żeby osobiście
porównać, więc mnie to trochę niepokoi. Czy ja bowiem lubię Pratchetta,
czy Piotra W. Cholewę? Czy PWC to znakomity tłumacz, czy może jednak
literat?
O poezji już nawet pisać nie będę, tego bowiem chyba nikt nie jest w
stanie rozstrzygnąć, co my właściwie czytamy, biorąc do ręki tomik
jakiegoś hinduskiego genialnego noblisty.
--
woy
(pisz do mnie tu:
http://tinyurl.com/6mym8 )
- Nie każdy pawian może szefa podrapać -