> > Sadze ze lista zostanie niebawem niestety (zawsze ja sama i
> > grupa subskrybcyjna bronila sie przed tym niedemokratycznym krokiem)
> > zamknieta dla usenetu.
Szanowna Pani Danielo,
Jakkolwiek pani zaslugi w uruchomieniu listy dziennikarz sa
niekwestionowane, to prosze mnie oswiecic, czy te zaslugi automatycznie
czynia Pania jej dozywotnia wlascicielka i najwyzszym arbitrem? Takie male
uprawnienia kombatanckie? Rozczarowala sie Pani do "dziennikarza" tak jak
pan Zajac do "Solidarnosci", wiec zaraz pani nawrzuca wszystkim tym
obrzydliwym anonimom od "palantow"? Prosze smialo, sad pozwolil...
Grozby zamkniecia listy, prywatyzacji lub odciecia od usenetu (lub
wszystkich trzech tych rzeczy naraz) zatracaja mi logika matki-Polki
zmeczonej igraszkami bachorow i grozacej im "ja was urodzilam, to ja was
tu teraz wszystkich, gowniarze, powyduszam, jak mnie nie bedziecie sluchac
- jako matka mam prawo!". Pani ma jednak do czynienia z doroslymi (choc
czasem rzeczywiscie na to nie wyglada) i nikogo pani dusic nie bedzie,
nikt tez nie ma obowiazku postepowania zgodnie z pani wytycznymi. Ja w
kazdym razie nie przypominam sobie podpisywania zadnych zobowiazan, ze na
liscie wypowiadac sie bede wylacznie zgodnie z pani gustem.
Oczywiscie - prosze sobie do woli odcinac, zamykac, cenzurowac, moderowac,
utrzymywac liste dopuszczalnych i niedopuszczalnych serwerow, sprawdzac
dowody osobiste dwa razy dziennie i pobierac odciski palcow do archiwum.
Najlepiej prosze w celu nadzorowania listy przez 24 godziny na dobe wziac
urlop, albo wynajac sobie jakiegos zawodowego czekiste. Po jakims czasie
nieuchronnie znajdzie sie pani w dziesieciosobowym towarzystwie, raczej
lewicowym. Bedzie milusio, ale nudno - ciekawe ile tez Pani tej powtorki z
PRLu wytrzyma. Cokolwiek jednak by sie nie stalo - prosze szczebiotac.
[Pan profesor Antoszewski w swoim artykule o kulturze internetowej (nie
moge w tej chwili zacytowac, z powodu awarii wszystkich czterech glownych
kabli energetycznych zasilajacych miasto Auckland w Nowej Zelandii, gdzie
znajduje sie serwer, z ktorego pan profesor korzysta) wyodrebnia w polskim
Internecie zjawisko, ktore nazywa szczebiotaniem. Niewazne, czy na
rozszczebiotanych listach bedzie sie dzialo cos ciekawego - ma tam byc
przede wszystkim MILO. Zadnych wyrzutow, paskudnej polityki, grozb i
wyzwisk - ma byc wirtualna kawiarenka].
Lista oparta na zasadzie wirtualnej kawiarenki juz jedna jest: poland-l.
Nie polaczona z zadnym prostackim usenetem. Sanktuarium, w ktorym
starannie ubrani panowie i panie w srednim wieku wymieniaja dusery,
wspomnienia, poezje i komplementy. Tylko, wie pani co? Nudno tam...
Towarzystwo ustabilizowalo sie na poziomie kilkunastu osob i sklada sobie
wzajemnie wyrazy glebokiego uszanowania.
Pani oczywiscie ma pelne prawo byc amatorka surrealizmu i, jako taka,
prowadzic bez konca salonowe dyskursy o moralnosci, etyce i estetyce ze
znanym moralista i esteta Ryszardem Zajacem. Ja osobiscie wole miejsca, w
ktorych cos sie doprawdy dzieje i scieraja sie poglady - od salonow, gdzie
miejsce w towarzystwie wyznacza kat trzymania malego paluszka wytwornie
odchylonego od filizanki. Zwlaszcza od czasu, kiedy dowiedzialem sie od
dziadka, ze ten paluszek to tak odstawiaja od filizanki tylko zupelni
nouveau riche, bo to jest powojenna maniera pierwszego pokolenia
inteligencji... Wole wiec juz zakatki, gdzie czasem zawarczy kurr.. i
skurr.. ale za to jest o czym porozmawiac. Moze niekoniecznie musi to byc
knajpa "Stokrotka" na Brodnie (od tego jest s.c.p.), ale taki na przyklad
wirtualny ekwiwalent slawnego Carnegie Deli w Nowym Jorku (naprzeciwko
Carnegie Hall, niech pani tam kiedy wpadnie, znakomite ogorki malosolne!)
- wrzask, krzyk, nadymione az strach, kelnerka czasem obsobaczy, ale jaki
koloryt! Albo chocby bar w SDP na Foksal czy bar w ZAiKSie.
Oczywiscie, nie zauwazac fermentu, miec nieskonczenie elastyczne zasady,
ignorowac nurty lajdactwa w zyciu politycznym, nie kontrowac klamstwa, byc
milutkim i cieplutkim dla kazdego i za wszelka cene, to tez jest jakis
sposob na zycie. Niestety, moim skromnym zdaniem, historycznie rzecz
biorac to ta metoda ma krotkie nogi.
W dniu, w ktorym bolszewicy szturmowali Palac Zimowy (25 pazdziernika 1917,
7 listopada wg nowego kalendarza), w sankt-petersburskiej operze spiewal
wielki Fiodor Szaliapin. Owczesne kola ludzi eleganckich i przyzwoitych
zastanawialy sie bardziej nad tym, jak zdobyc bilety na Szaliapina, niz
nad tym co knuje banda czerwonych fanatykow w budynku gimnazjum dla
szlachetnie urodzonych panien w Smolnym kolo Petersburga. Nie minelo piec
lat, a ten kulturalny skadinad odruch bycia milym dla wszystkich i
ignorowania niemilych i niekulturalnych bandytow wyszedl bywalcom
sankt-petersburskiej opery bokiem.
Czasy dzis inne, wiec mam nadzieje, ze pani szlachetne gesty nie zakoncza
sie podobnie.
Z nieodmiennym szacunkiem
--
Wasz Stary Wiarus